BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty

04/04/2014

Umowa zlecenia, umowa śmieciowa…

Umowa zlecenia jest umową cywilnoprawną czyli opartą na przepisach Kodeksu Cywilnego. W szczególności – nie ma ona nic wspólnego z Kodeksem Pracy (prawem pracy). Definiuje Umowę Zlecenia Art. 734 Kodeksu Cywilnego – stwierdzając, że ta forma umowy dotyczy jedynie wykonywania czynności prawnych przez jeden podmiot – na rzecz innego podmiotu, pomiędzy osobami fizycznymi lub osobami fizycznymi a osobami prawnymi.

Definicję pojęcia „czynność prawna” można znaleźć np. w Wikipedii: patrz definicja czynności prawnej
Jak więc widać, taki typ umowy absolutnie nie da się zastosować do wykonywania czynności związanych z pracą w produkcji, usługach, ochronie itp.; gdyż nie są to czynności prawne.

Furtkę dla przedsiębiorców dążących do odchodzenia przy zatrudnianiu od stosowania umów o pracę w rozumieniu Kodeksu Pracy – stanowi Art. 750 Kodeksu Cywilnego – stanowiący, iż „Do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu” (czyli artykuły k. c. zawarte w tytule XXI tej ustawy). Oznacza to, że przepisy Kodeksu Cywilnego zawarte w „Tytule XXI” Kodeksu Cywilnego – można stosować do umów o świadczenie usługi – pod warunkiem iż umowy te nie są uregulowane innymi przepisami. W szczególności – pod warunkiem, że nie są one uregulowane przepisami Kodeksu Pracy.

Mamy tu więc pierwszą istotną zasadę: umowa zlecenia może być stosowana do świadczenia usług nie mieszczących się w definicji i cechach stosunku pracy.
Nawet intuicyjnie – wyczuwamy że pewne zadania jakby „nie pasują” do istoty umowy o pracę. Dla przykładu, z autentycznych ogłoszeń na „tablica.pl”: „zlecę zamurowanie otworu okiennego…”. To jednorazowa usługa związana z czynnościami murarskimi i tynkarskimi, ewentualnie – jeśli umowa to w swojej treści obejmie – malarskimi, by doprowadzić do jednolitości wizualnej ściany w której był ten zbędny otwór okienny. Czy do wykonania tego trzeba aż zawierać umowę o pracę z murarzem, tynkarzem i malarzem ? Ustalać warunki pracy, czas pracy, dyscyplinę pracy, przydzielać kierownika lub brygadzistę, zakładać pełną dokumentację kadrową i płacową, wysyłać murarza na badania lekarskie, wydawać ubranie robocze? Zapewne byłoby to możliwe, ale niezmiernie niepraktyczne.

Wniosek: umowy zlecenia są użyteczne i potrzebne, gdy są prawidłowo stosowane.
W tym wypadku umowa zlecenia dotyczy jednorazowej usługi możliwej do samodzielnego wykonania przez zleceniobiorcę w ciągu np. tygodnia i jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż może być z zadowoleniem obu stron umowy wykonana bez angażowania przepisów Kodeksu Pracy. To co jest istotne dla zlecającego – można (i należałoby) zawrzeć w treści umowy zlecenia, pamiętając jednak aby nie stosować regulacji właściwych dla prawa pracy ani nawet nie używać właściwej dla kodeksu pracy terminologii – gdyż jak pamiętamy – przepisy Kodeksu Cywilnego mogą być zastosowane jedynie do usług, które nie są uregulowane innymi przepisami (np. przepisami kodeksu pracy). Nie może więc w treści umowy zlecenia być mowy o podległości służbowej i kierowaniu pracą, o godzinie rozpoczęcia i zakończenia pracy, obowiązku podpisania listy obecności, usprawiedliwianiu nieobecności, wymiarze etatu, godzinach nadliczbowych itp.
Są tu możliwe dwa podejścia do tego problemu: albo po prostu rzetelnie badać okoliczności, czy konkretna sytuacja (wynikająca z realnej potrzeby) bardziej z natury pasuje do przepisów k. c. czy do k. p. – jak w powyższym przykładzie i ściśle się temu podporządkowywać, albo też, co jest ostatnio nagminnie stosowane – świadomie kształtować okoliczności tak, by je podporządkować swojemu z góry podjętemu zamiarowi zawarcia umowy zlecenia a nie umowy o pracę.
Albo zawarcie umowy zlecenia jest wyjątkiem w przypadkach gdy umowa o prace „jakoś nie pasuje” albo zawarcie umowy o pracę jest wyjątkiem od zasady zawierania zleceń, gdy nie da się w żaden sposób nagiąć okoliczności, by uzasadnić niezastosowanie umowy o pracę. Przedsiębiorca czy osoba prywatna (fizyczna) chcąca zawierać umowy zlecenia powinna bardzo dbać o zgodność tego z obowiązującymi przepisami, a to przez wzgląd na Art. 22 Kodeksu Pracy oraz powiązany z tym Art. 281 KP.
Przytoczmy wspomniane artykuły:

Kodeks Pracy Art. 22.

§ 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
§ 1/1. Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.
§ 1/2. Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.
§ 2. Pracownikiem może być osoba, która ukończyła 18 lat. Na warunkach określonych w dziale dziewiątym pracownikiem może być również osoba, która nie ukończyła 18 lat.
§ 3. Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego nawiązać stosunek pracy oraz dokonywać czynności prawnych, które dotyczą tego stosunku. Jednakże gdy stosunek pracy sprzeciwia się dobru tej osoby, przedstawiciel ustawowy za zezwoleniem sądu opiekuńczego może stosunek pracy rozwiązać.


Kodeks Pracy Art. 281:

Kto, będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu:
1) zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 § 1 powinna być zawarta umowa o pracę,
2) nie potwierdza na piśmie zawartej z pracownikiem umowy o pracę,
3) wypowiada lub rozwiązuje z pracownikiem stosunek pracy bez wypowiedzenia, naruszając w sposób rażący przepisy prawa pracy,
4) stosuje wobec pracowników inne kary niż przewidziane w przepisach prawa pracy o odpowiedzialności porządkowej pracowników,
5) narusza przepisy o czasie pracy lub przepisy o uprawnieniach pracowników związanych z rodzicielstwem i zatrudnianiu młodocianych,
6) nie prowadzi dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akt osobowych pracowników,
7) pozostawia dokumentację w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracowników w warunkach grożących uszkodzeniem lub zniszczeniem
– podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł.


Istnieje tu więc pole do konkretnego egzekwowania odpowiedzialności, przy czym Państwowa Inspekcja Pracy podległa Marszałkowi Sejmu RP – zajmuje się sprawami dotyczącymi realizacji Kodeksu Pracy posiadając kompetencje kontrolne oraz karno-nakazowe, istnieje też instancja Wydziałów Pracy w sądach każdego szczebla, natomiast sprawy objęte przepisami Kodeksu Cywilnego (np. spory w sprawach umów zlecenia) rozwiązują bezpośrednio Sądy Cywilne (Wydziały Cywilne sądów odpowiedniego szczebla).

Z powyższych przepisów można więc sformułować definicję stosunku pracy:
stosunek pracy zachodzi wtedy, gdy osoba wykonująca pracę – wykonuje pracę określonego (w umowie) rodzaju lub na określonym stanowisku, wykonuje ją na rzecz pracodawcy który z nią zawarł umowę, zobowiązana jest wykonywać pracę w wyznaczonym przez zatrudniającego miejscu i czasie (np. określonej godziny rozpoczynania i kończenia dziennej pracy, stawiania się o wyznaczonej porze dnia w wyznaczonym, miejscu, podpisywania listy obecności itp. oraz działa pod kierownictwem pracodawcy – to znaczy ma dostosowywać się do poleceń pracodawcy i wykonywać je dokładnie w polecony sposób. Praca oparta o umowę o pracę musi być wykonywana osobiście i musi być opłacona umówionym wynagrodzeniem, którego nie wolno pracownikowi nie dostarczyć, jak również pracownik nie ma prawa go nie przyjąć.
Umowa o pracę jest umową „starannego działania” pod kierownictwem pracodawcy co oznacza brak obowiązku osiągnięcia określonego skutku, natomiast umowa zlecenia jest umową skutku wykonywaną samodzielnie, co znaczy iż wykonujący zlecenie ma osiągnąć skutek określony w umowie (wykonać określoną usługę) działając samodzielnie oraz niekoniecznie osobiście, beż żadnej podległości zleceniodawcy a jedynie uwzględniając uzgodnienia i wskazówki otrzymane w chwili podpisywania umowy zlecenia, pracować w dowolnym czasie dnia lub w nocy – byle skutek przewidziany do osiągnięcia został osiągnięty w terminie końcowym wyznaczonym umową i mieścił się w normach jakościowych i technologicznych danej specjalności czy branży.
Umowa zlecenia nie służy więc do zatrudniania.
Już samo mówienie o „zatrudnieniu na umowę zlecenie” jest absurdalne i nasuwa uzasadnione podejrzenie o łamanie prawa pracy, w szczególności przytoczonego powyżej przepisu prawa mówiącego, iż zawarcie umowy zlecenia (lub innej cywilno-prawnej) w sytuacji, gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę – jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i podlega karze grzywny w wysokości od 1000 do 30.000 zł.

A przecież jest to sformułowanie i praktyka codzienna; świadczy to jedynie o skali bezprawia pod rządami Platformy Obywatelskiej.

Powiedzmy to wyraźnie: prawo jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia.
Znakomita większość umów zlecenia funkcjonujących obecnie – jest w rzeczywistości jednoznacznym złamaniem prawa, lub jego „naciąganiem”, czyli – jak to określał Wałęsa wobec swoich własnych działań – „balansuje na krawędzi prawa”. Jest to przez władze co najmniej tolerowane.

W praktyce stosuje się zasadę, że umowa jest umową o pracę, jeśli występują w niej cechy charakterystyczne wymienione właśnie w Art. 22 § 1 Kodeksu Pracy, przy czym zasada ta jest interpretowana w ten sposób, iż cechy te muszą wszystkie wystąpić jednocześnie – w przypadku umowy o pracę. Prowadzi to do metody omijania zakazu zawierania umów zlecenia zamiast umów o pracę; wystarczy, że faktyczny pracodawca nie stosuje w umowie terminologii charakterystycznej dla umów o pracę oraz wyeliminuje jedną ze wspomnianych cech charakterystycznych stosunku pracy – by mógł skutecznie twierdzić, iż zawarł umowę-zlecenia, uchylając się w ten sposób od wielu obowiązków pracodawcy a także zmniejszając kosztem pracownika swoje wydatki (koszty pracy). Jest to mechanizm powstawania tak zwanych „umów śmieciowych”.

Państwowa Inspekcja Pracy ma uprawnienia kontrolne i nadzorcze w sprawach stosunku pracy a więc umów opartych na przepisach Kodeksu Pracy. Uprawnienia te nie sięgają więc do spraw umów zlecenia ani innych umów cywilno-prawnych, opartych na przepisach Kodeksu Cywilnego. Wykonawca umowy zlecenia tylko z jednym zarzutem adresowanym do zleceniodawcy może się zwrócić do Państwowej Inspekcji Pracy; z zarzutem iż stosunek łączący go z zatrudniającym – jego zdaniem jest w rzeczywistości stosunkiem pracy. PIP nie czekając na zgłoszenia osób oszukiwanych ma prawo kontrolować (rzekome) umowy zlecenia – pod względem ich zgodności z ustawowym zakazem zastępowania umów pracy umowami zlecenia, czyli zawierania umów zlecenia w sytuacji gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę.
PIP nie wykorzystuje tych możliwości jak się wydaje – w pełni, gdyż prawdopodobnie jest pod ideologicznym naciskiem „ulgowego traktowania” przedsiębiorców zatrudniających, zasadą „przymykania oczu” i powstrzymywania się do karania za nieprzestrzeganie tego przepisu – i stąd taka masa umów „śmieciowych” i ich lawinowy przyrost.
Istnieje i działa moim zdaniem coś w rodzaju „parasola ochronnego” władzy nad działaniami pracodawców, by ich chronić od skutków łamania przepisów prawa, choćby w tej sprawie. Państwowa Inspekcja Pracy podlega Marszałkowi Sejmu a ten jest przedstawicielem większości politycznej w Sejmie, w Senacie i w Rządzie – czyli „opcji rządzącej”, dlatego zmiana tych niekorzystnych społecznie tendencji jest możliwa prawdopodobnie jedynie poprzez… zmianę rządzącej „opcji politycznej” w zbliżających się wyborach.

29/12/2013

W sprawie bezrobocia – nadal mało optymistycznie.

W informacjach płynących z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej jest od dawna jakaś dziwaczna nielogiczność, której nie potrafię zinterpretować pozytywnie. Jako osoba szczególnie „zainteresowana”, chciałbym raczej widzieć tam wszelkie możliwe pozytywy zamiast doszukiwać się nielogiczności czy wręcz niekonsekwencji, ale… nie da się.
Po prostu: nie da się. Z jednej strony – zgoda: pozytywne informacje dodają optymizmu wszystkim podmiotom od których zależy dalszy rozwój sytuacji; zarówno pracodawcom, jak i osobom pozbawionym zatrudnienia oraz pracownikom Ministerstwa czy też tak zwanych nie wiedzieć czemu Powszechnych Służb Zatrudnienia – którzy jak się wydaje powinni starać się w ramach wspomnianej „służby” jakoś skojarzyć tych pierwszych z tymi drugimi. Jest jednak w tym dążeniu do „optymizmu” pewna granica, za którą jest już po prostu kłamstwo, propaganda sukcesu lub ideologii, tworzenie rzeczywistości „wirtualnej” na potrzeby przypodobania się zwierzchnikom… Ja wierzę, że Minister Pracy lepiej niż ja zna kaszubską mentalność swojego pryncypała, ale dążenie takie nie usprawiedliwia naciągania faktów, stosowania języka propagandy, manipulacji informacją czy pseudo-psychologicznych sztuczek by „nie drażnić” tego „lwa”…

W kilku wcześniejszych tekstach wyrażałem pogląd, że Minister Pracy najprawdopodobniej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż ma w istocie bardzo niewielki wpływ na stopę bezrobocia, która jednak jest mimo to w odbiorze społecznym jakby „miernikiem” skutków jego działania i jego dorobku bądź braku tego. Zdaje sobie sprawę, jednak robić coś przecież musi, stąd przeróżne działania i projekty dla wnikliwego obserwatora śmieszne, irytujące lub co najmniej trzeciorzędne, nietrafione co do czasu, wagi, kolejności realizacji czy opłacalności prakseologicznej. Wydaje się, że w tym rządzie, pozbawionym pomysłów ale ideologicznie odrzucającym wszelkie pomysły „obce” – wystarczy po prostu „coś robić” a nie „coś zrobić” – bo dziś brak pozytywnego efektu ostatecznego łatwo jest jeszcze zrzucić na „kryzys”, „globalizację” lub „prawa rynku”. Minister Pracy – robi więc „coś”; strona ministerstwa pełna jest informacji o spotkaniach, dyskusjach, szkoleniach, konferencjach, konsultacjach, projektach – w tym niektórych nawet pilotażowych itp.
A tak praktycznie, w rzeczywistości…

Aby zilustrować jakoś moje zadziwienie informacjami ze strony Ministerstwa, przytoczę coś z „aktualności”: informację dotyczące sytuacji na tak zwanym umownie „rynku pracy” w listopadzie br.
W listopadzie pracodawcy zgłosili do (PSZ?) 55.000 wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej. Stopa bezrobocia na koniec listopada wynosiła 13,2% i była wyższa o 0,2 punktu procentowego niż miesiąc wcześniej, co oznacza 2.115.800 osób zarejestrowanych w urzędach pracy – dla których zatrudnienia nie było, i liczba ta od października wzrosła o 40.600 osób (w ciągu miesiąca). Liczba bezrobotnych na koniec listopada br. była o 58.000 wyższa niż na koniec listopada 2012.
Słowem – stopa bezrobocia wzrosła i to aż w piętnastu województwach, liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła, jednocześnie ministerstwo chwali się przekazaniem w listopadzie do urzędów pracy dodatkowo kwoty niemalże 100 milionów zł na dodatkowe „wsparcie” dla bezrobotnych (wzrosły koszty obsługi bezrobocia).
W tym czasie jednak dla przykładu Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie ogłosił… wstrzymanie naboru wniosków od pracodawców dotyczących organizacji prac interwencyjnych, organizacji robót publicznych oraz organizacji staży dla osób bezrobotnych – czyli podstawowych form wsparcia osób bezrobotnych, związanych z czasowym, dotowanym, odpłatnym zatrudnieniem lub – jak w przypadku stażu – pomocą finansową w postaci „stypendium stażowego” (odpowiadającego mniej więcej wysokości zasiłku). Te „instrumenty” Służb Zatrudnienia – już w roku bieżącym „nie grają”. Na co wiec zostaną spożytkowane te dodatkowe pieniądze?
Wiadomo zresztą, że urzędy pracy pod koniec roku „wygaszają” całą swoją działalność, by dokonać rozliczenia poprzedniego budżetu i z nowymi działaniami stratują dopiero w lutym lub marcu – kiedy ustalony zostanie ich kolejny budżet na nowy rok.

Ktoś doszukujący się pozytywów będzie jednak podkreślał inne aspekty sprawy: Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie o 0,2 punktu procentowego w stosunku do października, ale dynamika tego wzrostu w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego – spadła i to o połowę. Czyli jest źle, ale – „mniej źle”.
Pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy ale jest to o 12% więcej, niż przed rokiem; liczba wolnych miejsc (ofert) pracy rośnie. Liczba osób bezrobotnych w listopadzie też wzrosła, ale wzrost ten był mniejszy niż przed rokiem (zmniejszenie amplitudy wahań świadczy o stabilizacji ?). Bezrobocie wzrosło we wszystkich województwach (prócz Mazowieckiego, w którym nie zmieniło się) ale także i wzrosła we wszystkich województwach ilość ofert pracy.

Akurat wzrost liczby wolnych miejsc pracy i jednoczesny wzrost liczby osób bezrobotnych wbrew pozorom nie są ze sobą sprzeczne, ale też nie muszą nieść ze sobą informacji pozytywnej; świadczą o pogłębianiu się bezrobocia strukturalnego a więc o pogarszaniu się sytuacji. O coraz większym rozdźwięku pomiędzy potrzebami pracodawców (dotyczącymi kwalifikacji, zawodów, specjalności i doświadczenia kandydatów do zatrudnienia (czyli ludzi szukających pracy) z tym co oni mają do zaoferowania w rzeczywistości a nie w swoich naciąganych „listach motywacyjnych”. To z kolei dowodzi klęski działań PSZ zmierzających do zmiany charakteru strukturalnego bezrobocia i wynika, albo ma przynajmniej moim zdaniem bezpośredni związek z rezygnacją od prawie dwóch lat z działań szkoleniowych dotyczących przekwalifikowywania bezrobotnych lub uaktualniania ich dotychczasowych kwalifikacji – gdy należą one do tych uznanych za potrzebne na rynku pracy. Poza tym – cóż w takim razie robią prócz generowania kosztów – Wojewódzkie Urzędy Pracy a w nich – tak zwane „Obserwatoria Rynku Pracy” mające z założenia tworzyć wiarygodną informację o potrzebach pracodawców, informację potrzebną do właściwego ukierunkowania działań PSZ a nawet i całej edukacji narodowej właśnie po to, by unikać sytuacji jaka ma dziś miejsce.
Nie jestem przekonany, czy należy cieszyć się ze stabilizowania się stopy bezrobocia na poziomie około 13%; mimo mniejszych krótkookresowych wahań szczególnie w górę – jest to po prostu o wiele za dużo. Dokładniej – o 10%, bo tak zwana „naturalna stopa bezrobocia” (czyli ta nieunikniona i w gruncie rzeczy korzystna) jest obecnie określana na ok. 2 – 3%.

Ministerstwo podaje, że pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy co należy chyba rozumieć jako liczbę aktualnych ofert zatrudnienia. Nasuwają się tu jednak nieodwołalnie kolejne pytania: ile z tych ofert pracy „zwolniło się” na skutek zwolnienia (rozwiązania umów o pracę) z osobami wcześniej zatrudnionymi na tych stanowiskach. Jeśli 55 tysięcy pracowników zostało zwolnionych, to pojawiło się tyle samo „wolnych miejsc pracy”, ale bezrobocie też zwiększyło się o podobną liczbę. Bo przecież liczba ofert pracy wcale bezrobocia nie zmniejszy, gdyż mamy tu do czynienia jedynie z wymianą pracowników na istniejących już stanowiskach pracy, która jest jednoznaczna z podobną „wymianą” osób zarejestrowanych w urzędach pracy. W tym sensie liczba tak zdefiniowanych ofert nie ma żadnego znaczenia dla rozpatrywania bezrobocia i dlatego też pozornie duża liczba ofert bynajmniej nie koliduje z jednoczesnym wzrostem bezrobocia.

Parametrem określającym rzeczywistą zmianę sytuacji byłaby dziś raczej liczba powstających, nowych (wcześniej nie istniejących) miejsc pracy, oraz liczba osób przekwalifikowanych zgodnie z potrzebami pracodawców i zatrudnionych (bo strukturalny charakter bezrobocia polega przecież na BRAKU (niedoborze) miejsc pracy oraz na niedostosowaniu kwalifikacji bezrobotnych do potrzeb rynku pracy. Takich danych jednak Ministerstwo nie podaje.

Ponad tym wszystkim są jednak wnioski ogólne; nadal brak działań rzeczywiście mogących coś zmienić w sytuacji bezrobocia. Po pierwsze – chodziłoby tu o działania Ministerstwa Gospodarki skoordynowane z odpowiednią polityką Ministerstwa Finansów, tymczasem co do bezrobocia – wszyscy patrzą na ręce Ministrowi Pracy, tak jakby on mógł stworzyć brakujący milion miejsc pracy lub choćby – jakby ich brak był wynikiem jego działania czy zaniechania. Minister Pracy nie tworzy ani też nie likwiduje miejsc pracy, jeśli brak ich np. milion to tego żadne działania Ministra Pracy nie zrekompensują. Brak działań resortów gospodarczych natomiast zdaje się wynikać z założeń ideologicznych tej władzy, to znaczy z programowego założenia powstrzymania się od wszelkiej ingerencji polityków w zarządzanie gospodarką, ze ślepej wiary w „samoregulację” i samoczynnie następujące procesy kontrolowane wyłącznie przez przedsiębiorców. Dlatego jest tak – jak jest.

Sytuacja jest bardzo pesymistyczna, gdyż zbyt wielu ludziom jest „na rękę” to, że pewna część obywateli została wypchnięta z rynku pracy a pewna część – stała się zakładnikami dotacji, zasiłku, krótkoterminowych umów okresowych, codziennej walki o przetrwanie na poziomie absolutnego minimum. Władza PO obudziła najgorsze demony i uaktywniła najbardziej prymitywne reakcje ludzkie dotyczące chciwości, bezwzględności; przykro to stwierdzić dziś, przed zbliżającą się rocznicą Wydarzeń Grudniowych oraz rocznicą zdławienia „Solidarności” przez wprowadzenie stanu wojennego.

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

20/12/2013

Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?

Pierwsza i niejako oczywista odpowiedź jaka się nasuwa, to że służą one, tak jak i inne instytucje państwowe (w tym przypadku realizowane przez samorządy lokalne na podstawie prawa państwowego) – do realizacji zadań państwa, określonych w Konstytucji. Bo państwo ma pewien określony katalog zadań, który ma realizować dla dobra społeczeństwa dzięki finansowaniu niezależnemu od interesów poszczególnych jednostek – czyli z budżetu państwa. W maksymalnym skrócie wspomnę (bo nie o tym jest niniejszy felieton), że są zadania, które ze względu na interes społeczny muszą być realizowane niezależnie od tego czy to się opłaca przedsiębiorcom, niezależnie od opłacalności w ogóle, niezależnie nawet od woli poszczególnych jednostek i ich zdania na ten temat.
W państwie demokratycznym, państwo poprzez trój-władzę ma realizować wolę demokratycznej większości, nie zapominając jednakże o ochronie poszczególnych grup społecznych przed niekorzystnymi skutkami decyzji większości demokratycznej. Najlepszą ilustracją tego jest zasada, iż zakres (granica) wolności jednostki jest wyznaczana wolnością innych jednostek, czego tylko państwo – stojąc ponad jednostką i grupami jednostek – może być skutecznym realizatorem.
Tak więc zgodnie z istniejącą i obowiązującą Konstytucją (*) państwo ma urzeczywistniać zasady sprawiedliwości społecznej. Sprawiedliwość społeczną definiuje się (**) natomiast jako taką organizacje systemu ekonomicznego państwa, w którym każdy ma równe szanse na uzyskanie takiego dostępu do dóbr materialnych – który umożliwia godne życie, oraz co za tym idzie – brak grup społecznych zepchniętych na margines nędzy (wykluczonych) i pozbawionych szansy na poprawę swojej sytuacji materialnej a więc i społecznej. Konstytucja stanowi też, że obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego na wypadek choroby, inwalidztwa oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego a także w sytuacji gdy bez własnej woli pozostaje bez pracy i nie ma innych źródeł utrzymania.
Określenia „zabezpieczenie społeczne” oznacza system świadczeń pieniężnych i pozamaterialnych, realizowanych poprzez powołane do tego celu przez państwo instytucje, których celem jest zaspokojenie podstawowych potrzeb członków danego społeczeństwa. Wreszcie Konstytucja jednoznacznie określa, że władze publiczne mają prowadzić politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez walkę z przyczynami bezrobocia, realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych (interwencji w rynek). Władza, niezależnie z jakiego „rodowodu” się wywodzi – ma wiec walczyć z bezrobociem (z jego przyczynami) oraz jego skutkami i jest to narzucone Ustawą Zasadniczą jako najwyższym aktem prawnym. Inaczej – jeśli nie ma prawa Konstytucji zmienić – ma ją realizować w takiej postaci w jakiej ona istnieje. Natomiast gdy ma w jakiejś chwili prawo do zmiany Konstytucji – to także nie znosi obowiązku realizowania Ustawy Zasadniczej w tej jej nowej, zmienionej wersji.
Konstytucja obowiązuje niezależnie od wyników normalnych wyborów parlamentarnych, może być legalnie zmieniona jedynie poprzez specjalną procedurę określoną w samej Konstytucji.
Władza powstała w wyniku wyborów, nie spełniająca jednak wymagań procedury zmiany Konstytucji – ma przestrzegać postanowień Konstytucji obowiązującej i realizować obowiązki z niej wynikające.
Wspomniane zapisy Konstytucji są wiec podstawą między innymi do istnienia i funkcjonowania właśnie urzędów pracy, powołanych dzięki ustawom przyjętym na podstawie upoważnienia konstytucyjnego do realizowania określonych w Ustawie Zasadniczej obowiązków państwa. Urzędy Pracy są narzędziem do realizacji obowiązków konstytucyjnych państwa. I to jest w zasadzie kompletna odpowiedź na zadane w tytule pytanie.
Władza może realizować zadania wynikające z Konstytucji w różny sposób – jeśli chodzi o organizację i podział zadań itp. Urzędy pracy nie muszą się wiec tak nazywać ani funkcjonować w takiej strukturze organizacyjnej jak to obserwujemy; jest to sprawą pomysłu władzy wywodzącego się z jej profilu politycznego, ale to też nie powinno mieć zasadniczego znaczenia, gdyż Konstytucja opisując profil działania państwa w tym zakresie – odnosi się do pożądanego skutku a nie środków do niego prowadzących. Władza jest „rozliczana” ze skutku a nie ze sposobów osiągnięcia go, chyba że owe sposoby zostały określone lub przynajmniej ogólnie uwarunkowane przez jakieś zapisy Konstytucji.
Innym pytaniem natomiast jest, czy w praktyce urzędy pracy, a właściwie władza poprzez urzędy pracy – realizuje wspomniane zadania Konstytucyjne państwa.
Moim zdaniem – nie.
Władza lekceważy w wielu punktach Konstytucję, co prowadzi do niejako „programowej” niekonstytucyjności wielu zapisów ustawowych, kwestionowanych potem przez Trybunał Konstytucyjny o ile znajdą się siły chętne i zdolne do tego, by badać i negować kontrowersyjne zapisy ustawowe, kierując je następnie pod osąd Trybunału. Władza liczy tu na zasadniczą rozwlekłość czasową tych działań oraz na nieuwagę społeczeństwa i jego przedstawicieli, po prostu bawi się ze społeczeństwem pod tym względem w „kotka i myszkę”, usiłując przeforsować rozwiązania nie mieszczące się w treści Konstytucji.
Urzędy Pracy działające dziś w strukturze władz samorządowych – nie spełniają zadań o tyle, że nie zostaje osiągnięty skutek opisany w Konstytucji, ale też są one ograniczone treścią ustaw i przepisów wykonawczych, które nie dają urzędom wystarczających „narzędzi” do tego działania. Władza niejako „udaje” działania zgodne z Konstytucją, pilnując przy tym, aby przypadkiem nie dały one skutku przez Konstytucję wymaganego, a to dlatego – że byłby on sprzeczny z założeniami ideologicznymi partii tworzącej rząd, stanowiącej większość parlamentarną w obu izbach Parlamentu, organizującej instytucje kontrolne i sądownicze lub starającej się uzyskać na nie formalny lub nieformalny wpływ.
Mam wrażenie, że jest to coraz powszechniej rozumiane, stąd coraz powszechniejsza negatywna ocena tej władzy.
Uzupełnienie do tego tekstu zawarłem w artykule pt.">Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy”.

_________________________________________________________________________
(*) Podkreślam to, gdyż coraz częściej zapomina się, że Konstytucja istnieje i obowiązuje, ma być realizowana przez władze pod nadzorem odpowiednich instytucji państwa. Absurdalnie – najbardziej zdaje się to dziś kwestionować właśnie Rząd – tworzony obecnie przez Platformę Obywatelską w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym.
(**) Istnieją różne definicje uzależnione od perspektywy ujęcia tematu, niektóre komentarze do Konstytucji zawężają znaczenie tego określenia jedynie do problemu prawa i związanego z nim rozumienia sprawiedliwości.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

13/07/2013

Polska codzienność – łamanie prawa pracy, samowola i bezkarność. Z chciwości. Za zgodą pracowników i polityków.

Trzeba przypomnieć podstawowe pojęcia.
Pracownikiem – jest osoba która ukończyła 18 lat i został z nią nawiązany stosunek pracy (umowa o pracę oparta na KP). Na zasadzie szczególnej – pracownikiem może być także osoba w wieku poniżej 18 lat, lecz nie mniej niż ukończone 16 lat, ale można tu stosować jedynie i konkretnie „umowę o pracę w celu przygotowania zawodowego”, w formie nauki zawodu lub w formie przyuczenia do wykonywania określonej pracy.
Stosunek pracy zostaje nawiązany poprzez zawarcie umowy o pracę na zasadach Kodeksu Pracy. Stosunek pracy opiera się na przepisach prawa pracy, czyli ustawy Kodeks Pracy i przypisach wykonawczych.
„Opiera się” – to znaczy, że treść umowy o pracę nie może być w żadnym szczególe sprzeczna z przepisami Kodeksu Pracy.
„Nie może być sprzeczna” – to znaczy, że nie może „zaprzeczać treści”, choć może być różna, bo KP zawiera jedynie skrajne, graniczne warunki a pracodawca zawsze może zastosować rozwiązania bardziej dla pracownika korzystne. O tym – dalej.
Należy to określić jeszcze bardziej szczegółowo: w Polsce obowiązuje ogólna zasada swobody nawiązywania umów i kształtowania ich treści, lecz jednocześnie pewne zagadnienia, które stają się przedmiotem umów – są mniej lub bardziej szczegółowo regulowane przepisami prawa. Krótko: umowa może być formułowana dowolnie, ale nie może przy tym łamać obowiązującego prawa (być sprzeczna z przepisami prawa). Istnieje też nadal pojęcie „zasad współżycia społecznego” które mają być dopełnieniem prawa w jego szczegółowych przypadkach.
To absolutnie oczywiste.

W myśl zasady podstawowej prawa w ogóle – obowiązek jednej ze stron jest jednocześnie uprawnieniem drugiej, np. pracodawca ma obowiązek udzielić pracownikowi płatnego urlopu w postaci okresu wolnego od pracy za który należy się wynagrodzenie nie niższe, niż gdyby okres ten był przepracowany, a więc z drugiej strony pracownik także „ma prawo” do uzyskania takiego urlopu. Przepisy prawa określają w danym przypadku, jak długi ma być to urlop (ile dni roboczych lub roboczogodzin), ale jest to wielkość minimalna. Oznacza to, że urlop nie może być krótszy niż podano w KP, co nie oznacza – że nie może być dłuższy, jeśli taka byłaby wola pracodawcy.
Wszelkie normy podane w Kodeksie Pracy należy więc traktować jako normy minimum – jeśli chodzi o prawa, oraz jako normy maksimum – gdy chodzi o obowiązki, np. obciążenie pracą. Normy obciążenia pracą – to maksymalny wymiar czasu pracy liczony w godzinach w ciągu doby pracowniczej, godzinach w tygodniu jako przeciętna w ramach okresu rozliczeniowego. Zasadniczą normą graniczną (maksimum) w Kodeksie Pracy jest 8 godzin pracy i 11 godzin nieprzerwanego odpoczynku w dobie pracowniczej, przeciętnie 40 godzin pracy tygodniowo w ramach okresu rozliczeniowego. Przy tym doba pracownicza nie jest tożsama z dobą zegarową. Oczywiście to tylko ogólny przykład, bo w rzeczywistości, tej „legalnej” rzeczywistości – pracodawca ma spore możliwości manewru i sporą elastyczność.
Nie wolno pracownikowi „dać” mniej (praw, świadczeń itp.) niż określają to jego prawa (ale więcej zawsze można), ani od pracownika nie wolno oczekiwać więcej – niż określają to jego prawne obowiązki (ale zawsze można mniej).
W praktyce więc, Kodeks Pracy zawiera określenie obowiązków pracodawcy wobec pracownika i umowa o pracę nie może naruszać praw tego pracownika, to znaczy – nie może ich jedynie ograniczać. Analogicznie jest z prawami i obowiązkami pracodawcy. Pracodawca prócz obowiązków ma też odpowiednie prawa.
Jednocześnie dla umów w różnych sprawach zawieranych pomiędzy obywatelami czy podmiotami a opartych o Kodeks Cywilny – także obowiązuje zasada swobody kształtowania treści tychże umów, pod warunkiem pozostawania jej w generalnej zgodności z prawem. Ktoś więc mógłby uważać, że skoro tak – to można zawrzeć umowę zlecenie o treści umowy o pracę i będzie to zgodne z prawem. Tak jednak nie jest. Dokładniej – „tak jest”, bo taka praktyka jest stosowana i nie jest dziś ścigana, ale też i „tak nie jest” – bo nie jest to zgodne z prawem. Jest to karalne. Ale… nie zawsze dziś jest karane. To specyfika ideologii PO; może i karalne (bo sprzeczne z prawem), ale nie karane (bo zgodne z "ideologią chciwości" PO).

Definicja stosunku pracy oznacza, że osoba wykonująca zlecenie – nie jest pracownikiem. Nie jest pracownikiem dlatego, że zlecenie, czy „umowa zlecenie” opisująca relacje pomiędzy zleceniodawcą a wykonującym (czyli zleceniobiorcą) – nie podlega w żadnym szczególe przepisom prawa pracy, z wszystkimi tego konsekwencjami praktycznymi. Podział ten jest jednoznaczny i przyjęto go dla porządku:

pracodawca -> zatrudnienie -> ”umowa o pracę” -> Kodeks Pracy

albo:
zleceniodawca -> wykonywanie zlecenia -> ”umowa –zlecenia” -> Kodeks Cywilny.

dokładnie: albo to – albo to.

Umowa zlecenie oraz umowa o dzieło – to tak zwane umowy cywilno-prawne, to znaczy – umowy oparte na przepisach prawa cywilnego (Kodeksu cywilnego) a nie prawa pracy (Kodeksu pracy).
Osobę wykonującą umowę zlecenie – nazywamy zleceniobiorcą lub wykonawcą zlecenia a nie pracownikiem. Tego kto daje komuś zlecenie wykonania jakiejś czynności i poszukuje do tego wykonawcy – nie nazywa się pracodawcą - a zleceniodawcą.
Relacji łączącej zleceniodawcę z realizującym zlecenie (wykonawcą) – nie nazywamy stosunkiem pracy.
Tu nie chodzi tylko o banalne nazwy: relacji tej nie nazywamy stosunkiem pracy, bo ona stosunkiem pracy nie jest!
Zleceniodawca nie ma obowiązków – narzuconych i określonych wobec pracodawców w Kodeksie Pracy, bo go Kodeks Pracy nie obowiązuje, choć nikt mu też i nie zabrania w podobny sposób ukształtować treść umowy zlecenia (podobny lecz nie identyczny!). Generalnie jednak – umowa zlecenia zawsze będzie się różniła od umowy o pracę, bo po prostu zupełnie czego innego dotyczy. Właśnie te różnice są sensem istnienia różnych form relacji łączącej różne podmioty. Zlecenie stosuje się (powinno się stosować) w zupełnie innych sytuacjach niż umowę o pracę. Rozpatrzę to dokładniej na przykładach w kolejnym felietonie, by osoby zainteresowane nauczyły się odróżniać wykonanie zlecenia od realizacji stosunku pracy.

Nikomu nie można nakazać uczciwości… ani też zabronić jej.

Już na podstawie powyższych informacji należałoby stwierdzić, że wszelkie ogłoszenia o pracę formułowane w stylu „zatrudnię na umowę-zlecenie…” są po prostu ewidentną deklaracją zamiaru złamania prawa i wszystkie one powinny trafiać do Państwowej Inspekcji Pracy – jako zgłoszenia konieczności dokonania tam kontroli legalności zatrudnienia.
Rzeczą najważniejszą jest jednak, że każda umowa musi być dobrowolna, dobrowolnie zaakceptowana i podpisana przez obie strony. Każda ze stron musi widzieć tam swój zysk i koszt, prawa i obowiązki, zaakceptować ich równowagę. Swoboda zawierania umów dotyczy nie tylko ich treści ale i samego faktu ich zawierania; nikt nie musi zawierać umowy z której treścią się nie zgadza, bo uważa ją np. za dla siebie niekorzystną.

Wyjaśniam to wszystko dlatego, że nieuczciwi przedsiębiorcy, spora ich część lecz bynajmniej nie wszyscy – tworzą celowo ogromne zamieszanie pojęciowe w tej sprawie, manipulują potem niewiedzą czy dezorientacją osób poszukujących pracy, ewidentnie manipulują przepisami prawa stosując „kruczki” po to, by nikt nie mógł im zarzucić ewidentnego świadomego naruszania przepisów. A jeśli już są nieostrożni i wychodzi na jaw ich wykroczenie, tłumaczą się „niezrozumieniem” z powodu bałaganu pojęciowego (który sami wcześniej wywołali). Jest też ogromna liczba normalnych pracodawców, nie polujących na każdą możliwość „nagięcia” prawa na swoją stronę kosztem pracownika, rozumiejących po co pracownik podejmuje pracę – pilnujących jedynie wzajemności takiej uczciwej relacji.

Taka sytuacja zmierzająca coraz bardziej w stronę „niewolnictwa pracowniczego” jest przy „programowej” bezczynności PIP w praktyce nie do opanowania, dlatego tytuł przytoczonego powyżej tekstu trzeba uważać za mój prowokacyjny apel do pracownika:

Człowieku! Tylko ty możesz powstrzymać swój wyzysk. Swój – i poprzez solidarność pracowniczą – nie tylko swój. Masz prawa, ale nikt cię nie zastąpi w chronieniu twoich praw i korzystaniu z nich – wymaganiu ich przestrzegania przez innych. Nikt cię nie zastąpi w obronie twoich praw, zapobieganiu ich zmianie na dużo mniej korzystne. Jeśli nie będziesz korzystał ze swoich praw, na przykład z powodu niewiedzy – będziesz zawsze na pozycji przegranego, wykorzystanego, oszukanego, poszkodowanego. Będziesz niewolnikiem na własne życzenie. Łatwiej jest bronić swoich praw – w grupie, nie samodzielnie. Im większa grupa, lepiej zorganizowana – tym skuteczniejsza. Ci – co cię chcą wykorzystać, oszukać, okraść – wiedzą to; też łączą się w „grupy” i są bardzo skuteczni (np. ZPP). Jeśli poczujesz się niewolnikiem i sam zgodzisz się nim być – sam jesteś winien swojej biedy, beznadziejności, uzależnienia, cierpienia psychicznego i fizycznego. Nikt cię nie zmusi do korzystania z twoich praw. Wręcz przeciwnie: jeśli nie będziesz z nich korzystał – utracisz je.

23/06/2013

Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…

Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.

Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.

Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.

Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.

Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,

09/04/2013

Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?

Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli „zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia, spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.

Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...

Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.

Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".

http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209

Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.

http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html

Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…

Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.

Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.

Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.

14/08/2012

Czekając na polskiego Jamesa Holmesa…

W Powiatowych Urzędach Pracy jest zatrudnionych łącznie około 20.100 pracowników. Z tego – jak się okazuje – zaledwie 25% – czyli 5025 osób zajmuje się bezpośrednio „aktywizowaniem bezrobotnych” – cokolwiek by to nie znaczyło w terminologii propagandowej. Pozostali – zajmują się po prostu biurokracją. Urzędoleniem. Przysłowiowym przelewaniem z pustego w próżne. Nazywa się to „wypełnianiem obowiązków ustawowych” czyli dość ładnie się nazywa… „urzędactwo” zawsze ma ładne „kody taktyczne” w swoim specyficznym, maskującym języku wewnętrznym.
Oznacza to, że statystycznie na jednego z takich pracowników bezpośrednio „aktywizujących” przypada więcej niż 400 bezrobotnych. W takim stanie rzeczy nie ma mowy o rzeczywistej pomocy. Nie ma na to czasu. Dla rozładowania kolejek w których stoją teraz najczęściej osoby nowo-rejestrujące się i bezrobotni „z terminem”, osobom bezrobotnym wyznacza się zaledwie pięć (5) obowiązkowych wizyt w Urzędzie w ciągu roku, czyli raz na dwa miesiące bezrobotny musi się stawić u pośrednika pracy, by wypełnić oświadczenie o swojej sytuacji majątkowej oraz spełnianiu nadal wymogów od których zależy prawo do statusu bezrobotnego, no i otrzymać nowy termin stawienia się…

Zdecydowana większość pracowników urzędów pracy to kobiety, pracownice administracyjne nie stykające się bezpośrednio z bezrobotnymi, zajmujące się wszelkimi umowami zawieranymi przez urząd z bezrobotnymi oraz przedsiębiorcami, bardzo rozległą sprawozdawczością urzędów oraz samą ewidencją bezrobotnych.

Biurokracja zawsze była i nadal jest niezmiernie charakterystyczna dla urzędów pracy a powodem tego jest powszechna biurokracja krajowa jakoś tam powiązana ze świadomym tworzeniem miejsc pracy dla „swoich” (nepotyzm, kolesiostwo), co powoduje ogólnie stały rozrost biurokracji nie tylko w Polsce; ale u nas w tym zakresie jest nadal jak za PRL-u; swoi muszą mieć pracę bo ostatecznie za to nas „lubią”, dlatego gdy potrzeba miejsc pracy dla swoich – to się je zawsze stworzy. Stąd kompletna przegrana Premiera Tuska z rozrostem biurokracji; już dwa razy ogłaszał zamiar zmniejszenia aparatu urzędniczego państwa, ale kończyło się to jedynie wymianą „nie naszych” na „naszych” oraz dalszym wzrostem liczby urzędników, bo tu nie są ważne zadania ani potrzeby administracji państwa, ale potrzeby rodzin wyższych urzędników administracji oraz nieprzejednana potrzeba walki o poparcie w wyborach. Premier Tusk jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, jest wobec niej bezsilny i bezradny.
Drugi powód rozdętej biurokracji w urzędach pracy – to nadmierna ochrona przed różnego rodzaju oszustami i cwaniakami, nieuczciwie podchodzącymi do potencjalnych świadczeń jakie może otrzymać bezrobotny. W urzędach pracy trwa po prostu codzienna, bezwzględna walka urzędników z oszustami i dlatego całkowicie zajęci nią urzędnicy nie mają już czasu na jakąkolwiek pomoc osobom rzeczywiście bezrobotnym. Stąd stale nawarstwiające się nowelizacje przepisów, regulaminy, dodatkowe wymogi i zastrzeżenia – o których pisałem np. w tekście dotyczącym dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej: rzeczywiście trudno sobie wyobrazić coś bardziej skomplikowanego i zbiurokratyzowanego a przez to bardziej doprowadzonego do absurdu:

Tymczasem bezrobotnych przybywa. Dramatycznie wydłuża się też czas pozostawania bez zatrudnienia; średnio to już 12 miesięcy a to oznacza, że dla osób młodych oraz posiadających poszukiwany zawód oraz choćby niewielkie doświadczenie – może to być 1 lub 2 miesiące poszukiwania pracy, ale dla osób w wieku 50 plus – to bardzo często już ponad trzy lata.

Nie można też zapominać, że wiąże się to z dramatycznym problemem finansowym, bo nieliczne osoby otrzymujące prawo do zasiłku dla bezrobotnych na 6 miesięcy, poszukują zatrudnienia samodzielnie najczęściej dłużej niż otrzymują zasiłek, w związku z czym nasila się problem kosztów utrzymania się w stanie gotowości do podjęcia pracy. Tym bardziej dotyczy to osób starszych, które często nie posiadają prawa do zasiłku a jeśli nawet otrzymują go maksymalnie przez okres 12 miesięcy, to po wygaśnięciu tego prawa nadal pozostają bezrobotne, bez pracy i bez zasiłku, pozostawione same sobie bez żadnej rzeczywistej pomocy.

Powoduje to – jak już pisałem we wcześniejszych felietonach – że niezbędna staje się natychmiastowa interwencja państwa, polegająca na zwiększeniu odsetka osób bezrobotnych nabywających prawo do pomocy materialnej na czas poszukiwania pracy, lub w formie specjalnego świadczenia kryzysowego dla osób długotrwale bezrobotnych pozbawionych zasiłku a nadal aktywnie poszukujących zatrudnienia. Wymaga to choćby czasowej korekty (nowelizacji) ustawy. Osoba bezrobotna – by rzeczywiście spełniała wymogi definicji zawarte w ustawie – musi posiadać stały dochód co najmniej równy zasiłkowi a oczekiwanie czegoś odwrotnego, to znaczy że osoba która przez bezrobocie utraciła dach nad głową i środki do codziennego utrzymania się będzie nadal „zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy” – jest po prostu warte zainteresowania lekarzy psychiatrów. Posłowie i Senatorowie, politycy, Wojewodowie, Starości, Dyrektorzy Urzędów Pracy – jednak nie dopatrzyli się w tym absurdu…

Przyczyną takiej sytuacji, to znaczy tak małego zaangażowania pracowników urzędów pracy w bezpośredni kontakt i współpracę z bezrobotnymi i pracodawcami, wykonywanie zadań z tym związanych – jest także sama ustawa. Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – to kompletny gniot, bełkot pozbawiony treści – zupełnie jak ci co ją uchwalali. A uchwalali ją ludzie, którzy nigdy nie zaznali biedy, głodu, bezrobocia oraz w przyszłości – już teraz także nigdy tego nie zaznają – czyli nigdy tego nie zrozumieją. Ludzie dla których to kompletna abstrakcja, patrzących na tych, których się pozbawia zatrudnienia jak na jakieś „robaki”, dziwaczne żyjątka z Marsa – obce i niezrozumiałe…
Ustawa obejmuje zbyt dużą ilość działań i tematyki, pośrednio tylko związanej z bezrobociem, wrzuca wszystko do jednego worka, dlatego siły i środki Urzędów Pracy są zbyt rozproszone, by mogły dać jakiś istotny efekt. Ustawa dotyczy osób bezrobotnych i jakichś „osób poszukujących zatrudnienia” jak należy rozumieć – nie będących osobami bezrobotnymi. Nie rozumiem, na czym polega różnica; prawdopodobnie „osoby poszukujące zatrudnienia” nie spełniają wszystkich wymogów ustawowych osoby bezrobotnej, lecz w myśl (?) Ustawy mają także prawo korzystać z usług Urzędu Pracy. Ale jest bardzo wiele agencji pracy zajmujących się (mających się zajmować) pośrednictwem pracy poza Ustawą obowiązującą Urzędy Pracy. Poza tym jest bardzo dużo portali internetowych i ogłoszeniowych oraz strony firmowe pracodawców, na których osoby poszukujące zatrudnienia a niebędące bezrobotnymi mogą samodzielnie poszukiwać ofert dla siebie. Zupełnie niepotrzebnie obciążono tym Urzędy Pracy – które powinny skupić się i posiadane środki na zarejestrowanych osobach posiadających pełen status bezrobotnego.
Podobnie jest i ze środkami finansowymi. Dlaczego Urzędy Pracy mają zajmować się finansowaniem studiów podyplomowych albo wstępnych staży lekarskich po ukończeniu akademii medycznej czy uniwersytetu medycznego. Na dodatek – finansować to ze środków Funduszu Pracy, podczas gdy nie ma nigdy dość pieniędzy na podstawowa pomoc dla długotrwale nawet bezrobotnych. Dokłada to roboty „papierkowej”, angażuje zasoby kadrowe urzędów a nie wpływa na bezpośredni spadek bezrobocia.
Jeśli Urząd zaplanuje kilka kursów zawodowych dla osób bezrobotnych wymagających przekwalifikowania lub odnowienia posiadanych kwalifikacji, każdy z nich jest przeznaczony dla kilkunastu zaledwie osób ( najczęściej grupy 15 – 16 osób) – to pomoc taka, niezwykle istotna pomoc gdyż osób tych z pewnością nie byłoby stać na takie kursy komercyjne – dotyczy w sumie 350 – 450 osób w ciągu roku a to nie jest wystarczające w powiecie jak Szczecin – z ponad 18.000 osób bezrobotnych, tym bardziej w powiatach gdzie bezrobocie sięga dziś 40% (Mazury).
Pieniądze natomiast rozchodzą się na różne dziwne działania zupełnie nie wpływające na zasadnicze powody bezrobocia, ale przewidziane w Ustawie. Tymczasem urząd pracy wcale nie musi realizować wszystkich działań jakie wymienia ustawa; po pierwsze – ma prawo realizować tylko te z nich które rokują najwyższą skutecznością, dlatego ustawa wymieniając poszczególne formy działania starostów (prezydentów miast) jako odpowiedzialnych za organizację i działanie PUP – używa formy : starosta może zrobić to, starosta może zrobić owo, a nie – że musi robić i to i tamto. Starości mają prawo decyzji na które instrumenty w danym powiecie przeznaczyć posiadane środki by uzyskać ich właściwe wykorzystanie, ale przeważnie nie robią tego by uniknąć wszelkich „kłopotów” i – trzeba czy nie – realizują wszystko co wymienia ustawa jako możliwe do stosowania. To typowo urzędnicze podejście, głównie dbające o własne bezpieczeństwo „przysłowiowa blacha na tyłek”, a nie o końcowy efekt.

Straszliwe zasoby czasowe i osobowe pochłania urzędom pracy sprawa dotacji na rozpoczynanie działalności gospodarczej, ale zupełnie nie rozumiem – dlaczego urzędy pracy muszą się tym zajmować. Przecież to jest temat idealny dla organizacji pozarządowych i różnych instytucji w tym się specjalizujących. Ponadto skuteczność tego działania jako mającego przeciwdziałać bezrobociu jest bardzo wątpliwa i problematyczna, istnieje obawa że gdyby zastosowano właściwe kryteria do zbadania skuteczności tych dotacji – wynik byłby kompromitujący. Kompromitujący ustawę i urzędy ją wykonujące. Skuteczność działań Urzędów jest generalnie po prostu nieznana a to z powodu braku jednolitej metody jej mierzenia, braku jednolitych wytycznych co do metodologii badania skuteczności walki z bezrobociem.
W rezultacie tego bywa – jak w danych sprawozdawczych Powiatowego Urzędu Pracy z powiatu Żarskiego (Województwo Lubuskie), który od lat wykazywał, że skuteczność zatrudnieniowa w tym powiecie jest rekordowa – rzędu 84 – 88%. Za 2011 rok, w sprawozdaniu podano, że w ciągu roku w Żarach skutecznie zaktywizowano ponad 9000 osób bezrobotnych (to znaczy „doprowadzono je do zatrudnienia”), mimo że ilość zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła wtedy w tym powiecie tylko ok. 6000 osób, na dodatek wykazano, że liczba bezrobotnych na skutek tej aktywizacji spadła o… 16 (szesnaście) osób i na początek 2012 roku wyniosła 5984 osoby. Toż to cud prawdziwy. W tym przypadku prawdopodobnie zawiniła całkiem różna metodologia badań w tym urzędzie oraz w Ministerstwie. Mimo to – ma to swoją silną wymowę. Stawia pod znakiem zapytania wiarygodność jakichkolwiek danych, bo metodologia nie została jeszcze praktycznie ujednolicona.

Obawiam się, że reakcją Ministerstwa Pracy na objaw rzeczywistego przeciążenia Urzędów Pracy będzie próba zwiększenia tam zatrudnienia, szczególnie w grupie pośredników pracy i doradców, podczas gdy powinno się raczej przede wszystkim odciążyć urzędy od działań które można powierzyć organizacjom pozarządowym, stowarzyszeniom zajmującym się promocją przedsiębiorczości oraz agencjom pracy, w taki sposób by dotychczas zajmujące się tym osoby mogły zająć się wyłącznie najbardziej niezbędnymi działaniami wobec osób rzeczywiście bezrobotnych, dołączając do grupy pośredników pracy bez wzrostu całkowitej liczby zatrudnionych.

Tu jednak dochodzimy znów do ściany. Tak jak w „komunie” – każda dyskusja na każdy temat wreszcie dochodziła do problemu „przewodniej roli Partii” – co natychmiast tę dyskusję kończyło, tak i teraz – każda dyskusja na temat bezrobocia dochodzi do problemu BRAKU MIEJSC PRACY i to w zasadzie także czyni dalszą dyskusję bezsensowną.

Problemem bezrobocia i nie tylko bezrobocia wydaje się być to, że to Ministerstwo Pracy próbuje ten problem samodzielnie rozwiązać, realizując jakieś zmiany i reformy wewnątrz resortu, ale wiadomo przecież, że to nic nie da bez aktywizacji gospodarki i pilnej pracy „wychowawczej” nad samymi przedsiębiorcami. Cokolwiek by Minister Pracy nie wymyślił dla zwiększenia wydajności urzędów Pracy – to się nie uda bez wzrostu ilości miejsc pracy. Będzie to tylko kosztowną sztuką dla sztuki i wspomnianym już przelewaniem z pustego w próżne. Problem zdaje się być w tym, że Premier – a konkretnie Prezes Rady Ministrów Donald Tusk zupełnie nie spełnia swojej roli, że wiele wskazuje na to iż w Polsce nie ma rzeczywistej Rady Ministrów, ze Rząd nie działa jako całość a odwrotnie – każdy minister robi sam i tylko swoje a ponieważ sam niewiele może, to i wyniki są mikre…  

Zupełnie tu nie widać jakiegokolwiek spójnego programu gospodarczego choćby do końca kadencji rządu. Wspólnego programu gospodarczego rozpisanego na wszystkie resorty i realizowanego przez rząd jako całość. A przecież to jest niezbędne! W sprawie bezrobocia też nic się nie da zrobić bez ścisłej współpracy Premiera i co najmniej trzech resortów: gospodarki, finansów oraz pracy.

Wszyscy z pewnym niepokojem ale i ciekawością, z nadzieją – czekamy na zakończenie wakacji i powrót Rządu do pracy, oraz oczekiwane „drugie expose” Premiera, realizację oczekiwanych powszechnie zmian, dowód właściwego wartościowania, wagi i pilności spraw.
Bo jeśli nie, to.


(*)20 lipca 2012 24-letni James Holmes zastrzelił 12 osób, a 58 ranił podczas nocnej premiery filmu o Batmanie "Mroczny rycerz powstaje". 10 dni później przedstawiono mu w sądzie stanowym w Denver formalne zarzuty, w tym 24 zarzuty morderstwa z premedytacją. Grozi mu kara śmierci.
Adwokat Holmesa, Daniel King, twierdził, że jest on chory psychicznie i prawdopodobnie taka będzie linia obrony.

Odwiedziny: