BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obowiązki państwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obowiązki państwa. Pokaż wszystkie posty

10/07/2012

Można - gdy się chce.

Motto: „Bardzo głodni ludzie prędzej czy później zjadają… kucharza.”
Gdy się nie chce – zawsze znajdzie się dobre usprawiedliwienie.

Skoro czołowi komentatorzy grzecznie zajęli się kolejnym planowanym tematem „taśm PSL” podrzuconym „mediom” przez politycznych administratorów „mainstreamu” – jak tłuczone kartofle ze śmietaną – do koryta, to znak że koniecznie trzeba się zająć… problemem skutków bezrobocia.
A problem narasta; wystarczy wspomnieć że wg danych GUS za czerwiec – stopa bezrobocia drgnęła zaledwie o 0,1% – pomimo, że to był przecież miesiąc „Euro 2012”, które miało zadziałać ożywczo i stymulująco na gospodarkę i zatrudnienie w Polsce. Trudno wątpić, że ten bodziec w postaci mistrzostw zadziałał – bo musiał zadziałać; tym bardziej niepokoi, że ożywienie powstałe dzięki temu tak łatwo zostało zneutralizowane przez negatywne czynniki pochodzące z gospodarki a zwłaszcza z antyspołecznej postawy Władzy. Przy tym mało mnie raczej pociesza, że inne partie, praktycznie nic nie mające do powiedzenia w polskiej polityce prócz ciągłego i nieraz wręcz żenująco „imbecylnego” bełkotu kilku nawiedzonych „działaczy” – są równie antyspołeczne co PO.
Niestety w sprawach bezrobocia władza stworzyła i rozwija szczególną „nowomowę biurokratyczną” – operującą hasełkami, utartymi a pustymi znaczeniowo zbitkami słownymi, uogólnieniami i stereotypami. To pozwala „cudownie” zapełnić sprawozdania, tworzyć masę pism „o niczym” pod hasłem np. „aktywizacja bezrobotnych”. Już samo paskudne i poniekąd obelżywe słowo-rusycyzm „bezrobocie” i pochodzące od niego idiotyczne wytwory np. „być na bezrobociu” – są wystarczającym przykładem trudnej rzeczywistości.
Rzeczywistym problemem obecnie staje się brak środków do podstawowego utrzymania się – osób pozbawionych możliwości zatrudnienia.

Pisałem o tym wielokrotnie, ale trzeba przypomnieć (są tacy „odporni” do których nie dociera).
Brak pracy dla osoby predysponowanej do pracy najemnej – jest już sam w sobie dużym problemem psychicznym, porównywalnym z reakcją człowieka zdrowego i czynnego zawodowo – przechodzącego na emeryturę; to szok który potrafi nawet „zabić” w przeciągu kilku miesięcy, czego niezliczone przykłady znamy wszyscy z „życia”.

Istotniejszy jest efekt materialny, o którym także już wiele razy pisałem i który nawet i bez tego jest po prostu oczywisty. Chodzi o kręgi zawodowo–towarzyskie diametralnie mi obce, więc – co o tym myślą ludzie władzy, czy sam ostatnio nieskory do wynurzeń, czyli mówiąc kolokwialnie zachowujący się jak typowy „buc” (na zasadzie definicji tego określenia wypracowanej przy okazji „sprawy Oleksego”) sam „herszt” – nie potrafię się nawet domyśleć: zapewne jest to coś skrajnego, ale głupota… czy zdziczenie…?
Poza problemem samopoczucia psychicznego, poczucia wartości czy godności – co równie dotyka młodych i starszych, jest przecież banalny ale zasadniczy problem podstawowych kosztów utrzymania. Jest to ważne nawet i nie tylko na płaszczyźnie osobistej i prywatnej, ale też ma związek z definicją ustawową osoby bezrobotnej, która ma z definicji nie posiadać dochodów pochodzących z wynagrodzenia, ale też i zachowywać przez całe lata (przeciętnie w grupie 50+ już nawet ponad 3 lata bezowocnego poszukiwania zatrudnienia) zdolność i gotowość do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze pracy przewidzianym dla danego zawodu. O „cudach życia za darmo” także już pisałem kilkakrotnie.

Jak podają dane GUS – dostępność czasowego zasiłku dla bezrobotnych nawet spadła; jeszcze niedawno było to statystycznie 20% bezrobotnych, jacy w chwili zarejestrowania uzyskiwali prawo do czasowego zasiłku. Dziś dane wskazują, że jest to statystycznie 17%. Taka zmiana jest oczywista gdy w aspekcie Art. 71 Ustawy o promocji zatrudnienia weźmiemy pod uwagę stopniowe i stałe wydłużanie się średniego czasu pozostawania ludzi bez pracy, bezskutecznego zabiegania o zatrudnienie. Bo człowiek dziś – jak przedmiot – jest „wykorzystywany”, „użytkowany” przez pracodawcę, albo spoczywa bezczynnie, i jego wpływ na to jest podobny do wpływu każdego przedmiotu na swój stan. Oznacza to, że ze 100 osób rejestrujących się jedynie 17 otrzymuje prawo do – czasowego z zasady – zasiłku, maksymalnie do 6 miesięcy a w niektórych przypadkach maksymalnie do 12 miesięcy po czym prawo do zasiłku automatycznie wygasa, niezależnie od dalszego braku pracy.
Więc z czego ludzie ci mają się utrzymywać – w zamiarze Rządu. Bo przecież ludzie ustalający takie zasady, ustalający przepisy, autorzy projektu ustawy oraz politycy dziś akceptujący jej obowiązujące zapisy – musieli odpowiedzieć sobie jakoś na to pytanie zanim ustawa weszła w życie. Aż takich „idiotów” tam nie ma, by wierzyli w „życie za darmo” a tym bardziej w „gotowość do podjęcia pracy – bez jedzenia i ubrania” albo choćby w „rzeczywistą pomoc społeczną” – która jest straszliwym, karygodnym „bagnem” wymagającym natychmiastowego i zasadniczego zreformowania, ale z pewnością środków na utrzymanie dostarczającym jedynie swoim pracownikom i dyrektorom a nie bezrobotnym czy potrzebującym pomocy.
Nie widzę innego wyjaśnienia, niż to, że obecny stan jest w pełni znany i akceptowany przez władzę, bo gdyby tak nie było – zostałby on natychmiast zmieniony. A przecież ten „obecny stan” jest społecznie ani nawet humanistycznie nieakceptowalny, woła o pomstę już nie tylko do Nieba ale i wręcz banalnie – do prokuratury!

Podstawowym przepisem hamującym użycie środków Funduszu Pracy na pomoc w utrzymaniu gotowości do pracy osób bezrobotnych – jest Art.71 Ust.1 Pkt 2 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Rozumie się „samo przez się” – że intencją tego przepisu było zrównoważenie Funduszu Pracy tak, by sterować wypływem środków w stosunku do ich napływu ze składek płaconych obowiązkowo przez przedsiębiorców zatrudniających pracowników.
Pomijam tu oczywiście niepojętą ingerencję Ministra Finansów Vincenta Rostowskiego w Fundusz Pracy tak jakby był on częścią budżetu państwa a nie celowym funduszem społecznym przeznaczonym na walkę ze skutkami bezrobocia i pozostającym nominalnie w dyspozycji Komisji Trójstronnej. Mam na myśli oczywiście skandaliczne „okrojenie” budżetów Powiatowych Urzędów Pracy przez Ministra Finansów w 2011 i 2012 roku, oraz „zamrożenie” środków Funduszu w wysokości ok. 5.5 miliarda złotych w związku z „potrzebami ministerstwa finansów”. Powoduje to całkowity brak pomocy dla bezrobotnych, poza wypłacaniem nielicznych zasiłków oraz składek na ubezpieczenie zdrowotne dla bezrobotnych, jakichś niemrawych szkoleń dla nielicznych, szkoleń do niczego nie prowadzących. Jeśli np. PUP w Szczecinie w ciągu roku organizuje szkolenia (kursy) w dużej mierze dotowane z funduszy unijnych dla np. 420 osób łącznie, podczas gdy liczba osób bezrobotnych zarejestrowanych w mieście rośnie i dochodzi do 19.000 osób – jest to przysłowiowa „kropla w morzu potrzeb” – tym bardziej, że tutaj zostawia się absolwentów takich kursów samym sobie bez żadnej następującej po nich pomocy a ponadto kursy te są tak organizowane, że nie mogą spełnić roli przekwalifikowania wiarygodnego dla pracodawców.
Antyspołeczna władza instrumentalnie wykorzystuje sytuację, najczęściej w taki sposób, że gdy trzeba usprawiedliwić jakieś „wpadki”, bezczynność lub niekompetencję, albo –

ZAMASKOWAĆ PRZED OPINIĄ PUBLICZNĄ SKUTKI DZIAŁANIA WDRAŻANEJ TERAZ IDEOLOGII, KTÓRA NIE BYŁA W KAMPANII WYBORCZEJ DO PARLAMENTU UJAWNIONA SPOŁECZEŃSTWU.
IDEOLOGIA TA – TO POŚWIĘCENIE WSZYSTKIEGO, WŁĄCZNIE Z LOSEM CZY NAWET ŻYCIEM MILIONA LUDZI – NA RZECZ BUDOWY INDYWIDUALNYCH MAJĄTKÓW CZŁONKÓW „ELITY”.

– to mówi się o „kryzysie globalnym” który wszystko usprawiedliwia, natomiast gdy władza potrzebuje pochwały, atutu – nagle kryzys przeradza się w „zieloną wyspę” europejską akurat tożsamą z „naszym” państwem, to znaczy państwem Platformy Obywatelskiej z którego ruguje się obywateli – osoby w wieku 50+ (jak to mawiał filmowy Kazimierz Pawlak (nie mylić z ludowym Panem Waldkiem) – „choćby ty i zdrów – w ziemię leź”…

Niezbędna jest realna pomoc materialna dla długotrwale pozbawionych zatrudnienia a przedmiotowa ustawa ją wyklucza.
Jeśli jednak tak wiele niepopularnych działań rządu usprawiedliwia się „kryzysem” to i tak samo usprawiedliwione by mogło być zawieszenie lub czasowe uchylenie wspomnianego przepisu a nawet wprowadzenie zasady rejestrowania jedynie faktycznie bezrobotnych, egzekwowanie odpowiedzialności materialnej za nadużycia czy wyłudzenia pod tym względem oraz automatyczne przyznawanie zasiłku każdemu rzeczywistemu bezrobotnemu wraz z realną pomocą w przełamaniu oporów pracodawców w sprawie ich zatrudniania. Jeśli jest kryzys to opanowanie jego skutków wymaga solidarności społecznej oraz realnej walki z przyczynami lokalnymi (wiadomo że globalizacja – „globalizuje” problemy niejako eksportując je do miejsc w których normalnie mogłyby się nie pojawić, ale jednocześnie powinna usprawiedliwiać działania solidarnościowe społecznie niezbędne dokonywane nawet tymczasowo wbrew logice ekonomicznej. Jest miejsce na inicjatywy lokalne, lokalne w skali Unii ale i lokalne w skali kraju, dlatego pomimo globalizacji w różnych miejscach jest nieco inna sytuacja, mniej lub bardziej dotkliwa dla społeczeństwa. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że globalizacja nie eksportuje tego co dobre; osiągnięć, sukcesów a jedynie klęski i wypaczenia lub ich skutki… Tu kapitalną rolę odgrywa nastawienie ideologiczne lokalnego rządu państwa unii, po prostu – realizowana tam ideologia polityczna i wynikająca z niej polityka gospodarcza i społeczna. Niestety tu coraz jaskrawiej wychodzi na jaw antyspołeczna ideologia Platformy „obywatelskiej” – skrywana dotychczas skutecznie przed tym durnym społeczeństwem, straszonym na dodatek dla lepszego efektu wyborczego „złym szeryfem”… (głosujcie na nas bo jak nie to do władzy dojdzie… jeszcze gorszy; Kaczyński, Ziobro, Miller, Korwin-Mikke…)


Co do różnic lokalnych trzeba wspomnieć tu o skutkach dużej reformy administracji państwa. Powołanie powiatów i tzw. administracji zespolonej uczyniło Polskę w zasadzie państwem samorządu lokalnego. To w sferze kompetencji bo inną sprawą jest częsty brak źródeł finansowania działalności jaką Państwo przesuwa do sfery samorządności lokalnej.
W aspekcie bezrobocia różnice są jednak kolosalne co widać już przy pobieżnym zapoznaniu się z działaniami poszczególnych Powiatowych Urzędów Pracy. Z jednej strony mamy straszliwy marazm, bezwład i brak inicjatywy – jak w szczecińskim PUP – za który odpowiada Prezydent Miasta Szczecin (ponoszący odpowiedzialność za wykonywanie zadań jakie ustawa o promocji zatrudnienia narzuca starostom). Z drugiej strony – przypadek Jarocina opisany niedawno przez Gazetę Jarocińską a rozpropagowała obecnie (i słusznie) Gazeta Wyborcza. Chodzi tu o specjalny program opracowany przez Jarociński Powiatowy Urząd Pracy dla bezrobotnych w wieku powyżej 50 oraz poniżej 30 roku życia, dofinansowany z rezerwy Ministra Pracy. Program przede wszystkim wyróżnia się kompleksowością. Program jest (trwa do końca października) skierowany do młodych z gmin wiejskich wokół Jarocina, z terenu na którym są poważne problemy komunikacyjne, dlatego postanowiono kupić zainteresowanym bezrobotnym rowery, jako środki komunikacji pozwalające na dojazd do nowej pracy. Program ma także zapewnić wdrożenie tych osób do używania i praktycznego posługiwania się sprzętem informatycznym i Internetem, gdyż jest to uznawane za warunek powodzenia na rynku pracy, umiejętność niejako niezbędna i powszechnie wymagana, dlatego w ramach programu postanowiono wyposażyć uczestników w iPady. To kosztuje, ale zapewnia realny i trwały efekt; w tym kraju zmarnowano już ogromną górę pieniędzy na kursy które do niczego nie prowadziły i nie pozostawiały żadnego trwałego śladu jeśli nie liczyć majątku ich organizatorów a przede wszystkim nie prowadziły do żadnej zmiany w sensie trwałego zatrudnienia osób szkolonych. Kilkakrotnie także już pisałem o tym od września ub. r. – nazywając to wręcz „żerowaniem” pewnej grupy prywatnie i na własny rachunek działających organizatorów, na pomocy przeznaczonej dla bezrobotnych, ale tak by bezrobocia nie zmniejszyć. Tu wreszcie odwrotnie: zakup rowerów związany był z cyklem szkolenia w postaci m. in. modułu dotyczącego ruchu drogowego a to niewątpliwie będzie miało długofalowy skutek wychodzący poza ten program.

