Aktualny program wyborczy PIS jest dyskusyjny, ale z pewnością zasługuje na uwagę.
Przede wszystkim w związku z utrzymującą się (według większości badań
opinii publicznej) przewagą poparcia dla tej partii – nad obecnie
rządzącą koalicją.
Najbardziej rzucającą w oczy cechą tego programu jest to, że on jest
i jest jawny – w odróżnieniu od kompletnego zaciemnienia w sprawach
projektów i planów Platformy Obywatelskiej, ukrytych w cieniach
gabinetów i ciemnych umysłach zasiadających tam ludzi. Dewizą Donalda
Tuska jest: „Ciepła woda w kranach będzie dla większości a reszta – ma
pecha; my będziemy robić „dobrze” a jak – to sami zobaczycie, gdy już
wam zrobimy” co wystarcza jedynie tak zwanym „lemingom”…
W poprzednim wpisie przytoczyłem jeden z podrozdziałów obszernego programu (całość ma ok. 190 stron) – dotyczący pracy.
To oczywiście fragment wycięty z obszernej całości, a przecież wszystkie
zjawiska społeczne są „w życiu” połączone ze sobą różnymi powiązaniami
przyczynowo skutkowymi, dlatego o sytuacji dotyczącej pracy jako źródła
podstawowego dochodu pracownika najemnego decydować będzie tak naprawdę
całość polityki władzy i stopień jej rzeczywistej realizacji, który z
różnych względów nigdy przecież nie wynosi 100%.
Moje drobne, naprędce nasuwające się uwagi:
Praca musi być „dobrem” powszechnie dostępnym, nawet gdyby z jakichś
powodów w danym momencie rozwoju Polski, Europy czy Świata – nie mogła
być środkiem zapewniającym „godne i dostatnie” życie. Jest tak także i
wtedy, gdy może pozwolić na podstawowe pokonywanie codziennych trudności
i zaspokajanie czasowo tylko podstawowych potrzeb. W sytuacji
szczególnej – np. globalnego czy kontynentalnego kryzysu gospodarczego
czy finansowego – państwo musi mieć w dyspozycji także rozwiązania
„kryzysowe” – być może pozwalające doraźnie tylko przetrwać, ale
zabezpieczające przed sytuacjami skrajnymi.
Wiadomo, że obecnie tak nie jest, bo „system Tuska” (jak to nazywa
Jarosław Kaczyński) dopuszcza całkowite wycofanie się państwa z
rozwiązywania zasadniczych problemów społecznych, pasywność władzy
wynikającą z założenia „magicznej” samoregulacji, obojętność państwa na
sytuację czy los „mało znaczących” grup obywateli, bezwzględność w
traktowaniu niektórych problemów – jakby nie istniały, lub były tylko
„sprawą prywatną” – jeśli nie dotyczą one grup faworyzowanych i w małym
stopniu wpływają na sytuację polityczną (poparcie).
Wszystko to dzieje się przy jaskrawej niezgodności poczynań władzy z Konstytucją.
Oczywiste wydaje się patrzenie na „świetlaną przyszłość” i daleko
posunięte ambicje, wyjście „do przodu” w definiowaniu zamiarów mające
wreszcie wydostać społeczeństwo z minimalizmu „biedy w czasie kryzysu”,
ale jednocześnie brak mi w tym programie odniesienia do tego „co dziś”,
do natychmiastowych koniecznych działań interwencyjnych
w sytuację choćby osób z grupy wykluczonych z rynku pracy ze względu na
wiek (jak to nieoficjalnie tłumaczą pracodawcy). Nie wystarczy mieć
dobry cel i zacząć iść w jego kierunku, ale – na czas tego marszu –
także trzeba stworzyć możność zaspokojenia pewnych podstawowych potrzeb.
Niejeden już „zdechł” w drodze do świetlanej przyszłości, bo nie
pomyślał o „tu i teraz”…
Odnośnie liczby osób bezrobotnych z grupy określanej jako „50+” na
„ponad 500 tys.” trzeba stwierdzić, że niedawno określano ją na „ponad
700 tys.”; może to być dużo więcej niż tu podano, gdyż liczba ta dotyczy
bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy a jak
wiadomo, przez minione kilka lat spora część osób w tym wieku, na
podstawie doświadczenia własnego oraz obserwacji poczynań PUP i MPiPS –
zrezygnowała z rejestrowania się w PUP albo świadomie i z własnej
inicjatywy zrezygnowała ze statusu osoby bezrobotnej – widząc
bezsensowność tego, praktyczną bezczynność urzędów pracy czy nawet
resortu pracy. Po prostu świadomie stali się osobami całkowicie nieaktywnymi zawodowo,
pomimo że początkowo chcieli i mogli pracować – przejmując jakieś role w
swoich rodzinach i pozostając często na ich utrzymaniu.
Otóż osoby te powinny móc powrócić do pracy przy stworzeniu do tego
właściwych warunków i zapotrzebowania, bo słusznie program podnosi także
sprawę obciążenia rodzin utrzymaniem swoich bezrobotnych krewnych –
jako nielegalnym czy nieformalnym dodatkowym podatkiem.
W swoich odniesieniach do problemu ubezpieczeń społecznych, program
zdaje się nie dostrzegać wpływu proponowanych zmian na stan
indywidualnych kont obywateli w ZUS oraz wpływu zgromadzonych tam
środków na wysokość przyszłych emerytur. Program nie odnosi się także do
zmian funkcjonowania ZUS pod tym względem.
Program dostrzega dramatyczny spadek liczby osób bezrobotnych
posiadających w myśl obecnej ustawy prawo do zasiłku, lecz nie proponuje
żadnego doraźnego działania by ten stan zmienić, zanim skutek zaczną
odnosić bardziej zaawansowane zmiany zmniejszające bezrobocie. Znów więc
powracam do uwagi uczynionej na wstępie; Oczekiwana byłaby zmiana
obecnej ustawy znacznie poszerzająca dostęp do jakiejś formy „zasiłku”
dla bezrobotnych lub zastępczych form zarabiania na doraźne podstawowe
potrzeby z jednoczesnym wskazaniem źródeł finansowania tych zmian w
przesunięciach przeznaczenia istniejących środków publicznych. Moim
zdaniem działania te powinny być równoległe bo sobie nie przeszkadzają;
władza powinna powrócić do aktywnego zarządzania gospodarką a więc i jej
„środowiskiem prawnym” ale jednocześnie w oczekiwaniu na wyniki –
zrobić coś doraźnie, by „dać żyć” osobom pozbawionym pracy. Można i
przejąc aktywną rolę w zarządzaniu gospodarką i zacząć aktywnie
oddziaływać na kształtowanie właściwych społecznie postaw pracodawców i
pracowników a także i interweniować w sprawie osób pozbawianych pracy ze
względu na wiek – np. przyznając im coś w rodzaju odszkodowania (z
uwagi na treść Konstytucji) za brak zatrudnienia a więc – brak środków
do życia.
Niestety odnosi się wrażenie, że przy realizacji tego programu będzie
„tak jaj zawsze” – to znaczy najpierw wybory, brawa, plany i programy a
potem – długo, długo nic; długo, długo – ta sama stara „bida”, bo
jeszcze „nie weszło w życie”, bo coś „czeka w kolejce w Parlamencie”, bo
nowi posłowie i senatorowie „muszą się dopiero nauczyć” – itp. Program
powinien więc zawierać nie tylko ambitne plany docelowe, ale i doraźne
działania „na dziś” by natychmiast dało się odczuć poprawę w
najtrudniejszych społecznie sprawach, właśnie takich jak całkowite
wykluczenie zawodowe a co za tym idzie i społeczne setek tysięcy osób z
grupy „50 plus”.
Program PIS odnosi się bezpośrednio do ludzi młodych, co jest
strategicznie i taktycznie zrozumiałe, ale rozczarowujące jest, że poza
„zauważeniem problemu” nie odnosi się w szczegółach do sytuacji osób w
wieku produkcyjnym, wypchniętych przez społeczeństwo z rynku pracy.
Byłoby tragiczne, gdyby ta dziś poszkodowana grupa obywateli znów
została uznana za „mało ważną”, „marginalną”, zbyt mało wpływającą na
poparcie władzy by się opłacało zajmować ich sytuacją.
Program sprawia wrażenie ostrożnego, nieco „nadmiernie ugodowego” to
znaczy unikającego zajmowania się niektórymi rzeczywistymi a
dyskusyjnymi problemami.
W niektórych kwestiach wydaje się on zbyt zachowawczy; być może jest to zjawisko nakierowane na unikanie kontrowersji z założeniem późniejszym korekt planów, już po uzyskaniu władzy.
W sprawie problemu osób pozbawianych zatrudnienia ze względu na wiek –
nie wnosi on niczego zasadniczo nowego, co by mogło zmienić zachowanie
pracodawców na „rynku pracy”, sprawić by ten tak zwany dziś „rynek
pracy” poddał się rzeczywistym prawom rynkowym a nie „ręcznemu
sterowaniu ideologicznemu” jak to ma miejsce dziś dla zadowolenia
„syndykatu polityczno-biznesowego”.
Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że by zmienić zachowanie
pracodawców – należałoby to dziś niestety „wymusić” – oczywiście nie
bezpośrednio (dlatego ująłem to określenie w cudzysłów) a raczej
stwarzaniem odpowiednich bodźców ; dotyczy to nie tylko
przestrzegania jakiegoś (takiego czy innego) prawa pracy, ale i prawa
dotyczącego działalności gospodarczej i wynikających stąd obowiązków
wobec (skarbu) państwa.
PIS nauczony doświadczeniem lat 2005 – 2007 i zwłaszcza późniejszych
„przymila się” do pracodawców, co może dobrze wróżyć wynikowi
wyborczemu, lecz źle moim zdaniem wróży wynikom koniecznych reform i
zmian.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykluczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykluczenie. Pokaż wszystkie posty
15/02/2014
Myślmy i rozmawiajmy o Polsce i o nas – nie o podrzucanych nam „tematach zastępczych”!
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
Kaczyński,
mainstream,
PIS,
podatki,
praca,
Pracodawcy,
program wyborczy,
rynek pracy,
wykluczenie,
zatrudnienie
12/01/2013
„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.
Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
liberalizm,
minister pracy,
niewidzialna ręka,
PO,
pomoc społeczna,
przekwalifikowanie,
rynek pracy,
Tusk,
wykluczenie,
zasiłki,
zatrudnienie,
ZUS
08/04/2012
51.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część II
Jeśli się mówi o bezrobotnych, to automatycznie oznacza, że się nie ma na myśli emerytów; to oczywiste!.
Różnie można dywagować o przyczynach, ale nie o samym fakcie! Fakt jest niezaprzeczalny. Tak by się wydawało…
A jednak nie. Głos w tej sprawie zabrała 5 marca br. dr Agnieszka Chłoń-Domińczak wykładowca ze Szkoły Głównej Handlowej i jakby mimochodem zanegowała te dane. Stwierdziła ona w rozmowie dla DGP, że „zatrudnienie jest dostępne i to głównie właśnie dla seniorów”. Twierdzenie takie opiera się na wyliczeniu Ministerstwa Finansów, świadczącym że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55. roku życia.”
Twierdzenie to stało się jednym z głównych argumentów zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego.
Według dr Agnieszki Chłoń-Domińczak, byłej wiceminister pracy, powyższe dane Ministerstwa Finansów ... świadczą również o dużym zapotrzebowaniu przedsiębiorców na ludzi w starszym wieku. Uważa one, że „ich doświadczenie i wiedza są cenione”.
Fakty, najprostsza obserwacja życia - oczywiście temu zaprzecza, ale to w niczym nie przeszkadza pani „ekspertce” w podobnych wypowiedziach.
Stwierdziła ona także, że osoby w wieku 50 plus wcale nie są konkurencją dla młodych na rynku pracy. Oczywiście, że nie są, ale nie z sugerowanych przez „ekspertkę” powodów a dlatego, że bezrobocie w grupie ludzi młodych (do 26 lat) powoli maleje a w grupie „50 plus” – rośnie; ludzi młodych (do 26 lat) jednak częściej się zatrudnia na zasadzie „inwestycji” w przyszłość, co raczej nie dotyczy osób starszych. Dalej pani „ekspert” stwierdziła jeszcze, ze „co prawda mamy bezrobocie wśród młodych, ale z danych statystycznych wynika, że większość absolwentów, którzy ukończyli studia 2 – 3 lata temu, dzisiaj ma już zatrudnienie”. Jeśli nawet tak, to gdzie jest to praca; „na kasie” w hipermarketach?; w pizzeriach na umowach „śmieciowych”?; w smażalniach placków w Pucku czy Jastarni?; czy może „na zmywakach” w Londynie? A przecież to jest w tej sprawie najważniejsze; czy ta praca po 2 – 3 latach poszukiwania jej po zakończeniu studiów ma z nimi cokolwiek wspólnego.
Takie ekstrawaganckie stwierdzenie zadziwiło innych fachowców a niektórych po prostu oburzyło – tak bardzo jest sprzeczne z realnym doświadczeniem, obserwacją realnego życia. Dla takich osób jak p. Chłoń-Domińczak nie istnieje jednak taka sprzeczność. Skoro jakieś dane statystyczne sugerują jakiś wniosek, to są dla niej bardziej wiarygodne niż przysłowiowe „wyjrzenie przez okno”; to coś na zasadzie: „Nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe – jest białe” – jeśli z danych statystycznych wynika coś przeciwnego. To swego rodzaju „zboczenie” wynikające jednak moim zdaniem z jakiegoś zasadniczego ograniczenia intelektualnego, a może raczej emocjonalnego. Już samo pochodzenie takich twierdzeń z Ministerstwa Finansów skłania do ostrożnej nieufności; przecież to także jest środowisko ludzi wyobcowanych ze społecznej rzeczywistości, zapatrzonych w liczby, owładniętych ideologią fiskalną i magią liczb średnich, danych traktowanych syntetycznie.
Kim jest dr Chłoń-Domińczak; jest ekonomistką, urzędnikiem państwowym, wykładowcą akademickim, pracuje jako adiunkt w Instytucie Statystyki i Demografii SGH w Warszawie. Od 2002 roku była Dyrektorem Departamentu w MPiPS, pełniła też inne funkcje, pracując przy poprzedniej reformie systemu emerytalnego, w resorcie polityki społecznej MPiPS oraz w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Była jednym z współtwórców słynnego już „programu solidarności pokoleniowej dla 50 plus”.
Od 8 stycznie 2008 była podsekretarzem stanu w MPiPS. Po doprowadzeniu programu „50 plus” do rozpatrywania w komisjach sejmowych została przez ówczesną Ministrę Pracy Jolantę Fedak odsunięta od prac nad reformą emerytalną i jak gdyby w proteście przeciw temu – 8 lipca 2009 r. na swój własny wniosek została odwołana ze stanowiska podsekretarza stanu, kończąc też pracę w administracji rządowej i powracając do pracy dydaktyczno-naukowej na uczelni.
Oczywiście nie wiadomo nic pewnego o przyczynach takiego kroku, jednak jakoś mnie to nie dziwi… Powracając do cytowanego wcześniej skrajnie kontrowersyjnego twierdzenia tej osoby – mam pewien pomysł na wyjaśnienie tego zjawiska.
Mamy stwierdzenie z analiz statystycznych Ministerstwa Finansów, że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 000 objęły osoby po 55. roku życia.”, i wysnuty z tego przez p. Agnieszkę Chłoń-Domińczak wniosek, że zatrudnienie jest i to głównie dla osób po 55 roku życia a także, że istnieje duże zapotrzebowanie w gospodarce na pracowników w wieku „50 plus”. Takie twierdzenia mają być także dowodem na słuszność koncepcji wydłużenia wieku przedemerytalnego do 67 roku życia.
Jest to absurdalna bzdura a wynika ona moim zdaniem właśnie ze skrajnie dogmatycznego podejścia do danych liczbowych z jednoczesnym kompletnym wyalienowaniem z życia codziennego. Dlatego też właśnie tak wiele powyżej pisałem na temat kontekstu społecznego tej sprawy.
Otóż wiadomo przecież, że jedyną dziś podstawową zasadą zatrudniania stosowaną przez większość przedsiębiorców, jest ograniczenie kosztów pracy dla zmaksymalizowania własnego osobistego zysku z działalności gospodarczej. Pracownik ma być tani i głównie to się liczy. Na tak zwanym nie wiedzieć czemu „rynku pracy” występuje szereg preferencji mających zwiększyć szanse pewnych potencjalnych pracobiorców kosztem innych; to preferencje dla osób niepełnosprawnych, ludzi w wieku do 26 lat posiadających status studenta oraz dla emerytów. Tak na prawdę jest to zawoalowana forma interwencjonizmu w gospodarkę na rzecz przedsiębiorców, będących pracodawcami. Wiadomo przecież, że prócz płacy, którą ostatecznie trudno na szczęście zmniejszyć poniżej poziomu minimalnego określonego ustawowo – najpoważniejszą pozycją kosztów pracy są składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne płacone na rzecz pracownika lub obciążające pracodawcę w związku z zatrudnianiem. Dlatego właśnie jest bardzo wiele ofert pracy dla osób niepełnosprawnych i to nawet na stanowiskach pozornie wymagających ponadprzeciętnej sprawności (ochroniarz, sprzątaczka), gdyż ich zatrudnienie nie tylko pozwala na uwolnienie się od obowiązkowego „haraczu” na rzecz PFRON, ale i uzyskać dofinansowania celowe na wiele działań, dające wymierne oszczędności przy mądrym ich wykorzystaniu, jak choćby dostosowanie, umeblowanie i wyposażenie stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej itp.
Dlatego bardzo poszukiwani są pracownicy młodzi studiujący wieczorowo lub zaocznie, gdyż „zatrudniając” ich na umowy cywilnoprawne nie ma obowiązku odprowadzania za nich żadnych składek. Dzięki temu są tani. Dokładnie to sami dotyczy pracujących emerytów, na dodatek są oni skłonni zaakceptować znacząco niższe wynagrodzenie gdyż jest ono dodatkiem jedynie do podstawowego dla nich źródła dochodu na życie, jaką jest pobierana emerytura. Po prostu i banalnie: są tańsi niż osoby „50 plus” dlatego to oni są zatrudniani. Pod względem zmniejszenia kosztów zatrudniania nic nie świadczy na rzecz osób "50 plus" i dlatego są oni objęci ogromnym bezrobociem. W tym też kontekście należy rozumieć wspomnianą obserwację Ministerstwa Finansów; zakładając, że co do treści merytorycznej jest ona zgodna z rzeczywistością, to jest ona po prostu źle rozumiana przez "jajogłowych" wyobcowanych z życia i nieświadomych realnych aspektów codziennego życia. Nie bez znaczenia jest tu też szczególne bałaganiarstwo pojęciowe, któremu ci „naukowcy” najwyraźniej nie mogą sprostać, choć sami są jego autorami; co innego bezrobotny w wieku 50 plus, co innego ludzie nieaktywni zawodowo a jeszcze co innego – seniorzy.
Stwierdzenie, że „…z 880 tys. nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55 roku życia” – może być zgodne z prawdą. Tyle, że – jeśli liczbowo jest ono prawdziwe – to cały kruczek w tym, że „osoby w wieku po 55 roku życia” to są „wszystkie osoby starsze niż 55 lat” a w związku z wyżej przedstawioną zasadą bezwzględnego ograniczania kosztów pracy – to są chętnie zatrudniani emeryci, inwalidzi z orzeczonym stopniem niepełnosprawności a w pozostałej części 250 000 osób - studenci na umowach śmieciowych, pracownicy leasingowani i wszyscy, którzy pozwalają na zaoszczędzenie na kosztach pracy. To nie dotyczy "bezrobotnych 50 plus" - bo oni są "drodzy" i przez to - szykanowani.
Chodzi mi o to, że takie stwierdzenie pozostając słuszne, nie zaprzecza dramatycznemu bezrobociu w grupie osób sensu stricto bezrobotnych w wieku po 50 - ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, bo ta grupa nie korzysta z żadnego przywileju pozwalającego obniżyć zobowiązania pracodawcy wobec ZUS i PFRON. O tyle właśnie takie stwierdzenie Ministerstwa Finansów może być mylące dla Ministerstwa Pracy, wprowadzać też tragiczne skutki dla tej grupy wiekowej jako argument za przesunięciem wieku emerytalnego, gdyż to dla tej grupy oznacza jedynie o dwa lub siedem lat dłuższe oczekiwanie na osiągnięcie statusu emeryta, dającego dopiero szanse na jakieś zatrudnienie, poprzez wspomniany efekt „redukcji kosztu”. Minister Pracy na skutek takich danych serwowanych przez takie „ekspertki” może nawet wbrew swoim intencjom podejmować skrajnie błędne decyzje.
Może w tym właśnie należałoby dopatrywać się przyczyny wspomnianego odsunięcia niegdyś tej osoby od spraw nowej reformy emerytalnej; może ówczesna Minister Pracy z PSL Jolanta Fedak dostrzegła coś niepokojącego w dogmatycznej i „wypaczonej naukowo” osobowości swojej podwładnej… ?
Nawiasem mówiąc – przecież sam „Program solidarności pokoleń na rzecz 50 plus” jako dzieło m. in. pani Chłoń-Domińczak także okazał się kompletnym „gniotem”, pomysłem może teoretycznie dobrym, ale życiowo nierealnym, odległym od realiów i dlatego właśnie poniósł totalną klęskę?
Czas jednak płynie, ludzie cierpią, staczają się, stają się nie tylko bezrobotni, ale w rezultacie tego bezdomni, tracą zdolność życia w społeczeństwie i jakiejkolwiek pracy zawodowej, stają się „wrakami” przynoszącymi już tylko koszty społeczne a przecież to nie z ich winy zaczął się ten proces staczania się po równi pochyłej… Może więc słuszne było odejście tej „ekspertki” z pracy w administracji rządowej, w Ministerstwie Pracy.
Reasumując trzeba tu po raz kolejny podkreślić:
Osoby bezrobotne w wieku przedemerytalnym, których pracodawcy nie chcą zatrudniać ze względu na wiek – są szczególną grupą bezrobotnych, którą trzeba jaskrawo wyróżnić, domagającą się pilnej i rzeczywistej reakcji. Są to ludzie w dramatycznym położeniu. Granica początkowa jest umownie określana jako „50 plus”, ale dokładnie określa ją odmowa zatrudnienia (z powodu wieku – czego się oficjalnie nie przyznaje, gdyż byłoby to złamaniem obowiązującego prawa). Granica końcowa – to wiek uzyskania prawa do emerytury. To ludzie będący w tych granicach wiekowych są w tragicznym położeniu, nie emeryci. Mówienie tu czy pisanie o „seniorach” jest głupotą lub skrajną nieuczciwością, nastawioną na sianie zamieszania pojęciowego dla ukrycia tej prawdy. Podobnie mówienie czy pisanie o osobach w wieku powyżej 55 lat” – fałszuje prawdę poprzez „wrzucenie do jednego worka” tych nieszczęsnych bezrobotnych wraz z emerytami i dorabiającymi sobie rencistami, osobami nieaktywnymi którym praca nie jest niezbędnie potrzebna do dalszego życia - jak tym pierwszym. Publikowane w niezliczonej ilości miejsc dane, jak zacytowanie przeze mnie powyżej opracowanie na wykresach - zadają kłam wnioskom, jakie wyciąga pani „ekspertka” dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.
Trzeba już dziś stanowczo i kategorycznie domagać się od Pana Ministra Kosiniak-Kamysza, by coś doraźnie przedsięwziął w dramatycznej sytuacji tych osób. Zapewne prawda o tym powinna być wzięta pod uwagę w całej reformie emerytalnej i potrzebnej reformie rynku pracy opartej na niezbędnej nowelizacji ustawy dotyczącej bezrobocia i jej aktów wykonawczych. Trzeba coś uczynić, by zatrudnianie tych osób opłacało się pracodawcom w takim samym stopniu jak innych; albo dać im jakieś przywileje, albo zlikwidować przywileje wszystkim innym, ustalając jednolity obowiązek wobec ZUS i jeden powszechny rodzaj zatrudniania pracowników najemnych, beż żadnych zwolnień wpływających - poprzez sprawę kosztów pracy - na postawy pracodawców.
Różnie można dywagować o przyczynach, ale nie o samym fakcie! Fakt jest niezaprzeczalny. Tak by się wydawało…
A jednak nie. Głos w tej sprawie zabrała 5 marca br. dr Agnieszka Chłoń-Domińczak wykładowca ze Szkoły Głównej Handlowej i jakby mimochodem zanegowała te dane. Stwierdziła ona w rozmowie dla DGP, że „zatrudnienie jest dostępne i to głównie właśnie dla seniorów”. Twierdzenie takie opiera się na wyliczeniu Ministerstwa Finansów, świadczącym że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55. roku życia.”
Twierdzenie to stało się jednym z głównych argumentów zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego.
Według dr Agnieszki Chłoń-Domińczak, byłej wiceminister pracy, powyższe dane Ministerstwa Finansów ... świadczą również o dużym zapotrzebowaniu przedsiębiorców na ludzi w starszym wieku. Uważa one, że „ich doświadczenie i wiedza są cenione”.
Fakty, najprostsza obserwacja życia - oczywiście temu zaprzecza, ale to w niczym nie przeszkadza pani „ekspertce” w podobnych wypowiedziach.
Stwierdziła ona także, że osoby w wieku 50 plus wcale nie są konkurencją dla młodych na rynku pracy. Oczywiście, że nie są, ale nie z sugerowanych przez „ekspertkę” powodów a dlatego, że bezrobocie w grupie ludzi młodych (do 26 lat) powoli maleje a w grupie „50 plus” – rośnie; ludzi młodych (do 26 lat) jednak częściej się zatrudnia na zasadzie „inwestycji” w przyszłość, co raczej nie dotyczy osób starszych. Dalej pani „ekspert” stwierdziła jeszcze, ze „co prawda mamy bezrobocie wśród młodych, ale z danych statystycznych wynika, że większość absolwentów, którzy ukończyli studia 2 – 3 lata temu, dzisiaj ma już zatrudnienie”. Jeśli nawet tak, to gdzie jest to praca; „na kasie” w hipermarketach?; w pizzeriach na umowach „śmieciowych”?; w smażalniach placków w Pucku czy Jastarni?; czy może „na zmywakach” w Londynie? A przecież to jest w tej sprawie najważniejsze; czy ta praca po 2 – 3 latach poszukiwania jej po zakończeniu studiów ma z nimi cokolwiek wspólnego.
Takie ekstrawaganckie stwierdzenie zadziwiło innych fachowców a niektórych po prostu oburzyło – tak bardzo jest sprzeczne z realnym doświadczeniem, obserwacją realnego życia. Dla takich osób jak p. Chłoń-Domińczak nie istnieje jednak taka sprzeczność. Skoro jakieś dane statystyczne sugerują jakiś wniosek, to są dla niej bardziej wiarygodne niż przysłowiowe „wyjrzenie przez okno”; to coś na zasadzie: „Nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe – jest białe” – jeśli z danych statystycznych wynika coś przeciwnego. To swego rodzaju „zboczenie” wynikające jednak moim zdaniem z jakiegoś zasadniczego ograniczenia intelektualnego, a może raczej emocjonalnego. Już samo pochodzenie takich twierdzeń z Ministerstwa Finansów skłania do ostrożnej nieufności; przecież to także jest środowisko ludzi wyobcowanych ze społecznej rzeczywistości, zapatrzonych w liczby, owładniętych ideologią fiskalną i magią liczb średnich, danych traktowanych syntetycznie.
Kim jest dr Chłoń-Domińczak; jest ekonomistką, urzędnikiem państwowym, wykładowcą akademickim, pracuje jako adiunkt w Instytucie Statystyki i Demografii SGH w Warszawie. Od 2002 roku była Dyrektorem Departamentu w MPiPS, pełniła też inne funkcje, pracując przy poprzedniej reformie systemu emerytalnego, w resorcie polityki społecznej MPiPS oraz w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Była jednym z współtwórców słynnego już „programu solidarności pokoleniowej dla 50 plus”.
Od 8 stycznie 2008 była podsekretarzem stanu w MPiPS. Po doprowadzeniu programu „50 plus” do rozpatrywania w komisjach sejmowych została przez ówczesną Ministrę Pracy Jolantę Fedak odsunięta od prac nad reformą emerytalną i jak gdyby w proteście przeciw temu – 8 lipca 2009 r. na swój własny wniosek została odwołana ze stanowiska podsekretarza stanu, kończąc też pracę w administracji rządowej i powracając do pracy dydaktyczno-naukowej na uczelni.
Oczywiście nie wiadomo nic pewnego o przyczynach takiego kroku, jednak jakoś mnie to nie dziwi… Powracając do cytowanego wcześniej skrajnie kontrowersyjnego twierdzenia tej osoby – mam pewien pomysł na wyjaśnienie tego zjawiska.
Mamy stwierdzenie z analiz statystycznych Ministerstwa Finansów, że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 000 objęły osoby po 55. roku życia.”, i wysnuty z tego przez p. Agnieszkę Chłoń-Domińczak wniosek, że zatrudnienie jest i to głównie dla osób po 55 roku życia a także, że istnieje duże zapotrzebowanie w gospodarce na pracowników w wieku „50 plus”. Takie twierdzenia mają być także dowodem na słuszność koncepcji wydłużenia wieku przedemerytalnego do 67 roku życia.
Jest to absurdalna bzdura a wynika ona moim zdaniem właśnie ze skrajnie dogmatycznego podejścia do danych liczbowych z jednoczesnym kompletnym wyalienowaniem z życia codziennego. Dlatego też właśnie tak wiele powyżej pisałem na temat kontekstu społecznego tej sprawy.
Otóż wiadomo przecież, że jedyną dziś podstawową zasadą zatrudniania stosowaną przez większość przedsiębiorców, jest ograniczenie kosztów pracy dla zmaksymalizowania własnego osobistego zysku z działalności gospodarczej. Pracownik ma być tani i głównie to się liczy. Na tak zwanym nie wiedzieć czemu „rynku pracy” występuje szereg preferencji mających zwiększyć szanse pewnych potencjalnych pracobiorców kosztem innych; to preferencje dla osób niepełnosprawnych, ludzi w wieku do 26 lat posiadających status studenta oraz dla emerytów. Tak na prawdę jest to zawoalowana forma interwencjonizmu w gospodarkę na rzecz przedsiębiorców, będących pracodawcami. Wiadomo przecież, że prócz płacy, którą ostatecznie trudno na szczęście zmniejszyć poniżej poziomu minimalnego określonego ustawowo – najpoważniejszą pozycją kosztów pracy są składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne płacone na rzecz pracownika lub obciążające pracodawcę w związku z zatrudnianiem. Dlatego właśnie jest bardzo wiele ofert pracy dla osób niepełnosprawnych i to nawet na stanowiskach pozornie wymagających ponadprzeciętnej sprawności (ochroniarz, sprzątaczka), gdyż ich zatrudnienie nie tylko pozwala na uwolnienie się od obowiązkowego „haraczu” na rzecz PFRON, ale i uzyskać dofinansowania celowe na wiele działań, dające wymierne oszczędności przy mądrym ich wykorzystaniu, jak choćby dostosowanie, umeblowanie i wyposażenie stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej itp.
Dlatego bardzo poszukiwani są pracownicy młodzi studiujący wieczorowo lub zaocznie, gdyż „zatrudniając” ich na umowy cywilnoprawne nie ma obowiązku odprowadzania za nich żadnych składek. Dzięki temu są tani. Dokładnie to sami dotyczy pracujących emerytów, na dodatek są oni skłonni zaakceptować znacząco niższe wynagrodzenie gdyż jest ono dodatkiem jedynie do podstawowego dla nich źródła dochodu na życie, jaką jest pobierana emerytura. Po prostu i banalnie: są tańsi niż osoby „50 plus” dlatego to oni są zatrudniani. Pod względem zmniejszenia kosztów zatrudniania nic nie świadczy na rzecz osób "50 plus" i dlatego są oni objęci ogromnym bezrobociem. W tym też kontekście należy rozumieć wspomnianą obserwację Ministerstwa Finansów; zakładając, że co do treści merytorycznej jest ona zgodna z rzeczywistością, to jest ona po prostu źle rozumiana przez "jajogłowych" wyobcowanych z życia i nieświadomych realnych aspektów codziennego życia. Nie bez znaczenia jest tu też szczególne bałaganiarstwo pojęciowe, któremu ci „naukowcy” najwyraźniej nie mogą sprostać, choć sami są jego autorami; co innego bezrobotny w wieku 50 plus, co innego ludzie nieaktywni zawodowo a jeszcze co innego – seniorzy.
Stwierdzenie, że „…z 880 tys. nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55 roku życia” – może być zgodne z prawdą. Tyle, że – jeśli liczbowo jest ono prawdziwe – to cały kruczek w tym, że „osoby w wieku po 55 roku życia” to są „wszystkie osoby starsze niż 55 lat” a w związku z wyżej przedstawioną zasadą bezwzględnego ograniczania kosztów pracy – to są chętnie zatrudniani emeryci, inwalidzi z orzeczonym stopniem niepełnosprawności a w pozostałej części 250 000 osób - studenci na umowach śmieciowych, pracownicy leasingowani i wszyscy, którzy pozwalają na zaoszczędzenie na kosztach pracy. To nie dotyczy "bezrobotnych 50 plus" - bo oni są "drodzy" i przez to - szykanowani.
Chodzi mi o to, że takie stwierdzenie pozostając słuszne, nie zaprzecza dramatycznemu bezrobociu w grupie osób sensu stricto bezrobotnych w wieku po 50 - ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, bo ta grupa nie korzysta z żadnego przywileju pozwalającego obniżyć zobowiązania pracodawcy wobec ZUS i PFRON. O tyle właśnie takie stwierdzenie Ministerstwa Finansów może być mylące dla Ministerstwa Pracy, wprowadzać też tragiczne skutki dla tej grupy wiekowej jako argument za przesunięciem wieku emerytalnego, gdyż to dla tej grupy oznacza jedynie o dwa lub siedem lat dłuższe oczekiwanie na osiągnięcie statusu emeryta, dającego dopiero szanse na jakieś zatrudnienie, poprzez wspomniany efekt „redukcji kosztu”. Minister Pracy na skutek takich danych serwowanych przez takie „ekspertki” może nawet wbrew swoim intencjom podejmować skrajnie błędne decyzje.
Może w tym właśnie należałoby dopatrywać się przyczyny wspomnianego odsunięcia niegdyś tej osoby od spraw nowej reformy emerytalnej; może ówczesna Minister Pracy z PSL Jolanta Fedak dostrzegła coś niepokojącego w dogmatycznej i „wypaczonej naukowo” osobowości swojej podwładnej… ?
Nawiasem mówiąc – przecież sam „Program solidarności pokoleń na rzecz 50 plus” jako dzieło m. in. pani Chłoń-Domińczak także okazał się kompletnym „gniotem”, pomysłem może teoretycznie dobrym, ale życiowo nierealnym, odległym od realiów i dlatego właśnie poniósł totalną klęskę?
Czas jednak płynie, ludzie cierpią, staczają się, stają się nie tylko bezrobotni, ale w rezultacie tego bezdomni, tracą zdolność życia w społeczeństwie i jakiejkolwiek pracy zawodowej, stają się „wrakami” przynoszącymi już tylko koszty społeczne a przecież to nie z ich winy zaczął się ten proces staczania się po równi pochyłej… Może więc słuszne było odejście tej „ekspertki” z pracy w administracji rządowej, w Ministerstwie Pracy.
Reasumując trzeba tu po raz kolejny podkreślić:
Osoby bezrobotne w wieku przedemerytalnym, których pracodawcy nie chcą zatrudniać ze względu na wiek – są szczególną grupą bezrobotnych, którą trzeba jaskrawo wyróżnić, domagającą się pilnej i rzeczywistej reakcji. Są to ludzie w dramatycznym położeniu. Granica początkowa jest umownie określana jako „50 plus”, ale dokładnie określa ją odmowa zatrudnienia (z powodu wieku – czego się oficjalnie nie przyznaje, gdyż byłoby to złamaniem obowiązującego prawa). Granica końcowa – to wiek uzyskania prawa do emerytury. To ludzie będący w tych granicach wiekowych są w tragicznym położeniu, nie emeryci. Mówienie tu czy pisanie o „seniorach” jest głupotą lub skrajną nieuczciwością, nastawioną na sianie zamieszania pojęciowego dla ukrycia tej prawdy. Podobnie mówienie czy pisanie o osobach w wieku powyżej 55 lat” – fałszuje prawdę poprzez „wrzucenie do jednego worka” tych nieszczęsnych bezrobotnych wraz z emerytami i dorabiającymi sobie rencistami, osobami nieaktywnymi którym praca nie jest niezbędnie potrzebna do dalszego życia - jak tym pierwszym. Publikowane w niezliczonej ilości miejsc dane, jak zacytowanie przeze mnie powyżej opracowanie na wykresach - zadają kłam wnioskom, jakie wyciąga pani „ekspertka” dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.
Trzeba już dziś stanowczo i kategorycznie domagać się od Pana Ministra Kosiniak-Kamysza, by coś doraźnie przedsięwziął w dramatycznej sytuacji tych osób. Zapewne prawda o tym powinna być wzięta pod uwagę w całej reformie emerytalnej i potrzebnej reformie rynku pracy opartej na niezbędnej nowelizacji ustawy dotyczącej bezrobocia i jej aktów wykonawczych. Trzeba coś uczynić, by zatrudnianie tych osób opłacało się pracodawcom w takim samym stopniu jak innych; albo dać im jakieś przywileje, albo zlikwidować przywileje wszystkim innym, ustalając jednolity obowiązek wobec ZUS i jeden powszechny rodzaj zatrudniania pracowników najemnych, beż żadnych zwolnień wpływających - poprzez sprawę kosztów pracy - na postawy pracodawców.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
bieda,
Chłoń-Domińczak,
emerytury,
fedak,
kapitalizm,
Kopacz,
Kosinak Kamysz,
neoliberalizm,
państwo nieludzkie,
paweł baranowski,
PO,
polska,
praca,
psl,
Tusk,
wykluczenie
07/04/2012
50.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część I
Sądzę, że powszechnie dziś jako społeczeństwo nie doceniamy wpływu, jaki mogą mieć pojedyncze nawet, zupełnie nam nieznane osoby – na nasze życie, na nasz los. Oczywiście tylko wtedy, gdy zajmują one na tyle wysokie stanowiska by wpływać na stan prawny, na regulacje dotyczące wielu. Słowem, gdy wejdą do tak zwanego kręgu władzy. I co najdziwniejsze, rzadko kiedy ten wpływ może być pozytywny; to nie wiedzieć czemu prawie się nie zdarza. Nie ma wielu mężów opatrznościowych, pojawiających się wtedy, kiedy trzeba i kierujących sprawy na właściwy tor zanim przybiorą niekorzystny obrót. Przeważnie jednak odwrotnie; jeden taki osobnik może zniszczyć wysiłek wielu, zasiać zamęt, wprowadzić wszystkich w błąd, skierować sprawy na manowce... Szczególnie gdy działa w sprawach od których sam nie zależy.
Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…
Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.
Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.
To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.
Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.
Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.
Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.
Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.
Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:
Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…
Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.
Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.
To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.
Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.
Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.
Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.
Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.
Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
bieda,
Chłoń-Domińczak,
emerytury,
fedak,
kapitalizm,
Kosinak Kamysz,
neoliberalizm,
państwo nieludzkie,
paweł baranowski,
PO,
polska,
praca,
psl,
Tusk,
wykluczenie
27/03/2012
46.
Bezrobocie; niewygodna dla władzy prawda.
Niewygodna dla Pana Władysława Kosiniak Kamysza - obecnie jeszcze ministra pracy.
Sytuacja osób w wieku umownie zwanym „50 plus” staje się absolutnie dramatyczna.
Niewątpliwie przyczynia się do tego prócz polityki rządu także cały szereg innych czynników, mniej lub bardziej pośrednich. Do nich trzeba zaliczyć i ogromną masę negatywnych stereotypów, nieporozumień, mitów na temat bezrobocia i bezrobotnych, atmosferę niezdrowej rywalizacji o miejsca pracy których brakuje, powszechny urzędniczy i dziennikarski bełkot, także i negowanie bezrobocia pomimo faktów – jako reakcje obronną na krytykę rządu, pomimo że merytorycznie brak kontrargumentów, czyli reakcję bezmyślnej agresji na krytykę. To nie jest przecież wymysł PO; było to charakterystyczne dla dawnej władzy PRL-u, że władza zawsze musiała „mieć rację” więc gdy jej nie miała, uciszano krytyków socjotechniczną manipulacją oraz agresją.
Fakt, że krytyka jest konstruktywna, co oznacza że dotyczy działania władzy a nie władzy jako takiej – prowadząc do uzasadnienia potrzeby zmiany działania władzy a nie samej władzy, niczego nie zmienia w atmosferze politycznej przypominającej bardziej gówniarskie mordobicie na weselu a nie spokojne i rzeczowe rozwiązywanie problemów. W takiej sytuacji wysiłki ludzi kompetentnych skupiają się na obronie PR Premiera, na tuszowaniu faktów, wprowadzaniu zamieszania pojęciowego, zamiast na rozmowie o rzeczywistości. Jednym ze sposobów „obronnego” wprowadzania zamieszania jest manipulowanie nawet i samym pojęciem „50 plus” jako określeniem grupy obywateli w podobnej sytuacji; zazwyczaj wtedy władza zaczyna używać słowa „senior”.
Senior to po prostu człowiek w starczym wieku, staruszek, dziadek, starszy pan, najstarszy w rodzinie. Określenie to sugeruje wyłącznie „starszy wiek” i nic poza tym, nie ma żadnego odniesienia do pozycji na „rynku pracy”, źródła dochodu na utrzymanie – czyli tych wszystkich czynników jakie nas tu interesują. Senior, to pojęcie bardziej towarzyskie, rodzinne; stosowanie go w kontekście rynku pracy jest skandaliczną manipulacja zaciemniającą obraz rzeczywistości. To samo dotyczy wszelkich działań mających poprawić komfort życia "seniorów", ich dostęp do informacji, kultury itp.
Mówiąc natomiast o osobach z grupy „50 plus” mamy na myśli w tym wypadku konkretnie i wyłącznie osoby w wieku produkcyjnym po 50 a niektórzy nawet twierdzą, że po 45 roku życia, ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, osoby zdolne do pracy zawodowej i chętne do tej pracy, poszukujące możliwości zatrudnienia. Chodzi o osoby, dla których praca najemna jest jedynym albo podstawowym, zasadniczym źródłem dochodu niezbędnego do utrzymania się. Granica początkowe wieku wyznaczona jest przez zjawisko odmowy zatrudniania ze względu na wiek. Ma to charakter lokalnie zróżnicowany. Ponadto zjawisko jest trudne do obserwacji czy badań, bo jest ono przecież nielegalne, jest jawnym złamaniem prawa. To jakby łamanie prawa z całym błogosławieństwem prawa; przepisy swoje a praktyka swoje – i nikomu prócz „ofiar” to nie przeszkadza… Natomiast końcowa granica tego wyróżnionego sektora – to osiągnięcie wieku emerytalnego. Osoby w wieku emerytalnym są po prostu emerytami, nie są „50 plus” ani nie są bezrobotnymi, nawet jeśli maja ponad 50 lat i nie pracują. Praktycznie więc określenie „50 plus” oznacza szczególną osobę bezrobotną, której pracodawcy odmawiają zatrudnienia.
Jak już wspomniałem, trudno badać przyczyny tego zjawiska, gdyż ma ono znamiona bezprawności; prawem zabronionego szykanowania ze względu na wiek czy też nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z powodu ich wieku.
Kluczem jednak do sprawy jest – jakie znaczenie dla pracodawcy ma ten wiek, skąd taka negatywna reakcja. Pytani o to pracodawcy czy eksperci Konfederacji Pracodawców Prywatnych, zaczynają dziwnie kluczyć i bąkać pod nosem… prawdopodobnie zdając sobie w pełni sprawę z niemalże jawnej bezprawności takiego stanowiska. Jedyną wymówką oficjalnie podawaną jest sprawa tej nieszczęsnej „ochrony” stosunku pracy w okresie przedemerytalnym, czyli na cztery lata przed osiągnięciem tego wieku. Zgodnie z obecnymi zasadami mężczyzny zatrudnionego który przekroczył wiek 61 lat (4 lata przed emeryturą) nie można już zwolnić z pracy o ile wykonuje swoje obowiązki zawodowe, i by nie dopuścić do tego – pracodawca rozwiązuje taki stosunek pracy zanim mężczyzna ten wejdzie we wspomniany okres „ochrony”. Jest to możliwe, gdyż stosunek pracy ma charakter dobrowolny dla każdej ze stron, więc każda ze stron umowy o pracę może ją rozwiązać z zachowaniem zasad określonych w prawie pracy. Łatwo tu stwierdzić, że to co miało chronić przed rozwiązaniem stosunku pracy – właśnie powoduje jego rozwiązanie, czyli rzekomy przywilej ochrony – szkodzi, ale to jakoś zupełnie nie robi wrażenia na decydentach.
Generalnie – mamy na rynku pracy ogromny niedobór ilościowy miejsc pracy. Ma on także charakter strukturalny, to znaczy struktura kompetencji kandydatów do pracy nie odpowiada strukturze kompetencji oczekiwanych przez pracodawców. Likwidacja wielu gałęzi produkcji i wielu zakładów produkcyjnych stworzyła dużą grupę bezrobotnych posiadających doświadczenie zawodowe w zawodach obecnie zbędnych, osób z wykształceniem zawodowym lub ogólnym, bardzo często z dość słabą umiejętnością posługiwania się sprzętem IT, także często nie posługujących się jakimkolwiek językiem obcym w stopniu umożliwiającym zastosowanie tego w pracy lub podjęcie pracy za granicą. W tej grupie – mówiąc o osobach „50 plus” mamy na myśli osoby bezrobotne z definicji, to znaczy spełniające wszystkie kryteria jakie są wymagane do uzyskania statusu osoby bezrobotnej. Nie należą więc do tej grupy emeryci, osoby niezdolne do pracy z powodu alkoholizmu, osoby w trakcie resocjalizacji, inwalidzi i osoby niepełnosprawne, osoby bierne zawodowo, osoby bezdomne z wieloletnią dezaktywacją zawodową itp., gdyż nie są to osoby bezrobotne, nawet jeśli nie pracują i są w wieku 50 i więcej lat. Osoby niepełnosprawne lecz zdolne do jakiejś, odpowiedniej dla nich pracy nie zaliczam do "50 plus" gdyż objęte są one szczególnymi przepisami dotyczącymi osób niepełnosprawnych (ustawa o PFRON), są odrębną grupą na rynku pracy, korzystającą ze szczególnej kierunkowanej pomocy państwa jaka nie przysługuje innym osobom z grupy 50 plus.
Sytuacja tej grupy osób jest w chwili obecnej dramatyczna, bo praktycznie nie mają one szans na zatrudnienie. Brak obecnie jakichkolwiek programów wsparcia dotyczących do-kwalifikowania czy przekwalifikowania z jednoczesną aktywizacją zawodową. Fundusze na staże, szkolenia i prace interwencyjne organizowane w ramach zadań PUP są drastycznie okrojone. Z powodu długotrwałości bezrobocia i absurdalnie drakońskich wymogów formalnych – coraz mniej osób z tej grupy ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Osoby te coraz częściej pozostają bez żadnych środków do życia i bez szans na zmianę swojej sytuacji, korzystają z minimalnej pomocy rodzin, pozwalającej przetrwać fizycznie w ograniczonym okresie czasu.
Widać dziś całkowity brak zrozumienia tej sytuacji wśród decydentów albo – pomimo pełnego zrozumienia – brak woli podjęcia jakichś działań zaradczych a raczej – działania na rzecz ukrycia czy zbagatelizowania problemu, byle notowania polityczne Premiera nie spadały…
Niestety: spadną! Skorzystają na tym ci, co nie powinni; skrajna prawica i skrajna lewica. I o to mam właśnie pretensję do władzy z Platformy Obywatelskiej; o sprzyjanie niepokojom i zamieszkom, prowokowanie „rewolucji”, ekstremistycznych wybryków zamiast spokojnego, rozumnego i cywilizowanego, zrównoważonego i społecznie sprawiedliwego rozwoju.
Sytuacja osób w wieku umownie zwanym „50 plus” staje się absolutnie dramatyczna.
Niewątpliwie przyczynia się do tego prócz polityki rządu także cały szereg innych czynników, mniej lub bardziej pośrednich. Do nich trzeba zaliczyć i ogromną masę negatywnych stereotypów, nieporozumień, mitów na temat bezrobocia i bezrobotnych, atmosferę niezdrowej rywalizacji o miejsca pracy których brakuje, powszechny urzędniczy i dziennikarski bełkot, także i negowanie bezrobocia pomimo faktów – jako reakcje obronną na krytykę rządu, pomimo że merytorycznie brak kontrargumentów, czyli reakcję bezmyślnej agresji na krytykę. To nie jest przecież wymysł PO; było to charakterystyczne dla dawnej władzy PRL-u, że władza zawsze musiała „mieć rację” więc gdy jej nie miała, uciszano krytyków socjotechniczną manipulacją oraz agresją.
Fakt, że krytyka jest konstruktywna, co oznacza że dotyczy działania władzy a nie władzy jako takiej – prowadząc do uzasadnienia potrzeby zmiany działania władzy a nie samej władzy, niczego nie zmienia w atmosferze politycznej przypominającej bardziej gówniarskie mordobicie na weselu a nie spokojne i rzeczowe rozwiązywanie problemów. W takiej sytuacji wysiłki ludzi kompetentnych skupiają się na obronie PR Premiera, na tuszowaniu faktów, wprowadzaniu zamieszania pojęciowego, zamiast na rozmowie o rzeczywistości. Jednym ze sposobów „obronnego” wprowadzania zamieszania jest manipulowanie nawet i samym pojęciem „50 plus” jako określeniem grupy obywateli w podobnej sytuacji; zazwyczaj wtedy władza zaczyna używać słowa „senior”.
Senior to po prostu człowiek w starczym wieku, staruszek, dziadek, starszy pan, najstarszy w rodzinie. Określenie to sugeruje wyłącznie „starszy wiek” i nic poza tym, nie ma żadnego odniesienia do pozycji na „rynku pracy”, źródła dochodu na utrzymanie – czyli tych wszystkich czynników jakie nas tu interesują. Senior, to pojęcie bardziej towarzyskie, rodzinne; stosowanie go w kontekście rynku pracy jest skandaliczną manipulacja zaciemniającą obraz rzeczywistości. To samo dotyczy wszelkich działań mających poprawić komfort życia "seniorów", ich dostęp do informacji, kultury itp.
Mówiąc natomiast o osobach z grupy „50 plus” mamy na myśli w tym wypadku konkretnie i wyłącznie osoby w wieku produkcyjnym po 50 a niektórzy nawet twierdzą, że po 45 roku życia, ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, osoby zdolne do pracy zawodowej i chętne do tej pracy, poszukujące możliwości zatrudnienia. Chodzi o osoby, dla których praca najemna jest jedynym albo podstawowym, zasadniczym źródłem dochodu niezbędnego do utrzymania się. Granica początkowe wieku wyznaczona jest przez zjawisko odmowy zatrudniania ze względu na wiek. Ma to charakter lokalnie zróżnicowany. Ponadto zjawisko jest trudne do obserwacji czy badań, bo jest ono przecież nielegalne, jest jawnym złamaniem prawa. To jakby łamanie prawa z całym błogosławieństwem prawa; przepisy swoje a praktyka swoje – i nikomu prócz „ofiar” to nie przeszkadza… Natomiast końcowa granica tego wyróżnionego sektora – to osiągnięcie wieku emerytalnego. Osoby w wieku emerytalnym są po prostu emerytami, nie są „50 plus” ani nie są bezrobotnymi, nawet jeśli maja ponad 50 lat i nie pracują. Praktycznie więc określenie „50 plus” oznacza szczególną osobę bezrobotną, której pracodawcy odmawiają zatrudnienia.
Jak już wspomniałem, trudno badać przyczyny tego zjawiska, gdyż ma ono znamiona bezprawności; prawem zabronionego szykanowania ze względu na wiek czy też nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z powodu ich wieku.
Kluczem jednak do sprawy jest – jakie znaczenie dla pracodawcy ma ten wiek, skąd taka negatywna reakcja. Pytani o to pracodawcy czy eksperci Konfederacji Pracodawców Prywatnych, zaczynają dziwnie kluczyć i bąkać pod nosem… prawdopodobnie zdając sobie w pełni sprawę z niemalże jawnej bezprawności takiego stanowiska. Jedyną wymówką oficjalnie podawaną jest sprawa tej nieszczęsnej „ochrony” stosunku pracy w okresie przedemerytalnym, czyli na cztery lata przed osiągnięciem tego wieku. Zgodnie z obecnymi zasadami mężczyzny zatrudnionego który przekroczył wiek 61 lat (4 lata przed emeryturą) nie można już zwolnić z pracy o ile wykonuje swoje obowiązki zawodowe, i by nie dopuścić do tego – pracodawca rozwiązuje taki stosunek pracy zanim mężczyzna ten wejdzie we wspomniany okres „ochrony”. Jest to możliwe, gdyż stosunek pracy ma charakter dobrowolny dla każdej ze stron, więc każda ze stron umowy o pracę może ją rozwiązać z zachowaniem zasad określonych w prawie pracy. Łatwo tu stwierdzić, że to co miało chronić przed rozwiązaniem stosunku pracy – właśnie powoduje jego rozwiązanie, czyli rzekomy przywilej ochrony – szkodzi, ale to jakoś zupełnie nie robi wrażenia na decydentach.
Generalnie – mamy na rynku pracy ogromny niedobór ilościowy miejsc pracy. Ma on także charakter strukturalny, to znaczy struktura kompetencji kandydatów do pracy nie odpowiada strukturze kompetencji oczekiwanych przez pracodawców. Likwidacja wielu gałęzi produkcji i wielu zakładów produkcyjnych stworzyła dużą grupę bezrobotnych posiadających doświadczenie zawodowe w zawodach obecnie zbędnych, osób z wykształceniem zawodowym lub ogólnym, bardzo często z dość słabą umiejętnością posługiwania się sprzętem IT, także często nie posługujących się jakimkolwiek językiem obcym w stopniu umożliwiającym zastosowanie tego w pracy lub podjęcie pracy za granicą. W tej grupie – mówiąc o osobach „50 plus” mamy na myśli osoby bezrobotne z definicji, to znaczy spełniające wszystkie kryteria jakie są wymagane do uzyskania statusu osoby bezrobotnej. Nie należą więc do tej grupy emeryci, osoby niezdolne do pracy z powodu alkoholizmu, osoby w trakcie resocjalizacji, inwalidzi i osoby niepełnosprawne, osoby bierne zawodowo, osoby bezdomne z wieloletnią dezaktywacją zawodową itp., gdyż nie są to osoby bezrobotne, nawet jeśli nie pracują i są w wieku 50 i więcej lat. Osoby niepełnosprawne lecz zdolne do jakiejś, odpowiedniej dla nich pracy nie zaliczam do "50 plus" gdyż objęte są one szczególnymi przepisami dotyczącymi osób niepełnosprawnych (ustawa o PFRON), są odrębną grupą na rynku pracy, korzystającą ze szczególnej kierunkowanej pomocy państwa jaka nie przysługuje innym osobom z grupy 50 plus.
Sytuacja tej grupy osób jest w chwili obecnej dramatyczna, bo praktycznie nie mają one szans na zatrudnienie. Brak obecnie jakichkolwiek programów wsparcia dotyczących do-kwalifikowania czy przekwalifikowania z jednoczesną aktywizacją zawodową. Fundusze na staże, szkolenia i prace interwencyjne organizowane w ramach zadań PUP są drastycznie okrojone. Z powodu długotrwałości bezrobocia i absurdalnie drakońskich wymogów formalnych – coraz mniej osób z tej grupy ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Osoby te coraz częściej pozostają bez żadnych środków do życia i bez szans na zmianę swojej sytuacji, korzystają z minimalnej pomocy rodzin, pozwalającej przetrwać fizycznie w ograniczonym okresie czasu.
Widać dziś całkowity brak zrozumienia tej sytuacji wśród decydentów albo – pomimo pełnego zrozumienia – brak woli podjęcia jakichś działań zaradczych a raczej – działania na rzecz ukrycia czy zbagatelizowania problemu, byle notowania polityczne Premiera nie spadały…
Niestety: spadną! Skorzystają na tym ci, co nie powinni; skrajna prawica i skrajna lewica. I o to mam właśnie pretensję do władzy z Platformy Obywatelskiej; o sprzyjanie niepokojom i zamieszkom, prowokowanie „rewolucji”, ekstremistycznych wybryków zamiast spokojnego, rozumnego i cywilizowanego, zrównoważonego i społecznie sprawiedliwego rozwoju.
Etykiety:
50 plus,
50+,
bezrobocie,
bieda,
dezaktywizacja,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
minister pracy,
praca,
PUP,
wykluczenie
28/09/2011
11.
Balkony Pana Prezydenta.
Od bardzo dawna szpeciły budynek Urzędu Miejskiego a nawet zagrażały osobom wchodzącym do gmachu. A wchodził zapewne „nie byle kto” bo to wejście prowadzi między innymi do Delegatury Najwyższej Izby Kontroli. Mam na myśli niewielkie trzy balkoniki na pierwszym piętrze, położone tuż nad wejściem; odpadały z nich fragmenty tynku, płaty rdzy i łuszczących się farb. Jeden z nich musiał być nawet ostatnio podparty drewnianymi konstrukcjami z belek, zapobiegającymi całkowitemu runięciu balkonu. Budynek jest zabytkowy, przedwojenny (1924 – 1927), należy mu się odpowiednia ochrona i konserwacja, dlatego przeprowadzono właśnie gruntowną renowację tych elementów architektonicznych. I nie tylko tych; podobna renowacja objęła i inne balkony Urzędu, w tym i od strony fontanny „Bartłomiejki” – balkony należące do gabinetu Pana Prezydenta.
Przy okazji gruntownej renowacji poddano i cenne zabytkowe kraty balustrady balkonowej.
W następnym etapie przeprowadzono remont czy może raczej należałoby powiedzieć – restaurację wejścia głównego, środkowego, tego którym Pan Prezydent wchodzi do budynku, udając się do swojego gabinetu w celu pilnego wykonywania obowiązków. Po dokładnym oczyszczeniu tych fragmentów, dokonano sensacyjnego odkrycia: ozdobne płaskorzeźby z motywami roślinnymi umieszczone przez budowniczych nad wejściem – były złocone. No to po prostu niesamowite. Odkrycie tymczasowo zabezpieczono, bo fundusze przeznaczone na ten etap prac już właśnie wyczerpały się, ale zostanie to uwzględnione w planach kolejnych prac.
Pomyślałem, że to bardzo dobrze, że w moim kochanym mieście dba się o zabytki i w ogóle o dorobek poprzednich pokoleń; barbarzyńskie spisanie na straty zabytkowego Domu znanego w całej Europie organmistrza Grüneberga – to tylko przypadkowy „wypadek przy pracy” podobnie jak i ci co podjęli kiedyś taką decyzję; ich już nie ma (przynajmniej we władzach miasta), decyzja została pod przymusem zmieniona, ale jej konsekwencje nadal szkodzą miastu, blokują potrzebne inwestycje...
Bardzo dobrze, że Pan Prezydent będzie miał bezpieczny balkon: a nuż może wyjdzie z zacisza gabinetu, stanie na balkonie, może się rozejrzy trochę, może zobaczy, że „coś tu jest nie tak...”? Nie tak.
Szkoda przy tym, że balkon wychodzi na park. Tam co prawda stoi pomnik Papieża Polaka, którego - będąc Prezydentem - wypadałoby choć trochę szanować, jeśli już nie Jego to wypowiedziane tu Jego słowa o prawie człowieka do życia, do pracy i do godności, ale... ostatecznie sam sobie Papież winien: dlaczego stoi tyłem do władzy? Ale poza tym – to tam, na Jasnych Błoniach - nie ma Szczecina! Nawet bardziej – niż w Warszawie albo w Sopocie. Tu nie ma Szczecina. W ogóle z trasy jaką Pan Prezydent jedzie z domu do Urzędu i z powrotem – nie widać Szczecina. Taka trasa. Specjalnie dobrana, by nie było wstydu. Prawdę o mieście widać w zaniedbanych dzielnicach nędzy i beznadziei, dziurawych dachów i odpadających tynków, w opuszczonych miejscach po zlikwidowanych zakładach pracy, w ścisłym Centrum – gdzie znaleziono właśnie niedawno kolejnego martwego człowieka; bezdomnego i bezrobotnego człowieka...
To dziś jest „trendy i cool” – zupełnie się nie przejmować „marginesem społecznym”, czyli tymi masami drani, żerującymi na budżecie, na opiece społecznej. Trzeba udawać, że nie istnieją i przykręcać śrubę… przykręcać… Słabi muszą odejść!!! Dziś musimy być silni i wytępić tę zarazę!!! … jak niesie echo przemówień Wodza wygłaszanych tu dawno temu przez megafony, na tych placach i ulicach miasta którego Wódz był honorowym obywatelem, wykrzykiwanych nie wiedzieć czemu w języku… naszych dobrodziejów i przyjaciół tak hojnie dziś udzielających nam po sąsiedzku wspólnotowego europejskiego wsparcia. Wiele się zmieniło, ale echo kołacze się gdzieś w zaułkach… echo przechowane gdzieś w szafach „ukrytej opcji” - tak dręczonej i upokorzonej swoją narzuconą polskością. Kiedyś pewien satyryk kabaretowy stwierdził, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwustu szczerych patriotów a reszta to margines społeczny. Patriotyczna elita jakby nieco się zwiększyła i to wcale nie dzięki "Lotto" a margines trochę się skurczył; o tych 196 bezdomnych i bezrobotnych, którzy zamarzli tu na śmierć w 2009 roku, oraz 205 bezrobotnych zamarzniętych tu w roku ubiegłym.
I o to chodziło;… trudno, nie poradzili sobie…
Kiedy tak oto rozmyślając – fotografowałem piękne odrestaurowane balkony, podeszła do mnie jakaś kobieta z małym dzieckiem na ręku, drugą ręką prowadząca wózek, z wyrazem przeogromnego wstydu, ale i narastającej obawy, depresji malującym się w oczach. Ubrana jeszcze całkiem normalnie; widocznie jeszcze nie zdążyła się całkiem stoczyć po tej „równi pochyłej” jaka jest normalną drogą człowieka od utraty pracy do poziomu „śmietnika”... i dalej – „ku słońcu”...(*) Zresztą, asortyment towaru w „ciuch-budach” znacznie się ostatnio poprawił, odkąd „elita” wymienia swoje szafy a biznesmeni rączo sprowadzają swój używany szmaciany towar „z zachodu”…
Mówiła z rozpaczą i lękiem w oczach, mówiła przez autentyczne łzy – że właśnie straciła pracę ale ma sześcioro dzieci... pewnie przez strach, przez oburzenie jakie widziałem w jej oczach - sama już nie wiedziała co chce mi powiedzieć... no i dlaczego właśnie mi... Przecież niewiele się od niej różnię... może tylko tym, że jej w takiej sytuacji nie przyszłoby do głowy fotografowanie balkonów… no i jeszcze tym, że ona ma sześcioro dzieci a ja - wszystkie pozostałe…
Czyżby wzięła mnie za Pana Prezydenta? Czyżbym był do niego aż tak podobny z wyglądu, jak niegdyś mój Ojciec do niejakiego tow. Walaszka ? (czego - w tzw. „wydarzeniach grudniowych” mało życiem nie przypłacił – oczywiście Ojciec, nie Walaszek)...
A tu i teraz, gdzie rządzi sobie spokojnie pewna platforma zwana nie wiedzieć czemu „obywatelską” a ludziska nie wiedzieć czemu – im bardziej dostają od niej „po dupach” - tym bardziej na tę platformę głosują – już jakiś czas temu odrestaurowano także stojącą pod wspomnianymi prezydenckimi balkonami fontannę, równie zabytkową co i sam budynek. To słynny grajek, zwany „Jaśkiem Muzykantem”, sygnowany znakiem słynnego przedwojennego architekta miejskiego „hosaeus”, autora projektów wielu budynków a w tym projektu budynku Urzędu i zagospodarowania całego otoczenia wraz z ulicą Karola Szymanowskiego, zwaną wówczas Beethovenstraße.
To prozaiczny dziś, symboliczny jakby pomnik „szczecinianina – gołodupca” choć w kapeluszu (jednak całkiem goły nie jest! łysinę ma zakrytą), zarabiającego na chleb graniem na tak zwanym „wstydzie” – czyli akordeonie, harmoszce, bandoneonie lub czymś podobnym równie mało poręcznym...
Piękny ten pomnik jeszcze niedawno pokryty był zielonym nalotem – glonami czy mchem i zaznaczony mocno przez gołębie.
I poszłooo... sporo pieniążków z kasy miejskiej. Ładnie przecież musi być przed wyborami... Miasto bardzo dba o pomniki przeszłości, których raczej niewiele pozostało, inaczej jak tych cholernych bezrobotnych...
Pewnie sporo musiało kosztować jego odrestaurowanie bo wygląda „jak nowy”; jak już pisałem my Szczecinianie umiemy dbać o zabytki... jest on tak piękny, że aż jakiś nudzący się gówniarz z puszką farby w ręku postanowił na czystym obelisku wyrazić tam swoje poparcie dla ochrony zabytków... i podpisać się pod tym dziełem sztuki. Podpisać się w sposób trwały, tak by farba mocno wżarła się w przedwojenny piaskowiec, by nawet fachowcy od konserwacji zabytków zadziwili się nad osiągnięciami współczesnego przemysłu farbiarsko-lakierniczego, no i by... znowu mieli co odrestaurować... by znowu popłynęły pieniążki...
A czeka jeszcze odbudowa słynnej „Sediny”– pruskiej fontanny symbolizującej Szczecin i tyle innych pomysłów, by popłynął strumień pieniądza, ożywczy dla tak wysuszonych przez „komunę” elit. Inicjatywa - wręcz się naprasza.
"Obywatelu – postaw na swój dobrobyt” – jak głosi hasło wyborcze Platformy Obywatelskiej. Swój w sensie dosłownym. I tylko swój.
Czy przerażona kobieta z dzieckiem – z drżącymi rękoma, tak upokorzona tym co musi robić i mówić dla dzieci, spacerując tu - podziwiała tę rzeźbę i odnowione balkony, z szacunkiem dla dbałości władz?
Czy rozumie ona, dlaczego jej los nikogo nie obchodzi, szczególnie tu – w Urzędzie Miejskim - gdzie tysiąc czterysta całkiem nieprzypadkowych osób ma do wieku emerytalnego zapewnioną pracę, podwyżki, premie, nagrody...
Dlaczego jej sytuacja nie obchodzi też nikogo w Urzędzie Pracy – gdzie podobnie nieprzypadkowe osoby mają pracę właśnie dlatego że ona jej nie ma...
Czy rozumie, dlaczego w Ośrodku Pomocy Społecznej, po dwutygodniowej skrajnie upokarzającej procedurze indoktrynacyjnej - zaproponują jej 300 złotych miesięcznej zapomogi...
Czy kojarzy swój obecny stan z obecnymi jak i zwłaszcza - poprzednimi wyborami parlamentarnymi…?
(*) - Przy ulicy Ku Słońcu w Szczecinie położony jest jeden z największych w Europie cmentarzy komunalnych.
Przy okazji gruntownej renowacji poddano i cenne zabytkowe kraty balustrady balkonowej.
W następnym etapie przeprowadzono remont czy może raczej należałoby powiedzieć – restaurację wejścia głównego, środkowego, tego którym Pan Prezydent wchodzi do budynku, udając się do swojego gabinetu w celu pilnego wykonywania obowiązków. Po dokładnym oczyszczeniu tych fragmentów, dokonano sensacyjnego odkrycia: ozdobne płaskorzeźby z motywami roślinnymi umieszczone przez budowniczych nad wejściem – były złocone. No to po prostu niesamowite. Odkrycie tymczasowo zabezpieczono, bo fundusze przeznaczone na ten etap prac już właśnie wyczerpały się, ale zostanie to uwzględnione w planach kolejnych prac.
Pomyślałem, że to bardzo dobrze, że w moim kochanym mieście dba się o zabytki i w ogóle o dorobek poprzednich pokoleń; barbarzyńskie spisanie na straty zabytkowego Domu znanego w całej Europie organmistrza Grüneberga – to tylko przypadkowy „wypadek przy pracy” podobnie jak i ci co podjęli kiedyś taką decyzję; ich już nie ma (przynajmniej we władzach miasta), decyzja została pod przymusem zmieniona, ale jej konsekwencje nadal szkodzą miastu, blokują potrzebne inwestycje...
Bardzo dobrze, że Pan Prezydent będzie miał bezpieczny balkon: a nuż może wyjdzie z zacisza gabinetu, stanie na balkonie, może się rozejrzy trochę, może zobaczy, że „coś tu jest nie tak...”? Nie tak.
Szkoda przy tym, że balkon wychodzi na park. Tam co prawda stoi pomnik Papieża Polaka, którego - będąc Prezydentem - wypadałoby choć trochę szanować, jeśli już nie Jego to wypowiedziane tu Jego słowa o prawie człowieka do życia, do pracy i do godności, ale... ostatecznie sam sobie Papież winien: dlaczego stoi tyłem do władzy? Ale poza tym – to tam, na Jasnych Błoniach - nie ma Szczecina! Nawet bardziej – niż w Warszawie albo w Sopocie. Tu nie ma Szczecina. W ogóle z trasy jaką Pan Prezydent jedzie z domu do Urzędu i z powrotem – nie widać Szczecina. Taka trasa. Specjalnie dobrana, by nie było wstydu. Prawdę o mieście widać w zaniedbanych dzielnicach nędzy i beznadziei, dziurawych dachów i odpadających tynków, w opuszczonych miejscach po zlikwidowanych zakładach pracy, w ścisłym Centrum – gdzie znaleziono właśnie niedawno kolejnego martwego człowieka; bezdomnego i bezrobotnego człowieka...
To dziś jest „trendy i cool” – zupełnie się nie przejmować „marginesem społecznym”, czyli tymi masami drani, żerującymi na budżecie, na opiece społecznej. Trzeba udawać, że nie istnieją i przykręcać śrubę… przykręcać… Słabi muszą odejść!!! Dziś musimy być silni i wytępić tę zarazę!!! … jak niesie echo przemówień Wodza wygłaszanych tu dawno temu przez megafony, na tych placach i ulicach miasta którego Wódz był honorowym obywatelem, wykrzykiwanych nie wiedzieć czemu w języku… naszych dobrodziejów i przyjaciół tak hojnie dziś udzielających nam po sąsiedzku wspólnotowego europejskiego wsparcia. Wiele się zmieniło, ale echo kołacze się gdzieś w zaułkach… echo przechowane gdzieś w szafach „ukrytej opcji” - tak dręczonej i upokorzonej swoją narzuconą polskością. Kiedyś pewien satyryk kabaretowy stwierdził, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwustu szczerych patriotów a reszta to margines społeczny. Patriotyczna elita jakby nieco się zwiększyła i to wcale nie dzięki "Lotto" a margines trochę się skurczył; o tych 196 bezdomnych i bezrobotnych, którzy zamarzli tu na śmierć w 2009 roku, oraz 205 bezrobotnych zamarzniętych tu w roku ubiegłym.
I o to chodziło;… trudno, nie poradzili sobie…
Kiedy tak oto rozmyślając – fotografowałem piękne odrestaurowane balkony, podeszła do mnie jakaś kobieta z małym dzieckiem na ręku, drugą ręką prowadząca wózek, z wyrazem przeogromnego wstydu, ale i narastającej obawy, depresji malującym się w oczach. Ubrana jeszcze całkiem normalnie; widocznie jeszcze nie zdążyła się całkiem stoczyć po tej „równi pochyłej” jaka jest normalną drogą człowieka od utraty pracy do poziomu „śmietnika”... i dalej – „ku słońcu”...(*) Zresztą, asortyment towaru w „ciuch-budach” znacznie się ostatnio poprawił, odkąd „elita” wymienia swoje szafy a biznesmeni rączo sprowadzają swój używany szmaciany towar „z zachodu”…
Mówiła z rozpaczą i lękiem w oczach, mówiła przez autentyczne łzy – że właśnie straciła pracę ale ma sześcioro dzieci... pewnie przez strach, przez oburzenie jakie widziałem w jej oczach - sama już nie wiedziała co chce mi powiedzieć... no i dlaczego właśnie mi... Przecież niewiele się od niej różnię... może tylko tym, że jej w takiej sytuacji nie przyszłoby do głowy fotografowanie balkonów… no i jeszcze tym, że ona ma sześcioro dzieci a ja - wszystkie pozostałe…
Czyżby wzięła mnie za Pana Prezydenta? Czyżbym był do niego aż tak podobny z wyglądu, jak niegdyś mój Ojciec do niejakiego tow. Walaszka ? (czego - w tzw. „wydarzeniach grudniowych” mało życiem nie przypłacił – oczywiście Ojciec, nie Walaszek)...
A tu i teraz, gdzie rządzi sobie spokojnie pewna platforma zwana nie wiedzieć czemu „obywatelską” a ludziska nie wiedzieć czemu – im bardziej dostają od niej „po dupach” - tym bardziej na tę platformę głosują – już jakiś czas temu odrestaurowano także stojącą pod wspomnianymi prezydenckimi balkonami fontannę, równie zabytkową co i sam budynek. To słynny grajek, zwany „Jaśkiem Muzykantem”, sygnowany znakiem słynnego przedwojennego architekta miejskiego „hosaeus”, autora projektów wielu budynków a w tym projektu budynku Urzędu i zagospodarowania całego otoczenia wraz z ulicą Karola Szymanowskiego, zwaną wówczas Beethovenstraße.
To prozaiczny dziś, symboliczny jakby pomnik „szczecinianina – gołodupca” choć w kapeluszu (jednak całkiem goły nie jest! łysinę ma zakrytą), zarabiającego na chleb graniem na tak zwanym „wstydzie” – czyli akordeonie, harmoszce, bandoneonie lub czymś podobnym równie mało poręcznym...
Piękny ten pomnik jeszcze niedawno pokryty był zielonym nalotem – glonami czy mchem i zaznaczony mocno przez gołębie.
I poszłooo... sporo pieniążków z kasy miejskiej. Ładnie przecież musi być przed wyborami... Miasto bardzo dba o pomniki przeszłości, których raczej niewiele pozostało, inaczej jak tych cholernych bezrobotnych...
Pewnie sporo musiało kosztować jego odrestaurowanie bo wygląda „jak nowy”; jak już pisałem my Szczecinianie umiemy dbać o zabytki... jest on tak piękny, że aż jakiś nudzący się gówniarz z puszką farby w ręku postanowił na czystym obelisku wyrazić tam swoje poparcie dla ochrony zabytków... i podpisać się pod tym dziełem sztuki. Podpisać się w sposób trwały, tak by farba mocno wżarła się w przedwojenny piaskowiec, by nawet fachowcy od konserwacji zabytków zadziwili się nad osiągnięciami współczesnego przemysłu farbiarsko-lakierniczego, no i by... znowu mieli co odrestaurować... by znowu popłynęły pieniążki...
A czeka jeszcze odbudowa słynnej „Sediny”– pruskiej fontanny symbolizującej Szczecin i tyle innych pomysłów, by popłynął strumień pieniądza, ożywczy dla tak wysuszonych przez „komunę” elit. Inicjatywa - wręcz się naprasza.
"Obywatelu – postaw na swój dobrobyt” – jak głosi hasło wyborcze Platformy Obywatelskiej. Swój w sensie dosłownym. I tylko swój.
Czy przerażona kobieta z dzieckiem – z drżącymi rękoma, tak upokorzona tym co musi robić i mówić dla dzieci, spacerując tu - podziwiała tę rzeźbę i odnowione balkony, z szacunkiem dla dbałości władz?
Czy rozumie ona, dlaczego jej los nikogo nie obchodzi, szczególnie tu – w Urzędzie Miejskim - gdzie tysiąc czterysta całkiem nieprzypadkowych osób ma do wieku emerytalnego zapewnioną pracę, podwyżki, premie, nagrody...
Dlaczego jej sytuacja nie obchodzi też nikogo w Urzędzie Pracy – gdzie podobnie nieprzypadkowe osoby mają pracę właśnie dlatego że ona jej nie ma...
Czy rozumie, dlaczego w Ośrodku Pomocy Społecznej, po dwutygodniowej skrajnie upokarzającej procedurze indoktrynacyjnej - zaproponują jej 300 złotych miesięcznej zapomogi...
Czy kojarzy swój obecny stan z obecnymi jak i zwłaszcza - poprzednimi wyborami parlamentarnymi…?
(*) - Przy ulicy Ku Słońcu w Szczecinie położony jest jeden z największych w Europie cmentarzy komunalnych.
Etykiety:
50 plus,
barbarzyństwo,
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
niewidzialna ręka,
obowiązki państwa,
PO,
pomoc społeczna,
wykluczenie
20/09/2011
5.
Państwo – oszust: ”…......a to Polska właśnie”.
Umowa - jak wiadomo - to wzajemne zobowiązanie w konkretnej sprawie. Niby to truizm, ale… czy rzeczywiście "jak wiadomo"?
Przede wszystkim – posiada ona określone strony. Są tam określone obowiązki jednej i drugiej ze stron a także ich prawa, związane najczęściej z celem jej zawarcia.
Dla jasności przekazu – weźmy pod uwagę konkretny przykład i sytuację go dotyczącą. Właściciel sklepu wynajmuje malarza w celu pomalowania witryny sklepowej. Zawiera z nim więc umowę – zlecenie w której jest czarno na białym napisane: Pan Kowalski zleca wykonanie, a Pan Wiśniewski zobowiązuje się do wykonania malowania witryny sklepu takiej to a takiej firmy, adres, w okresie najpóźniej do dnia…, wynagrodzenie będzie wynosiło… i zostanie wypłacone w terminie do 2 dni po przedstawieniu rachunku w kasie firmy znajdującej się w siedzibie firmy adres jw. itd.
Standard, szablon, wzór…
Więc wykonawca ma pomalować w danym terminie a właściciel ma za to zapłacić też w określonym terminie. Umowa jest na piśmie w dwóch egzemplarzach. Malarz wykonuje pracę, w terminie dostarcza rachunek na umówioną kwotę, czeka dwa dni – i cisza. Idzie do właściciela upomnieć się o - należne mu już w tej chwili - pieniądze a ten mu mówi: no coś ty taki roszczeniowy; nie mam, przyjdź za dwa miesiące… Cóż ma zrobić ten skromny malarz; czeka, kombinuje jak pokryć swoją inwestycję (zakupił farbę na swój koszt a zapłata obejmowała też zwrot tego jego wydatku)… Idzie więc ponownie grzecznie po dwóch miesiącach, a właściciel mu na to: Boże, co za upierdliwy, roszczeniowy typ; nie mam, kryzys jest, będę miał to oddam a jak chcesz to leć do sądu…
Drań wie, że malarzyna już zbiedniał bo wydał na niego swoje pieniądze, że kwota długu to 25% kosztów adwokata, więc pewnie nie pójdzie do sądu, poza tym – kto by chciał się okazać niewdzięcznym, roszczeniowym, upierdliwym wykonawcą; pójdzie taka fama (załatwią mu wilczy bilet) i straci innych klientów…
Przecież nie będzie ryzykował.
Pytanie jest: czy nie jest to ordynarne oszustwo, sprawa kryminalna?
Jest!
W kontaktach obywatel – państwo, taką „umową” jest Konstytucja.
Konstytucja określa obowiązki obywatela; to odpowiednik przedmiotu zlecenia
Obowiązek przestrzegania prawa.
Obowiązek dbałości o dobro wspólne.
Obowiązek ponoszenia ciężaru świadczeń publicznych w tym płacenia podatków i obowiązkowych opłat ustawowo określonych;
Obowiązek obrony;
Obowiązek dbałości o stan środowiska.
Konstytucja określa też prawa obywatela; to odpowiednik zapłaty:
Prawo do nauki bezpłatnej w szkołach publicznych;
Prawo do wyboru zawodu i minimalnego wynagrodzenia za pracę;
Prawo do ochrony przed skutkami bezrobocia, szkolenia, poradnictwa, robót publicznych i prac interwencyjnych
Prawo do pomocy w trudnej sytuacji społecznej lub materialnej;
Prawo do wolności korzystania i tworzenia dóbr kultury;
Prawo do ochrony zdrowia;
Prawo do zabezpieczenia społecznego chorobowego, rentowego i emerytalnego;
Prawo do własności;
Prawo zrzeszania się;
Prawa wyborcze i do udziału w referendum;
Prawo do posiadania i wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji;
Prawo do wolności sumienia i religii;
Prawo do ochrony korespondencji;
Prawo do nienaruszalności mieszkania;
Prawo do wolnego poruszania się po terytorium i opuszczania Rzeczypospolitej;
Prawo nietykalności osobistej, ochrony życia;
Prawo do sprawiedliwego i jawnego procesu przed sądem i równości wobec prawa;
Prawo do wolności od dyskryminacji pod jakimkolwiek względem;
Śmiało możemy zastosować tu takie samo porównanie do wspomnianej umowy-zlecenia. Obywatel bierze na siebie określone obowiązki, obowiązki na całe jego życie. Państwo – jak ten szef firmy ma uprawnienia i możliwości aby wykonywanie tych obowiązków sprawdzać, jeśli trzeba – to wymusić, a za niewykonanie – karać.
Zgodnie z aktualną interpretacją prawa "w ogóle" – uprawnienia jednej strony są tożsame z obowiązkami drugiej. Oznacza to, że katalog praw obywatela w Konstytucji – jest także częścią katalogu obowiązków Państwa. Jeśli obywatel na przykład ma prawo do wolności od wszelkiej dyskryminacji, oznacza to obowiązek Państwa zagwarantowania braku tej dyskryminacji wobec obywatela. Tak samo - w stosunku do innych praw.
Jeśli uznać takie założenie za słuszne, a nie widzę powodu by tak nie było, to przeanalizujmy konkretną sytuację obecnie właśnie występująca i dotyczącą setek tysięcy Polaków.
Oto ja – przykładowy, standardowy Wiśniewski czy Kowalski:
Jestem niekarany, ani nie miałem dotychczas żadnego konfliktu z prawem.
Stawiłem się na wezwanie do obowiązkowego poboru do Ludowego Wojska Polskiego, odbyłem pełną służbę 24 miesięczną, ukończyłem z awansem do najwyższego możliwego stopnia, odznaką „wzorowego” i nagrodą rzeczową od dowódcy jednostki. Następnie przez wiele lat uczestniczyłem w corocznych, obowiązkowych, nieodpłatnych ćwiczeniach utrzymujących gotowość bojową.
Od chwili wprowadzenia powszechnego podatku od wynagrodzeń opłacam i rozliczam go bez żadnych zastrzeżeń ze strony Urzędów Podatkowych.
Nie mam na sumieniu niszczenia środowiska ani szkodzenia dobru wspólnemu, nie spotkałem się z takimi zarzutami ani nie odmawiałem udziału w działaniach ochronnych, porządkowych itp.
Jeżeli więc tak, to uważam, że ja – Wiśniewski – wykonałem tę umowę, jej część dotyczącą moich obowiązków, dlatego oczekuję "zapłaty". Chcę, aby ten z którym się umówiłem - państwo - zrealizował swój obowiązek w kwestii dla mnie najważniejszej, określonej w Art. 65, ust. 5 Umowy (to znaczy Konstytucji), który mówi:
I nie bądź taki roszczeniowy! Tylko wszystko mu trzeba dawać, oszołomowi i pasożytowi…! Tylko by siedział na zasiłkach… i wszystko chciał za darmo!
I tu znów pytanie: czy to nie jest ordynarne oszustwo?
Jest! Oczywiste że jest!
„… A to Polska właśnie…”
Przede wszystkim – posiada ona określone strony. Są tam określone obowiązki jednej i drugiej ze stron a także ich prawa, związane najczęściej z celem jej zawarcia.
Dla jasności przekazu – weźmy pod uwagę konkretny przykład i sytuację go dotyczącą. Właściciel sklepu wynajmuje malarza w celu pomalowania witryny sklepowej. Zawiera z nim więc umowę – zlecenie w której jest czarno na białym napisane: Pan Kowalski zleca wykonanie, a Pan Wiśniewski zobowiązuje się do wykonania malowania witryny sklepu takiej to a takiej firmy, adres, w okresie najpóźniej do dnia…, wynagrodzenie będzie wynosiło… i zostanie wypłacone w terminie do 2 dni po przedstawieniu rachunku w kasie firmy znajdującej się w siedzibie firmy adres jw. itd.
Standard, szablon, wzór…
Więc wykonawca ma pomalować w danym terminie a właściciel ma za to zapłacić też w określonym terminie. Umowa jest na piśmie w dwóch egzemplarzach. Malarz wykonuje pracę, w terminie dostarcza rachunek na umówioną kwotę, czeka dwa dni – i cisza. Idzie do właściciela upomnieć się o - należne mu już w tej chwili - pieniądze a ten mu mówi: no coś ty taki roszczeniowy; nie mam, przyjdź za dwa miesiące… Cóż ma zrobić ten skromny malarz; czeka, kombinuje jak pokryć swoją inwestycję (zakupił farbę na swój koszt a zapłata obejmowała też zwrot tego jego wydatku)… Idzie więc ponownie grzecznie po dwóch miesiącach, a właściciel mu na to: Boże, co za upierdliwy, roszczeniowy typ; nie mam, kryzys jest, będę miał to oddam a jak chcesz to leć do sądu…
Drań wie, że malarzyna już zbiedniał bo wydał na niego swoje pieniądze, że kwota długu to 25% kosztów adwokata, więc pewnie nie pójdzie do sądu, poza tym – kto by chciał się okazać niewdzięcznym, roszczeniowym, upierdliwym wykonawcą; pójdzie taka fama (załatwią mu wilczy bilet) i straci innych klientów…
Przecież nie będzie ryzykował.
Pytanie jest: czy nie jest to ordynarne oszustwo, sprawa kryminalna?
Jest!
W kontaktach obywatel – państwo, taką „umową” jest Konstytucja.
Konstytucja określa obowiązki obywatela; to odpowiednik przedmiotu zlecenia
Obowiązek przestrzegania prawa.
Obowiązek dbałości o dobro wspólne.
Obowiązek ponoszenia ciężaru świadczeń publicznych w tym płacenia podatków i obowiązkowych opłat ustawowo określonych;
Obowiązek obrony;
Obowiązek dbałości o stan środowiska.
Konstytucja określa też prawa obywatela; to odpowiednik zapłaty:
Prawo do nauki bezpłatnej w szkołach publicznych;
Prawo do wyboru zawodu i minimalnego wynagrodzenia za pracę;
Prawo do ochrony przed skutkami bezrobocia, szkolenia, poradnictwa, robót publicznych i prac interwencyjnych
Prawo do pomocy w trudnej sytuacji społecznej lub materialnej;
Prawo do wolności korzystania i tworzenia dóbr kultury;
Prawo do ochrony zdrowia;
Prawo do zabezpieczenia społecznego chorobowego, rentowego i emerytalnego;
Prawo do własności;
Prawo zrzeszania się;
Prawa wyborcze i do udziału w referendum;
Prawo do posiadania i wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji;
Prawo do wolności sumienia i religii;
Prawo do ochrony korespondencji;
Prawo do nienaruszalności mieszkania;
Prawo do wolnego poruszania się po terytorium i opuszczania Rzeczypospolitej;
Prawo nietykalności osobistej, ochrony życia;
Prawo do sprawiedliwego i jawnego procesu przed sądem i równości wobec prawa;
Prawo do wolności od dyskryminacji pod jakimkolwiek względem;
Śmiało możemy zastosować tu takie samo porównanie do wspomnianej umowy-zlecenia. Obywatel bierze na siebie określone obowiązki, obowiązki na całe jego życie. Państwo – jak ten szef firmy ma uprawnienia i możliwości aby wykonywanie tych obowiązków sprawdzać, jeśli trzeba – to wymusić, a za niewykonanie – karać.
Zgodnie z aktualną interpretacją prawa "w ogóle" – uprawnienia jednej strony są tożsame z obowiązkami drugiej. Oznacza to, że katalog praw obywatela w Konstytucji – jest także częścią katalogu obowiązków Państwa. Jeśli obywatel na przykład ma prawo do wolności od wszelkiej dyskryminacji, oznacza to obowiązek Państwa zagwarantowania braku tej dyskryminacji wobec obywatela. Tak samo - w stosunku do innych praw.
Jeśli uznać takie założenie za słuszne, a nie widzę powodu by tak nie było, to przeanalizujmy konkretną sytuację obecnie właśnie występująca i dotyczącą setek tysięcy Polaków.
Oto ja – przykładowy, standardowy Wiśniewski czy Kowalski:
Jestem niekarany, ani nie miałem dotychczas żadnego konfliktu z prawem.
Stawiłem się na wezwanie do obowiązkowego poboru do Ludowego Wojska Polskiego, odbyłem pełną służbę 24 miesięczną, ukończyłem z awansem do najwyższego możliwego stopnia, odznaką „wzorowego” i nagrodą rzeczową od dowódcy jednostki. Następnie przez wiele lat uczestniczyłem w corocznych, obowiązkowych, nieodpłatnych ćwiczeniach utrzymujących gotowość bojową.
Od chwili wprowadzenia powszechnego podatku od wynagrodzeń opłacam i rozliczam go bez żadnych zastrzeżeń ze strony Urzędów Podatkowych.
Nie mam na sumieniu niszczenia środowiska ani szkodzenia dobru wspólnemu, nie spotkałem się z takimi zarzutami ani nie odmawiałem udziału w działaniach ochronnych, porządkowych itp.
Jeżeli więc tak, to uważam, że ja – Wiśniewski – wykonałem tę umowę, jej część dotyczącą moich obowiązków, dlatego oczekuję "zapłaty". Chcę, aby ten z którym się umówiłem - państwo - zrealizował swój obowiązek w kwestii dla mnie najważniejszej, określonej w Art. 65, ust. 5 Umowy (to znaczy Konstytucji), który mówi:
Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia, poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.Ale to Tuskowe "państwo" mi mówi: coś ty taki roszczeniowy! Ty zrobiłeś swoje, wykonałeś swoje obowiązki – boś frajer, ale ja nie wykonam – bo kryzys. Nic mnie nie obchodzi, zbieraj runo leśne, żuj korzonki i popijaj zupą z paproci bo pracy ani zasiłku dla ciebie nie ma z powodu wieku. Staraj się sam, szukaj, proś, umizguj się i nadskakuj, okłamuj sprytnie w CV, twoja osobista sprawa, ja umywam ręce bo kryzys mnie usprawiedliwia, możesz mi naskoczyć…
I nie bądź taki roszczeniowy! Tylko wszystko mu trzeba dawać, oszołomowi i pasożytowi…! Tylko by siedział na zasiłkach… i wszystko chciał za darmo!
I tu znów pytanie: czy to nie jest ordynarne oszustwo?
Jest! Oczywiste że jest!
„… A to Polska właśnie…”
Etykiety:
50+,
bezrobocie,
Kaczyński,
kosiniak kamysz,
minister pracy,
PIS,
PO,
socjalizm,
solidarność,
Tusk,
władza,
wybory 2011,
wykluczenie,
zdrada
19/09/2011
4.
Skołowani wyborcy.
… I od razu wyjaśniam, że nie mam na myśli tak zwanych „skołowanych”, czyli cyklistów, którzy jak wiadomo od dawna, podobno zawsze są wszystkiemu winni (dokładniej – współwinni… wraz z… )
Mam na myśli takich zwykłych ludzi, przeciętnych Polaków – ogłupionych, zmanipulowanych, otoczonych wszechobecną wprost, piramidalną fikcją… wykazujących wszelkie symptomy stada, sterowanego przez kilka doskonale wytresowanych owczarków pasterskich.
Sytuacja taka ma oczywiście swoje realne skutki praktyczne. Kiedyś, ale we wcale nie tak dalekiej przyszłości – będzie się mówiło o ofiarach obecnych działań władzy, o ofiarach polskiego „konserwatywno-liberalnego” eksperymentu na całym społeczeństwie – w wydaniu Platformy Obywatelskiej. Będzie się o tym mówiło tak jak dziś mówimy o ofiarach katastrofalnego głodu na Ukrainie i innych podobnych wydarzeniach, tyle, że obecnym ofiarom tak zwanych „liberałów” nikt już nie zwróci ich czasu, zdrowia ani życia – podobnie jak i tamtym… W tym sensie społeczne skutki obecnych rządów są w wymiarze jednostki – nieodwracalne. Lecz jeśli są one nieodwracalne dla ofiar, niechby stały się także nieodwracalne dla winnych… i to bez zawieszenia.
Ale przecież część przynajmniej tychże potencjalnych ofiar widzi, co się tak naprawdę dzieje wokół, przecież rozumieją, że coś tu jest „nie tak”, – jeśli nawet nie potrafią dokładnie określić – co.
Przecież dociera do nich, że państwo z samej już zasady swojego istnienia nie może być tak bezwzględnie nieludzkie, tak opresyjne, tak antyspołeczne, nawet bez wahania można użyć określenia – złowrogie – jak jest teraz. Jeśli nawet nie jest to na poziomie wiedzy nabytej – przeczuwają, że państwo ma sens, gdy jest „dla dobra”; dla dobra oczywiście demokratycznie rozumianego, ale i weryfikowalnego moralnie, społecznie, czyli „po ludzku”.
Państwo powinno być czymś „dla wszystkich jednocześnie” bez konieczności skreślania, skazywania na ofiarę całego pokolenia albo i dwóch czy trzech – jak to widzimy czy nawet odczuwamy bezpośrednio na sobie. Przecież oczywiste powinno być dla wszystkich, że to właśnie oznacza słowo RZECZPOSPOLITA; Pospolita Rzecz – państwo dla wszystkich obywateli j e d n o c z e ś n i e.
Niestety w tym przypadku, – choć nazwa pozostała – mamy do czynienia ze skrajnym wynaturzeniem państwa. Wynaturzeniem jak za PRL-u, tylko w innym kierunku. Państwo jest dla wybranych, a może raczej dla „wybranych” go nie musi być…
Bardzo wiele można o tym napisać, pomimo podejrzeń, że to już doraźnie nic nie da i dać nie może. Nie zburzy się tak łatwo piramidy (kłamstw) a można spotkać się z przeciwdziałaniem tych, którzy to państwo usiłują zawłaszczyć dla siebie, dla swoich interesów, rodów, majątków i salonów. Obojętnie, czy to będzie „Grzesiu” i „Jaro” itp., czy „Donek” i „Bronek” czy też „Masa” i „Kiełbasa”… czy nawet oni wszyscy razem w świetnej komitywie, z punktu widzenia interesu społecznego jest to obojętne i z tym właśnie trudno się pogodzić. Po prostu – jest to nie do przyjęcia.
Jednym z „kamieni węgielnych” tejże piramidy jest wtłaczane ludziom do głów przekonanie, że wszelka „ideologia” zakończyła swoje istnienie w 1989 roku, po ogłoszeniu oficjalnego upadku PRL i PZPR, – jako modelu państwa. To w PRL-u, w „komunie” – była ideologia „komunistyczna” czy „socjalistyczna”; od chwili zmiany władzy wszelkie ideologie zostały zlikwidowane i nastąpiła „gospodarka rynkowa”, jako coś „obiektywnego”, obiektywnie uzasadnionego i niepodlegającego dyskusji jak 2 x 2 = 4, wynikającego z nauk ekonomicznych, z matematyki, statystyki i ekonomii – nie z polityki.
Otóż nic bardziej błędnego! Zrozumiałe, – dlaczego starano się wtłoczyć ludziom do głów takie przekonanie. To dość sprytne posunięcie propagandowe, bo kto się będzie wygłupiał i walczył z ekonomią, z nauką…? Jeśli nie zna się na ekonomii – to nie da rady, a jeśli się zna – to swój…
Ale to nie jest prawda. W każdym razie – nie cała. Ideologia liberalna jest takiego samego typu ideologią jak socjalizm czy inne; opiera się na innych, na pewnych specyficznych, wybranych założeniach, priorytetach, zasadach – niemających żadnej obiektywnej, uniwersalnej wartości. To po prostu przetworzenie jednej z dziesiątków tysięcy propozycji powstających w głowach badaczy, filozofów, teoretyków. Myśli, która zakwitła w umysłach kilku badaczy – jak marzenie o wielkiej, prawdziwej i realnej wolności i stało się to jeszcze w wieku osiemnastym. Wiemy jednak, jaka jest różnica pomiędzy pracą badacza, filozofa, myśliciela – a wysiłkami twórcy powstałego na tej podstawie ideologii politycznej; wiemy to z historii dotyczącej dzieł Karola Marksa oraz ideologii Włodzimierza Ulianowa. Chodzi jedynie o to, kto i dla kogo stworzył daną ideologię, w czyim interesie to zrobił a w związku z tym, – jakie dobrał i przyjął założenia realizacyjne w tym przypadku szukające źródła i uzasadnienia w pracach teoretyków. W tym znaczeniu ideologia państwa „liberalnego” różni się od ideologii „przewodniej roli klasy robotniczej” tylko co do zasady tym – kto i dla kogo, w czyim prócz swojego interesie ją opracował i wdrożył. Mechanizm jest taki sam. Ma odpowiednie do zapotrzebowania założenia polityczne służące wybranemu „podmiotowi”.
Ekonomia jest nauka polityczną i jej wnioski wynikają z przyjętych założeń wstępnych; czyli w tej samej sprawie rozpatrywanej przez różnych ekonomistów – wnioski mogą być różne, nawet wzajemnie przeciwstawne. Z tego punktu widzenia nie jest to nauka ścisła, gdyż ta wymaga co do definicji zawsze takich samych wniosków – wynikających z takich samych założeń. A więc to, co się dzieje w naszym kraju nie wynika z obiektywnych zasad „nauk ekonomicznych” a z konkretnej ideologii sterującej politycznie działaniami władzy i jej konsekwentnego wprowadzania w życie. Wręcz przeciwnie nawet: jeśli przyjmiemy, że spora część gospodarki, spora ilość przedsiębiorstw rozpadła się z powodu ich opuszczenia przez „gospodarza” – wierzącego w gusła o cudownym działaniu „niewidzialnej ręki rynku” której należy powierzyć całą gospodarkę krajową w celu jej „samo-naprawienia” , przy całkowitym praktycznie pominięciu „czynnika ludzkiego”– to musimy przyznać po prostu, że działania takie nie tylko nie były oparte na nauce i wiedzy, ale wręcz przeciwnie: oparte były na bezmyślności i niewiedzy „zasłużonych – niedouczonych” – działaczy neofitów, nagle nawróconych po weryfikacji kadrowej na „kapitalizm”, oraz tego politycznego „gówniarstwa” jakie na fali postsolidarnościowej przejęło prymat .
Dużo na ten temat da się napisać i trzeba będzie to zrobić.
Dziś ważne jest szczególnie jedno: jeśli już uznamy, że przyczyną tego wszystkiego co obserwujemy w naszym kraju jest wdrażanie konkretnej ideologii, musimy także konsekwentnie uznać, iż nie można przynajmniej dopuścić do monopolu ideologicznego. Monopolu który nieodwołalnie nam grozi w przypadku objęcia wszystkich ośrodków władzy przez jedną opcję ideologiczną wraz z brutalnym „wyrżnięciem watahy” jak się tu określa zdławienie wszelkiej opozycji politycznej. Walka z monopolem ideologicznym jest dla nas – zwykłych ludzi – walką o nasz byt, o nasz czas, o nasze życie. Niestety potwierdza się na naszych oczach inna zasada, że każda władza ideologiczna natychmiast po dorwaniu się do władzy zaczyna budować swój monopol, impregnować się na wszelkie wpływy zewnętrzne i otaczać kordonem obronnym. A robi to, jako wstęp do walki o monopol polityczny.
Warto o tym pamiętać podczas dokonywania w najbliższym czasie niezwykle ważnego wyboru.
Warto o tym pamiętać mając na uwadze własny interes życiowy i względy społeczne a nie ideologiczne – jak to nam usiłują wmówić różni mniej lub bardziej bezpośrednio „zainteresowani”. Bo od zakończenia wojny – wszystko, co najlepsze, ma być… już wkrótce, niedługo, za chwilę… będzie; zrobimy… tylko zagłosujcie na nas… Mijają lata, dziesięciolecia, zmieniają się rządy i ideologie, a obietnice się nie spełniają. Dokładniej – spełniają się jedynie dla elity, dla tych ciągle obiecujących…
Liczy się jednak też nasz czas; krótki, zbyt krótki dany nam czas, który nieodwołalnie jest nam kradziony przez fatalne skutki wdrażania ideologii. Liczy się nasze życie, nasze dzieci – nie hasełka ideologiczne czy polityczne takiej czy innej partii, obietnice świetlanej przyszłości. Liczą się skutki społeczne działania władzy dziś, a nie wierność jej „bożkom” czy wręcz jej „bałwanom”.
Przeciwstawiając się monopolowi ideologicznemu – walczymy w istocie o życie…
Mam na myśli takich zwykłych ludzi, przeciętnych Polaków – ogłupionych, zmanipulowanych, otoczonych wszechobecną wprost, piramidalną fikcją… wykazujących wszelkie symptomy stada, sterowanego przez kilka doskonale wytresowanych owczarków pasterskich.
Sytuacja taka ma oczywiście swoje realne skutki praktyczne. Kiedyś, ale we wcale nie tak dalekiej przyszłości – będzie się mówiło o ofiarach obecnych działań władzy, o ofiarach polskiego „konserwatywno-liberalnego” eksperymentu na całym społeczeństwie – w wydaniu Platformy Obywatelskiej. Będzie się o tym mówiło tak jak dziś mówimy o ofiarach katastrofalnego głodu na Ukrainie i innych podobnych wydarzeniach, tyle, że obecnym ofiarom tak zwanych „liberałów” nikt już nie zwróci ich czasu, zdrowia ani życia – podobnie jak i tamtym… W tym sensie społeczne skutki obecnych rządów są w wymiarze jednostki – nieodwracalne. Lecz jeśli są one nieodwracalne dla ofiar, niechby stały się także nieodwracalne dla winnych… i to bez zawieszenia.
Ale przecież część przynajmniej tychże potencjalnych ofiar widzi, co się tak naprawdę dzieje wokół, przecież rozumieją, że coś tu jest „nie tak”, – jeśli nawet nie potrafią dokładnie określić – co.
Przecież dociera do nich, że państwo z samej już zasady swojego istnienia nie może być tak bezwzględnie nieludzkie, tak opresyjne, tak antyspołeczne, nawet bez wahania można użyć określenia – złowrogie – jak jest teraz. Jeśli nawet nie jest to na poziomie wiedzy nabytej – przeczuwają, że państwo ma sens, gdy jest „dla dobra”; dla dobra oczywiście demokratycznie rozumianego, ale i weryfikowalnego moralnie, społecznie, czyli „po ludzku”.
Państwo powinno być czymś „dla wszystkich jednocześnie” bez konieczności skreślania, skazywania na ofiarę całego pokolenia albo i dwóch czy trzech – jak to widzimy czy nawet odczuwamy bezpośrednio na sobie. Przecież oczywiste powinno być dla wszystkich, że to właśnie oznacza słowo RZECZPOSPOLITA; Pospolita Rzecz – państwo dla wszystkich obywateli j e d n o c z e ś n i e.
Niestety w tym przypadku, – choć nazwa pozostała – mamy do czynienia ze skrajnym wynaturzeniem państwa. Wynaturzeniem jak za PRL-u, tylko w innym kierunku. Państwo jest dla wybranych, a może raczej dla „wybranych” go nie musi być…
Bardzo wiele można o tym napisać, pomimo podejrzeń, że to już doraźnie nic nie da i dać nie może. Nie zburzy się tak łatwo piramidy (kłamstw) a można spotkać się z przeciwdziałaniem tych, którzy to państwo usiłują zawłaszczyć dla siebie, dla swoich interesów, rodów, majątków i salonów. Obojętnie, czy to będzie „Grzesiu” i „Jaro” itp., czy „Donek” i „Bronek” czy też „Masa” i „Kiełbasa”… czy nawet oni wszyscy razem w świetnej komitywie, z punktu widzenia interesu społecznego jest to obojętne i z tym właśnie trudno się pogodzić. Po prostu – jest to nie do przyjęcia.
Jednym z „kamieni węgielnych” tejże piramidy jest wtłaczane ludziom do głów przekonanie, że wszelka „ideologia” zakończyła swoje istnienie w 1989 roku, po ogłoszeniu oficjalnego upadku PRL i PZPR, – jako modelu państwa. To w PRL-u, w „komunie” – była ideologia „komunistyczna” czy „socjalistyczna”; od chwili zmiany władzy wszelkie ideologie zostały zlikwidowane i nastąpiła „gospodarka rynkowa”, jako coś „obiektywnego”, obiektywnie uzasadnionego i niepodlegającego dyskusji jak 2 x 2 = 4, wynikającego z nauk ekonomicznych, z matematyki, statystyki i ekonomii – nie z polityki.
Otóż nic bardziej błędnego! Zrozumiałe, – dlaczego starano się wtłoczyć ludziom do głów takie przekonanie. To dość sprytne posunięcie propagandowe, bo kto się będzie wygłupiał i walczył z ekonomią, z nauką…? Jeśli nie zna się na ekonomii – to nie da rady, a jeśli się zna – to swój…
Ale to nie jest prawda. W każdym razie – nie cała. Ideologia liberalna jest takiego samego typu ideologią jak socjalizm czy inne; opiera się na innych, na pewnych specyficznych, wybranych założeniach, priorytetach, zasadach – niemających żadnej obiektywnej, uniwersalnej wartości. To po prostu przetworzenie jednej z dziesiątków tysięcy propozycji powstających w głowach badaczy, filozofów, teoretyków. Myśli, która zakwitła w umysłach kilku badaczy – jak marzenie o wielkiej, prawdziwej i realnej wolności i stało się to jeszcze w wieku osiemnastym. Wiemy jednak, jaka jest różnica pomiędzy pracą badacza, filozofa, myśliciela – a wysiłkami twórcy powstałego na tej podstawie ideologii politycznej; wiemy to z historii dotyczącej dzieł Karola Marksa oraz ideologii Włodzimierza Ulianowa. Chodzi jedynie o to, kto i dla kogo stworzył daną ideologię, w czyim interesie to zrobił a w związku z tym, – jakie dobrał i przyjął założenia realizacyjne w tym przypadku szukające źródła i uzasadnienia w pracach teoretyków. W tym znaczeniu ideologia państwa „liberalnego” różni się od ideologii „przewodniej roli klasy robotniczej” tylko co do zasady tym – kto i dla kogo, w czyim prócz swojego interesie ją opracował i wdrożył. Mechanizm jest taki sam. Ma odpowiednie do zapotrzebowania założenia polityczne służące wybranemu „podmiotowi”.
Ekonomia jest nauka polityczną i jej wnioski wynikają z przyjętych założeń wstępnych; czyli w tej samej sprawie rozpatrywanej przez różnych ekonomistów – wnioski mogą być różne, nawet wzajemnie przeciwstawne. Z tego punktu widzenia nie jest to nauka ścisła, gdyż ta wymaga co do definicji zawsze takich samych wniosków – wynikających z takich samych założeń. A więc to, co się dzieje w naszym kraju nie wynika z obiektywnych zasad „nauk ekonomicznych” a z konkretnej ideologii sterującej politycznie działaniami władzy i jej konsekwentnego wprowadzania w życie. Wręcz przeciwnie nawet: jeśli przyjmiemy, że spora część gospodarki, spora ilość przedsiębiorstw rozpadła się z powodu ich opuszczenia przez „gospodarza” – wierzącego w gusła o cudownym działaniu „niewidzialnej ręki rynku” której należy powierzyć całą gospodarkę krajową w celu jej „samo-naprawienia” , przy całkowitym praktycznie pominięciu „czynnika ludzkiego”– to musimy przyznać po prostu, że działania takie nie tylko nie były oparte na nauce i wiedzy, ale wręcz przeciwnie: oparte były na bezmyślności i niewiedzy „zasłużonych – niedouczonych” – działaczy neofitów, nagle nawróconych po weryfikacji kadrowej na „kapitalizm”, oraz tego politycznego „gówniarstwa” jakie na fali postsolidarnościowej przejęło prymat .
Dużo na ten temat da się napisać i trzeba będzie to zrobić.
Dziś ważne jest szczególnie jedno: jeśli już uznamy, że przyczyną tego wszystkiego co obserwujemy w naszym kraju jest wdrażanie konkretnej ideologii, musimy także konsekwentnie uznać, iż nie można przynajmniej dopuścić do monopolu ideologicznego. Monopolu który nieodwołalnie nam grozi w przypadku objęcia wszystkich ośrodków władzy przez jedną opcję ideologiczną wraz z brutalnym „wyrżnięciem watahy” jak się tu określa zdławienie wszelkiej opozycji politycznej. Walka z monopolem ideologicznym jest dla nas – zwykłych ludzi – walką o nasz byt, o nasz czas, o nasze życie. Niestety potwierdza się na naszych oczach inna zasada, że każda władza ideologiczna natychmiast po dorwaniu się do władzy zaczyna budować swój monopol, impregnować się na wszelkie wpływy zewnętrzne i otaczać kordonem obronnym. A robi to, jako wstęp do walki o monopol polityczny.
Warto o tym pamiętać podczas dokonywania w najbliższym czasie niezwykle ważnego wyboru.
Warto o tym pamiętać mając na uwadze własny interes życiowy i względy społeczne a nie ideologiczne – jak to nam usiłują wmówić różni mniej lub bardziej bezpośrednio „zainteresowani”. Bo od zakończenia wojny – wszystko, co najlepsze, ma być… już wkrótce, niedługo, za chwilę… będzie; zrobimy… tylko zagłosujcie na nas… Mijają lata, dziesięciolecia, zmieniają się rządy i ideologie, a obietnice się nie spełniają. Dokładniej – spełniają się jedynie dla elity, dla tych ciągle obiecujących…
Liczy się jednak też nasz czas; krótki, zbyt krótki dany nam czas, który nieodwołalnie jest nam kradziony przez fatalne skutki wdrażania ideologii. Liczy się nasze życie, nasze dzieci – nie hasełka ideologiczne czy polityczne takiej czy innej partii, obietnice świetlanej przyszłości. Liczą się skutki społeczne działania władzy dziś, a nie wierność jej „bożkom” czy wręcz jej „bałwanom”.
Przeciwstawiając się monopolowi ideologicznemu – walczymy w istocie o życie…
Etykiety:
bezrobocie,
gospodarka,
Kaczyński,
minister pracy,
PO,
POKL,
Tusk,
władza,
wybory 2011,
wykluczenie
18/09/2011
3.
Panie Ministrze Pracy; z tym trzeba coś zrobić natychmiast…
Z wstępnego podziału krajowej rezerwy wykonania wg stanu na 31.12.2010 r. w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, województwo Zachodniopomorskie otrzymało dodatkowo kwotę 54 milionów euro.
Jest to specyficzna premia za doskonałe wyniki województwa w realizacji planów wydatkowania swojej części środków programu operacyjnego Kapitał Ludzki. Wg średniego kursu euro NBP jest to ok. 235.400.000 zł. Zostało to ogłoszone w połowie stycznia bieżącego roku.
W tym samym czasie, to znaczy pod koniec ubiegłego roku Rząd, którego i Pan jest funkcjonariuszem radykalnie zmniejszył planowane na następny rok budżety Powiatowych Urzędów Pracy, pozostawiając w nich na 2011r. zaledwie ok. 30% środków, jakie były w roku 2010. Inaczej mówiąc – obcięto 70% środków na działalność Urzędów dotyczącą pomocy bezrobotnym poprzez stosowanie instrumentów, jakie przewiduje Ustawa o promocji zatrudnienia.
Stosownie do tego Urzędy Pracy, na przykład PUP w Szczecinie już 18 kwietnia zaprzestał organizowania staży dla osób bezrobotnych, zawieszając je do odwołania – i do chwili obecnej nie jest to realizowane. 6 czerwca br. zawieszono przyjmowanie wniosków o finansowanie szkoleń indywidualnych i dotychczas nie wznowiono. Powiatowy Urząd Pracy w ramach swojego budżetu zaplanował szkolenia grupowe dla ok. 120 (stu dwudziestu) osób oraz dla nie więcej jak 113 osób w ramach szkoleń związanych z dotacjami na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Łącznie jest to o połowę mniej niż w roku ubiegłym, a przecież przeszkolenia, przekwalifikowania mają być podstawowym narzędziem pomocy w powrocie do pracy.
Od początku roku w dwóch konkursach dla rozpoczynających działalność gospodarczą przyznano 113 dotacji, po czym z powodu wyczerpania środków na rok bieżący – dnia 8 czerwca konkurs został zawieszony do odwołania.
Ostatnia z istotnych form pomocy – organizacja prac interwencyjnych oraz robót publicznych, jako instrument oddziaływania przestała być powszechnie dostępna. Po wprowadzeniu zasady, że to organizator – instytucja występująca o zorganizowanie prac interwencyjnych – ma prawo podać nazwisko i imię osoby zarejestrowanej jako bezrobotna, którą chce przyjąć do pracy na takich zasadach – do Urzędu racy zaczęły napływać wyłącznie takie wnioski. W rezultacie Urząd stracił wpływ na to, w stosunku do której osoby zarejestrowanej stosuje się tę formę pomocy. Ofert takie są publikowane w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia, jako wolne i dostępne, ale przecież nie są one wolne, bo jeszcze przed opublikowaniem były już zajęte przez osobę wskazaną przez pracodawcę. Niestety potencjalnie niesie to w sobie ogromne niebezpieczeństwo nepotyzmu, prywaty, dominowania tak zwanych „znajomości” nad oficjalną polityką służb zatrudnienia. Przypominam, że w Ustawie zdefiniowano kilka grup bezrobotnych o różnym stopniu trudności w znalezieniu zatrudnienia. Osoby w wieku po 50-roku życia są tam określone, jako będące w szczególnie trudnej sytuacji na „rynku pracy” i dlatego teoretycznie powinny otrzymywać „szczególną” pomoc. Niestety taka praktyka wobec prac interwencyjnych całkowicie zaprzecza ustawie, bo osoby określone jako „w niekorzystnej sytuacji” lub” w szczególnie niekorzystnej sytuacji” na rynku pracy nie mają pomimo tego żadnych szans na otrzymanie pomocy np. w postaci zatrudnienia okresowo dotowanego.
Ogólnie rzecz biorąc Program Rządowy dla osób 50+, oraz zapisy Ustawy – pozostają w dużym stopniu martwe.
Panie Ministrze.
Powyższe informacje prowadzą nieuchronnie do następujących pytań:
Gdzie są wspomniane pieniądze z Krajowej Rezerwy Wykonania PO KL i dlaczego nie zostały uruchomione na pomoc bezrobotnym.
W chwili obecnej nie ma żadnego programu szkoleniowego czy pomocowego, którego beneficjentami ostatecznymi byłyby osoby bezrobotne.
Pan Premier Tusk z dumą chwalił się niedawno kwotą 4 – 5 bilionów złotych „zaoszczędzonych” na wydatkach publicznych. Czy te pieniądze uzyskane dodatkowo na wdrażanie pomocy w ramach PO KL także zostaną „zaoszczędzone” przez Pana Premiera i nie trafią do Urzędów Pracy?
Jest w trudnej a w niektórych przypadkach dramatycznej sytuacji grupa bezrobotnych w wieku 50 – 65 lat, której w sposób systemowy nikt nie chce zatrudniać. Są i inne grupy wykluczonych; od kiedy zaczęto mówić o wykluczeniu społecznym zjawia się coraz to nowa grupa osób, starających się o dofinansowanie. Ale Pan – Panie Ministrze – jest przecież lekarzem. Wie Pan doskonale, że jeśli ma się do czynienia z osobą poszkodowaną np. w wypadku – najpierw trzeba zainteresować się obrażeniami wymagającymi natychmiastowej interwencji, np. krwotokami tętniczymi, a potem dopiero innymi sprawami mniej groźnymi dla życia. Wie Pan doskonale, że nieraz poświęca się całość żeber poszkodowanego, gdy trzeba zrobić reanimację poprzez sztuczne oddychanie i masaż serca. Inaczej – wie Pan, że są priorytety. Proszę tę wiedzę zastosować do swoich zadań, jako pełnomocnika. Wielu ludzi będzie krzyczało o „wykluczeniu cyfrowym” albo o „wykluczeniu ze względu na preferencje seksualne” itp. Ale jest grupa bezrobotnych całkowicie pozbawiona możliwości zdobywania dochodów na własne utrzymanie. I ja także należę do tej grupy. Jedni jeszcze wyprzedają swój dobytek z dawnych lat, inni załamują się, staczają albo popełniają mniej lub bardziej ewidentne samobójstwa nie godząc się z wyzuciem z podstawowej godności ludzkiej, inni obciążają swoją egzystencją swoje rodziny także najczęściej będące w trudnej sytuacji.
To jest priorytet. Uniwersytetami trzeciego wieku naprawdę będzie czas się zająć później. Na rozdawanie laptopów i podręczników znajdą się inni pomocnicy, wystarczy że ekipa z kamerą video raz Pana sfilmuje – do materiałów wyborczych. Bilety na koncerty i spektakle na prawdę są bezrobotnym osobom w wieku 50+ najmniej teraz potrzebne…
Panie ministrze.
Trzeba coś zrobić natychmiast. Niechże Pan przestanie występować w roli celebryty, bo to niczego nie zmienia. Sytuacja stworzona przez Rząd Platformy Obywatelskiej, którego i Pan jest funkcjonariuszem – jest zaprzeczeniem podstawowych norm Konstytucyjnych. Także norm moralnych i zdrowego rozsądku. Nie da się usprawiedliwić kryzysem, bo kryzys może mieć wpływ na ilość środków, ale nie ma wpływu na ich właściwy podział uwzględniający priorytety. A Rząd – kontynuując porównanie do wypadku – zachowuje się jak dureń- sanitariusz, który osobie rannej z krwotokiem spieszy podłożyć poduszeczkę pod głowę, by jej było nieco wygodniej tak leżeć na jezdni…
Jest nie do pojęcia, jak ktoś może tak postępować nawet będąc „PO-wskim liberałem”. Nie mieści się w głowie, jak można tak „porzucić” całe pokolenie, grupę ludzi pozbawionych pracy a więc i płacy oraz innych dochodów, jakichkolwiek środków do życia.
Proszę się nie dziwić, że notowania PO spadają. Wyborcy oceniają to, co widzą a nie to, co niby rzekomo kiedyś mają zobaczyć. Wybory są rozliczeniem przeszłości, czasu i działań przed wyborami a nie prezentacją wizji i obietnic – jak chciałaby to przedstawiać propaganda partyjna.
Panie Ministrze. Trzeba coś zrobić natychmiast.
Paweł Antoni Baranowski
*) Tekst adresowano do pana Arłukowicza, który był wówczas pełnomocnikiem Premiera do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu a następnie był poważnym kandydatem na stanowisko Ministra Pracy
Jest to specyficzna premia za doskonałe wyniki województwa w realizacji planów wydatkowania swojej części środków programu operacyjnego Kapitał Ludzki. Wg średniego kursu euro NBP jest to ok. 235.400.000 zł. Zostało to ogłoszone w połowie stycznia bieżącego roku.
W tym samym czasie, to znaczy pod koniec ubiegłego roku Rząd, którego i Pan jest funkcjonariuszem radykalnie zmniejszył planowane na następny rok budżety Powiatowych Urzędów Pracy, pozostawiając w nich na 2011r. zaledwie ok. 30% środków, jakie były w roku 2010. Inaczej mówiąc – obcięto 70% środków na działalność Urzędów dotyczącą pomocy bezrobotnym poprzez stosowanie instrumentów, jakie przewiduje Ustawa o promocji zatrudnienia.
Stosownie do tego Urzędy Pracy, na przykład PUP w Szczecinie już 18 kwietnia zaprzestał organizowania staży dla osób bezrobotnych, zawieszając je do odwołania – i do chwili obecnej nie jest to realizowane. 6 czerwca br. zawieszono przyjmowanie wniosków o finansowanie szkoleń indywidualnych i dotychczas nie wznowiono. Powiatowy Urząd Pracy w ramach swojego budżetu zaplanował szkolenia grupowe dla ok. 120 (stu dwudziestu) osób oraz dla nie więcej jak 113 osób w ramach szkoleń związanych z dotacjami na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Łącznie jest to o połowę mniej niż w roku ubiegłym, a przecież przeszkolenia, przekwalifikowania mają być podstawowym narzędziem pomocy w powrocie do pracy.
Od początku roku w dwóch konkursach dla rozpoczynających działalność gospodarczą przyznano 113 dotacji, po czym z powodu wyczerpania środków na rok bieżący – dnia 8 czerwca konkurs został zawieszony do odwołania.
Ostatnia z istotnych form pomocy – organizacja prac interwencyjnych oraz robót publicznych, jako instrument oddziaływania przestała być powszechnie dostępna. Po wprowadzeniu zasady, że to organizator – instytucja występująca o zorganizowanie prac interwencyjnych – ma prawo podać nazwisko i imię osoby zarejestrowanej jako bezrobotna, którą chce przyjąć do pracy na takich zasadach – do Urzędu racy zaczęły napływać wyłącznie takie wnioski. W rezultacie Urząd stracił wpływ na to, w stosunku do której osoby zarejestrowanej stosuje się tę formę pomocy. Ofert takie są publikowane w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia, jako wolne i dostępne, ale przecież nie są one wolne, bo jeszcze przed opublikowaniem były już zajęte przez osobę wskazaną przez pracodawcę. Niestety potencjalnie niesie to w sobie ogromne niebezpieczeństwo nepotyzmu, prywaty, dominowania tak zwanych „znajomości” nad oficjalną polityką służb zatrudnienia. Przypominam, że w Ustawie zdefiniowano kilka grup bezrobotnych o różnym stopniu trudności w znalezieniu zatrudnienia. Osoby w wieku po 50-roku życia są tam określone, jako będące w szczególnie trudnej sytuacji na „rynku pracy” i dlatego teoretycznie powinny otrzymywać „szczególną” pomoc. Niestety taka praktyka wobec prac interwencyjnych całkowicie zaprzecza ustawie, bo osoby określone jako „w niekorzystnej sytuacji” lub” w szczególnie niekorzystnej sytuacji” na rynku pracy nie mają pomimo tego żadnych szans na otrzymanie pomocy np. w postaci zatrudnienia okresowo dotowanego.
Ogólnie rzecz biorąc Program Rządowy dla osób 50+, oraz zapisy Ustawy – pozostają w dużym stopniu martwe.
Panie Ministrze.
Powyższe informacje prowadzą nieuchronnie do następujących pytań:
Gdzie są wspomniane pieniądze z Krajowej Rezerwy Wykonania PO KL i dlaczego nie zostały uruchomione na pomoc bezrobotnym.
W chwili obecnej nie ma żadnego programu szkoleniowego czy pomocowego, którego beneficjentami ostatecznymi byłyby osoby bezrobotne.
Pan Premier Tusk z dumą chwalił się niedawno kwotą 4 – 5 bilionów złotych „zaoszczędzonych” na wydatkach publicznych. Czy te pieniądze uzyskane dodatkowo na wdrażanie pomocy w ramach PO KL także zostaną „zaoszczędzone” przez Pana Premiera i nie trafią do Urzędów Pracy?
Jest w trudnej a w niektórych przypadkach dramatycznej sytuacji grupa bezrobotnych w wieku 50 – 65 lat, której w sposób systemowy nikt nie chce zatrudniać. Są i inne grupy wykluczonych; od kiedy zaczęto mówić o wykluczeniu społecznym zjawia się coraz to nowa grupa osób, starających się o dofinansowanie. Ale Pan – Panie Ministrze – jest przecież lekarzem. Wie Pan doskonale, że jeśli ma się do czynienia z osobą poszkodowaną np. w wypadku – najpierw trzeba zainteresować się obrażeniami wymagającymi natychmiastowej interwencji, np. krwotokami tętniczymi, a potem dopiero innymi sprawami mniej groźnymi dla życia. Wie Pan doskonale, że nieraz poświęca się całość żeber poszkodowanego, gdy trzeba zrobić reanimację poprzez sztuczne oddychanie i masaż serca. Inaczej – wie Pan, że są priorytety. Proszę tę wiedzę zastosować do swoich zadań, jako pełnomocnika. Wielu ludzi będzie krzyczało o „wykluczeniu cyfrowym” albo o „wykluczeniu ze względu na preferencje seksualne” itp. Ale jest grupa bezrobotnych całkowicie pozbawiona możliwości zdobywania dochodów na własne utrzymanie. I ja także należę do tej grupy. Jedni jeszcze wyprzedają swój dobytek z dawnych lat, inni załamują się, staczają albo popełniają mniej lub bardziej ewidentne samobójstwa nie godząc się z wyzuciem z podstawowej godności ludzkiej, inni obciążają swoją egzystencją swoje rodziny także najczęściej będące w trudnej sytuacji.
To jest priorytet. Uniwersytetami trzeciego wieku naprawdę będzie czas się zająć później. Na rozdawanie laptopów i podręczników znajdą się inni pomocnicy, wystarczy że ekipa z kamerą video raz Pana sfilmuje – do materiałów wyborczych. Bilety na koncerty i spektakle na prawdę są bezrobotnym osobom w wieku 50+ najmniej teraz potrzebne…
Panie ministrze.
Trzeba coś zrobić natychmiast. Niechże Pan przestanie występować w roli celebryty, bo to niczego nie zmienia. Sytuacja stworzona przez Rząd Platformy Obywatelskiej, którego i Pan jest funkcjonariuszem – jest zaprzeczeniem podstawowych norm Konstytucyjnych. Także norm moralnych i zdrowego rozsądku. Nie da się usprawiedliwić kryzysem, bo kryzys może mieć wpływ na ilość środków, ale nie ma wpływu na ich właściwy podział uwzględniający priorytety. A Rząd – kontynuując porównanie do wypadku – zachowuje się jak dureń- sanitariusz, który osobie rannej z krwotokiem spieszy podłożyć poduszeczkę pod głowę, by jej było nieco wygodniej tak leżeć na jezdni…
Jest nie do pojęcia, jak ktoś może tak postępować nawet będąc „PO-wskim liberałem”. Nie mieści się w głowie, jak można tak „porzucić” całe pokolenie, grupę ludzi pozbawionych pracy a więc i płacy oraz innych dochodów, jakichkolwiek środków do życia.
Proszę się nie dziwić, że notowania PO spadają. Wyborcy oceniają to, co widzą a nie to, co niby rzekomo kiedyś mają zobaczyć. Wybory są rozliczeniem przeszłości, czasu i działań przed wyborami a nie prezentacją wizji i obietnic – jak chciałaby to przedstawiać propaganda partyjna.
Panie Ministrze. Trzeba coś zrobić natychmiast.
Paweł Antoni Baranowski
*) Tekst adresowano do pana Arłukowicza, który był wówczas pełnomocnikiem Premiera do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu a następnie był poważnym kandydatem na stanowisko Ministra Pracy
Etykiety:
50+,
Arłukowicz,
bezrobocie,
bieda,
liberalizm,
minister pracy,
PO,
praca,
Tusk,
wykluczenie
16/09/2011
1.
Ślepy Rząd … czy Rząd Ślepych?
Przesłanie do Pana ministra Arłukowicza.
Szanowny Panie - pełnomocniku Prezesa Rady Ministrów do spraw zapobiegania wykluczeniu społecznemu.
Kilka dni temu ogłaszał Pan za swój pierwszy wielki sukces powodzenie działań zmierzających do aktywizacji kulturalnej "seniorów", zachęcenia ich do większego udziału w imprezach kulturalnych w ramach zwalczania ich "wykluczenia społecznego". To oznacza zajmowanie się sprawami trzeciorzędnymi zamiast tym co najważniejsze i najpilniejsze.
W dalszym ciągu jeszcze nie uważam tego za objaw Pańskiego cynizmu, kierowania się jedynie własnym interesem, budowaniem własnej pozycji w oczach premiera i - mam nadzieję iż wypływa to z Pańskiej niewiedzy, nieznajomości realiów. Niezrozumienia tego co się wokół Pana dzieje.
Wiem też, że sporym błędem jest – przypisywać swoje uczucia innym. Uczucia, albo zdolność do ich rozumienia, czyli cechę zwaną empatią. Niedawno dowodziłem zresztą, że ludzie prawdopodobnie "z natury" nie mają możliwości zrozumienia w pełni odczuć, których sami nie doświadczyli, które leżą poza obszarem ich osobistego doświadczenia. Mówiąc wprost; jeśli ktoś czegoś nie przeżył, nie odczuł fizycznie lub psychicznie – to tego przeważnie nawet nie dostrzega, a dostrzeżone mimo to problemy czy uczucia związane z nieznaną mu osobiście sytuacją – są dla niego niewyobrażalne. Widzi, ale nie rozumie. Mimo wszystko warto o tym pisać, bo wbrew pozorom to właśnie ci „nie rozumiejący” podejmują dziś tak jak Pan decyzje, sprawują władzę, decydują o losie ogromnych grup społecznych – nie przeczuwając nawet swojego ograniczenia, a zatem – i własnej niesprawiedliwości, zła jakie - nieświadomie lub nie w pełni świadomie - czynią. Wydawałoby się więc, że każdy normalny człowiek powinien rozumieć otaczającą go rzeczywistość przynajmniej w stopniu podstawowym, szczególnie jeśli godzi się sprawować władzę, tworzyć prawo i realizować je, być "pełnomocnikiem" i koordynatorem.
Bardzo ciekawe jest obserwować obecną sytuację w Szczecinie właśnie pod tym względem. Wspominam tu o pana rodzinnym mieście. Ciekawe: słowo to przywodzi na myśl dawne anegdotyczne już życzenie „Obyś żył w ciekawych czasach” co raczej nie należy przecież do życzeń przyjaznych. Wolałbym więc tego nie widzieć, nie wiedzieć, nie obserwować i w ogóle nie dożyć czasów w których taka sytuacja jest możliwa, ale skoro już nie miałem tyle szczęścia i nie tylko widzę, ale sam w tym biorę udział – spróbujmy zastanowić się co się właściwie dzieje, jak to jest dziś; a jest teraz wtorek, jedenasty dzień stycznia 2011 roku. Jak będzie jutro, za tydzień, za miesiąc – tego nie wiemy… Chcę tu udokumentować pewną prawdę a jednocześnie przekazać Panu informacje, tak by uniemożliwić Panu ewentualne przyszłe tłumaczenie się niewiedzą – jak to czynił Premier w sprawie sytuacji młodych na rynku pracy i jak to ma w zwyczaju.
Tragiczna jest sytuacja osób w wieku 50 – 65 lat, których nikt nie chce zatrudniać a nie mają one także żadnych praw do jakichkolwiek świadczeń z innych tytułów. Nie posługuję się celowo pojęciem „senior” – bo to nie jest słowo z języka opisującego rzeczywistość bezrobocia. Nie jest ono też jednoznacznie zdefiniowane. Senior – to emeryt ładnie nazwany?. W opisie sytuacji ekonomicznej człowieka mówimy o osobie w wieku produkcyjnym, mającej 30, 40 50 60 a następnie 65 lat w którym nabywa się prawo do przejścia na emeryturę w znaczeniu skutku ekonomicznego; następnie można dopiero zacząć używać poetyckiego określenia „senior” … W myśl przepisów prawa, osoba w wieku 40 lat niczym się nie różni od osoby w wieku 60 lat, bo prawo zabrania szykanowania czy nierównego traktowania tych osób ze względu na wiek. Osoby te są po prostu pracownikami, mającymi zatrudnienie (źródło niezbędnego dochodu)lub nie. Wiemy, że prawo pracy jest w Polsce powszechnie łamane a Rząd Platformy Obywatelskiej jest w tej sprawie z powodów ideologicznych bierny, ale to nie zmienia prawdy, obiektywnej rzeczywistości.
Dlaczego ludziom z tego zakresu wiekowego należy się pomoc Państwa:
Ludzie którzy mają dziś 45, 50 czy 55 lat, zostali ukształtowani w czasach PRL-u. Kiedy był dla nich czas nauki, był też czas biedy, potem czas reglamentacji podstawowych towarów prócz octu. W wielodzietnych rodzinach robotniczych często najstarszy syn, jak kilku z moich kolegów ze szkoły podstawowej – zaraz po podstawówce natychmiast szli do pracy na Stocznię, pomimo posiadanych zdolności rezygnując z dalszej nauki po to, by pomóc rodzicom wykarmić, ubrać i wykształcić młodsze rodzeństwo. Zawsze jednak w ten sposób do wspólnego budżetu domowego dochodziła jeszcze jedna pensja robotnicza… Władza „ludowa” nie bardzo dbała o wykształcenie ludzi; partyjniacy chyba po prostu bali się „inteligencji”, bali się mądrzejszych od siebie, lepiej wykształconych, mających szersze horyzonty. Ustrój opierał się przecież na klasowym podziale społeczeństwa w którym władzę sprawował sojusz klasy robotniczej i chłopskiej, kosztem inteligentów, nie można więc było ich „produkować” w nadmiarze. Królowało szkolnictwo zawodowe, rzemieślnicze, bardziej praktyczne niż teoretyczne. Potrzeba było dla budowy gospodarki „socjalistycznej” robotników, brygadzistów, majstrów, sztygarów – dobrze znających pracę ale nic poza tym. Oczywiście – nie żeby zaraz analfabetyzm; człowiek pracy musiał umieć czytać, by mógł przeczytać gazetę, choćby „Trybunę Ludu” w której dostarczano mu „ważnych i pozytywnych wiadomości” z Kraju i ze świata. Głównym źródłem wiedzy człowieka o Polsce i Świecie miał być „Dziennik TVP”. Inne źródła wiadomości, tych nie zatwierdzonych przez „towarzyszy z komitetu” – zagłuszano i tępiono.
Były i szkoły średnie, a w nich swoista walka intelektualna pomiędzy nauczycielami a uczniami o „stopnie” ale i o odrobinę własnej a tak zwalczanej – indywidualności. Były szkoły wyższe i pokolenie „okularników” tkwiących w szarzyźnie i beznadziejności „klasy społecznej inteligenckiej – niestety koniecznej”…
Dlaczego ja o tym piszę? Chcę uzasadnić tym twierdzenie, że poziom wykształcenia prezentowany dziś przez ludzi we wspomnianym wyżej wieku – nie do końca od nich samych zależał, a w każdym razie - nie przede wszystkim od nich. Więcej: sytuacja w jakiej znaleźli się na przełomie wieków, szczególnie po wejściu do Unii – była efektem, czy raczej „bilansem” tych dawnych lat. Ludzie ci rozpoczynali pracę początkowo jeszcze, do początku lat osiemdziesiątych podejmowaną na przymusowe niejako skierowania z Urzędu Pracy, najczęściej na bardzo niskich stanowiskach. Stopniowo niektórzy awansowali, niektórzy dokształcali się gdy dostali na to zgodę pracodawcy, nabierali doświadczenia zawodowego i ogólnego, życiowego. Wykonywali konkretne zadania tak jak ich uczono i jak od nich oczekiwano; coś przecież w końcu z tego wychodziło… powstawały statki, huty, elektrownie… ale przecież nie od nich tak do końca zależało – co powstaje i ile jest warte, jaki jest końcowy efekt ekonomiczny.
Nagle nastąpiły zasadnicze przemiany okresu lat osiemdziesiątych. Potem stan wojenny i marazm po jego złagodzeniu. W 1989 roku ogłoszono koniec „komunizmu” w Polsce (…tak jakby w naszym kraju był kiedykolwiek komunizm), ogłoszono zwycięstwo „wolnej” Polski, odbyły się pierwsze częściowo wolne wybory, wyjechały w pośpiechu oddziały stacjonującej tu jeszcze od czasu zakończenia wojny Armii Czerwonej, zaczęły się niezdarne przemiany gospodarcze. Likwidowano całe gałęzie gospodarki, większość wielkich zakładów pracy, likwidowano albo pozwalano by same upadły w dziwnych procesach wielokrotnej nieraz prywatyzacji. Niewątpliwie okres ten powinien być nazwany „drugim okresem błędów i wypaczeń” po pierwszym takim okresie w latach siedemdziesiątych. Nagle całe otoczenie tych ludzi zaczęło się zmieniać. Polak – jak nie wie co robić – to naśladuje „amerykanów” i tu też tak się stało; sięgano bezkrytycznie do obcych wzorców organizacyjnych starając się je zaadaptować do polskich warunków. Zaczęły się upadłości spółek powstałych po prywatyzacji zakładów „państwowych”, redukcje zatrudnienia. Zaczęło także narastać bezrobocie, przy czym kierowano się tu nieraz absurdalnymi i irracjonalnymi przekonaniami, które jednak decydowały o ludzkim losie. Pierwsza duża fala bezrobocia objęła ludzi o których tu piszę, wówczas czterdziestolatków – bo powstała „fama”, że ludzie w tym wieku już „są tak zepsuci przez pracę w PRL-u, że nie nadają się do żadnej pracy”. Powstawały całe „zagłębia” bezrobocia, szczególnie w miejscach po upadłych wielkich Państwowych Gospodarstwach Rolnych, tam gdzie tylko jeden wielki zakład dawał zatrudnienie ludziom z całej okolicy – jak Zakłady Dziewiarskie „Luxpol” w Stargardzie Szczecińskim. W miejscach upadłych zakładów przemysłowych oraz PGR-ów pozostawały duże skupiska ludzi o konkretnych specyficznych zawodach i umiejętnościach mających zastosowanie w dawniej istniejącym tu zakładzie, a obecnie – bez zastosowania… Zmieniać się też zaczęła organizacja zakładów jeszcze istniejących, stanowiska pracy i wymogi formalne niezbędne do pracy na poszczególnych stanowiskach; nagle więc okazało się, że pracownik pełniący przez kilkanaście lat z niezłym skutkiem jakąś funkcję, pracujący z powodzeniem na konkretnym stanowisku – nagle tracił prawo do takiej pracy lub funkcji właśnie w związku ze zmianą struktur organizacyjnych, konstrukcji stanowisk i wymogów formalnych przy wykonywaniu pracy.
Bezrobocie w tej grupie wiekowej pracowników utrzymywało się więc przez cały czas na dość wysokim poziomie i nadal się utrzymuje, gdyż obecnie zaczęło obowiązywać wśród pracodawców przekonanie, że ludzie tym razem po pięćdziesiątce „nie nadają się do pracy”. Zresztą wraz z prywatyzacją zmieniły się także przepisy i okazało się, że prywatny przedsiębiorca nie musi ujawniać swoich motywacji i przekonań i wybiera sobie „po swojemu” pracowników spośród wielu kandydatów, kontaktując się jedynie z wybranymi, nie mając ani obowiązku ani zamiaru tłumaczyć się z tego wyboru. Zbyt szybko następujące zmiany a także kompletne nie nadążanie za nimi przez Urzędy Pracy oraz brak właśnie tej informacji zwrotnej dotyczącej motywacji, przyczyn takich a nie innych wyborów pracodawców – uniemożliwiły skuteczne przystosowanie się do zmian tych którzy jeszcze mieli zdolność przystosowania się.
Na zasadach superreakcji urzędy pracy – realizując nowe „magiczne” ustawy, magiczne to znaczy oparte na „magicznym” myśleniu władzy – od dawnej nadopiekuńczości i totalnej kontroli bezrobotnych przeszły nagle do całkowitej obojętności na ludzi, stając się jakby miejscem realizacji usług dla ludności, czyli jak petent przyjdzie i poprosi to może dostanie, o ile nie będzie prosił o pracę… Zjawisko to zwane popularnie i kolokwialnie „przegięciem pały w drugą stronę” całkowicie zaskoczyło ludzi potrzebujących realnej pomocy. Urzędy pracy skoncentrowały swoją aktywność na wykonywaniu działań fikcyjnych, całkowicie zbędnych, zupełnie nie mających związku z walką z bezrobociem, pozyskując niewielkie ilości ofert pracy i ograniczając się do ich publikacji w Internecie oraz na karteczkach wywieszanych w Urzędzie, oraz na bezmyślnym, automatycznym wypłacaniu zasiłku, wyznaczaniu kolejnych terminów obowiązkowego stawienia się w Urzędzie raz na dwa miesiące, po to by… wyznaczyć następny termin. Obywatel faktycznie potrzebujący pomocy, poszukujący rzetelnej informacji, indywidualnej porady a przede wszystkim propozycji zatrudnienia – został praktycznie bez pomocy.
To może wydawać się nawet dość humorystyczne, ale zabawne przecież nie jest, gdy wiąże się ze staczaniem się ludzi do poziomu kloszardów; jak dawniej często osoby bezrobotne nie posiadające już po latach poniewierania zdolności do pracy i przestawione na dawanie sobie rady na zasiłkach z Urzędu Pracy oraz Pomocy Społecznej – udawały przed urzędnikiem że chcą i mogą pracować, byle tylko wydębić kolejny zasiłek, tak teraz role się dokładnie odwróciły; ludzie – zdając sobie sprawę z powagi sytuacji – walczyli o utrzymanie się w zdolności do pracy, domagali się ofert, szkoleń itp, ale tym razem urzędnicy zaczęli udawać przed bezrobotnymi że chcą i mogą cokolwiek zrobić by poprawić ich sytuację a tak naprawdę – nie będąc zdolnymi do niczego konstruktywnego, czego także i ustawa od nich nie wymagała, dając idealne alibi nieskuteczności, „tumiwisizmu”, egoizmu, obojętności.
Tak jak dawne Urzędy Pracy – być może z niemożliwych dziś do zaakceptowania powodów – potrafiły dostosować metody i „podejście” do tego, czy miały do czynienia z człowiekiem ze średnim lub wyższym wykształceniem (osobne stanowiska obsługi i „inna rozmowa”), czy z robotnikiem, czy z pracownikiem PGR, czy też po prostu z pijakiem, człowiekiem który się już stoczył a jeszcze dla wyłudzenia zasiłku udawał zdolnego i gotowego do podjęcia pracy – tak teraz na zasadach wspomnianego „przegięcia pały” i w imię wolności… „wrzucono wszystkich do jednego wora”. Nagle władzę przestało interesować, czy ktoś chce pracować czy tylko dostawać zasiłek, czy może po prostu pracuje ale tego nie ujawnia… a zasiłek pobiera -”bo dają”… Podporządkowano wszystko procedurom, na tyle jednak „miękkim” by móc w nich swobodnie „manewrować” – dla zapewnienia pracy i innych usług „tym co trzeba” a odmówienia wszystkiego – pozostałym. Procedury nie mogły przecież przeszkadzać ani stawiać żadnych barier, gdy trzeba było pomóc „osobie polecanej”; tu i brak funduszy nie przeszkadzał, ni żadne terminy… Nie dla wszystkich. Na przykład; człowiek aktywny, walczący o wydobycie się z bezrobocia domagał się konsultacji czy porady z tym związanej – więc udzielono mu banalnych i bezwartościowych „porad”, nieaktualnych już w chwili ich udzielania, sprowadzających się do tego, że „trzeba szukać”; natomiast gdy po pewnym czasie domagał się realnej pomocy w postaci przewidzianego ustawą opracowania „indywidualnego planu działania” w celu uzyskania zatrudnienia – otrzymał odpowiedź że plan taki może być stworzony wyłącznie dla bezrobotnych którym nie udzielano jeszcze innych form „wsparcia”, a jemu przecież pomoc została już udzielona w postaci… wspomnianych „porad” i dlatego mu się „nie należy”… Urząd Pracy bardzo nie lubi więc tych, którzy chcą przestać być bezrobotnymi i tłamsi wszelkie próby wyrwania się z tego stanu, co dowodzi po prostu – iż zamiast walczyć z bezrobociem – „pielęgnuje” je; realizuje zlecenie polityczne władzy centralnej Platformy Obywatelskiej – by poziom bezrobocia utrzymywany był sztucznie na wysokim, określonym przez „liberalnych ekonomistów” poziomie.
Piszę tak wiele o genezie stanu w jakim jest obecnie wielu ludzi z grupy nazywanej „50+” nie tylko dlatego, że obawiam się iż jest to dla ludzi władzy (z pokolenia następnego) całkiem niezrozumiałe, ale przede wszystkim, by postawić następującą tezę: wolność jaką Polska odzyskała po zwycięstwie „Solidarności” i wszystkich przemianach związanych z rozpadem Związku Radzieckiego – nie może być przekleństwem i przyczyną tak drastycznego pogorszenia sytuacji całego pokolenia ludzi, tym bardziej – właśnie tych ludzi, którzy w dobrej wierze o tę wolność walczyli. A przecież nie może być tak, że tak wielu ludzi będzie przeklinać wolność i przemiany do jakich się przyczynili a które zniszczyły ich świat, zabrały im pracę, zepchnęły ich na margines społeczeństwa. Aby tak się nie stało – ludzie ci powinni zostać objęci programem osłonowym, rozwiązaniami pośrednimi które pozwolą im przystosować się do następujących szybko zmian. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Rząd tworzył projekty, programy – dowodząc tym, że problem „nie jest mu obcy”, ale nie załatwiały one niczego – stanowiąc pozorację działań i materiał propagandowy do zestawień statystycznych a to dlatego, że wbrew pozorom problem ten był obcy i abstrakcyjny dla tych którzy mieli zadanie go rozwiązać, nigdy ich nie dotyczył.
Efekt „magicznego myślenia” opartego na wierze w teoretyczną „samoregulację”, albo nawet w rzeczy niewidzialne choć energicznie działające, jak owa przysłowiowa już „ręka rynku” został jeszcze wzmocniony zjawiskiem niezwykle silnie oddziałującym, całkiem niwelującym i tak wątpliwą „rynkowość” tak zwanego rynku pracy. Było ono zresztą do przewidzenia – bo zjawisko jest znane i z wcześniejszych czasów reglamentacji, że w sytuacji tak wielkiego niedoboru miejsc pracy – rolę kluczową przejmie tu nepotyzm, prywata, „kolesiostwo”, handel miejscami pracy czyli samym faktem zatrudnienia na zasadzie wzajemnych przysług lub rewanżu za inne przysługi. W większości przypadków odebrało to i tak niewielkie szanse ludziom „spoza układu” ale władza, już obecna władza Platformy Obywatelskiej – dała na to przyzwolenie a przynajmniej nie wyraziła sprzeciwu w sytuacjach kolejnego ujawniania objawów patologii.
W dalszym ciągu istnieje potrzeba realnej pomocy osobom bez powodzenia poszukującym pracy a należącym do grupy „50+”. Pomocy nie poprzez zasiłki, a w sposób faktycznie zapewniający im pełne i produktywne zatrudnienie – co jest przecież jednym z podstawowych bo konstytucyjnych obowiązków Państwa. Obecna władza nie ma zamiaru walczyć z bezrobociem które sama świadomie przecież wywołała kierując się jakimiś wypaczonymi przesłankami ideologicznymi. Poza tym jednak – realizacja konstytucyjnych zadań Państwa odbywa się przecież na szczeblu gminy czy powiatu, odpowiadają za to starostowie lub Prezydenci Miast – nadzorujący pracę Powiatowych i Miejskich Urzędów Pracy. Wbrew pozorom w przepisach ustawy, a może raczej obok tychże przepisów jest sporo miejsca na dobre chęci, dobrą wolę, zrozumienie, rzetelność, inicjatywę własną samorządu lokalnego i organizacji pozarządowych współpracujących z samorządem, na uczciwość, sprawiedliwość… na wszystko to czego po stronie lokalnych polityków najczęściej brak.
Potrzebne jest przede wszystkim to, czego zabrakło od początku przemian; indywidualne poradnictwo dotyczące konkretnej sytuacji każdego indywidualnego pracownika wykazującego chęć dostosowania się, przekwalifikowania, powrotu na trwałe do pracy; poradnictwo mające na celu realne wdrożenie działań – przy współpracy samego zainteresowanego – pozwalających przywrócić go w sposób trwały do pracy zawodowej, nie koniecznie tej która wykonywał przed przemianami, ale dostosowanej do jego możliwości fizycznych, predyspozycji psychicznych i posiadanych umiejętności. Nie jakieś farmazony o tym jak pisać cv lub „list motywacyjny” albo „mowa ciała” oraz sztuka szukania tego, czego nie ma – tylko indywidualna analiza przypadku poparta wiedzą o prognozach i o dostępnych możliwościach dla wyznaczenia indywidualnej ścieżki wyjścia z impasu i powrotu do trwałego zatrudnienia. Więc wspomniane „indywidualne plany działania”; powinny być podstawową formą pomocy bezrobotnym, obowiązkową dla nich, jednocześnie stanowiąc filtr wychwytujący wszystkich tych którzy do pracy nie są chętni, zdolni lub po prostu cały czas pracują – ukrywając to przed Urzędem.
Oczywiście także musi nastąpić odbudowa lokalnego przemysłu oraz praca informacyjno-promocyjna wśród inwestorów i przedsiębiorców dotycząca lokalnych zasobów ludzkich. Musi się realnie zwiększać ilość miejsc pracy w różnych sektorach lokalnej gospodarki.
Jest to tym bardziej ważne, gdy coraz bardziej realne i konieczne staje się wydłużenie okresu pracy do uzyskania uprawnień emerytalnych. Nie wolno przecież dopuścić, by wydłużenie wymaganego okresu pracy w praktyce oznaczało wydłużenie okresu poniewierania człowiekiem, traktowania go jak „popychadło” zawadzające i przeszkadzające, z którym nie wiadomo właściwie co zrobić, upokarzanie starszych osób posiadających pewne doświadczenie zawodowe zatrudnianiem do prac porządkowych lub pomocniczych. A oczywiste jest przecież, że wydłużenie okresu pracy wymaganego do uzyskania uprawnień emerytalnych – do tego właśnie prowadzi bez wdrożenia odpowiednich i działających na pracodawców bodźców finansowych. Państwo chcąc wdrożyć wydłużenie okresu pracy przed emeryturą musi znaleźć sposób na faktyczne zatrudnianie osób starszych poprzez stwarzanie warunków ustawowych, przepisów zachęcających pracodawców do tego, podobnie jak to się stało już dawno w odniesieniu do osób niepełnosprawnych, poprzez ustawę o PFRON.
Dziś mamy sporą grupę ludzi poszkodowanych przez przemiany które doprowadziły do wolności Polski. Brzmi to cokolwiek absurdalnie – bo nie chodzi przecież o obcych, o wrogów Polski ani o wrogów wolności; wręcz przeciwnie. Nie ulega wątpliwości, że wolność Rzeczpospolitej nie może być przyczyną cierpienia fizycznego i psychicznego ludzi z pokolenia które tę wolność wywalczyło. Niestety władza Platformy Obywatelskiej wywodząca się z pokolenia następnego winna jest powstałej sytuacji, a nic nie wskazuje by to było dostrzegane, rozumiane czy dawało ludziom władzy jakikolwiek dyskomfort.
Panie Ministrze.
Niechże się Pan nie zajmuje teraz kawiarenkami dla „seniorów” i przydziałem zniżkowych biletów dla nich na koncerty. Trzeba coś natychmiast zrobić z w opisanej tu sprawie.
Pozwólcie żyć ludziom z pokolenia swoich rodziców.
Pozwólcie im nie przeklinać wolności Rzeczpospolitej o którą walczyli, tylko cieszyć się nią wraz z Wami, którzy otrzymaliście od nich tę wolność w prezencie
Etykiety:
50+,
Arłukowicz,
bezrobocie,
bieda,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
minister pracy,
nędza,
PIS,
PO,
POKL,
pomoc społeczna,
praca,
PUP,
solidarność,
Tusk,
wykluczenie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
