BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tumiwisizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tumiwisizm. Pokaż wszystkie posty

02/03/2012

40.
Głupotą jest w milczeniu borykać się z - celowo tworzonymi - trudnościami.

Pisząc o "działalności "cholernego gamonia", robiącego sobie a muzom wywiady z ministrem pracy dla „Gazety Prawnej”…" miałem na myśli durny tekst:
http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598883,bezrobotny_ktory_nie_chce_podjac_pracy_na_dwa_lata_straci_ubezpieczenie_zdrowotne.html


To bardzo trudne doświadczenie; jak zetknięcie głowy z murem – gdy się stykamy nagle z własną bezradnością. Stajemy się jej świadomi.
Możliwe, że to jest zwyczajne doświadczenie każdego, kto chciał mieć wpływ na jakieś obserwowane, negatywne zjawisko. Ciekawe więc, czy przez podobny etap zniechęcenia, załamania, wściekłości - przechodzą zawsze młodzi dziennikarze zaczynający pracę. Zrozumiałe, że - wyposażeni w „warsztat”, czyli nie tylko umiejętność formułowania wypowiedzi na piśmie, ale i dostęp do informacji, prawo do zadawania pytań oraz dostęp do możliwości publikowania, upubliczniania informacji - czują się pewnie silni, kompetentni, czują że coś zrobić mogą...
To niestety pozory, mrzonka. Najczęściej okazuje się, że choćby się zagadali czy zapisali na śmierć, dalej będą się spotykali z tymi samymi durnymi postawami, tymi samymi stereotypowymi, dogmatycznymi lub bezmyślnymi argumentami – z którymi walczyli. Może zawodowy dziennikarz po prostu szybko staje się prawdziwym zawodowcem, który „robi” to co ma robić zupełnie nie mając ambicji „zrobienia” czegoś tak od początku do końca. Wie już, że ogromu, bezwładności ludzkiej głupoty nie da się przezwyciężyć, dlatego pisze co każą, w idealnej sytuacji pisze co sam myśli, w co wierzy, ale nie oczekuje żadnego skutku prócz zapłaty, miesięcznej pensji lub stawki za objętość tekstu, za news. Tak jak doktor, który leczy uczciwie - nie musi zaraz być „Judymem”…

Piszę tak, bo właśnie czuję, że walę głową w ścianę – występując od ponad pół roku – z tekstami dotyczącymi bezrobocia. Nijak się to ma do działalności cholernego gamonia, robiącego sobie a muzom wywiady z ministrem pracy dla "Gazety Prawnej"...

Ważna jest, szczególnie dla mnie - postawa „bycia po właściwej stronie”, mężnej próby pozostania wiernym sobie czy „swojej” prawdzie tak jak ją rozumiemy. Ale byłoby przecież skrajną próżnością, gdybyśmy tylko to mieli za motywację i cel. Motywacją i celem było przekonanie kogoś, wpłynięcie na bieg spraw albo choć bieg dyskusji, zainicjowanie zainteresowania danym problemem. A to się nie udało. Świadczą o tym kolejne wypowiedzi osób ważnych i najważniejszych, powtarzających bzdurę za bzdurą, w całkowitym oderwaniu od realiów. Świadczą o tym i bzdety zawodowych dziennikarzy - durniów. Jak aktualny wywiad w D-GP z ministrem.
Nie jestem na przykład takim Tomaszem Lisem, nie mam żadnych możliwości finansowych, zawodowych, towarzyskich, organizacyjnych ani doświadczenia, nikt nie czeka na moje słowa ani po to by się zgodzić, ani - by się programowo sprzeciwić, dlatego mam poczucie bezradności, pełnej klęski. PO prostu przegrałem z tamtym gamoniem piszącym bzdury w D-GP o bezrobociu, przegrałem z wieloma innymi, nawet i tu, na tym portalu - czytającymi przecież chyba od początku moje teksty a dziś dalej tkwiącymi w swoich zatęchłych stereotypach o bezrobotnych... Nie udało mi się nic nikomu wyjaśnić ani przekonać kogokolwiek...
Cóż; jestem prywatną, nikomu nie znaną osobą. Może próżnością z mojej strony jest już sama chęć wpływu na los wielu podobnych do mnie, tych poszkodowanych, skazanych na przegraną. Nie jestem też takim „nadawcą” jak np. pan Jarosław Kaczyński, który napisał kilka postów w swoim blogu (już chyba porzuconym) a każdy z nich w ciągu kilku godzin po ich zamieszczeniu przeczytało kilkadziesiąt tysięcy osób. Podobnie i jego bratanica – pani Marta Kaczyńska Dubieniecka... pisząca jakiś czas pięknie, mądrze, ale.. na jeden, najważniejszy dla niej temat.
Niestety – osoby posiadające takie możliwości, zupełnie z nich nie korzystają. A jeśli nawet – to w sprawach osobistych (śmierć rodziców w katastrofie).
Społeczeństwo jest ślepe i głuche, milczy i w milczeniu boryka się z trudnościami.

W najbliższym czasie – społeczeństwu zafundowane będą „wielkie igrzyska” no i trochę chleba, więc władza odracza co się da do tego czasu; „społeczeństwo” się zajmie meczami a "władza" w tym czasie przeprowadzi zaplanowane wcześniej zmiany, bez szczególnego zainteresowania nimi tych do niedawna pokrzykujących swoje "veto". Już i o ACTA nikt nie będzie się denerwował, i emerytury jakby staną się mniej ważne niż wynik meczu Polska – Czechy… i bezrobocie przestanie denerwować gdy Polska wygra...

Cóż; stan świadomości społecznej poszczególnych jednostek jest po prostu różny, wielu specjalistów od „spokoju społecznego” pracuje nad tym, by społeczeństwo nie przeszkadzało władzy w rządzeniu. W bajeczki o demokracji nikt przecież już nie wierzy, nie traktuje tego poważnie, a jeśli już – jest na końcu argument nie do odparcia: dyrektywa unijna nr…

To bardzo trudne.
Jeszcze do niedawna śmieszyło mnie gdy słyszałem mówienie tak charakterystyczne dla ludzi starych, wspominających dawne czasy; „bo za moich czasów panie to…”. Wygląda na to, że czasy zmieniają się dużo szybciej niż ludzie. Wręcz nawet jest tu przeciwieństwo tendencji; naprzeciw coraz szybciej zmieniającego się świata staje człowiek, któremu coraz trudniej jest nadążyć z analizą, przyjmowaniem i rozumieniem zmian, dlatego pewnie coraz częściej odrzuca je jako obce, niezrozumiałe, nie do przyjęcia. Można śmiało powiedzieć, że „czasy przestają być jego czasami”, czasami które rozumiał, z którymi się identyfikował i na które miał jakiś wpływ, albo przynajmniej miał takie odczucie.
Zresztą, czy można się dziwić, ze człowiek który czuje że traci jakikolwiek wpływ na otoczenie, odwraca się od „nie swoich” decyzji, od ich skutków, przestaje się utożsamiać z władzą, potem z państwem a na końcu z całą otaczającą go rzeczywistością, z „czasami” – głupimi, obcymi, niemoralnymi…

Sztuką życia wydaje się dziś zachowanie do końca swojej moralnej tożsamości, zachowanie wpływu choćby na siebie jednego, przeżycie swojego czasu do końca „po swojemu”, zgodnie ze swoim ideałem wartości życia, tak, by móc się pod tym „podpisać” kiedy przyjdzie czas.
Gorzej jest, gdy zbyt wcześnie przyjdzie komuś utracić możliwość takiej kontroli...

13/02/2012

30.
Jeśli instrumenty (rynku pracy) nie grają, to trzeba je naprawić, zmienić, nastroić, albo… wymienić muzyków!

Niedawno pisałem o kolejnym "rozpoczęciu" kolejnych nic nie dających działań w Urzędzie pracy.
Przedstawiłem tam tezę zaskakująca nawet dla mnie; że wszelkie te bezcelowe działania wynikają z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, czyli w zasadzie nie obciążają Urzędów Pracy - jako mających za zadanie ustawę wykonywać. Ustawę powołał do życia Parlament zdominowany przez Platformę Obywatelską, a więc odpowiada ona celom i priorytetom politycznym Platformy Obywatelskiej. Platforma legitymuje się zwycięstwem wyborczym, co ma swoją wymowę - pomimo, że zwycięstwo to było możliwe dzięki "straszakowi PiS", że ludzie oddający swoje głosy na Platformę, tak naprawdę głosowali nie na PO a przeciwko PiS… no i co najmniej dwa miliony z nich – przeciwko sobie, swoim najistotniejszym interesom do jakich należy wykonywanie najemnej pracy zarobkowej, jako źródło podstawowego dochodu niezbędnego do życia.
Bo żeby żyć, trzeba mieć źródło dochodu dające jakieś minimalne środki wystarczające do zaspokojenia podstawowych potrzeb, absolutnie choćby zasadniczych potrzeb biologicznych.

To rzecz która mnie niesłychanie zadziwia, wprawia w zdumienie; tyle ludzi wypowiada się na temat bezrobocia, ale najczęściej zupełnie pomijają milczeniem prosty ten właśnie fakt: pracuje się dla środków do życia! A jeśli się nie ma zatrudnienia to nie ma środków do życia. To jest zresztą inny temat, obszerniejszy: maniera pomijania we wszelkich wystąpieniach banalnego tematu pieniędzy, jako czegoś praktycznie niezbędnego. Są całe biblioteki tomów bełkotu na temat "zwalczania bezrobocia", o tym jak pisać CV żeby zgrabnie oszukać pracodawcę, że jesteśmy kimś - kim nie jesteśmy, jak oszukać kandydata do pracy że mu zapłacimy tyle, ile on sobie wyobraża że dostanie, ale nigdy tam nie ma odpowiedzi na proste pytanie: jak ma żyć, ktoś kto z powodu przekroczenia 50 roku życia nie może znaleźć żadnego zatrudnienia i nie dostaje też zasiłku dla bezrobotnych. To temat - tabu dla oszołomów "liberalnych", podobnie zresztą jak i dla ludzi PiS czy tak zwanej nie wiedzieć dlaczego - "lewicy" (to chyba od "dwóch lewych rak", bo z pewnością nie od postawy politycznej). Gdy więc jakiś prosty człowiek wreszcie ma okazję i zapyta wprost samego Premiera o tę właśnie sprawę; Panie premierze - jak żyć? - potrafi go oczywiście lemingowe oszołomstwo wdeptać w ziemię, ośmieszyć itp. premier - jak to ma w zwyczaju - nie odpowie, podobnie jak inni, nagle nawróceni na nową, liberalną "wiarę" też nie potrafią odpowiedzieć, bo by musieli po prostu powiedzieć prawdę: jak nie wiesz "jak żyć" toś sama sobie winna i trudno: trzeba będzie zdechnąć.. Ich zdaniem to jedyna możliwa odpowiedź, nacechowana głębokim liberalizmem.

Jeśli bezrobotny nie zostaje zatrudniony to nie ma dopływu środków niezbędnych do życia. By dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba spełnić rygorystyczny warunek, właściwie nie wiadomo z czego wynikający, dotyczący okresu opłacania składek na Fundusz Pracy i spełnia go statystycznie jeden na pięciu bezrobotnych. To oznacza, że 80% bezrobotnych nie ma zasiłku, a ci co go otrzymali, utracili to prawo po kilkunastu miesiącach pobierania zasiłku, nie otrzymując w tym czasie żadnej oferty pracy.

Pomoc społeczna jest tak zorganizowana, że jest przeznaczona w zasadzie dla ludzi całkiem upadłych, całkiem bezwolnych, wyzbytych już całkowicie z umiejętności i ochoty radzenia sobie samodzielnie. Cała polityka Państwa niejako produkuje takie osoby, bo jeśli ktoś bardzo długo nie ma zatrudnienia i nie ma zasiłku dla bezrobotnych, musi zwrócić się do opieki społecznej a ta mu nie pomoże, jeśli nie okaże się kimś bezwolnym, pozbawionym godności ludzkiej, całkowicie podporządkowanym zarządzeniom swojej „opiekunki”. Pomoc społeczna nie działa zapobiegawczo, nie pomaga prewencyjnie w co wręcz trudno jest uwierzyć. Człowiek walczący o to by się nie stoczyć - nie uzyska tam pomocy. Trzeba być zasikanym i śmierdzącym pijakiem, leżącym w krzakach - by uzyskać pomoc a pomoc ta odbiera resztki samodzielności, odpowiedzialności, woli i godności osobistej.
Pomoc społeczna nie pomaga ludziom zagrożonym bezdomnością w tym, by nie utracili swojego dachu nad głową, tłumacząc to tym, że ma swoje ośrodki opiekuńcze, domy pomocy społecznej. Czekają aż ktoś upadnie do poziomu kloszarda, stanie się pijakiem, straci mieszkanie i całkowicie bezwolny, pozbawiony godności osobistej - przyjdzie prosić o pomoc, wtedy często pomagają choć nie zawsze, w ten sposób, że robią z człowieka kukłę, zastępując go całkowicie w jego życiu, decyzjach pozbawiając go woli.
Wielu ludzi dziwi się ostatnio, że nawet w największe mrozy część bezdomnych nie chce iść do noclegowni czy do ogrzewanych doraźnych schronień przygotowanych przez opiekę społeczną. Właśnie dlatego, że mają jeszcze odrobinę godności. I odwrotnie: mają jeszcze odrobinę godności dlatego, że odmawiają pójścia tam.

Jeśli już ktoś stara się o zapomogę pieniężną z pomocy społecznej, dowiaduje się, że jest to tylko dofinansowanie do już uzyskiwanych dochodów, jeśli nie przekraczają pewnej granicy. Inaczej – jeśli ktoś zarabia zbyt mało, to może otrzymać pomoc. Kwota ta dla osoby samotnie prowadzącej „gospodarstwo domowe” wynosi maksymalnie dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Jeśli ktoś zarabia kilkaset złotych (choćby 500 czy 600) to z takim dofinansowaniem może i ma szansę jakiś czas przetrwać, oczywiście poza Warszawą i innymi wielkimi miastami, gdzie są stosunkowo duże dochody ale i wysokie koszty życia. Mając te 800 czy 900 zł netto na jedną osobę - można przetrwać jakiś czas, licząc że nieco więcej niż połowa idzie na mieszkanie i opłaty...

Ale co jeśli nie zarabia ani nie ma prawa do żadnego świadczenia, choćby tak niskiego?
Panowie "gentelmeni" z Rządu Platformy Obywatelskiej, ci co nie rozmawiacie o pieniądzach ale je macie; przecież jeśli ktoś nie może uzyskać zatrudnienia i jednocześnie nie dostanie prawa do zasiłku - to nie ma dochodów! Żadnych dochodów. Jest żebrakiem (na ulicy albo u krewnych) albo "coś kombinuje" o czym coś piszą w Ustawie Kodeks Karny. Jeśli nie ma dochodów to nie dostanie też dofinansowania z pomocy społecznej do zbyt niskich dochodów. Bardzo jestem ciekaw co wy myślicie na ten temat; wierzycie w cuda, oduczacie ludzi od jedzenia jak ten słynny Cygan swoją szkapę, czy może produkujecie przestępców?

Patrzę właśnie na dane dotyczące bezrobocia w Szczecinie (powiecie – Miasto Szczecin) z 31.12.2010 roku, czyli dotyczące roku 2010.
Ogólna liczba bezrobotnych – 16.500 osób.
W wieku „45+” – 6274 osoby.
Bezrobotni w okresie powyżej 2 lat – 915 osób.
Długotrwale bezrobotni – 6223 osoby.
Bezrobotni bez żadnych kwalifikacji – 4913 osób.
Bezrobotni bez wykształcenia średniego 8850 osób.

Dane te wynikają na zasadzie skutku z konkretnej polityki PRL; dawne woj. szczecińskie a teraz zachodniopomorskie było pozbawionym dużego przemysłu „zagłębiem PGR-ów” i drobnych, rodzinnych gospodarstw rolnych, nieliczny przemysł potrzebował ludzi z przyuczeniem do zawodu lub po obowiązkowej podstawówce, klasa robotnicza nie mogła być zbyt mądra. To są te okoliczności które Państwo miało obowiązek uwzględnić w swojej obecnej polityce związanej z transformacją i uwzględniło… na papierze, w „programie solidarności społecznej dla 50+” Michała Boniego. Programie fikcyjnym, oczywiście nie w znaczeniu kosztów a raczej skutków.

Tak wielka ilość ludzi bez kwalifikacji wymagałaby mądrze prowadzonych szkoleń zawodowych dających jakieś kwalifikacje, nawet nie tylko „jakieś” a konkretnie takie jakie są potrzebne w obecnej sytuacji gospodarczej. Jednocześnie widzimy tu jednak po pierwsze całkowity brak zaangażowania środków unijnych, szkoleń i kursów finansowanych z EFS. Opublikowano też kilka dni temu plan szkoleń zaplanowanych do przeprowadzenia przez Powiatowy Urząd Pracy w 2012 roku. Zaplanowano szkolenie nie więcej jak 140 osób bezrobotnych. 140 osób przy prawie 5000 osobach bez kwalifikacji. Ale dla urzędników to nie jest ważne; odbyły się szkolenia? Odbyły. Ważne że wydano pieniądze, zrealizowano budżet…

W jednym z poprzednich tekstów pisałem o tym, że staże dla osób bezrobotnych stały się w praktyce ich realizacji czymś całkowicie absurdalnym, zupełnie nie dającym spodziewanych efektów a wykorzystywanym jedynie przez „elitę” dla swoich celów, zarówno po stronie przedsiębiorców – dla uzyskiwania darmowej siły roboczej, jak i po stronie pracodawców – dla „protekcji” swoich protegowanych, by mogli sobie dorobić pobierając spore stypendium szkoleniowe.
Tymczasem w założeniach staże miały być głównie dla osób młodych, absolwentów nie posiadających żadnego stażu pracy, co było bardzo częstym powodem odmowy zatrudniania ich, jak i dla osób w wieku „50 plus” – które zostały przekwalifikowane z powodów strukturalnych i dlatego w nowym zawodzie także nie posiadały doświadczenia. Błędem było to, że to pracodawcom nadano prawo inicjatywy w organizowaniu takich staży a powinien robić to Urząd Pracy kierując się znanymi sobie przecież potrzebami osób zarejestrowanych. Jeszcze większym błędem było nadanie pracodawcom prawa do wskazywania osoby dla której chcą oni zorganizować staż, bo otworzyło to drogę do „znajomości” i prywaty i de facto wyłączyło ten instrument wobec osób rzeczywiście bezrobotnych i rzeczywiście potrzebujących stażu, tych od dawna zarejestrowanych w PUP.

W jeszcze większym stopniu dotyczy to prac interwencyjnych i robót publicznych, o czym pisałem w poprzednim felietonie.

13/12/2011

17.
Dranie, cwaniacy i zdrajcy.

Mija 13 grudnia 2011, potem 17 grudnia… kolejne rocznice…

Myśli czasem wymykają się codzienności, aktualności, powracają nagle migawki obrazów, jakieś odpryski wspomnień, atmosfery manifestacji robotniczych zatrzymywanych i atakowanych przez Milicję Obywatelską, czasem wyłaniający się z pamięci w chwilowym złudzeniu - dojmujący zapach gazu łzawiącego, albo - trwającego przez kilka dni po takim wydarzeniu - złudzenia słuchowego; ciągłego słyszenia charakterystycznego modulowanego sygnału radiowozów lub karetek pogotowia ratunkowego…

Niedawno sam złapałem się na zabawnym odkryciu: nagle dotarło do mnie, że dorosło i objęło władzę pokolenie następne, które zna ten fragment najnowszej historii raczej z opowiadań rodziców, a pamiętają jedynie swoje oburzenie z powodu… braku „dobranocki”. Następne z kolei pokolenie obecnie dorastających Polaków (licealistów) już nie tylko nie pamięta, bo i nie może pamiętać, ale wręcz nie wierzy w to, że takie czasy, takie wydarzenia mogły być możliwe. Cóż: normalna kolej rzeczy, lata mijają szybko, zbyt szybko… Jednak to moje odkrycie, moje zaskoczenie, niedowierzanie, mój dziecinny sprzeciw – rozbawiły mnie samego, ale i jednocześnie skłoniły do refleksji.