Wreszcie to o co postulowałem niemalże od roku: w ramach programu w ostatnim jego etapie – dla wszystkich uczestników zapewniono „ciąg dalszy” w postaci staży zawodowych: część absolwentów ma zatrudnić lokalny samorząd na zasadach „prac interwencyjnych i robót publicznych” a więc około 50% dotacji do zatrudnienia. Pozostałe osoby będą zatrudniane na staże przez firmy prywatne na zasadzie umowy z PUP na okres co najmniej 4 miesięcy ale, co ważne – w ramach uczestnictwa w programie, staże te występują jako jego integralna część. Ta zasada by zatrudnienie choćby na kilkumiesięczny staż było absolutnym standardem tego typu pomocy, o czym pisałem od dawna – wreszcie zaczyna pojawiać się w innych podobnych projektach a jest to wręcz niezbędne.
Dotychczas bezrobotni po ukończeniu kilkutygodniowego zaledwie programu powracali do rejestru Urzędu Pracy beż żadnej propozycji pracy ani innej dalszej pomocy Urzędu, natomiast szkolenia były zbyt krótkie by przekonać pracodawców do tak zdobytych nowych kompetencjach, więc człowiek taki pomimo wydania na rzekomą pomoc dla niego sporych nieraz pieniędzy, często z funduszy unijnych – bardzo szybko powracał do stanu sprzed udziału w programie, zapominał wiedzę teoretyczną bez możliwości jej praktycznego zastosowania.

W przypadku Jarocina mamy więc wreszcie program trwający bez przerwy 10 miesięcy, program dający szansę ogromnego rozwoju osobistego „szczęśliwców” którzy się tam zakwalifikowali, a w efekcie ostatecznym – trwałego wykreślenia ich z rejestru bezrobotnych przez rzeczywiste wzmocnienie ich pozycji na „rynku pracy”.
Świetna inicjatywa lokalna finansowana z budżetu własnego oraz dofinansowana z rezerwy Ministra Pracy. Jest tu ważne, że można – ktoś musiał po prostu chcieć, włożyć jakiś wysiłek organizacyjny, zadbać o szczegóły, o mądry pomysł… Wracamy tu do punktu wyjścia: i w kryzysie – można – jeśli się chce! Władza lokalna wybrana przez społeczność – wypełniła swoją rolę służebną, rolę mądrego i odpowiedzialnego organizatora. Jest miejsce na inicjatywę lokalną. Władze lokalne pochodzą z wyborów albo inaczej są (mogą być) poddane bezpośredniej ocenie publicznej przez mieszkańców. Dlatego aktywność wyborców, mieszkańców – napędza działania społecznie potrzebne na danym terenie.

Jestem przekonany, że jest sens budzenia świadomości lokalnej, poczucia własnego wpływu na sprawy miasta czy powiatu, wpływu także poprzez „akt wyborczy” czy dokładniej poprzez wybór osób, fizycznych osób i ich cech działalności czy charakteru – które w wyniku wyborów będą wyposażone w odpowiednie kompetencje i misję reprezentowania interesów określonego środowiska wyborców. Jestem pewien, że politycy czy radni miejscy, którzy dziś wykazują się całkowitą obojętnością na społeczne skutki lokalnie widzianego bezrobocia, na los tych tysięcy ludzi balansujących dziś na krawędzi „śmietnika” i walczących codziennie o fizyczne przetrwanie, o przyjęcie do jakiejkolwiek (możliwej dla nich do wykonywania) pracy; – że osoby dziś obojętne na bezczynność, marazm, biurokratyczne skostnienie Urzędu Pracy obwarowanego niczym zamczysko murem obronnym – przepisami durnej ustawy – nie maja prawa liczyć na ponowny wybór na jakiekolwiek stanowiska publiczne.

28/04/2012

Jeśli aktywizacja – to nieaktywnych, czyli pracodawców a nie bezrobotnych!.

W sprawach pracy, czy ogólniej – zatrudnienia, wytworzony został specyficzny język urzędniczy, niestety bezkrytycznie przejmowany przez prasę a także i wnikający tym łatwiej do mowy potocznej. Zjawisko jest typowe i dość banalne, co nie znaczy, że nie podlega krytyce. Pisałem już kilka razy na temat różnych aspektów, widząc w tym celowe i świadome działanie władzy, przede wszystkim w sferze propagandowego zaciemniania, czy celowego manipulowania opinią publiczną przez powołane do tego służby państwowe i wolontariat partyjny zacietrzewionych działaczy, potencjalnych następców niejakiego Cyby. Po drugiej stronie idiotycznej, gówniarskiej barykady – podobnie, tyle że służb jakby mniej i dostęp do mediów coraz gorszy…
Dziś jednak myślę, że przesadziłem nieco; propaganda, socjotechnika – owszem, ale nie można nie doceniać urzędniczej inwencji własnej w tworzeniu specyficznego języka bełkotu i nowomowy. Nie mam tu jednak na myśli naukowego intelektualnego bełkotu jajogłowych – w wydaniu choćby dr Boniego a raczej ten specyficzny język urzędolenia właściwy „dobrze osadzonym”, pewnie się czującym urzędnikom państwowym na szczeblu np. departamentu ministerstwa.

Pisałem niedawno kilkakrotnie do Ministra Pracy, przesyłając swoje uwagi na temat zmiany wieku emerytalnego zwanej górnolotnie „reformą emerytalną”, także i w sprawie bezrobocia w ogóle i otrzymałem od urzędnika ministerialnego ciekawe pismo mogące być tu doskonałą ilustracją powyżej wyrażonych tez.
Powrócę do tego wkrótce w oddzielnym omówieniu a dziś chciałbym się zając tym stwierdzeniem, które stało się powszechnie używanym zwrotem, mimo że jest całkowicie bezsensowne.

Aktywizacja bezrobotnych.
Ludzie dzielą się na osoby w wieku produkcyjnym oraz w wieku nieprodukcyjnym. Osoby w wieku produkcyjnym dzielą się na aktywne zawodowo i nieaktywne zawodowo. Osoby aktywne dzielą się na zatrudnionych (pracujących) i bezrobotnych, czyli niezatrudnionych (niepracujących). Osoby bezrobotne są więc aktywne zawodowo tyle, że chwilowo niezatrudnione z jakichś (niezależnych od siebie) powodów.
Zadaniem Powszechnych Służb Zatrudnienia jest wspomóc te osoby w znalezieniu zatrudnienia dopóki są one aktywne, gdyż brak zatrudnienia wiąże się z brakiem dochodu na podstawowe utrzymanie, a ten – powoduje dezaktywizację, potem upadek do poziomu kloszarda, bezdomność, – co jest równoznaczne z całkowitą i z czasem nieodwracalną dezaktywacją zawodową, a ostatecznie i dość szybko – także „życiową”.
Czyli po prostu – śmiercią „na śmietniku”.
Osoba pozbawiona zatrudnienia mająca status bezrobotnej jest więc aktywna.
Dowodzi tego także treść ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która zawiera w sobie definicję osoby bezrobotnej. Definicja jest bardzo obszerna, ale jednym z podstawowych w niej wyróżników osoby bezrobotnej jest to, że musi być stale zdolna i gotowa do natychmiastowego rozpoczęcia pracy zawodowej w pełnym wymiarze przewidzianym dla specyfiki danego zawodu. Osoba bezrobotna musi natychmiast po otrzymaniu od pośrednika pracy skierowania do odpowiedniej pracy skontaktować się z ogłoszeniodawcą poszukującym pracownika i po ewentualnym zaakceptowaniu jej kandydatury, natychmiast tę pracę podjąć, dlatego też właśnie musi być „zdolna i gotowa” rozpocząć pracę, co jest równoznaczne z właściwym poziomem aktywności. Prócz tego sama z własnej inicjatywy codziennie poszukuje możliwości zatrudnienia, reagując na tzw. „otwarte” oferty pracy itp. Mówi się potocznie, że „bezrobocie to zajęcie na pełny etat”. Jeśli ktoś nie jest w tym sensie aktywny, to nie spełnia wymogów definicji bezrobotnego, wiec nie jest tematem tego rozumowania. Wydaje się oczywiste, że żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu z osobą brudną, śmierdzącą śmietnikiem, zawszoną, a nawet choćby nieogoloną, w brudnym ubraniu, sprawiającą wrażenie totalnego zagubienia i niesamodzielności. To nie jest tak, że osoba bezdomna z powodu braku dochodów, mieszkająca w kanałach ciepłowniczych na snopku słomy, rano wstanie, otrzepie się z tej słomy i pójdzie na rozmowę kwalifikacyjną o przyjęciu do pracy. Pozostawanie bezrobotnym wymaga posiadania dochodu pozwalającego na minimalne utrzymanie.
My tu jednak mówimy o bezrobotnych, a więc spełniających podstawowe kryteria.
Jak więc urzędnik z PSZ chce „aktywizować” kogoś kto w myśl ustawy jest i musi być aktywny – nie wiadomo. Jak – no i po co.

Co ciekawe nikt nie wspomina o tym, że może by raczej watro spróbować aktywizować tych nieaktywnych zawodowo (osób niepracujących, niezarejestrowanych i aktualnie nieposzukujących pracy).
Durne określenie jednak upowszechniło się, dlatego niemalże powszechnie już słyszy się o „aktywizowaniu bezrobotnych”. Dla osób bezrobotnych zmagających się z problemami codziennymi jest to irytujące a czasem może nawet obraźliwe…
Podkreślam tu słowa „słyszy się” gdyż o tym faktycznie można wyłącznie usłyszeć (lub przeczytać, – co na jedno wychodzi). To jest to, co urzędnicy lubią najbardziej: gadać na konferencjach i pisać w sprawozdaniach. Ale bezrobocie generalnie rośnie, działania dalej są pozorne, ostatnio może się nieco ustabilizowało „procentowo”, w każdym razie wyraźnie nie maleje, co świadczy o skutkach tego „aktywizowania bezrobotnych”. Świadczy o skutkach, – że istotnych skutków brak…
Przy okazji warto więc poruszyć tu jeszcze dwa aspekty tej sprawy.

Po pierwsze;
Jeśli osoba zarejestrowana jako bezrobotna ma zachowywać aktywność, czyli zdolność do znalezienia i (lub) podjęcia odpowiedniego zatrudnienia – musi mieć dochody. Środki niezbędne do zaspokojenia tych podstawowych potrzeb, jakie warunkują jej „aktywność”, zdolność do podjęcia pracy. Takie środki mogą pochodzić na przykład z zasiłku dla bezrobotnych. Tyle, że ze względu na obowiązujące ograniczenia ustawowe – zasiłek dla bezrobotnych po pierwsze jest tylko czasowy, krótkoterminowy, a po drugie warunki do jego przyznania spełnia jedynie (statystycznie) 20% osób rejestrujących się w Urzędach Pracy.
Ustawa tworzona była w 2004 roku, więc dotyczyła zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej i społecznej. Od tego czasu znacznie wydłużył się okres bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia. Pogorszyła się sytuacja szczególnie niektórych grup społecznych, na przykład dramatycznie spadły szanse osób w wieku po 50 roku życia (ale oczywiście przed wiekiem emerytalnym, bo tylko oni są bezrobotnymi) na znalezienia zatrudnienia dającego choćby minimalny ustawowo określony dochód. Uważam za całkiem możliwe, (choć nie wydaje się to warte dokładnego sprawdzania na potrzeby takiego jak ten felietonu), że w 2004 roku okres do 12 miesięcy wydawał się aż nadto wystarczający nie tylko na znalezienie dla osoby bezrobotnej zatrudnienia, ale i na przekwalifikowanie tej osoby do innej pracy. Był to zresztą czas spadającego bezrobocia, sytuacja optymistycznie nastrajająca, gdy stopa bezrobocia spadała stale, w 2007/8 roku osiągając wartość średnio około 10% a lokalnie znacznie mniej, jak w Warszawie – gdzie ilość aktywnych w danym dniu ofert pracy często przekraczała 2000.
Lecz dziś czas poszukiwania zatrudnienia, szczególnie dla wspomnianej grupy osób – jest znacznie dłuższy, o wiele dłuższy niż maksymalny czas otrzymywania zasiłku, o ile ktoś go otrzymuje.
Wydaje się więc oczywiste, że przedmiotowa ustawa wymaga natychmiastowej nowelizacji dotyczącej urealnienia (w tym wypadku – wydłużenia) okresu wypłacania zasiłku dla bezrobotnych, osobom które są rzeczywiście bezrobotne.

Jest tu jeszcze inny problem; tak zwany warunek 12/18 zawarty w ustawie (Art. 71, ust.1 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy). Nie bardzo wiem, jakie warunek ten mógłby mieć początkowe uzasadnienie, jednak jest pewne, że nie jest to uzasadnienie dobre na czas takiego kryzysu i tak dramatycznej sytuacji pewnych grup osób, a to właśnie z jego powodu na pomoc finansową w utrzymanie się w stanie aktywności może liczyć zaledwie średnio 20% rejestrujących się a znacznie mniej – przy kolejnej rejestracji drugiej i dalszych, jeśli okres zatrudnienia trwał krócej niż 12 miesięcy i (lub) nie generował wpłacania składki na Fundusz Pracy związanej z zatrudnieniem tej właśnie osoby.
W związku z takim kryzysem i takimi jak to zapisano w Konstytucji obowiązkami państwa wobec obywatela, wydaje się oczywiste, że wspomniany warunek nabycia prawa do zasiłku dla bezrobotnych w ogóle powinien zostać czasowo (na czas kryzysu) wyłączony (uchylony) a także bezterminowy powinien być czas funkcjonowania prawa do zasiłku przy braku ofert pracy.
Po prostu; przychodzi bezrobotny i dostaje albo ofertę odpowiedniej pracy, albo zasiłek. Alternatywnie – to Skarb Państwa powinien opłacać (o ile uznać to z jakiegoś formalnego powodu za konieczne) składkę za osobę bezrobotną na Fundusz Pracy w okresie jej pozostawania bezrobotną, tak by wymóg ustawowy Art. 71 był zawsze spełniony.
Zmiany wymagałoby wiele szczegółów dotyczących bezrobocia, np. dokumentowania aktywności osoby bezrobotnej oraz jej stałej weryfikacji, by uniknąć nadużyć. Także i odpowiedzialność za wyłudzenia nienależnych świadczeń powinna być poważniej traktowana i bezwzględniej karana. Zmiany takie powinny wprowadzić zdecydowany element rozliczenia Urzędów Pracy z ich skuteczności, czyli element zainteresowania urzędników skutkiem ostatecznym swych działań, bo w chwili obecnej takiego zainteresowania całkowicie brak.
Reasumując, – jeśli osoba bezrobotna ma być zdolna do podjęcia pracy – musi mieć minimalne dochody powalające jej utrzymać się w tej wymaganej gotowości. Środki te maja pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych w związku z tym niezbędne jest znowelizowanie zasad jego przyznawania.

To może jest dla niektórych zaskakujące, ale teraz w naszym kraju tak nie jest; jest bezład, tumiwisizm, dezorganizacja, fikcja, bezduszność, głupota i urzędowy pic-fotomontaż.
O różnych aspektach bezrobocia pisałem wielokrotnie we wcześniejszych felietonach.

Po drugie natomiast;
Pomijając już szczegóły nieporozumienia dotyczącego opisanej powyżej „aktywizacji bezrobotnych”, – co jest absurdem, trzeba też wspomnieć o innym absurdzie w tym zawartym. Prócz „aktywizacji bezrobotnych” funkcjonuje jeszcze bardzo wiele takich bezwartościowych hasełek urzędniczej nowomowy, maskujących pustkę i bałagan, jaki się za nimi kryje: „szukanie pracy”, „dawanie pracy”, „instrumenty rynku pracy” itp. Wszystko wskazuje na fakt, że sprawy bezrobocia nie powinny być przedmiotem działalności urzędniczej urzędników państwowych, bo zawsze urzędnicza mentalność doprowadzi tę dziedzinę do absurdu, a może raczej związków zawodowych – na zasadach, na jakich doskonale działa to w Danii.
Jedno jest w naszych warunkach najistotniejsze: człowiek jest zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Pracownik jest poszukiwany w sensie oferty zatrudnienia osoby potrzebnej przedsiębiorcy a nie sam szuka zatrudnienia które nie istnieje jako potrzeba pracodawcy. Ideologia wszystko dziś oddała przedsiębiorcom, pracodawcom, włącznie z inicjatywą zmian w prawie pracy na korzyść pracodawców – po wyrugowaniu z życia społecznego i zmarginalizowaniu dotychczasowych związków zawodowych.
I właśnie w związku z tym, co prawda całkowita bierność bezrobotnego nie jest usprawiedliwiona, ale z drugiej strony jego „szukanie pracy” nawet i przez wiele lat nic nie da, jeśli tej pracy w sensie wolnych miejsc pracy – nie będzie. Chodzi o to, że w naszej wyniszczonej przez władzę po 1989 roku gospodarce po prostu brakuje ogromnej liczby miejsc produktywnej pracy, z której każdy, kto chce mógłby zarobić na swoje potrzeby stosownie do swoich możliwości i chęci. Tylko taka sytuacja będzie godna określenia „rynek pracy”.
A teraz – „aktywizowanie bezrobotnych” jest durnym wymysłem urzędniczym mającym zamaskować stan faktyczny, ponieważ – żeby nie wiedzieć jak bardzo aktywny był bezrobotny i tak nie znajdzie miejsca pracy – którego nie ma, które zostało zniszczone i nie zastąpione innym. Jeśli ma on wiek ponad 50 lat – i tak nie zmusi ani nie skłoni dziś pracodawcy do zatrudnienia go, jeśli nawet odpowiednie dla siebie potencjalne miejsce pracy znajdzie i będzie idealnym kandydatem. Bo ludzi w wieku 50+ „…się nie zatrudnia”!
Więc to może raczej gospodarkę trzeba aktywizować, aktywizować i szkolić przedsiębiorców tworzących miejsca pracy, stymulować rozwój lokalnego przemysłu wytwórczego zamiast wspierania importu gotowych wyrobów z Unii tak by powstawały nowe miejsca pracy w przemyśle krajowym, aktywizować przemysł – a nie bezrobotnych?

Ja wiem; ministrowi pracy Kosiniak Kamyszowi i jego urzędnikom aktywizować bezrobotnych jest dużo łatwiej…
To śmiało można robić na papierze, za swoim wygodnym biurkiem, przy świeżo zaparzonej kawie, w budynku o grubych ścianach dobrze izolujących od świata zewnętrznego…

28/03/2012

47.
Socjalistyczny „rynek pracy” w Polsce.

Zastanawiając się – w aspekcie tego co napisałem w poprzednim artykule pt.
Bezrobocie - niewygodna dla władzy prawda – co jest najpoważniejszą przyczyną bezrobocia, trzeba brać pod uwagę cały ciąg faktów nawzajem na siebie się nakładających i powiązanych związkiem skutkowo - przyczynowym. Nie ulega jednak wątpliwości, że to brak ilościowy i jednocześnie - „rodzajowy” miejsc pracy. To z kolei wynika z całkowitej anarchii gospodarczej lat 90-tych, rządu Tadeusza Mazowieckiego i następnych, gdy nastąpiła lawinowa likwidacja krajowego przemysłu, porzucanego niejako przez państwo na żer cwaniaków posiadających jakieś zasoby kapitałowe (często absolutnie podejrzanego pochodzenia), jakichś „dzikich prywatyzacji” najczęściej tylko po to by doprowadzić do upadłości i na tej upadłości zarobić, a zarobione tak pieniądze znów „zainwestować” w doprowadzanie do upadłości kolejnej firmy. Później – eksces rządów premiera Bieleckiego, z jego kultem „niewidzialnej ręki”…

Trzeba przyznać, że rząd Tuska przejął ten stan jako schedę przeszłości, ale nie potrafił zaradzić jego skutkom społecznym. Polska stała się wielkim odbiorcą dóbr wyprodukowanych za granicą, szczególnie co do gałęzi produkcji najbardziej zniszczonej niedbalstwem czy sabotażem… Można tu faktycznie zastanawiać się nad rolą obcej agentury gospodarczej i lobbingowej w stworzeniu takiego stanu gospodarki, opartego na nabywaniu produktów które mogłyby być z łatwością wytwarzane w kraju; zgodnie ze starą zasadą prawa rzymskiego, że „winien (najbardziej podejrzany) ten - co najwięcej na przestępstwie zyskał”, a zyskał obcy kapitał i pojedyncze osoby „z kręgu władzy” w Polsce.

Mniejsza jednak o to.
Dziś walcząc o rozwój gospodarki, przedsiębiorczości – który niewątpliwie przecież następuje – nie można jednak zapominać o tych ofiarach przemian, lekko licząc setkach tysięcy czy milionie (wśród 2,3 miliona zarejestrowanych bezrobotnych) ludzi w wieku z powodu którego nie mogą uzyskać żadnego zatrudnienia, zawsze przegrywając konkurencję w młodszymi, lepiej wykształconymi albo po prostu lepiej „ustosunkowanymi” niż oni. Dlatego właśnie skupiam się na tym wybranym sektorze bezrobocia: osobach bez szans, w wieku niepozwalającym na uzyskanie zatrudnienia (przeciętnie 45/50 – 60/65 lat).

Trzeba tu poruszyć dwie kwestie zasadnicze: dlaczego ludzie ci nie mogą znaleźć zatrudnienia oraz jakie to ma skutki jednostkowe i społeczne.

Co do tego pierwszego tematu; analizując oferty pracy łatwo dojść do wniosku, co jest kluczem zatrudniania dziś; to KOSZT. Jest to związane z absurdalnym systemem przywilejów, regulacji – które stawiają niektóre osoby w lepszym położeniu na tzw. „rynku pracy” a jedynym czynnikiem decydującym o pozycji człowieka jako potencjalnego pracownika – jest koszt jego pracy.
Co ciekawe – co świadczy o zaściankowości i prymitywizmie przedsiębiorców – zysk z pracy człowieka zatrudnionego, wytwarzana przez niego wartość jest dla nich czymś oczywistym i zupełnie nie rekompensuje kosztu; jeśli przykładowo człowiek swoją pracą wytworzy przychód 15 albo 30 tysięcy to jest absolutnie normalne, ale konieczność odliczenia od tego 700 czy 800 zł kosztu pracy jest dla buraka-przedsiębiorcy w obu przypadkach takim samym dramatem. Punkt widzenia ludzki czy społeczny jest dla przedsiębiorców absolutnie niedostępny, raczej postawa najbardziej prymitywnego wyzysku, przywodząca na myśl dziewiętnastowieczne początki kapitalizmu a nie jego formę oczekiwaną od dwudziestego pierwszego wieku.

Pierwsza grupa osób szczególnie traktowanych to osoby niepełnosprawne. Osoby te z zasady nie są przez pracodawców doceniane, ale ich zatrudnianie po prostu opłaca się. Wynika to z ustawy o PFRON, której filozofię można streścić następująco: państwo nie ma zamiaru „utrzymywać” osób niepełnosprawnych, dlatego jeśli pracodawcy nie chcą zatrudniać tych osób, to oni maja je utrzymywać. Ustala się obowiązkową wpłatę („haracz”) od każdego większego pracodawcy na rzecz funduszu osób niepełnosprawnych, od którego można się uwolnić jedynie zatrudniając takie osoby. Ustala się też obowiązkowy limit ilościowy (procentowy) zatrudnienia osób niepełnosprawnych i wspomniany obowiązkowy „haracz” umniejsza się stosownie do stopnia realizacji tego limitu. Słowem – każda zatrudniona osoba niepełnosprawna powoduje proporcjonalne do narzuconego limitu umniejszenie obowiązkowej wpłaty na PFRON, czyli – zmniejsza koszty.

Nie oceniam tu tego rozwiązania choć wydaje się ono niewspółczesne i wymagające modernizacji; są możliwe inne sposoby rozwiązania problemu pracy osób niepełnosprawnych. Trzeba tu zauważyć, że jest to słuszna, ale jednak ewidentna interwencja państwa w funkcjonowanie rynku pracy, stawiająca „rynek” pod znakiem zapytania. Jeśli jest więc narzucony poziom kosztu, a można go uniknąć lub umniejszyć, to pracodawcy robią wszystko by z tego skorzystać, preferując osoby niepełnosprawne nawet często wbrew ich interesowi czy podstawowej logice myślenia. Ofert pracy dla osób niepełnosprawnych jest dużo i dotyczą one absurdalnie takich prac jak ochrona oraz sprzątanie obiektów. Znakomita większość ofert zatrudnienia na stanowisku ochrony obiektu zawiera wymóg posiadania przez kandydatów orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Nikogo nie dziwi, że funkcja z zasady wymagająca szczególnej sprawności, posiadania przynajmniej potencjalnych możliwości emanujących z wyglądu i postawy człowieka - mającego za zadanie utrzymać pewien porządek, podporządkować sobie osoby skłonne do niewłaściwego zachowania itp. – jest powierzana osobie o której z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że są niepełnosprawne fizycznie, czyli że można je śmiało ignorować. Podobnie i z pracą osób sprzątających; zadania wymagające tężyzny, szczególnej właśnie sprawności i poczucia równowagi przy pracy na drabinie – powierzana jest osobom niepełnosprawnym tylko dlatego, że jest wówczas tania; eliminacja składki na PFRON, inne dotacje i dofinansowania dla pracodawcy z funduszu PFRON, niskie pensje dla pracujących. Oczywiście nikt rozsądny nie zazdrości osobom niepełnosprawnym pracy bo i nie zazdrości im niepełnosprawności, zresztą wiadomo że fakt pracowania i osiągania dochodów jest bardzo ważny psychologicznie dla tych osób, faktem jednak jest i to że sytuacja ma cechy absurdu.

Druga grupa to pracujący emeryci. W istniejącym stanie prawnym osoby w wieku emerytalnym mogą pracować zarobkowo i osiągać dochody bez limitu jednocześnie pobierając emeryturę. Osoby takie są chętnie zatrudniane bo zadowalają się wtedy dużo niższą płacą niż te dla których miałoby to być jedynym dochodem na utrzymanie. Równie chętnie zawiera się z nimi umowy cywilne o wykonywanie cyklicznych zadań, bo w pewnych warunkach nie ma obowiązku odprowadzania za nie składek ubezpieczenia. Wykonują pracę a mało „kosztują” i dlatego są preferowane.

Inna grupa – to osoby w wieku do 26 roku życia. Są to przeważnie studenci i są bardzo poszukiwani na rynku pracy, wyłącznie dlatego, że pracodawca nie ma obowiązku odprowadzać za nie żadnych składek. Są tani.
Podobnie z osobami posiadającymi jakąś stała pracę u tzw. „pierwszego pracodawcy” – które są poszukiwane jako pracownicy tymczasowi do prac dodatkowych u innego pracodawcy; sytuacja ta umożliwia uwolnienie się od obowiązku odprowadzania składek czyli pomniejsza koszt pracodawcy. Każda możliwość pomniejszenia kosztu jest skrzętnie wyłapywana i wykorzystywana.

Niestety grupa osób w wieku zwanym „50 plus” nie jest objęta żadną preferencją, zwolnieniem z kosztów czy innym czynnikiem zmniejszającym koszty ich zatrudniania. Dlatego są w chwili obecnej w niezmiernie niekorzystnym położeniu na tzw. „rynku pracy”, który jak widać wcale nie kieruje się zasadami rynku a raczej jest przez państwo w różnym stopniu sterowany ręcznie.

Wydaje się, że istnieje konieczność natychmiastowej „deregulacji” tego, poprzez zniesienie wszelkich szczególnych zwolnień i przywilejów oczywiście poza konieczną szczególną regulacją zatrudniania niepełnosprawnych. Po prostu trzeba znieść wszelkie przepisy pozwalające na nienaliczanie i nieodprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Za wszystkie pełnosprawne osoby zatrudnione i wykonujące umowy cywilne musi być odprowadzana kwota zobowiązań do ZUS i NFZ , bez żadnych wyjątków.
Na pytanie więc, dlaczego osoby w wieku „50 plus” nie mogą uzyskać zatrudnienia, można odpowiedzieć: bo jest wiele podmiotów „tańszych” w sensie kosztów pracy.
Oczywiście jest i wiele innych powodów.

Skutkiem takiej sytuacji jest to, że stworzono w ten sposób ogromną grupę (którą ocenia się na 700 000 – 800 000 obywateli) pozbawioną własnych środków utrzymania. Ludzie ci miast przynosić wpływy do ZUS, urzędów skarbowych, NFZ. – tylko kosztują, czasem czerpiąc coś z zasobów społecznych. Nie są nabywcami, usługobiorcami – więc nie wspomagają rozwoju gospodarki, która zależy przecież w jakimś stopniu od odbiorców, od popytu, od obrotów – szczególnie w sektorze drobnej wytwórczości i usług. Ludzie ci nie mając prawa do zasiłku dla bezrobotnych obciążają czasowo budżety swoich rodzin, krewnych czy dzieci, bo życie, egzystencja nieuchronnie wiąże się z kosztami. Nie odżywiają się właściwie, nie leczą się właściwie, stanowiąc dla NFZ swoistą „bombę z opóźnionym zapłonem” w tym znaczeniu, że kiedyś ta sytuacja wpłynie znacząco na budżet NFZ.
To co dziś się propagandowo nazywa "rynkiem pracy" jest w rzeczywistości konglomeratem przywilejów, zwolnień, ingerencji regulacyjnych i obszarów "zapomnianych". Rynek pracy w sensie definicji - NIE ISTNIEJE.
Jestem pewien, że gdyby dziś na przykład zlikwidowano wszystkie zwolnienia od składek obciążających pracodawców a wprowadzono zasadę, że tylko zatrudnienie osoby „50 plus” zwalnia np. na dwa lata od tych wszystkich obciążeń, to natychmiast praca byłaby wyłącznie dla osób z tej grupy wiekowej a studenci, emeryci i niepełnosprawni pozostawaliby bez zatrudnienia. Nagle wymyślane dziś powody odmowy zatrudniania osób z grupy "50 plus" przestałyby być ważne.
Nie chodzi jednak o to by odwracać działanie niesprawiedliwych preferencji a o to, by władza dostrzegła, że stworzyła niszę kompletnego odrzucenia, wyobcowanie, beznadziei i wykluczenia społecznego dla ogromnej grupy obywateli i to na dodatek tych obywateli którym obiecywała pomoc i wsparcie w przystosowaniu się do skutków koniecznego przekształcenia gospodarki, złagodzenie tych skutków.

23/03/2012

38.
To zmiana wieku emerytalnego, a nie stażu pracy.

Zaroiło się nagle w mediach od ogłupiających wypowiedzi publicznych w sprawie reformy emerytalnej.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.

TO KŁAMSTWO.

TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.

POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI



Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.

Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.

Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.

Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.

Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.

03/03/2012

41.
Bezrobocie z definicji.

Bezrobocie polega na powstaniu nadwyżki „podaży” pracy, czyli ilości osób zdolnych i gotowych natychmiast podjąć pracę zawodową, nad „popytem na pracę najemną” czyli potrzebami przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą i zatrudniających do realizacji tej działalności - pracowników.
Nadwyżka ta (czyli bezrobocie) istnieje stale, jednak normalny, tak zwany naturalny jej poziom nie przekracza 2 – 3 % i problemy z tym związane rozwiązywane są automatycznie w procesie tak zwanej fluktuacji kadr. Oznacza to, że w każdej chwili niewielka części pracowników jest akurat zwalniana lub sami zwalniają się ze stosunku pracy z dotychczasowym zatrudniającym a inni w tym czasie niejako na ich miejsce pracę tę podejmują. Jest to po prostu jakby „strefa zmiany” dotycząca z jednej strony pracowników a z drugiej – zatrudniających . Pewien niewielki niedobór ilości miejsc pracy najemnej powoduje atmosferę zdrowej rywalizacji, stabilizując zatrudnienie z korzyścią dla płynności pracy firm. Czas poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest stosunkowo krótki, z łatwością zanik dochodu z pracy rekompensowany jest zasobami własnymi pracownika lub w ostateczności – zasiłkiem dla osób poszukujących pracy, pobieranym co najwyżej kilka miesięcy. To wszystko jeszcze mieści się w granicach normalnych zjawisk w dziedzinie pracy.
Bezrobocie przewyższające ten stan naturalny nazywa się bezrobociem nadmiernym i podlega ustawowemu obowiązkowi zwalczania (przeciwdziałania).
Pojęcie bezrobocia wiąże się ściśle z pojęciem bezrobotnego.

Osobą bezrobotną w Polsce jest osoba która nie jest zatrudniona, ani nie wykonuje żadnej innej pracy zarobkowej a jednocześnie jest chętna, zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy zawodowej w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie. Jest to osoba w wieku powyżej 18 lat ale nie powyżej 60 (kobiety) lub 65 (mężczyźni) lat, nieucząca się ani niestudiująca na studiach stacjonarnych, nieposiadająca emerytury, renty socjalnej, renty zdrowotnej, renty szkoleniowej, zasiłku przedemerytalnego, chorobowego, macierzyńskiego, nie jest posiadaczem gospodarstwa rolnego o powierzchni powyżej 2 ha, nie ma wpisu do ewidencji działalności gospodarczej lub działalność jest zawieszona, nie podlega na podstawie jakichkolwiek obowiązujących przepisów obowiązkowi ubezpieczenia społecznego i nieosiągająca dochodów miesięcznych przekraczających połowy minimalnego ustawowego wynagrodzenia za pracę z jakichkolwiek źródeł z wyłączeniem odsetek lub innych przychodów od środków zgromadzonych na rachunkach bankowych.

To nie jest jeszcze pełna definicja ale zawiera główne wyznaczniki pojęcia osoby bezrobotnej. Jakiekolwiek osoby niespełniające wymogów wynikających z definicji ustawowej – nie są osobami bezrobotnymi w Polsce.

Stosownie więc do tego – bezrobocie określa się jako stosunek pomiędzy całkowitą ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki i jednocześnie zatrudnionych – a ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki a niezatrudnionych – wyrażoną w procentach.

W myśl zasad ustawowych obowiązujących powszechnie – nie jest osobą bezrobotną :
- osoba która nie ukończyła 18 lat;
- osoba które nie jest zdolna do natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze;
- osoba która osiągnęła wiek emerytalny (niezależnie od tego czy ma decyzję o przyznaniu emerytury);
- osoba która jest rencistą z tytułu niezdolności do pracy;
- pobiera stały zasiłek z pomocy społecznej;
- ma wpis o działalności gospodarczej a działalność nie jest zawieszona (niezależnie od tego czy działalność przynosi dochód).
- osoba aresztowana lub odbywająca karę pozbawienia wolności;
- osoba która jest uczniem szkoły nie dla dorosłych lub studentem studiów stacjonarnych;
- osoba która osiąga z jakichkolwiek źródeł prócz odsetek od sum zgromadzonych na koncie bankowym dochód miesięczny większy niż 690 zł (750 zł po wejściu w życie ustawy o podwyższeniu minimalnej płacy do 1500 zł brutto).

Oprócz osób bezrobotnych wyróżnia się jeszcze osoby bierne zawodowo.

Osoby bierne zawodowo nie są osobami bezrobotnymi.

Do osób biernych zawodowo należą:

Emeryci
Renciści
Osoby na urlopie wychowawczym
Osoby na urlopie macierzyńskim
Osoby odbywające karę więzienia
Zakonnicy i zakonnice
Osoby przebywający w domach opieki
Rentierzy

Pomijając szczegóły, najważniejsze jest jednak to co wyróżnia szczególnie osoby uznane za bezrobotne. To że taka osoba poszukuje możliwości uzyskania zatrudnienia, oraz że jest praktycznie gotowa i zdolna do podjęcia pracy w pełnym wymiarze dla danego zawodu.

Ma to swoje realne i logiczne konsekwencje: jeśli na przykład bezrobotny zachoruje i uzyska krótkotrwałe zwolnienie lekarskie – korzysta ze zwolnienia na zasadach analogicznych jak pracownik. Jeśli jednak choruje długotrwale, otrzymuje zasiłek chorobowy z ZUS i wówczas traci prawo do statusu osoby bezrobotnej, ponieważ przestaje być zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście ukrywanie przez kogoś faktów lub okoliczności dla uzyskania statusu osoby bezrobotnej, podczas gdy w rzeczywistości nie spełnia on warunków lub przekracza je – jest pospolitym oszustwem, wiąże się z przestępstwem wyłudzenia nienależnego zasiłku i podlega ściganiu w przypadku ujawnienia. Pospolite oszustwa zdarzają się w wielu okolicznościach i wszędzie więc nie stanowią one cechy charakterystycznej bezrobocia.

Inną konsekwencją jest to, że najczęściej alkoholik, osoba uzależniona od spożycia alkoholu nie jest zdolna i gotowa natychmiast podjąć pracę. Osoby o znacznie ograniczonym stopniu zrozumienia treści im przekazywanych, otoczenia, osoby w widocznie złym stanie psychicznym – także nie mogą być uznane za spełniające ten warunek. Oczywiście zarówno w tym jak i w poprzednim przypadku odnoszę się do praktyki urzędów pracy polegającej na bezmyślnym i nieodpowiedzialnym stosowaniu przepisów w sposób wyłącznie formalny.
Prowadzi to do szkodzenia osobom poszukującym pracy, gdyż powoduje nieudzielenie im potrzebnej pomocy, obniżenie wiarygodności urzędu pracy jako pośrednika pracy czyli szkodzi wszystkim.

Urzędy pracy działają na podstawie ustawy i przepisów wykonawczych. Mają wszelkie narzędzia dla odpowiedniego zapobiegania oszustwom, wyłudzeniom albo wykrywania ich i przekazywania do organów ścigania. Nie czynią tego jednak, dlatego status osoby bezrobotnej jest statusem niezwykle niskim. Z powodu złej polityki i praktyki, osoby nieuczciwe albo niezdolne do pracy zbyt łatwo uzyskują status osoby bezrobotnej, a następnie – wysłane do pracodawcy w celu podjęcia pracy – kompromitują Urząd jako pośrednika, siebie ale przy okazji także i ogół, sam status osoby bezrobotnej, powodując efekt uogólnienia obrazu, wytworzenia negatywnego stereotypu. Jest to ewidentna wina Urzędów Pracy, a więc zarządzających nimi dyrektorów, powołujących ich starostów (prezydentów miast) czyli ogólnie mówiąc – władzy. Władza lokalna w większości wywodzi się ze środowiska politycznego partii rządzącej. Z pewnością nie jest to wina osób rzeczywiście bezrobotnych. To wynik działania złej ustawy, a ustawa stworzona została przez parlament, który reprezentuje większość parlamentarną skupioną wokół siły politycznej jaka wygrała wybory i utworzyła rząd. A więc w konsekwencji – za opisaną tu sytuację odpowiada Rząd. Akurat w tym wypadku – Rząd Donalda Tuska, co stwierdzam absolutnie bez satysfakcji.

Sytuację pod tym względem powinno poprawić działanie polegające na restrykcyjnym stosowaniu w praktyce wymogów definicji osoby bezrobotnej oraz ściganiu oszustw jak i kierowaniu do właściwej pomocy osób uczciwych lecz niespełniających podstawowego wymogu definicji; zdolności do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście te wszystkie dywagacje wiążą się z tym, że dotyczą istniejącej liczby miejsc pracy. Jest ich zbyt mało. O ile za mało, tego tak naprawdę nie wiadomo, gdyż ewidencyjne dane o ilości osób bezrobotnych nie są do końca wiarygodnie, a to dlatego, że obejmują one także pewną część osób np. pracujących „na czarno” jak i osób absolutnie w rzeczywistości niezdolnych do podjęcia jakiejkolwiek zorganizowanej pracy, np. czynnych alkoholików, osoby znacznie ograniczone umysłowo a nieposiadające statusu osoby niepełnosprawnej itp.
Panuje system wrzucający „do jednego worka” wszystkich którzy mogą wykazać formalne spełnienie wymogów i składają oświadczenie o innych okolicznościach – oświadczenie którego nikt potem nie sprawdza.
Formalistyczne podejście urzędników do treści ustawy objawia się tym na przykład, że osobie wykazującej pełne typowe cechy zewnętrzne zaawansowanego alkoholika i to na wygląd i na "wyczucie" - najwyraźniej bezdomnego - podsuwa się pod nos druk oświadczenia, że "jest zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy" po czym staje się on bezrobotnym, otrzymuje np. zasiłek dla bezrobotnych który oczywiście pogrąża go jeszcze bardziej w alkoholizmie, jest wzywany co dwa miesiące do obowiązkowej wizyty w Urzędzie by podpisać kolejny taki sam papierek, i tak przez półtorej roku. Urząd Pracy nie daje nikomu ofert, nie proponuje nikomu konkretnej pracy, jeśli ktoś sam nie szuka i nie pyta. Urząd Pracy w najlepszym przypadku zdobywa oferty pracy i je publikuje w centralnej bazie ofert oraz w formie papierowych ogłoszeń na tablicach informacyjnych w siedzibie urzędu. Be4zrobotny ma sam znaleźć sobie ofertę i o nią zapytać w Urzędzie - czy zechcą go tam skierować. A w tym przypadku - alkoholik nie pyta i nie szuka. Chce jak najdłużej dostawać od Państwa na wódkę.
Podobnie z osobami normalnie pracującymi na pełnym etacie, tyle że "na czarno". Formalnie spełniają one wszystkie wymogi, jeśli ukryją nigdzie nie notowany fakt posiadania stałej pracy i osiągania dochodów. Do osiąganych dochodów dołączą sobie jeszcze i zasiłek, a co... należy się...
Przy obowiązkowym stawiennictwie raz na dwa miesiące w z góry ustalonych terminach - z łatwością można pogodzić te obowiązki ze stałą pracą. Nie byłoby to możliwe, gdyby stawiennictwo było częstsze, nieregularne, w różnych godzinach i gdyby delikwent otrzymywał często oferty odpowiedniej pracy z obowiązkiem stawienia się do pracodawcy i udokumentowania tego. Inaczej pewnie też by było, gdyby wyłudzenia nienależnego zasiłku było surowo karane, nie tylko obowiązkiem jego zwrotu na zasadach podobnych do egzekucji obowiązku alimentacyjnego ale i odpowiedzialnością karną oraz upublicznieniem. Kara ma mieć działanie odstręczające od zamiaru przestępczego, wyłudzenie np. zasiłku nie może się w żadnym przypadku opłacać.

Jeśli urząd pracy wyśle alkoholika do pracodawcy jako kandydata do pracy poszukiwanego przez tego pracodawcę, to ośmiesza nie tylko Urząd jako pośrednika ale psuje wizerunek wszystkich kandydatów kierowanych przez urzędy pracy. Rodzi się w ten sposób stereotyp bardzo szkodliwy i niesprawiedliwy dla tych rzeczywistych, prawdziwych bezrobotnych.
Jeśli Urząd skieruje do pracodawcy osobę już gdzieś na czarno pracującą, to będzie się ona tam broniła rękami i nogami przed zatrudnieniem jej, co rodzi stereotyp że bezrobotni to lenie wcale nie chcący pracować, stereotyp bardzo szkodzący opinii ogólnej o bezrobotnych a więc głównie tym prawdziwym bezrobotnym, rzeczywiście poszukującym zatrudnienia.

Na dodatek: to co opisałem powyżej - to nie jest wina rzeczywistych bezrobotnych. Nie mają oni na to żadnego wpływu. To wina głupiej ustawy, biurokracji w Urzędzie, a więc wina Władzy. Wina Rządu. I owszem: wina Tuska. Jako premiera i szefa partii rządzącej.
Osoby rzeczywiście bezrobotne chcą pracować, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy, głównie dotyczącej przekonania pracodawcy do realizacji zamiaru zatrudnienia ich> Osoby bezrobotne nie życzą sobie być "wrzucane do jednego worka" z alkoholikami, oszustami, osobami niepełnosprawnymi umysłowo czy bezdomnymi. Dla tych wymienionych osób potrzebna jest inna, specjalistyczna pomoc i zasługują one na nią; alkoholicy na leczenia a potem resocjalizację, oszuści na odpowiedzialność za próbę wyłudzenia - co także należy uznać za pomoc; pomoc w zrozumieniu zasad funkcjonowania społeczeństwa praworządnego. Osoby nie w pełni sprawne umysłowo, na odpowiednią opiekę i pomoc ale nie z Urzędu Pracy a z Opieki społecznej. Urzędy pracy powinny selektywnie zajmować się tylko rzeczywiście bezrobotnymi.

Cały istniejący system jest straszliwie niefunkcjonalny i marnuje ogromne środki publiczne, nie osiągając podstawowego i głównego celu. Równolegle z przeciwdziałaniem skutkom bezrobocia muszą towarzyszyć działania zapobiegające przyczynom bezrobocia, a więc rozkładowi gospodarki, zastępowaniu likwidowanej produkcji własnej, lokalnej – importem obcych wyrobów, rozwijaniu i promowaniu turystyki do Polski dającej lokalnie wiele miejsc pracy (obsługi turystycznej) wraz z działaniami ekologicznymi, odbudową części przemysłu zniszczonego w latach 90-tych, właściwej polityce edukacji zawodowej i szkolnictwa wyższego itp. To wszystko jest konstytucyjnym obowiązkiem siły politycznej jaka przyjęła władzę i stworzyła Rząd Rzeczypospolitej Polskiej.

21/02/2012

36.
Bo za karę… będziemy cię chronić…!

W ogromnej masie idiotycznych pozostałości po PRL-u jest i taki: okres ochrony przed wypowiedzeniem umowy o pracę w wieku przedemerytalnym.
Chodzi tutaj o Art.39 Ustawy z dnia 26 czerwca 1974 roku która była ostatnią jak dotychczas dużą regulacją, zastępującą wszystkie wcześniejsze regulacje prawne w sprawach objętych treścią tej ustawy. Na wzór innych kompleksowych aktów prawnych, jak Kodeks Cywilny czy Kodeks Administracyjny – nosi ona charakter Kodeksu a więc regulacji kompleksowej wyższego rzędu niż ustawy, ale oczywiście niższego niż Konstytucja. Kodeks Pracy unieważnił wówczas wszystkie wcześniejsze regulacje prawne funkcjonujące wcześniej a dotyczące spraw obecnie kompleksowo regulowanych w tym akcie prawnym.
Po tym czasie Kodeks był niezliczoną ilość razy modyfikowany, przez co utracił zapewne swoją „spoistość”, z tego też powodu pozostały tak takie „kwiatki” zupełnie nie pasujące do dzisiejszej sytuacji.
Wspominam o tym, gdyż wydaje się, że uregulowania te wymagają znów kompleksowego uporządkowania, dostosowania do innej ideologii i obecnych realiów gospodarczych.

Wspomniany Art. 39 Kodeksu Pracy związany jest z Art.13 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych. Stanowi on:

„Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeśli okres zatrudnienia umożliwia mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku”

To jest właśnie ten sławny „okres ochronny”.

Może i miał on jakieś znaczenie wówczas, w sytuacji gdy dominowały umowy o pracę na czas nieokreślony i trzeba było umieć podać rzeczywisty i ważny powód, by taką umowę rozwiązać. Ale dziś sytuacja diametralnie się zmieniła choć przepis pozostał, głównie chodzi tu o zanik państwowych przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych. Oczywiście w dzisiejszych warunkach przedsiębiorczości prywatnej jest on nie do przyjęcia, jak i jakakolwiek inna forma „obowiązkowego” zatrudniania czy zwalniania kogokolwiek, braku możliwości kształtowania swojej działalności gospodarczej w planowany przez jej właścicieli sposób.

Ze względu na to, że znacznie spadło znaczenie typu umowy o prace, znacznie złagodzone zostały warunku rozwiązania umowy o prace, przepis ten – pozostając w mocy – zamiast kogokolwiek chronić, zaczął szkodzić.

Pracodawca, by nie znaleźć się w sytuacji przymusowej, sytuacji ograniczenia wpływu na swoją firmę prywatną – wypowiada umową o pracę z pracownikiem w takim momencie by rozstać się z nim skutecznie przed wejściem pracownika w ten okres „ochrony”, i robi to mimo że pracownik może być mu potrzebny, pracę tego konkretnie pracownika ocenia dobrze i zatrudniałby go dalej, gdyby miał nad tym ciągłą kontrolę.

Z punktu widzenia pracownika także przepis ten działa dziś dokładnie odwrotnie, niż zostało to kiedyś zaplanowane, bo zamiast ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy – mamy tu pewne a w każdym razie bardzo częste rozwiązanie stosunku pracy - by do tejże „ochrony” nie dopuścić.

Jak twierdzą pracodawcy – to właśnie jest przyczyną niechęci do zatrudniania osób w wieku „50+”. Wśród 2300000 bezrobotnych, osoby w tym przedziale wiekowym stanowią liczbę ok. 750000 bezrobotnych. Ma to kapitalne znaczenie w sprawie forsowanego dziś przez Rząd wydłużenia wieku nabycia prawa do emerytury.
Przepisu nie można jednak po prostu usunąć z ustawy, dlatego że jest też niemała grupa osób pracujących dzięki temu, że zostali objęci tą ochroną (pracodawca nie chciał tego uniknąć np. z uwagi na jego rolę społeczną, lub po prostu nie potrafił). Dla nich są to „prawa nabyte” a zmiana dokonana dziś, i tak nie może działać ze skutkiem wstecznym w czasie. Można stwierdzić, że ochrona pozostaje w mocy dla tych którzy są nią objęci ale już nie obowiązuje od dnia uchylenia dla tych którzy jeszcze nią objęci nie zostali. Wtedy władza naraża się na zarzut nierównego traktowania na rynku pracy i nie wiadomo jak takie sprawy byłyby rozstrzygane przez krajowe lub unijne organa odwoławcze.
Powstał więc pomysł, by dobrowolne odstąpienie od takiej ochrony przysługiwało pracownikowi, pod warunkiem zawarcia go w umowie o pracę i ze skutkiem tylko dla tej umowy. Inaczej, by ochrona nadal ogólnie rzecz biorąc obowiązywała, ale pracownik zawierając umowę o prace miał prawo zrzec się jej, wobec tego pracodawcy i do czasu obowiązywania tej umowy. Wtedy osoby objęte ochroną byłyby nadal chronione a wobec nowych umów – „propozycja nie do odrzucenia” dobrowolnej rezygnacji z ochrony stałaby się zapewne powszechnie stosowanym elementem umów o pracę. Wymagałoby to jednak dokonania przez Sejm nowelizacji Ustawy Kodeks Pracy w tym punkcie, poprzez dodanie takiego uprawnienia w Art 39 lub w związku z nim - jako nowy ustęp czy punkt dodany do tego artykułu KP. Jest to związane z potrzebną inicjatywą i procesem legislacyjnym uchwalenia noweli. Rząd co prawda już udowodnił, że potrafi coś takiego zrobić w ciągu tygodnia, ale… pytanie co na to społeczeństwo, opozycja, co na to związki zawodowe, czy taka inicjatywa nie pogorszy statystyk poparcia dla Rządu PO-PSL… słowem zaczyna się kalkulacja polityczna a nie rozsądne myślenie…

Moim zdaniem zmianę tę trzeba przeprowadzić jak najszybciej, jednocześnie myśląc oczywiście o całościowej polityce „zarządzania wiekiem” w gospodarce, o pozycji osób starszych w społeczeństwie które podobno ma się coraz bardziej starzeć.

Tu niestety znowu obawiam się, że władza liczy na jakąś „niewidzialną rękę” i to chyba tę niewidzialną rękę ściskającą kosę…

29/01/2012

26.
Dać pracę…? Nie! Sprzedać!

Oczywiste jest, że żaden przedsiębiorca nie rozpoczyna swojej działalności po to, by komuś „dać pracę”. Działalność gospodarcza nie jest pretekstem do tego, by wypłacać jakimś ludziom zatrudnionym pensje.
Dochodzimy tu do pierwszego idiotycznego stereotypu; dać pracę.
Ani pracownik swojej pracy nikomu nie daje ani tym bardziej przedsiębiorca nikomu nie daje pracy. To absurd.
Przedsiębiorca, jeśli oczywiście pominąć osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, osoby samo zatrudnione czy drobne warsztaty usługowe prowadzone „rodzinnie” – wie, że by prowadzić jakikolwiek opłacalny interes, musi zatrudnić ludzi znających się na tym, na czym on się nie zna, pracowników na stanowiskach wykonawczych np. pracy fizycznej itp. Bez zatrudnienie odpowiedniej ilości pracowników nie można w wielu dziedzinach prowadzić sensownej i opłacalnej działalności gospodarczej. Reasumując – poważnemu przedsiębiorcy pracownicy są niezbędnie potrzebni. Nie robi nikomu łaski zatrudniając pracowników ani nie działa charytatywnie, nie działa w służbie społecznej będąc podmiotem zatrudniającym. Od idiotycznego „dać pracę” powstało równie idiotyczne „pracodawca”, należałoby więc nie używać po prostu tego określenia aż zapadnie ono w niepamięć, jak inne pozostałości PRL-u czy jej ustroju „polityczno-gospodarczego”.

Przedsiębiorca podejmuje wysiłek by zaprojektować i wdrożyć działalność gospodarczą w jakiejś dziedzinie, inwestuje w to wiele swojej pracy, intelektu, czasu, angażując nieraz cały swój dorobek materialny i ryzykując nim. Robi to głównie dla siebie, to znaczy inwestuje w swoje przyszłe dochody z tej inwestycji, stara się znaleźć satysfakcję z realizacji swojego pomysłu, samozadowolenie jakie daje poczucie umiejętności, własnych zdolności intelektualnych, zaspokojenia ambicji, poczucie sukcesu. Docelowym efektem jego wysiłku ma być zysk, jako różnica pomiędzy przychodami z działalności a jej kosztami. Jednym z kosztów jest podatek płacony do skarbu państwa oraz obligatoryjne koszty zatrudniania pracowników. To po prostu pozycje w rachunku finansowym; liczy się zysk ostateczny pozostający efektem tych wszystkich działań. W początkach kapitalizmu (mam na myśli przełom XIX i XX wieku) liczyła się jeszcze „misja”, coś niematerialnego co jest korzyścią z działalności gospodarczej dla wszystkich których ona dotyczy (pro publico bono), także obejmowała ona w jakimś stopniu pojęcie patriotyzmu, ale dziś zapewne nieco się to zjawisko uprościło, sprowadzając się do konkretnej kwoty.

Zyskuje więc przedsiębiorca o ile osiągnięty efekt finansowy jest dodatni. Poprzez istnienie miejsc pracy, zapotrzebowania na jakichś pracowników najemnych, oferujących swoją pracę w zamian za ustalone wynagrodzenie – sytuacja ta jest też korzystna społecznie, ale i ma to swoje odniesienie do sytuacji ogólnej. Ludzie pracujący także płacą podatek do skarbu państwa, produkują pewne dobra które zaspokajają potrzeby ludzi a także sami stają się nabywcami produktów wytwarzanych przez innych pracowników innych firm, zapewniając im poprzez zbyt wyrobów, pozytywny wynik gospodarczy firmy w której pracują a więc stabilizację dochodów pracowniczych. Mówimy więc raczej, ze pracownik „sprzedaje” swoją pracę a zatrudniający go przedsiębiorca „kupuje” ją.

Zyskuje też na tym państwo, czerpiąc zasoby finansowe na te potrzeby które są niezbędne a jednak z natury są nieopłacalne z punktu widzenia indywidualnych przedsiębiorców. Państwo jako koordynator wszystkich działań mający na uwadze zarówno dobro gospodarki jak i swój obowiązek dbałości o „pełne i produktywne zatrudnienie” w interesie pracowników - musi dbać także o te potrzeby społeczne które są niezbędne a w mniemaniu przedsiębiorców są nieopłacalne. Pewne potrzeby społeczne muszą być zaspokajane niezależnie od oceny związanej z nimi opłacalności. Potrzeby te są miejscem interwencji finansowej i prawnej państwa a źródłem ich finansowania są dochody państwa uzyskiwane od obywateli, pracowników i przedsiębiorców.

Państwo Platformy Obywatelskiej i jej poprzedniczki tu jednak całkowicie zawiodło. Jak dla abstrakcyjnego przykładu - policja złożona z samych kryminalistów, czy wojsko mające w swoich szeregach większość leserów i tchórzy nigdy nie spełni swej roli, tak Państwo po 1989 roku całkowicie zawiodło – nie spełniając swojej naturalnej roli. Wręcz przeciwnie; dziś możemy ten okres śmiało nazywać okresem dewastacji, bezprawia, rabunkowej prywatyzacji a bardziej oględnie - tragicznym w skutkach "okresem błędów i wypaczeń".

Generalnie jednak twierdzenie, że „państwo ma dać ludziom pracę” i że praca jest jedynie pretekstem do otrzymania pensji, po to aby "ludzie mieli za co żyć" - to szkodliwe i durne stereotypy. Niestety jeszcze są one bardzo rozpowszechnione. To wina państwa, że nie prowadziło działań uświadamiających, propagujących prawdę. Państwo skurczyło się natomiast do dwóch większych i kilku mniejszych konkurujących ze sobą i zwalczających się wszelkimi metodami "band"...
Państwo nie ma "dawać pracy" dlatego że pracy się w ogóle nie daje a i państwo nie do tego jest, poza tym państwo ma stwarzać warunki do rozwoju przemysłu, przedsiębiorczości i usług, tak by przedsiębiorcy byli skłonni otwierać nowe przedsięwzięcia gospodarcze a w nich - powstawały nowe miejsca pracy, sprowadzając stopę bezrobocia do tzw. "naturalnej".

Oczywiście model uproszczony nigdy nie odda skomplikowania rzeczywistego funkcjonowania gospodarki, ale powala uzmysłowić sobie, jakie skutki mogło mieć zniszczenie w tak krótkim czasie tak wielkiej liczby miejsc pracy bez zastąpienia ich innymi albo w ogóle "czymś innym", faktyczna dezaktywizacja przymusowa w latach dziewięćdziesiątych i pierwszej dekadzie po roku 2000 prawie połowy obywateli czynnych zawodowo (licząc włącznie z emigracją).

16/01/2012

23.
Konstruktywna krytyka jest nie tylko uprawniona ale wręcz niezbędna !

Kiedy przychodzi chwila prawdy, świadcząca o klęsce władzy, niepowodzeniu jakiejś koncepcji rządzenia, wówczas nieodmiennie pada argument, kiedyś - pierwszego sekretarza KC PZPR który odpowiadał przed społeczeństwem, a dziś – Premiera-Szefa Platformy Obywatelskiej, który jeszcze całkiem nie popadł w arogancję: myśmy nic nie wiedzieli, urzędnicy ukrywali przed nami prawdę, alarmujące sygnały nie docierały do władz, władza chciała dobrze… a wyszło – jak zawsze.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...

To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.

Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.

Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.

06/01/2012

20.
Sprzeciw wobec podłych stereotypów na temat bezrobotnych.

Trzeba po prostu, choć to trudne, pogodzić się z faktem, że są ludzie pochopni w swoich sądach, mało dociekliwi, myślący ogólnikami i uogólnieniami, nieświadomie stosujący projekcję swoich jednostkowych obserwacji na całość danego problemu czy zjawiska. Ludzie całkowicie pozbawieni umiejętności wczucia się w czyjąś sytuację, zrozumienia jej przez poznanie, ludzie którym wystarczają „prawdy zasłyszane” czyli tak zwana „opinia publiczna”.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.

Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.

Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.

Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...

Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.

Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.

Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.

Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.

To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.

Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.

Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).

Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.

Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.

Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.

Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.

30/12/2011

34.
Przerażający marazm w Urzędzie Pracy.

Przerażający jest całkowity marazm i zastój w Powiatowym Urzędzie Pracy.
Owszem; czynna jest kasa, wypłacane lub przekazywane są na konta bankowe nielicznych „szczęśliwców” zasiłki dla bezrobotnych, gdzieś tam w biurach ktoś drogą elektroniczną przekazuje odpowiednie składki np. ubezpieczenia zdrowotnego, na rzecz zarejestrowanych bezrobotnych.
Kolejki są tylko rano – tych rejestrujących się po raz pierwszy, później już nie – bo obowiązkowe wizyty bezrobotnych wyznaczane są raz na dwa miesiące, jakieś nieliczne oferty (w dniu dzisiejszym – cztery) wiszą sobie w gablotkach, pachnie świeżo zaparzoną kawą dobrej jakości (byle czego urzędnicy nie pijają, bo szkodzi „na cukier”), czasem ktoś z naiwnych bezrobotnych siedzi przy którymś z kilku starych, rozklekotanych komputerów, z których można wejść wyłącznie na kilkanaście stron dotyczących pracy… może myśli biedak, że coś tam znajdzie… widocznie początkujący. Nie ma staży, nie ma prac interwencyjnych, nie ma ofert, nie ma dotacji, nie ma kursów, nie ma zmiłowania ani pomocy, nie ma pieniędzy… nie ma nadziei.
Pomimo takiej sytuacji – Powiatowy Urząd Pracy zakupił nową, bardzo nowoczesną konsolę do wydawania numerków dla bezrobotnych, ustalających kolejność ich "załatwiania". Nie chodzi o to żeby ludzie mogli pracować; chodzi o to by im o braku pracy powiedzieć w odpowiedniej, słusznej kolejności. Konsola jest świetna, z dużym ekranem dotykowym w który wystarczy dotknąć paluchem odpowiednie miejsce, niemalże bez zatrzymywania się… bo konsola stoi przy wejściu. Widać, że urządzenie drogie i przystosowane do obsługi bardzo dużej liczby osób w krótkim czasie – dokąd nie zabraknie numerków na dany dzień. A dziennie wydaje się ich ok. 600 - 700, bo tyle osób urząd może "załatwić" w ciągu dnia. Potem – sobie stoi i ładnie wygląda, świadczy o poziomie Miasta, dbałości Pana Prezydenta Miasta Piotra Krzyska i kulturze technicznej w naszej kochanej Ojczyźnie...
Toż to komfort; bezrobotny niemal w biegu zaliczy numerek (specjalnie nie piszę w rodzaju żeńskim, żeby dwuznaczności nie było), pobiegnie pod wyświetlacz, tam poczeka jak tresowana małpa na rynku (pracy), aż się odpowiednie cyferki wyświetlą (te z jego numerka), jak niegramotny – to go dobrzy ludzie pchną w odpowiednim momencie - do kabinki, a w kabince szybko mu pokażą te cztery litery... nie, co ja: cztery OFERTY mu pokażą „na krzyż”, które są dostępne, albo powiedzą, że „nic dla Pana nie mamy” i już, załatwiony… na „amen”… proszę przyjść, ale nie wcześniej niż za dwa miesiące… sztucznych kolejek nam tu nie tworzyć, a jak nie ma co żryć, to „od tego jest opieka społeczna”!
No i ewentualnie - Komunalny Zakład Usług Pogrzebowych…

Drugą inwestycją techniczną Powiatowego Urzędu Pracy – są trzy ogromniaste ekrany plazmowe Super Ultra + HD, podwieszone pod sufitem na korytarzach w „poczekalni” dla bezrobotnych, na którym wyświetla się te dziwne oferty pracy, jakie Urząd ma. Na zmianę – oczywiście się wyświetla. Pewnie powiecie: nowoczesność i Hi Tech mamy w naszym powiecie... Są też dwie mniejsze samoobsługowe konsolki z ekranami dotykowymi, gdzie bezrobotny może przeglądać aktualne oferty pracy w układzie alfabetycznym a nawet automatycznie wydrukować sobie wybrane oferty na taśmie papieru termicznego.

Urząd Pracy inwestuje w kadry i w infrastrukturę; mimo braku pieniędzy na pomoc dla bezrobotnych. Widać są przekonani, że ich „misja” dopiero się zaczyna, że będą potrzebni i muszą się przygotować na jeszcze większe bezrobocie.

Jest "inwestycja w kadry"… ale nie bezrobotnych, a urzędników Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. To projekt partnerski finansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego pod nazwą „Piramida Kompetencji” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, przewidziany na okres pełnych dwóch lat; rok 2011 i 2012. Celem projektu jest wzmocnienie kadrowe PUP i standaryzacja usług do końca 2012 roku. Celem jest także finansowanie etatów pracowników Powszechnych Służb Zatrudnienia (PUP) wykonujących zadania pośrednictwa pracy i doradztwa zawodowego. Projekt obejmuje między innymi finansowanie szkoleń, kursów, studiów magisterskich i podyplomowych dla pracowników PUP, organizację spotkań, konferencji, wizyt pracowników PSZ itp.

Dla osób pozbawionych pracy nie ma obecnie żadnej możliwości szkoleń, dotacji do zatrudnienia, brak naboru na jakiekolwiek szkolenia czy projekty współfinansowane przez Unię z EFS w ramach POKL.
Co tam bezrobotni: obecni wymrą, to przyjdą następni, już Rząd Premiera Donalda Tuska się o to postara, ale KADRY muszą być zwarte i gotowe… no i wyszkolone. Kompetencje pracowników muszą być wprost piramidalne, jak marnotrawstwo środków publicznych albo chociaż - jak bzdura w której to wszystko się tapla. Jak widać przewiduje się wysokie bezrobocie na dalsze długie lata…

Przerażające jest to, że To Pan Prezydent miasta na prawach powiatu - zajmuje się wykonywaniem zadań, jakie Ustawa nakłada na starostów; zadań dotyczących wykonywania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Co prawda rynku pracy nie ma, tylko dyktat i samowola „pracodawców”, ale Ustawa – jest. I obowiązuje.
Pan Prezydent oczywiście ma to w…. kompetencjach, dlatego ogranicza się do powołania (podobno w drodze konkursu) Dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy.
Więc powołał…

Przerażające jest to, że jak wynika z Regulaminu przygotowanego przez Dyrektora PUP a zatwierdzonego przez Prezydenta Miasta (a czytał chociaż…?), całokształtem działalności PUP kieruje Dyrektor PUP zgodnie z zasadą jednoosobowego kierownictwa, przy pomocy swojego zastępcy oraz kierowników komórek organizacyjnych.
Dyrektor PUP odpowiada jedynie przed Prezydentem Miasta.
Kieruje Urzędem za pomocą poleceń i zarządzeń. Dyrektor jest jednoosobowym "panem i władcą", ma prawo tworzyć i likwidować stanowiska pracy, komórki organizacyjne, zespoły i komisje, także spoza pracowników Urzędu, podlega mu nawet stanowisko do spraw kontroli wewnętrznej, które nie służy kontroli Dyrektora a wszystkich innych. Władza Dyrektora jest absolutna i jednoosobowa. Pan "życia i śmierci",a dokładniej - pani...

Do zadań dyrektora należy między innymi:
• Wnioskowanie o zmianę przepisów z zakresu działania PUP, jeśli mu się nie podobają te które obowiązują;
• Swobodne ustalanie struktury organizacyjnej, tworzenie i likwidacja stanowisk, komórek organizacyjnych oraz filii, przyjmowanie, opiniowanie i zwalnianie pracowników;
• Planowanie i dysponowanie w ramach upoważnień udzielonych przez Prezydenta środkami Funduszu Pracy, Europejskiego Funduszu Społecznego, środkami pochodzącymi z funduszy unijnych oraz środkami pomocy społecznej;
• Przygotowywanie okresowych sprawozdań z działalności PUP oraz stanu bezrobocia;

W powiecie funkcjonuje także Powiatowa Rada Zatrudnienia, która jest organem doradczym i opiniodawczym Prezydenta Miasta (jako starosty) i jednocześnie – jako przełożonego Dyrektora PUP – w sprawach lokalnej polityki rynku pracy.
Inaczej mówiąc – Powiatowa Rada Zatrudnienia jest jakby narzędziem Prezydenta do oceny działania Dyrektora PUP - obdarzonego taką samodzielnością.
Stąd i odpowiednie kompetencje owej Powiatowej Rady Zatrudnienia, a wśród nich:

• ocena racjonalności gospodarki środkami Funduszu Pracy;
• ocenianie okresowych sprawozdań z działalności Powiatowego Urzędu Pracy oraz ze stanu bezrobocia w mieście;
• opiniowanie kryteriów podziału środków Funduszu Pracy i sprawozdań z ich wykorzystania;
• opiniowanie wniosków o odwołanie lub wnioskowanie o odwołanie Dyrektora PUP i udział w komisji konkursowej;

Do tejże Rady należą tacy ludzie jak przedstawiciel Business Centre Club, Północnej Izby Gospodarczej, Kupieckiej Izby Gospodarczej Województwa Zachodniopomorskiego, Izby Rolniczej, Izby rzemieślniczej, Związków Zawodowych OPZZ i „Solidarność”, Rady Miasta, Wydziału Rozwoju Miasta Urzędu Miejskiego i inni… łącznie kilkanaście tego typu osobistości.

Teraz uwaga: Członkiem Powiatowej Rady Zatrudnienia jest także… Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.

Patrząc więc na nakreślone powyżej obowiązki i kompetencje – staram się wyobrazić sobie – jak to się odbywa.
No bo jak: Dyrektor PUP w swoim gabinecie w PUP sprawdzi i zatwierdzi sporządzone przez swoich podwładnych sprawozdanie z dysponowania w swoim urzędzie środkami Funduszu Pracy, środkami EFS, środkami Funduszy unijnych i środkami pomocy społecznej, następnie wysyła je do Powiatowej Rady Zatrudnienia – po czym sam szybko jedzie do tejże Powiatowej Rady Zatrudnienia, by już jako jej członek – zaopiniować pozytywnie to swoje własne Dyrektorskie sprawozdanie? No bo dlaczego miałby je odrzucić albo mieć zastrzeżenia; "sprawozdanie jest dobre... sam pisałem..."!

A gdy Dyrektor PUP dowie się o czyimś wniosku o "odwołanie Dyrektora PUP ze stanowiska", sam szybko jedzie do Powiatowej Rady Zatrudnienia, aby - jako jej członek - negatywnie zaopiniować ten wniosek…? Dyrektor PUP "jest w porządku, ja go znam, bo to właśnie ja jestem..."

Jak można być jednocześnie kontrolowanym i kontrolerem, ocenianym i oceniającym?

Jak widać – w Polsce można.
Może dlatego jest tak fajnie u nas… marazm, zgnuśnienie, bezrobocie tylko 21,7%...
Budowa nowego dużego cmentarza komunalnego - na ukończeniu… bo stary, ponoć największy w Europie - już przepełniony.

02/10/2011

15.
Co by trzeba było zrobić, gdyby się chciało coś zrobić. (Część I)

Wyrażałem już w jednym, a może nawet i już nie jednym swoim felietonie pogląd, że ilość osób pozbawionych pracy nie jest przypadkowa. Wynika ona ze stanu gospodarki i wielu innych czynników, więc choćby z tego powodu można tak twierdzić, gdyż stan gospodarki wynika z kolei z działań lub zaniechań Rządu i Sejmu a więc ogólnie – Platformy Obywatelskiej jest także pochodną działań i zaniechań "globalnych". Słowem - przypadkowy nie jest.
Ale zupełnie nie takiego typu powody miałem na myśli. Chciałem zasugerować i taką możliwość, że owa nieprzypadkowość ma w swoim źródle celowe działania władzy. Inaczej, że brak miejsc pracy jest wynikiem celowego działania. Przykładem może być tu znana sytuacja osób w wieku 45 – 65 lat, czyli tak zwanych 45+, pozbawianych zatrudnienia ale nie posiadających jeszcze przyznanego prawa do emerytury.
W tym miejscu trzeba by może wspomnieć, że jedną z metod „zaciemnienia” prawdziwego obrazu – ulubionych przez władzę, jest rozpatrywanie wszystkiego łącznie, całościowo, ilościowo, w skali makro i według ogólnych danych statystycznych. Tak - po prostu nie można niczego zrozumieć, ani dowiedzieć się jaki jest prawdziwy stan spraw – i o to właśnie chodzi władzy.
Obojętnie nawet czy tę umowną dolną granicę ustawimy na 45 czy 50 lat, a zdarza się widzieć i tak i owak – zupełnie inna przecież jest sytuacja osób będących w „wieku produkcyjnym”, czyli do 60/65 lat - niż sytuacja osób w wieku emerytalnym, czyli po 60/65 roku życia i dalej. Rozpatruję to z punktu widzenia podstawowej zdolności do samodzielnego utrzymania się, samodzielniej egzystencji w sensie ekonomicznym a więc czynnika jak by się wydawało kluczowego z ludzkiego punktu widzenia. Nie zapominajmy jednak, ze o tym, co jest kluczowe – decyduje w tym kraju ideologia a nie logika czy zdrowy rozsądek...
Osoby posiadające przyznane już prawo do emerytury posiadają jakieś, minimalne choćby środki do życia w postaci tejże właśnie emerytury, podczas gdy osoby z tej młodszej grupy – nie zawsze. Ale władza nie rozróżnia takich szczegółów, uwielbia stosować tu termin „senior” i wówczas już zupełnie nie wiadomo „o co chodzi”. Bo „senior” to określenie potoczne, "towarzyskie" a nie - określające w sposób jednoznaczny przedział wiekowy a więc i sytuację osoby.
Tak właśnie, dzięki takim zabiegom - na kompletnego durnia wychodzi Pan Arłukowicz, bo chcąc pomagać „wykluczonym” – rozdaje darmowe bilety do kina lub teatru „seniorom” a w tym samym czasie inne osoby w podobnym wieku walczą każdego dnia o biologiczne przetrwanie, o utrzymanie skromnego dachu nad głową by nie popaść w bezdomność, co nieodwołalnie już wówczas prowadzi do stoczenia się do poziomu kloszarda. Nie wierzę, by minister – pełnomocnik, jako zawodowy lekarz nie potrafił w każdej sytuacji ocenić logicznego, właściwego pierwszeństwa działań, właściwej ich kolejności. Więc pewnie tak mu wygodniej… jako politykowi.

Inna sprawa, – co uznamy za „podstawowe środki do życia”. Najniższa emerytura, czyli tak zwana emerytura gwarantowana wynosi obecnie 728,18 zł i można postawić pytanie praktyczne: – czy są to „podstawowe środki do życia”? Podstawowe może i są, ale czy faktycznie „do życia”? Trudno mi określić, jaki procent osób z przyznanym świadczeniem emerytalnym otrzymuje je akurat w tej najniższej wysokości. Ważne jest, że taka emerytura wyklucza emeryta z ubiegania się o pomoc społeczną; jest zbyt wysoka. Prawo do ubiegania się o pomoc finansową wyznacza między innymi tak zwane „kryterium dochodowe”, które stwierdza, że pomoc może otrzymać osoba, której dochód miesięcznie nie przekracza 477 złotych, jeśli jest to tzw. „rodzina jednoosobowa” a 351 złotych na osobę, jeśli dotyczy to osoby wspólnie z innymi gospodarującej w tzw. gospodarstwie wieloosobowym. Emeryt – jaki by nie był jego status rodzinny, ze swoją gwarantowaną emeryturą przekracza ten próg, więc pomocy finansowej nie otrzyma.
Są ludzie i to wcale nie milionerzy, którzy w zasadzie nie muszą codziennie liczyć zawartości swojego portfela. Osoby, których nigdy nie ogarniają w sklepie przy codziennych zakupach żywnościowych nagłe wątpliwości, czy nie kupili czegoś, z czego mogliby zrezygnować a jeśli nie – czy im wystarczy posiadana zawartość portfela na zapłacenie za chwilę przy kasie kwoty naliczonej przez sprzedawcę, czy nie będą musieli upublicznić nagle swojej biedy, przyznając, że nie mają tyle, co potrzeba i że z czegoś zrezygnują… Takie właśnie osoby bez stresu sięgające do swojego portfela albo po kartę płatniczą mogą po prostu się nad tym nie zastanawiać, ale trzeba tu stwierdzić rzecz właśnie wcale nie oczywistą: najniższa emerytura jest zbyt niska by się samodzielnie utrzymać a wyklucza otrzymanie pomocy przeznaczonej dla najuboższych. A o wysokości najniższej emerytury decydują właśnie osoby nie mające codziennych problemów finansowych, więc ich zupełnie nie rozumiejące.

To znów nasuwa nieuchronnie pytanie – ile musi być tych osób, Polaków mających dochód poniżej 477 złotych lub 351 złotych na osobę – skoro na pomoc rodzinie przeznacza się rocznie w Polsce 40 miliardów złotych.
Biorąc nawet pod uwagę ewentualność, że prawdziwe mogą być dane opracowane przez Fundację Obywatelskiego Rozwoju (Leszka Balcerowicza), mówiące o tym, iż połowa tej kwoty trafia do osób mających dochody wyższe niż owa granica ustalona ustawą, można wysnuć tu kilka zasadniczych wątpliwości: czy mamy do czynienia z państwem żebraków? Czy raczej z państwem oszustów? Pytam tu o stronę społeczną, bo co do strony władzy - to przecież od dawna wiadomo… Ilu musi być obywateli, jaki procent dorosłej części społeczeństwa – osób posiadających miesięczny dochód poniżej 477 lub 351 złotych – by wydano na pomoc dla nich aż taką kolosalną kwotę. Z drugiej strony, – kto i na podstawie jakich przesłanek ustalił taką granicę dochodu. Przecież jest to kwota z a n i ż o n a znacznie w stosunku do zdroworozsądkowych szacowań rzeczywistych, realnych potrzeb człowieka, potrzeb podstawowych. Jesteśmy więc bardzo dziwnym krajem, o którym dawniej mawiało się, że „obywatele wydają znacznie więcej niż zarabiają”, a obecnie należałoby mówić, iż żyją za znacznie mniej niż niezbędne do życia minimum. I znowu więc mamy „cud gospodarczy”… dość przekorny: toż to cud, że żyję…
Nasuwa się wprost podejrzenie, że ustalają to osoby dla których sprawy te są po prostu abstrakcyjne. Tak jak bezrobocie - dla ministra pracy a zwłaszcza dla jego wiceministra...

Nie dziwi więc, że gdy uwaga władzy przypadkiem dotknie tego problemu, oczywiście przypadkiem - jak na przykład przy okazji lansowania (się) Pana Arłukowicza i jego nowego „wybornego” stanowiska na potrzeby wyborcze Platformy Obywatelskiej – nagle rozlega się potworny lament, wrzawa ludzi liczących na pomoc. Ale chyba nie tylko tych. Jeśli potrzebujący pomocy podnoszą hałas – trzeba ich jakoś zagłuszyć, by żadna skaza się nie ujawniała na wizerunku władzy, i od tego są fachowcy; dawni, sprawdzeni, wyszkoleni i z doświadczeniem w manipulowaniu opinią i wyciszaniu krytycznych głosów lub choćby zwykłego wołania o pomoc.
Jednym ze sposobów ich działania jest metoda odwrotna do strażackiej. Strażak, gdy się coś pali – stara się natychmiast doprowadzić do sytuacji, aby się to palić przestało a jeśli już nie może, to przynajmniej za pomocą posiadanego toporka służbowego „odrąbie to, co się pali od tego, co się nie pali, aby się nie zapaliło to, co się nie paliło od tego, co się paliło i by się przez to nie spaliło i to, co się paliło i to, co się nie paliło”. Jasne; taki nawyk. Natomiast oni – nie. Odwrotnie:, jeśli się coś pali to trzeba dolać oliwy do tego ognia, aby się paliło jeszcze bardziej. Nawet małego pożaru „społecznego” i tak nie da się ukryć a jeśli będzie dużo większy – nie będzie można przynajmniej tak łatwo ustalić; co się pali, dlaczego się pali, gdzie dokładnie się pali, kto jest podpalaczem, jak gasić i z której strony zacząć. Objawami takiego działania, widocznymi szczególnie w sytuacji, gdy każdy normalny człowiek oczekiwałby uporządkowywania spraw, rozeznawania sytuacji i ustalenia planu działania – jest właśnie tworzenie chaosu pojęciowego, mówienie o wszystkich aspektach sprawy na raz, stwarzanie nowych problemów oraz dorzucanie ich do tych jeszcze niezałatwionych itp.

Przykro to powiedzieć, ale dla wierności zasadom - trzeba, że w taki właśnie sposób działa Bartosz Arłukowicz; działa lub nie potrafi przeciwdziałać „wpuszczaniu go” w taki „kanał”, czy może pole obsiane kolczastymi krzaczkami. Skoro jest pełnomocnikiem Prezesa RM do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, to nagle okazuje się, że w zasadzie każdy Polak jest wykluczony pod jakimś „ważnym” względem a przynajmniej się za takiego uważa. Mnożą się organizacje i komitety „wykluczonych” liczące na „skapnięcie” czegoś przy okazji tego "eksperymentu", zewsząd wyciągają się ręce po pomoc, błagania coraz dramatyczniejsze w swoim aktorskim wyrazie o „w k l u c z e n i e” na powrót do społeczeństwa… a wszystko przecież jedynie po to, aby pokazać „ludzką twarz” Platformy Obywatelskiej, omamić społeczeństwo przed wyborami rzekomą „wrażliwością społeczną” by zyskać głosy tych znów oszukanych wyborców („głosy wyborcze” ponoć nie śmierdzą, jak pieniądze). Oszukać – czego się domaga walka o kontynuację władzy, ale i niczego nie zmienić, – czego się domaga ideologia Platformy Obywatelskiej.
Czy "normalny" człowiek może jednak nie umieć odróżnić problemu trudności "seniorów" z dostępem do kultury, od podstawowych trudności życiowych z utrzymaniem "dachu nad głową w ogóle" czy fizycznym przetrwaniem osób w wieku produkcyjnym 50 - 65 lat, którym odmawia się zatrudnienia? Czy to jest normalne?

Pomijając więc kompletnie nieprzydatne określenie „senior” – zauważmy, że wspomniana grupa osób będących przed wiekiem emerytalnym jest obecnie w swojej większości pozbawiona dostępu do zatrudnienia. I to ze - w zasadzie zupełnie nieznanych - powodów. "W tym wieku się nie zatrudnia"!
Jakie to ewentualnie mogą być powody? Jakiekolwiek, nie wyłączając głupich, durnych i zabobonnych. Przedsiębiorca ma prawo. To zresztą tajemnica, gdyż żaden przepis prawa nie narzuca przedsiębiorcy obowiązku wyznania, z jakiego powodu odmówił zatrudnienia tej lub innej osobie czy grupie osób. Wręcz przeciwnie: istnieją przepisy, które zmuszają go do odmowy udzielania takiej informacji komukolwiek, a zwłaszcza zainteresowanemu. Chodzi o przepisy zakazujące nierównego traktowania w zatrudnieniu, szykanowania pod jakimkolwiek względem a zwłaszcza pod względem płci, wieku, rasy, przynależności etnicznej, wyznania, orientacji seksualnej, stanu cywilnego, stanu rodziny itp. Oczywiście dotyczą one także kandydatów do pracy, ale cóż to może obchodzić przedsiębiorcę ochranianego parasolem władzy. Wie on najczęściej, choć pewnie nie zawsze, że istnieje coś takiego jak Ustawa Sejmu RP „Kodeks Pracy” i na dodatek obowiązuje, ale… jednocześnie jest jasny sygnał od władzy by się tym zbytnio nie przejmować. „Przedsiębiorca na zagrodzie równy Wojewodzie” jak można by powiedzieć parafrazując znane staropolskie powiedzenie szlacheckie. Więc taki kandydat może być zbyt świadomy swoich praw i sposobów ich egzekwowania; może być zbyt „dostojny” ze swoimi siwymi włosami - by można go było zbesztać jak psa, zmieszać z błotem, potraktować z góry, nawrzeszczeć na niego; jest podejrzany o zbyt częste chorowanie a co za tym idzie – częste zwolnienia lekarskie opłacane do 30 dni przez pracodawcę; może mieć zbyt silne przyzwyczajenia z innej pracy; może być zbyt mądry i doliczyć się źle naliczonego zarobku; może nawet mieć kompetencje wyższe niż jego przyszły szef albo i nawet sam Pan Przedsiębiorca (a na to absolutnie nie ma zgody); może mieć "zbyt mało entuzjazmu" do układania towaru na półkach w hipermarkecie, albo machania towarem przed czujnikiem skanera kasowego… takie niestety są autentyczne powody. Swoją drogą zawsze zastanawiałem się, jak okazać pracodawcy oczekiwany entuzjazm: podskakiwać cały czas czy może głaskać z nabożeństwem półki sklepowe i prosić o prawo do pozostania dłużej w tej wspaniałej pracy… nie wiem. Inne powody są banalne: przedsiębiorca koniecznie chce zatrudnić kobietę a nie wolno mu, bo „nie wolno szykanować kandydatów ze względu na płeć”(albo oczywiście analogicznie mężczyznę), koniecznie chce zatrudnić "dziewczynę do lat 24, pannę atrakcyjną, bezdzietną i bez narzeczonego", ale nie może, bo prawo zabrania mu już nie tylko szykanować ze względu na płeć i stan rodziny, ale nawet pytać o stan rodzinny, stan cywilny, sprawy osobiste czy plany rodzinne na przyszłość. Po prostu: nie wolno, ale cóż to może obchodzić "liberalnego" przedsiębiorcę pod skrzydełkami PO; i tak zrobi swoje i żaden PIP mu nie zabroni… Nie zapyta o wiek; nie, on tylko zapyta o PESEL… "Liberalizm" dla Platformy to egzekwowanie własnych praw i niezauważanie praw innych.

Wracając jednak do sprawy: ta interesująca grupa ludzi wykluczonych z zatrudnienia, dzieli się na trzy podgrupy: osoby, które mimo wszystko znajdują jakieś, choćby „przerywane” zajęcie zarobkowe, najczęściej dzięki przypadkowi lub tak zwanym „znajomościom”, kontaktom towarzyskim poprzez rodzinę albo tak zwanemu „poleceniu przez kogoś ważnego”. To niewielka grupa, ale patologia wielka. W tym przypadku chodzi o szczególne kontakty na tyle silne, że aż mogące przełamać "blokadę" zatrudnienia, faworyzować na "rynku niedoboru pracy".
Podgrupa druga – to osoby, które pomimo braku zatrudnienia mogą jakoś egzystować z pomocą rodziny, krewnych. To na przykład któreś z rodziców zamieszkujących ze swoimi dziećmi we wspólnym gospodarstwie domowym. Nie ma dochodów, ale wykonuje jakieś zadnia domowe, otrzymując opiekę i utrzymanie w sposób po prostu „naturalny”. Nie zmienia to faktu, ze w tym przypadku Państwo przerzuca nieformalnie na część obywateli obowiązek i koszty utrzymania bezrobotnego, co należałoby uznać za rodzaj nielegalnego, nieformalnego opodatkowania, na dodatek nigdzie niewykazywanego, nierejestrowanego a tym samym - niebranego pod uwagę przy ocenie stanu finansowego tej rodziny oraz w badaniach ogólniejszych, ocenie stanu materialnego społeczeństwa na potrzeby dalszych decyzji władzy.
W przypadku bezrobocia ok. 20% z nich uzyskuje prawo do zasiłku dla bezrobotnych, na okres 18 miesięcy, w wysokości około 750 zł miesięcznie (średnio), oraz minimalną składkę ubezpieczenia zdrowotnego.
Pozostałe 80% tych osób nie otrzymuje zasiłku a jedynie składkę ubezpieczenia zdrowotnego uprawniającą do korzystania z podstawowej pomocy Publicznej Służby Zdrowia.
Podgrupa trzecia wreszcie, to osoby nieposiadające rodziny albo nieutrzymujące z nią kontaktów z ważnych przyczyn. Zasiłek z pomocy rodzinie, o ile jest przyznany i o ile ktoś ma na tyle odporności psychicznej, by o niego wystąpić w potwornie upokarzającej, obdzierającej z intymności, godności osobistej a nawet wręcz niebezpiecznej procedurze stosowanej przez Ośrodki Pomocy Rodzinie – nie przekracza 270 zł miesięcznie, pod warunkiem wszakże, iż pozostałe dochody tej osoby w miesiącu nie przekroczą 447 złotych. Za takie środki nie da się przeżyć utrzymując też jakikolwiek dach nad głową, chroniący przed bezdomnością. Jak ci ludzie żyją – takie pytanie nie przyjdzie do głowy wyznawcom kultu Platformy a jeśli nawet przychodzi – odpowiedzi znać na wszelki przypadek nie chcą.

Jedno jest pewne: pomijając teoretyków, statystyków i wybitne jednostki – jak choćby „mistrz bełkotu intelektualnego” minister Michał Boni – poważnie nie da się mówić o wszystkim jednocześnie. Trzeba dzielić problemy na zagadnienia, identyfikować grupy osób o podobnych problemach czy potrzebach i rozpatrywać je oddzielnie, – co bynajmniej nie musi wyrzucać tego rozpatrywania gdzieś na manowce rzeczywistości.

W tym odcinku pojawiły się wiec następujące hipotezy:
• Stan gospodarki oraz kondycja społeczeństwa nie jest przypadkowy i zależny od „kryzysu” a powinien być uznany za wynikający z działań lub zaniechania działań władzy.
• Można i trzeba rozważać, czy wynika on z błędów czy niepowodzeń w działaniach w „dobrej wierze”, czy jest skutkiem działań ściśle ideologicznych dokonywanych pomimo widocznych dramatycznych skutków.
• Problemy dotyczące obywateli należy rozpatrywać analitycznie i z podziałem na poszczególne grupy o takiej samej lub bardzo podobnej sytuacji, nie zaniedbując oczywiście i badania oraz prognozowania skutków całościowych i długoterminowych.
• Sytuację osób z grupy wiekowej po 45 roku życia należy rozpatrywać oddzielnie w podgrupach 45 – 60/65 lat, emerytów z przyznanym świadczeniem emerytalnym oraz ewentualnie wydzieloną podgrupą osób „starych” mających szczególne potrzeby niezaspokajane przez świadczenie emerytalne, natomiast w grupie wiekowej 45 – 60/65 – wydzielić jeszcze podgrupy osób zatrudnionych (posiadających stały dochód z zajęcia zarobkowego), pozostających na utrzymaniu przez krewnych oraz grupę posiadających dochodów ani pomocy krewnych.
• Należy precyzyjnie zdefiniować używane określenia i posługiwać się jedynie nimi, tylko w nadanym im znaczeniu a nie określeniami zwyczajowymi, niezdefiniowanymi, jak na przykład „senior”.
• Istnieje potrzeba urealnienia kwot przyjmowanych na potrzeby zarówno badania sytuacji społeczeństwa jak i rozdzielania dostępnej pomocy. Realność tych kwot musi się stać punktem wyjście dalszych rozważań i działań, być celem z góry zakładanym na każdym etapie.
• Musi powstać tymczasowy, doraźny i interwencyjny mechanizm społeczny udzielania pomocy tym, którzy jej najbardziej potrzebują i w wysokości realnej oraz w kolejności wynikającej z rzeczywistych obserwacji priorytetów społecznych.
• Jest potrzeba interwencji Państwa (władzy) w politykę zatrudnieniową pracodawców, tworzącej tym większe ułatwienie zdobycia zatrudnienia im w gorszej sytuacji znajduje się osoba poszukująca pracy (dochodu). Dokładnie analogicznie z rozwiązaniem dramatycznego problemu odmowy zatrudniania osób niepełnosprawnych poprzez Powołanie PFRON i przepisów prawnych stwarzających sytuację opłacalności ekonomicznej zatrudniania osób niepełnosprawnych w porównaniu do pełnosprawnych. Państwo (władza) ma prawo i obowiązek interweniowania instrumentami prawnymi w sytuację społeczeństwa, gdy jest to niezbędne a uchyla się od tego z nieodpowiedzialności i powodów doktrynalnych (ideologicznych).

(CDN)

Odwiedziny: