BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc społeczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc społeczna. Pokaż wszystkie posty

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

29/09/2013

Nie zasiłek a odszkodowanie za brak zatrudnienia !

Ustawa „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” jest podstawą programową działania powiatowych (miejskich) urzędów pracy.

Uważa się dość powszechnie, że urzędy te są powołane do „walki z bezrobociem” a więc ich działalność ma to bezrobocie zmniejszyć. Nic bardziej mylnego.
Już pierwsze zdanie tejże ustawy stwierdza, że dotyczy ona zadań państwa w zakresie promocji zatrudnienia, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej. To bardzo ważne przede wszystkim dlatego, że jest tam przyznanie wprost, iż w ogóle państwo ma jakieś zadania związane z tym problemem; jest to ważne gdyż wiele osób taki obowiązek państwa dziś neguje a czyni tak z pobudek ideowych lub dla usprawiedliwienia bezczynności.

Nota bene – obowiązek ten ma podstawy konstytucyjne, jest określony w Konstytucji a wspomniana ustawa jedynie to potwierdza oraz bardziej szczegółowo konkretyzuje. Żadne „niewidzialne ręce”, żadna „samoregulacja”; po prostu obowiązek aktywnego działania w konkretnym kierunku. Konstytucja w sposób oczywisty stanowi bezdyskusyjne, obligatoryjne obowiązki państwa, lecz władza wykonawcza jaką jest dziś rząd chłopów i milionerów zupełnie się tym nie przejmuje.

Oczekiwanie więc, że minister pracy swoimi działaniami zmniejszy czy zlikwiduje bezrobocie jest bezsensowne, bo bezrobocie wynika z zasadniczych błędów zarządzania gospodarką w latach dziewięćdziesiątych oraz w pierwszych latach obecnego wieku, z okresu „błędów i wypaczeń” postsolidarnościowej, złodziejskiej „prywatyzacji”, z późniejszego ideologicznego założenia nieingerencji w gospodarkę czyli uchylania się od zarządzania nią, podporządkowania wielu dziedzin gospodarki obcemu kapitałowi działającemu w kierunku służenia swojej, rodzimej gospodarce a nie Polsce. Dodatkowym elementem zewnętrznym jest tu tzw. kryzys gospodarczy Unii Europejskiej jako reperkusje światowych zawirowań powstałych na bazie tzw. kreatywnej księgowości.
Bezrobocie jest związane z drastycznym niedoborem miejsc pracy oraz jednocześnie niedostosowaniem dawnych kwalifikacji pracowników poszukujących zatrudnienia do potrzeb formułowanych przez obecnych pracodawców. Minister pracy ilości miejsc pracy jednak nie zwiększy a inni ministrowie robić tego nie mają zamiaru.

Ponieważ powstał stały i trwały niedobór miejsc pracy, musiała zostać wyłoniona grupa ludzi w wieku produkcyjnym, którzy przestaną być zatrudniani. Dla usprawiedliwienia tego wykonano wielki wysiłek stworzenia skomplikowanej i rozbudowanej, normalnie całkowicie zbędnej, czasem wręcz absurdalnej, idiotycznej procedury „rekrutacji”, odgradzającej „szklaną ścianą” pracodawców od ludzi poszukujących zatrudnienia.

W ten sposób stworzono sytuację całkowitej uznaniowości po stronie pracodawców, wybierających sobie kandydatów do pracy jak rodzynki z ciasta, robiących z poszukujących pracy – petentów pozbawionych jakichkolwiek praw prócz proszenia, przymilania się, rezygnowania z kolejnych własnych oczekiwań, warujących jak pieski pod urzędami pracy na jakikolwiek „kąsek” w postaci choć doraźnej pracy dającej choć minimalne wynagrodzenie.
W ten sposób powstała także i grupa osób całkowicie wykluczonych z tak zwanego nie wiedzieć czemu „rynku pracy” – na przykład osób w wieku produkcyjnym mających już około pięćdziesięciu i więcej lat. Ktoś uznał najwyraźniej, że osoby te, posiadające przeważnie rodziny (pracujące, wykształcone dzieci) przy braku pracy a więc własnych dochodów siłą rzeczy przejdą niejako na utrzymanie właśnie tych rodzin, co zwolni państwo od interesowania się ich losem.
Oczywiście stanowi to coś w rodzaju skandalicznego, pozaprawnego, nielegalnego, dodatkowego „podatku” dla obywateli, ale ta władza nie ma zwyczaju przejmować się Konstytucją jako ustawą nadrzędną (zasadniczą) powstałą wcześniej i obowiązującą, czy prawem wykonawczym, nawet tym przez siebie stanowionym.

Szacuje się, że w przypadku nieco ponad połowy osób zaliczanych do tej grupy wiekowej rzeczywiście się tak stało, osoby te stały się trwale nieaktywne zawodowo, całkowicie zaprzestając już poszukiwania pracy zarobkowej, przejmując jakieś role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Pozostali nadal próbują zdobyć zatrudnienie, staczając się stopniowo coraz bliżej bezdomności i przysłowiowego śmietnika.
Trzeba pamiętać i stale powtarzać, że powodem tego jest systemowa odmowa zatrudnienia, bez podania jakichkolwiek racjonalnych powodów. Osoby te w znakomitej większości pozbawione są zasiłku dla osób bezrobotnych lub nigdy go nie otrzymywały; zasiłek otrzymuje przez okres do 6 miesięcy średnio 15 na 100 osób zarejestrowanych jako bezrobotne. Nie można więc mówić tu o „pomocy bezrobotnym” – bo ludzie ci chcą i mogą pracować tak, by zdobyć samodzielnie podstawowe środki do życia. W tym kraju proponowanie pomocy najczęściej jest odbierane negatywnie.

Odsyłanie tych osób do ośrodków pomocy społecznej także jest szczytem podłości, gdyż nie są to osoby należące do grona stałych klientów tego rodzaju instytucji, ubliżające jest dla nich stawianie ich na równi z cwaniakami, alkoholikami czy oszustami traktującymi pomoc społeczną jak wygodną dla nich alternatywę dla pracy zarobkowej. Ludzie ci przeważnie sami unikają wszelkich kontaktów z ośrodkami pomocy społecznej jako skrajnie ubliżającej godności ludzkiej, odzierającej z szacunku do samego siebie, wszelkiej intymności, prywatności itp.

Tak zwana pomoc społeczna jest sama w sobie skrajna patologią, wymagającą poważnego i kompleksowego zreformowania.


Dlatego w przypadku osób z grupy zwanej „50 +” nadal poszukujących zatrudnienia, nie wystarczy domagać się dla nich zasiłku czy zapomóg. 

Osoby te moim zdaniem powinny otrzymywać od państwa

ODSZKODOWANIE ZA BRAK ZATRUDNIENIA!


Odszkodowanie od Państwa, albo finansowane przez pracodawców z ich składek, w wysokości minimalnej ustawowo określonej płacy.

27/08/2013

Mamy w pup'ie czynownictwo.

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie stał się znany za sprawą swojego dyrektora – pana Kolbiarza.
Pisałem już o tym w felietonie "Kuglarstwo czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi".

To zapewne przyszły bohater „Tuskowego liberalizmu” – który postanowił udowodnić, że minister pracy miał rację – podejrzewając połowę zarejestrowanych bezrobotnych o niechęć do pracy „w ogóle”. Przy okazji zaś postanowił zawalczyć o zarobki swoje i swoich podwładnych, w związku z reformą urzędów pracy mające zależeć wreszcie od wydajności, czy może raczej skuteczności urzędu w zwalczaniu lokalnego bezrobocia.
Postanowił on w Nysie, niewielkim Opolskim miasteczku, gdzie stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 24% – zmniejszyć bezrobocie o połowę, czyli do 12%. Żyje tam niespełna 46.000 mieszkańców, z których 10.000 było zarejestrowanych jako bezrobotni w Powiatowym Urzędzie Pracy. Dzięki posiadanym na ten cel pieniądzom, uruchomiono tam wielki program prac interwencyjnych i robót publicznych, które jak wiadomo określić można jako pracę w 50% dotowaną przez władzę z Funduszu Pracy, na umowę o pracę na czas określony (do 6 miesięcy) w pełnym wymiarze czasu pracy, wyłącznie za minimalne ustawowo określone wynagrodzenie. Program ruszył w kwietniu br. i do końca czerwca spowodował spadek stopy bezrobocia o 4 punkty procentowe.

Dyrektor Kolbiarz zapowiada kontynuację tego działania aż do końca 2014 roku i osiągnięcia założonego przez niego spadku stopy bezrobocia do 12%. To oczywiście jest realne; w taki sposób można doprowadzić w zasadzie do dowolnego założonego z góry wyniku redukcji stopy bezrobocia „na papierze” – co nie ma nic wspólnego z realiami życia, czyli ze smutną rzeczywistością.
Przygotowano w tym okresie 900 ofert pracy w ramach wspomnianej interwencji w rynek pracy i rozesłano adresowane do bezrobotnych skierowania. Na skutek tego 38 osób natychmiast zrezygnowało dobrowolnie ze statusu bezrobotnego, 91 osób przedstawiło zwolnienia lekarskie poświadczające czasową niezdolność do pracy, 328 osób utraciło czasowo zgodnie z ustawą status osoby bezrobotnej za nieuzasadnioną odmowę przyjęcia oferty pracy a pozostałe 443 osoby podjęły zaproponowaną im pracę. Projekt jest kontynuowany, to znaczy osoby bezrobotne nadal są i będą kierowane przez PUP do prac interwencyjnych a przy nieuzasadnionej odmowie przyjęcia takiej oferty – wykreślane z rejestru bezrobotnych na przewidziany ustawą o promocji zatrudnienia – okres. Na co (prócz podwyżki swojej pensji) liczy Dyrektor Kolbiarz? Liczy na to, że przy stopie 12% jego Urząd zaoszczędzi na zasiłkach – pobieranych wówczas przez mniejszą liczbę osób a ponadto – przy stopie bezrobocia 12% – wypłacanych już jedynie przez 6 a nie jak dotychczas 12 miesięcy(bo maksymalny czas wypłacania zasiłku zależy od stosunku lokalnej stopy bezrobocia do średniej krajowej). Podstawowa kwota zasiłku wynosi przez pierwsze 3 miesiące 823,60 a w następnych po 646,70 zł, ale jest to kwota brutto, od której bezrobotny ma zapłacić podatek dochodowy oraz swoją składkę ubezpieczenia zdrowotnego, co daje netto (do wypłaty dla bezrobotnego) odpowiednio 711,48 oraz 568,50 zł. Jak widać są to kwoty śmieszne przy dzisiejszych kosztach życia, z pewnością niewystarczające do podstawowego utrzymania nawet dla pojedynczej osoby, nie mającej na utrzymaniu dzieci.
Jako dyrektor urzędu pracy – myśli on więc wyłącznie w kategoriach urzędniczego interesu swojej instytucji. To drastyczny przykład „urzędniczej walki z bezrobociem”; urzędniczej i dlatego ogólnie w rzeczywistych objawach tak nieskutecznej.

To walka o efektowne statystyki do sprawozdań, raczej bardziej walka z bezrobotnymi niż z bezrobociem jako takim.
Zasadniczym „nieporozumieniem” w sprawie bezrobocia jest to, że urzędnicy i politycy uważają, iż osoba niezatrudniona posiadająca status bezrobotnej nie potrzebuje pieniędzy. Tak można wytłumaczyć „zaporowe” rozwiązania ustawowe w ustawie o promocji zatrudnienia, sztucznie minimalizujące liczbę osób bezrobotnych spełniających warunki do przyznania zasiłku. Liczba ta stale maleje i wynosi średnio 15% co oznacza, że zasiłek otrzymuje tylko 15 na 100 osób zarejestrowanych. Widocznie zdaniem ustawodawców i urzędników bezrobotny w ogóle ich nie potrzebuje, skoro ustawa pozbawia go możliwości osiągania dochodów z wynagrodzeń (pod sankcją pozbawienia statusu) wyższych, niż połowa najniższego wynagrodzenia, oraz innych przychodów z jakichkolwiek źródeł prócz… oprocentowania lokat i depozytów bankowych. Już to widzę, jak osoba posiadająca dajmy na to milion złotych ulokowane na lokatach bankowych dających istotny zysk z oprocentowania – stara się o zarejestrowanie jako bezrobotna…
Natomiast spory jest katalog oczekiwań i wymagań: bezrobotny ma być stale zdolny i gotowy do podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ma zatrudnienia dla siebie sam aktywnie szukać między innymi kontaktując się bezpośrednio z pracodawcami, czyli ma też zachowywać co najmniej „schludny” wygląd i ubiór itp. A za co? Skąd pieniądze na utrzymanie dachu nad głową, ogrzewanie, wodę, gaz, prąd, ubiór, leki, jedzenie… tu już urzędas i biurwa cholerna wzrusza ramionami: ich to nie obchodzi, zresztą oni po prostu realizują ustawę gdyż mają taki obowiązek, a nie są przecież jej autorami. W ostateczności, w przypływie dobrego humoru, doradzą bezrobotnemu by udał się do… pomocy społecznej. Jeśli to zrobi – tam spotka się z pogardą, podejrzliwością posuniętą do paranoi, odarciem z wszelkiej ludzkiej intymności i godności osobistej oraz z propozycją „pomocy”; 200 – a najwyżej 400 złotych.

Jest tu ewidentna luka w ustawie – lecz konwencja nakazuje udawać, że jej nie ma, by nie urazić nieobeznanych z problematyką durniów czy osłów którzy to wymyślili. Nie da się żyć „za darmo”, więc człowiek postawiony przez społeczeństwo w takiej sytuacji – szuka alternatywnych form i źródeł doraźnego zarobkowania, które przy latami trwającym bezrobociu i braku pomocy – przekształcić się mogą w źródła skutecznie zastępujące pracę za minimalnym wynagrodzeniem. Jest to także wylęgarnia patologii prawnej i moralnej, która podnosi koszt społeczny tego stanu.
Brak pracy niesie za sobą degradację nie tylko ekonomiczną ale głównie psychiczną. Człowiek w okresie liczonym dziś na średnio dwa lata bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia – staje się niezdolny do narzucenia sobie dyscypliny wewnętrznej potrzebnej do tego, aby wstać o 5.00 czy 6.00 umyć się i ubrać w uprzednio przygotowane ubranie, zdążyć na autobus czy tramwaj do pracy, w pracy poddać się podporządkowaniu przełożonego który nakazuje co, kiedy i jak ma robić, itp. Jest to tym bardziej aktualne im bardziej dotyczy osób starszych, których się dziś z zasady nie zatrudnia – z powodu „bo nie”. Upadek do poziomu kloszarda wcale nie jest uzależniony jedynie ekonomicznie, niezależnie od tego odbywa się także w sferze psychologicznej, desocjalizacji, trwałej utraty zdolności do pracy jedynie z powodu długotrwałego odrzucenia przez społeczeństwo. Po pewnym czasie człowiek taki nadaje się już tylko do resocjalizacji, wymaga długiego i kosztownego procesu przywracania do społeczeństwa. Konieczność zdobycia środków na życie i zdolności przystosowawcze człowieka są jednym z wyjaśnień przyczyn opisanej sytuacji; że większość długotrwale bezrobotnych zaczyna w pewnym stadium wyobcowania unikać pracy najemnej a pozostają bezrobotni jedynie dla ubezpieczenia zdrowotnego.
Lecz przecież to społeczeństwo ich takimi uczyniło!

Trudno się dziwić, że urzędnik stara się działać metodami urzędniczymi; chce poprawić statystyki manipulując danymi zamiast zająć się przyczyną problemów z którymi walczy – dokładnie jak dyrektor Kolbiarz. Wszyscy dziś wiedzą, że prawdziwa przyczyna tego i wielu innych problemów ma podłoże ideologiczne usytuowane w umysłach przywództwa Platformy Obywatelskiej, a z tym – jak za poprzedniej „jedynie słusznej” ideologii oraz jedynie słusznej partii – nikt nie śmie dyskutować, bo nie chce zostać zaszczuty przez tabuny „aktywistów medialnych” posługujących się z wprawą mową nienawiści. Skoro nie da się usunąć przyczyn a trzeba coś robić – to pozoruje się takie działania jak to zrobił Kolbiarz. Wiadomo przecież, że praca dotowana na kilka miesięcy szybko się skończy i osoby tak zatrudnione stawią się ponownie do PUP w Nysie – celem zarejestrowania jako bezrobotne, że osoby czasowo pozbawione statusu – po upłynięciu okresu karencji znów powrócą do rejestru bezrobotnych. Dokładnie tak samo było przecież z tak zwanymi „szkoleniami bezrobotnych” za pieniądze Unii (EFS); wszyscy wiedzieli wówczas, że to niczego nie zmieni, bo jak pracodawca przed szkoleniem nie chciał zatrudniać osób w wieku 50+ z sobie tylko znanych przyczyn, tak i po szkoleniu podania o pracę tych osób pozostawały bez odpowiedzi z powodów znanych jedynie pracodawcom. Kilka miliardów euro wydano na stworzenie fikcji „walki z bezrobociem” oraz fikcji „solidarności pokoleń”, przy okazji wiele instytucji szkoleniowych nieźle się dorobiło, fundusze zostały „sprywatyzowane” – czyli wszystko zgodnie z „ideologią chciwości” naszych „liberałów” z KLD rodem…
Co do ubezpieczenia zdrowotnego – wiadomo, że zgodnie z obowiązującą w tym kraju Konstytucją wszyscy obywatele mają prawo do nieodpłatnej podstawowej opieki zdrowotnej, więc co to za różnica – kto, jaka instytucja będzie tą, która zgłosi obywatela do tego ubezpieczenia; urząd pracy, fundusz zdrowia, urząd gminy czy jeszcze ktoś inny. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jest jednak dla Donalda Tuska i koalicji partii rządzących fikcją, nie maja prawa jej zmienić ale i też nie mają najmniejszego zamiaru przestrzegać jej postanowień czy realizować ich.
Kto ma finansować składki ubezpieczenia zdrowotnego? Dyrektor Kolbiarz mówi: nie ja. Nie ja, bo mi to obniża zarobki. Dlatego zaczyna walkę z bezrobotnymi zamiast walki z przyczynami ich bezrobocia. Zresztą; dużo łatwiej jest znaleźć „haka” na bezrobotnego, by go choć na kilka miesięcy pozbawić statusu czyli UKRYĆ przed opinią publiczną, niż odbudować zrujnowaną gospodarkę krajową, odbudować przemysł produkujący krajowe wyroby na rynek wewnętrzny za pomocą lokalnej siły roboczej, zastosować prawdziwy program przekwalifikowań i aktualizacji kwalifikacji, by zbliżyć jak największą liczbę kandydatów do zatrudnienia – do oczekiwań pracodawców itp. Dla czynownika jedynie ważne jest jego biurowe podwóreczko, by „u mnie było w sprawozdaniach dobrze”. Bezrobotny skierowany na prace interwencyjne jest tam traktowany „jak obcy” czy jak pracownik tymczasowy i po upływie terminu umowy o pracę na czas określony – powróci do rejestru bezrobotnych by zapewnić pracę urzędnikom z PUP i dać im alibi na nagrody i premie. A od reszty spraw – jest zwierzchność.
Ale „zwierzchność” tego chyba nie wie, że „jest od reszty spraw”…

Zwierzchność harata w gałę…


12/01/2013

„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.

Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.

19/02/2012

32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?

Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.

Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.

Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...

Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.

W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.

W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.

Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.

Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.

Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.

Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.

Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?

18/02/2012

31.
Ruszyła machina propagandy w sprawie wieku emerytalnego.

Ruszyła machina propagandy mającej zagadać, zakrzyczeć bzdurą, zniechęcić, zastraszyć, ośmieszyć każdego, kto by chciał się sprzeciwić zasadności podnoszenia wieku emerytalnego w obecnej sytuacji w Polsce.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.

Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Na reformie emerytalnej mają według Donalda Tuska zyskać kobiety. Dzięki wydłużeniu wieku emerytalnego do 67 lat, wysokość ich emerytur ma znacząco wzrosnąć - twierdzi premier Tusk. Jeżeli nie wydłużymy wieku emerytalnego, to przeciętna emerytura kobiet w 2040 r. będzie wynosiła 2062 zł, ale jeżeli kobiety będą pracowały dłużej - to średnia emerytura wyniesie 3411 zł, a jest to różnica o 65 proc. - wyliczył premier Donald Tusk.
Podobnie też wypowiadał się Minister Rostowski, którego wypowiedź słyszałem w TOK FM: (przytaczam z pamięci): Środowiska kobiece także popierają zmianę wieku emerytalnego, bo gdyby ich wiek emerytalny nie został ustalony na 67 lat – to kobiety byłyby poszkodowane z powodu otrzymywania w przyszłości mniejszych emerytur.

Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...

Premier mówił:
- Będziemy wspierać kobiety, które zdecydują się na macierzyństwo. Przy jej okazji będziemy wprowadzać przepisy, które sprawią, że obowiązki rozłożą się na ojców i matki.
Minister Pracy z kolei zwracał uwagę na plany opracowania nowych przepisów dotyczących nowego projektu rządowego wsparcia zatrudnienia, aktywizacji osób po 60 roku życia i równości płci na rynku pracy.

Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.

Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.

Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.

Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?

Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.

Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.

12/02/2012

29.
Prace Interwencyjne i Roboty Publiczne – świetne pomysły… wypaczone i skompromitowane.

Na początku lutego (jak ten czas leci...) pisałem o stażach dla osób bezrobotnych, finansowanych ze środków Funduszu Pracy, a zwłaszcza o fatalnym wypaczeniu i zniszczeniu tego pomysłu, doprowadzeniu go do absurdu przez Urząd Pracy, tak jak ja to widzę i rozumiem.

Rozpoczęły się działania pozorowane w Urzędach Pracy

Kolejnym „instrumentem rynku pracy” są prace interwencyjne i roboty publiczne.
Jest to forma interwencji Państwa w tak zwany „rynek pracy”, polegającej na częściowym dotowaniu zatrudnienia dla osób, które dzięki temu powinny uzyskać trwałe zatrudnienie i wyjść z sytuacji bezrobocia. Można to w zasadzie traktować jako formę potrzebnej kontynuacji działania poprzez staże w pełni dotowane, jakie opisałem wcześniej, ale niestety także i kontynuacji wypaczenia jakie opisywałem w odniesieniu do staży, a więc kontynuację w całym tego słowa znaczeniu.

Ma to szczególne znaczenia dla osób posiadających pewną wiedzę i umiejętności ale bez żadnego doświadczenia zawodowego (stażu pracy), gdyż właśnie ten brak doświadczenia praktycznego bardzo często powoduje niechęć do ich zatrudniania. Pracodawcy poszukują przecież kandydatów idealnych, już doświadczonych i wdrożonych do pracy przez innego pracodawcę. Ma to więc znaczenia dla aktualnych absolwentów studiów i szkół zawodowych, ale także dla osób przekwalifikowanych z powodu potrzeby dopasowania ich umiejętności do lokalnych potrzeb. Wśród tychże osób przekwalifikowanych najczęściej są ludzie starsi niż absolwenci, często w wieku tzw. „50+”. Uzyskali oni nową wiedzę w ramach kursów i szkoleń na jakie uczęszczali jako bezrobotni, ale nie mają praktyki w stosowaniu tej wiedzy; zresztą do każdej pracy trzeba się najpierw dopasować, „wpracować się w nią” jak to się potocznie określa i dotyczy to absolutnie każdego.

Otóż idea była świetna: w takiej sytuacji osoba chętna i zdeterminowana, zdecydowanie starająca się o to, powinna być kierowana najpierw na staż (3 – 6 miesięcy) który jest dla zachęty pracodawcy w pełni dotowany z FP i w jego trakcie osoba ta wykonuje pod nadzorem „opiekuna stażysty” konkretną, weryfikowalną pracę na zasadach „wpracowania się”, otrzymując za to stypendium stażowe z FP, pracuje z wykorzystaniem nabytej wiedzy teoretycznej i jej samodzielnym uzupełnieniem w razie potrzeby. Po zakończeniu takiego stażu pracodawca może zatrudnić taka osobę czasowo lub na czas nieokreślony, albo zawrzeć z nią umowę cywilną. Jeśli to nie wystarczy do uzyskania trwałego zatrudnienia, natychmiast po stażu osoba ta może być skierowana do zatrudnienia na zasadach prac interwencyjnych, w połowie dotowanych z FP a w połowie – płatnych przez pracodawcę, gdzie także pracuje na zasadach samodzielnej pracy za wynagrodzeniem, na okres np. 12 miesięcy. Refundacja około połowy kosztów zatrudnienia (płaca i składki na ub. społ.) niewątpliwie jest oszczędnością i zachętą dla pracodawcy a także nieocenioną pomocą dla osoby bezrobotnej, pozwala rzeczywiście nabyć doświadczenie i pewność w wykonywaniu nowej pracy.
Jeśli nawet instytucja zatrudniająca taką osobę nie jest zainteresowana kontynuowaniem jej zatrudniania po okresie prac interwencyjnych, bez dotacji, to osoba ta powinna być już na tyle samodzielna zawodowo i psychicznie „utwierdzona” w swoim poczuciu wartości (utraconym z powodu bezrobocia), że powinna szybko samodzielnie uzyskać jakieś inne zatrudnienie… chyba że należy do grupy „50+”, która jest bezwzględnie wypychana z rynku pracy, irracjonalnie i bez względu na umiejętności i kompetencje; jest po prostu eksterminowana przez rząd Platformy Obywatelskiej. W ostateczności, w najgorszym przypadku osób młodszych - sporym kosztem społecznym daje to dodatkowe 1,5 roku pracy i powrót do rejestru bezrobotnych.

Ustalanie zasad nie należy jednak do Urzędów Pracy; urzędy jedynie są ich realizatorami.
Pomijając to, co wymaga oddzielnego omówienia, jest to ważna propozycja. Pozwala to (teoretycznie) pracodawcy czasowo obniżyć koszty wykonywania realnych prac w zamian za umożliwienie nabycia doświadczenia zawodowego. Pozwala sprawdzić konkretną osobę jako kandydata do trwałego zatrudnienia, wdrożyć ją do konkretnych standardów organizacyjnych i jakościowych w firmie (korporacji) stosunkowo minimalnym kosztem własnym.

Wszystko to by było bardzo piękne, gdyby nie wypaczenia. O wypaczeniach staży dla osób bezrobotnych pisałem w poprzednim, przywołanym na wstępie artykule.
Prace interwencyjne także zostały wypaczone i to dokładnie z tego samego powodu: upoważnienia instytucji występujących o zgodę na zorganizowanie prac interwencyjnych lub robót publicznych – na imienne wskazanie osoby zarejestrowanej w Urzędzie Pracy, dla której chcą te prace zorganizować. Okazało się przez to, że ta forma pomocy zupełnie nie jest dostępna dla „zwykłych” osób zarejestrowanych jako bezrobotne, że ich starania czy inicjatywa na nic się nie zdaje. Poszczególne instytucje czy firmy po prostu zaczęły dokładnie korzystać ze swojego uprawnienia; najpierw ktoś „ważny” w firmie – organizatorze, na zasadach protekcji, prywaty czy nepotyzmu ustalał osobę dla której będą zorganizowane prace interwencyjne, następnie osoba ta rejestrowała się w PUP po to by móc skorzystać z tej formy pomocy Państwa (gdyby nie to, osoba ta nigdy by się nie ubiegała o status bezrobotnej) i była zatrudniana, często też na specjalnie dla niej stworzonym stanowisku, z dotacją Funduszu Pracy.

W tym znaczeniu też, całkowicie zneutralizowano wpływ tego „instrumentu” na stan bezrobocia. Oferty „organizacji prac interwencyjnych” były zawsze w PUP publikowane jako powszechnie dostępne oferty pracy, dopiero zgłaszające się zainteresowane osoby od dawna zarejestrowane jako bezrobotne otrzymywały za każdym razem odpowiedź, że oferta dotyczy konkretnie i imiennie wskazanych osób, czyli była praktycznie zajęta zanim się ukazała w PUP. Pieczono w ten sposób „dwie pieczenie przy jednym ogniu” a może nawet i „trzy pieczenie”, bo środki na dotacje szły do tych „do których trzeba”, czyli do „swoich”, córeczek i wnuczków ważnych osobistości a nie do jakiejś hołoty bezrobotnej, po drugie Urząd Pracy tworzył sobie dane do sprawozdań ilościowych oraz nabijał sobie liczbę publikowanych ofert pracy, mimo że publikował oferty - przed publikacją już zajęte, a po trzecie i najważniejsze – nie zmniejszało to stanu bezrobocia, czyli nie zagrażało interesom ogromnej armii ludzi żyjących z tego że bezrobocie jest i żerujących na nim.
W ten sposób znane są przypadki nawet i kilkuletniego bezrobocia - bez zasiłku, które nie doczekało się ANI JEDNEJ OFERTY ZATRUDNIENIA ze strony Urzędu Pracy.

Urzędy Pracy boją się znacznego zmniejszenia bezrobocia, ale jeszcze bardziej boją się oskarżenia o marnotrawstwo czy niegospodarność, wpadki lub pomyłki, a jak wiadomo "nie myli się jedynie ten co nic nie robi", więc... Urzędy Pracy z tego powodu nastawione są nie na pomoc bezrobotnym w wychodzeniu z bezrobocia, ale na „obronę przed oszustami”. Są jak warowne zamczyska, zabezpieczone ze wszystkich stron murami "procedur", biurokratycznych warunków do spełnienia, zastrzeżeń, dokumentów, zaświadczeń, formularzy itp. To oczywiście nie jest wina PUP a raczej głupiej ustawy, wrzucającej „do jednego worka” i faktycznych bezrobotnych i alkoholików niezdolnych do pracy i cwaniaków udających bezrobocie dla uzyskania zasiłku lub składek ubezpieczenia zdrowotnego. Urzędy boją się afer ale nie bardzo też im zależy na realizacji faktycznych zadań czy osiąganiu wymiernych skutków wobec potrzebujących, bo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze pogarda dla ludzi przychodzących tu po pomoc, może na zasadzie psychicznej bariery samoobronnej. Lepiej więc zdaniem PUP nie pomóc faktycznemu bezrobotnemu, niż przez nieuwagę pomóc osobie do pomocy nieuprawnionej, szczególnie gdyby to się miało "wydać". Jasne jest, że przez zasadę "wrzucenia do jednego worka" wszystkich "chętnych na zasiłek" wraz z poszukującymi zatrudnienia, w imię jakiejś idiotycznej, dogmatycznej "równości" i "wolności" wyznawanej niczym religię przez "sektę" neoliberałów - tracą tylko ci faktycznie szukający zatrudnienia, rzeczywiści bezrobotni zdolni i chętni do podjęcia odpowiedniej pracy i pozbawieni dochodów. Alkoholicy niezdolni do żadnej pracy a uznani za bezrobotnych na podstawie ich oświadczenia, oraz oszuści udający niepracujących dla zasiłku i składek ubezpieczenia - zyskują, a Urzędy pomimo "obwarowania się" nie są w stanie temu przeciwdziałać z winy durnej ustawy.
Urzędy pracy w takiej sytuacji są zainteresowane jedynie formalnymi wskaźnikami dającymi się łatwo i ładnie „sprzedać” w sprawozdaniach i opracowaniach, dlatego taka sytuacja dotycząca prac interwencyjnych prawdopodobnie im podpowiada, jest dla Urzędu w miarę bezpieczna. Taka organizacja nic nie daje bezrobotnym ale daje poczucie bezpieczeństwa urzędnikom i to jest dla nich najważniejsze.

27/01/2012

25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.

Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.

Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.

Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.

Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).

Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.

Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.

Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.

14/01/2012

22.
Gazeta Wyborcza:”Młodzi - trzy razy nic”.

Nie przepadam za Gazetą Wyborczą, ale przyznać trzeba, że jako jedna z niewielu - pisze o tym co najważniejsze.
O bezrobociu i jego konsekwencjach społecznych i gospodarczych.

Niedawno pojawił się dobry, ważny materiał o sytuacji osób pozbawionych pracy z przedziału wiekowego tzw. 50plus. Świadomie piszę tu o osobach w "wieku produkcyjnym", czyli w wieku normalnej aktywności zawodowej, które nie są nigdzie zatrudnione. Nie piszę o nich całościowo jako o "bezrobotnych" bo określenie to ma swoje ścisłe znaczenie, definicję ustaloną w "Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy" a nie wszystkie te osoby spełniają wspomnianą definicję, mimo że nie pracują. Ich liczbę określa się na ok. 700.000 ale część z tych osób zapewne w takiej sytuacji, po 2 - 4 latach nieskutecznych prób przekwalifikowania się (dostosowania do potrzeb "rynku"), bezowocnego poszukiwania zatrudnienia no i dalszego widocznego braku perspektywy na zmianę sytuacji, całkowitej bezczynności instytucji rynku pracy, osób odpowiedzialnych za organizację działania i polityki Państwa w tym zakresie - po prostu zaprzestały już poszukiwania pracy, przyjmując najczęściej jakieś użyteczne role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Ale to tylko część; reszta pozostaje tak "zawieszona" w pustce bezmyślności i bezduszności Państwa; państwa Platformy Obywatelskiej.

Dziś Gazeta Wyborcza znów przełamała milczenie, sprawiające wręcz nieraz wrażenie "zmowy milczenia" na ten temat - publikując spory tekst pod tytułem "Młodzi trzy razy nic" a dotyczący ludzi młodych pozostających bez pracy, zawieszonych w nicości: ani nie uczących się, ani nie pracujących, ani nie prowadzących działalności...

Młodzi - Trzy Razy Nic

Artykuł jest dramatyczny, bo ukazuje - jakie trudności spadają na pokolenie, które już wkrótce powinno utrzymywać ten kraj, kierować nim, a tymczasem popada w marazm, izolację społeczną i problemy psychiczne.

Trzeba o tym pisać, trzeba o tym krzyczeć by nie dać spokoju tym "gentelmenom" w garniturkach - mimo że z Wiejskiej. Tym młodym ludziom z elity władzy, którzy - jak to gentelmeni - o pieniądzach nie mówią, ale je mają niejako "od urodzenia", dla których stały się one tak oczywiste, że nie są w stanie nawet zadać sobie pytania: za co żyją ludzie pozbawieni możliwości pracy zarobkowej.
Zapomnieli - przyssani do publicznej kasy, że - by mieć chleb, trzeba na niego zapracować, kupić i wtedy można dopiero zjeść kromkę. Jeszcze trzeba kupić nóż, by mieć czym tę kromkę ukroić, oraz wyleczyć zęby - by mieć czym chleb pogryźć. Dalej - trzeba kupować szczoteczki i dobrą pastę do tychże wyleczonych zębów, bo inaczej - znów szybko będą wymagały leczenia... słowem, że wymogi choćby najskromniejszej wegetacji nawarstwiają konkretne potrzeby finansowe konieczne do zaspokojenia, i że zdecydowana większość ludzi chce na to zapracować. Już byli kiedyś dwaj tacy, co próbowali "publicznie" a w rzeczywistości - propagandowo udowodnić, że można przeżyć miesiąc za 500,- zł, ale wystarczyło im na 10 dni i "dali se spokój". Zadziwiające jest to powszechne pomijanie - też na zasadzie jakiegoś wynaturzenia czy zmowy, że - by żyć - trzeba mieć choć kwotę starczającą na minimalną wegetację, choćby i te "minimalne" 940 zł netto (od 1380,- br.), że znakomita większość ludzi chce zapracować na te pieniądze i przy tym są w znakomitej większości skazani na pracę najemną. No i udają nasi "gentelmeni" że zapomnieli, iż Państwo ma określony w Konstytucji obowiązek podejmować określone w Konstytucji zadania i skutecznie wykonywać je. Tym zadaniem nie jest rozdawanie "po bułeczce" z opieki społecznej dla każdego...
Artykuł (mimo że w "GW") - warto przeczytać i do tego zachęcam.

30/12/2011

34.
Przerażający marazm w Urzędzie Pracy.

Przerażający jest całkowity marazm i zastój w Powiatowym Urzędzie Pracy.
Owszem; czynna jest kasa, wypłacane lub przekazywane są na konta bankowe nielicznych „szczęśliwców” zasiłki dla bezrobotnych, gdzieś tam w biurach ktoś drogą elektroniczną przekazuje odpowiednie składki np. ubezpieczenia zdrowotnego, na rzecz zarejestrowanych bezrobotnych.
Kolejki są tylko rano – tych rejestrujących się po raz pierwszy, później już nie – bo obowiązkowe wizyty bezrobotnych wyznaczane są raz na dwa miesiące, jakieś nieliczne oferty (w dniu dzisiejszym – cztery) wiszą sobie w gablotkach, pachnie świeżo zaparzoną kawą dobrej jakości (byle czego urzędnicy nie pijają, bo szkodzi „na cukier”), czasem ktoś z naiwnych bezrobotnych siedzi przy którymś z kilku starych, rozklekotanych komputerów, z których można wejść wyłącznie na kilkanaście stron dotyczących pracy… może myśli biedak, że coś tam znajdzie… widocznie początkujący. Nie ma staży, nie ma prac interwencyjnych, nie ma ofert, nie ma dotacji, nie ma kursów, nie ma zmiłowania ani pomocy, nie ma pieniędzy… nie ma nadziei.
Pomimo takiej sytuacji – Powiatowy Urząd Pracy zakupił nową, bardzo nowoczesną konsolę do wydawania numerków dla bezrobotnych, ustalających kolejność ich "załatwiania". Nie chodzi o to żeby ludzie mogli pracować; chodzi o to by im o braku pracy powiedzieć w odpowiedniej, słusznej kolejności. Konsola jest świetna, z dużym ekranem dotykowym w który wystarczy dotknąć paluchem odpowiednie miejsce, niemalże bez zatrzymywania się… bo konsola stoi przy wejściu. Widać, że urządzenie drogie i przystosowane do obsługi bardzo dużej liczby osób w krótkim czasie – dokąd nie zabraknie numerków na dany dzień. A dziennie wydaje się ich ok. 600 - 700, bo tyle osób urząd może "załatwić" w ciągu dnia. Potem – sobie stoi i ładnie wygląda, świadczy o poziomie Miasta, dbałości Pana Prezydenta Miasta Piotra Krzyska i kulturze technicznej w naszej kochanej Ojczyźnie...
Toż to komfort; bezrobotny niemal w biegu zaliczy numerek (specjalnie nie piszę w rodzaju żeńskim, żeby dwuznaczności nie było), pobiegnie pod wyświetlacz, tam poczeka jak tresowana małpa na rynku (pracy), aż się odpowiednie cyferki wyświetlą (te z jego numerka), jak niegramotny – to go dobrzy ludzie pchną w odpowiednim momencie - do kabinki, a w kabince szybko mu pokażą te cztery litery... nie, co ja: cztery OFERTY mu pokażą „na krzyż”, które są dostępne, albo powiedzą, że „nic dla Pana nie mamy” i już, załatwiony… na „amen”… proszę przyjść, ale nie wcześniej niż za dwa miesiące… sztucznych kolejek nam tu nie tworzyć, a jak nie ma co żryć, to „od tego jest opieka społeczna”!
No i ewentualnie - Komunalny Zakład Usług Pogrzebowych…

Drugą inwestycją techniczną Powiatowego Urzędu Pracy – są trzy ogromniaste ekrany plazmowe Super Ultra + HD, podwieszone pod sufitem na korytarzach w „poczekalni” dla bezrobotnych, na którym wyświetla się te dziwne oferty pracy, jakie Urząd ma. Na zmianę – oczywiście się wyświetla. Pewnie powiecie: nowoczesność i Hi Tech mamy w naszym powiecie... Są też dwie mniejsze samoobsługowe konsolki z ekranami dotykowymi, gdzie bezrobotny może przeglądać aktualne oferty pracy w układzie alfabetycznym a nawet automatycznie wydrukować sobie wybrane oferty na taśmie papieru termicznego.

Urząd Pracy inwestuje w kadry i w infrastrukturę; mimo braku pieniędzy na pomoc dla bezrobotnych. Widać są przekonani, że ich „misja” dopiero się zaczyna, że będą potrzebni i muszą się przygotować na jeszcze większe bezrobocie.

Jest "inwestycja w kadry"… ale nie bezrobotnych, a urzędników Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. To projekt partnerski finansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego pod nazwą „Piramida Kompetencji” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, przewidziany na okres pełnych dwóch lat; rok 2011 i 2012. Celem projektu jest wzmocnienie kadrowe PUP i standaryzacja usług do końca 2012 roku. Celem jest także finansowanie etatów pracowników Powszechnych Służb Zatrudnienia (PUP) wykonujących zadania pośrednictwa pracy i doradztwa zawodowego. Projekt obejmuje między innymi finansowanie szkoleń, kursów, studiów magisterskich i podyplomowych dla pracowników PUP, organizację spotkań, konferencji, wizyt pracowników PSZ itp.

Dla osób pozbawionych pracy nie ma obecnie żadnej możliwości szkoleń, dotacji do zatrudnienia, brak naboru na jakiekolwiek szkolenia czy projekty współfinansowane przez Unię z EFS w ramach POKL.
Co tam bezrobotni: obecni wymrą, to przyjdą następni, już Rząd Premiera Donalda Tuska się o to postara, ale KADRY muszą być zwarte i gotowe… no i wyszkolone. Kompetencje pracowników muszą być wprost piramidalne, jak marnotrawstwo środków publicznych albo chociaż - jak bzdura w której to wszystko się tapla. Jak widać przewiduje się wysokie bezrobocie na dalsze długie lata…

Przerażające jest to, że To Pan Prezydent miasta na prawach powiatu - zajmuje się wykonywaniem zadań, jakie Ustawa nakłada na starostów; zadań dotyczących wykonywania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Co prawda rynku pracy nie ma, tylko dyktat i samowola „pracodawców”, ale Ustawa – jest. I obowiązuje.
Pan Prezydent oczywiście ma to w…. kompetencjach, dlatego ogranicza się do powołania (podobno w drodze konkursu) Dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy.
Więc powołał…

Przerażające jest to, że jak wynika z Regulaminu przygotowanego przez Dyrektora PUP a zatwierdzonego przez Prezydenta Miasta (a czytał chociaż…?), całokształtem działalności PUP kieruje Dyrektor PUP zgodnie z zasadą jednoosobowego kierownictwa, przy pomocy swojego zastępcy oraz kierowników komórek organizacyjnych.
Dyrektor PUP odpowiada jedynie przed Prezydentem Miasta.
Kieruje Urzędem za pomocą poleceń i zarządzeń. Dyrektor jest jednoosobowym "panem i władcą", ma prawo tworzyć i likwidować stanowiska pracy, komórki organizacyjne, zespoły i komisje, także spoza pracowników Urzędu, podlega mu nawet stanowisko do spraw kontroli wewnętrznej, które nie służy kontroli Dyrektora a wszystkich innych. Władza Dyrektora jest absolutna i jednoosobowa. Pan "życia i śmierci",a dokładniej - pani...

Do zadań dyrektora należy między innymi:
• Wnioskowanie o zmianę przepisów z zakresu działania PUP, jeśli mu się nie podobają te które obowiązują;
• Swobodne ustalanie struktury organizacyjnej, tworzenie i likwidacja stanowisk, komórek organizacyjnych oraz filii, przyjmowanie, opiniowanie i zwalnianie pracowników;
• Planowanie i dysponowanie w ramach upoważnień udzielonych przez Prezydenta środkami Funduszu Pracy, Europejskiego Funduszu Społecznego, środkami pochodzącymi z funduszy unijnych oraz środkami pomocy społecznej;
• Przygotowywanie okresowych sprawozdań z działalności PUP oraz stanu bezrobocia;

W powiecie funkcjonuje także Powiatowa Rada Zatrudnienia, która jest organem doradczym i opiniodawczym Prezydenta Miasta (jako starosty) i jednocześnie – jako przełożonego Dyrektora PUP – w sprawach lokalnej polityki rynku pracy.
Inaczej mówiąc – Powiatowa Rada Zatrudnienia jest jakby narzędziem Prezydenta do oceny działania Dyrektora PUP - obdarzonego taką samodzielnością.
Stąd i odpowiednie kompetencje owej Powiatowej Rady Zatrudnienia, a wśród nich:

• ocena racjonalności gospodarki środkami Funduszu Pracy;
• ocenianie okresowych sprawozdań z działalności Powiatowego Urzędu Pracy oraz ze stanu bezrobocia w mieście;
• opiniowanie kryteriów podziału środków Funduszu Pracy i sprawozdań z ich wykorzystania;
• opiniowanie wniosków o odwołanie lub wnioskowanie o odwołanie Dyrektora PUP i udział w komisji konkursowej;

Do tejże Rady należą tacy ludzie jak przedstawiciel Business Centre Club, Północnej Izby Gospodarczej, Kupieckiej Izby Gospodarczej Województwa Zachodniopomorskiego, Izby Rolniczej, Izby rzemieślniczej, Związków Zawodowych OPZZ i „Solidarność”, Rady Miasta, Wydziału Rozwoju Miasta Urzędu Miejskiego i inni… łącznie kilkanaście tego typu osobistości.

Teraz uwaga: Członkiem Powiatowej Rady Zatrudnienia jest także… Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.

Patrząc więc na nakreślone powyżej obowiązki i kompetencje – staram się wyobrazić sobie – jak to się odbywa.
No bo jak: Dyrektor PUP w swoim gabinecie w PUP sprawdzi i zatwierdzi sporządzone przez swoich podwładnych sprawozdanie z dysponowania w swoim urzędzie środkami Funduszu Pracy, środkami EFS, środkami Funduszy unijnych i środkami pomocy społecznej, następnie wysyła je do Powiatowej Rady Zatrudnienia – po czym sam szybko jedzie do tejże Powiatowej Rady Zatrudnienia, by już jako jej członek – zaopiniować pozytywnie to swoje własne Dyrektorskie sprawozdanie? No bo dlaczego miałby je odrzucić albo mieć zastrzeżenia; "sprawozdanie jest dobre... sam pisałem..."!

A gdy Dyrektor PUP dowie się o czyimś wniosku o "odwołanie Dyrektora PUP ze stanowiska", sam szybko jedzie do Powiatowej Rady Zatrudnienia, aby - jako jej członek - negatywnie zaopiniować ten wniosek…? Dyrektor PUP "jest w porządku, ja go znam, bo to właśnie ja jestem..."

Jak można być jednocześnie kontrolowanym i kontrolerem, ocenianym i oceniającym?

Jak widać – w Polsce można.
Może dlatego jest tak fajnie u nas… marazm, zgnuśnienie, bezrobocie tylko 21,7%...
Budowa nowego dużego cmentarza komunalnego - na ukończeniu… bo stary, ponoć największy w Europie - już przepełniony.

Odwiedziny: