Zastanawiając się – w aspekcie tego co napisałem w poprzednim artykule pt.
Bezrobocie - niewygodna dla władzy prawda – co jest najpoważniejszą przyczyną bezrobocia, trzeba brać pod uwagę cały ciąg faktów nawzajem na siebie się nakładających i powiązanych związkiem skutkowo - przyczynowym. Nie ulega jednak wątpliwości, że to brak ilościowy i jednocześnie - „rodzajowy” miejsc pracy. To z kolei wynika z całkowitej anarchii gospodarczej lat 90-tych, rządu Tadeusza Mazowieckiego i następnych, gdy nastąpiła lawinowa likwidacja krajowego przemysłu, porzucanego niejako przez państwo na żer cwaniaków posiadających jakieś zasoby kapitałowe (często absolutnie podejrzanego pochodzenia), jakichś „dzikich prywatyzacji” najczęściej tylko po to by doprowadzić do upadłości i na tej upadłości zarobić, a zarobione tak pieniądze znów „zainwestować” w doprowadzanie do upadłości kolejnej firmy. Później – eksces rządów premiera Bieleckiego, z jego kultem „niewidzialnej ręki”…
Trzeba przyznać, że rząd Tuska przejął ten stan jako schedę przeszłości, ale nie potrafił zaradzić jego skutkom społecznym. Polska stała się wielkim odbiorcą dóbr wyprodukowanych za granicą, szczególnie co do gałęzi produkcji najbardziej zniszczonej niedbalstwem czy sabotażem… Można tu faktycznie zastanawiać się nad rolą obcej agentury gospodarczej i lobbingowej w stworzeniu takiego stanu gospodarki, opartego na nabywaniu produktów które mogłyby być z łatwością wytwarzane w kraju; zgodnie ze starą zasadą prawa rzymskiego, że „winien (najbardziej podejrzany) ten - co najwięcej na przestępstwie zyskał”, a zyskał obcy kapitał i pojedyncze osoby „z kręgu władzy” w Polsce.
Mniejsza jednak o to.
Dziś walcząc o rozwój gospodarki, przedsiębiorczości – który niewątpliwie przecież następuje – nie można jednak zapominać o tych ofiarach przemian, lekko licząc setkach tysięcy czy milionie (wśród 2,3 miliona zarejestrowanych bezrobotnych) ludzi w wieku z powodu którego nie mogą uzyskać żadnego zatrudnienia, zawsze przegrywając konkurencję w młodszymi, lepiej wykształconymi albo po prostu lepiej „ustosunkowanymi” niż oni. Dlatego właśnie skupiam się na tym wybranym sektorze bezrobocia: osobach bez szans, w wieku niepozwalającym na uzyskanie zatrudnienia (przeciętnie 45/50 – 60/65 lat).
Trzeba tu poruszyć dwie kwestie zasadnicze: dlaczego ludzie ci nie mogą znaleźć zatrudnienia oraz jakie to ma skutki jednostkowe i społeczne.
Co do tego pierwszego tematu; analizując oferty pracy łatwo dojść do wniosku, co jest kluczem zatrudniania dziś; to KOSZT. Jest to związane z absurdalnym systemem przywilejów, regulacji – które stawiają niektóre osoby w lepszym położeniu na tzw. „rynku pracy” a jedynym czynnikiem decydującym o pozycji człowieka jako potencjalnego pracownika – jest koszt jego pracy.
Co ciekawe – co świadczy o zaściankowości i prymitywizmie przedsiębiorców – zysk z pracy człowieka zatrudnionego, wytwarzana przez niego wartość jest dla nich czymś oczywistym i zupełnie nie rekompensuje kosztu; jeśli przykładowo człowiek swoją pracą wytworzy przychód 15 albo 30 tysięcy to jest absolutnie normalne, ale konieczność odliczenia od tego 700 czy 800 zł kosztu pracy jest dla buraka-przedsiębiorcy w obu przypadkach takim samym dramatem. Punkt widzenia ludzki czy społeczny jest dla przedsiębiorców absolutnie niedostępny, raczej postawa najbardziej prymitywnego wyzysku, przywodząca na myśl dziewiętnastowieczne początki kapitalizmu a nie jego formę oczekiwaną od dwudziestego pierwszego wieku.
Pierwsza grupa osób szczególnie traktowanych to osoby niepełnosprawne. Osoby te z zasady nie są przez pracodawców doceniane, ale ich zatrudnianie po prostu opłaca się. Wynika to z ustawy o PFRON, której filozofię można streścić następująco: państwo nie ma zamiaru „utrzymywać” osób niepełnosprawnych, dlatego jeśli pracodawcy nie chcą zatrudniać tych osób, to oni maja je utrzymywać. Ustala się obowiązkową wpłatę („haracz”) od każdego większego pracodawcy na rzecz funduszu osób niepełnosprawnych, od którego można się uwolnić jedynie zatrudniając takie osoby. Ustala się też obowiązkowy limit ilościowy (procentowy) zatrudnienia osób niepełnosprawnych i wspomniany obowiązkowy „haracz” umniejsza się stosownie do stopnia realizacji tego limitu. Słowem – każda zatrudniona osoba niepełnosprawna powoduje proporcjonalne do narzuconego limitu umniejszenie obowiązkowej wpłaty na PFRON, czyli – zmniejsza koszty.
Nie oceniam tu tego rozwiązania choć wydaje się ono niewspółczesne i wymagające modernizacji; są możliwe inne sposoby rozwiązania problemu pracy osób niepełnosprawnych. Trzeba tu zauważyć, że jest to słuszna, ale jednak ewidentna interwencja państwa w funkcjonowanie rynku pracy, stawiająca „rynek” pod znakiem zapytania. Jeśli jest więc narzucony poziom kosztu, a można go uniknąć lub umniejszyć, to pracodawcy robią wszystko by z tego skorzystać, preferując osoby niepełnosprawne nawet często wbrew ich interesowi czy podstawowej logice myślenia. Ofert pracy dla osób niepełnosprawnych jest dużo i dotyczą one absurdalnie takich prac jak ochrona oraz sprzątanie obiektów. Znakomita większość ofert zatrudnienia na stanowisku ochrony obiektu zawiera wymóg posiadania przez kandydatów orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Nikogo nie dziwi, że funkcja z zasady wymagająca szczególnej sprawności, posiadania przynajmniej potencjalnych możliwości emanujących z wyglądu i postawy człowieka - mającego za zadanie utrzymać pewien porządek, podporządkować sobie osoby skłonne do niewłaściwego zachowania itp. – jest powierzana osobie o której z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że są niepełnosprawne fizycznie, czyli że można je śmiało ignorować. Podobnie i z pracą osób sprzątających; zadania wymagające tężyzny, szczególnej właśnie sprawności i poczucia równowagi przy pracy na drabinie – powierzana jest osobom niepełnosprawnym tylko dlatego, że jest wówczas tania; eliminacja składki na PFRON, inne dotacje i dofinansowania dla pracodawcy z funduszu PFRON, niskie pensje dla pracujących. Oczywiście nikt rozsądny nie zazdrości osobom niepełnosprawnym pracy bo i nie zazdrości im niepełnosprawności, zresztą wiadomo że fakt pracowania i osiągania dochodów jest bardzo ważny psychologicznie dla tych osób, faktem jednak jest i to że sytuacja ma cechy absurdu.
Druga grupa to pracujący emeryci. W istniejącym stanie prawnym osoby w wieku emerytalnym mogą pracować zarobkowo i osiągać dochody bez limitu jednocześnie pobierając emeryturę. Osoby takie są chętnie zatrudniane bo zadowalają się wtedy dużo niższą płacą niż te dla których miałoby to być jedynym dochodem na utrzymanie. Równie chętnie zawiera się z nimi umowy cywilne o wykonywanie cyklicznych zadań, bo w pewnych warunkach nie ma obowiązku odprowadzania za nie składek ubezpieczenia. Wykonują pracę a mało „kosztują” i dlatego są preferowane.
Inna grupa – to osoby w wieku do 26 roku życia. Są to przeważnie studenci i są bardzo poszukiwani na rynku pracy, wyłącznie dlatego, że pracodawca nie ma obowiązku odprowadzać za nie żadnych składek. Są tani.
Podobnie z osobami posiadającymi jakąś stała pracę u tzw. „pierwszego pracodawcy” – które są poszukiwane jako pracownicy tymczasowi do prac dodatkowych u innego pracodawcy; sytuacja ta umożliwia uwolnienie się od obowiązku odprowadzania składek czyli pomniejsza koszt pracodawcy. Każda możliwość pomniejszenia kosztu jest skrzętnie wyłapywana i wykorzystywana.
Niestety grupa osób w wieku zwanym „50 plus” nie jest objęta żadną preferencją, zwolnieniem z kosztów czy innym czynnikiem zmniejszającym koszty ich zatrudniania. Dlatego są w chwili obecnej w niezmiernie niekorzystnym położeniu na tzw. „rynku pracy”, który jak widać wcale nie kieruje się zasadami rynku a raczej jest przez państwo w różnym stopniu sterowany ręcznie.
Wydaje się, że istnieje konieczność natychmiastowej „deregulacji” tego, poprzez zniesienie wszelkich szczególnych zwolnień i przywilejów oczywiście poza konieczną szczególną regulacją zatrudniania niepełnosprawnych. Po prostu trzeba znieść wszelkie przepisy pozwalające na nienaliczanie i nieodprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Za wszystkie pełnosprawne osoby zatrudnione i wykonujące umowy cywilne musi być odprowadzana kwota zobowiązań do ZUS i NFZ , bez żadnych wyjątków.
Na pytanie więc, dlaczego osoby w wieku „50 plus” nie mogą uzyskać zatrudnienia, można odpowiedzieć: bo jest wiele podmiotów „tańszych” w sensie kosztów pracy.
Oczywiście jest i wiele innych powodów.
Skutkiem takiej sytuacji jest to, że stworzono w ten sposób ogromną grupę (którą ocenia się na 700 000 – 800 000 obywateli) pozbawioną własnych środków utrzymania. Ludzie ci miast przynosić wpływy do ZUS, urzędów skarbowych, NFZ. – tylko kosztują, czasem czerpiąc coś z zasobów społecznych. Nie są nabywcami, usługobiorcami – więc nie wspomagają rozwoju gospodarki, która zależy przecież w jakimś stopniu od odbiorców, od popytu, od obrotów – szczególnie w sektorze drobnej wytwórczości i usług. Ludzie ci nie mając prawa do zasiłku dla bezrobotnych obciążają czasowo budżety swoich rodzin, krewnych czy dzieci, bo życie, egzystencja nieuchronnie wiąże się z kosztami. Nie odżywiają się właściwie, nie leczą się właściwie, stanowiąc dla NFZ swoistą „bombę z opóźnionym zapłonem” w tym znaczeniu, że kiedyś ta sytuacja wpłynie znacząco na budżet NFZ.
To co dziś się propagandowo nazywa "rynkiem pracy" jest w rzeczywistości konglomeratem przywilejów, zwolnień, ingerencji regulacyjnych i obszarów "zapomnianych". Rynek pracy w sensie definicji - NIE ISTNIEJE.
Jestem pewien, że gdyby dziś na przykład zlikwidowano wszystkie zwolnienia od składek obciążających pracodawców a wprowadzono zasadę, że tylko zatrudnienie osoby „50 plus” zwalnia np. na dwa lata od tych wszystkich obciążeń, to natychmiast praca byłaby wyłącznie dla osób z tej grupy wiekowej a studenci, emeryci i niepełnosprawni pozostawaliby bez zatrudnienia. Nagle wymyślane dziś powody odmowy zatrudniania osób z grupy "50 plus" przestałyby być ważne.
Nie chodzi jednak o to by odwracać działanie niesprawiedliwych preferencji a o to, by władza dostrzegła, że stworzyła niszę kompletnego odrzucenia, wyobcowanie, beznadziei i wykluczenia społecznego dla ogromnej grupy obywateli i to na dodatek tych obywateli którym obiecywała pomoc i wsparcie w przystosowaniu się do skutków koniecznego przekształcenia gospodarki, złagodzenie tych skutków.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą następca Tuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą następca Tuska. Pokaż wszystkie posty
28/03/2012
47.
Socjalistyczny „rynek pracy” w Polsce.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
manipulacja,
minister pracy,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
paweł baranowski,
prawo,
zasiłki,
zatrudnienie
24/03/2012
39.
Skandaliczna niegospodarność państwa rujnuje ZUS - w imię ideologii.
Głos w dyskusji o reformie emerytalnej.
Pytania wysłane do Pana Ministra Pracy - Władysława Kosiniak Kamysza w ramach konsultacji społecznych projektu nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach.
Głos w sprawie reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Panie Ministrze.
Przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury – do 67 lat, które jest najistotniejszym elementem projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach, jaki obecnie jest poddany konsultacjom społecznym – jest wprost tłumaczone potrzebami budżetu Państwa. Ma ono wytworzyć oszczędności, z czasem znacznie powiększające zasoby pieniężne przeznaczone na wypłaty przyszłych emerytur.
Już teraz w ZUS brakuje zasobów własnych pochodzących ze składek i stąd potrzeba finansowania wypłat emerytur pożyczkami zdobywanymi przez ZUS w bankach komercyjnych czyli kredytami o dużych kosztach ich obsługi.
Jednocześnie jednak funkcjonowanie ZUS jest dotknięte wieloma wadami typu organizacyjnego, wynikającymi zarówno z istniejącego stanu prawnego jak i ze stosowania prawa, sposobu zarządzania itp.
ZUS jest często oskarżany o przerost zatrudnienia związany także z dramatycznie niską jakością informatyzacji pracy i cyfryzacji danych.
ZUS jest - niejako w związku z powyższym – często oskarżany o ogromny przerost kosztów własnych (kosztów funkcjonowania) oraz innych kosztów obsługi systemu emerytalnego.
Na wielkość środków pozostających w dyspozycji ZUS ma ogromny i negatywny wpływ funkcjonowanie tzw. szarej strefy gospodarczej, sprowadzającej się w efekcie do nielegalnego unikania obowiązku opłacenia składek do ZUS przez nieuczciwych obywateli.Państwo nie walczy z szarą strefą gospodarki.
Szczególną i coraz bardziej niebezpieczną formą unikania obowiązków wobec ZUS jest proceder realizowany przez ogromną liczbę firm usługowych, działających w Internecie – jakie można znaleźć poprzez wyszukiwarki pod hasłem „optymalizacja ZUS”.
Oto dla przykładu kilka pierwszych z rzędu adresów tego typu stron internetowych:
http://mniejszy-zus.pl/
http://www.zus-stop.com.pl/
http://www.jakobnizyczus.pl/jak-nie-placic-zus/?gclid=CP-7lNuIs64CFYW-zAodh3rpOQ
http://www.ddconsulting.pl/
http://www.optymalizacja-zus.co.uk/
http://www.optigen.pl/prawo-i-przepisy/podstawy-prawne/skladki-zus-optymalizacja-unikanie-zus-nasze-prawo.html
http://infozus.pl/
http://www.składkizus.pl/
http://zuszagranica.net.pl/
Zasada unikania płacenia ZUS w Polsce przez polskie firmy została wyjaśniona np. na tej ostatniej z wymienionych przeze mnie powyżej przykładowych stron:
(cyt.)„…Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej każdy prowadzący działalność gospodarczą ma możliwość wyrejestrowania się z polskiego systemu ubezpieczeń społecznych i zarejestrowania w systemie innego państwa członkowskiego. Dzięki unijnemu prawu jest to możliwe bez konieczności emigracji ! Aby nie musieć opuszczać ojczyzny, należy podjąć pracę w którymkolwiek z 26 państw członkowskich, choćby na 1/20 etatu.
Będąc pracownikiem (na 1/20 etatu) w państwie x i równocześnie prowadząc działalność gospodarczą w Polsce, podlegasz pod ZUS państwa x. Twoje składki odprowadzane są wówczas tylko do ZUS-u państwa x. I to składki od 1/20 etatu czyli niskie składki, wręcz symboliczne. I co ważne! Płacąc składki tam, nabywasz uprawnienia do tamtejszych świadczeń.”(koniec cyt.)
Pośrednicy tego typu działają odpłatnie (pobierają opłaty od polskich przedsiębiorców za usługę zmierzającą do uchylenia się od opłacania składek ZUS w Polsce!).
O ile nie można mieć zastrzeżeń do zakładania przez obywateli polskich firm w UK i prowadzenia tam działalności gospodarczej na zasadach tam obowiązujących, wraz z opłacaniem w UK składek ubezpieczenia społecznego na zasadach prawa brytyjskiego, to wyrejestrowanie z ZUS firmy działającej w Polsce i opłacanie ubezpieczenia społecznego w UK pod pozorem zatrudnienia tam (zatrudnienia fikcyjnego np. jako konsultanta na 1/20 etatu, działającego na zasadzie telepracy, a w rzeczywistości przebywającego w Polsce i tu prowadzącego rzeczywistą działalność gospodarczą innego typu bez płacenia składek na ZUS w Polsce) – nosi charakter uchylania się od powszechnego obowiązku ubezpieczenia społecznego, nadużycia czy nieuczciwej nadinterpretacji prawa sprzecznej z intencją ustawodawcy, co ma znamiona wykroczenia i sprzeczności z zasadami współżycia społecznego.
Szacuje się, że przedsiębiorstw polskich działających w podobny sposób, czyli nie odprowadzających składek do ZUS pomimo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, są już setki tysięcy. Oznacza to ogromne niedobory finansowe w ZUS w porównaniu z tymi kwotami jakie teoretycznie powinny trafiać do ZUS w ramach „umowy społecznej” na której opiera się system emerytalny w Polsce. System ubezpieczenia społecznego jest jak stary dziurawy worek, w którym w taki sposób zawsze jest i będzie zbyt mało.
Działalność wspomnianych firm proponujących „optymalizację ZUS” prócz strat w zasobach środków na wypłatę emerytur może też nosić znamiona oszustwa, gdyż wiele z osób poddających się takiemu procederowi może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie tylko szkodzą systemowi emerytalnemu w Polsce ale i sami narażają się na przyszły brak środków zarówno z ZUS jak i z brytyjskiego systemu emerytalnego.
Panie Ministrze.
Czy nie uważa Pan, ze wszystkie te sprawy należą, podobnie jak planowane przesunięcie wieku emerytalnego – do zadań niezbędnych do wykonania w ramach kompleksowej reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Czy nie uważa Pan, że narzucenie teraz tej uczciwej części społeczeństwa większego obciążenia w postaci dłuższego okresu pracy i opłacania składek przed nabyciem prawa do emerytury, wymaga równoczesnego rozwiązania wszystkich wcześniej wymienionych problemów, w ramach pakietu ustaw i rozporządzeń łącznie opracowanych i łącznie przeprowadzonych przez wymaganą drogę legislacyjną jako blok projektów powiązanych i zależnych.
Czy nie uważa Pan, że wielką nieuczciwością Rządu byłoby narzucanie części społeczeństwa tak wielkiego dodatkowego obciążenia jakie się obecnie proponuje, bez rozwiązania wspomnianych problemów i załatania dziur w systemie gromadzenia środków na funkcjonowanie systemu emerytalnego.
Czy w przypadku przyjęcia proponowanej noweli ustawy o emeryturach i rentach, oszczędności uzyskane przez budżet państwa na skutek przesunięcia wieku emerytalnego do 67 lat - nie zostaną – przy dotychczasowej bierności Państwa – wyprowadzone z Kraju do systemu ubezpieczeń brytyjskich albo znacznie uszczuplone przez rozkwitający wyżej opisany proceder „ucieczki z ZUS” – dla uzyskania osobistych korzyści przez przedsiębiorców, kosztem solidarności społecznej.
Czy nie uważa Pan, że nakładanie dodatkowych wielkich obciążeń na uczciwych obywateli przy całkowitej bierności Państwa wobec istniejących problemów i opisanego nieuczciwego i balansującego na krawędzi prawa procederu, jest zdradą interesu narodowego.
Głos w sprawie reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Panie Ministrze.
Przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury – do 67 lat, które jest najistotniejszym elementem projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach, jaki obecnie jest poddany konsultacjom społecznym – jest wprost tłumaczone potrzebami budżetu Państwa. Ma ono wytworzyć oszczędności, z czasem znacznie powiększające zasoby pieniężne przeznaczone na wypłaty przyszłych emerytur.
Już teraz w ZUS brakuje zasobów własnych pochodzących ze składek i stąd potrzeba finansowania wypłat emerytur pożyczkami zdobywanymi przez ZUS w bankach komercyjnych czyli kredytami o dużych kosztach ich obsługi.
Jednocześnie jednak funkcjonowanie ZUS jest dotknięte wieloma wadami typu organizacyjnego, wynikającymi zarówno z istniejącego stanu prawnego jak i ze stosowania prawa, sposobu zarządzania itp.
ZUS jest często oskarżany o przerost zatrudnienia związany także z dramatycznie niską jakością informatyzacji pracy i cyfryzacji danych.
ZUS jest - niejako w związku z powyższym – często oskarżany o ogromny przerost kosztów własnych (kosztów funkcjonowania) oraz innych kosztów obsługi systemu emerytalnego.
Na wielkość środków pozostających w dyspozycji ZUS ma ogromny i negatywny wpływ funkcjonowanie tzw. szarej strefy gospodarczej, sprowadzającej się w efekcie do nielegalnego unikania obowiązku opłacenia składek do ZUS przez nieuczciwych obywateli.Państwo nie walczy z szarą strefą gospodarki.
Szczególną i coraz bardziej niebezpieczną formą unikania obowiązków wobec ZUS jest proceder realizowany przez ogromną liczbę firm usługowych, działających w Internecie – jakie można znaleźć poprzez wyszukiwarki pod hasłem „optymalizacja ZUS”.
Oto dla przykładu kilka pierwszych z rzędu adresów tego typu stron internetowych:
http://mniejszy-zus.pl/
http://www.zus-stop.com.pl/
http://www.jakobnizyczus.pl/jak-nie-placic-zus/?gclid=CP-7lNuIs64CFYW-zAodh3rpOQ
http://www.ddconsulting.pl/
http://www.optymalizacja-zus.co.uk/
http://www.optigen.pl/prawo-i-przepisy/podstawy-prawne/skladki-zus-optymalizacja-unikanie-zus-nasze-prawo.html
http://infozus.pl/
http://www.składkizus.pl/
http://zuszagranica.net.pl/
Zasada unikania płacenia ZUS w Polsce przez polskie firmy została wyjaśniona np. na tej ostatniej z wymienionych przeze mnie powyżej przykładowych stron:
(cyt.)„…Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej każdy prowadzący działalność gospodarczą ma możliwość wyrejestrowania się z polskiego systemu ubezpieczeń społecznych i zarejestrowania w systemie innego państwa członkowskiego. Dzięki unijnemu prawu jest to możliwe bez konieczności emigracji ! Aby nie musieć opuszczać ojczyzny, należy podjąć pracę w którymkolwiek z 26 państw członkowskich, choćby na 1/20 etatu.
Będąc pracownikiem (na 1/20 etatu) w państwie x i równocześnie prowadząc działalność gospodarczą w Polsce, podlegasz pod ZUS państwa x. Twoje składki odprowadzane są wówczas tylko do ZUS-u państwa x. I to składki od 1/20 etatu czyli niskie składki, wręcz symboliczne. I co ważne! Płacąc składki tam, nabywasz uprawnienia do tamtejszych świadczeń.”(koniec cyt.)
Pośrednicy tego typu działają odpłatnie (pobierają opłaty od polskich przedsiębiorców za usługę zmierzającą do uchylenia się od opłacania składek ZUS w Polsce!).
O ile nie można mieć zastrzeżeń do zakładania przez obywateli polskich firm w UK i prowadzenia tam działalności gospodarczej na zasadach tam obowiązujących, wraz z opłacaniem w UK składek ubezpieczenia społecznego na zasadach prawa brytyjskiego, to wyrejestrowanie z ZUS firmy działającej w Polsce i opłacanie ubezpieczenia społecznego w UK pod pozorem zatrudnienia tam (zatrudnienia fikcyjnego np. jako konsultanta na 1/20 etatu, działającego na zasadzie telepracy, a w rzeczywistości przebywającego w Polsce i tu prowadzącego rzeczywistą działalność gospodarczą innego typu bez płacenia składek na ZUS w Polsce) – nosi charakter uchylania się od powszechnego obowiązku ubezpieczenia społecznego, nadużycia czy nieuczciwej nadinterpretacji prawa sprzecznej z intencją ustawodawcy, co ma znamiona wykroczenia i sprzeczności z zasadami współżycia społecznego.
Szacuje się, że przedsiębiorstw polskich działających w podobny sposób, czyli nie odprowadzających składek do ZUS pomimo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, są już setki tysięcy. Oznacza to ogromne niedobory finansowe w ZUS w porównaniu z tymi kwotami jakie teoretycznie powinny trafiać do ZUS w ramach „umowy społecznej” na której opiera się system emerytalny w Polsce. System ubezpieczenia społecznego jest jak stary dziurawy worek, w którym w taki sposób zawsze jest i będzie zbyt mało.
Działalność wspomnianych firm proponujących „optymalizację ZUS” prócz strat w zasobach środków na wypłatę emerytur może też nosić znamiona oszustwa, gdyż wiele z osób poddających się takiemu procederowi może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie tylko szkodzą systemowi emerytalnemu w Polsce ale i sami narażają się na przyszły brak środków zarówno z ZUS jak i z brytyjskiego systemu emerytalnego.
Panie Ministrze.
Czy nie uważa Pan, ze wszystkie te sprawy należą, podobnie jak planowane przesunięcie wieku emerytalnego – do zadań niezbędnych do wykonania w ramach kompleksowej reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Czy nie uważa Pan, że narzucenie teraz tej uczciwej części społeczeństwa większego obciążenia w postaci dłuższego okresu pracy i opłacania składek przed nabyciem prawa do emerytury, wymaga równoczesnego rozwiązania wszystkich wcześniej wymienionych problemów, w ramach pakietu ustaw i rozporządzeń łącznie opracowanych i łącznie przeprowadzonych przez wymaganą drogę legislacyjną jako blok projektów powiązanych i zależnych.
Czy nie uważa Pan, że wielką nieuczciwością Rządu byłoby narzucanie części społeczeństwa tak wielkiego dodatkowego obciążenia jakie się obecnie proponuje, bez rozwiązania wspomnianych problemów i załatania dziur w systemie gromadzenia środków na funkcjonowanie systemu emerytalnego.
Czy w przypadku przyjęcia proponowanej noweli ustawy o emeryturach i rentach, oszczędności uzyskane przez budżet państwa na skutek przesunięcia wieku emerytalnego do 67 lat - nie zostaną – przy dotychczasowej bierności Państwa – wyprowadzone z Kraju do systemu ubezpieczeń brytyjskich albo znacznie uszczuplone przez rozkwitający wyżej opisany proceder „ucieczki z ZUS” – dla uzyskania osobistych korzyści przez przedsiębiorców, kosztem solidarności społecznej.
Czy nie uważa Pan, że nakładanie dodatkowych wielkich obciążeń na uczciwych obywateli przy całkowitej bierności Państwa wobec istniejących problemów i opisanego nieuczciwego i balansującego na krawędzi prawa procederu, jest zdradą interesu narodowego.
Etykiety:
barbarzyństwo,
bezrobocie,
Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
następca Tuska,
nędza,
PO,
prawo,
reforma wieku emerytalnego,
samoregulacja,
władza,
zasiłki,
ZUS
20/02/2012
35.
Podejrzana reprezentacja narodu…
W artykule pt. Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…? znalazł się fragment dotyczący projektu zmiany wieku emerytalnego; fragment do którego chciałbym powrócić, by go nieco rozwinąć.
„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”
Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.
Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.
Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.
Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?
Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.
„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”
Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.
Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.
Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.
Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?
Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.
Etykiety:
Ewa Kopacz,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
następca Tuska,
pasożytnictwo,
Platforma Obywatelska,
polityka,
polska,
Sejm,
Senat,
Tusk,
UE,
władza
13/02/2012
30.
Jeśli instrumenty (rynku pracy) nie grają, to trzeba je naprawić, zmienić, nastroić, albo… wymienić muzyków!
Niedawno pisałem o kolejnym "rozpoczęciu" kolejnych nic nie dających działań w Urzędzie pracy.
Przedstawiłem tam tezę zaskakująca nawet dla mnie; że wszelkie te bezcelowe działania wynikają z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, czyli w zasadzie nie obciążają Urzędów Pracy - jako mających za zadanie ustawę wykonywać. Ustawę powołał do życia Parlament zdominowany przez Platformę Obywatelską, a więc odpowiada ona celom i priorytetom politycznym Platformy Obywatelskiej. Platforma legitymuje się zwycięstwem wyborczym, co ma swoją wymowę - pomimo, że zwycięstwo to było możliwe dzięki "straszakowi PiS", że ludzie oddający swoje głosy na Platformę, tak naprawdę głosowali nie na PO a przeciwko PiS… no i co najmniej dwa miliony z nich – przeciwko sobie, swoim najistotniejszym interesom do jakich należy wykonywanie najemnej pracy zarobkowej, jako źródło podstawowego dochodu niezbędnego do życia.
Bo żeby żyć, trzeba mieć źródło dochodu dające jakieś minimalne środki wystarczające do zaspokojenia podstawowych potrzeb, absolutnie choćby zasadniczych potrzeb biologicznych.
To rzecz która mnie niesłychanie zadziwia, wprawia w zdumienie; tyle ludzi wypowiada się na temat bezrobocia, ale najczęściej zupełnie pomijają milczeniem prosty ten właśnie fakt: pracuje się dla środków do życia! A jeśli się nie ma zatrudnienia to nie ma środków do życia. To jest zresztą inny temat, obszerniejszy: maniera pomijania we wszelkich wystąpieniach banalnego tematu pieniędzy, jako czegoś praktycznie niezbędnego. Są całe biblioteki tomów bełkotu na temat "zwalczania bezrobocia", o tym jak pisać CV żeby zgrabnie oszukać pracodawcę, że jesteśmy kimś - kim nie jesteśmy, jak oszukać kandydata do pracy że mu zapłacimy tyle, ile on sobie wyobraża że dostanie, ale nigdy tam nie ma odpowiedzi na proste pytanie: jak ma żyć, ktoś kto z powodu przekroczenia 50 roku życia nie może znaleźć żadnego zatrudnienia i nie dostaje też zasiłku dla bezrobotnych. To temat - tabu dla oszołomów "liberalnych", podobnie zresztą jak i dla ludzi PiS czy tak zwanej nie wiedzieć dlaczego - "lewicy" (to chyba od "dwóch lewych rak", bo z pewnością nie od postawy politycznej). Gdy więc jakiś prosty człowiek wreszcie ma okazję i zapyta wprost samego Premiera o tę właśnie sprawę; Panie premierze - jak żyć? - potrafi go oczywiście lemingowe oszołomstwo wdeptać w ziemię, ośmieszyć itp. premier - jak to ma w zwyczaju - nie odpowie, podobnie jak inni, nagle nawróceni na nową, liberalną "wiarę" też nie potrafią odpowiedzieć, bo by musieli po prostu powiedzieć prawdę: jak nie wiesz "jak żyć" toś sama sobie winna i trudno: trzeba będzie zdechnąć.. Ich zdaniem to jedyna możliwa odpowiedź, nacechowana głębokim liberalizmem.
Jeśli bezrobotny nie zostaje zatrudniony to nie ma dopływu środków niezbędnych do życia. By dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba spełnić rygorystyczny warunek, właściwie nie wiadomo z czego wynikający, dotyczący okresu opłacania składek na Fundusz Pracy i spełnia go statystycznie jeden na pięciu bezrobotnych. To oznacza, że 80% bezrobotnych nie ma zasiłku, a ci co go otrzymali, utracili to prawo po kilkunastu miesiącach pobierania zasiłku, nie otrzymując w tym czasie żadnej oferty pracy.
Pomoc społeczna jest tak zorganizowana, że jest przeznaczona w zasadzie dla ludzi całkiem upadłych, całkiem bezwolnych, wyzbytych już całkowicie z umiejętności i ochoty radzenia sobie samodzielnie. Cała polityka Państwa niejako produkuje takie osoby, bo jeśli ktoś bardzo długo nie ma zatrudnienia i nie ma zasiłku dla bezrobotnych, musi zwrócić się do opieki społecznej a ta mu nie pomoże, jeśli nie okaże się kimś bezwolnym, pozbawionym godności ludzkiej, całkowicie podporządkowanym zarządzeniom swojej „opiekunki”. Pomoc społeczna nie działa zapobiegawczo, nie pomaga prewencyjnie w co wręcz trudno jest uwierzyć. Człowiek walczący o to by się nie stoczyć - nie uzyska tam pomocy. Trzeba być zasikanym i śmierdzącym pijakiem, leżącym w krzakach - by uzyskać pomoc a pomoc ta odbiera resztki samodzielności, odpowiedzialności, woli i godności osobistej.
Pomoc społeczna nie pomaga ludziom zagrożonym bezdomnością w tym, by nie utracili swojego dachu nad głową, tłumacząc to tym, że ma swoje ośrodki opiekuńcze, domy pomocy społecznej. Czekają aż ktoś upadnie do poziomu kloszarda, stanie się pijakiem, straci mieszkanie i całkowicie bezwolny, pozbawiony godności osobistej - przyjdzie prosić o pomoc, wtedy często pomagają choć nie zawsze, w ten sposób, że robią z człowieka kukłę, zastępując go całkowicie w jego życiu, decyzjach pozbawiając go woli.
Wielu ludzi dziwi się ostatnio, że nawet w największe mrozy część bezdomnych nie chce iść do noclegowni czy do ogrzewanych doraźnych schronień przygotowanych przez opiekę społeczną. Właśnie dlatego, że mają jeszcze odrobinę godności. I odwrotnie: mają jeszcze odrobinę godności dlatego, że odmawiają pójścia tam.
Jeśli już ktoś stara się o zapomogę pieniężną z pomocy społecznej, dowiaduje się, że jest to tylko dofinansowanie do już uzyskiwanych dochodów, jeśli nie przekraczają pewnej granicy. Inaczej – jeśli ktoś zarabia zbyt mało, to może otrzymać pomoc. Kwota ta dla osoby samotnie prowadzącej „gospodarstwo domowe” wynosi maksymalnie dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Jeśli ktoś zarabia kilkaset złotych (choćby 500 czy 600) to z takim dofinansowaniem może i ma szansę jakiś czas przetrwać, oczywiście poza Warszawą i innymi wielkimi miastami, gdzie są stosunkowo duże dochody ale i wysokie koszty życia. Mając te 800 czy 900 zł netto na jedną osobę - można przetrwać jakiś czas, licząc że nieco więcej niż połowa idzie na mieszkanie i opłaty...
Ale co jeśli nie zarabia ani nie ma prawa do żadnego świadczenia, choćby tak niskiego?
Panowie "gentelmeni" z Rządu Platformy Obywatelskiej, ci co nie rozmawiacie o pieniądzach ale je macie; przecież jeśli ktoś nie może uzyskać zatrudnienia i jednocześnie nie dostanie prawa do zasiłku - to nie ma dochodów! Żadnych dochodów. Jest żebrakiem (na ulicy albo u krewnych) albo "coś kombinuje" o czym coś piszą w Ustawie Kodeks Karny. Jeśli nie ma dochodów to nie dostanie też dofinansowania z pomocy społecznej do zbyt niskich dochodów. Bardzo jestem ciekaw co wy myślicie na ten temat; wierzycie w cuda, oduczacie ludzi od jedzenia jak ten słynny Cygan swoją szkapę, czy może produkujecie przestępców?
Patrzę właśnie na dane dotyczące bezrobocia w Szczecinie (powiecie – Miasto Szczecin) z 31.12.2010 roku, czyli dotyczące roku 2010.
Ogólna liczba bezrobotnych – 16.500 osób.
W wieku „45+” – 6274 osoby.
Bezrobotni w okresie powyżej 2 lat – 915 osób.
Długotrwale bezrobotni – 6223 osoby.
Bezrobotni bez żadnych kwalifikacji – 4913 osób.
Bezrobotni bez wykształcenia średniego 8850 osób.
Dane te wynikają na zasadzie skutku z konkretnej polityki PRL; dawne woj. szczecińskie a teraz zachodniopomorskie było pozbawionym dużego przemysłu „zagłębiem PGR-ów” i drobnych, rodzinnych gospodarstw rolnych, nieliczny przemysł potrzebował ludzi z przyuczeniem do zawodu lub po obowiązkowej podstawówce, klasa robotnicza nie mogła być zbyt mądra. To są te okoliczności które Państwo miało obowiązek uwzględnić w swojej obecnej polityce związanej z transformacją i uwzględniło… na papierze, w „programie solidarności społecznej dla 50+” Michała Boniego. Programie fikcyjnym, oczywiście nie w znaczeniu kosztów a raczej skutków.
Tak wielka ilość ludzi bez kwalifikacji wymagałaby mądrze prowadzonych szkoleń zawodowych dających jakieś kwalifikacje, nawet nie tylko „jakieś” a konkretnie takie jakie są potrzebne w obecnej sytuacji gospodarczej. Jednocześnie widzimy tu jednak po pierwsze całkowity brak zaangażowania środków unijnych, szkoleń i kursów finansowanych z EFS. Opublikowano też kilka dni temu plan szkoleń zaplanowanych do przeprowadzenia przez Powiatowy Urząd Pracy w 2012 roku. Zaplanowano szkolenie nie więcej jak 140 osób bezrobotnych. 140 osób przy prawie 5000 osobach bez kwalifikacji. Ale dla urzędników to nie jest ważne; odbyły się szkolenia? Odbyły. Ważne że wydano pieniądze, zrealizowano budżet…
W jednym z poprzednich tekstów pisałem o tym, że staże dla osób bezrobotnych stały się w praktyce ich realizacji czymś całkowicie absurdalnym, zupełnie nie dającym spodziewanych efektów a wykorzystywanym jedynie przez „elitę” dla swoich celów, zarówno po stronie przedsiębiorców – dla uzyskiwania darmowej siły roboczej, jak i po stronie pracodawców – dla „protekcji” swoich protegowanych, by mogli sobie dorobić pobierając spore stypendium szkoleniowe.
Tymczasem w założeniach staże miały być głównie dla osób młodych, absolwentów nie posiadających żadnego stażu pracy, co było bardzo częstym powodem odmowy zatrudniania ich, jak i dla osób w wieku „50 plus” – które zostały przekwalifikowane z powodów strukturalnych i dlatego w nowym zawodzie także nie posiadały doświadczenia. Błędem było to, że to pracodawcom nadano prawo inicjatywy w organizowaniu takich staży a powinien robić to Urząd Pracy kierując się znanymi sobie przecież potrzebami osób zarejestrowanych. Jeszcze większym błędem było nadanie pracodawcom prawa do wskazywania osoby dla której chcą oni zorganizować staż, bo otworzyło to drogę do „znajomości” i prywaty i de facto wyłączyło ten instrument wobec osób rzeczywiście bezrobotnych i rzeczywiście potrzebujących stażu, tych od dawna zarejestrowanych w PUP.
W jeszcze większym stopniu dotyczy to prac interwencyjnych i robót publicznych, o czym pisałem w poprzednim felietonie.
Przedstawiłem tam tezę zaskakująca nawet dla mnie; że wszelkie te bezcelowe działania wynikają z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, czyli w zasadzie nie obciążają Urzędów Pracy - jako mających za zadanie ustawę wykonywać. Ustawę powołał do życia Parlament zdominowany przez Platformę Obywatelską, a więc odpowiada ona celom i priorytetom politycznym Platformy Obywatelskiej. Platforma legitymuje się zwycięstwem wyborczym, co ma swoją wymowę - pomimo, że zwycięstwo to było możliwe dzięki "straszakowi PiS", że ludzie oddający swoje głosy na Platformę, tak naprawdę głosowali nie na PO a przeciwko PiS… no i co najmniej dwa miliony z nich – przeciwko sobie, swoim najistotniejszym interesom do jakich należy wykonywanie najemnej pracy zarobkowej, jako źródło podstawowego dochodu niezbędnego do życia.
Bo żeby żyć, trzeba mieć źródło dochodu dające jakieś minimalne środki wystarczające do zaspokojenia podstawowych potrzeb, absolutnie choćby zasadniczych potrzeb biologicznych.
To rzecz która mnie niesłychanie zadziwia, wprawia w zdumienie; tyle ludzi wypowiada się na temat bezrobocia, ale najczęściej zupełnie pomijają milczeniem prosty ten właśnie fakt: pracuje się dla środków do życia! A jeśli się nie ma zatrudnienia to nie ma środków do życia. To jest zresztą inny temat, obszerniejszy: maniera pomijania we wszelkich wystąpieniach banalnego tematu pieniędzy, jako czegoś praktycznie niezbędnego. Są całe biblioteki tomów bełkotu na temat "zwalczania bezrobocia", o tym jak pisać CV żeby zgrabnie oszukać pracodawcę, że jesteśmy kimś - kim nie jesteśmy, jak oszukać kandydata do pracy że mu zapłacimy tyle, ile on sobie wyobraża że dostanie, ale nigdy tam nie ma odpowiedzi na proste pytanie: jak ma żyć, ktoś kto z powodu przekroczenia 50 roku życia nie może znaleźć żadnego zatrudnienia i nie dostaje też zasiłku dla bezrobotnych. To temat - tabu dla oszołomów "liberalnych", podobnie zresztą jak i dla ludzi PiS czy tak zwanej nie wiedzieć dlaczego - "lewicy" (to chyba od "dwóch lewych rak", bo z pewnością nie od postawy politycznej). Gdy więc jakiś prosty człowiek wreszcie ma okazję i zapyta wprost samego Premiera o tę właśnie sprawę; Panie premierze - jak żyć? - potrafi go oczywiście lemingowe oszołomstwo wdeptać w ziemię, ośmieszyć itp. premier - jak to ma w zwyczaju - nie odpowie, podobnie jak inni, nagle nawróceni na nową, liberalną "wiarę" też nie potrafią odpowiedzieć, bo by musieli po prostu powiedzieć prawdę: jak nie wiesz "jak żyć" toś sama sobie winna i trudno: trzeba będzie zdechnąć.. Ich zdaniem to jedyna możliwa odpowiedź, nacechowana głębokim liberalizmem.
Jeśli bezrobotny nie zostaje zatrudniony to nie ma dopływu środków niezbędnych do życia. By dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba spełnić rygorystyczny warunek, właściwie nie wiadomo z czego wynikający, dotyczący okresu opłacania składek na Fundusz Pracy i spełnia go statystycznie jeden na pięciu bezrobotnych. To oznacza, że 80% bezrobotnych nie ma zasiłku, a ci co go otrzymali, utracili to prawo po kilkunastu miesiącach pobierania zasiłku, nie otrzymując w tym czasie żadnej oferty pracy.
Pomoc społeczna jest tak zorganizowana, że jest przeznaczona w zasadzie dla ludzi całkiem upadłych, całkiem bezwolnych, wyzbytych już całkowicie z umiejętności i ochoty radzenia sobie samodzielnie. Cała polityka Państwa niejako produkuje takie osoby, bo jeśli ktoś bardzo długo nie ma zatrudnienia i nie ma zasiłku dla bezrobotnych, musi zwrócić się do opieki społecznej a ta mu nie pomoże, jeśli nie okaże się kimś bezwolnym, pozbawionym godności ludzkiej, całkowicie podporządkowanym zarządzeniom swojej „opiekunki”. Pomoc społeczna nie działa zapobiegawczo, nie pomaga prewencyjnie w co wręcz trudno jest uwierzyć. Człowiek walczący o to by się nie stoczyć - nie uzyska tam pomocy. Trzeba być zasikanym i śmierdzącym pijakiem, leżącym w krzakach - by uzyskać pomoc a pomoc ta odbiera resztki samodzielności, odpowiedzialności, woli i godności osobistej.
Pomoc społeczna nie pomaga ludziom zagrożonym bezdomnością w tym, by nie utracili swojego dachu nad głową, tłumacząc to tym, że ma swoje ośrodki opiekuńcze, domy pomocy społecznej. Czekają aż ktoś upadnie do poziomu kloszarda, stanie się pijakiem, straci mieszkanie i całkowicie bezwolny, pozbawiony godności osobistej - przyjdzie prosić o pomoc, wtedy często pomagają choć nie zawsze, w ten sposób, że robią z człowieka kukłę, zastępując go całkowicie w jego życiu, decyzjach pozbawiając go woli.
Wielu ludzi dziwi się ostatnio, że nawet w największe mrozy część bezdomnych nie chce iść do noclegowni czy do ogrzewanych doraźnych schronień przygotowanych przez opiekę społeczną. Właśnie dlatego, że mają jeszcze odrobinę godności. I odwrotnie: mają jeszcze odrobinę godności dlatego, że odmawiają pójścia tam.
Jeśli już ktoś stara się o zapomogę pieniężną z pomocy społecznej, dowiaduje się, że jest to tylko dofinansowanie do już uzyskiwanych dochodów, jeśli nie przekraczają pewnej granicy. Inaczej – jeśli ktoś zarabia zbyt mało, to może otrzymać pomoc. Kwota ta dla osoby samotnie prowadzącej „gospodarstwo domowe” wynosi maksymalnie dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Jeśli ktoś zarabia kilkaset złotych (choćby 500 czy 600) to z takim dofinansowaniem może i ma szansę jakiś czas przetrwać, oczywiście poza Warszawą i innymi wielkimi miastami, gdzie są stosunkowo duże dochody ale i wysokie koszty życia. Mając te 800 czy 900 zł netto na jedną osobę - można przetrwać jakiś czas, licząc że nieco więcej niż połowa idzie na mieszkanie i opłaty...
Ale co jeśli nie zarabia ani nie ma prawa do żadnego świadczenia, choćby tak niskiego?
Panowie "gentelmeni" z Rządu Platformy Obywatelskiej, ci co nie rozmawiacie o pieniądzach ale je macie; przecież jeśli ktoś nie może uzyskać zatrudnienia i jednocześnie nie dostanie prawa do zasiłku - to nie ma dochodów! Żadnych dochodów. Jest żebrakiem (na ulicy albo u krewnych) albo "coś kombinuje" o czym coś piszą w Ustawie Kodeks Karny. Jeśli nie ma dochodów to nie dostanie też dofinansowania z pomocy społecznej do zbyt niskich dochodów. Bardzo jestem ciekaw co wy myślicie na ten temat; wierzycie w cuda, oduczacie ludzi od jedzenia jak ten słynny Cygan swoją szkapę, czy może produkujecie przestępców?
Patrzę właśnie na dane dotyczące bezrobocia w Szczecinie (powiecie – Miasto Szczecin) z 31.12.2010 roku, czyli dotyczące roku 2010.
Ogólna liczba bezrobotnych – 16.500 osób.
W wieku „45+” – 6274 osoby.
Bezrobotni w okresie powyżej 2 lat – 915 osób.
Długotrwale bezrobotni – 6223 osoby.
Bezrobotni bez żadnych kwalifikacji – 4913 osób.
Bezrobotni bez wykształcenia średniego 8850 osób.
Dane te wynikają na zasadzie skutku z konkretnej polityki PRL; dawne woj. szczecińskie a teraz zachodniopomorskie było pozbawionym dużego przemysłu „zagłębiem PGR-ów” i drobnych, rodzinnych gospodarstw rolnych, nieliczny przemysł potrzebował ludzi z przyuczeniem do zawodu lub po obowiązkowej podstawówce, klasa robotnicza nie mogła być zbyt mądra. To są te okoliczności które Państwo miało obowiązek uwzględnić w swojej obecnej polityce związanej z transformacją i uwzględniło… na papierze, w „programie solidarności społecznej dla 50+” Michała Boniego. Programie fikcyjnym, oczywiście nie w znaczeniu kosztów a raczej skutków.
Tak wielka ilość ludzi bez kwalifikacji wymagałaby mądrze prowadzonych szkoleń zawodowych dających jakieś kwalifikacje, nawet nie tylko „jakieś” a konkretnie takie jakie są potrzebne w obecnej sytuacji gospodarczej. Jednocześnie widzimy tu jednak po pierwsze całkowity brak zaangażowania środków unijnych, szkoleń i kursów finansowanych z EFS. Opublikowano też kilka dni temu plan szkoleń zaplanowanych do przeprowadzenia przez Powiatowy Urząd Pracy w 2012 roku. Zaplanowano szkolenie nie więcej jak 140 osób bezrobotnych. 140 osób przy prawie 5000 osobach bez kwalifikacji. Ale dla urzędników to nie jest ważne; odbyły się szkolenia? Odbyły. Ważne że wydano pieniądze, zrealizowano budżet…
W jednym z poprzednich tekstów pisałem o tym, że staże dla osób bezrobotnych stały się w praktyce ich realizacji czymś całkowicie absurdalnym, zupełnie nie dającym spodziewanych efektów a wykorzystywanym jedynie przez „elitę” dla swoich celów, zarówno po stronie przedsiębiorców – dla uzyskiwania darmowej siły roboczej, jak i po stronie pracodawców – dla „protekcji” swoich protegowanych, by mogli sobie dorobić pobierając spore stypendium szkoleniowe.
Tymczasem w założeniach staże miały być głównie dla osób młodych, absolwentów nie posiadających żadnego stażu pracy, co było bardzo częstym powodem odmowy zatrudniania ich, jak i dla osób w wieku „50 plus” – które zostały przekwalifikowane z powodów strukturalnych i dlatego w nowym zawodzie także nie posiadały doświadczenia. Błędem było to, że to pracodawcom nadano prawo inicjatywy w organizowaniu takich staży a powinien robić to Urząd Pracy kierując się znanymi sobie przecież potrzebami osób zarejestrowanych. Jeszcze większym błędem było nadanie pracodawcom prawa do wskazywania osoby dla której chcą oni zorganizować staż, bo otworzyło to drogę do „znajomości” i prywaty i de facto wyłączyło ten instrument wobec osób rzeczywiście bezrobotnych i rzeczywiście potrzebujących stażu, tych od dawna zarejestrowanych w PUP.
W jeszcze większym stopniu dotyczy to prac interwencyjnych i robót publicznych, o czym pisałem w poprzednim felietonie.
Etykiety:
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
liberalizm,
manipulacja opinią publiczną,
minister pracy,
następca Tuska,
PO,
pomoc publiczna,
tumiwisizm,
władza,
zasiłki
29/01/2012
27.
Badania Lazarsfelda i Jahody nad skutkami bezrobocia na psychikę potwierdzają to co oczywiste.
Mamy do czynienia w Polsce z zadziwiającą grą pozorów, w której już nawet najbardziej cyniczni "gracze" zaczynają być zażenowani tą właśnie pozornością oraz całkowitym brakiem reakcji na ten stan rzeczy ze strony organizacji społecznych, opozycji, związków zawodowych czy nawet tzw. szerokiej opinii publicznej, czyli "ulicy". Widocznie jest możliwy taki poziom obłudy, który jest w stanie zawstydzić nawet wielkich obłudników, bo aż szczypie w oczy. Nawet tych odpornych, z samego wierzchołka Platformy Obywatelskiej.
Bez odtworzenia przynajmniej części miejsc pracy, cała ta absurdalna i kosztowna gadanina ministra Kręciny o „walce z bezrobociem” będzie wyłącznie pozoracją, mającą utrzymać stan bezrobocia na obecnym poziomie, oraz umożliwić dalsze żerowanie na pieniądzach związanych oficjalnie z działaniem mającym bezrobocie zmniejszyć. A tak naprawdę - działań karmiących jedynie rzesze "darmozjadów" symulujących jakieś działania i po cichu - podtrzymujących bezrobocie, aby dalej było z czym "walczyć", co badać i na czym żerować.
Jest to skandaliczne bo jest całkowicie jałowe. Krzywdzi jedynie dużą grupę obywateli potrzebujących pomocy państwa - z winy tego państwa a otrzymującej - jedynie pozory działań, niczego nie zmieniające namiastki pomocy gwarantujące, że tak łatwo nie wyrwą się z pułapki bezrobocia.
Nie byłoby to tak dramatyczne, gdyby nie wiązało się z autentycznymi upadkami ludzi do poziomu kloszardów, rozbijaniem i niszczeniem rodzin, ale przede wszystkim - karygodnym niewykorzystywaniem potencjału ludzkiego; potencjału potrzebnego do budowy, do rozwoju Polski. Grubo ponad dwa miliony ludzi z których większość jest gotowa podjąć pracę, płacić podatki dochodowe i lokalne, wypracowywać składki na ZUS - pozostaje bezczynna, niewielka część z nich (16%) otrzymuje zasiłek dla bezrobotnych (statystycznie – ok. 400 000 osób z ponad dwumilionowej rzeszy bezrobotnych), część otrzymuje jakieś śmieszne "zasiłki" z Pomocy Społecznej okupione koniecznością kompletnego poniżenia się, rezygnacji z samodzielności i wolności, z godności osobistej, poczucia wartości – bo tego wymaga od nich Polska - państwo Platformy Obywatelskiej - by mogli te jałmużny otrzymywać.
A reszta…?
Reszta obciąża swoim istnieniem swoje rodziny, dorabia incydentalnie po 50 -100 czy 200 złotych od okazji do okazji i to całkowicie nielegalnie oraz jednocześnie, stopniowo ale nieodwracalnie traci zdolność podjęcia normalnej pracy w swoim zawodzie, popada w socjopatię, w alkoholizm by w rezultacie trafiając ostatecznie i przedwcześnie na cmentarz albo w najlepszym przypadku na długo całkowicie uzależniając swoje istnienie wyłącznie od opieki państwa i od dobroczynności innych.
A przecież - to państwo ich takimi uczyniło! I nadal generuje dalsze pokolenia osób egzystujących wyłącznie na utrzymaniu państwa. Państwo, bo to przecież ono i tylko ono ma władzę, upoważnienie i narzędzia, by działać w skali ogólnokrajowej i międzynarodowej i to działać dla dobra własnego społeczeństwa, każdej jednostki. Bo państwo przecież po to jest, po to istnieje. Pro publico bono.
Jak to kiedyś wyśmiewał się Jan Pietrzak, że "państwo bardzo nie lubi tych do których nie dokłada", więc bardzo dba, by tacy zawsze byli. A wszystko to po to, by jakiś obcy koncern zyskał rynek zbytu na swoje wyroby i sprzedawał je tutaj w miejsce tych produkowanych kiedyś na miejscu przez rodzimą firmę, a paru „gości” dzięki temu założyło sobie nowe konta w bankach szwajcarskich lub izraelskich...
To co się dzieje z człowiekiem, który pracował zawodowo przez 20, 25 czy 30 lat i nagle został zwolniony z pracy, odepchnięty od normalnego źródła pozyskiwania środków na zaspokojenie swoich potrzeb, wyrugowany z „rynku pracy” z niewiadomych nawet do końca powodów – jest od dawna zbadane, przeanalizowane i opisane przez naukę. Jest to zadziwiająco powtarzalne, co znaczy, że ludzie reagują na taką sytuację w sposób typowy, przewidywalny i powtarzalny.
Może to kogoś w Platformie zdziwi, ale ludzie reagują w sposób... po prostu ludzki. Tylko Platforma przestaje być "ludzka".
Reakcja ta wg. modelu psychologicznego Marie Jahody i Paula Lazarsfelda ma pięć charakterystycznych faz.
Ktokolwiek był kiedyś choćby częściowo w takiej sytuacji, z łatwością rozpozna w tym swoje własne odczucia, co jeszcze raz potwierdza i tak już dawno potwierdzone badania wspomnianych wyżej psychologów.
Często czujemy „zły klimat” wokół naszej osoby, domyślamy się planowanych zmian organizacyjnych, podświadomość dużo sprawniej niż świadomość rejestruje i zestawia ze sobą niby nic nie znaczące słowa, zjawiska i fakty i formułuje z nich wnioski które najczęściej nie przedostają się od razu do świadomości, ale wpływają zasadniczo na nastrój, emocje, dyskomfort, stres. Bardzo często istnieje też wówczas jakiś konflikt pomiędzy pracownikami lub z udziałem pracownika i decyzja przełożonego ma charakter wyroku "za" lub "przeciw" faktom, prawdzie, rzeczywistości w jej subiektywnym odczuwaniu. W innych przypadkach może chodzić o zwolnienia grupowe z przyczyn gospodarczych lub strategicznych decyzji właściciela. Także wówczas często są jakieś symptomy, przecieki informacji, pogorszenie klimatu psychologicznego.
Tym bardziej ma to znaczenie jeśli zwolnienie pracownika przebiegło z jakimś konfliktem, a już szczególnie, gdy konflikt ten miał swój finał w „sądzie pracy” czyli wydziale pracy sądu rejonowego. Bardzo często zatrudniający nas nie jest w stanie podać żadnego zgodnego z prawem powodu rozwiązania stosunku pracy, ale praktyka stosowania prawa w sądach jest obecnie taka, że mimo to wygrywa w sądzie, stawia na swoim, sankcjonuje bezprawie i to równie silnie oddziałuje negatywnie na pracownika - co sam fakt straty środków utrzymania i jego implikacje praktyczne.
Siłą rzeczy musi nastąpić pewne pogodzenie z rzeczywistością i to jest dobra reakcja. Jest to nastawienie na to co będzie, na nowe, na przyszłość. Człowiek ma wiarę we własne możliwości i umiejętności. Wierzy, że szybko rozpocznie inną pracę w nowym środowisku, co ma mieć działanie oczyszczające wobec przeszłości.
Zaczyna aktywnie poszukiwać zatrudnienia z wiarą w siebie, poczuciem że to w zasadzie formalność, że jest pracowity, uczciwy, chętny do poznania nowych obowiązków i nowych ludzi, dlatego już wkrótce z łatwością znajdzie swoje miejsce. W tej fazie chętnie bierze się udział w szkoleniach, nawet na własny koszt, z nastawieniem, że dotychczasowe doświadczenie wraz z nowym dyplomem kilkutygodniowego kursu tym bardziej będzie docenione przez potencjalnych zatrudniających. Zarejestrowanie się w urzędzie pracy jest traktowane wówczas jedynie jako formalność (dla składek na ubezpieczenie zdrowotne) ale od tego urzędu niczego się nie oczekuje.
W miarę kolejnych niepowodzeń w poszukiwaniu zatrudnienia, nastawienie staje się pesymistyczne. Wszelkie „porady” jakie serwują tak zwani – pożal się Boże – „doradcy zawodowi” w urzędach pracy, sprowadzają się do namawiania do jak najczęstszego chodzenia do firm, wysyłania swoich podań o przyjęcie do pracy na każde ogłoszenie rekrutacji czyli narażania się na ogromną liczbę odmów, aluzji, negatywnych zachowań po stronie zatrudniających lub pośredników. Z jednej strony – trudno się dziwić, bo często takie reakcje są formą samoobrony; samoobrony psychicznej np. kadrowej przed koniecznością odmawiania zatrudnienia dziesiątkom czy setkom ludzi, z drugiej strony - z obroną fizyczną; gdy przy takim stanie bezrobocia opublikowanie jakiegokolwiek ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika powoduje w ciągu kilku godzin zablokowanie (przepełnienie) skrzynki odbiorczej e-mail firmy poszukującej pracownika albo „atak desantowy” poszukujących pracy na kadry firmy, gdy ludzie pchający się drzwiami i oknami oraz poprzez „protektorów” w zasadzie uniemożliwiają działowi kadr jakąkolwiek planową, typową pracę. Stąd - nowe zjawisko „utajniania” działu kadr przed poszukującymi zatrudnienia co do adresu i numeru pokoju, by kontakt mógł następować wyłącznie przez mail (nieczynny bo przepełniony) lub telefon (słuchawka na stałe odłożona albo wyłączony dzwonek i nikt nie odbiera).
Psychologowie kliniczni twierdzą jednak i maja rację, że normalny człowiek jest w stanie wytrzymać tylko pewną ograniczoną liczbę odmów, niepowodzeń, zawodów. Potem zaczyna popadać w depresję z jej wszystkimi objawami; zniechęceniem, rezygnacją, załamaniem, utratą poczucia własnej wartości, otępieniem, zamknięciem w kręgu własnych negatywnych myśli i przekonań, izolacją… Doskonale opisał to np. Jack Canfield w swoich książkach na temat ludzi zawodowo zajmujących się „proszeniem o pieniądze” dla różnych organizacji charytatywnych i społecznych, którzy oczywiście zazwyczaj, najczęściej spotykają się z mniej lub bardziej niekulturalną odmową.(*)
Do tego można by dodać jeszcze skutki materialne pozostawania w fazie 1 – 4, co często oznacza utratę oszczędności, wyprzedaż dorobku aby mieć w czasie długotrwałego bezrobocia na podstawowe potrzeby, świadomość staczania się i próby jej łagodzenia za pomocą alkoholu, co łatwo prowadzi do uzależnienia psychicznego i pogłębienia upadku, rozpad rodzin, małżeństw, z utratą przy tym często dachu nad głową a więc upadek do pozycji bezdomnego i bezrobotnego.
Oczywiście faza 3 i 4 mogą się powtarzać i najczęściej następują kilka razy po sobie, nim w przypadku dalszego niepowodzenia wystąpi faza 5.
Praktycznie oznacza to w dalszej konsekwencji utratę "dachu nad głową", życie jak za czasów "jaskiniowych", zredukowane do poszukiwania "czegoś do zjedzenia" oraz miejsca do bezpiecznego przetrwania najbliższej nocy, narastające stany chorobowe, ucieczkę psychiczną za wszelką cenę w zamroczenie alkoholowe, szybką śmierć.
Tak więc jest to mechanizm który działa w zasadzie jednakowo bezwzględnie na każdego kto się znajdzie w jego zasięgu. Owszem, można się opierać dłużej lub krócej, można wytrzymać 500 odmów i niepowodzeń albo aż 1000, zanim zacznie działać ta naukowo potwierdzona zasada. Pomoc urzędów pracy może spowodować, że ktoś będąc w fazie 4 jeszcze nie przejdzie do tej ostatniej a uda mu się cofnąć do fazy 3, by jeszcze raz z nową nadzieją i nowym dyplomem kolejnego kursu wyruszyć na poszukiwanie zatrudnienia, ale załamanie w tym przypadku przychodzi szybciej niż za pierwszym razem.
Brakuje ogromnej ilości miejsc pracy i to jest wina władzy mającej uprawnienie i obowiązek zarządzać gospodarką w sposób społecznie bezpieczny. Dziś - to wina rządu Platformy Obywatelskiej. I owszem: - wina Tuska. Nic tego nie zastąpi, by odtworzyć miejsca pracy lub stworzyć nowe w miejsce poprzednio tak bezmyślnie zniszczonych.
Pracownicy Urzędów Pracy prawdopodobnie zdają sobie sprawę z tych wyżej opisanych mechanizmów, wiedzą że nie mogą tak naprawdę nic pomóc, bo nie mogą stworzyć miejsc pracy, a tylko to dałoby właściwy skutek. Mogą robić to, co jest przewidziane w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, a tam są wyłącznie działania cząstkowe, ważne ale nie mogące dać efektu ostatecznego, na dodatek całkowicie wypaczone przez skrajnie biurokratyczną praktykę ich stosowania o czym napiszę oddzielnie. W ten sposób jednak urzędy pracy stają się instytucjami pasożytującymi, ogromnie kosztownymi a nie mającymi wpływu na stan bezrobocia. Tym bardziej jeszcze teraz – ogołocone ze środków na statutową działalność przez zdziczałego ministra finansów z Platformy Obywatelskiej.
Podobnie ośrodki szkoleniowe, tracące teraz dopływ środków na prowadzenie projektów związanych z przekwalifikowaniem lub odnowieniem kwalifikacji osób pozbawionych pracy, rozpaczliwie walczące o wzrost skuteczności kończących się aktualnie projektów, a osiągające z ledwością skuteczność kilkunastoprocentową (w rozumieniu ilości osób które w okresie 3 miesięcy po szkoleniu uzyskały zatrudnienie w stosunku do ilości przeszkolonych). Jest to skala marnotrawstwa środków – bo w ten sposób ośrodki te przechodzą do instytucji pasożytujących, a człowiek pozbawiony zatrudnienia - co najwyżej będąc w fazie 4 cofnie się dzięki temu na krótko do fazy 3 po czym dość szybko znów zadziała na niego standardowy i nieunikniony negatywny mechanizm psychiczny, jak to opisałem powyżej, przenosząc go do fazy 4, 5...
A powodem tego wszystkiego jest brak, drastyczny niedobór miejsc pracy. Powód który da się usunąć tylko w jeden sposób: zwiększając ilość miejsc pracy. Tego jednak nikt zrobić nie chce i to z przyczyn ideologicznych.
Podobnie „kombinują” i agencje zatrudnienia, żyjące z opłat uiszczanych przez pracodawców jako wynagrodzenia za skuteczne pośrednictwo w poszukiwaniu właściwego pracownika. Ale takie okoliczności zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego pojawiają się (nowy pomysł pasożytów) jakieś „fikcyjne” targi pracy, gdzie do wynajętej sali zaprasza się osoby poszukujące pracy, każdy z przybyłych dostaje cały segregator (!) ofert, ale po dokładniejszym przejrzeniu widzi tam kilka czy kilkanaście aktualnych lokalnych ofert wydrukowanych z portali internetowych lub prasy, (czyli ofert publicznych na które najprawdopodobniej już wysłał swoje zgłoszenie jeśli odpowiadał wymaganiom), a dalej ma gruby plik 100 czy 150 ofert wydrukowanych z portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia, które także przeglądał na bieżąco jeśli faktycznie szuka możliwości zatrudnienia. Ofert które w rzeczywistości są już dawno nieaktualne. Sztuczka ta polega na tym, że Urzędy Pracy publikujące lokalne oferty w centralnej bazie danych PSZ upierają się, że wszystkie owe oferty „są ważne przez miesiąc”. Kilkakrotnie podejmowane przeze mnie próby wyjaśnienia co pod tym rozumieją pracownicy PUP nie dały efektu, gdyż powtarzają oni tę formułkę jak mantrę tajemną, ale z logiki wynikałoby, że jeśli oferta ma być ważna przez miesiąc, to Urząd powinien przez miesiąc móc kierować tam kolejnych kandydatów do zatrudnienia, a firma czy instytucja poszukująca pracownika musi miesiąc czekać (do zakończenia ważności oferty), by dopiero potem wybrać któregoś z kandydatów. Oczywiście nikt tak długo nie czeka, bo to absurd przy tak wielkim zainteresowaniu i ilości kandydatów, więc po trzech dniach a najpóźniej po tygodniu wakat jest już zajęty, nowy pracownik - przyjęty (przynajmniej na zasadzie umowy ustnej, ekspektatywy) a oferta – praktycznie już nieaktualna, ale w Urzędzie Pracy uparcie uważają i publikują ją jako ważną przez całe 30 dni. Stąd w opisywanym przypadku - segregator ze 150 ofertami oficjalnie ważnymi a faktycznie już dawno nieaktualnymi (zajętymi) i trudno coś zarzucić organizatorom tych fikcyjnych „Targów Pracy”. Jeszcze kilka stoisk dla osób niepełnosprawnych (bo takie się jeszcze chętnie zatrudnia z uwagi na ustawę o PFRON), albo dla studentów do pracy czasowej na umowach cywilnych (bo za nich na umowę-zlecenie nie opłaca się składek na ubezpieczenie społeczne), i już. Były „Targi Pracy”… ? Były. Organizatorom się należy odpowiednie wynagrodzenie z funduszy na "walk z bezrobociem"… ale dla poszukujących pracy - efektu żadnego.
Dalsze przykłady fikcji dotyczącej tak zwanego „rynku pracy” jako wymysłu Platformy Obywatelskiej będę przytaczał w kolejnych felietonach.
Tymczasem zakończę powtórzeniem zasadniczej tezy: Jest drastyczny brak miejsc pracy. Miliona lub nawet ponad miliona miejsc pracy. Polska staje się ubezwłasnowolniona przez służalczość władzy wobec Unii Europejskiej, Niemiec, USA i każdego innego. Polska - jak dziwka portowa - zależy od pewnego siebie zagranicznego "alfonsa", od klienta (inwestora), który przyjdzie jeśli mu się zechce i ewentualnie zostawi jakieś pieniądze. I tego nie da się niczym zasłonić, zakłamać. To wina władzy. Nawet cwany agencik medialny platformy obywatelskiej z poleceniem i błogosławieństwem swojego oficera prowadzącego - nie da rady tego ukryć.
(*) Jack Canfield, Mark Victor Hansen: "Zrób to, o czym marzysz: jak prosić o to, czego się pragnie" wyd. Bertelsmann Media/Diogenes Warszawa 2001.
Bez odtworzenia przynajmniej części miejsc pracy, cała ta absurdalna i kosztowna gadanina ministra Kręciny o „walce z bezrobociem” będzie wyłącznie pozoracją, mającą utrzymać stan bezrobocia na obecnym poziomie, oraz umożliwić dalsze żerowanie na pieniądzach związanych oficjalnie z działaniem mającym bezrobocie zmniejszyć. A tak naprawdę - działań karmiących jedynie rzesze "darmozjadów" symulujących jakieś działania i po cichu - podtrzymujących bezrobocie, aby dalej było z czym "walczyć", co badać i na czym żerować.
Jest to skandaliczne bo jest całkowicie jałowe. Krzywdzi jedynie dużą grupę obywateli potrzebujących pomocy państwa - z winy tego państwa a otrzymującej - jedynie pozory działań, niczego nie zmieniające namiastki pomocy gwarantujące, że tak łatwo nie wyrwą się z pułapki bezrobocia.
Nie byłoby to tak dramatyczne, gdyby nie wiązało się z autentycznymi upadkami ludzi do poziomu kloszardów, rozbijaniem i niszczeniem rodzin, ale przede wszystkim - karygodnym niewykorzystywaniem potencjału ludzkiego; potencjału potrzebnego do budowy, do rozwoju Polski. Grubo ponad dwa miliony ludzi z których większość jest gotowa podjąć pracę, płacić podatki dochodowe i lokalne, wypracowywać składki na ZUS - pozostaje bezczynna, niewielka część z nich (16%) otrzymuje zasiłek dla bezrobotnych (statystycznie – ok. 400 000 osób z ponad dwumilionowej rzeszy bezrobotnych), część otrzymuje jakieś śmieszne "zasiłki" z Pomocy Społecznej okupione koniecznością kompletnego poniżenia się, rezygnacji z samodzielności i wolności, z godności osobistej, poczucia wartości – bo tego wymaga od nich Polska - państwo Platformy Obywatelskiej - by mogli te jałmużny otrzymywać.
A reszta…?
Reszta obciąża swoim istnieniem swoje rodziny, dorabia incydentalnie po 50 -100 czy 200 złotych od okazji do okazji i to całkowicie nielegalnie oraz jednocześnie, stopniowo ale nieodwracalnie traci zdolność podjęcia normalnej pracy w swoim zawodzie, popada w socjopatię, w alkoholizm by w rezultacie trafiając ostatecznie i przedwcześnie na cmentarz albo w najlepszym przypadku na długo całkowicie uzależniając swoje istnienie wyłącznie od opieki państwa i od dobroczynności innych.
A przecież - to państwo ich takimi uczyniło! I nadal generuje dalsze pokolenia osób egzystujących wyłącznie na utrzymaniu państwa. Państwo, bo to przecież ono i tylko ono ma władzę, upoważnienie i narzędzia, by działać w skali ogólnokrajowej i międzynarodowej i to działać dla dobra własnego społeczeństwa, każdej jednostki. Bo państwo przecież po to jest, po to istnieje. Pro publico bono.
Jak to kiedyś wyśmiewał się Jan Pietrzak, że "państwo bardzo nie lubi tych do których nie dokłada", więc bardzo dba, by tacy zawsze byli. A wszystko to po to, by jakiś obcy koncern zyskał rynek zbytu na swoje wyroby i sprzedawał je tutaj w miejsce tych produkowanych kiedyś na miejscu przez rodzimą firmę, a paru „gości” dzięki temu założyło sobie nowe konta w bankach szwajcarskich lub izraelskich...
To co się dzieje z człowiekiem, który pracował zawodowo przez 20, 25 czy 30 lat i nagle został zwolniony z pracy, odepchnięty od normalnego źródła pozyskiwania środków na zaspokojenie swoich potrzeb, wyrugowany z „rynku pracy” z niewiadomych nawet do końca powodów – jest od dawna zbadane, przeanalizowane i opisane przez naukę. Jest to zadziwiająco powtarzalne, co znaczy, że ludzie reagują na taką sytuację w sposób typowy, przewidywalny i powtarzalny.
Może to kogoś w Platformie zdziwi, ale ludzie reagują w sposób... po prostu ludzki. Tylko Platforma przestaje być "ludzka".
Reakcja ta wg. modelu psychologicznego Marie Jahody i Paula Lazarsfelda ma pięć charakterystycznych faz.
Ktokolwiek był kiedyś choćby częściowo w takiej sytuacji, z łatwością rozpozna w tym swoje własne odczucia, co jeszcze raz potwierdza i tak już dawno potwierdzone badania wspomnianych wyżej psychologów.
Faza 1. Obawa utraty pracy – pobudzenie, zmiany nastroju, labilność emocjonalna;
Często czujemy „zły klimat” wokół naszej osoby, domyślamy się planowanych zmian organizacyjnych, podświadomość dużo sprawniej niż świadomość rejestruje i zestawia ze sobą niby nic nie znaczące słowa, zjawiska i fakty i formułuje z nich wnioski które najczęściej nie przedostają się od razu do świadomości, ale wpływają zasadniczo na nastrój, emocje, dyskomfort, stres. Bardzo często istnieje też wówczas jakiś konflikt pomiędzy pracownikami lub z udziałem pracownika i decyzja przełożonego ma charakter wyroku "za" lub "przeciw" faktom, prawdzie, rzeczywistości w jej subiektywnym odczuwaniu. W innych przypadkach może chodzić o zwolnienia grupowe z przyczyn gospodarczych lub strategicznych decyzji właściciela. Także wówczas często są jakieś symptomy, przecieki informacji, pogorszenie klimatu psychologicznego.
Faza 2. Szok tuż po utracie pracy – poczucie klęski, krzywdy, upokorzenie, lęk przed przyszłością, przygnębienie;
Tym bardziej ma to znaczenie jeśli zwolnienie pracownika przebiegło z jakimś konfliktem, a już szczególnie, gdy konflikt ten miał swój finał w „sądzie pracy” czyli wydziale pracy sądu rejonowego. Bardzo często zatrudniający nas nie jest w stanie podać żadnego zgodnego z prawem powodu rozwiązania stosunku pracy, ale praktyka stosowania prawa w sądach jest obecnie taka, że mimo to wygrywa w sądzie, stawia na swoim, sankcjonuje bezprawie i to równie silnie oddziałuje negatywnie na pracownika - co sam fakt straty środków utrzymania i jego implikacje praktyczne.
Faza 3. Wchodzenie w sytuację bezrobocia i optymizm – efekt urlopu, traktowanie sytuacji jako przejściowej, aktywność w poszukiwaniu nowego miejsca pracy, wiara w ostateczny sukces;
Siłą rzeczy musi nastąpić pewne pogodzenie z rzeczywistością i to jest dobra reakcja. Jest to nastawienie na to co będzie, na nowe, na przyszłość. Człowiek ma wiarę we własne możliwości i umiejętności. Wierzy, że szybko rozpocznie inną pracę w nowym środowisku, co ma mieć działanie oczyszczające wobec przeszłości.
Zaczyna aktywnie poszukiwać zatrudnienia z wiarą w siebie, poczuciem że to w zasadzie formalność, że jest pracowity, uczciwy, chętny do poznania nowych obowiązków i nowych ludzi, dlatego już wkrótce z łatwością znajdzie swoje miejsce. W tej fazie chętnie bierze się udział w szkoleniach, nawet na własny koszt, z nastawieniem, że dotychczasowe doświadczenie wraz z nowym dyplomem kilkutygodniowego kursu tym bardziej będzie docenione przez potencjalnych zatrudniających. Zarejestrowanie się w urzędzie pracy jest traktowane wówczas jedynie jako formalność (dla składek na ubezpieczenie zdrowotne) ale od tego urzędu niczego się nie oczekuje.
Faza 4. Pesymizm i rezygnacja w miarę ponoszenia niepowodzeń – negatywne reakcje emocjonalne, problemy zdrowotne i finansowe;
W miarę kolejnych niepowodzeń w poszukiwaniu zatrudnienia, nastawienie staje się pesymistyczne. Wszelkie „porady” jakie serwują tak zwani – pożal się Boże – „doradcy zawodowi” w urzędach pracy, sprowadzają się do namawiania do jak najczęstszego chodzenia do firm, wysyłania swoich podań o przyjęcie do pracy na każde ogłoszenie rekrutacji czyli narażania się na ogromną liczbę odmów, aluzji, negatywnych zachowań po stronie zatrudniających lub pośredników. Z jednej strony – trudno się dziwić, bo często takie reakcje są formą samoobrony; samoobrony psychicznej np. kadrowej przed koniecznością odmawiania zatrudnienia dziesiątkom czy setkom ludzi, z drugiej strony - z obroną fizyczną; gdy przy takim stanie bezrobocia opublikowanie jakiegokolwiek ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika powoduje w ciągu kilku godzin zablokowanie (przepełnienie) skrzynki odbiorczej e-mail firmy poszukującej pracownika albo „atak desantowy” poszukujących pracy na kadry firmy, gdy ludzie pchający się drzwiami i oknami oraz poprzez „protektorów” w zasadzie uniemożliwiają działowi kadr jakąkolwiek planową, typową pracę. Stąd - nowe zjawisko „utajniania” działu kadr przed poszukującymi zatrudnienia co do adresu i numeru pokoju, by kontakt mógł następować wyłącznie przez mail (nieczynny bo przepełniony) lub telefon (słuchawka na stałe odłożona albo wyłączony dzwonek i nikt nie odbiera).
Psychologowie kliniczni twierdzą jednak i maja rację, że normalny człowiek jest w stanie wytrzymać tylko pewną ograniczoną liczbę odmów, niepowodzeń, zawodów. Potem zaczyna popadać w depresję z jej wszystkimi objawami; zniechęceniem, rezygnacją, załamaniem, utratą poczucia własnej wartości, otępieniem, zamknięciem w kręgu własnych negatywnych myśli i przekonań, izolacją… Doskonale opisał to np. Jack Canfield w swoich książkach na temat ludzi zawodowo zajmujących się „proszeniem o pieniądze” dla różnych organizacji charytatywnych i społecznych, którzy oczywiście zazwyczaj, najczęściej spotykają się z mniej lub bardziej niekulturalną odmową.(*)
Do tego można by dodać jeszcze skutki materialne pozostawania w fazie 1 – 4, co często oznacza utratę oszczędności, wyprzedaż dorobku aby mieć w czasie długotrwałego bezrobocia na podstawowe potrzeby, świadomość staczania się i próby jej łagodzenia za pomocą alkoholu, co łatwo prowadzi do uzależnienia psychicznego i pogłębienia upadku, rozpad rodzin, małżeństw, z utratą przy tym często dachu nad głową a więc upadek do pozycji bezdomnego i bezrobotnego.
Oczywiście faza 3 i 4 mogą się powtarzać i najczęściej następują kilka razy po sobie, nim w przypadku dalszego niepowodzenia wystąpi faza 5.
Faza 5. Fatalizm i apatia, dopasowanie do sytuacji – poczucie beznadziejności, dążenie do izolacji społecznej, redukcja oczekiwań życiowych i zainteresowań.
Praktycznie oznacza to w dalszej konsekwencji utratę "dachu nad głową", życie jak za czasów "jaskiniowych", zredukowane do poszukiwania "czegoś do zjedzenia" oraz miejsca do bezpiecznego przetrwania najbliższej nocy, narastające stany chorobowe, ucieczkę psychiczną za wszelką cenę w zamroczenie alkoholowe, szybką śmierć.
Tak więc jest to mechanizm który działa w zasadzie jednakowo bezwzględnie na każdego kto się znajdzie w jego zasięgu. Owszem, można się opierać dłużej lub krócej, można wytrzymać 500 odmów i niepowodzeń albo aż 1000, zanim zacznie działać ta naukowo potwierdzona zasada. Pomoc urzędów pracy może spowodować, że ktoś będąc w fazie 4 jeszcze nie przejdzie do tej ostatniej a uda mu się cofnąć do fazy 3, by jeszcze raz z nową nadzieją i nowym dyplomem kolejnego kursu wyruszyć na poszukiwanie zatrudnienia, ale załamanie w tym przypadku przychodzi szybciej niż za pierwszym razem.
Brakuje ogromnej ilości miejsc pracy i to jest wina władzy mającej uprawnienie i obowiązek zarządzać gospodarką w sposób społecznie bezpieczny. Dziś - to wina rządu Platformy Obywatelskiej. I owszem: - wina Tuska. Nic tego nie zastąpi, by odtworzyć miejsca pracy lub stworzyć nowe w miejsce poprzednio tak bezmyślnie zniszczonych.
Pracownicy Urzędów Pracy prawdopodobnie zdają sobie sprawę z tych wyżej opisanych mechanizmów, wiedzą że nie mogą tak naprawdę nic pomóc, bo nie mogą stworzyć miejsc pracy, a tylko to dałoby właściwy skutek. Mogą robić to, co jest przewidziane w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, a tam są wyłącznie działania cząstkowe, ważne ale nie mogące dać efektu ostatecznego, na dodatek całkowicie wypaczone przez skrajnie biurokratyczną praktykę ich stosowania o czym napiszę oddzielnie. W ten sposób jednak urzędy pracy stają się instytucjami pasożytującymi, ogromnie kosztownymi a nie mającymi wpływu na stan bezrobocia. Tym bardziej jeszcze teraz – ogołocone ze środków na statutową działalność przez zdziczałego ministra finansów z Platformy Obywatelskiej.
Podobnie ośrodki szkoleniowe, tracące teraz dopływ środków na prowadzenie projektów związanych z przekwalifikowaniem lub odnowieniem kwalifikacji osób pozbawionych pracy, rozpaczliwie walczące o wzrost skuteczności kończących się aktualnie projektów, a osiągające z ledwością skuteczność kilkunastoprocentową (w rozumieniu ilości osób które w okresie 3 miesięcy po szkoleniu uzyskały zatrudnienie w stosunku do ilości przeszkolonych). Jest to skala marnotrawstwa środków – bo w ten sposób ośrodki te przechodzą do instytucji pasożytujących, a człowiek pozbawiony zatrudnienia - co najwyżej będąc w fazie 4 cofnie się dzięki temu na krótko do fazy 3 po czym dość szybko znów zadziała na niego standardowy i nieunikniony negatywny mechanizm psychiczny, jak to opisałem powyżej, przenosząc go do fazy 4, 5...
A powodem tego wszystkiego jest brak, drastyczny niedobór miejsc pracy. Powód który da się usunąć tylko w jeden sposób: zwiększając ilość miejsc pracy. Tego jednak nikt zrobić nie chce i to z przyczyn ideologicznych.
Podobnie „kombinują” i agencje zatrudnienia, żyjące z opłat uiszczanych przez pracodawców jako wynagrodzenia za skuteczne pośrednictwo w poszukiwaniu właściwego pracownika. Ale takie okoliczności zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego pojawiają się (nowy pomysł pasożytów) jakieś „fikcyjne” targi pracy, gdzie do wynajętej sali zaprasza się osoby poszukujące pracy, każdy z przybyłych dostaje cały segregator (!) ofert, ale po dokładniejszym przejrzeniu widzi tam kilka czy kilkanaście aktualnych lokalnych ofert wydrukowanych z portali internetowych lub prasy, (czyli ofert publicznych na które najprawdopodobniej już wysłał swoje zgłoszenie jeśli odpowiadał wymaganiom), a dalej ma gruby plik 100 czy 150 ofert wydrukowanych z portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia, które także przeglądał na bieżąco jeśli faktycznie szuka możliwości zatrudnienia. Ofert które w rzeczywistości są już dawno nieaktualne. Sztuczka ta polega na tym, że Urzędy Pracy publikujące lokalne oferty w centralnej bazie danych PSZ upierają się, że wszystkie owe oferty „są ważne przez miesiąc”. Kilkakrotnie podejmowane przeze mnie próby wyjaśnienia co pod tym rozumieją pracownicy PUP nie dały efektu, gdyż powtarzają oni tę formułkę jak mantrę tajemną, ale z logiki wynikałoby, że jeśli oferta ma być ważna przez miesiąc, to Urząd powinien przez miesiąc móc kierować tam kolejnych kandydatów do zatrudnienia, a firma czy instytucja poszukująca pracownika musi miesiąc czekać (do zakończenia ważności oferty), by dopiero potem wybrać któregoś z kandydatów. Oczywiście nikt tak długo nie czeka, bo to absurd przy tak wielkim zainteresowaniu i ilości kandydatów, więc po trzech dniach a najpóźniej po tygodniu wakat jest już zajęty, nowy pracownik - przyjęty (przynajmniej na zasadzie umowy ustnej, ekspektatywy) a oferta – praktycznie już nieaktualna, ale w Urzędzie Pracy uparcie uważają i publikują ją jako ważną przez całe 30 dni. Stąd w opisywanym przypadku - segregator ze 150 ofertami oficjalnie ważnymi a faktycznie już dawno nieaktualnymi (zajętymi) i trudno coś zarzucić organizatorom tych fikcyjnych „Targów Pracy”. Jeszcze kilka stoisk dla osób niepełnosprawnych (bo takie się jeszcze chętnie zatrudnia z uwagi na ustawę o PFRON), albo dla studentów do pracy czasowej na umowach cywilnych (bo za nich na umowę-zlecenie nie opłaca się składek na ubezpieczenie społeczne), i już. Były „Targi Pracy”… ? Były. Organizatorom się należy odpowiednie wynagrodzenie z funduszy na "walk z bezrobociem"… ale dla poszukujących pracy - efektu żadnego.
Dalsze przykłady fikcji dotyczącej tak zwanego „rynku pracy” jako wymysłu Platformy Obywatelskiej będę przytaczał w kolejnych felietonach.
Tymczasem zakończę powtórzeniem zasadniczej tezy: Jest drastyczny brak miejsc pracy. Miliona lub nawet ponad miliona miejsc pracy. Polska staje się ubezwłasnowolniona przez służalczość władzy wobec Unii Europejskiej, Niemiec, USA i każdego innego. Polska - jak dziwka portowa - zależy od pewnego siebie zagranicznego "alfonsa", od klienta (inwestora), który przyjdzie jeśli mu się zechce i ewentualnie zostawi jakieś pieniądze. I tego nie da się niczym zasłonić, zakłamać. To wina władzy. Nawet cwany agencik medialny platformy obywatelskiej z poleceniem i błogosławieństwem swojego oficera prowadzącego - nie da rady tego ukryć.
(*) Jack Canfield, Mark Victor Hansen: "Zrób to, o czym marzysz: jak prosić o to, czego się pragnie" wyd. Bertelsmann Media/Diogenes Warszawa 2001.
Etykiety:
bieda,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
następca Tuska,
PO,
premier,
rynek pracy,
unia europejska
26.
Dać pracę…? Nie! Sprzedać!
Oczywiste jest, że żaden przedsiębiorca nie rozpoczyna swojej działalności po to, by komuś „dać pracę”. Działalność gospodarcza nie jest pretekstem do tego, by wypłacać jakimś ludziom zatrudnionym pensje.
Dochodzimy tu do pierwszego idiotycznego stereotypu; dać pracę.
Ani pracownik swojej pracy nikomu nie daje ani tym bardziej przedsiębiorca nikomu nie daje pracy. To absurd.
Przedsiębiorca, jeśli oczywiście pominąć osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, osoby samo zatrudnione czy drobne warsztaty usługowe prowadzone „rodzinnie” – wie, że by prowadzić jakikolwiek opłacalny interes, musi zatrudnić ludzi znających się na tym, na czym on się nie zna, pracowników na stanowiskach wykonawczych np. pracy fizycznej itp. Bez zatrudnienie odpowiedniej ilości pracowników nie można w wielu dziedzinach prowadzić sensownej i opłacalnej działalności gospodarczej. Reasumując – poważnemu przedsiębiorcy pracownicy są niezbędnie potrzebni. Nie robi nikomu łaski zatrudniając pracowników ani nie działa charytatywnie, nie działa w służbie społecznej będąc podmiotem zatrudniającym. Od idiotycznego „dać pracę” powstało równie idiotyczne „pracodawca”, należałoby więc nie używać po prostu tego określenia aż zapadnie ono w niepamięć, jak inne pozostałości PRL-u czy jej ustroju „polityczno-gospodarczego”.
Przedsiębiorca podejmuje wysiłek by zaprojektować i wdrożyć działalność gospodarczą w jakiejś dziedzinie, inwestuje w to wiele swojej pracy, intelektu, czasu, angażując nieraz cały swój dorobek materialny i ryzykując nim. Robi to głównie dla siebie, to znaczy inwestuje w swoje przyszłe dochody z tej inwestycji, stara się znaleźć satysfakcję z realizacji swojego pomysłu, samozadowolenie jakie daje poczucie umiejętności, własnych zdolności intelektualnych, zaspokojenia ambicji, poczucie sukcesu. Docelowym efektem jego wysiłku ma być zysk, jako różnica pomiędzy przychodami z działalności a jej kosztami. Jednym z kosztów jest podatek płacony do skarbu państwa oraz obligatoryjne koszty zatrudniania pracowników. To po prostu pozycje w rachunku finansowym; liczy się zysk ostateczny pozostający efektem tych wszystkich działań. W początkach kapitalizmu (mam na myśli przełom XIX i XX wieku) liczyła się jeszcze „misja”, coś niematerialnego co jest korzyścią z działalności gospodarczej dla wszystkich których ona dotyczy (pro publico bono), także obejmowała ona w jakimś stopniu pojęcie patriotyzmu, ale dziś zapewne nieco się to zjawisko uprościło, sprowadzając się do konkretnej kwoty.
Zyskuje więc przedsiębiorca o ile osiągnięty efekt finansowy jest dodatni. Poprzez istnienie miejsc pracy, zapotrzebowania na jakichś pracowników najemnych, oferujących swoją pracę w zamian za ustalone wynagrodzenie – sytuacja ta jest też korzystna społecznie, ale i ma to swoje odniesienie do sytuacji ogólnej. Ludzie pracujący także płacą podatek do skarbu państwa, produkują pewne dobra które zaspokajają potrzeby ludzi a także sami stają się nabywcami produktów wytwarzanych przez innych pracowników innych firm, zapewniając im poprzez zbyt wyrobów, pozytywny wynik gospodarczy firmy w której pracują a więc stabilizację dochodów pracowniczych. Mówimy więc raczej, ze pracownik „sprzedaje” swoją pracę a zatrudniający go przedsiębiorca „kupuje” ją.
Zyskuje też na tym państwo, czerpiąc zasoby finansowe na te potrzeby które są niezbędne a jednak z natury są nieopłacalne z punktu widzenia indywidualnych przedsiębiorców. Państwo jako koordynator wszystkich działań mający na uwadze zarówno dobro gospodarki jak i swój obowiązek dbałości o „pełne i produktywne zatrudnienie” w interesie pracowników - musi dbać także o te potrzeby społeczne które są niezbędne a w mniemaniu przedsiębiorców są nieopłacalne. Pewne potrzeby społeczne muszą być zaspokajane niezależnie od oceny związanej z nimi opłacalności. Potrzeby te są miejscem interwencji finansowej i prawnej państwa a źródłem ich finansowania są dochody państwa uzyskiwane od obywateli, pracowników i przedsiębiorców.
Państwo Platformy Obywatelskiej i jej poprzedniczki tu jednak całkowicie zawiodło. Jak dla abstrakcyjnego przykładu - policja złożona z samych kryminalistów, czy wojsko mające w swoich szeregach większość leserów i tchórzy nigdy nie spełni swej roli, tak Państwo po 1989 roku całkowicie zawiodło – nie spełniając swojej naturalnej roli. Wręcz przeciwnie; dziś możemy ten okres śmiało nazywać okresem dewastacji, bezprawia, rabunkowej prywatyzacji a bardziej oględnie - tragicznym w skutkach "okresem błędów i wypaczeń".
Generalnie jednak twierdzenie, że „państwo ma dać ludziom pracę” i że praca jest jedynie pretekstem do otrzymania pensji, po to aby "ludzie mieli za co żyć" - to szkodliwe i durne stereotypy. Niestety jeszcze są one bardzo rozpowszechnione. To wina państwa, że nie prowadziło działań uświadamiających, propagujących prawdę. Państwo skurczyło się natomiast do dwóch większych i kilku mniejszych konkurujących ze sobą i zwalczających się wszelkimi metodami "band"...
Państwo nie ma "dawać pracy" dlatego że pracy się w ogóle nie daje a i państwo nie do tego jest, poza tym państwo ma stwarzać warunki do rozwoju przemysłu, przedsiębiorczości i usług, tak by przedsiębiorcy byli skłonni otwierać nowe przedsięwzięcia gospodarcze a w nich - powstawały nowe miejsca pracy, sprowadzając stopę bezrobocia do tzw. "naturalnej".
Oczywiście model uproszczony nigdy nie odda skomplikowania rzeczywistego funkcjonowania gospodarki, ale powala uzmysłowić sobie, jakie skutki mogło mieć zniszczenie w tak krótkim czasie tak wielkiej liczby miejsc pracy bez zastąpienia ich innymi albo w ogóle "czymś innym", faktyczna dezaktywizacja przymusowa w latach dziewięćdziesiątych i pierwszej dekadzie po roku 2000 prawie połowy obywateli czynnych zawodowo (licząc włącznie z emigracją).
Dochodzimy tu do pierwszego idiotycznego stereotypu; dać pracę.
Ani pracownik swojej pracy nikomu nie daje ani tym bardziej przedsiębiorca nikomu nie daje pracy. To absurd.
Przedsiębiorca, jeśli oczywiście pominąć osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, osoby samo zatrudnione czy drobne warsztaty usługowe prowadzone „rodzinnie” – wie, że by prowadzić jakikolwiek opłacalny interes, musi zatrudnić ludzi znających się na tym, na czym on się nie zna, pracowników na stanowiskach wykonawczych np. pracy fizycznej itp. Bez zatrudnienie odpowiedniej ilości pracowników nie można w wielu dziedzinach prowadzić sensownej i opłacalnej działalności gospodarczej. Reasumując – poważnemu przedsiębiorcy pracownicy są niezbędnie potrzebni. Nie robi nikomu łaski zatrudniając pracowników ani nie działa charytatywnie, nie działa w służbie społecznej będąc podmiotem zatrudniającym. Od idiotycznego „dać pracę” powstało równie idiotyczne „pracodawca”, należałoby więc nie używać po prostu tego określenia aż zapadnie ono w niepamięć, jak inne pozostałości PRL-u czy jej ustroju „polityczno-gospodarczego”.
Przedsiębiorca podejmuje wysiłek by zaprojektować i wdrożyć działalność gospodarczą w jakiejś dziedzinie, inwestuje w to wiele swojej pracy, intelektu, czasu, angażując nieraz cały swój dorobek materialny i ryzykując nim. Robi to głównie dla siebie, to znaczy inwestuje w swoje przyszłe dochody z tej inwestycji, stara się znaleźć satysfakcję z realizacji swojego pomysłu, samozadowolenie jakie daje poczucie umiejętności, własnych zdolności intelektualnych, zaspokojenia ambicji, poczucie sukcesu. Docelowym efektem jego wysiłku ma być zysk, jako różnica pomiędzy przychodami z działalności a jej kosztami. Jednym z kosztów jest podatek płacony do skarbu państwa oraz obligatoryjne koszty zatrudniania pracowników. To po prostu pozycje w rachunku finansowym; liczy się zysk ostateczny pozostający efektem tych wszystkich działań. W początkach kapitalizmu (mam na myśli przełom XIX i XX wieku) liczyła się jeszcze „misja”, coś niematerialnego co jest korzyścią z działalności gospodarczej dla wszystkich których ona dotyczy (pro publico bono), także obejmowała ona w jakimś stopniu pojęcie patriotyzmu, ale dziś zapewne nieco się to zjawisko uprościło, sprowadzając się do konkretnej kwoty.
Zyskuje więc przedsiębiorca o ile osiągnięty efekt finansowy jest dodatni. Poprzez istnienie miejsc pracy, zapotrzebowania na jakichś pracowników najemnych, oferujących swoją pracę w zamian za ustalone wynagrodzenie – sytuacja ta jest też korzystna społecznie, ale i ma to swoje odniesienie do sytuacji ogólnej. Ludzie pracujący także płacą podatek do skarbu państwa, produkują pewne dobra które zaspokajają potrzeby ludzi a także sami stają się nabywcami produktów wytwarzanych przez innych pracowników innych firm, zapewniając im poprzez zbyt wyrobów, pozytywny wynik gospodarczy firmy w której pracują a więc stabilizację dochodów pracowniczych. Mówimy więc raczej, ze pracownik „sprzedaje” swoją pracę a zatrudniający go przedsiębiorca „kupuje” ją.
Zyskuje też na tym państwo, czerpiąc zasoby finansowe na te potrzeby które są niezbędne a jednak z natury są nieopłacalne z punktu widzenia indywidualnych przedsiębiorców. Państwo jako koordynator wszystkich działań mający na uwadze zarówno dobro gospodarki jak i swój obowiązek dbałości o „pełne i produktywne zatrudnienie” w interesie pracowników - musi dbać także o te potrzeby społeczne które są niezbędne a w mniemaniu przedsiębiorców są nieopłacalne. Pewne potrzeby społeczne muszą być zaspokajane niezależnie od oceny związanej z nimi opłacalności. Potrzeby te są miejscem interwencji finansowej i prawnej państwa a źródłem ich finansowania są dochody państwa uzyskiwane od obywateli, pracowników i przedsiębiorców.
Państwo Platformy Obywatelskiej i jej poprzedniczki tu jednak całkowicie zawiodło. Jak dla abstrakcyjnego przykładu - policja złożona z samych kryminalistów, czy wojsko mające w swoich szeregach większość leserów i tchórzy nigdy nie spełni swej roli, tak Państwo po 1989 roku całkowicie zawiodło – nie spełniając swojej naturalnej roli. Wręcz przeciwnie; dziś możemy ten okres śmiało nazywać okresem dewastacji, bezprawia, rabunkowej prywatyzacji a bardziej oględnie - tragicznym w skutkach "okresem błędów i wypaczeń".
Generalnie jednak twierdzenie, że „państwo ma dać ludziom pracę” i że praca jest jedynie pretekstem do otrzymania pensji, po to aby "ludzie mieli za co żyć" - to szkodliwe i durne stereotypy. Niestety jeszcze są one bardzo rozpowszechnione. To wina państwa, że nie prowadziło działań uświadamiających, propagujących prawdę. Państwo skurczyło się natomiast do dwóch większych i kilku mniejszych konkurujących ze sobą i zwalczających się wszelkimi metodami "band"...
Państwo nie ma "dawać pracy" dlatego że pracy się w ogóle nie daje a i państwo nie do tego jest, poza tym państwo ma stwarzać warunki do rozwoju przemysłu, przedsiębiorczości i usług, tak by przedsiębiorcy byli skłonni otwierać nowe przedsięwzięcia gospodarcze a w nich - powstawały nowe miejsca pracy, sprowadzając stopę bezrobocia do tzw. "naturalnej".
Oczywiście model uproszczony nigdy nie odda skomplikowania rzeczywistego funkcjonowania gospodarki, ale powala uzmysłowić sobie, jakie skutki mogło mieć zniszczenie w tak krótkim czasie tak wielkiej liczby miejsc pracy bez zastąpienia ich innymi albo w ogóle "czymś innym", faktyczna dezaktywizacja przymusowa w latach dziewięćdziesiątych i pierwszej dekadzie po roku 2000 prawie połowy obywateli czynnych zawodowo (licząc włącznie z emigracją).
Etykiety:
bezrobocie,
Ewa Kopacz,
gospodarka,
ideologia,
Kopacz,
liberalizm,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
Platforma Obywatelska,
premier,
rynek pracy,
rząd
27/01/2012
25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.
Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.
Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.
Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.
Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).
Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.
Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.
Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.
Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.
Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.
Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).
Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.
Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.
Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.
Etykiety:
anarchia,
arogancja,
bezrobocie,
biznes,
cynizm,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
gospodarka,
ideologia,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
manipulacja opinią publiczną,
następca Tuska,
niewidzialna ręka,
PO,
pomoc społeczna
26/01/2012
24 .
Ręczne sterowanie
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bezrobocie w Polsce jest wynikiem celowego działania władzy, oczywiście jeśli rozpatrywać je łącznie z innymi czynnikami we wzajemnych powiązaniach przyczynowo-skutkowych.
Wielokrotnie już pojawiał się w wypowiedziach różnych komentatorów pogląd, który jest dla mnie także bardzo prawdopodobny - że mamy dziś w tym kraju do czynienia ze specyficznym syndykatem biznesowo-politycznym, który powstał jako konsekwencja "okrągłego stołu" i stopniowo podporządkował sobie władzę i nawet ideologię (liberalną), tworząc najbardziej prymitywne państwo wyzysku, nastawione na maksymalny zysk za wszelką cenę i najdłużej jak się da.
Bezrobocie i system "niewolnictwa pracowniczego" jest tylko jednym z elementów tego działania. Bezrobocie i jego utrzymywanie jest wywołane celowo jako element wspomnianego szantażu.
Jakkolwiek by nie było, zadziwiające jest to, że problem ten jest powszechnie pomijany, nie funkcjonuje społecznie jako najbardziej zasadniczy a więc najpilniejszy do rozwiązania.
Nie chodzi mi o jakieś sporadyczne głosy jakie odzywają się tu i ówdzie. Ograniczają się one do informacji, napomknienia o tym, że gdzieś jest wyższa stopa bezrobocia, albo szczególnie uwielbianego przez dziennikarzy „ostrzegania” że będzie jeszcze gorzej, czarnowidztwa, bez dociekania przyczyn, bez poszukiwania istoty problemu. Od czasu do czasu powtarzają się skrajnie bezczelne i agresywne wypowiedzi np. Cezarego Kaźmierczaka - przewodniczącego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców - który wprost posuwa się do szantażowania i zastraszania władzy, na przykład groźbą masowego likwidowania działalności gospodarczej przez przedsiębiorców i likwidacji miejsc pracy w przypadku podwyższenia najniższego wynagrodzenia określonego ustawowo lub przeciwdziałania masowemu śmieciowemu zatrudnianiu.
Genialnym w swej podłej skuteczności pociągnięciem tych, którzy realizują ten projekt socjotechniczny na wielką skalę, było stworzenie i wtłoczenie do obiegu publicznego swego rodzaju bełkotu, pseudo-języka „naukowego” ze sfer „służb zatrudnienia”, czyli bełkotu jakim posługiwał się w poprzedniej kadencji pan Michał Boni, jaki z upodobaniem stosują np. wiceminister pracy i jego urzędnicy, dyrektorzy Wojewódzkich Urzędów Pracy i za nimi – inni ludzie wypowiadający się na ten temat, szczególnie młodzi dziennikarze dla których najczęściej są to sprawy abstrakcyjne. Dla gawiedzi, dla pospólstwa i hołoty – owi „zawodowi macherzy od losu” wprowadzili za to język komunału, wszechobecnych idiotycznych stereotypów, oczywiście celowo wstrzykiwanych do obiegu publicznego poprzez usłużne media, prasę, internet oraz poprzez pracowników „służb zatrudnienia” najniższego szczebla, z łatwością bezkrytycznie przyjmujących oczekiwaną od nich postawę, sposób myślenia i sposób mówienia.
Tu już zadanie wydaje się o wiele łatwiejsze, bo gawiedź jest z natury bardzo podatna na posługiwanie się stereotypami, obiegowymi poglądami, czy tak zwanymi „prawdami zasłyszanymi”; trzeba więc było jedynie nadać im ”właściwą” treść.
Obecnie więc wszystko tonie w bełkocie, komunałach, stereotypach i przesądach.
Rozlegające się tu i ówdzie głosy dziennikarzy i komentatorów mimo że bywają słuszne – nie są w stanie nic zmienić w sytuacji niebywałego oddzielenia polityki od społeczeństwa.
Z trudnością można zrozumieć, cóż dopiero przyjąć do wiadomości, że polityka mogła się uniezależnić od społeczeństwa i zacząć się zajmować sama sobą w całkowitym oddzieleniu od sytuacji społecznej, od społeczeństwa, które przestało być podmiotem czy też przedmiotem zainteresowania dla polityków - przez to społeczeństwo wyposażonych we władzę i utrzymywanych.
Ale że społeczeństwo samo przestanie się sobą interesować, samo przestanie się chronić, przyjmując jedynie rolę jakby widzów spektaklu urządzanego im przez polityków… to nie da się zaakceptować, ani nawet zrozumieć.
Fakt, że to właśnie najbardziej zniechęca do aktywności… A może o to chodziło?
Wielokrotnie już pojawiał się w wypowiedziach różnych komentatorów pogląd, który jest dla mnie także bardzo prawdopodobny - że mamy dziś w tym kraju do czynienia ze specyficznym syndykatem biznesowo-politycznym, który powstał jako konsekwencja "okrągłego stołu" i stopniowo podporządkował sobie władzę i nawet ideologię (liberalną), tworząc najbardziej prymitywne państwo wyzysku, nastawione na maksymalny zysk za wszelką cenę i najdłużej jak się da.
Bezrobocie i system "niewolnictwa pracowniczego" jest tylko jednym z elementów tego działania. Bezrobocie i jego utrzymywanie jest wywołane celowo jako element wspomnianego szantażu.
Jakkolwiek by nie było, zadziwiające jest to, że problem ten jest powszechnie pomijany, nie funkcjonuje społecznie jako najbardziej zasadniczy a więc najpilniejszy do rozwiązania.
Nie chodzi mi o jakieś sporadyczne głosy jakie odzywają się tu i ówdzie. Ograniczają się one do informacji, napomknienia o tym, że gdzieś jest wyższa stopa bezrobocia, albo szczególnie uwielbianego przez dziennikarzy „ostrzegania” że będzie jeszcze gorzej, czarnowidztwa, bez dociekania przyczyn, bez poszukiwania istoty problemu. Od czasu do czasu powtarzają się skrajnie bezczelne i agresywne wypowiedzi np. Cezarego Kaźmierczaka - przewodniczącego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców - który wprost posuwa się do szantażowania i zastraszania władzy, na przykład groźbą masowego likwidowania działalności gospodarczej przez przedsiębiorców i likwidacji miejsc pracy w przypadku podwyższenia najniższego wynagrodzenia określonego ustawowo lub przeciwdziałania masowemu śmieciowemu zatrudnianiu.
Genialnym w swej podłej skuteczności pociągnięciem tych, którzy realizują ten projekt socjotechniczny na wielką skalę, było stworzenie i wtłoczenie do obiegu publicznego swego rodzaju bełkotu, pseudo-języka „naukowego” ze sfer „służb zatrudnienia”, czyli bełkotu jakim posługiwał się w poprzedniej kadencji pan Michał Boni, jaki z upodobaniem stosują np. wiceminister pracy i jego urzędnicy, dyrektorzy Wojewódzkich Urzędów Pracy i za nimi – inni ludzie wypowiadający się na ten temat, szczególnie młodzi dziennikarze dla których najczęściej są to sprawy abstrakcyjne. Dla gawiedzi, dla pospólstwa i hołoty – owi „zawodowi macherzy od losu” wprowadzili za to język komunału, wszechobecnych idiotycznych stereotypów, oczywiście celowo wstrzykiwanych do obiegu publicznego poprzez usłużne media, prasę, internet oraz poprzez pracowników „służb zatrudnienia” najniższego szczebla, z łatwością bezkrytycznie przyjmujących oczekiwaną od nich postawę, sposób myślenia i sposób mówienia.
Tu już zadanie wydaje się o wiele łatwiejsze, bo gawiedź jest z natury bardzo podatna na posługiwanie się stereotypami, obiegowymi poglądami, czy tak zwanymi „prawdami zasłyszanymi”; trzeba więc było jedynie nadać im ”właściwą” treść.
Obecnie więc wszystko tonie w bełkocie, komunałach, stereotypach i przesądach.
Rozlegające się tu i ówdzie głosy dziennikarzy i komentatorów mimo że bywają słuszne – nie są w stanie nic zmienić w sytuacji niebywałego oddzielenia polityki od społeczeństwa.
Z trudnością można zrozumieć, cóż dopiero przyjąć do wiadomości, że polityka mogła się uniezależnić od społeczeństwa i zacząć się zajmować sama sobą w całkowitym oddzieleniu od sytuacji społecznej, od społeczeństwa, które przestało być podmiotem czy też przedmiotem zainteresowania dla polityków - przez to społeczeństwo wyposażonych we władzę i utrzymywanych.
Ale że społeczeństwo samo przestanie się sobą interesować, samo przestanie się chronić, przyjmując jedynie rolę jakby widzów spektaklu urządzanego im przez polityków… to nie da się zaakceptować, ani nawet zrozumieć.
Fakt, że to właśnie najbardziej zniechęca do aktywności… A może o to chodziło?
Etykiety:
50+,
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
następca Tuska,
Platforma Obywatelska,
władza
16/01/2012
23.
Konstruktywna krytyka jest nie tylko uprawniona ale wręcz niezbędna !
Kiedy przychodzi chwila prawdy, świadcząca o klęsce władzy, niepowodzeniu jakiejś koncepcji rządzenia, wówczas nieodmiennie pada argument, kiedyś - pierwszego sekretarza KC PZPR który odpowiadał przed społeczeństwem, a dziś – Premiera-Szefa Platformy Obywatelskiej, który jeszcze całkiem nie popadł w arogancję: myśmy nic nie wiedzieli, urzędnicy ukrywali przed nami prawdę, alarmujące sygnały nie docierały do władz, władza chciała dobrze… a wyszło – jak zawsze.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...
To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.
Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.
Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...
To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.
Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.
Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.
Etykiety:
50+,
anarchia,
arogancja,
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
lemingi,
minister pracy,
następca Tuska,
nędza,
obowiązki państwa,
PO,
rynek pracy,
solidarność
14/01/2012
22.
Gazeta Wyborcza:”Młodzi - trzy razy nic”.
Nie przepadam za Gazetą Wyborczą, ale przyznać trzeba, że jako jedna z niewielu - pisze o tym co najważniejsze.
O bezrobociu i jego konsekwencjach społecznych i gospodarczych.
Niedawno pojawił się dobry, ważny materiał o sytuacji osób pozbawionych pracy z przedziału wiekowego tzw. 50plus. Świadomie piszę tu o osobach w "wieku produkcyjnym", czyli w wieku normalnej aktywności zawodowej, które nie są nigdzie zatrudnione. Nie piszę o nich całościowo jako o "bezrobotnych" bo określenie to ma swoje ścisłe znaczenie, definicję ustaloną w "Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy" a nie wszystkie te osoby spełniają wspomnianą definicję, mimo że nie pracują. Ich liczbę określa się na ok. 700.000 ale część z tych osób zapewne w takiej sytuacji, po 2 - 4 latach nieskutecznych prób przekwalifikowania się (dostosowania do potrzeb "rynku"), bezowocnego poszukiwania zatrudnienia no i dalszego widocznego braku perspektywy na zmianę sytuacji, całkowitej bezczynności instytucji rynku pracy, osób odpowiedzialnych za organizację działania i polityki Państwa w tym zakresie - po prostu zaprzestały już poszukiwania pracy, przyjmując najczęściej jakieś użyteczne role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Ale to tylko część; reszta pozostaje tak "zawieszona" w pustce bezmyślności i bezduszności Państwa; państwa Platformy Obywatelskiej.
Dziś Gazeta Wyborcza znów przełamała milczenie, sprawiające wręcz nieraz wrażenie "zmowy milczenia" na ten temat - publikując spory tekst pod tytułem "Młodzi trzy razy nic" a dotyczący ludzi młodych pozostających bez pracy, zawieszonych w nicości: ani nie uczących się, ani nie pracujących, ani nie prowadzących działalności...
Młodzi - Trzy Razy Nic
Artykuł jest dramatyczny, bo ukazuje - jakie trudności spadają na pokolenie, które już wkrótce powinno utrzymywać ten kraj, kierować nim, a tymczasem popada w marazm, izolację społeczną i problemy psychiczne.
Trzeba o tym pisać, trzeba o tym krzyczeć by nie dać spokoju tym "gentelmenom" w garniturkach - mimo że z Wiejskiej. Tym młodym ludziom z elity władzy, którzy - jak to gentelmeni - o pieniądzach nie mówią, ale je mają niejako "od urodzenia", dla których stały się one tak oczywiste, że nie są w stanie nawet zadać sobie pytania: za co żyją ludzie pozbawieni możliwości pracy zarobkowej.
Zapomnieli - przyssani do publicznej kasy, że - by mieć chleb, trzeba na niego zapracować, kupić i wtedy można dopiero zjeść kromkę. Jeszcze trzeba kupić nóż, by mieć czym tę kromkę ukroić, oraz wyleczyć zęby - by mieć czym chleb pogryźć. Dalej - trzeba kupować szczoteczki i dobrą pastę do tychże wyleczonych zębów, bo inaczej - znów szybko będą wymagały leczenia... słowem, że wymogi choćby najskromniejszej wegetacji nawarstwiają konkretne potrzeby finansowe konieczne do zaspokojenia, i że zdecydowana większość ludzi chce na to zapracować. Już byli kiedyś dwaj tacy, co próbowali "publicznie" a w rzeczywistości - propagandowo udowodnić, że można przeżyć miesiąc za 500,- zł, ale wystarczyło im na 10 dni i "dali se spokój". Zadziwiające jest to powszechne pomijanie - też na zasadzie jakiegoś wynaturzenia czy zmowy, że - by żyć - trzeba mieć choć kwotę starczającą na minimalną wegetację, choćby i te "minimalne" 940 zł netto (od 1380,- br.), że znakomita większość ludzi chce zapracować na te pieniądze i przy tym są w znakomitej większości skazani na pracę najemną. No i udają nasi "gentelmeni" że zapomnieli, iż Państwo ma określony w Konstytucji obowiązek podejmować określone w Konstytucji zadania i skutecznie wykonywać je. Tym zadaniem nie jest rozdawanie "po bułeczce" z opieki społecznej dla każdego...
Artykuł (mimo że w "GW") - warto przeczytać i do tego zachęcam.
O bezrobociu i jego konsekwencjach społecznych i gospodarczych.
Niedawno pojawił się dobry, ważny materiał o sytuacji osób pozbawionych pracy z przedziału wiekowego tzw. 50plus. Świadomie piszę tu o osobach w "wieku produkcyjnym", czyli w wieku normalnej aktywności zawodowej, które nie są nigdzie zatrudnione. Nie piszę o nich całościowo jako o "bezrobotnych" bo określenie to ma swoje ścisłe znaczenie, definicję ustaloną w "Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy" a nie wszystkie te osoby spełniają wspomnianą definicję, mimo że nie pracują. Ich liczbę określa się na ok. 700.000 ale część z tych osób zapewne w takiej sytuacji, po 2 - 4 latach nieskutecznych prób przekwalifikowania się (dostosowania do potrzeb "rynku"), bezowocnego poszukiwania zatrudnienia no i dalszego widocznego braku perspektywy na zmianę sytuacji, całkowitej bezczynności instytucji rynku pracy, osób odpowiedzialnych za organizację działania i polityki Państwa w tym zakresie - po prostu zaprzestały już poszukiwania pracy, przyjmując najczęściej jakieś użyteczne role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Ale to tylko część; reszta pozostaje tak "zawieszona" w pustce bezmyślności i bezduszności Państwa; państwa Platformy Obywatelskiej.
Dziś Gazeta Wyborcza znów przełamała milczenie, sprawiające wręcz nieraz wrażenie "zmowy milczenia" na ten temat - publikując spory tekst pod tytułem "Młodzi trzy razy nic" a dotyczący ludzi młodych pozostających bez pracy, zawieszonych w nicości: ani nie uczących się, ani nie pracujących, ani nie prowadzących działalności...
Młodzi - Trzy Razy Nic
Artykuł jest dramatyczny, bo ukazuje - jakie trudności spadają na pokolenie, które już wkrótce powinno utrzymywać ten kraj, kierować nim, a tymczasem popada w marazm, izolację społeczną i problemy psychiczne.
Trzeba o tym pisać, trzeba o tym krzyczeć by nie dać spokoju tym "gentelmenom" w garniturkach - mimo że z Wiejskiej. Tym młodym ludziom z elity władzy, którzy - jak to gentelmeni - o pieniądzach nie mówią, ale je mają niejako "od urodzenia", dla których stały się one tak oczywiste, że nie są w stanie nawet zadać sobie pytania: za co żyją ludzie pozbawieni możliwości pracy zarobkowej.
Zapomnieli - przyssani do publicznej kasy, że - by mieć chleb, trzeba na niego zapracować, kupić i wtedy można dopiero zjeść kromkę. Jeszcze trzeba kupić nóż, by mieć czym tę kromkę ukroić, oraz wyleczyć zęby - by mieć czym chleb pogryźć. Dalej - trzeba kupować szczoteczki i dobrą pastę do tychże wyleczonych zębów, bo inaczej - znów szybko będą wymagały leczenia... słowem, że wymogi choćby najskromniejszej wegetacji nawarstwiają konkretne potrzeby finansowe konieczne do zaspokojenia, i że zdecydowana większość ludzi chce na to zapracować. Już byli kiedyś dwaj tacy, co próbowali "publicznie" a w rzeczywistości - propagandowo udowodnić, że można przeżyć miesiąc za 500,- zł, ale wystarczyło im na 10 dni i "dali se spokój". Zadziwiające jest to powszechne pomijanie - też na zasadzie jakiegoś wynaturzenia czy zmowy, że - by żyć - trzeba mieć choć kwotę starczającą na minimalną wegetację, choćby i te "minimalne" 940 zł netto (od 1380,- br.), że znakomita większość ludzi chce zapracować na te pieniądze i przy tym są w znakomitej większości skazani na pracę najemną. No i udają nasi "gentelmeni" że zapomnieli, iż Państwo ma określony w Konstytucji obowiązek podejmować określone w Konstytucji zadania i skutecznie wykonywać je. Tym zadaniem nie jest rozdawanie "po bułeczce" z opieki społecznej dla każdego...
Artykuł (mimo że w "GW") - warto przeczytać i do tego zachęcam.
Etykiety:
arogancja,
bezrobocie,
cynizm,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
Gazeta Wyborcza,
GW,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
następca Tuska,
pomoc społeczna,
praca,
rynek pracy
11/01/2012
21.
Może to Premier powinien zapytać: Obywatele – jak rządzić?
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy - określa zadania Państwa w zakresie promocji zatrudniania, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej.
A więc – ustawa ta stwierdza, że Państwo ma jakieś obowiązki pod tym względem, i nawet określa dokładniej – jakie! Tak jak wymaga tego zasada państwa prawa – obowiązki ustawowe są powieleniem i uszczegółowieniem obowiązków konstytucyjnych Państwa. Ustawa musi być zgodna z Konstytucją. Jak z tego wynika, nierealizowanie ustawy równoznaczne jest ze sprzeciwieniem się Konstytucji w zakresie niewykonania obowiązków a to z kolei rodzi odpowiedzialność konstytucyjną przed odpowiednim trybunałem (sądem). Co jednak, gdy ustawa wypacza myśl Konstytucji?
Realizatorem obowiązków Państwa mają być instytucje rynku pracy.
Instytucjami rynku pracy są Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z WUP, PUP oraz Urzędy Wojewódzkie, Ministerstwo Pracy, Samorząd województwa i powiatu, Ochotnicze Hufce Pracy, agencje zatrudnienia, instytucje szkoleniowe, instytucje dialogu społecznego – takie jak związki zawodowe, organizacje pracodawców, organizacje pozarządowe oraz instytucje partnerstwa lokalnego realizujące projekty i przedsięwzięcia na lokalnym rynku pracy.
Ustawa precyzyjnie rozpisuje zadania i obowiązki poszczególnych instytucji rynku pracy.
Tyle że w rzeczywistości, od dawna nic się nie dzieje, panuje całkowity zastój. Bo jakiś "liberalny" oszołom wymyślił sobie "niewidzialną rękę rynku" w tym wypadku - rynku pracy, która "sama wszystko załatwi" - za niego, za Rząd i za Państwo.
Poza tym, sama ustawa nie jest w stanie rozwiązać problemu bezrobocia, gdyż polega on na niedoborze ilościowym i strukturalnym miejsc pracy a działanie tej ustawy nie powiększa ilości miejsc pracy – poza rozrostem ilości biurowych etatów właśnie w tych wymienionych instytucjach. Jest jeszcze bezrobocie strukturalne z którym łatwiej można sobie poradzić, gdyby fundusze na to przeznaczone nie zostały tak głupio zmarnowane, stając się żerem dla biznesowych „pasożytów” – o czym już nieco wcześniej pisałem.
Jest i inny, kardynalny czynnik, decydujący o bezrobociu w kompletnym braku związku z Ustawą, sposobem i stopniem jej realizacji itp. To zasada wolności gospodarczej odniesiona do swobody zatrudniania pracowników. Istnieje zasadniczy a zupełnie nie dostrzegany konflikt pomiędzy prawem pracy, zasadami wolności gospodarczej i rynkiem pracy.
Konflikt ten uwidacznia się choćby w sytuacji osób w wieku tzw. 50 plus. Konflikt polega na tym, że cokolwiek by nie było napisane w ustawie, tej - czy wszelkich innych ustawach, cokolwiek by nie robiły urzędy pracy i inne instytucje rynku pracy – jeśli przedsiębiorcy zatrudniający pracowników uważają, że osoby w wieku 50 plus "nie nadają się do pracy z powodu wieku" – żadna siła nie zmusi ich do zatrudnienia tych osób, mimo że to przekonanie nie ma żadnego uzasadnienia obiektywnego a nawet jest wprost złamaniem prawa europejskiego(nierówne traktowanie).
Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z ministrem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem są bezradne i bezsilne w takiej sytuacji. Dokładnie to teraz obserwujemy. Ludzie w wieku 50 plus – także są bezsilni, dezaktywizują się w sposób trwały, staczają się do poziomu kloszardów...
Nie wystarczy więc mieć pretensje do jakiegoś jednego ministra, na przykład Ministra Pracy. Nie wystarczy nawet analiza i nowelizacja Ustawy dotyczącej zatrudnienia. Tu musi być cały system logicznie ze sobą powiązanych, skoordynowanych działań w wielu dziedzinach. Oznacza to, że problem bezrobocia – to problem władzy, Platformy Obywatelskiej jako bazy politycznej rządu, Rządu Donalda Tuska a nie samego ministra, któremu na dodatek inny minister „położył łapę” na pieniądzach Fundusz Pracy.
Jeszcze innym czynnikiem mającym bezpośredni wpływ na sytuację, jest praktyczny brak związków zawodowych zajmujących się działalnością syndykalną, panoszenie się organizacji pracodawców, przedsiębiorców i ich lobbowanie na dalsze zmiany w prawie, powszechne i bezkarne lekceważenie prawa pracy przez pracodawców, paraliż i samo-ograniczanie się Państwowej Inspekcji Pracy oraz stronniczość, niesamodzielność i nieprzewidywalność wydziałów pracy w sądach powszechnych.
Przecież to wszystko ma realny, bezpośredni wpływ na sytuację. A są to realne i bezpośrednie skutki działań i zaniechań Rządu.
To nie ma wiele wspólnego z „kryzysem” w rozumieniu kryzysu finansowego czy gospodarczego na świecie czy w Europie. Jeśli ma – no niewiele. Skoro na wiele potrzeb były pieniądze z Unii – to nie był to problem braku pieniędzy. To problem braku koordynacji, niekompetencji, arogancji władzy, rządu – akurat w tym przypadku Tuska i Kosiniak Kamysza.
Coś trzeba robić, ale zrobić nic się nie da bez zasadniczej reformy władzy, dlatego podejmowane są działania pozorowane i akcje dezinformacyjne, propagandowe.
Uważam, że taka sytuacja jest winą opozycji. Dokładniej – braku opozycji. Bo PiS czy SLD opozycją nie jest, społeczeństwem i jego sytuacją zupełnie się nie interesuje, zajmuje się jedynie jakimiś idiotycznymi „zagrywkami” wewnętrznymi, ambicyjkami, walkami personalnymi i przysłowiowym „pchaniem się do koryta”.
Niestety, w powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych, społeczeństwo cierpi i toleruje to…
Miejmy nadzieję, że do czasu i że ten czas właśnie mija.
Coraz wyraźniej widać, że po prostu brak jest całościowej koncepcji Państwa, wszystko zmierza ku bezładowi, fikcji, bałaganowi, anarchii…
To nie ludzie mają pytać Premiera: Panie Premierze - jak żyć.
Może to Premier powinien wreszcie zapytać: Obywatele – jak rządzić?
Albo – odejść.
A więc – ustawa ta stwierdza, że Państwo ma jakieś obowiązki pod tym względem, i nawet określa dokładniej – jakie! Tak jak wymaga tego zasada państwa prawa – obowiązki ustawowe są powieleniem i uszczegółowieniem obowiązków konstytucyjnych Państwa. Ustawa musi być zgodna z Konstytucją. Jak z tego wynika, nierealizowanie ustawy równoznaczne jest ze sprzeciwieniem się Konstytucji w zakresie niewykonania obowiązków a to z kolei rodzi odpowiedzialność konstytucyjną przed odpowiednim trybunałem (sądem). Co jednak, gdy ustawa wypacza myśl Konstytucji?
Realizatorem obowiązków Państwa mają być instytucje rynku pracy.
Instytucjami rynku pracy są Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z WUP, PUP oraz Urzędy Wojewódzkie, Ministerstwo Pracy, Samorząd województwa i powiatu, Ochotnicze Hufce Pracy, agencje zatrudnienia, instytucje szkoleniowe, instytucje dialogu społecznego – takie jak związki zawodowe, organizacje pracodawców, organizacje pozarządowe oraz instytucje partnerstwa lokalnego realizujące projekty i przedsięwzięcia na lokalnym rynku pracy.
Ustawa precyzyjnie rozpisuje zadania i obowiązki poszczególnych instytucji rynku pracy.
Tyle że w rzeczywistości, od dawna nic się nie dzieje, panuje całkowity zastój. Bo jakiś "liberalny" oszołom wymyślił sobie "niewidzialną rękę rynku" w tym wypadku - rynku pracy, która "sama wszystko załatwi" - za niego, za Rząd i za Państwo.
Poza tym, sama ustawa nie jest w stanie rozwiązać problemu bezrobocia, gdyż polega on na niedoborze ilościowym i strukturalnym miejsc pracy a działanie tej ustawy nie powiększa ilości miejsc pracy – poza rozrostem ilości biurowych etatów właśnie w tych wymienionych instytucjach. Jest jeszcze bezrobocie strukturalne z którym łatwiej można sobie poradzić, gdyby fundusze na to przeznaczone nie zostały tak głupio zmarnowane, stając się żerem dla biznesowych „pasożytów” – o czym już nieco wcześniej pisałem.
Jest i inny, kardynalny czynnik, decydujący o bezrobociu w kompletnym braku związku z Ustawą, sposobem i stopniem jej realizacji itp. To zasada wolności gospodarczej odniesiona do swobody zatrudniania pracowników. Istnieje zasadniczy a zupełnie nie dostrzegany konflikt pomiędzy prawem pracy, zasadami wolności gospodarczej i rynkiem pracy.
Konflikt ten uwidacznia się choćby w sytuacji osób w wieku tzw. 50 plus. Konflikt polega na tym, że cokolwiek by nie było napisane w ustawie, tej - czy wszelkich innych ustawach, cokolwiek by nie robiły urzędy pracy i inne instytucje rynku pracy – jeśli przedsiębiorcy zatrudniający pracowników uważają, że osoby w wieku 50 plus "nie nadają się do pracy z powodu wieku" – żadna siła nie zmusi ich do zatrudnienia tych osób, mimo że to przekonanie nie ma żadnego uzasadnienia obiektywnego a nawet jest wprost złamaniem prawa europejskiego(nierówne traktowanie).
Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z ministrem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem są bezradne i bezsilne w takiej sytuacji. Dokładnie to teraz obserwujemy. Ludzie w wieku 50 plus – także są bezsilni, dezaktywizują się w sposób trwały, staczają się do poziomu kloszardów...
Nie wystarczy więc mieć pretensje do jakiegoś jednego ministra, na przykład Ministra Pracy. Nie wystarczy nawet analiza i nowelizacja Ustawy dotyczącej zatrudnienia. Tu musi być cały system logicznie ze sobą powiązanych, skoordynowanych działań w wielu dziedzinach. Oznacza to, że problem bezrobocia – to problem władzy, Platformy Obywatelskiej jako bazy politycznej rządu, Rządu Donalda Tuska a nie samego ministra, któremu na dodatek inny minister „położył łapę” na pieniądzach Fundusz Pracy.
Jeszcze innym czynnikiem mającym bezpośredni wpływ na sytuację, jest praktyczny brak związków zawodowych zajmujących się działalnością syndykalną, panoszenie się organizacji pracodawców, przedsiębiorców i ich lobbowanie na dalsze zmiany w prawie, powszechne i bezkarne lekceważenie prawa pracy przez pracodawców, paraliż i samo-ograniczanie się Państwowej Inspekcji Pracy oraz stronniczość, niesamodzielność i nieprzewidywalność wydziałów pracy w sądach powszechnych.
Przecież to wszystko ma realny, bezpośredni wpływ na sytuację. A są to realne i bezpośrednie skutki działań i zaniechań Rządu.
To nie ma wiele wspólnego z „kryzysem” w rozumieniu kryzysu finansowego czy gospodarczego na świecie czy w Europie. Jeśli ma – no niewiele. Skoro na wiele potrzeb były pieniądze z Unii – to nie był to problem braku pieniędzy. To problem braku koordynacji, niekompetencji, arogancji władzy, rządu – akurat w tym przypadku Tuska i Kosiniak Kamysza.
Coś trzeba robić, ale zrobić nic się nie da bez zasadniczej reformy władzy, dlatego podejmowane są działania pozorowane i akcje dezinformacyjne, propagandowe.
Uważam, że taka sytuacja jest winą opozycji. Dokładniej – braku opozycji. Bo PiS czy SLD opozycją nie jest, społeczeństwem i jego sytuacją zupełnie się nie interesuje, zajmuje się jedynie jakimiś idiotycznymi „zagrywkami” wewnętrznymi, ambicyjkami, walkami personalnymi i przysłowiowym „pchaniem się do koryta”.
Niestety, w powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych, społeczeństwo cierpi i toleruje to…
Miejmy nadzieję, że do czasu i że ten czas właśnie mija.
Coraz wyraźniej widać, że po prostu brak jest całościowej koncepcji Państwa, wszystko zmierza ku bezładowi, fikcji, bałaganowi, anarchii…
To nie ludzie mają pytać Premiera: Panie Premierze - jak żyć.
Może to Premier powinien wreszcie zapytać: Obywatele – jak rządzić?
Albo – odejść.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
następca Tuska,
PIS,
PO,
praca,
PUP,
solidarność,
sprawiedliwość,
Tusk,
władza,
zasiłki
06/01/2012
20.
Sprzeciw wobec podłych stereotypów na temat bezrobotnych.
Trzeba po prostu, choć to trudne, pogodzić się z faktem, że są ludzie pochopni w swoich sądach, mało dociekliwi, myślący ogólnikami i uogólnieniami, nieświadomie stosujący projekcję swoich jednostkowych obserwacji na całość danego problemu czy zjawiska. Ludzie całkowicie pozbawieni umiejętności wczucia się w czyjąś sytuację, zrozumienia jej przez poznanie, ludzie którym wystarczają „prawdy zasłyszane” czyli tak zwana „opinia publiczna”.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.
Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.
Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.
Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...
Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.
Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.
Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.
Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.
To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.
Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.
Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).
Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.
Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.
Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.
Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.
Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.
Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.
Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...
Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.
Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.
Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.
Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.
To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.
Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.
Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).
Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.
Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.
Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.
Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
konstytucja,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
manipulacja opinią publiczną,
minister pracy,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
rynek pracy,
rząd,
samoregulacja
30/12/2011
34.
Przerażający marazm w Urzędzie Pracy.
Przerażający jest całkowity marazm i zastój w Powiatowym Urzędzie Pracy.
Owszem; czynna jest kasa, wypłacane lub przekazywane są na konta bankowe nielicznych „szczęśliwców” zasiłki dla bezrobotnych, gdzieś tam w biurach ktoś drogą elektroniczną przekazuje odpowiednie składki np. ubezpieczenia zdrowotnego, na rzecz zarejestrowanych bezrobotnych.
Kolejki są tylko rano – tych rejestrujących się po raz pierwszy, później już nie – bo obowiązkowe wizyty bezrobotnych wyznaczane są raz na dwa miesiące, jakieś nieliczne oferty (w dniu dzisiejszym – cztery) wiszą sobie w gablotkach, pachnie świeżo zaparzoną kawą dobrej jakości (byle czego urzędnicy nie pijają, bo szkodzi „na cukier”), czasem ktoś z naiwnych bezrobotnych siedzi przy którymś z kilku starych, rozklekotanych komputerów, z których można wejść wyłącznie na kilkanaście stron dotyczących pracy… może myśli biedak, że coś tam znajdzie… widocznie początkujący. Nie ma staży, nie ma prac interwencyjnych, nie ma ofert, nie ma dotacji, nie ma kursów, nie ma zmiłowania ani pomocy, nie ma pieniędzy… nie ma nadziei.
Pomimo takiej sytuacji – Powiatowy Urząd Pracy zakupił nową, bardzo nowoczesną konsolę do wydawania numerków dla bezrobotnych, ustalających kolejność ich "załatwiania". Nie chodzi o to żeby ludzie mogli pracować; chodzi o to by im o braku pracy powiedzieć w odpowiedniej, słusznej kolejności. Konsola jest świetna, z dużym ekranem dotykowym w który wystarczy dotknąć paluchem odpowiednie miejsce, niemalże bez zatrzymywania się… bo konsola stoi przy wejściu. Widać, że urządzenie drogie i przystosowane do obsługi bardzo dużej liczby osób w krótkim czasie – dokąd nie zabraknie numerków na dany dzień. A dziennie wydaje się ich ok. 600 - 700, bo tyle osób urząd może "załatwić" w ciągu dnia. Potem – sobie stoi i ładnie wygląda, świadczy o poziomie Miasta, dbałości Pana Prezydenta Miasta Piotra Krzyska i kulturze technicznej w naszej kochanej Ojczyźnie...
Toż to komfort; bezrobotny niemal w biegu zaliczy numerek (specjalnie nie piszę w rodzaju żeńskim, żeby dwuznaczności nie było), pobiegnie pod wyświetlacz, tam poczeka jak tresowana małpa na rynku (pracy), aż się odpowiednie cyferki wyświetlą (te z jego numerka), jak niegramotny – to go dobrzy ludzie pchną w odpowiednim momencie - do kabinki, a w kabince szybko mu pokażą te cztery litery... nie, co ja: cztery OFERTY mu pokażą „na krzyż”, które są dostępne, albo powiedzą, że „nic dla Pana nie mamy” i już, załatwiony… na „amen”… proszę przyjść, ale nie wcześniej niż za dwa miesiące… sztucznych kolejek nam tu nie tworzyć, a jak nie ma co żryć, to „od tego jest opieka społeczna”!
No i ewentualnie - Komunalny Zakład Usług Pogrzebowych…
Drugą inwestycją techniczną Powiatowego Urzędu Pracy – są trzy ogromniaste ekrany plazmowe Super Ultra + HD, podwieszone pod sufitem na korytarzach w „poczekalni” dla bezrobotnych, na którym wyświetla się te dziwne oferty pracy, jakie Urząd ma. Na zmianę – oczywiście się wyświetla. Pewnie powiecie: nowoczesność i Hi Tech mamy w naszym powiecie... Są też dwie mniejsze samoobsługowe konsolki z ekranami dotykowymi, gdzie bezrobotny może przeglądać aktualne oferty pracy w układzie alfabetycznym a nawet automatycznie wydrukować sobie wybrane oferty na taśmie papieru termicznego.
Urząd Pracy inwestuje w kadry i w infrastrukturę; mimo braku pieniędzy na pomoc dla bezrobotnych. Widać są przekonani, że ich „misja” dopiero się zaczyna, że będą potrzebni i muszą się przygotować na jeszcze większe bezrobocie.
Jest "inwestycja w kadry"… ale nie bezrobotnych, a urzędników Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. To projekt partnerski finansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego pod nazwą „Piramida Kompetencji” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, przewidziany na okres pełnych dwóch lat; rok 2011 i 2012. Celem projektu jest wzmocnienie kadrowe PUP i standaryzacja usług do końca 2012 roku. Celem jest także finansowanie etatów pracowników Powszechnych Służb Zatrudnienia (PUP) wykonujących zadania pośrednictwa pracy i doradztwa zawodowego. Projekt obejmuje między innymi finansowanie szkoleń, kursów, studiów magisterskich i podyplomowych dla pracowników PUP, organizację spotkań, konferencji, wizyt pracowników PSZ itp.
Dla osób pozbawionych pracy nie ma obecnie żadnej możliwości szkoleń, dotacji do zatrudnienia, brak naboru na jakiekolwiek szkolenia czy projekty współfinansowane przez Unię z EFS w ramach POKL.
Co tam bezrobotni: obecni wymrą, to przyjdą następni, już Rząd Premiera Donalda Tuska się o to postara, ale KADRY muszą być zwarte i gotowe… no i wyszkolone. Kompetencje pracowników muszą być wprost piramidalne, jak marnotrawstwo środków publicznych albo chociaż - jak bzdura w której to wszystko się tapla. Jak widać przewiduje się wysokie bezrobocie na dalsze długie lata…
Przerażające jest to, że To Pan Prezydent miasta na prawach powiatu - zajmuje się wykonywaniem zadań, jakie Ustawa nakłada na starostów; zadań dotyczących wykonywania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Co prawda rynku pracy nie ma, tylko dyktat i samowola „pracodawców”, ale Ustawa – jest. I obowiązuje.
Pan Prezydent oczywiście ma to w…. kompetencjach, dlatego ogranicza się do powołania (podobno w drodze konkursu) Dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy.
Więc powołał…
Przerażające jest to, że jak wynika z Regulaminu przygotowanego przez Dyrektora PUP a zatwierdzonego przez Prezydenta Miasta (a czytał chociaż…?), całokształtem działalności PUP kieruje Dyrektor PUP zgodnie z zasadą jednoosobowego kierownictwa, przy pomocy swojego zastępcy oraz kierowników komórek organizacyjnych.
Dyrektor PUP odpowiada jedynie przed Prezydentem Miasta.
Kieruje Urzędem za pomocą poleceń i zarządzeń. Dyrektor jest jednoosobowym "panem i władcą", ma prawo tworzyć i likwidować stanowiska pracy, komórki organizacyjne, zespoły i komisje, także spoza pracowników Urzędu, podlega mu nawet stanowisko do spraw kontroli wewnętrznej, które nie służy kontroli Dyrektora a wszystkich innych. Władza Dyrektora jest absolutna i jednoosobowa. Pan "życia i śmierci",a dokładniej - pani...
Do zadań dyrektora należy między innymi:
• Wnioskowanie o zmianę przepisów z zakresu działania PUP, jeśli mu się nie podobają te które obowiązują;
• Swobodne ustalanie struktury organizacyjnej, tworzenie i likwidacja stanowisk, komórek organizacyjnych oraz filii, przyjmowanie, opiniowanie i zwalnianie pracowników;
• Planowanie i dysponowanie w ramach upoważnień udzielonych przez Prezydenta środkami Funduszu Pracy, Europejskiego Funduszu Społecznego, środkami pochodzącymi z funduszy unijnych oraz środkami pomocy społecznej;
• Przygotowywanie okresowych sprawozdań z działalności PUP oraz stanu bezrobocia;
W powiecie funkcjonuje także Powiatowa Rada Zatrudnienia, która jest organem doradczym i opiniodawczym Prezydenta Miasta (jako starosty) i jednocześnie – jako przełożonego Dyrektora PUP – w sprawach lokalnej polityki rynku pracy.
Inaczej mówiąc – Powiatowa Rada Zatrudnienia jest jakby narzędziem Prezydenta do oceny działania Dyrektora PUP - obdarzonego taką samodzielnością.
Stąd i odpowiednie kompetencje owej Powiatowej Rady Zatrudnienia, a wśród nich:
• ocena racjonalności gospodarki środkami Funduszu Pracy;
• ocenianie okresowych sprawozdań z działalności Powiatowego Urzędu Pracy oraz ze stanu bezrobocia w mieście;
• opiniowanie kryteriów podziału środków Funduszu Pracy i sprawozdań z ich wykorzystania;
• opiniowanie wniosków o odwołanie lub wnioskowanie o odwołanie Dyrektora PUP i udział w komisji konkursowej;
Do tejże Rady należą tacy ludzie jak przedstawiciel Business Centre Club, Północnej Izby Gospodarczej, Kupieckiej Izby Gospodarczej Województwa Zachodniopomorskiego, Izby Rolniczej, Izby rzemieślniczej, Związków Zawodowych OPZZ i „Solidarność”, Rady Miasta, Wydziału Rozwoju Miasta Urzędu Miejskiego i inni… łącznie kilkanaście tego typu osobistości.
Teraz uwaga: Członkiem Powiatowej Rady Zatrudnienia jest także… Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.
Patrząc więc na nakreślone powyżej obowiązki i kompetencje – staram się wyobrazić sobie – jak to się odbywa.
No bo jak: Dyrektor PUP w swoim gabinecie w PUP sprawdzi i zatwierdzi sporządzone przez swoich podwładnych sprawozdanie z dysponowania w swoim urzędzie środkami Funduszu Pracy, środkami EFS, środkami Funduszy unijnych i środkami pomocy społecznej, następnie wysyła je do Powiatowej Rady Zatrudnienia – po czym sam szybko jedzie do tejże Powiatowej Rady Zatrudnienia, by już jako jej członek – zaopiniować pozytywnie to swoje własne Dyrektorskie sprawozdanie? No bo dlaczego miałby je odrzucić albo mieć zastrzeżenia; "sprawozdanie jest dobre... sam pisałem..."!
A gdy Dyrektor PUP dowie się o czyimś wniosku o "odwołanie Dyrektora PUP ze stanowiska", sam szybko jedzie do Powiatowej Rady Zatrudnienia, aby - jako jej członek - negatywnie zaopiniować ten wniosek…? Dyrektor PUP "jest w porządku, ja go znam, bo to właśnie ja jestem..."
Jak można być jednocześnie kontrolowanym i kontrolerem, ocenianym i oceniającym?
Jak widać – w Polsce można.
Może dlatego jest tak fajnie u nas… marazm, zgnuśnienie, bezrobocie tylko 21,7%...
Budowa nowego dużego cmentarza komunalnego - na ukończeniu… bo stary, ponoć największy w Europie - już przepełniony.
Owszem; czynna jest kasa, wypłacane lub przekazywane są na konta bankowe nielicznych „szczęśliwców” zasiłki dla bezrobotnych, gdzieś tam w biurach ktoś drogą elektroniczną przekazuje odpowiednie składki np. ubezpieczenia zdrowotnego, na rzecz zarejestrowanych bezrobotnych.
Kolejki są tylko rano – tych rejestrujących się po raz pierwszy, później już nie – bo obowiązkowe wizyty bezrobotnych wyznaczane są raz na dwa miesiące, jakieś nieliczne oferty (w dniu dzisiejszym – cztery) wiszą sobie w gablotkach, pachnie świeżo zaparzoną kawą dobrej jakości (byle czego urzędnicy nie pijają, bo szkodzi „na cukier”), czasem ktoś z naiwnych bezrobotnych siedzi przy którymś z kilku starych, rozklekotanych komputerów, z których można wejść wyłącznie na kilkanaście stron dotyczących pracy… może myśli biedak, że coś tam znajdzie… widocznie początkujący. Nie ma staży, nie ma prac interwencyjnych, nie ma ofert, nie ma dotacji, nie ma kursów, nie ma zmiłowania ani pomocy, nie ma pieniędzy… nie ma nadziei.
Pomimo takiej sytuacji – Powiatowy Urząd Pracy zakupił nową, bardzo nowoczesną konsolę do wydawania numerków dla bezrobotnych, ustalających kolejność ich "załatwiania". Nie chodzi o to żeby ludzie mogli pracować; chodzi o to by im o braku pracy powiedzieć w odpowiedniej, słusznej kolejności. Konsola jest świetna, z dużym ekranem dotykowym w który wystarczy dotknąć paluchem odpowiednie miejsce, niemalże bez zatrzymywania się… bo konsola stoi przy wejściu. Widać, że urządzenie drogie i przystosowane do obsługi bardzo dużej liczby osób w krótkim czasie – dokąd nie zabraknie numerków na dany dzień. A dziennie wydaje się ich ok. 600 - 700, bo tyle osób urząd może "załatwić" w ciągu dnia. Potem – sobie stoi i ładnie wygląda, świadczy o poziomie Miasta, dbałości Pana Prezydenta Miasta Piotra Krzyska i kulturze technicznej w naszej kochanej Ojczyźnie...
Toż to komfort; bezrobotny niemal w biegu zaliczy numerek (specjalnie nie piszę w rodzaju żeńskim, żeby dwuznaczności nie było), pobiegnie pod wyświetlacz, tam poczeka jak tresowana małpa na rynku (pracy), aż się odpowiednie cyferki wyświetlą (te z jego numerka), jak niegramotny – to go dobrzy ludzie pchną w odpowiednim momencie - do kabinki, a w kabince szybko mu pokażą te cztery litery... nie, co ja: cztery OFERTY mu pokażą „na krzyż”, które są dostępne, albo powiedzą, że „nic dla Pana nie mamy” i już, załatwiony… na „amen”… proszę przyjść, ale nie wcześniej niż za dwa miesiące… sztucznych kolejek nam tu nie tworzyć, a jak nie ma co żryć, to „od tego jest opieka społeczna”!
No i ewentualnie - Komunalny Zakład Usług Pogrzebowych…
Drugą inwestycją techniczną Powiatowego Urzędu Pracy – są trzy ogromniaste ekrany plazmowe Super Ultra + HD, podwieszone pod sufitem na korytarzach w „poczekalni” dla bezrobotnych, na którym wyświetla się te dziwne oferty pracy, jakie Urząd ma. Na zmianę – oczywiście się wyświetla. Pewnie powiecie: nowoczesność i Hi Tech mamy w naszym powiecie... Są też dwie mniejsze samoobsługowe konsolki z ekranami dotykowymi, gdzie bezrobotny może przeglądać aktualne oferty pracy w układzie alfabetycznym a nawet automatycznie wydrukować sobie wybrane oferty na taśmie papieru termicznego.
Urząd Pracy inwestuje w kadry i w infrastrukturę; mimo braku pieniędzy na pomoc dla bezrobotnych. Widać są przekonani, że ich „misja” dopiero się zaczyna, że będą potrzebni i muszą się przygotować na jeszcze większe bezrobocie.
Jest "inwestycja w kadry"… ale nie bezrobotnych, a urzędników Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. To projekt partnerski finansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego pod nazwą „Piramida Kompetencji” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, przewidziany na okres pełnych dwóch lat; rok 2011 i 2012. Celem projektu jest wzmocnienie kadrowe PUP i standaryzacja usług do końca 2012 roku. Celem jest także finansowanie etatów pracowników Powszechnych Służb Zatrudnienia (PUP) wykonujących zadania pośrednictwa pracy i doradztwa zawodowego. Projekt obejmuje między innymi finansowanie szkoleń, kursów, studiów magisterskich i podyplomowych dla pracowników PUP, organizację spotkań, konferencji, wizyt pracowników PSZ itp.
Dla osób pozbawionych pracy nie ma obecnie żadnej możliwości szkoleń, dotacji do zatrudnienia, brak naboru na jakiekolwiek szkolenia czy projekty współfinansowane przez Unię z EFS w ramach POKL.
Co tam bezrobotni: obecni wymrą, to przyjdą następni, już Rząd Premiera Donalda Tuska się o to postara, ale KADRY muszą być zwarte i gotowe… no i wyszkolone. Kompetencje pracowników muszą być wprost piramidalne, jak marnotrawstwo środków publicznych albo chociaż - jak bzdura w której to wszystko się tapla. Jak widać przewiduje się wysokie bezrobocie na dalsze długie lata…
Przerażające jest to, że To Pan Prezydent miasta na prawach powiatu - zajmuje się wykonywaniem zadań, jakie Ustawa nakłada na starostów; zadań dotyczących wykonywania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Co prawda rynku pracy nie ma, tylko dyktat i samowola „pracodawców”, ale Ustawa – jest. I obowiązuje.
Pan Prezydent oczywiście ma to w…. kompetencjach, dlatego ogranicza się do powołania (podobno w drodze konkursu) Dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy.
Więc powołał…
Przerażające jest to, że jak wynika z Regulaminu przygotowanego przez Dyrektora PUP a zatwierdzonego przez Prezydenta Miasta (a czytał chociaż…?), całokształtem działalności PUP kieruje Dyrektor PUP zgodnie z zasadą jednoosobowego kierownictwa, przy pomocy swojego zastępcy oraz kierowników komórek organizacyjnych.
Dyrektor PUP odpowiada jedynie przed Prezydentem Miasta.
Kieruje Urzędem za pomocą poleceń i zarządzeń. Dyrektor jest jednoosobowym "panem i władcą", ma prawo tworzyć i likwidować stanowiska pracy, komórki organizacyjne, zespoły i komisje, także spoza pracowników Urzędu, podlega mu nawet stanowisko do spraw kontroli wewnętrznej, które nie służy kontroli Dyrektora a wszystkich innych. Władza Dyrektora jest absolutna i jednoosobowa. Pan "życia i śmierci",a dokładniej - pani...
Do zadań dyrektora należy między innymi:
• Wnioskowanie o zmianę przepisów z zakresu działania PUP, jeśli mu się nie podobają te które obowiązują;
• Swobodne ustalanie struktury organizacyjnej, tworzenie i likwidacja stanowisk, komórek organizacyjnych oraz filii, przyjmowanie, opiniowanie i zwalnianie pracowników;
• Planowanie i dysponowanie w ramach upoważnień udzielonych przez Prezydenta środkami Funduszu Pracy, Europejskiego Funduszu Społecznego, środkami pochodzącymi z funduszy unijnych oraz środkami pomocy społecznej;
• Przygotowywanie okresowych sprawozdań z działalności PUP oraz stanu bezrobocia;
W powiecie funkcjonuje także Powiatowa Rada Zatrudnienia, która jest organem doradczym i opiniodawczym Prezydenta Miasta (jako starosty) i jednocześnie – jako przełożonego Dyrektora PUP – w sprawach lokalnej polityki rynku pracy.
Inaczej mówiąc – Powiatowa Rada Zatrudnienia jest jakby narzędziem Prezydenta do oceny działania Dyrektora PUP - obdarzonego taką samodzielnością.
Stąd i odpowiednie kompetencje owej Powiatowej Rady Zatrudnienia, a wśród nich:
• ocena racjonalności gospodarki środkami Funduszu Pracy;
• ocenianie okresowych sprawozdań z działalności Powiatowego Urzędu Pracy oraz ze stanu bezrobocia w mieście;
• opiniowanie kryteriów podziału środków Funduszu Pracy i sprawozdań z ich wykorzystania;
• opiniowanie wniosków o odwołanie lub wnioskowanie o odwołanie Dyrektora PUP i udział w komisji konkursowej;
Do tejże Rady należą tacy ludzie jak przedstawiciel Business Centre Club, Północnej Izby Gospodarczej, Kupieckiej Izby Gospodarczej Województwa Zachodniopomorskiego, Izby Rolniczej, Izby rzemieślniczej, Związków Zawodowych OPZZ i „Solidarność”, Rady Miasta, Wydziału Rozwoju Miasta Urzędu Miejskiego i inni… łącznie kilkanaście tego typu osobistości.
Teraz uwaga: Członkiem Powiatowej Rady Zatrudnienia jest także… Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.
Patrząc więc na nakreślone powyżej obowiązki i kompetencje – staram się wyobrazić sobie – jak to się odbywa.
No bo jak: Dyrektor PUP w swoim gabinecie w PUP sprawdzi i zatwierdzi sporządzone przez swoich podwładnych sprawozdanie z dysponowania w swoim urzędzie środkami Funduszu Pracy, środkami EFS, środkami Funduszy unijnych i środkami pomocy społecznej, następnie wysyła je do Powiatowej Rady Zatrudnienia – po czym sam szybko jedzie do tejże Powiatowej Rady Zatrudnienia, by już jako jej członek – zaopiniować pozytywnie to swoje własne Dyrektorskie sprawozdanie? No bo dlaczego miałby je odrzucić albo mieć zastrzeżenia; "sprawozdanie jest dobre... sam pisałem..."!
A gdy Dyrektor PUP dowie się o czyimś wniosku o "odwołanie Dyrektora PUP ze stanowiska", sam szybko jedzie do Powiatowej Rady Zatrudnienia, aby - jako jej członek - negatywnie zaopiniować ten wniosek…? Dyrektor PUP "jest w porządku, ja go znam, bo to właśnie ja jestem..."
Jak można być jednocześnie kontrolowanym i kontrolerem, ocenianym i oceniającym?
Jak widać – w Polsce można.
Może dlatego jest tak fajnie u nas… marazm, zgnuśnienie, bezrobocie tylko 21,7%...
Budowa nowego dużego cmentarza komunalnego - na ukończeniu… bo stary, ponoć największy w Europie - już przepełniony.
Etykiety:
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
PO,
pomoc społeczna,
praca,
rynek pracy,
sprawiedliwość,
UE,
zasiłki
Subskrybuj:
Posty (Atom)