Należę do pokolenia urodzonych po wojnie. Całe moje dzieciństwo i „pierwsza” młodość mimo to jakby „zanurzona” była w wojnie; poprzez literaturę, film, szkolne programy nauczania, teatr, radio… Często zastanawiałem się, czy to dobrze; czy nie odbiera mi się z mojego życia czegoś dobrego, wartościowego. W szczególności filmy amerykańskie, australijskie robiły na mnie wówczas ogromne wrażenie, bo ukazywały młodzież w moim wieku, ale jakąś taką… inną, radosną, spokojną, a może po prostu – w o l n ą...? Ja wówczas czułem się stary i oszukany, okradziony z czegoś, czego nie potrafiłem nawet nazwać.
Tłumaczono nam, że trzeba pamiętać. Że pamięć zapobiegnie powtórzeniu się tych czasów, tych tragedii. Że ofiary wojny zasługują na pamięć właśnie dlatego, że są ofiarami. Powstanie Warszawskie było jednak czymś innym; szczególnym wydarzeniem, raczej mało typowym dla wojny pod tym względem. Ale zastanawiałem się czasem nad tym, co myślał zwykły żołnierz liniowy na froncie. Czy był zastraszonym rekrutem – mającym większe szanse na przeżycie - gdy walczy, niż – gdyby odmówił? Czy może - świadom konsekwencji mimo to sam chciał walczyć z okupantem o życie, wolność, o jutro, o przyszłość dla siebie i nie tylko dla siebie. Czy żołnierz rzucający się na bunkier i zakrywający własnym ciałem otwór strzelniczy po to, by inni mogli przejść, przełamać linię obrony nieprzyjaciela – miał wówczas, w tej chwili - pełną świadomość tego, co robi, tego że ginie „po coś”, bo wierzy, że to w ostatecznym rozrachunku „coś da”? I że jest to więcej warte niż jego własne, jednostkowe życie...?
Czy tysiące, setki tysięcy a może i ostatecznie w skali Wojny Światowej - miliony takich młodych ludzi – nie zasłużyły na wdzięczność, na chwilę prawdziwego, ludzkiego wspomnienia, ciepłą, serdeczną ludzką myśl, choćby i tylko raz w roku, w dzień 1 listopada czy święto Wojska Polskiego… na zasadzie "miłosierdzia chcę a nie ofiary...".

A przecież wiemy, że… wojnę „wygrali” ci, co się trzymali z tyłu, służyli na zapleczu albo w żandarmerii, generałowie siedzący w schronach - odbierali ordery, medale, awanse, zaszczyty… Wojnę „wygrali” też ci cwani, sprytni, zaradni, odporni na bohaterskie patriotyczne zrywy, handlujący „rąbanką” i bimbrem, żerujący na „wygnańczym” mieniu, czasem nawet - gdy trzeba - po cichu kolaborujący z Niemcami…
Oni; zawsze pierwsi tam, gdzie zysk a ostatni tam, gdzie jakieś niebezpieczeństwo czy jakaś strata.
Zawsze zastanawiam się, czy współcześni organizatorzy a zwłaszcza uczestnicy okolicznościowych, rocznicowych uroczystości związanych z wojną, np. z rocznicą jej wybuchu, napaści na Polskę – potrafią poza flagami, wieńcami, wartami honorowymi czy salutem honorowym, całym tym stereotypowym teatrem "gadżetów" – pomyśleć choć chwilę o tych młodych chłopakach jak o młodych ludziach, mających swoje plany, ambicje, uzdolnienia, swoje Matki i dziewczyny… Czasem wydaje mi się podczas takich uroczystości, że służą one głównie zatuszowaniu prawdy, oszukaniu sumienia, osiągnięciu jakiegoś własnego "zysku" a nie oddaniu sprawiedliwości ludziom, osobom, choćby i tym „bezimiennym”, których imienia nawet nie znamy… mimo, że oni imiona przecież mieli, mieli nazwiska, uczucia, plany, zdolności...

Jakże zaskakujące dla mnie jest dziś to, że to wszystko doskonale wpasowuje się w opis tak zwanych „Wydarzeń Grudniowych”, „Poznańskiego Czerwca” czy Sierpnia 80 i późniejszego stanu wojennego. Jeśli rozpatrywać to w tym właśnie, zarysowanym przeze mnie powyżej aspekcie – też mamy tu z jednej strony ludzi w coś wierzących, chcących po prostu, aby było lepiej, ze „szlachetnym uporem” trwających przy swoich przekonaniach wolnościowych, niepodległościowych. Ale z drugiej strony są znowu ci, co wówczas trzymali się z tyłu lub stali z boku, wiedzieli „gdzie być” i „jak się ustawić” - aby być, ale się jednak nie narazić a potem coś „wyrwać” dla siebie. Ci, co robili majątki na handlu walutami (najczęściej za cichym przyzwoleniem władzy), potem robili nieuczciwe majątki na „dzikich” prywatyzacjach i rozwalaniu wszystkiego co pozostało z "gospodarki uspołecznionej", na czym się dało zarobić „przez upadłość”…

Czasem więc zastanawiam się, czy ci ludzie, którzy wtedy szli do pracy w pierwszym szeregu, przez stalową kładkę nad torami, dla pasażerów kolejki elektrycznej dowożącej robotników do Stoczni – wiedzieli co się może za chwilę wydarzyć? I szli mimo to? Czy ci górnicy z Kopalni Wujek wiedzieli, że za ich plecami kryją się ci, co zarobią na ich determinacji i ofierze? Im chodziło o to, żeby było dobrze, sprawiedliwie, żeby praca była i była szanowana,żeby władza liczyła się z ludźmi którzy ją powołali; zginęli dlatego, żeby się dało godnie żyć. Chodziło im "tylko o to" - jak byśmy dziś powiedzieli, ale wtedy - to było oczekiwanie radykalne i anty-ustrojowe. Skala przemian, jakie nastąpiły później – wtedy jeszcze nikomu nie mieściła się w głowie: że "ruscy wyjdą”, że Niemcy się zjednoczą, że Związek Radziecki przestanie istnieć… Górnicy ci może by splunęli pod nogi i poszli do domów na piwo, gdyby wiedzieli, że niedługo dla dwóch milionów Polaków nie będzie żadnej pracy ani też najczęściej - nawet zasiłku; nie będzie żadnej możliwości pracy ani zasiłku dla kilkuset tysięcy osób, które wówczas miały po 20– 30 lat i były "przyszłością tego narodu", a dziś mają po 55 – 60 lat i grzebią w śmietnikach… Może by "dali sobie spokój", ciepnęli łomy i kilofy pod nogi i poszli do swoich żon, mateczek czy gołębników, gdyby wiedzieli, że wkrótce ci co się ukrywają za ich plecami, a nawet i wspólnie z tymi - co mierzą do nich z "kałachów" - zamienią dziesięciomilionowy związek zawodowy w niewielką grupkę dobrze ustawionych kolesiów z wysokimi pensjami, zajmujących się głównie „ustawianiem” własnych rodzin i znajomków, a najwięcej do powiedzenia w sprawach pracowniczych będzie miała… konfederacja pracodawców i to na dodatek akurat z jakimś Jeremiaszem na czele…?

No tak, ale czy wówczas doszłoby do tych wszystkich przemian, czy „ruscy” by wyszli, czy by upadła PZPR… ?

Takie oto niewesołe myśli i trudne pytania przychodzą mi do głowy nie tylko na kolejnych „imprezach” rocznicowych, czy coraz bardziej modnych i coraz bardziej idiotycznych „rekonstrukcjach”. Przychodzą mi one także do głowy, gdy widzę biednych ludzi - przez cały dzień, już teraz nawet średnio co godzinę przychodzących do kontenera na śmieci, który widzę z mojego okna. Przychodzą ciągle, nawet parami, a każdy z nadzieją, że tam znajdzie coś, co im pozwoli przetrwać kolejny dzień i noc… tylko oni nie wiedzą, że niedawno przed nimi byli już tu ludzie w podobnym stanie i już dokładnie wszystko przeszukali, a godzinę przed nimi - inni… i wcześniej – jeszcze inni… i tak co dnia... Jeszcze niedawno przychodzili dwa – trzy razy w ciągu dnia oraz nad ranem, ale dziś - już przeciętnie co godzinę…

Cóż o tym myśli Pan Minister Kosiniak – Kamysz; młody, świetnie ubrany, dobrze wykształcony, elegancki i ze wszech miar zadbany człowiek, z rodziny tych „zawodowych” dyrektorów i ministrów…?
Pan Minister Pracy i Polityki Społecznej rządu Platformy Obywatelskiej, z gabinetu Premiera Donalda Tuska.


Odwiedziny: