BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUP. Pokaż wszystkie posty

20/12/2013

Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?

Pierwsza i niejako oczywista odpowiedź jaka się nasuwa, to że służą one, tak jak i inne instytucje państwowe (w tym przypadku realizowane przez samorządy lokalne na podstawie prawa państwowego) – do realizacji zadań państwa, określonych w Konstytucji. Bo państwo ma pewien określony katalog zadań, który ma realizować dla dobra społeczeństwa dzięki finansowaniu niezależnemu od interesów poszczególnych jednostek – czyli z budżetu państwa. W maksymalnym skrócie wspomnę (bo nie o tym jest niniejszy felieton), że są zadania, które ze względu na interes społeczny muszą być realizowane niezależnie od tego czy to się opłaca przedsiębiorcom, niezależnie od opłacalności w ogóle, niezależnie nawet od woli poszczególnych jednostek i ich zdania na ten temat.
W państwie demokratycznym, państwo poprzez trój-władzę ma realizować wolę demokratycznej większości, nie zapominając jednakże o ochronie poszczególnych grup społecznych przed niekorzystnymi skutkami decyzji większości demokratycznej. Najlepszą ilustracją tego jest zasada, iż zakres (granica) wolności jednostki jest wyznaczana wolnością innych jednostek, czego tylko państwo – stojąc ponad jednostką i grupami jednostek – może być skutecznym realizatorem.
Tak więc zgodnie z istniejącą i obowiązującą Konstytucją (*) państwo ma urzeczywistniać zasady sprawiedliwości społecznej. Sprawiedliwość społeczną definiuje się (**) natomiast jako taką organizacje systemu ekonomicznego państwa, w którym każdy ma równe szanse na uzyskanie takiego dostępu do dóbr materialnych – który umożliwia godne życie, oraz co za tym idzie – brak grup społecznych zepchniętych na margines nędzy (wykluczonych) i pozbawionych szansy na poprawę swojej sytuacji materialnej a więc i społecznej. Konstytucja stanowi też, że obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego na wypadek choroby, inwalidztwa oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego a także w sytuacji gdy bez własnej woli pozostaje bez pracy i nie ma innych źródeł utrzymania.
Określenia „zabezpieczenie społeczne” oznacza system świadczeń pieniężnych i pozamaterialnych, realizowanych poprzez powołane do tego celu przez państwo instytucje, których celem jest zaspokojenie podstawowych potrzeb członków danego społeczeństwa. Wreszcie Konstytucja jednoznacznie określa, że władze publiczne mają prowadzić politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez walkę z przyczynami bezrobocia, realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych (interwencji w rynek). Władza, niezależnie z jakiego „rodowodu” się wywodzi – ma wiec walczyć z bezrobociem (z jego przyczynami) oraz jego skutkami i jest to narzucone Ustawą Zasadniczą jako najwyższym aktem prawnym. Inaczej – jeśli nie ma prawa Konstytucji zmienić – ma ją realizować w takiej postaci w jakiej ona istnieje. Natomiast gdy ma w jakiejś chwili prawo do zmiany Konstytucji – to także nie znosi obowiązku realizowania Ustawy Zasadniczej w tej jej nowej, zmienionej wersji.
Konstytucja obowiązuje niezależnie od wyników normalnych wyborów parlamentarnych, może być legalnie zmieniona jedynie poprzez specjalną procedurę określoną w samej Konstytucji.
Władza powstała w wyniku wyborów, nie spełniająca jednak wymagań procedury zmiany Konstytucji – ma przestrzegać postanowień Konstytucji obowiązującej i realizować obowiązki z niej wynikające.
Wspomniane zapisy Konstytucji są wiec podstawą między innymi do istnienia i funkcjonowania właśnie urzędów pracy, powołanych dzięki ustawom przyjętym na podstawie upoważnienia konstytucyjnego do realizowania określonych w Ustawie Zasadniczej obowiązków państwa. Urzędy Pracy są narzędziem do realizacji obowiązków konstytucyjnych państwa. I to jest w zasadzie kompletna odpowiedź na zadane w tytule pytanie.
Władza może realizować zadania wynikające z Konstytucji w różny sposób – jeśli chodzi o organizację i podział zadań itp. Urzędy pracy nie muszą się wiec tak nazywać ani funkcjonować w takiej strukturze organizacyjnej jak to obserwujemy; jest to sprawą pomysłu władzy wywodzącego się z jej profilu politycznego, ale to też nie powinno mieć zasadniczego znaczenia, gdyż Konstytucja opisując profil działania państwa w tym zakresie – odnosi się do pożądanego skutku a nie środków do niego prowadzących. Władza jest „rozliczana” ze skutku a nie ze sposobów osiągnięcia go, chyba że owe sposoby zostały określone lub przynajmniej ogólnie uwarunkowane przez jakieś zapisy Konstytucji.
Innym pytaniem natomiast jest, czy w praktyce urzędy pracy, a właściwie władza poprzez urzędy pracy – realizuje wspomniane zadania Konstytucyjne państwa.
Moim zdaniem – nie.
Władza lekceważy w wielu punktach Konstytucję, co prowadzi do niejako „programowej” niekonstytucyjności wielu zapisów ustawowych, kwestionowanych potem przez Trybunał Konstytucyjny o ile znajdą się siły chętne i zdolne do tego, by badać i negować kontrowersyjne zapisy ustawowe, kierując je następnie pod osąd Trybunału. Władza liczy tu na zasadniczą rozwlekłość czasową tych działań oraz na nieuwagę społeczeństwa i jego przedstawicieli, po prostu bawi się ze społeczeństwem pod tym względem w „kotka i myszkę”, usiłując przeforsować rozwiązania nie mieszczące się w treści Konstytucji.
Urzędy Pracy działające dziś w strukturze władz samorządowych – nie spełniają zadań o tyle, że nie zostaje osiągnięty skutek opisany w Konstytucji, ale też są one ograniczone treścią ustaw i przepisów wykonawczych, które nie dają urzędom wystarczających „narzędzi” do tego działania. Władza niejako „udaje” działania zgodne z Konstytucją, pilnując przy tym, aby przypadkiem nie dały one skutku przez Konstytucję wymaganego, a to dlatego – że byłby on sprzeczny z założeniami ideologicznymi partii tworzącej rząd, stanowiącej większość parlamentarną w obu izbach Parlamentu, organizującej instytucje kontrolne i sądownicze lub starającej się uzyskać na nie formalny lub nieformalny wpływ.
Mam wrażenie, że jest to coraz powszechniej rozumiane, stąd coraz powszechniejsza negatywna ocena tej władzy.
Uzupełnienie do tego tekstu zawarłem w artykule pt.">Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy”.

_________________________________________________________________________
(*) Podkreślam to, gdyż coraz częściej zapomina się, że Konstytucja istnieje i obowiązuje, ma być realizowana przez władze pod nadzorem odpowiednich instytucji państwa. Absurdalnie – najbardziej zdaje się to dziś kwestionować właśnie Rząd – tworzony obecnie przez Platformę Obywatelską w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym.
(**) Istnieją różne definicje uzależnione od perspektywy ujęcia tematu, niektóre komentarze do Konstytucji zawężają znaczenie tego określenia jedynie do problemu prawa i związanego z nim rozumienia sprawiedliwości.

30/11/2013

Wielka Reforma Urzędów Pracy – Post Scriptum.

Jest w tej sprawie cała masa problemów szczegółowych. Niektóre z nich warto jeszcze omówić.

Zasadniczym problemem jest wspomniane wcześniej pomylenie pojęć, skutkujące tym, że „walką z bezrobociem” obciążono akurat ministra, który nie ma wpływu na jego przyczyny.
Oczywiste jest, że bez usunięcia przyczyny – to znaczy braku popytu na pracę oraz niedostosowania kompetencji pracowników – wszelkie wysiłki ministra pracy będą jedynie przysłowiowym „przelewaniem z pustego w próżne”. Jeśli brak stanowisk pracy np. dla miliona osób, to co może tu pomóc doradztwo zawodowe, zajęcia „aktywizacyjne”, jakieś idiotyczne „kluby pracy” itp. a nawet i większość szkoleń. Może to prowadzić w najlepszym razie do wymiany pracowników gorszych na lepszych kandydatów spośród bezrobotnych, ale ogólny stan bezrobocia wyrażony ilością brakujących miejsc pracy – się zasadniczo nie zmieni.
Niezbędna jest więc „wola polityczna” by zmienić ten obecny stan np. poprzez rozwijanie polskiego przemysłu oraz usług lokalnych – co skutkować powinno powstawaniem nowych miejsc pracy. A tej – brak. Mamy wręcz ideologiczny zakaz sterowania gospodarką, wiarę w niewidzialne ręce oraz w samo-robienie się czegoś.

Poza tym – to nie jest sprawa ministra pracy.
Minister pracy ma konkretne zadania dotyczące gospodarowaniem tym co jest, co istnieje i na ich wykonanie potrzebne są konkretne pieniądze, których zawsze jest zbyt mało (bo władza zbyt mało ich kieruje na tę potrzebę), natomiast jakby na ironię losu całkiem niedawno minister finansów własną jednostronną decyzją zablokował (zamroził) na długi czas zasoby Funduszu Pracy, który jest przecież jednym z zasadniczych źródeł finansowania działań urzędów pracy a poza tym – funduszem celowym powstałym ze składek pracodawców a nie – częścią ogólnych zasobów Skarbu Państwa.
Urzędy pracy są stale i trwale niedofinansowane z punktu widzenia potrzeb obsługi aż tak wielkiej liczby bezrobotnych. Bezrobocie jest tak duże, że na jednego pośrednika pracy zatrudnionego w urzędzie przypada średnio w kraju 600 bezrobotnych, natomiast różnice lokalne powodują, że może ich być nawet i 2000. To z kolei wiąże się z problemem ogromnej, w przypadku urzędów pracy wręcz przysłowiowej biurokracji. W powiatowych urzędach pracy zatrudnionych jest obecnie ok. 19.000 pracowników z czego jedynie 7.000 zajmuje się bezpośrednio bezrobotnymi. Reszta zajmuje się przeważnie obsługą administracyjną, księgowością itp.

To tradycja wynikła z mentalności urzędniczej nawet nie tylko w samych urzędach pracy a raczej w urzędach je nadzorujących i kontrolujących. Urzędy Pracy są bastionami broniącymi się przed oszustami i naciągaczami usiłującymi wyłudzić nienależną pomoc i świadczenia – takie jest dość jeszcze powszechne przekonanie, a wynika ono z oczekiwań instytucji kontrolujących gospodarkę finansową – jak by nie było jednak środkami publicznymi. Niestety dla wielu instytucji nadrzędnych – tak zwany porządek dokumentacyjny oraz zgodność z ustawami i niezliczonymi rozporządzeniami wykonawczymi do ustaw – jest ważniejsza niż skuteczność w aktywizacji bezrobotnych. Oczywiście wywołuje to normalną zdroworozsądkową reakcję w urzędach: skoro „papiery” są najważniejsze, to znaczy że im należy poświęcić więcej uwagi niż bezrobotnym. Papiery są ważniejsze niż skuteczność aktywizacji bezrobotnych, czyli są ważniejsze niż ludzie.

Jak to się ma do zasadniczego pomysłu na reformę, polegającego na tak zwanym profilowaniu pomocy, które będzie wymagało dużo większego nakładu pracy poświęconej samym bezrobotnym, dużo dłuższego czasu na ich obsługę, podczas gdy dziś np. doradca zawodowy statystycznie ma 11 minut czasu dla jednego bezrobotnego, raz na 4 miesiące (czyli 3 razy w roku po 11 minut)?

Największym jednak problemem jest to, że katalog instrumentów do aktywizacji wyliczonych w ustawie jest absolutnie rozczarowujący. Nie wiem kto i po co niegdyś wymyślił i zaplanował takie działania, ale one wydają się absolutnie w większości nieskuteczne, no i jak wspomniałem na początku – nie dotyczą przyczyny bezrobocia. Znów tu obecna reforma dodaje tam pewne mało istotne nowości, lecz nadal wszystko to jest raczej spektakularną zabawą, pozoracją działań posługującą się dziś specyficznym już językiem, irytująca nowomową, urzędniczym bełkotem – by przykryć pozorność, fikcyjność i pustkę.
I tak – szczególnie co do wspomnianego wcześniej drugiego profilu bezrobotnych, liczebnie największego (70 – 80%), obejmującego osoby wymagające pełnego wsparcia wszystkimi dostępnymi instrumentami aktywizacyjnymi – faktycznie urzędy nie mają nic tak naprawdę istotnego do zaproponowania. Instrumenty aktywizacji przewidziane w ustawie są nietrafione i niczego nie załatwiają. To one są winne niezwykle niskiej skuteczności działania urzędów.

Wniosek powstaje z tego przeglądu raczej niewesoły i mało optymistyczny. Władza musi coś zrobić – więc robi, ale obawiam się że również władza – w interesie „biznesu” nie chce nic zmienić – więc nie zmieni…
Czyli – może jedyna nadzieja – w zmianie postawy władzy?

__________________________________________________________
W załączeniu:
EKSPERTYZA (pdf) PRZYGOTOWANA W RAMACH PROJEKTU „EAPN – POLSKA Wspólnie budujemy Europę socjalną” współfinansowanego przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.
Nie zrzucajmy całej winy na nieefektywne urzędy pracy i fikcyjnych bezrobotnych.
Uwagi o niepożądanych konsekwencjach nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – Wrzesień 2013.
– Karolina Sztandar-Sztanderska Instytut Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
CERI, Sciences PO de Paris.
EAPN – Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu. http://www.eapn.org.pl/o-eapn/info-o-eapn-polska/

25/11/2013

Wielka Reforma Urzędów Pracy: … Kółko graniaste, czterokanciaste…

… kółko nam się połamało, cztery grosze kosztowało, a my wszyscy – bęc!

Może tekst tej dziecięcej zabawy mógłby wystarczyć do skomentowania reformy powiatowych urzędów pracy a nawet i całej działalności ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza?
Faktycznie: kółko jest czterokanciaste… czyli zupełnie jak nie kółko… coś raczej bardziej nawet jakby kwadrat… Kwadratura koła (kółka).

Minister Pracy COŚ musi robić.
Musi wykazać się konkretnymi przedsięwzięciami podejmowanymi w celu „aktywizacji bezrobotnych” albo i nawet „walki z bezrobociem”. Tyle, że bezrobocie zupełnie nie zależy od pracy tego ministerstwa, a jeśli – to w stopniu minimalnym.
Przy dwumilionowym bezrobociu istnieje podobno w obiegu ok. sześćdziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia, na które pracodawcy szukają kandydatów, tyle że są to w znakomitej większości oferty pracy wysoko kwalifikowanej, oferty dla specjalistów – którzy ze względu na skandaliczne propozycje płacowe woleli wyjechać do pracy za granicę (gdzie pracuje już także nieco ponad dwa miliony Polaków). Natomiast bezrobotnymi są w dużej części akurat ludzie dość mało wykwalifikowani, z pewnością nie wysokiej klasy poszukiwani specjaliści.

Po prostu zmiany w gospodarce odbywające się od czternastu lat, okres „błędów i wypaczeń” tak zwanej „transformacji ustrojowej” oraz tak zwanej „prywatyzacji” a następnie okres rządów tak zwanych „liberałów” z PO spowodował, że nastąpiło ogromne bezrobocie strukturalne, wykorzystywane dziś do budowy niewolnictwa pracowniczego, do budowy „tanich” kapitałów inwestycyjnych i majątków prywatnych „elity”; wreszcie chyba i do ingerencji w strukturę demograficzną społeczeństwa…
Mniejsza już o szczegóły: chodzi o to, że bezrobocie ma swoje źródło w gospodarce i finansach państwa, co oznacza ni mniej ni więcej, że to jedynie minister gospodarki wraz z ministrem finansów mogą zmniejszyć bezrobocie – stwarzając warunki do zwiększenia zatrudnienia poprzez odbudowę gospodarki czyli wzrost popytu na pracę ludzką – które to warunki dopiero mogłyby się stać przedmiotem działań ministra pracy.

Tymczasem ktoś najwyraźniej uznał, że skoro bezrobocie dotyczy pracy to ma się tym zajmować minister właściwy do spraw pracy, ale cokolwiek by tenże Kosiniak Kamysz nie wymyślił – miejsc pracy od tego nie przybędzie, czyli bezrobocie generalnie się nie zmniejszy.
Urzędy pracy nie likwidują, ani też nie tworzą miejsc pracy, na dobrą sprawę nie mogą niczego narzucić pracodawcom, nie mają wpływu na ich „politykę kadrową” polegającą dla przykładu na zasadzie, że „po 50 –tce nie zatrudniamy”.

Minister musi coś robić, bo ma bardzo fajne i efektowne stanowisko, miłą i mało wymagającą, za to dobrze płatną pracę, no ale niestety; politycy poszukują kozłów ofiarnych na zbliżającą się „rekonstrukcję rządu” i może się oberwać niewinnemu…
Dlatego jak przypuszczam powstał projekt „reformy urzędów pracy”, który wejdzie w życie od nowego roku (2014).

Opiera się on na następujących założeniach:
Każda osoba zgłaszająca się do urzędu zostanie poprzez odpowiednią procedurę zbierania informacji przydzielona do jednego z trzech profili bezrobotnych:

Pierwszy – to osoby posiadające zawód, mające wiedzę o przygotowaniu cv i procedurze kwalifikacyjnej, aktywnie samodzielnie poszukujące odpowiedniego zatrudnienia, słowem osoby którym do sukcesu brak jest jedynie właściwej oferty pracy.

Drugi – to większość bezrobotnych, czyli osoby które potrzebują najpierw innych form wsparcia, na przykład dokwalifikowania lub przekwalifikowania, pomocy psychologicznej, doradztwa itp. a dopiero w kolejnym etapie przejdą do profilu pierwszego.

Trzeci – to jak się przewiduje ok. 10% bezrobotnych, tych obecnie całkiem niezdolnych do podjęcia pracy, wymagających długotrwałych działań przywracających do warunków rynku pracy lub nawet jakiejś resocjalizacji, osoby nieposzukujące pracy – oczekujące od urzędów jedynie opłacenia ubezpieczenia zdrowotnego. Będzie to musiało się wiązać zapewne z zasadniczą zmianą ustawy, bo teraz osoby które nie poszukują ofert pracy, z definicji ustawowej nie są bezrobotne.

Można tu mieć wiele zastrzeżeń: w pierwszej grupie – musi istnieć jakaś przyczyna, że ludzie samodzielnie i aktywnie poszukujący pracy nie moją jej uzyskać. Aby znaleźć tę przyczynę najprawdopodobniej trzeba będzie przeprowadzić z daną osobą sesję doradztwa a to jest przewidziane tylko dla grupy drugiej. Może tą przyczyną być niedostosowanie kwalifikacji do struktury popytu na pracę, wówczas trzeba by te kwalifikacje podwyższyć lub zmienić a to także nie ma dla tej grupy zastosowania. Słowem – brak zatrudnienia ma jakieś swoje powody i tu nie wystarczy poszukiwanie oferty, ponadto oferta pracy nie jest równoznaczna z zatrudnieniem.

Gdy chodzi o osoby w wieku produkcyjnym, mające ponad 50 lat – to znaczy te których się „nie zatrudnia – bo nie” – trzeba zrozumieć, że żadne działania nakierowane tylko na osobę bezrobotnego – tego jego stanu nie zmienią, chyba że kuracja odmładzająca…
Urząd Pracy będzie takiej osobie wyszukiwał kolejne oferty pracy a pracodawcy będą konsekwentnie odmawiali zatrudnienia go, korzystając na dodatek z prawa do niewyjaśniania prawdziwych powodów odmowy zatrudnienia w obawie o oskarżenie o łamanie Konstytucji i prawa pracy (nierówne traktowanie bądź szykanowanie ze względu na wiek). Obawiam się więc, że nie da się wyróżnić wielu takich osób, którym do szczęścia wystarczy jedynie oferta pracy, bo ich bezrobocie ma jakiś poważny i niejednolity powód. Ponadto spodziewam się, że dla urzędu znalezienie oferty pracy dla bezrobotnego będzie traktowane jak sukces, premiowany odpowiednimi apanażami, i nikogo już nie będzie interesowało, że pracodawca który dał tę ofertę – tego bezrobotnego do pracy nie przyjmie (bo to on ma ostatnie słowo, wybiera sobie pracowników z przysyłanych mu przez urząd bezrobotnych kandydatów, może też żadnego nie zaakceptować i nawet nie ma obowiązku wyjaśniać – dlaczego).
Odnośnie natomiast osób oczekujących jedynie ubezpieczenia na koszt Skarbu Państwa (co jest zagwarantowane Konstytucją) – wiąże się to z problemem źródeł utrzymania tych osób, czyli najczęściej ze sprawą nielegalnego zatrudnienia.

W polskim ustroju prawnym źródła dochodów obywatela nie są tajne; każdy musi się rozliczyć z urzędem skarbowym ze względu na ustawowy obowiązek wynikający z powszechnego podatku od dochodów osobistych (PIT) a także dochodów z działalności gospodarczej. Problem w tym, że istnieje tu ogromna jak na XXI wiek i centrum Europy tak zwana szara strefa, gdzie jedni obywatele (świadomie nie nazywam ich przedsiębiorcami bo są po prostu oszustami) organizują i prowadzą działalność gospodarczą bez jej zgłoszenia czyli także bez jej opodatkowania, a także zatrudniają przy tej działalności innych obywateli (świadomie nie nazywam ich pracownikami, bo są oni po prostu oszustami) bez zgłaszania tego faktu do ZUS i US, bez opłacania im należnych składek (emerytalne, rentowe, chorobowe) oraz bez ubezpieczenia zdrowotnego, bez żadnych praw wynikających z kodeksu pracy, bez ochrony BHP i tak dalej.
Jest horrendalne, że państwo Platformy Obywatelskiej nic z tym nie robi. Pisałem o tym kilkakrotnie, wyrażając przypuszczenie, że to jest wynikiem założeń ideologicznych PO, albo cichego przyzwolenia na bogacenie się „jak kto może” – kosztem państwa i społeczeństwa, może też jest i objawem działania syndykatu biznesowego jako opanował środowisko polityczne PO i pilnuje zachowania warunków do robienia szybkich majątków – żerując faktycznie na społeczeństwie…

Faktem jednak jest, że jeśli tak jak zaplanował minister pracy – do urzędu przyjdzie osoba stwierdzając że jest bezrobotna a jednocześnie, że nie życzy sobie żadnych ofert a tylko ubezpieczenie – to automatycznie zachodzi pytanie o jej źródła finansowania podstawowych potrzeb – z uwagi na wspomniany obowiązek podatkowy. Wszystkie takie osoby powinny być skrupulatnie prześwietlane przez urząd kontroli skarbowej, głównie w poszukiwaniu nielegalnych pracodawców ich zatrudniających. Jednak nic takiego się nie dzieje; państwo wie o szarej strefie i nic z tą wiedzą nie robi. Wie o powszechnym procederze unikania przez drobnych przedsiębiorców płacenia składek do ZUS i z tym także nic nie robi… prócz narzekania na niedobory pieniędzy w ZUS i prognozowania szybkiego „bankructwa” systemu ubezpieczeń…
Inne elementy reformy to rozpoczęcie współpracy z organizacjami pozarządowymi, prywatnymi agencjami zatrudnienia oraz ośrodkami pomocy społecznej.
Niestety wpływ tego na skuteczność walki z bezrobociem najprawdopodobniej będzie minimalny, z tych samych zresztą powodów które już wymieniłem; miejsc pracy od tego nie przybędzie i mentalność przedsiębiorców się od tego także nie zmieni…

Prócz innych mało jak się wydaje istotnych zmian, dochodzi jeszcze jeden pomysł ministra: uzależnienie płac w urzędach jak również i budżetu urzędów pracy – od ich skuteczności. Znów mamy do czynienia z działaniem niedotyczącym istoty samej przyczyny bezrobocia, choć to moim zdaniem może odegrać pewną rolę, jak się „będzie chciało” z przyczyn materialnych – to może efekty będą lepsze… Inne pomysły ministra są mało oryginalne: dopłaty do płac zatrudnionej osoby z grupy 50+, czyli rozwój dotowania zatrudnienia, utworzenie Krajowego Funduszu Szkoleniowego… Pewnie, że bodziec materialnego zainteresowania na przedsiębiorcę zawsze działa; po prostu robi to co mu wychodzi taniej, dotowanie zatrudnienia daje ten efekt doraźny, ale psuje gospodarkę. Postulowałem niedawno wprowadzenie innego mechanizmu materialnego zainteresowania pracodawców zatrudnianiem osób starszych, bardziej na zasadach podobnych do PFRON…

Niestety: jestem tu pesymistą. To jest namiastka reformy, pozoracja by „coś” robić. Dopóki działania nie dotkną bezpośrednich przyczyn bezrobocia – żadnych liczących się efektów nie spodziewam się.
Czas działa co prawda na korzyść urzędników, ale zdecydowanie i skutecznie na niekorzyść ludzi pozbawionych zatrudnienia; zanim minister Kosiniak Kamysz lub jego następca znajdzie wreszcie właściwy „ślad” – problem może się „sam” w dużej mierze rozwiązać, z gwałtownym wzrostem liczby ludzi chowanych na cmentarzach komunalnych na koszt samorządu lokalnego oraz z gwałtownym zapotrzebowaniem na miejsca w domach pomocy społecznej dla ludzi wykolejonych przez długotrwałe bezrobocie, apatię, depresję, uciekających przed tym wszystkim w alkoholizm… ludzi którzy już będą to społeczeństwo tylko „kosztować” zamiast pracować dla jego rozwoju…;na szczęście pomocą społeczną zajmuje się także ten sam minister, więc nie stanie się urzędnikiem zbędnym… i chyba o to chodzi…

01/10/2013

Powiatowe Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy.

Urzędy Pracy zatrudniają pracowników – pośredników pracy do obsługi osób zarejestrowanych jako bezrobotne lub jako poszukujące zatrudnienia. I słusznie, gdyż powinny one zajmować się pośrednictwem pracy. A cóż to jest pośrednictwo dotyczące pracy?

Przede wszystkim – dotyczyć ono ma zarówno pracodawców jak i bezrobotnych.
Należy zdobyć ofertę zatrudnienia.
Urzędy pracy muszą ściśle trzymać się prawa a w tym celu muszą wymagać całkowitej zgodności ofert zatrudnienia z prawem, w tym przypadku z ustawą Kodeks Pracy, ustawą o promocji zatrudnienia oraz każdym innym przepisem obowiązującego prawa, w tym i regulacji Unijnych. Jeśli wiec pracodawca chciałby poszukiwanemu pracownikowi zapłacić mniej za pracę na pełny wymiar czasu pracy niż wynosi ustalone prawem minimalne wynagrodzenie – to jego oferta nie zostanie w Urzędzie Pracy przyjęta, gdyż urząd pracy będąc instytucją samorządu terytorialnego nie może współpracować w działaniach łamiących prawo.
Jeśli pracodawca chciałby na stanowisko swojej sekretarki czy asystentki koniecznie zatrudnić kobietę w wieku do 35 lat, bezdzietną i nie planującą dziecka, blondynkę o „atrakcyjnym wyglądzie” płynnie posługującą się co najmniej dwoma językami obcymi już nie mówiąc o własnym – to także taka oferta nie zostanie przyjęta w urzędzie pracy z wyżej wymienionych powodów. Łamie ona tyle przepisów prawa, że nadaje się jedynie do prokuratury lub co najmniej do Państwowej Inspekcji Pracy.
To niewątpliwie ogranicza liczbę ofert jakimi dysponują urzędy pracy, bo świadomość prawa jest dziś wśród przedsiębiorców wypierana przez podejście anarchistyczne i poczucie bezkarności pod „parasolem ochronnym” syndykatu biznesowo-politycznego z PO.

Z drugiej strony wiele instytucji ma obowiązek korzystania z pośrednictwa urzędów pracy przy poszukiwaniu pracowników.
Prowadząc pośrednictwo dla pracodawcy, pracownik urzędu powinien przede wszystkim zbadać, czy w bazie danych osób zarejestrowanych ma osobę lub osoby odpowiadające oczekiwaniom tego pracodawcy a jeśli tak – to zaproponować pracodawcy te osoby jako kandydatury, oczekując wyboru tych z nich, z którymi pracodawca chciałby porozmawiać bezpośrednio na temat zatrudnienia. Urząd Pracy posiada przecież bardzo dużo informacji o osobach rejestrowanych, w zasadzie może posiadać ich więcej jeśli tylko nie jest to zabronione, więc może każdej ofercie przyporządkować osoby spełniające wymagania pracodawców. Z wybranymi w ten sposób kandydatami urząd powinien skontaktować się, wzywając ich do przyjęcia skierowania na rozmowę kwalifikacyjną, bo urząd ma prawo w takim przypadku kierować osoby bezrobotne do poszczególnych pracodawców a osoby te muszą i najczęściej chcą jak najszybciej podjąć odpowiednią dla nich pracę i po to przecież dobrowolnie zarejestrowały się w urzędzie pracy.
Zakładam, że zmniejszanie bezrobocia, czy też „walkę z bezrobociem” należy utożsamić z działaniami skutkującymi zmniejszaniem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w ten sposób, by spowodować ich zatrudnienie, najlepiej trwałe zatrudnienie. To dość logiczne: jeśli osoby zarejestrowane będą zatrudniane, to będzie się zmniejszała ich liczba w rejestrze PUP czyli bezrobocie będzie malało, przynajmniej to rejestrowane bezrobocie. Ustawy jednakże nic nie mówią o bezrobociu nierejestrowanym.

Na tym polega pośrednictwo: na kojarzeniu podmiotu poszukującego pracownika z osobami poszukującymi pracy będącymi w rejestrze osób bezrobotnych.

Nic takiego jednak w urzędach pracy nie dzieje się.

Urząd pracy po prostu publikuje uzyskane oferty zatrudnienia na portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia – przesyłając je do wspólnej bazy danych z wyszukiwarką, działającej na serwerach w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Publikuje je także na własnej stronie internetowej oraz wewnątrz urzędu – na tablicach ogłoszeń, ewentualnie na wyświetlaczach (ekranach) umieszczonych w urzędzie w części dostępnej dla bezrobotnych. I na tym koniec działań urzędu pracy.

Bezrobotny który zapozna się z takim ogłoszeniem (a praktycznie – pierwsze kilka osób) i sam uważa się za spełniającego oczekiwania pracodawcy – ma się zgłosić do pośrednika pracy a ten wyda mu albo nie wyda skierowanie do kontaktu z pracodawcą.
Dzieje się tak miedzy innymi zgodnie z zasadą powszechnej dostępności ofert pracy a także pełnej dobrowolności usług oferowanych przez urzędy pracy.

Patrząc na to z drugiej strony, urząd który miałby świadczyć usługi pośrednictwa pracy dla osób bezrobotnych zarejestrowanych w tym urzędzie, powinien także każdą uzyskaną ofertę zatrudnienia porównywać z danymi osób zarejestrowanych dla określenia kandydatów do pracy spośród tychże właśnie osób pozostających w rejestrze bezrobotnych. W wyniku tego osoby spełniające wymagania pracodawcy uzyskiwałyby skierowanie do kontaktu z tym pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Generalnie – urzędy pracy powinny starać się zmniejszyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych poprzez uzyskanie zatrudnienia dla jak największej ich liczby. Jak widać – pośrednictwo pracy dla pracodawców jak i dla bezrobotnych jest w zasadzie tym samym działaniem, da się połączyć a skutkiem tego ma być zatrudnienia osoby która była zarejestrowana jako bezrobotna.

Urzędy pracy zachowują się tak, jak prywatne agencje pośrednictwa, przy czym agencje prywatne wykazują więcej starań i aktywności – bo na tym zarabiają (od pracodawców), natomiast marazm w urzędach pracy wynika także i z tego, że nie muszą one zabiegać o pieniądze na płace i na działalność, bo te – niezależnie od wyników pracy urzędu mierzonych zatrudnianiem bezrobotnych – są gwarantowane przez władzę ze środków publicznych.

Jest wiele portali publikujących oferty zatrudnienia dostępne za darmo dla każdego przy finansowaniu np. z reklam, więc takie działanie urzędów pracy jak opisano powyżej, sporym kosztem środków publicznych – prowadzi do absurdu, marnotrawstwa, niegospodarności.

Powiatowe (Miejskie) Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy, dlatego mają tak mierne osiągnięcia.

22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

23/06/2013

Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…

Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.

Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.

Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.

Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.

Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,

19/06/2013

„Oferty pracy” prof. Joanny Tyrowicz: Eksperyment czy prowokacja?

Eksperyment czy prowokacja?
Takie pytanie zadał autor tekstu zamieszczonego w portalu bezrobocie.org.pl Pan Łukasz Komuda – od dawna zajmujący się problematyką bezrobocia i rynku pracy, znany z ciekawych tekstów i często oryginalnego podejścia do tematu.
Chodzi o słynny już „eksperyment” prof. Joanny Tyrowicz z WNE UW, polegający na zbadaniu reakcji Urzędów Pracy na nadesłane „testowe” ogłoszenia o chęci zatrudnienia pracowników.
Sprawa została opisana i skomentowana przez wiele tytułów, o niej też pisał we wspomnianym tekście Łukasz Komuda:

Eksperyment czy prowokacja?

Zwróciło jednak moją uwagę coś charakterystycznego, znanego mi z dawnych lat PRL-u a więc dziś – alarmującego; w żadnym ze znanych mi tekstów na ten temat nie przytoczono treści wspomnianych ogłoszeń będących najważniejszym składnikiem owego eksperymentu. A przecież nie tylko chodzi o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla sprawy; chodzi także o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla jakości a więc i wiarygodności zastosowanego tu aparatu badawczego, czyli de facto – dla wiarygodności samej Pani prof. Joanny Tyrowicz. To charakterystyczne dla propagandy PRL-owskiej, wyśmiewał się z tego niegdyś np. Jacek Fedorowicz w swoich programach autorskich: możemy się dowiedzieć, dlaczego jakiś fakt jest dobry lub zły, ale jak on wyglądał – tego się nigdy nie dowiemy.

Mam sporą świadomość tego, co w Urzędach Pracy jest złe. Świadomość wynikającą z obserwacji i doświadczeń jakie są dostępne świadomemu „klientowi” urzędów, a więc raczej nie dotyczące „życia wewnętrznego” instytucji. Wiele jednak wynika z analizy skutków. Jednak jako legalista bez najmniejszych ciągotek anarchistycznych, rozumiem i popieram zasadę, zgodnie z którą Urzędy Pracy wymagają od ogłoszeniodawców spełniania norm prawnych dotyczących głównie treści ogłoszeń. Urzędy Pracy nie mogą publikować ogłoszeń nielegalnych, sprzecznych z prawem a te są na porządku dziennym w ofercie pracodawców.
Na przykład nie mogą „legitymizować” nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z jakiegokolwiek w zasadzie powodu. Jakiś „Pan Prezes” może chcieć mieć zgrabną, seksownie wyglądającą „blondynę” w wieku do 35 lat, stanu wolnego, w pełni dyspozycyjna, z długimi nogami – jako asystentkę czy sekretarkę, ale NIE WOLNO MU TAK SFORMUŁOWAĆ OGŁOSZENIA O PRACĘ! Nie wolno – to znaczy że to sprzeczne z prawem w zasadzie w całej Unii Europejskiej. Nie tylko chodzi o te nogi ale nawet nie ma prawa sugerować, że tym asystentem musi być wyłącznie kobieta.
No właśnie: nie wolno – ale… jednak… chciałoby się…

Ponadto trzeba tu koniecznie przypomnieć, że Urzędy Pracy nie są „słupami ogłoszeniowymi” – a pośrednikami pracy, mającymi przedstawić ogłoszeniodawcy właściwych, już wytypowanych zgodnie z ofertą kandydatów, co oznacza, że oferta ta musi być nie tylko zgodna z prawem, ale i kompletna, zrozumiała oraz wiarygodna.

Tymczasem wspomniany „eksperyment” widzę właśnie jako atak na tę rolę PUP-ów i tę zasadę przez nie egzekwowaną. Obawiam się, że jest możliwe, iż został on spreparowany jedynie (czy może aż) po to – by wymusić niejako rezygnację PUP-ów z wymagania zgodności nadsyłanych ofert z mającym tu zastosowanie prawem. Gdyby tak miało być – byłoby to skandaliczne zarówno ze społecznego jak i naukowego punktu widzenia. A przesłanką świadczącą o tym, jest właśnie „utajnienie” treści samych wspomnianych ofert.
To bardzo ważne: dużo ważniejsze niż zegarki ministra Nowaka oraz przyszłość HGW.
Sprawa jest ciekawa i ważna dla osób zainteresowanych problemem bezrobocia i jego odniesieniami ideologicznymi, o czym często piszę w swoim blogu, dlatego bardzo zachęcam do zapoznania się z tym tekstem. Ja – odpowiadając na postawione w tytule pytanie – uznałem to za prowokację a dokładniej – za prowokację pod płaszczykiem eksperymentu.

Wyraziłem swoją opinię w formie komentarza we wspomnianym portalu, komentarz ów chciałbym i tutaj przytoczyć:

„Jestem bardzo krytycznie nastawiony do Powiatowych Urzędów Pracy, ale artykuł ten uważam mimo to za nadużycie i bełkot. Bardzo też cenię Panią prof. Tyrowicz za wiele jej wypowiedzi publicznych, lecz tą „akcją” w moim przekonaniu bardzo zaszkodziła swojemu wizerunkowi.
Po pierwsze – artykuł ma wszystkie cechy dawnej, PRL- owskiej propagandy: można się dowiedzieć, dlaczego opisane reakcje urzędów są złe, ale konkretnie NA CO urzędy reagowały – tego już nie można się dowiedzieć. Oceny – zamiast opisu faktów. Tymczasem stopień naukowy – zobowiązuje: najpierw przedstawia się fakty a potem ewentualnie – ich ocenę, analizę i wnioski. Najważniejszym tu „faktem” jest konkretna treść przedmiotowych „ofert testowych”, których nie znamy. Charakterystyczne jest, że w żadnym źródle nie podano konkretnej treści tych „testowych” ofert zatrudnienia, a przecież w tym prawdopodobnie tkwi sedno sprawy, czyli przyczyna takiej a nie innej reakcji PUP-ów. Dopóki nie podano rzeczywistego brzmienia wspomnianych ofert – cała ta gadanina o reakcji na nie jest po prostu zwykłym bełkotem, chyba że jest jeszcze gorzej: że mamy tu do czynienia z prowokacją „grubymi nićmi szytą” o podłożu ideologicznym.


Uważam za niezmiernie prawdopodobnie, że reakcja PUP-ów była wymuszona treścią tych ofert.
Urzędy Pracy – funkcjonują za pieniądze publiczne i choćby dlatego muszą się perfekcyjnie trzymać prawa, głównie ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy ale także i każdego innego przepisu mającego tu zastosowanie, np. ustawy Kodeks Pracy. Treść oferty musi odpowiadać prawu, bo nie do pomyślenia wydaje się sytuacja, bu urzędy podejmowały za pieniądze publiczne – działania jawnie sprzeczne z obowiązującym prawem. Natomiast pracodawcy generalnie zupełnie się z prawem nie liczą. I to wcale nie z powodu banalnej jego nieznajomości. To świadome i celowe ignorowanie prawa. Świadome – bo zapoznanie się dziś z obowiązującym stanem prawnym jest banalnie proste, celowe – bo chodzi o to, by prawo „nie przeszkadzało” w robieniu tego co pracodawcy chcą robić. Abstrahując więc od niewątpliwego przerostu biurokracji w PUP-ach, urzędy są i mają być w pewnym sensie „strażnikami resztek praworządności” w aspekcie prawa pracy i ustawy o promocji zatrudnienia. Tymczasem w ofertach zatrudnienia na porządku dziennym są drobne jak i zasadnicze odejścia od norm prawnych. Przede wszystkim dotyczy to prób wykorzystywania umów zlecenia tam, gdzie ewidentnie powinna być zastosowana umowa o pracę. Ponadto nagminne jest nierówne traktowanie kandydatów do zatrudnienia – co jest zabronione w całej UE. Nagminne jest też uzależnianie zatrudnienia od informacji których pracodawca na tym etapie albo i w ogóle nie ma prawa domagać się od kandydata lub pracownika. Po prostu: prawo swoje – a pracodawcy swoje, jak krnąbrne bachory nie liczące się z realiami i zasadami.
Można by na ten temat bardzo wiele napisać, ale chcę tu postawić następującą tezę właśnie w nawiązaniu do powyższych stwierdzeń: cała ta prowokacja może być po prostu próbą zdyskredytowania wspomnianej postawy i roli urzędów pracy jako strażników prawa zbyt dobrze wywiązujących się ze swojej roli. Pracodawcy zdają się być coraz bardziej zdegenerowani możliwościami jakie stwarza ideologia PO. Możliwościami ignorowania i obchodzenia prawa, szantażowania władzy dla wymuszenia „przymrużenia oka” na takie praktyki, dezaktywacją Państwowej Inspekcji Pracy z powodów ideologicznych. „Ideologii chciwości” – Platformy Obywatelskiej. Akcja ta być może ma wywołać złagodzenie nastawienia PUP-ów na praworządność, złagodzenie stosowania w praktyce norm prawnych dotyczących kandydatów do pracy lub pracowników. Już w tej chwili mamy ogromną skalę strefy kryminalnej w zatrudnieniu („szarą strefę”) związaną jeszcze dodatkowo z przestępstwami podatkowymi. Mamy prawdziwą „wolną amerykankę” w prywatnych portalach i stronach agencji zatrudnienia zupełnie nie interesujących się legalnością publikowanych ofert gdyż zastrzegają one odpowiedzialność za to wyłącznie ogłoszeniodawcy, a odpowiedzialność ta jest fikcyjna z powodu takiego stanu praworządności na jaki jest przyzwolenie polityczne PO. Chodzi tylko o to, by Urzędy Pracy przestały „się czepiać” pracodawców o sprzeczne z prawem sformułowania w ofertach pracy. Ma to usunąć ostatnie ograniczenie w budowaniu świata niewolnictwa pracowniczego, gdzie człowiek uzależniony od zdobywania pieniędzy na życie poprzez pracę najemną – nie będzie miał nic do powiedzenia i praktycznie całkowicie będzie poddany „widzi mi się” pracodawcy, bimbającego sobie z prawa w całym majestacie prawa.
Oczywiście – to prowadzi do gwałtownego wybuchu społecznego, ale zanim on nastąpi, zanim społeczeństwo się zorganizuje – będzie można zrobić majątek i wytransferować go za granicę. I o to zapewne chodzi.”


I o to zapewne chodzi.

10/03/2013

My(d)lenie bezrobotnym…

Minister Pracy – obecnie Władysław Kosiniak Kamysz z PSL poinformował w połowie lutego br. o przekazaniu do „konsultacji społecznych” projektu zmian w ustawie „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Na stronie MPiPS ukazała się dość lakoniczna wzmianka na ten temat, bardziej nastawiona jak rozumiem na to, by wykazać, że w ministerstwie w ogóle coś się robi (w okresie przewidywanej wówczas ewentualnej „rekonstrukcji” rządu), niż na faktyczne poinformowanie społeczeństwa o celach, planach i kierunkach zmian, głównie oczywiście poinformowanie samych zainteresowanych.

Ogólnie trzeba stwierdzić, że nic w tym nie ma nadzwyczajnego; strona internetowa ministerstwa była i nadal jest niezwykle irytująca i demotywująca dla zainteresowanych, szczególnie dla bezrobotnych, gdyż bardziej niż informatorem – jest miejscem autopromocji i na dodatek denerwującą kroniką spokojnego i wesołego „życia korporacyjnego” nieźle się chyba bawiących urzędników ministerstwa, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości, do problemów życia.
Projekty nowelizacji przekazano więc „do konsultacji społecznych” i proszę o wybaczenie czytających to – ale nie mam pojęcia co to znaczy i nie mam wręcz ochoty tego sprawdzać. Procedura konsultacji społecznych jest gdzieś pewnie opisana w jakiejś ustawie lub przepisach wykonawczych, być może chodzi o rozmowy w ramach tzw. Komisji Trójstronnej, ale… to nie ma żadnego znaczenia. Ta władza traktuje „konsultacje społeczne” jedynie jako wymóg formalny któremu trzeba sprostać i który tylko opóźnia prace a i tak ma od początku zamiar zrobić wyłącznie to, co sama wcześniej postanowiła. Władza działa na zasadzie: jest wymóg „konsultacji” i nie da się go ominąć – to trudno; zrobimy konsultacje, może się dadzą przekonać i zgodzą się z nami, a jeśli nie – to i tak przecież zrobimy to co sami chcemy… Pominięcie, zbagatelizowanie i wręcz wyszydzenie poprzez usłużnych, przydupnych dziennikarzy, wyślizganych radców i blogerów dwóch milionów głosów obywatelskich w sprawie wydłużenia czasu oczekiwania na nabycie uprawnień emerytalnych jest tu jedynie spektakularnym przykładem.
Zrozumiałe wiec, że zajmowanie się tu przeze mnie takimi „konsultacjami” byłoby stratą czasu. Niech to robią ci, co zbierają i gromadzą dowody dla przyszłego Trybunału Stanu…

Przykład: inny projekt – zmian w prawie pracy dotyczących np. wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy z jednoczesną zgodą na brak unormowanych stałych godzin pracy. Projekt został wysłany do Sejmu w celu przegłosowania pomimo braku porozumienia co do jego treści ze strony „partnera społecznego” jakim jest centrala związkowa Solidarność. W blogu rządowym minister Kosiniak Kamysz pisze na ten temat tak:

„(…) Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców. Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania.(…)”


Jak widać – „ekspert” z ministerstwa najlepiej wie wszystko i wszystko najlepiej rozumie; bo jest po prostu bezrefleksyjny. Co to właściwie znaczy: nie mogliśmy już dłużej czekać?! Czekać na co: na to aż związkowcy dadzą się przekonać do wersji rządowej? To zdaniem ministra – konsultacje społeczne nie polegają na tym, że się słucha społeczeństwa i uwzględnia słuszne uwagi, tylko na tym, by próbować „po dobroci” narzucić społeczeństwu swoją wersję?
To po prostu hucpa.
Dowód na całkowitą rzeczywistą niedemokratyczność tej władzy. Tendencje totalitarne „jedynie słusznych” racji. W normalnych warunkach demokratycznej, prospołecznej władzy – niemożność uzyskania porozumienia po tak długich dyskusjach oznaczałaby, że projekt jest zły (społecznie nieakceptowany) i należy go radykalnie zmienić.
Skoro więc „konsultacje społeczne” odbywają się w zdziczałym państwie Platformy Obywatelskiej na takich zasadach, szkoda mi czasu na zajmowanie się nimi także i w sprawie wspomnianej kolejnej nowelizacji prawa pracy, o której chciałbym napisać.

Wszystko co wychodzi z Ministerstwa Pracy ma wymiar magiczny i teoretyczny, bo zajmują się tam sprawami bezrobotnych osoby chyba nie mające w rzeczywistości pojęcia o realiach bezrobocia. Gdyby statki miał projektować ktoś, kto nigdy nie był w stoczni ani nie widział żadnego statku w rzeczywistości i nigdy też nie był na „pełnym morzu” w czasie sztormu, gdzie ten statek ma być eksploatowany – a posługiwał się jedynie inżynierską wiedzą teoretyczną oraz danymi statystycznymi – nie mielibyśmy wątpliwości, że produkt będzie po prostu ułomny. Pływająca trumna. Jeśli natomiast tacy – nieźle się przy tym bawiący „teoretycy” – zajmują się bezrobociem, nie widzimy w tym niczego dziwacznego.
Ja widzę i pisałem o tym niejednokrotnie.
Nie jest to domeną ministerstwa; takie objawy widoczne są już na poziomie wojewódzkich urzędów pracy, żyjących własnym życiem wewnętrznym i całkowicie oddzielonych od tego co się dzieje w urzędach powiatowych, nawet patrzących na to z pewnym dystansem czy wręcz obrzydzeniem, mimo że fizycznie usytuowanych – jak np. w Szczecinie – po sąsiedzku.

Ponadto i nade wszystko – stosunek władzy do bezrobocia ma ścisły wymiar ideologiczny.
Nie może to nie oddziaływać na organizację i funkcjonowanie tego, co władza nazywa „służbami zatrudnienia” a co w rzeczywistości odpowiada temu – jak bezrobocie służy tej władzy. Dlatego trudno dziś o jakiekolwiek dokładne i praktyczne informacje o wspomnianej nowelizacji ustawy, dotyczącej sposobów funkcjonowania urzędów pracy.

Znane są jedynie założenia teoretyczne tej zmiany:

1. Poprawa usług świadczonym osobom bezrobotnym stosownie do ich potrzeb.
Bardzo piękny i efektowny punkt programu.
Przede wszystkim ważne jest tu, że władza absolutnie odżegnuje się od bezrobocia jako swojej winy czy efektu będącego następstwem konkretnych działań lub ich zaniechania. Pozwalają na to magiczne słowa – wytrychy: „kryzys” i „globalizacja”. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, ale władza się za taką uważa, dlatego się konstytucją po prostu zbytnio nie przejmuje – powołując przepisy z konstytucją sprzeczne w nadziei, że nikt ich nie podważy a ewentualne podważenie nie da szybkiego efektu.
Bezrobocie jako wynik wielu lat chaotycznego i bezmyślnego niszczenia i burzenia tego co pozostało po gospodarce PRL – bez zastąpienia tego czymkolwiek innym – nie jest efektem „naturalnym” niezależnym od władzy. Oczywiście zawsze można powiedzieć: to przecież nie my, to inni, nasi poprzednicy; generalnie wspomniani przydupni dziennikarze i wyślizgani prawnicy są w stanie wszystko „wyjaśnić” czyli zawsze usprawiedliwić władze.
Brak pracy czyli nadwyżka podaży pracy nad popytem na nią po prostu istnieje. Władza twierdzi, że jej nic do tego. Człowiek pozbawiony zatrudnienia a co za tym idzie – pozbawiony możliwości zdobycia środków do życia, jest w zasadzie pozostawiony sam sobie, jak w jakimś gigantycznym, absurdalnym survivalu, do którego przecież sam i z własnej woli nie przystępował. Ma sam sobie „dać radę” i to jest uważane za jego sprawę prywatną.
Państwo – choć całkowicie winne temu, poczuwa się do tego, że może bezrobotnemu trochę pomóc, świadcząc usługi dla niego przeznaczone. Osoba pozbawiona pracy może jeśli chce dodatkowo (prócz własnych skazanych na niepowodzenie wysiłków) zarejestrować się dobrowolnie w urzędzie pracy i skorzystać z usług jakie PUP świadczy dobrowolnie na rzecz bezrobotnych. Wysiłki bezrobotnego będącego w wieku rzędu 45 – 50 lat i więcej (ale mniej niż wiek emerytalny) są skazane na niepowodzenie, dlatego że władza i cały system jest nastawiony ideologicznie na całkowitą swobodę przedsiębiorców i eksploatowaniu zasobów ludzkich i materialnych tego społeczeństwa dla budowanie własnego, prywatnego majątku. Sprawia to wrażenie zamachu stanu „biznesu” na państwo, osłabione zamętem, bałaganem i zniechęceniem czasu stanu wojennego oraz czasu niszczenia i rozkradania jaki nastąpił potem, za rządów Mazowieckiego i następców.
Urząd pracy może więc zaoferować dziś usługi – jak zakład fryzjerski albo dom publiczny (o przepraszam: agencja towarzyska). Zestawienie tych usług można znaleźć na stronach instytucji, nie będę tego tu przytaczał bo to i tak bez znaczenia; jedno jest wszakże jasne: bezrobocie dramatycznie rośnie, co oznacza, że te „usługi” są absolutnie nieskuteczne, nie mają istotnego wpływu na los ludzi pozbawionych zatrudnienia.
Zmiana zaproponowana przez ministra Kosiniak Kamysza ma polegać na tym, że owe usługi mają być teraz świadczone stosownie do potrzeb osób bezrobotnych. Dotychczas potrzebami osób bezrobotnych nikt się nie przejmował ani nawet nie interesował. „Pomoc bezrobotnym” świadczono stosownie do potrzeb biznesmenów mających na tym „pomaganiu” zarobić. Dlatego zmarnowano ogromne kwoty pomocy unijnej przeznaczonej na działania zmniejszające bezrobocie, o czym pisałem wcześniej.

Wracając do wspomnianej „poprawy jakości usług” jako pomysłu na walkę z bezrobociem – ma ona w projekcie ministerstwa zostać uzyskana poprzez odbiurokratyzowanie niektórych działań czyli jakąś zmianę procedur stosowanych w urzędach, tak zwane „profilowanie bezrobotnych” mające dać odpowiedź na pytanie co konkretnej osobie rejestrującej się jest potrzebne oczywiście w ramach katalogi „usług” oferowanych przez urzędy pracy – by ułatwić jej znalezienie zatrudnienia, włączenie do działań także wybranych agencji zatrudnienia przejmujących część zadań urzędów pracy wobec niektórych osób oraz integrację usług wobec potrzebujących pomocy.


Integracja usług ma jak się zdaje objąć jedynie poradnictwo i informacja zawodowa oraz pomoc w aktywnym poszukiwaniu pracy. Moim zdaniem jest to o tyle zbędne, że zagadnienia te w dość dużym zakresie powinny stać się natychmiast częścią obowiązkowego programu nauczania w szkołach wszystkich typów; usługi tego typu muszą być przeniesione już do szkół, by zapobiegać w miarę możności sytuacji konieczności rejestrowania się absolwenta jako osoby bezrobotnej. Chodzi mi właśnie o rolę prewencyjną wobec bezrobocia także i za pomocą szerzenia konkretnej i poważnie traktowanej w szkołach i uczelniach wiedzy o rynku pracy, jego aktualnym stanie i tendencjach. Ponadto – jeśli dobrze rozumiem intencje projektu – to profilowanie bezrobotnych ma mieć jako swoje logiczne następstwo – właśnie integrację potrzebnych działań i to nakierowanych na potrzeby konkretnej osoby indywidualnie. Rzecz jasna – mowa o osobach rzeczywiście poszukujących zatrudnienia i wykazujących tu właściwą determinację, aktywność i zdecydowanie.

2. Poprawa efektywności działania samych urzędów pracy.
Ministerstwo chce tu przenieść ciężar walki z bezrobociem i zwalczanie jego skutków właśnie na lokalne społeczności; województwa, powiaty i gminy. Przede wszystkim dostrzeżono już całkowitą martwotę funkcjonujących w Wojewódzkich Urzędach Pracy tzw. Centrów Informacji i Planowania Kariery Zawodowej. Centra te istnieją, kosztują ale nie posiadają adekwatnych zadań do spełnienia.
Walka z bezrobociem ma być sprawą regionalną, bliską konkretnym lokalnym rynkom pracy, poprzez tworzenie i wdrażanie regionalnych programów łagodzenia skutków bezrobocia oraz badania ich lokalnych skutków.
Tak na marginesie: to uderzające: istnieją i działają podobno Wojewódzkie i Powiatowe Rady Zatrudnienia, istnieją tak zwane „obserwatoria rynku pracy” więc wszystkie te działania POWINNY być dotychczas prowadzone. Jeśli minister pracy zamierza wprowadzić je w ramach tej reformy, to znaczy że dotychczasowe funkcjonowanie tych ciał i instytucji było fikcją, skandaliczną niegospodarnością. A przecież zatrudnieni byli tam pracownicy, ponoszone były konkretne koszty.
W miejsce Wojewódzkich i Powiatowych Rad Zatrudnienia minister chce powołać Wojewódzkie i Powiatowe Rady Rynku Pracy: czy coś prócz nazwy zmieni się w związku z tym?
Pisałem już wielokrotnie o patologii pozorowanej „walki z bezrobociem” będącej de facto żerowaniem na funduszach pomocowych przeznaczonych dla bezrobotnych, poprzez pozorowane działania szkoleniowe stanowiące faktycznie transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. A wszystko to było przecież pod nadzorem właściwych instytucji. Dopiero teraz, proponując te zmiany – minister przyznał rację tym, którzy się ich od dawna domagali, widząc i opisując patologię i sami z ledwością broniąc się przed skutkami barku zatrudnienia.

Wreszcie w propozycjach zmian znalazło się badanie efektywności konkretnych urzędów wraz z odpowiednim do niej przyznawaniem środków nie tylko na działalność operacyjną ale także i na wynagrodzenia. Urzędnik to jednak „sprytne bydlę” potrafiące wiele zrobić by oszwabić swojego pryncypała dla spodziewanej nagrody. Obawiam się, że efekt tej propozycji może się obrócić zdecydowanie przeciwko bezrobotnym; urząd może dojść do wniosku, że da się zarobić na jednym bezrobotnym kilka razy a przecież w interesie tego człowieka jest jak najszybciej zdobyć w miarę stabilne zatrudnienie i zapomnieć o traumatycznym przeżyciu kontaktu z urzędem pracy.

Przykładem niech będą roboty publiczne czy prace interwencyjne. Bezrobotny który starał się o jakąkolwiek pracę ale jego podania były notorycznie i z nieokreślonych powodów odrzucane (w rzeczywistości – ze względu na wiek 50+ co jest ewidentnym złamaniem prawa), może zostać przyjęty do pracy w 50 procentach dotowanej z FP w ramach np. robót publicznych; jest to dla instytucji miejskich i samorządowych znaczna oszczędność. Jest to praca czasowa po której najczęściej człowiek ten powraca do rejestrów bezrobotnych; kończy się dotacja – kończy się też i zatrudnianie.
To ciekawy efekt, że osoba zdaniem pracodawców nie nadająca się do żadnej pracy bo mająca nieco ponad 50 lat, z chwilą rozpoczęcia dotowania jej zatrudnienia zaczyna się do pracy natychmiast nadawać, pracuje dobrze i jest nawet chwalona a gdy tylko kończy się okres dotowania, znów do pracy przestaje się nadawać… To po prostu cyniczne „polowanie na dotacje” kosztem „zakładników” jakimi stają się ludzie uzależnieni od pracy najemnej.
Ważne jednak jest to, że z chwilą takiego zatrudnienia jest wykreślana z rejestrów bezrobotnych a urząd pracy – przy zatrudnieniu (dotowaniu) powyżej 3 miesięcy – odnotowuje swój sukces w postaci „zwalczenia bezrobocia” tej osoby, mimo że ona jest skazana niejako z góry na powrót do rejestru bezrobotnych po minięciu okresu dotowanego zatrudnienia. W ten na przykład sposób można, traktując tego biednego człowieka instrumentalnie – zarobić na nim kilka razy, wykorzystując rzekomy „sukces” w działaniach urzędu pracy. Zarobić – przedstawiając chwilowe wykreślenie go z ewidencji PUP jako sukces w zwalczaniu bezrobocia i domagając się za to od ministerstwa pieniędzy na działalność i na płace.

W swoich nowych propozycjach minister także proponuje jakieś dodatkowe „wsparcie pracodawców zatrudniających osoby w wieku 50+” – jednak bez określania na czym by ono miało polegać poza istniejącymi już formami dotowanego zatrudnienia; stażu, prac interwencyjnych i robót publicznych. propozycje te nie są upublicznione w całości.

Odnotować może jeszcze warto projekt utworzenia oddzielnego nowego Krajowego Funduszu Szkoleniowego jednak brak tu dostatecznej ilości szczegółów by cokolwiek o tym sądzić.
Wymieniłem tu tylko moim zdaniem najciekawsze z propozycji czy zamiarów ministerstwa, jest tam jeszcze wiele szczegółowych zadań oraz pakiet działań o charakterze porządkowym.

Brak tu odniesienia do zasadniczych problemów, takich jak nielegalna sfera pracy poza wszelką ewidencją i opodatkowaniem, z jednej strony nielegalna ale z drugiej strony jakby ochraniana parasolem przez władzę w imię solidarności biznesu albo ideologii bogacenia się za wszelką cenę. Związana jest z tym konieczność weryfikacji spełniania wymogów ustawowych przez osoby zarejestrowane lub chcące się zarejestrować w PUP, czyli określenia faktycznej, rzeczywistej skali bezrobocia. Ta kwestia jest kluczowa dla całego państwa.

Drugi problem to dziwna tendencja do działań wyłącznie nakierowanych na osoby poszukujące pracy oraz na urzędy pracy.
Bezrobocie polega na braku miejsc pracy i minister pracy tych miejsc nie stworzy. To minister gospodarki ma zwalczać bezrobocie poprzez aktywne kreowanie i sterowanie wzrostem gospodarczym. Inaczej – poprzez celowe działania wzmacniać popyt na pracę. Tymczasem latami już, ciągle się „aktywizuje” ludzi bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, zamiast aktywizować przedsiębiorców czy w ogóle gospodarkę, by powstały wreszcie miejsca pracy dla tych którzy tego zatrudnienia poszukują. Władza – jak durny akwarysta siedzi i gapi się na gospodarkę i przedsiębiorców jak na rybki w akwarium; co zrobią przedsiębiorcy… jak zareaguje gospodarka… To oczywiście ten mit „samoregulacji” przez jakąś „niewidzialną rękę”… ale skutki wskazują, że to nie jest polska ręka. To po prostu horrendalne.
Wszelkie działania skupiają się tymczasem na bezrobotnych, czyli po stronie podaży pracy, co przypomina przelewanie z pustego w próżne, natomiast ideologia polityczna tej władzy powoduje, że gospodarkę się jedynie biernie obserwuje zamiast nią aktywnie zarządzać a to jest przecież pole działalności państwa, które może w efekcie dać stabilizację społeczną i sprowadzenie bezrobocia do wielkości naturalnej.
Wszelkie próby „usadzenia” trzech milionów pracowników na dwóch milionach miejsc pracy skończą się niepowodzeniem – panie ministrze.
Wadą projektu nowelizacji jest całkowity brak działań nakierowanych na przedsiębiorców jako odbiorców, choćby działań szkoleniowych przeciwstawiających się panującym wśród przedsiębiorców mitom, między innymi dotyczącym osób z grupy „50+”, promującym konieczność wdrażania „polityki gospodarowaniem wiekiem” pracowników itp.

Na zakończenie nawiążę do tytułu odnośnej ustawy: „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zawsze zadaję sobie pytanie: KOMU ustawodawca miał zamiar „promować zatrudnienie”. Komu; – Ludziom żyjącym tylko z pracy, czyli uzależnionym od zatrudnienia, od pracy najemnej, błyskawicznie staczającym się bez zatrudnienia do poziomu kloszarda i umierającym na śmietnikach?
Chyba nie, bo przecież ludzie ci sami wiedzą doskonale, że zatrudnienie i pochodzące z tego dochody są ich jedyną szansą na przeżycie. Więc co: promować głodnemu – chleb?!
A więc może to przedsiębiorcom miało być promowane zatrudnianie ludzi?
Jeśli miało być – to dlaczego nie jest; ustawa nie zawiera żadnych takich istotnych zapisów, jeśli nie liczyć np. zwolnienia od płacenia składki 2,40 zł miesięcznie, zresztą zatrudnianie wynika z konstrukcji biznesu, z biznesplanu i analizy ekonomicznej, czyli jako takie – nie poddaje się „promocji”…

Ot – po prostu jakiś wybryk jakiegoś bezmyślnego polityka lub urzędnika, żeby tytuł ustawy był dostojny, efektowny i robił wrażenie.
I robi.

17/01/2013

Bezprawie zgodne z prawem.

Jest to jeden z nowych „paradoksów filozoficznych” wymyślanych przez władzę z PO rodem: Praktyka niezależna od prawa.
Jedną ze zdobyczy pracowników, uzyskanych – przynajmniej formalnie – dzięki wejściu „tego kraju” do Unii Europejskiej, jest narzucony przez Unię i bardzo niechętnie zaimplementowany do prawa lokalnego – nakaz równego traktowania w zatrudnieniu. Chodzi tu głównie o zakaz dyskryminacji – niedopuszczalnej w zasadzie pod żadnym względem, równe traktowanie w sprawach wynagrodzenia itp.

To sztandarowa zasada Unii Europejskiej, przynajmniej oficjalnie, że pracownicy nie mogą być dyskryminowani pod żadnym względem. Zanim jednak ktoś ewentualnie zostanie pracownikiem, najpierw jest kandydatem do zatrudnienia. Prawo jednoznacznie określa na przykład, jakich danych pracodawca lub działający w jego imieniu rekruter ma prawo żądać od kandydata do pracy. Jest to inny zakres danych osobowych niż dotyczący pracownika (osoby co do której już jest decyzja o przyjęciu do pracy, faktycznie zawarto już z nią ustną umowę o pracę a trzeba jeszcze uzupełnić pewne informacje, by umowę sporządzić na piśmie i uzupełnić dokumentację kadrowo-płacową nowego pracownika).
Dane te co do kandydata określa Art. 221 §1 Kodeksu Pracy. Są to:
- imię (imiona – jeśli w dowodzie osobistym ma wpisane więcej niż jedno) i nazwisko;
- imiona rodziców;
- data urodzenia;
- miejsce zamieszkania, ewentualnie adres dla korespondencji, jeśli jest inny;
- wykształcenie;
- przebieg dotychczasowego zatrudnienia;
I to wszystko! Koniec! Lista jest kompletna i zamknięta.
Udostępnienie tych danych następuje w formie oświadczenia kandydata poświadczonego jego podpisem, nie mam mowy o żądaniu wypisów z metryki urodzenia itp.
Owszem; Kodeks Pracy jest elastyczny w stopniu właściwym i przewiduje wyjątek. Mianowicie stwierdza w §4 tegoż artykułu, że inne dane pracodawca (rekruter) może żądać, jeśli jest to uzasadnione jakimiś innymi konkretnymi przepisami prawa. Pracodawca żądając jakichś danych innych niż wyżej podano, musi wykazać jaki przepis prawa go do tego obliguje. Są to przypadki i sytuacje absolutnie wyjątkowe.
Do tych danych stosuje się także wszelkie rygory i zasady wynikające z ustawy o ochronie danych osobowych.
Mądrzy pracodawcy, chcąc prawidłowo realizować prawo pracy, posiadają i używają dwóch wzorów „Kwestionariusza Osobowego” służącego do zebrania tychże danych: inny dla kandydata – ograniczony do powyżej wymienionego i zamkniętego katalogu informacji oraz odrębny dla osób przyjętych właśnie do pracy, gdzie zakres danych jest poszerzony o sprawy stanu cywilnego, rodziny itp.
Pozostając jednak przy etapie rekrutacji, trzeba wyraźnie wyjaśnić, że ustalenie i ograniczenie do minimum zestawu informacji o kandydacie ma właśnie na celu uniknięcie nierównego traktowania tychże kandydatów, jakiejkolwiek dyskryminacji.
Trzeba tu także zaznaczyć, że prawo nie wymienia w tym zestawie także wyglądu czyli zdjęcia jako specyficznej formy „informacji o kandydacie”.
Pracodawca (rekruter) wie w jakim wieku jest kandydat, wie jakie ma wykształcenie oraz jakie ma praktyczne doświadczenie na stanowiskach pracy, może z kandydatem porozmawiać o jego motywacji, poznać jego poziom wiedzy itp. i te właśnie informacje powinny być wystarczające do podjęcia decyzji o zatrudnieniu lub odrzuceniu kandydatury. Kandydat po ewentualnym przyjęciu go do pracy ma przede wszystkim pracować wydajnie i kompetentnie, wypracowywać zysk a nie „wyglądać” tak lub inaczej czy być atrakcyjny towarzysko albo nie, żegnać się przed posiłkiem znakiem krzyża albo się w żadnym wypadku nie żegnać. To nie ma prawa wpływać na przyjęcie do pracy.

Skoro ustawodawca ustalił taki zestaw danych tzw. „twardych” jako wystarczający, to ma to swoje konsekwencje także dla przebiegu i treści rozmowy kwalifikacyjnej.
W wielu przypadkach – a sam doświadczyłem tego wielokrotnie – jeśli rekruterem jest kobieta, to pierwsze pytanie jest następujące: wolny czy zajęty (kawaler, wdowiec, rozwiedziony…?). To widocznie jest najważniejsze: czy się „nada” do czegoś…? Ale O TO PYTAĆ KANDYDATA NIE WOLNO! Ta informacja, konkretnie o stan cywilny, nie wchodzi w zakres informacji której pracodawca może (ma prawo) żądać od kandydata. A więc i rozmowa kwalifikacyjna nie może także tego dotyczyć! W czasie rozmowy z kandydatem także obowiązuje Kodeks Pracy i jego Art. 221 § 1. Więc to ewidentne złamanie prawa – pytać o stan cywilny! To samo ze stanem rodzinnym, dziećmi i ich ilością, z planami powiększania rodziny w przyszłości, religią, wyznaniem, narodowością, przynależnością polityczną i związkową… i tak dalej. O TO PYTAĆ NIE WOLNO! Ale… się pyta, a jakże…

Jest to związane bezpośrednio z problemem dyskryminacji: jeśli pracodawca (rekruter) pyta kandydata o jego religię i wyznanie a następnie odmówi jego zatrudnienia, to zachodzi podejrzenie, że nie przyjął tego kandydata do pracy właśnie ze względu na jego religię i wyznanie o którym się dowiedział bezprawnie, albo też nie przyjął tego kandydata z powodu jego odmowy odpowiedzi na takie bezprawne pytanie. Bo kandydat nie ma obowiązku na takie pytanie odpowiedzieć. Za to może nagrywać rozmowę kwalifikacyjną na dyktafonie. Prawo jest tu konsekwentne i przemyślane: jeśli takie informacje prowadzą do podejrzenia dyskryminacji to należy je wykluczyć z zestawu dopuszczalnego pytań jakie przysługują pracodawcy, by mógł wyrobić sobie wystarczająco precyzyjny pogląd o przydatności zawodowej tego kandydata, ale nie mógł go dyskryminować.
Oczywiście – mogą zdarzać się w drodze wyjątku sytuacje, gdy np. pytanie o wyznanie jest zasadne, bo ma szczególne znaczenie w danej pracy na jaką prowadzona jest rekrutacja, ale wtedy zazwyczaj są jakieś przepisy prawa na które można się powołać w związku ze wspomnianym §4 omawianego artykułu Kodeksu Pracy.
Jeśli pracodawca nie pyta kandydata o przynależność partyjną lub związkową, to nie ma obawy że go odrzucił z powodu jego przynależności lub jej braku, albo że tego właśnie przyjął – dyskryminując innych kandydatów, dlatego właśnie prawo o to pytać zakazuje.

Niestety: w tej sprawie tak jak i w innych, jest totalna zgoda na samowolę pracodawców i (lub) podmiotów rekrutujących w ich imieniu lub za ich zapłatą. Parasol ochronny, przymrużenie oka, ciemne okulary, klapki na oczy… Po prostu: panuje bezprawie. Zdanie się na kulturę, na poziom moralny – w tym środowisku zazwyczaj zawodzi. Pracodawcy wszystko praktycznie „wolno” i wszystko praktycznie uchodzi mu bezkarnie. A to dlatego, że przeważnie – prócz elity super specjalistów których trudno jest zastąpić i których pracodawcy sobie „podkupują”, walczą o nich między sobą, kandydat jest w pozycji poddanego, niewolnika który nie ma żadnych praw ani głosu. Wie i rozumie swoją pełną zależność od grymasów pracodawcy, wie że na to miejsce jest bardzo wielu (dziś najczęściej kilkuset) innych kandydatów, często wcale nie gorszych niż on, dlatego nie protestuje, odpowiada na wszystkie najbardziej nawet żenujące, bezprawne i osobiste pytania, idzie na maksymalną ugodę ze sobą i swoją godnością osobistą, uśmiecha się udając luz, tańczy jak baletnica, kukiełka poruszana na sznureczkach przez lalkarza – by tylko tę pracę dostać, by zarabiać na utrzymanie, choćby jakiś czas…
Prawo tym, bardziej nie obowiązuje, im mniej się o nie upomina uprawniony; ostatecznie przecież nie ma żadnego obowiązku korzystania ze swoich praw…

Sytuacja całkowitej podległości, poddania ludzi poszukujących pracy najemnej jest oczywiście celowym i świadomym wytworem władzy. Cała ta szopka ze „sztuką pisania listów motywacyjnych” i życiorysów, sztuką wzajemnego oszukiwania się kandydatów i pracodawców – nie tylko jest idiotyczna, ale prowadzi wprost do zatrudniania ludzi najbardziej „sprytnych” i zarozumiałych, najmniej uczciwych, zamiast najbardziej kompetentnych w danym zawodzie i na konkretnym stanowisku. Daje to pewnie niezłą zabawę całkiem najczęściej nieprzypadkowym ludziom zatrudnianym w firmach rekrutujących pracowników. Niestety coraz częściej zdarza się, że kandydat wyłoniony w ponad miesięcznym procesie rekrutacji, po rozpoczęciu pracy okazuje się całkowicie nieprzydatny, bo w praktyce pracy już nie da się udawać, oszukiwać, grać jakiejś roli a tego właśnie uczy i oczekuje ta idiotyczna „maniera rekrutacyjna”. To oczywiście kompletnie sztuczny wymysł mający jedynie zniewolić tych co się jeszcze nie czują niewolnikami i przy okazji stworzyć nowe „pole biznesowe”, bez którego… także dałoby się wszystko załatwić, tak jak dotychczas było to załatwiane…

W całej tej sytuacji jest dla mnie coś tyleż absurdalnego co po prostu obrzydliwego.
To jeszcze jeden przykład działania ideologii Platformy Obywatelskiej; ideologii podporządkowania wszystkiego, nawet prawa – interesowi przedsiębiorców, interesowi biznesu, nawet gdy to prowadzi do absurdu i drastycznego łamania prawa, w tym przypadku Kodeksu Pracy.

Najbardziej denerwujące i jednocześnie szkodliwe społecznie jest moim zdaniem jednak to, że ten wymyślony przez Platformę Obywatelską system totalitarnego zniewolenia, związania i zakneblowania kandydatów i pracowników – nazywany jest „rynkiem pracy”.

Odwiedziny: