Mija 13 grudnia 2011, potem 17 grudnia… kolejne rocznice…
Myśli czasem wymykają się codzienności, aktualności, powracają nagle migawki obrazów, jakieś odpryski wspomnień, atmosfery manifestacji robotniczych zatrzymywanych i atakowanych przez Milicję Obywatelską, czasem wyłaniający się z pamięci w chwilowym złudzeniu - dojmujący zapach gazu łzawiącego, albo - trwającego przez kilka dni po takim wydarzeniu - złudzenia słuchowego; ciągłego słyszenia charakterystycznego modulowanego sygnału radiowozów lub karetek pogotowia ratunkowego…
Niedawno sam złapałem się na zabawnym odkryciu: nagle dotarło do mnie, że dorosło i objęło władzę pokolenie następne, które zna ten fragment najnowszej historii raczej z opowiadań rodziców, a pamiętają jedynie swoje oburzenie z powodu… braku „dobranocki”. Następne z kolei pokolenie obecnie dorastających Polaków (licealistów) już nie tylko nie pamięta, bo i nie może pamiętać, ale wręcz nie wierzy w to, że takie czasy, takie wydarzenia mogły być możliwe. Cóż: normalna kolej rzeczy, lata mijają szybko, zbyt szybko… Jednak to moje odkrycie, moje zaskoczenie, niedowierzanie, mój dziecinny sprzeciw – rozbawiły mnie samego, ale i jednocześnie skłoniły do refleksji.
Należę do pokolenia urodzonych po wojnie. Całe moje dzieciństwo i „pierwsza” młodość mimo to jakby „zanurzona” była w wojnie; poprzez literaturę, film, szkolne programy nauczania, teatr, radio… Często zastanawiałem się, czy to dobrze; czy nie odbiera mi się z mojego życia czegoś dobrego, wartościowego. W szczególności filmy amerykańskie, australijskie robiły na mnie wówczas ogromne wrażenie, bo ukazywały młodzież w moim wieku, ale jakąś taką… inną, radosną, spokojną, a może po prostu – w o l n ą...? Ja wówczas czułem się stary i oszukany, okradziony z czegoś, czego nie potrafiłem nawet nazwać.
Tłumaczono nam, że trzeba pamiętać. Że pamięć zapobiegnie powtórzeniu się tych czasów, tych tragedii. Że ofiary wojny zasługują na pamięć właśnie dlatego, że są ofiarami. Powstanie Warszawskie było jednak czymś innym; szczególnym wydarzeniem, raczej mało typowym dla wojny pod tym względem. Ale zastanawiałem się czasem nad tym, co myślał zwykły żołnierz liniowy na froncie. Czy był zastraszonym rekrutem – mającym większe szanse na przeżycie - gdy walczy, niż – gdyby odmówił? Czy może - świadom konsekwencji mimo to sam chciał walczyć z okupantem o życie, wolność, o jutro, o przyszłość dla siebie i nie tylko dla siebie. Czy żołnierz rzucający się na bunkier i zakrywający własnym ciałem otwór strzelniczy po to, by inni mogli przejść, przełamać linię obrony nieprzyjaciela – miał wówczas, w tej chwili - pełną świadomość tego, co robi, tego że ginie „po coś”, bo wierzy, że to w ostatecznym rozrachunku „coś da”? I że jest to więcej warte niż jego własne, jednostkowe życie...?
Czy tysiące, setki tysięcy a może i ostatecznie w skali Wojny Światowej - miliony takich młodych ludzi – nie zasłużyły na wdzięczność, na chwilę prawdziwego, ludzkiego wspomnienia, ciepłą, serdeczną ludzką myśl, choćby i tylko raz w roku, w dzień 1 listopada czy święto Wojska Polskiego… na zasadzie "miłosierdzia chcę a nie ofiary...".
A przecież wiemy, że… wojnę „wygrali” ci, co się trzymali z tyłu, służyli na zapleczu albo w żandarmerii, generałowie siedzący w schronach - odbierali ordery, medale, awanse, zaszczyty… Wojnę „wygrali” też ci cwani, sprytni, zaradni, odporni na bohaterskie patriotyczne zrywy, handlujący „rąbanką” i bimbrem, żerujący na „wygnańczym” mieniu, czasem nawet - gdy trzeba - po cichu kolaborujący z Niemcami…
Oni; zawsze pierwsi tam, gdzie zysk a ostatni tam, gdzie jakieś niebezpieczeństwo czy jakaś strata.
Zawsze zastanawiam się, czy współcześni organizatorzy a zwłaszcza uczestnicy okolicznościowych, rocznicowych uroczystości związanych z wojną, np. z rocznicą jej wybuchu, napaści na Polskę – potrafią poza flagami, wieńcami, wartami honorowymi czy salutem honorowym, całym tym stereotypowym teatrem "gadżetów" – pomyśleć choć chwilę o tych młodych chłopakach jak o młodych ludziach, mających swoje plany, ambicje, uzdolnienia, swoje Matki i dziewczyny… Czasem wydaje mi się podczas takich uroczystości, że służą one głównie zatuszowaniu prawdy, oszukaniu sumienia, osiągnięciu jakiegoś własnego "zysku" a nie oddaniu sprawiedliwości ludziom, osobom, choćby i tym „bezimiennym”, których imienia nawet nie znamy… mimo, że oni imiona przecież mieli, mieli nazwiska, uczucia, plany, zdolności...
Jakże zaskakujące dla mnie jest dziś to, że to wszystko doskonale wpasowuje się w opis tak zwanych „Wydarzeń Grudniowych”, „Poznańskiego Czerwca” czy Sierpnia 80 i późniejszego stanu wojennego. Jeśli rozpatrywać to w tym właśnie, zarysowanym przeze mnie powyżej aspekcie – też mamy tu z jednej strony ludzi w coś wierzących, chcących po prostu, aby było lepiej, ze „szlachetnym uporem” trwających przy swoich przekonaniach wolnościowych, niepodległościowych. Ale z drugiej strony są znowu ci, co wówczas trzymali się z tyłu lub stali z boku, wiedzieli „gdzie być” i „jak się ustawić” - aby być, ale się jednak nie narazić a potem coś „wyrwać” dla siebie. Ci, co robili majątki na handlu walutami (najczęściej za cichym przyzwoleniem władzy), potem robili nieuczciwe majątki na „dzikich” prywatyzacjach i rozwalaniu wszystkiego co pozostało z "gospodarki uspołecznionej", na czym się dało zarobić „przez upadłość”…
Czasem więc zastanawiam się, czy ci ludzie, którzy wtedy szli do pracy w pierwszym szeregu, przez stalową kładkę nad torami, dla pasażerów kolejki elektrycznej dowożącej robotników do Stoczni – wiedzieli co się może za chwilę wydarzyć? I szli mimo to? Czy ci górnicy z Kopalni Wujek wiedzieli, że za ich plecami kryją się ci, co zarobią na ich determinacji i ofierze? Im chodziło o to, żeby było dobrze, sprawiedliwie, żeby praca była i była szanowana,żeby władza liczyła się z ludźmi którzy ją powołali; zginęli dlatego, żeby się dało godnie żyć. Chodziło im "tylko o to" - jak byśmy dziś powiedzieli, ale wtedy - to było oczekiwanie radykalne i anty-ustrojowe. Skala przemian, jakie nastąpiły później – wtedy jeszcze nikomu nie mieściła się w głowie: że "ruscy wyjdą”, że Niemcy się zjednoczą, że Związek Radziecki przestanie istnieć… Górnicy ci może by splunęli pod nogi i poszli do domów na piwo, gdyby wiedzieli, że niedługo dla dwóch milionów Polaków nie będzie żadnej pracy ani też najczęściej - nawet zasiłku; nie będzie żadnej możliwości pracy ani zasiłku dla kilkuset tysięcy osób, które wówczas miały po 20– 30 lat i były "przyszłością tego narodu", a dziś mają po 55 – 60 lat i grzebią w śmietnikach… Może by "dali sobie spokój", ciepnęli łomy i kilofy pod nogi i poszli do swoich żon, mateczek czy gołębników, gdyby wiedzieli, że wkrótce ci co się ukrywają za ich plecami, a nawet i wspólnie z tymi - co mierzą do nich z "kałachów" - zamienią dziesięciomilionowy związek zawodowy w niewielką grupkę dobrze ustawionych kolesiów z wysokimi pensjami, zajmujących się głównie „ustawianiem” własnych rodzin i znajomków, a najwięcej do powiedzenia w sprawach pracowniczych będzie miała… konfederacja pracodawców i to na dodatek akurat z jakimś Jeremiaszem na czele…?
No tak, ale czy wówczas doszłoby do tych wszystkich przemian, czy „ruscy” by wyszli, czy by upadła PZPR… ?
Takie oto niewesołe myśli i trudne pytania przychodzą mi do głowy nie tylko na kolejnych „imprezach” rocznicowych, czy coraz bardziej modnych i coraz bardziej idiotycznych „rekonstrukcjach”. Przychodzą mi one także do głowy, gdy widzę biednych ludzi - przez cały dzień, już teraz nawet średnio co godzinę przychodzących do kontenera na śmieci, który widzę z mojego okna. Przychodzą ciągle, nawet parami, a każdy z nadzieją, że tam znajdzie coś, co im pozwoli przetrwać kolejny dzień i noc… tylko oni nie wiedzą, że niedawno przed nimi byli już tu ludzie w podobnym stanie i już dokładnie wszystko przeszukali, a godzinę przed nimi - inni… i wcześniej – jeszcze inni… i tak co dnia... Jeszcze niedawno przychodzili dwa – trzy razy w ciągu dnia oraz nad ranem, ale dziś - już przeciętnie co godzinę…
Cóż o tym myśli Pan Minister Kosiniak – Kamysz; młody, świetnie ubrany, dobrze wykształcony, elegancki i ze wszech miar zadbany człowiek, z rodziny tych „zawodowych” dyrektorów i ministrów…?
Pan Minister Pracy i Polityki Społecznej rządu Platformy Obywatelskiej, z gabinetu Premiera Donalda Tuska.