BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

04/04/2014

Umowa zlecenia, umowa śmieciowa…

Umowa zlecenia jest umową cywilnoprawną czyli opartą na przepisach Kodeksu Cywilnego. W szczególności – nie ma ona nic wspólnego z Kodeksem Pracy (prawem pracy). Definiuje Umowę Zlecenia Art. 734 Kodeksu Cywilnego – stwierdzając, że ta forma umowy dotyczy jedynie wykonywania czynności prawnych przez jeden podmiot – na rzecz innego podmiotu, pomiędzy osobami fizycznymi lub osobami fizycznymi a osobami prawnymi.

Definicję pojęcia „czynność prawna” można znaleźć np. w Wikipedii: patrz definicja czynności prawnej
Jak więc widać, taki typ umowy absolutnie nie da się zastosować do wykonywania czynności związanych z pracą w produkcji, usługach, ochronie itp.; gdyż nie są to czynności prawne.

Furtkę dla przedsiębiorców dążących do odchodzenia przy zatrudnianiu od stosowania umów o pracę w rozumieniu Kodeksu Pracy – stanowi Art. 750 Kodeksu Cywilnego – stanowiący, iż „Do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu” (czyli artykuły k. c. zawarte w tytule XXI tej ustawy). Oznacza to, że przepisy Kodeksu Cywilnego zawarte w „Tytule XXI” Kodeksu Cywilnego – można stosować do umów o świadczenie usługi – pod warunkiem iż umowy te nie są uregulowane innymi przepisami. W szczególności – pod warunkiem, że nie są one uregulowane przepisami Kodeksu Pracy.

Mamy tu więc pierwszą istotną zasadę: umowa zlecenia może być stosowana do świadczenia usług nie mieszczących się w definicji i cechach stosunku pracy.
Nawet intuicyjnie – wyczuwamy że pewne zadania jakby „nie pasują” do istoty umowy o pracę. Dla przykładu, z autentycznych ogłoszeń na „tablica.pl”: „zlecę zamurowanie otworu okiennego…”. To jednorazowa usługa związana z czynnościami murarskimi i tynkarskimi, ewentualnie – jeśli umowa to w swojej treści obejmie – malarskimi, by doprowadzić do jednolitości wizualnej ściany w której był ten zbędny otwór okienny. Czy do wykonania tego trzeba aż zawierać umowę o pracę z murarzem, tynkarzem i malarzem ? Ustalać warunki pracy, czas pracy, dyscyplinę pracy, przydzielać kierownika lub brygadzistę, zakładać pełną dokumentację kadrową i płacową, wysyłać murarza na badania lekarskie, wydawać ubranie robocze? Zapewne byłoby to możliwe, ale niezmiernie niepraktyczne.

Wniosek: umowy zlecenia są użyteczne i potrzebne, gdy są prawidłowo stosowane.
W tym wypadku umowa zlecenia dotyczy jednorazowej usługi możliwej do samodzielnego wykonania przez zleceniobiorcę w ciągu np. tygodnia i jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż może być z zadowoleniem obu stron umowy wykonana bez angażowania przepisów Kodeksu Pracy. To co jest istotne dla zlecającego – można (i należałoby) zawrzeć w treści umowy zlecenia, pamiętając jednak aby nie stosować regulacji właściwych dla prawa pracy ani nawet nie używać właściwej dla kodeksu pracy terminologii – gdyż jak pamiętamy – przepisy Kodeksu Cywilnego mogą być zastosowane jedynie do usług, które nie są uregulowane innymi przepisami (np. przepisami kodeksu pracy). Nie może więc w treści umowy zlecenia być mowy o podległości służbowej i kierowaniu pracą, o godzinie rozpoczęcia i zakończenia pracy, obowiązku podpisania listy obecności, usprawiedliwianiu nieobecności, wymiarze etatu, godzinach nadliczbowych itp.
Są tu możliwe dwa podejścia do tego problemu: albo po prostu rzetelnie badać okoliczności, czy konkretna sytuacja (wynikająca z realnej potrzeby) bardziej z natury pasuje do przepisów k. c. czy do k. p. – jak w powyższym przykładzie i ściśle się temu podporządkowywać, albo też, co jest ostatnio nagminnie stosowane – świadomie kształtować okoliczności tak, by je podporządkować swojemu z góry podjętemu zamiarowi zawarcia umowy zlecenia a nie umowy o pracę.
Albo zawarcie umowy zlecenia jest wyjątkiem w przypadkach gdy umowa o prace „jakoś nie pasuje” albo zawarcie umowy o pracę jest wyjątkiem od zasady zawierania zleceń, gdy nie da się w żaden sposób nagiąć okoliczności, by uzasadnić niezastosowanie umowy o pracę. Przedsiębiorca czy osoba prywatna (fizyczna) chcąca zawierać umowy zlecenia powinna bardzo dbać o zgodność tego z obowiązującymi przepisami, a to przez wzgląd na Art. 22 Kodeksu Pracy oraz powiązany z tym Art. 281 KP.
Przytoczmy wspomniane artykuły:

Kodeks Pracy Art. 22.

§ 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
§ 1/1. Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.
§ 1/2. Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.
§ 2. Pracownikiem może być osoba, która ukończyła 18 lat. Na warunkach określonych w dziale dziewiątym pracownikiem może być również osoba, która nie ukończyła 18 lat.
§ 3. Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego nawiązać stosunek pracy oraz dokonywać czynności prawnych, które dotyczą tego stosunku. Jednakże gdy stosunek pracy sprzeciwia się dobru tej osoby, przedstawiciel ustawowy za zezwoleniem sądu opiekuńczego może stosunek pracy rozwiązać.


Kodeks Pracy Art. 281:

Kto, będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu:
1) zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 § 1 powinna być zawarta umowa o pracę,
2) nie potwierdza na piśmie zawartej z pracownikiem umowy o pracę,
3) wypowiada lub rozwiązuje z pracownikiem stosunek pracy bez wypowiedzenia, naruszając w sposób rażący przepisy prawa pracy,
4) stosuje wobec pracowników inne kary niż przewidziane w przepisach prawa pracy o odpowiedzialności porządkowej pracowników,
5) narusza przepisy o czasie pracy lub przepisy o uprawnieniach pracowników związanych z rodzicielstwem i zatrudnianiu młodocianych,
6) nie prowadzi dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akt osobowych pracowników,
7) pozostawia dokumentację w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracowników w warunkach grożących uszkodzeniem lub zniszczeniem
– podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł.


Istnieje tu więc pole do konkretnego egzekwowania odpowiedzialności, przy czym Państwowa Inspekcja Pracy podległa Marszałkowi Sejmu RP – zajmuje się sprawami dotyczącymi realizacji Kodeksu Pracy posiadając kompetencje kontrolne oraz karno-nakazowe, istnieje też instancja Wydziałów Pracy w sądach każdego szczebla, natomiast sprawy objęte przepisami Kodeksu Cywilnego (np. spory w sprawach umów zlecenia) rozwiązują bezpośrednio Sądy Cywilne (Wydziały Cywilne sądów odpowiedniego szczebla).

Z powyższych przepisów można więc sformułować definicję stosunku pracy:
stosunek pracy zachodzi wtedy, gdy osoba wykonująca pracę – wykonuje pracę określonego (w umowie) rodzaju lub na określonym stanowisku, wykonuje ją na rzecz pracodawcy który z nią zawarł umowę, zobowiązana jest wykonywać pracę w wyznaczonym przez zatrudniającego miejscu i czasie (np. określonej godziny rozpoczynania i kończenia dziennej pracy, stawiania się o wyznaczonej porze dnia w wyznaczonym, miejscu, podpisywania listy obecności itp. oraz działa pod kierownictwem pracodawcy – to znaczy ma dostosowywać się do poleceń pracodawcy i wykonywać je dokładnie w polecony sposób. Praca oparta o umowę o pracę musi być wykonywana osobiście i musi być opłacona umówionym wynagrodzeniem, którego nie wolno pracownikowi nie dostarczyć, jak również pracownik nie ma prawa go nie przyjąć.
Umowa o pracę jest umową „starannego działania” pod kierownictwem pracodawcy co oznacza brak obowiązku osiągnięcia określonego skutku, natomiast umowa zlecenia jest umową skutku wykonywaną samodzielnie, co znaczy iż wykonujący zlecenie ma osiągnąć skutek określony w umowie (wykonać określoną usługę) działając samodzielnie oraz niekoniecznie osobiście, beż żadnej podległości zleceniodawcy a jedynie uwzględniając uzgodnienia i wskazówki otrzymane w chwili podpisywania umowy zlecenia, pracować w dowolnym czasie dnia lub w nocy – byle skutek przewidziany do osiągnięcia został osiągnięty w terminie końcowym wyznaczonym umową i mieścił się w normach jakościowych i technologicznych danej specjalności czy branży.
Umowa zlecenia nie służy więc do zatrudniania.
Już samo mówienie o „zatrudnieniu na umowę zlecenie” jest absurdalne i nasuwa uzasadnione podejrzenie o łamanie prawa pracy, w szczególności przytoczonego powyżej przepisu prawa mówiącego, iż zawarcie umowy zlecenia (lub innej cywilno-prawnej) w sytuacji, gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę – jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i podlega karze grzywny w wysokości od 1000 do 30.000 zł.

A przecież jest to sformułowanie i praktyka codzienna; świadczy to jedynie o skali bezprawia pod rządami Platformy Obywatelskiej.

Powiedzmy to wyraźnie: prawo jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia.
Znakomita większość umów zlecenia funkcjonujących obecnie – jest w rzeczywistości jednoznacznym złamaniem prawa, lub jego „naciąganiem”, czyli – jak to określał Wałęsa wobec swoich własnych działań – „balansuje na krawędzi prawa”. Jest to przez władze co najmniej tolerowane.

W praktyce stosuje się zasadę, że umowa jest umową o pracę, jeśli występują w niej cechy charakterystyczne wymienione właśnie w Art. 22 § 1 Kodeksu Pracy, przy czym zasada ta jest interpretowana w ten sposób, iż cechy te muszą wszystkie wystąpić jednocześnie – w przypadku umowy o pracę. Prowadzi to do metody omijania zakazu zawierania umów zlecenia zamiast umów o pracę; wystarczy, że faktyczny pracodawca nie stosuje w umowie terminologii charakterystycznej dla umów o pracę oraz wyeliminuje jedną ze wspomnianych cech charakterystycznych stosunku pracy – by mógł skutecznie twierdzić, iż zawarł umowę-zlecenia, uchylając się w ten sposób od wielu obowiązków pracodawcy a także zmniejszając kosztem pracownika swoje wydatki (koszty pracy). Jest to mechanizm powstawania tak zwanych „umów śmieciowych”.

Państwowa Inspekcja Pracy ma uprawnienia kontrolne i nadzorcze w sprawach stosunku pracy a więc umów opartych na przepisach Kodeksu Pracy. Uprawnienia te nie sięgają więc do spraw umów zlecenia ani innych umów cywilno-prawnych, opartych na przepisach Kodeksu Cywilnego. Wykonawca umowy zlecenia tylko z jednym zarzutem adresowanym do zleceniodawcy może się zwrócić do Państwowej Inspekcji Pracy; z zarzutem iż stosunek łączący go z zatrudniającym – jego zdaniem jest w rzeczywistości stosunkiem pracy. PIP nie czekając na zgłoszenia osób oszukiwanych ma prawo kontrolować (rzekome) umowy zlecenia – pod względem ich zgodności z ustawowym zakazem zastępowania umów pracy umowami zlecenia, czyli zawierania umów zlecenia w sytuacji gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę.
PIP nie wykorzystuje tych możliwości jak się wydaje – w pełni, gdyż prawdopodobnie jest pod ideologicznym naciskiem „ulgowego traktowania” przedsiębiorców zatrudniających, zasadą „przymykania oczu” i powstrzymywania się do karania za nieprzestrzeganie tego przepisu – i stąd taka masa umów „śmieciowych” i ich lawinowy przyrost.
Istnieje i działa moim zdaniem coś w rodzaju „parasola ochronnego” władzy nad działaniami pracodawców, by ich chronić od skutków łamania przepisów prawa, choćby w tej sprawie. Państwowa Inspekcja Pracy podlega Marszałkowi Sejmu a ten jest przedstawicielem większości politycznej w Sejmie, w Senacie i w Rządzie – czyli „opcji rządzącej”, dlatego zmiana tych niekorzystnych społecznie tendencji jest możliwa prawdopodobnie jedynie poprzez… zmianę rządzącej „opcji politycznej” w zbliżających się wyborach.

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

27/08/2013

Mamy w pup'ie czynownictwo.

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie stał się znany za sprawą swojego dyrektora – pana Kolbiarza.
Pisałem już o tym w felietonie "Kuglarstwo czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi".

To zapewne przyszły bohater „Tuskowego liberalizmu” – który postanowił udowodnić, że minister pracy miał rację – podejrzewając połowę zarejestrowanych bezrobotnych o niechęć do pracy „w ogóle”. Przy okazji zaś postanowił zawalczyć o zarobki swoje i swoich podwładnych, w związku z reformą urzędów pracy mające zależeć wreszcie od wydajności, czy może raczej skuteczności urzędu w zwalczaniu lokalnego bezrobocia.
Postanowił on w Nysie, niewielkim Opolskim miasteczku, gdzie stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 24% – zmniejszyć bezrobocie o połowę, czyli do 12%. Żyje tam niespełna 46.000 mieszkańców, z których 10.000 było zarejestrowanych jako bezrobotni w Powiatowym Urzędzie Pracy. Dzięki posiadanym na ten cel pieniądzom, uruchomiono tam wielki program prac interwencyjnych i robót publicznych, które jak wiadomo określić można jako pracę w 50% dotowaną przez władzę z Funduszu Pracy, na umowę o pracę na czas określony (do 6 miesięcy) w pełnym wymiarze czasu pracy, wyłącznie za minimalne ustawowo określone wynagrodzenie. Program ruszył w kwietniu br. i do końca czerwca spowodował spadek stopy bezrobocia o 4 punkty procentowe.

Dyrektor Kolbiarz zapowiada kontynuację tego działania aż do końca 2014 roku i osiągnięcia założonego przez niego spadku stopy bezrobocia do 12%. To oczywiście jest realne; w taki sposób można doprowadzić w zasadzie do dowolnego założonego z góry wyniku redukcji stopy bezrobocia „na papierze” – co nie ma nic wspólnego z realiami życia, czyli ze smutną rzeczywistością.
Przygotowano w tym okresie 900 ofert pracy w ramach wspomnianej interwencji w rynek pracy i rozesłano adresowane do bezrobotnych skierowania. Na skutek tego 38 osób natychmiast zrezygnowało dobrowolnie ze statusu bezrobotnego, 91 osób przedstawiło zwolnienia lekarskie poświadczające czasową niezdolność do pracy, 328 osób utraciło czasowo zgodnie z ustawą status osoby bezrobotnej za nieuzasadnioną odmowę przyjęcia oferty pracy a pozostałe 443 osoby podjęły zaproponowaną im pracę. Projekt jest kontynuowany, to znaczy osoby bezrobotne nadal są i będą kierowane przez PUP do prac interwencyjnych a przy nieuzasadnionej odmowie przyjęcia takiej oferty – wykreślane z rejestru bezrobotnych na przewidziany ustawą o promocji zatrudnienia – okres. Na co (prócz podwyżki swojej pensji) liczy Dyrektor Kolbiarz? Liczy na to, że przy stopie 12% jego Urząd zaoszczędzi na zasiłkach – pobieranych wówczas przez mniejszą liczbę osób a ponadto – przy stopie bezrobocia 12% – wypłacanych już jedynie przez 6 a nie jak dotychczas 12 miesięcy(bo maksymalny czas wypłacania zasiłku zależy od stosunku lokalnej stopy bezrobocia do średniej krajowej). Podstawowa kwota zasiłku wynosi przez pierwsze 3 miesiące 823,60 a w następnych po 646,70 zł, ale jest to kwota brutto, od której bezrobotny ma zapłacić podatek dochodowy oraz swoją składkę ubezpieczenia zdrowotnego, co daje netto (do wypłaty dla bezrobotnego) odpowiednio 711,48 oraz 568,50 zł. Jak widać są to kwoty śmieszne przy dzisiejszych kosztach życia, z pewnością niewystarczające do podstawowego utrzymania nawet dla pojedynczej osoby, nie mającej na utrzymaniu dzieci.
Jako dyrektor urzędu pracy – myśli on więc wyłącznie w kategoriach urzędniczego interesu swojej instytucji. To drastyczny przykład „urzędniczej walki z bezrobociem”; urzędniczej i dlatego ogólnie w rzeczywistych objawach tak nieskutecznej.

To walka o efektowne statystyki do sprawozdań, raczej bardziej walka z bezrobotnymi niż z bezrobociem jako takim.
Zasadniczym „nieporozumieniem” w sprawie bezrobocia jest to, że urzędnicy i politycy uważają, iż osoba niezatrudniona posiadająca status bezrobotnej nie potrzebuje pieniędzy. Tak można wytłumaczyć „zaporowe” rozwiązania ustawowe w ustawie o promocji zatrudnienia, sztucznie minimalizujące liczbę osób bezrobotnych spełniających warunki do przyznania zasiłku. Liczba ta stale maleje i wynosi średnio 15% co oznacza, że zasiłek otrzymuje tylko 15 na 100 osób zarejestrowanych. Widocznie zdaniem ustawodawców i urzędników bezrobotny w ogóle ich nie potrzebuje, skoro ustawa pozbawia go możliwości osiągania dochodów z wynagrodzeń (pod sankcją pozbawienia statusu) wyższych, niż połowa najniższego wynagrodzenia, oraz innych przychodów z jakichkolwiek źródeł prócz… oprocentowania lokat i depozytów bankowych. Już to widzę, jak osoba posiadająca dajmy na to milion złotych ulokowane na lokatach bankowych dających istotny zysk z oprocentowania – stara się o zarejestrowanie jako bezrobotna…
Natomiast spory jest katalog oczekiwań i wymagań: bezrobotny ma być stale zdolny i gotowy do podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ma zatrudnienia dla siebie sam aktywnie szukać między innymi kontaktując się bezpośrednio z pracodawcami, czyli ma też zachowywać co najmniej „schludny” wygląd i ubiór itp. A za co? Skąd pieniądze na utrzymanie dachu nad głową, ogrzewanie, wodę, gaz, prąd, ubiór, leki, jedzenie… tu już urzędas i biurwa cholerna wzrusza ramionami: ich to nie obchodzi, zresztą oni po prostu realizują ustawę gdyż mają taki obowiązek, a nie są przecież jej autorami. W ostateczności, w przypływie dobrego humoru, doradzą bezrobotnemu by udał się do… pomocy społecznej. Jeśli to zrobi – tam spotka się z pogardą, podejrzliwością posuniętą do paranoi, odarciem z wszelkiej ludzkiej intymności i godności osobistej oraz z propozycją „pomocy”; 200 – a najwyżej 400 złotych.

Jest tu ewidentna luka w ustawie – lecz konwencja nakazuje udawać, że jej nie ma, by nie urazić nieobeznanych z problematyką durniów czy osłów którzy to wymyślili. Nie da się żyć „za darmo”, więc człowiek postawiony przez społeczeństwo w takiej sytuacji – szuka alternatywnych form i źródeł doraźnego zarobkowania, które przy latami trwającym bezrobociu i braku pomocy – przekształcić się mogą w źródła skutecznie zastępujące pracę za minimalnym wynagrodzeniem. Jest to także wylęgarnia patologii prawnej i moralnej, która podnosi koszt społeczny tego stanu.
Brak pracy niesie za sobą degradację nie tylko ekonomiczną ale głównie psychiczną. Człowiek w okresie liczonym dziś na średnio dwa lata bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia – staje się niezdolny do narzucenia sobie dyscypliny wewnętrznej potrzebnej do tego, aby wstać o 5.00 czy 6.00 umyć się i ubrać w uprzednio przygotowane ubranie, zdążyć na autobus czy tramwaj do pracy, w pracy poddać się podporządkowaniu przełożonego który nakazuje co, kiedy i jak ma robić, itp. Jest to tym bardziej aktualne im bardziej dotyczy osób starszych, których się dziś z zasady nie zatrudnia – z powodu „bo nie”. Upadek do poziomu kloszarda wcale nie jest uzależniony jedynie ekonomicznie, niezależnie od tego odbywa się także w sferze psychologicznej, desocjalizacji, trwałej utraty zdolności do pracy jedynie z powodu długotrwałego odrzucenia przez społeczeństwo. Po pewnym czasie człowiek taki nadaje się już tylko do resocjalizacji, wymaga długiego i kosztownego procesu przywracania do społeczeństwa. Konieczność zdobycia środków na życie i zdolności przystosowawcze człowieka są jednym z wyjaśnień przyczyn opisanej sytuacji; że większość długotrwale bezrobotnych zaczyna w pewnym stadium wyobcowania unikać pracy najemnej a pozostają bezrobotni jedynie dla ubezpieczenia zdrowotnego.
Lecz przecież to społeczeństwo ich takimi uczyniło!

Trudno się dziwić, że urzędnik stara się działać metodami urzędniczymi; chce poprawić statystyki manipulując danymi zamiast zająć się przyczyną problemów z którymi walczy – dokładnie jak dyrektor Kolbiarz. Wszyscy dziś wiedzą, że prawdziwa przyczyna tego i wielu innych problemów ma podłoże ideologiczne usytuowane w umysłach przywództwa Platformy Obywatelskiej, a z tym – jak za poprzedniej „jedynie słusznej” ideologii oraz jedynie słusznej partii – nikt nie śmie dyskutować, bo nie chce zostać zaszczuty przez tabuny „aktywistów medialnych” posługujących się z wprawą mową nienawiści. Skoro nie da się usunąć przyczyn a trzeba coś robić – to pozoruje się takie działania jak to zrobił Kolbiarz. Wiadomo przecież, że praca dotowana na kilka miesięcy szybko się skończy i osoby tak zatrudnione stawią się ponownie do PUP w Nysie – celem zarejestrowania jako bezrobotne, że osoby czasowo pozbawione statusu – po upłynięciu okresu karencji znów powrócą do rejestru bezrobotnych. Dokładnie tak samo było przecież z tak zwanymi „szkoleniami bezrobotnych” za pieniądze Unii (EFS); wszyscy wiedzieli wówczas, że to niczego nie zmieni, bo jak pracodawca przed szkoleniem nie chciał zatrudniać osób w wieku 50+ z sobie tylko znanych przyczyn, tak i po szkoleniu podania o pracę tych osób pozostawały bez odpowiedzi z powodów znanych jedynie pracodawcom. Kilka miliardów euro wydano na stworzenie fikcji „walki z bezrobociem” oraz fikcji „solidarności pokoleń”, przy okazji wiele instytucji szkoleniowych nieźle się dorobiło, fundusze zostały „sprywatyzowane” – czyli wszystko zgodnie z „ideologią chciwości” naszych „liberałów” z KLD rodem…
Co do ubezpieczenia zdrowotnego – wiadomo, że zgodnie z obowiązującą w tym kraju Konstytucją wszyscy obywatele mają prawo do nieodpłatnej podstawowej opieki zdrowotnej, więc co to za różnica – kto, jaka instytucja będzie tą, która zgłosi obywatela do tego ubezpieczenia; urząd pracy, fundusz zdrowia, urząd gminy czy jeszcze ktoś inny. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jest jednak dla Donalda Tuska i koalicji partii rządzących fikcją, nie maja prawa jej zmienić ale i też nie mają najmniejszego zamiaru przestrzegać jej postanowień czy realizować ich.
Kto ma finansować składki ubezpieczenia zdrowotnego? Dyrektor Kolbiarz mówi: nie ja. Nie ja, bo mi to obniża zarobki. Dlatego zaczyna walkę z bezrobotnymi zamiast walki z przyczynami ich bezrobocia. Zresztą; dużo łatwiej jest znaleźć „haka” na bezrobotnego, by go choć na kilka miesięcy pozbawić statusu czyli UKRYĆ przed opinią publiczną, niż odbudować zrujnowaną gospodarkę krajową, odbudować przemysł produkujący krajowe wyroby na rynek wewnętrzny za pomocą lokalnej siły roboczej, zastosować prawdziwy program przekwalifikowań i aktualizacji kwalifikacji, by zbliżyć jak największą liczbę kandydatów do zatrudnienia – do oczekiwań pracodawców itp. Dla czynownika jedynie ważne jest jego biurowe podwóreczko, by „u mnie było w sprawozdaniach dobrze”. Bezrobotny skierowany na prace interwencyjne jest tam traktowany „jak obcy” czy jak pracownik tymczasowy i po upływie terminu umowy o pracę na czas określony – powróci do rejestru bezrobotnych by zapewnić pracę urzędnikom z PUP i dać im alibi na nagrody i premie. A od reszty spraw – jest zwierzchność.
Ale „zwierzchność” tego chyba nie wie, że „jest od reszty spraw”…

Zwierzchność harata w gałę…


09/06/2013

„Badylarz” się buntuje…

Zespół do spraw ubezpieczeń Komisji Trójstronnej, składający się z przedstawicieli pracodawców, Rządu i Związków Zawodowych podjął wspólną decyzję o rozpoczęciu prac przygotowawczych dotyczących projektu NSZZ „Solidarność” – objęcia składkami ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego wszystkich umów–zlecenia. Powstał projekt ustawy zmieniającej „Ustawę o systemie ubezpieczeń” obejmujący to zagadnienie, ma on być wkrótce skierowany do konsultacji społecznych.
Podstawą tego projektu są nowe przepisy, zaproponowane przez Solidarność.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe nastawienie „anty” szeroko rozumianej „władzy” do wszystkiego co pochodzi od tego związku zawodowego – wygląda na to, że władza już zdaje sobie sprawę ze skali obecnej patologii, ale jeszcze nie ma na jej usunięcie żadnego pomysłu z którym mogłaby sama wystąpić – nie narażając na szwank swojego Prezia i jego notowań w badaniach poparcia społecznego. Jeśli bowiem skutek będzie zły – zawsze można powiedzieć: to „Solidarność” była pomysłodawcą a my dla dobra demokracji zgodziliśmy się na wypróbowanie ich propozycji, by opozycja nie miała argumentu o totalitarnych zapędach władzy i ignorowaniu głosu części społeczeństwa. Jeśli natomiast będzie dobrze – to jednak okaże się wówczas, że Solidarność jest tylko „pomysłodawcą” a cała zasługę władza przypisze sobie i swojemu Preziowi…

Ale mniejsza z tym: chodzi o skutek; jakby nie było – dobrze, że zajęto się wreszcie tym problemem.
Przypuszczam, że chodzi tu o stworzenie przeciwwagi dla tendencji pracodawców do uciekania od umów o pracę, w stronę jak najszerszego stosowania umów-zlecenia, nawet „balansując na krawędzi prawa” jak to nazywał nasz noblista Chłopek-Roztropek. Balansując a często – mając prawo po prostu w prozaicznej dupie. Przykładem są na to niedawne wypowiedzi Przewodniczącego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – Cezarego Kaźmierczaka.
Taka popularność umów zlecenia jest często związana z paranoicznym dążeniem do ograniczenia kosztów w celu maksymalizacji osobistego zysku – czyli wynika moim zdaniem ze skrajnego chamskiego pazerniactwa a nie z jakichś powodów ekonomicznych czy gospodarczych. Wynika ze słabości firm, głupio zaprojektowanej działalnoiści gospodarczej, zakladanej doraźności interesu, majacego szybko przynieść maksymalny zysk a następnie – likwidowanego.
Niemalże normą jest dziś wykorzystywanie wszystkich prawnych możliwości, by unikać odprowadzania składek na ubezpieczenie społeczne a nawet i zdrowotne na rzecz pracowników. Jest to społecznie szkodliwe, dlatego państwo występując w interesie społecznym musi podejmować przeciwdziałania. Bo państwo po prostu po to jest.

Jak wiadomo zleceniobiorca pracownikiem nie jest, dlatego w wielu wypadkach zamiast na umowy o pracę, zatrudniano wykonawców pracy na podstawie umów-zlecenia – wykorzystując wszystkie luki i „kruczki prawne”, a często po prostu bezczelnie prawem się zupełnie nie przejmując. Prawo pracy zabrania stosowania umów zlecenia tam – gdzie z charakteru wykonywanej pracy wynika iż powinna być zastosowana umowa o pracę. Umowa-zlecenie jest w rzeczywistości dość łatwo rozróżnialna, lecz w przepisach prawa nie ma dość jaskrawego sformułowania istoty tej różnicy, dokonanego w sposób wymuszający jednoznacznie legalność lub jej brak, stąd próby „kręcenia” przez usłużnych, aspołecznych, wyślizganych doradców zatrudnianych w tym celu przez przedsiębiorców.
Jest więc oczywiste, że zleceniem jest np.: (przykłady z aktualnych ofert, dostępnych w dniu dzisiejszym w Internecie).
Zlecę animację imprezy dla dzieci – Świnoujście. Witam. Impreza na boisku osiedlowym dla dzieci z okazji „Powitania lata” w Świnoujściu. Potrzebne są animacje i jakaś dmuchana zjeżdżalnia. Zainteresowanych proszę o kontakt. Pozdrawiam. [Dane kontaktowe].
Poszukuję iluzjonisty na komunię: Poszukuję iluzjonisty, który uatrakcyjniłby komunię dziecka w miejscowości Niedźwiady k. Kalisz (Wielkopolskie). Czekam na kontakt. [Dane kontaktowe]
(wyjaśniam, że tu potrzebne były jakieś cuda, ale prawdopodobnie nie chodziło o Jezusa).
Zlecę 5-6 osobowej brygadzie docieplenie budynku wełną mineralną w centrum Warszawy. Zainteresowanych proszę o kontakt. [dane kontaktowe].

Nie ulega tu wątpliwości, że chodzi o jednorazowe wykonanie pewnych czynności ewidentnie nie wymagających zawierania stosunku pracy ze zlecającym. Natomiast zatrudnianie murarza czy nawet kasjerki w hipermarkecie na umowę zlecenie – jest ewidentnym naciąganiem prawa, choć sprytny pracodawca może się cwanie zabezpieczyć przed odpowiedzialnością, nawet gdy ktoś zakwestionuje legalność takiej umowy. Przeważnie dziś nikt jednak nie zajmuje się tym, gdyż jest przyzwolenie polityczne na takie działania, wynikające z ideologii Platformy Obywatelskiej sprawującej rządy. Jest przyzwolenie polityczne na cwaniactwo, omijanie prawa, swoista „ideologia chciwości” wszystko to usprawiedliwiająca, pod dodatkowym płaszczykiem rzekomego „kryzysu”. Z tych samych powodów wynika praktyczny paraliż Państwowej Inspekcji Pracy, nie będącej w stanie kontrolować przestrzegania prawa pracy, a jeśli już ujawniającej wykroczenia – to nie posiadającej dostatecznych możliwości nacisku, wymuszającego podporządkowanie się przedsiębiorcy obowiązującemu prawu. PIP podlega jednak Sejmowi (Marszałkowi Sejmu) a więc w praktyce – większości parlamentarnej tworzącej rząd, czyli podlega też obecnie oddziaływaniu ideologii politycznej PO, zapewniającej dziś pracodawcom swoisty „parasol ochronny” w imię ideologii bogacenia się bez względu na cenę.

Kilkakrotnie już powtarzałem w moich felietonach i jeszcze raz powtórzę, że Państwo stworzone i zawładnięte przez przedsiębiorców, działające głównie w interesie przedsiębiorców – to w istocie ZAMACH NA PAŃSTWO. To zamach stanu – z punktu widzenia obowiązującej przecież Konstytucji.
Demokratyczne państwo ma być czymś w rodzaju „bufora” łagodzącego nieuniknione konflikty interesów, np. przedsiębiorców działających dla własnego dobra a pracowników – działających także dla dobra własnego. Narzędziem działania takiego państwa – jest tworzenie dobrego prawa i wymuszanie powszechnego przestrzegania go. A dobre prawo – to prawo zgodne z Konstytucją, jednoznaczne, proste i zrozumiałe dla każdego, godzące sprzeczności interesów na zasadzie powszechnych i nieuniknionych kompromisów podejmowanych podczas jego tworzenia (a nie podczas jego funkcjonowania!).
To zapewne z mojej strony uproszczenie motywowane emocjonalnie, ale ostatecznie nie jesteśmy tu na łamach jakiegoś biuletynu Akademii Nauk a w miejscu przeznaczonym na wygłaszanie emocjonalnych opiniin nie mających ambicji uporządkowanego, obiektywnego i uzasadnionego naukowo przedstawiania omawianych zagadnień. Poza tym, wspomniany już Przewodniczący ZPP Cezary Kaźmierczak dał powód do emocjonalnych reakcji swoimi wypowiedziami publicznymi na temat wspomnianego projektu. Mianowicie – jak tytułowy „zbuntowany badylarz” – wypowiadając się o przedsiębiorcach albo w ich imieniu, zaczął grozić władzy i szantażować państwo.

Celem pracy nad wspomnianą zmianą ustawy jest ograniczenie tzw. umów śmieciowych na rzecz zawierania „normalnych” umów o pracę a to z kolei ma związek z tak zwaną „reformą emerytalną” polegającą na podwyższeniu wieku nabycia uprawnień do emerytury do 67 lat. Chodzi o to, że ogromna masa ludzi nie opłaca dziś składek na ubezpieczenie emerytalne, to znaczy nie generuje ich opłacania poprzez fakt pozostawania w stosunku pracy – bo faktycznie utrzymują się z dochodów uzyskiwanych poprzez umowy śmieciowe, czyli „nieoskładkowane” i na dodatek nie jest to sprawa ich wyboru a jedynej dostępnej możliwości. Także – ogromna masa ludzi młodych pracując od kilku lat nie wygenerowała jeszcze żadnej, nawet jednej składki na swoim IKE – bo proponuje im się wyłącznie umowy śmieciowe a warunki materialne zmuszają ich do przyjmowania chocby takiej pracy – byle móc się utrzymać. Ludzie pracują i jakoś się utrzymują, ale ich sytuacja emerytalna stale się pogarsza, ze względu na IKE i brak wpływu składek lub ich nieregularność i wyłącznie minimalną wysokość.

Przewodniczący ZPP dopatrzył się tu jedynie podwyższenia kosztów pracy. Faktycznie – gdyby taka nowelizacja weszła w życie – zamyka ona pewne (ale bynajmniej nie wszystkie) furtki omijania prawa, jednak jest moim zdaniem zasadnicza różnica pomiędzy „podwyższaniem kosztów pracy” a „zapobieganiem ich obniżania kosztem sytuacji pracownika”.
Przewodniczący ZPP stwierdził, że „politycy powinni zrozumieć, że przedsiębiorców w Polsce już nie stać na wyższe pozapłacowe koszty pracy.” Straszy on władzę skutkiem w postaci pogorszenia sytuacji pracowników. Wygląda to wręcz na pospolity szantaż: jeśli decydenci uchwalą „składkowanie” wszystkich umów, to przedsiębiorcy zatrudniający odpowiedzą zwolnieniami, zmniejszaniem płac o wysokość dodatkowych składek, ucieczką w „szarą strefę” i zaprzestaniem opłacania jakichkolwiek kosztów pozapłacowych, zaczną zatrudniać wyłącznie osoby prowadzące działalność gospodarczą (same opłacające swoje składki), trwale zredukują zatrudnienie itp. Pan Przewodniczący Cezary Kaźmierczak wręcz straszy władzę… powrotem do praktyki z czasów PRL, gdy tak wówczas zwana „inicjatywa prywatna” – walcząc z politycznym nastawieniem i ograniczaniem warunkowanym ideologicznie, próbowała (z niezłym skutkiem) „rozmiękczać” przepisy, by pomimo wszystko „wyjść na swoje”. Oznaczało to wówczas głównie korupcję władzy, wszelkie metody omijania prawa.

Uważam, że pozapłacowe koszty pracy – pomimo że są w całości wypracowywane przez pracowników – są niepotrzebnie aż tak wysokie, jak to obserwujemy w praktyce. Wiąże się to z ogromną nieszczelnością systemu ubezpieczeń, zgodą władzy na masowe unikanie opłacania składek (tzw. „optymalizacja ZUS”), z ogromnymi kosztami własnymi ZUS czyli obsługi ubezpieczeń społecznych, z istnieniem KRUS i jego żerowaniem na systemie ubezpieczenia społecznego, w aspekcie budżetu państwa – z kolosalną nieszczelnością systemu podatkowego, z absurdami gospodarowania pieniędzmi publicznymi, z faktyczną dezaktywacją Państwowej Inspekcji Pracy.

Obciążenia pracodawców są niepotrzebnie tak wysokie i powinny zostać systemowo obniżone do możliwie najniższego poziomu. Polityką władzy powinno być więc zwiększanie zasobów budżetu państwa na cele społeczne w taki sposób, by można było zminimalizować obciążenia pracodawców i w ten sposób wpływać na rozwój gospodarczy. Gospodarka ma jednak charakter nadawany jej przez przyjęty model ekonomiczny a ten – może być bardzo różny, bo zależy od założonych celów, ma po prostu podłoże ideologiczne, polityczne. Wpływa to na sposób gospodarowania budżetem państwa, który bez założeń ideologicznych jest jakby ogromną walizką pieniędzy – bez instrukcji czy planu na co należy je wydać.
A dziś rząd PO nie potrafi zapanować ani nad pozyskiwaniem pieniędzy do budżetu ani nad rozsądnym gospodarowaniem tym co dało się pozyskać a nawet – nad wydawaniem wiele ponad to co zdołano zebrać.
Oczywiste jest więc, że obciążenia pracodawców powinny bym możliwie jak najmniejsze i to jakby nie podlega dyskusji, lecz mimo to nie można się zgodzić z postawą Cezarego Kaźmierczaka w tej sprawie.

Po pierwsze – niedopuszczalne jest szantażowanie władzy i straszenie jej „nieposłuszeństwem” czy jakimś „obstrukcjonizmem obywatelskim” przedsiębiorców. Straszenie redukcją działalności gospodarczej jest dziś śmieszne, bo działalności nie prowadzi się „w służbie dla narodu i społeczeństwa” tylko głównie „dla siebie”. Przedsiębiorcy nie zatrudniają pracowników w ramach jakiejś „misji społecznej” by mogli straszyć władzę zaprzestaniem wykonywania jej, a zatrudniają w związku ze swoją działalnością, dlatego ograniczając zatrudnienie – ograniczają swoją działalność, swój rozwój i swoją konkurencyjność a więc i swoje osobiste zyski. W wielu dziedzinach drobnej działalności (a chodzi tu o MSP) popyt ogranicza liczbę przedsiębiorców zajmujących się tą dziedziną, rezygnacja niektórych z nich natychmiast będzie powodowała wchodzenie innych w powstałą lukę, bo chętnych jest więcej niż możliwości wynikających z ograniczeń popytu. Najprawdopodobniej jednego przedsiębiorcę zamykającego działalność z powodu podwyższenia kosztów poprzez ograniczenie umów śmieciowych, zastąpi inny, który w swoim biznesplanie uwzględnił realne koszty i realną prawną możliwość ich optymalizacji.
Polska jest państwem prawnym, posiada Konstytucję i system prawa, który obowiązuje.

Po drugie – niedopuszczalne jest kwestionowanie prawa państwa do ustalania zasad i norm prawnych w tym państwie obowiązujących. A – jak stwierdził Cezary Kaźmierczak – „…mimo ponad 20 lat bezsilnych wysiłków, politycy nadal wierzą, że są w stanie kreować rzeczywistość ustawami. I mimo że cały czas przegrywają, bynajmniej nie studzi to ich regulacyjnego entuzjazmu”.
To kwestionowanie państwa jako takiego, postawa anarchisty. Politycy, posłowie i senatorowie „kreują rzeczywistość” jedynie za pomocą tworzenia „atmosfery prawnej” czy „otoczenia prawnego” w którym rozgrywa się całe życie gospodarcze, polityczne i społeczne. Mają takie prawo i wręcz po to istnieją. Jest wiele dziedzin w pozostałości po PRL zbyt dokładnie niepotrzebnie regulowanych szczegółowymi przepisami, co nie znaczy, że regulacje jako takie nie mają sensu czy są niepotrzebne. To państwo tworzy i ma tworzyć zasady, na jakich odbywa się działalność gospodarcza w Polsce, a także – na jakich funkcjonują ubezpieczenia społeczne.

Państwo nie jest przedsiębiorcą i nie służy tylko przedsiębiorcom a ma zapewniać równowagę pomiędzy różnymi interesami, szczególnie uwzględniając interesy najsłabszych.
Ciekawe i charakterystyczne, że pan Kaźmierczak nie domaga się zmniejszenia obciążeń pozapłacowych pracy poprzez uszczelnienie budżetu i uzdrowienie gospodarki funduszami publicznymi, np. by składki ZUS były powszechnie egzekwowane i z tego powodu nie musiały być powiększane a wręcz mogły być obniżone. Domaga się utrwalenia patologii – byle było taniej. Bo „taniej” – znaczy większy osobisty zysk i tylko to się liczy dla polskiego przedsiębiorcy.
Postawiłbym w tym miejscu tezę przeciwstawną niż Przewodniczący ZPP. Może w Polsce czas już skończyć z „równaniem w dół” poprzez obniżanie świadczeń, obcinanie płac, składek, podatków, poprzez dotacje, zwolnienia z obowiązków finansowych, dopłaty i upusty. Słowem – z całym tym „żebractwem” przedsiębiorców skierowanym do państwa i dorabianiem do niego mitu o „kryzysie”. Trzeba jednocześnie i zoptymalizować i uszczelnić przychody skarbu państwa i ubezpieczeń, ale z drugiej strony – może już czas skończyć z budowaniem gównianej gospodarki opartej na zwolnieniach z opłat, dotacjach i obniżkach wymuszanych jak widać nawet szantażem przez „gównianych” drobnych i średnich biznesmenów, bez dotacji zaraz straszących upadłością i likwidacją miejsc pracy. Może zamiast walczyć o obniżki składek, podatków i innych obowiązków finansowych – przedsiębiorcy zaczęliby walczyć o zwiększenie wpływów z działalności, efektywność, rozwój, ekspansję.

„Koszty pracy” określa się przecież jako wysokie lub niskie poprzez porównanie z dochodem firmy a nie z ceną najnowszego Mercedesa, który koniecznie natychmiast chce mieć żona właściciela tejże firmy…

09/04/2013

Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?

Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli „zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia, spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.

Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...

Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.

Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".

http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209

Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.

http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html

Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…

Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.

Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.

Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.

10/03/2013

My(d)lenie bezrobotnym…

Minister Pracy – obecnie Władysław Kosiniak Kamysz z PSL poinformował w połowie lutego br. o przekazaniu do „konsultacji społecznych” projektu zmian w ustawie „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Na stronie MPiPS ukazała się dość lakoniczna wzmianka na ten temat, bardziej nastawiona jak rozumiem na to, by wykazać, że w ministerstwie w ogóle coś się robi (w okresie przewidywanej wówczas ewentualnej „rekonstrukcji” rządu), niż na faktyczne poinformowanie społeczeństwa o celach, planach i kierunkach zmian, głównie oczywiście poinformowanie samych zainteresowanych.

Ogólnie trzeba stwierdzić, że nic w tym nie ma nadzwyczajnego; strona internetowa ministerstwa była i nadal jest niezwykle irytująca i demotywująca dla zainteresowanych, szczególnie dla bezrobotnych, gdyż bardziej niż informatorem – jest miejscem autopromocji i na dodatek denerwującą kroniką spokojnego i wesołego „życia korporacyjnego” nieźle się chyba bawiących urzędników ministerstwa, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości, do problemów życia.
Projekty nowelizacji przekazano więc „do konsultacji społecznych” i proszę o wybaczenie czytających to – ale nie mam pojęcia co to znaczy i nie mam wręcz ochoty tego sprawdzać. Procedura konsultacji społecznych jest gdzieś pewnie opisana w jakiejś ustawie lub przepisach wykonawczych, być może chodzi o rozmowy w ramach tzw. Komisji Trójstronnej, ale… to nie ma żadnego znaczenia. Ta władza traktuje „konsultacje społeczne” jedynie jako wymóg formalny któremu trzeba sprostać i który tylko opóźnia prace a i tak ma od początku zamiar zrobić wyłącznie to, co sama wcześniej postanowiła. Władza działa na zasadzie: jest wymóg „konsultacji” i nie da się go ominąć – to trudno; zrobimy konsultacje, może się dadzą przekonać i zgodzą się z nami, a jeśli nie – to i tak przecież zrobimy to co sami chcemy… Pominięcie, zbagatelizowanie i wręcz wyszydzenie poprzez usłużnych, przydupnych dziennikarzy, wyślizganych radców i blogerów dwóch milionów głosów obywatelskich w sprawie wydłużenia czasu oczekiwania na nabycie uprawnień emerytalnych jest tu jedynie spektakularnym przykładem.
Zrozumiałe wiec, że zajmowanie się tu przeze mnie takimi „konsultacjami” byłoby stratą czasu. Niech to robią ci, co zbierają i gromadzą dowody dla przyszłego Trybunału Stanu…

Przykład: inny projekt – zmian w prawie pracy dotyczących np. wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy z jednoczesną zgodą na brak unormowanych stałych godzin pracy. Projekt został wysłany do Sejmu w celu przegłosowania pomimo braku porozumienia co do jego treści ze strony „partnera społecznego” jakim jest centrala związkowa Solidarność. W blogu rządowym minister Kosiniak Kamysz pisze na ten temat tak:

„(…) Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców. Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania.(…)”


Jak widać – „ekspert” z ministerstwa najlepiej wie wszystko i wszystko najlepiej rozumie; bo jest po prostu bezrefleksyjny. Co to właściwie znaczy: nie mogliśmy już dłużej czekać?! Czekać na co: na to aż związkowcy dadzą się przekonać do wersji rządowej? To zdaniem ministra – konsultacje społeczne nie polegają na tym, że się słucha społeczeństwa i uwzględnia słuszne uwagi, tylko na tym, by próbować „po dobroci” narzucić społeczeństwu swoją wersję?
To po prostu hucpa.
Dowód na całkowitą rzeczywistą niedemokratyczność tej władzy. Tendencje totalitarne „jedynie słusznych” racji. W normalnych warunkach demokratycznej, prospołecznej władzy – niemożność uzyskania porozumienia po tak długich dyskusjach oznaczałaby, że projekt jest zły (społecznie nieakceptowany) i należy go radykalnie zmienić.
Skoro więc „konsultacje społeczne” odbywają się w zdziczałym państwie Platformy Obywatelskiej na takich zasadach, szkoda mi czasu na zajmowanie się nimi także i w sprawie wspomnianej kolejnej nowelizacji prawa pracy, o której chciałbym napisać.

Wszystko co wychodzi z Ministerstwa Pracy ma wymiar magiczny i teoretyczny, bo zajmują się tam sprawami bezrobotnych osoby chyba nie mające w rzeczywistości pojęcia o realiach bezrobocia. Gdyby statki miał projektować ktoś, kto nigdy nie był w stoczni ani nie widział żadnego statku w rzeczywistości i nigdy też nie był na „pełnym morzu” w czasie sztormu, gdzie ten statek ma być eksploatowany – a posługiwał się jedynie inżynierską wiedzą teoretyczną oraz danymi statystycznymi – nie mielibyśmy wątpliwości, że produkt będzie po prostu ułomny. Pływająca trumna. Jeśli natomiast tacy – nieźle się przy tym bawiący „teoretycy” – zajmują się bezrobociem, nie widzimy w tym niczego dziwacznego.
Ja widzę i pisałem o tym niejednokrotnie.
Nie jest to domeną ministerstwa; takie objawy widoczne są już na poziomie wojewódzkich urzędów pracy, żyjących własnym życiem wewnętrznym i całkowicie oddzielonych od tego co się dzieje w urzędach powiatowych, nawet patrzących na to z pewnym dystansem czy wręcz obrzydzeniem, mimo że fizycznie usytuowanych – jak np. w Szczecinie – po sąsiedzku.

Ponadto i nade wszystko – stosunek władzy do bezrobocia ma ścisły wymiar ideologiczny.
Nie może to nie oddziaływać na organizację i funkcjonowanie tego, co władza nazywa „służbami zatrudnienia” a co w rzeczywistości odpowiada temu – jak bezrobocie służy tej władzy. Dlatego trudno dziś o jakiekolwiek dokładne i praktyczne informacje o wspomnianej nowelizacji ustawy, dotyczącej sposobów funkcjonowania urzędów pracy.

Znane są jedynie założenia teoretyczne tej zmiany:

1. Poprawa usług świadczonym osobom bezrobotnym stosownie do ich potrzeb.
Bardzo piękny i efektowny punkt programu.
Przede wszystkim ważne jest tu, że władza absolutnie odżegnuje się od bezrobocia jako swojej winy czy efektu będącego następstwem konkretnych działań lub ich zaniechania. Pozwalają na to magiczne słowa – wytrychy: „kryzys” i „globalizacja”. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, ale władza się za taką uważa, dlatego się konstytucją po prostu zbytnio nie przejmuje – powołując przepisy z konstytucją sprzeczne w nadziei, że nikt ich nie podważy a ewentualne podważenie nie da szybkiego efektu.
Bezrobocie jako wynik wielu lat chaotycznego i bezmyślnego niszczenia i burzenia tego co pozostało po gospodarce PRL – bez zastąpienia tego czymkolwiek innym – nie jest efektem „naturalnym” niezależnym od władzy. Oczywiście zawsze można powiedzieć: to przecież nie my, to inni, nasi poprzednicy; generalnie wspomniani przydupni dziennikarze i wyślizgani prawnicy są w stanie wszystko „wyjaśnić” czyli zawsze usprawiedliwić władze.
Brak pracy czyli nadwyżka podaży pracy nad popytem na nią po prostu istnieje. Władza twierdzi, że jej nic do tego. Człowiek pozbawiony zatrudnienia a co za tym idzie – pozbawiony możliwości zdobycia środków do życia, jest w zasadzie pozostawiony sam sobie, jak w jakimś gigantycznym, absurdalnym survivalu, do którego przecież sam i z własnej woli nie przystępował. Ma sam sobie „dać radę” i to jest uważane za jego sprawę prywatną.
Państwo – choć całkowicie winne temu, poczuwa się do tego, że może bezrobotnemu trochę pomóc, świadcząc usługi dla niego przeznaczone. Osoba pozbawiona pracy może jeśli chce dodatkowo (prócz własnych skazanych na niepowodzenie wysiłków) zarejestrować się dobrowolnie w urzędzie pracy i skorzystać z usług jakie PUP świadczy dobrowolnie na rzecz bezrobotnych. Wysiłki bezrobotnego będącego w wieku rzędu 45 – 50 lat i więcej (ale mniej niż wiek emerytalny) są skazane na niepowodzenie, dlatego że władza i cały system jest nastawiony ideologicznie na całkowitą swobodę przedsiębiorców i eksploatowaniu zasobów ludzkich i materialnych tego społeczeństwa dla budowanie własnego, prywatnego majątku. Sprawia to wrażenie zamachu stanu „biznesu” na państwo, osłabione zamętem, bałaganem i zniechęceniem czasu stanu wojennego oraz czasu niszczenia i rozkradania jaki nastąpił potem, za rządów Mazowieckiego i następców.
Urząd pracy może więc zaoferować dziś usługi – jak zakład fryzjerski albo dom publiczny (o przepraszam: agencja towarzyska). Zestawienie tych usług można znaleźć na stronach instytucji, nie będę tego tu przytaczał bo to i tak bez znaczenia; jedno jest wszakże jasne: bezrobocie dramatycznie rośnie, co oznacza, że te „usługi” są absolutnie nieskuteczne, nie mają istotnego wpływu na los ludzi pozbawionych zatrudnienia.
Zmiana zaproponowana przez ministra Kosiniak Kamysza ma polegać na tym, że owe usługi mają być teraz świadczone stosownie do potrzeb osób bezrobotnych. Dotychczas potrzebami osób bezrobotnych nikt się nie przejmował ani nawet nie interesował. „Pomoc bezrobotnym” świadczono stosownie do potrzeb biznesmenów mających na tym „pomaganiu” zarobić. Dlatego zmarnowano ogromne kwoty pomocy unijnej przeznaczonej na działania zmniejszające bezrobocie, o czym pisałem wcześniej.

Wracając do wspomnianej „poprawy jakości usług” jako pomysłu na walkę z bezrobociem – ma ona w projekcie ministerstwa zostać uzyskana poprzez odbiurokratyzowanie niektórych działań czyli jakąś zmianę procedur stosowanych w urzędach, tak zwane „profilowanie bezrobotnych” mające dać odpowiedź na pytanie co konkretnej osobie rejestrującej się jest potrzebne oczywiście w ramach katalogi „usług” oferowanych przez urzędy pracy – by ułatwić jej znalezienie zatrudnienia, włączenie do działań także wybranych agencji zatrudnienia przejmujących część zadań urzędów pracy wobec niektórych osób oraz integrację usług wobec potrzebujących pomocy.


Integracja usług ma jak się zdaje objąć jedynie poradnictwo i informacja zawodowa oraz pomoc w aktywnym poszukiwaniu pracy. Moim zdaniem jest to o tyle zbędne, że zagadnienia te w dość dużym zakresie powinny stać się natychmiast częścią obowiązkowego programu nauczania w szkołach wszystkich typów; usługi tego typu muszą być przeniesione już do szkół, by zapobiegać w miarę możności sytuacji konieczności rejestrowania się absolwenta jako osoby bezrobotnej. Chodzi mi właśnie o rolę prewencyjną wobec bezrobocia także i za pomocą szerzenia konkretnej i poważnie traktowanej w szkołach i uczelniach wiedzy o rynku pracy, jego aktualnym stanie i tendencjach. Ponadto – jeśli dobrze rozumiem intencje projektu – to profilowanie bezrobotnych ma mieć jako swoje logiczne następstwo – właśnie integrację potrzebnych działań i to nakierowanych na potrzeby konkretnej osoby indywidualnie. Rzecz jasna – mowa o osobach rzeczywiście poszukujących zatrudnienia i wykazujących tu właściwą determinację, aktywność i zdecydowanie.

2. Poprawa efektywności działania samych urzędów pracy.
Ministerstwo chce tu przenieść ciężar walki z bezrobociem i zwalczanie jego skutków właśnie na lokalne społeczności; województwa, powiaty i gminy. Przede wszystkim dostrzeżono już całkowitą martwotę funkcjonujących w Wojewódzkich Urzędach Pracy tzw. Centrów Informacji i Planowania Kariery Zawodowej. Centra te istnieją, kosztują ale nie posiadają adekwatnych zadań do spełnienia.
Walka z bezrobociem ma być sprawą regionalną, bliską konkretnym lokalnym rynkom pracy, poprzez tworzenie i wdrażanie regionalnych programów łagodzenia skutków bezrobocia oraz badania ich lokalnych skutków.
Tak na marginesie: to uderzające: istnieją i działają podobno Wojewódzkie i Powiatowe Rady Zatrudnienia, istnieją tak zwane „obserwatoria rynku pracy” więc wszystkie te działania POWINNY być dotychczas prowadzone. Jeśli minister pracy zamierza wprowadzić je w ramach tej reformy, to znaczy że dotychczasowe funkcjonowanie tych ciał i instytucji było fikcją, skandaliczną niegospodarnością. A przecież zatrudnieni byli tam pracownicy, ponoszone były konkretne koszty.
W miejsce Wojewódzkich i Powiatowych Rad Zatrudnienia minister chce powołać Wojewódzkie i Powiatowe Rady Rynku Pracy: czy coś prócz nazwy zmieni się w związku z tym?
Pisałem już wielokrotnie o patologii pozorowanej „walki z bezrobociem” będącej de facto żerowaniem na funduszach pomocowych przeznaczonych dla bezrobotnych, poprzez pozorowane działania szkoleniowe stanowiące faktycznie transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. A wszystko to było przecież pod nadzorem właściwych instytucji. Dopiero teraz, proponując te zmiany – minister przyznał rację tym, którzy się ich od dawna domagali, widząc i opisując patologię i sami z ledwością broniąc się przed skutkami barku zatrudnienia.

Wreszcie w propozycjach zmian znalazło się badanie efektywności konkretnych urzędów wraz z odpowiednim do niej przyznawaniem środków nie tylko na działalność operacyjną ale także i na wynagrodzenia. Urzędnik to jednak „sprytne bydlę” potrafiące wiele zrobić by oszwabić swojego pryncypała dla spodziewanej nagrody. Obawiam się, że efekt tej propozycji może się obrócić zdecydowanie przeciwko bezrobotnym; urząd może dojść do wniosku, że da się zarobić na jednym bezrobotnym kilka razy a przecież w interesie tego człowieka jest jak najszybciej zdobyć w miarę stabilne zatrudnienie i zapomnieć o traumatycznym przeżyciu kontaktu z urzędem pracy.

Przykładem niech będą roboty publiczne czy prace interwencyjne. Bezrobotny który starał się o jakąkolwiek pracę ale jego podania były notorycznie i z nieokreślonych powodów odrzucane (w rzeczywistości – ze względu na wiek 50+ co jest ewidentnym złamaniem prawa), może zostać przyjęty do pracy w 50 procentach dotowanej z FP w ramach np. robót publicznych; jest to dla instytucji miejskich i samorządowych znaczna oszczędność. Jest to praca czasowa po której najczęściej człowiek ten powraca do rejestrów bezrobotnych; kończy się dotacja – kończy się też i zatrudnianie.
To ciekawy efekt, że osoba zdaniem pracodawców nie nadająca się do żadnej pracy bo mająca nieco ponad 50 lat, z chwilą rozpoczęcia dotowania jej zatrudnienia zaczyna się do pracy natychmiast nadawać, pracuje dobrze i jest nawet chwalona a gdy tylko kończy się okres dotowania, znów do pracy przestaje się nadawać… To po prostu cyniczne „polowanie na dotacje” kosztem „zakładników” jakimi stają się ludzie uzależnieni od pracy najemnej.
Ważne jednak jest to, że z chwilą takiego zatrudnienia jest wykreślana z rejestrów bezrobotnych a urząd pracy – przy zatrudnieniu (dotowaniu) powyżej 3 miesięcy – odnotowuje swój sukces w postaci „zwalczenia bezrobocia” tej osoby, mimo że ona jest skazana niejako z góry na powrót do rejestru bezrobotnych po minięciu okresu dotowanego zatrudnienia. W ten na przykład sposób można, traktując tego biednego człowieka instrumentalnie – zarobić na nim kilka razy, wykorzystując rzekomy „sukces” w działaniach urzędu pracy. Zarobić – przedstawiając chwilowe wykreślenie go z ewidencji PUP jako sukces w zwalczaniu bezrobocia i domagając się za to od ministerstwa pieniędzy na działalność i na płace.

W swoich nowych propozycjach minister także proponuje jakieś dodatkowe „wsparcie pracodawców zatrudniających osoby w wieku 50+” – jednak bez określania na czym by ono miało polegać poza istniejącymi już formami dotowanego zatrudnienia; stażu, prac interwencyjnych i robót publicznych. propozycje te nie są upublicznione w całości.

Odnotować może jeszcze warto projekt utworzenia oddzielnego nowego Krajowego Funduszu Szkoleniowego jednak brak tu dostatecznej ilości szczegółów by cokolwiek o tym sądzić.
Wymieniłem tu tylko moim zdaniem najciekawsze z propozycji czy zamiarów ministerstwa, jest tam jeszcze wiele szczegółowych zadań oraz pakiet działań o charakterze porządkowym.

Brak tu odniesienia do zasadniczych problemów, takich jak nielegalna sfera pracy poza wszelką ewidencją i opodatkowaniem, z jednej strony nielegalna ale z drugiej strony jakby ochraniana parasolem przez władzę w imię solidarności biznesu albo ideologii bogacenia się za wszelką cenę. Związana jest z tym konieczność weryfikacji spełniania wymogów ustawowych przez osoby zarejestrowane lub chcące się zarejestrować w PUP, czyli określenia faktycznej, rzeczywistej skali bezrobocia. Ta kwestia jest kluczowa dla całego państwa.

Drugi problem to dziwna tendencja do działań wyłącznie nakierowanych na osoby poszukujące pracy oraz na urzędy pracy.
Bezrobocie polega na braku miejsc pracy i minister pracy tych miejsc nie stworzy. To minister gospodarki ma zwalczać bezrobocie poprzez aktywne kreowanie i sterowanie wzrostem gospodarczym. Inaczej – poprzez celowe działania wzmacniać popyt na pracę. Tymczasem latami już, ciągle się „aktywizuje” ludzi bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, zamiast aktywizować przedsiębiorców czy w ogóle gospodarkę, by powstały wreszcie miejsca pracy dla tych którzy tego zatrudnienia poszukują. Władza – jak durny akwarysta siedzi i gapi się na gospodarkę i przedsiębiorców jak na rybki w akwarium; co zrobią przedsiębiorcy… jak zareaguje gospodarka… To oczywiście ten mit „samoregulacji” przez jakąś „niewidzialną rękę”… ale skutki wskazują, że to nie jest polska ręka. To po prostu horrendalne.
Wszelkie działania skupiają się tymczasem na bezrobotnych, czyli po stronie podaży pracy, co przypomina przelewanie z pustego w próżne, natomiast ideologia polityczna tej władzy powoduje, że gospodarkę się jedynie biernie obserwuje zamiast nią aktywnie zarządzać a to jest przecież pole działalności państwa, które może w efekcie dać stabilizację społeczną i sprowadzenie bezrobocia do wielkości naturalnej.
Wszelkie próby „usadzenia” trzech milionów pracowników na dwóch milionach miejsc pracy skończą się niepowodzeniem – panie ministrze.
Wadą projektu nowelizacji jest całkowity brak działań nakierowanych na przedsiębiorców jako odbiorców, choćby działań szkoleniowych przeciwstawiających się panującym wśród przedsiębiorców mitom, między innymi dotyczącym osób z grupy „50+”, promującym konieczność wdrażania „polityki gospodarowaniem wiekiem” pracowników itp.

Na zakończenie nawiążę do tytułu odnośnej ustawy: „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zawsze zadaję sobie pytanie: KOMU ustawodawca miał zamiar „promować zatrudnienie”. Komu; – Ludziom żyjącym tylko z pracy, czyli uzależnionym od zatrudnienia, od pracy najemnej, błyskawicznie staczającym się bez zatrudnienia do poziomu kloszarda i umierającym na śmietnikach?
Chyba nie, bo przecież ludzie ci sami wiedzą doskonale, że zatrudnienie i pochodzące z tego dochody są ich jedyną szansą na przeżycie. Więc co: promować głodnemu – chleb?!
A więc może to przedsiębiorcom miało być promowane zatrudnianie ludzi?
Jeśli miało być – to dlaczego nie jest; ustawa nie zawiera żadnych takich istotnych zapisów, jeśli nie liczyć np. zwolnienia od płacenia składki 2,40 zł miesięcznie, zresztą zatrudnianie wynika z konstrukcji biznesu, z biznesplanu i analizy ekonomicznej, czyli jako takie – nie poddaje się „promocji”…

Ot – po prostu jakiś wybryk jakiegoś bezmyślnego polityka lub urzędnika, żeby tytuł ustawy był dostojny, efektowny i robił wrażenie.
I robi.

Odwiedziny: