BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arogancja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arogancja. Pokaż wszystkie posty

10/01/2013

Bezrobotni – w podłym państwie Platformy Obywatelskiej.

Już samo określenie „bezrobotny” – jest patologiczne; to paskudny rusycyzm, kojarzący się nieodwołalnie z negatywną jak dotychczas, paskudnie „ruską” konotacją cywilizacyjną, jakby to była jakaś rasa czy gatunek „podludzi”, albo nawet jakieś zwierzątka…
Mam tu jednak na myśli głównie osoby w wieku produkcyjnym, zdolne i chętne do pracy a pozbawione zatrudnienia, będące w wieku od około 45 lat – do wieku emerytalnego.

Nieodpowiednia polityka władzy wytworzyła jednak przez dziesięciolecia konkretny i dość negatywny obraz osoby niezatrudnionej (bezrobotnej); stereotyp istnieje, funkcjonuje i straszy do dziś, pomimo że w sposób oczywisty jest dziś błędny. W powiatowych lub miejskich urzędach pracy nie widzi się dziś osób wyglądających na alkoholików nadających się tylko do leczenia, ale stereotyp: bezrobotny to pijak który wcale nie chce pracować – nadal tkwi w indoktrynowanych przez komunę a ostatnio – przez prasę tabloidową – umysłach.
Niestety bardzo mało widzi się tam także i osób starszych. Statystyki potwierdzają to, co wynika z logiki i musiało być oczywiste dla władzy, prędzej czy później musiało się stać; już około połowa osób bezrobotnych w tym przedziale wiekowym stała się nieaktywna zawodowo w sposób trwały. Po prostu przestali szukać „tego czego nie ma” czyli pracy najemnej, przestali już rejestrować się „tam gdzie ich nie chcą” czyli w urzędach pracy, przestali oczekiwać czegokolwiek od tego państwa, a zwłaszcza – pomocy. Przypuszczam, że osoby takie w większości przyjęły po prostu jakieś określone obowiązki w swoich rodzinach, pozostając na ich utrzymaniu, być może „dorabiając” sobie doraźnie i okazjonalnie, nie całkiem oficjalnie…
Trudno się dziwić; to po prostu racjonalne przy takim stanie państwa, przy tej władzy i jej obowiązującej ideologii. Racjonalne z ich osobistego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia interesu całego społeczeństwa. Dlaczego to jednak „pojedynczy” obywatel zagrożony w swoim istnieniu ma się bardziej przejmować „interesem ogólnospołecznym” niż władza, która od tego jest. Mimo to – zarejestrowanych osób dla których nie ma zatrudnienia jest ponad dwa miliony. To już 13% ludności w wieku produkcyjnym. Władza oczekuje dalszego wzrostu tej liczby – do 14, 15 a może i nawet 16% na koniec bieżącego roku. Nikt się nie zastanawia a już z pewnością nie władza, co zrobić, by te prognozy nie spełniły się. Nikt nie umie powiedzieć a już z pewnością nie władza, czy wszyscy ci ludzie zarejestrowani spełniają idiotyczne wymogi dla posiadania statusu bezrobotnego, sformułowane przez „ustawę o promocji zatrudnienia”, za co ci ludzie w rzeczywistości żyją itp. Władzy to zresztą najwyraźniej zupełnie nie obchodzi. Z danych statystycznych wynika, że średnio tylko 16 na 100 bezrobotnych otrzymuje czasowy zasiłek dla bezrobotnych, pozwalający nadal szukać pracy. A pozostałe 84%? Łatwo wyliczyć, że 84% z dwóch milionów zarejestrowanych – to 1.680.000 osób, które nie otrzymują zasiłku, nie wolno im też w myśl ustawy zarobić więcej niż 556 zł miesięcznie netto, ale muszą aktywnie szukać zatrudnienia, być stale w dyspozycji PUP itp.
Dla społeczeństwa to ogromna strata, ale państwo jest w rękach konkretnej władzy a władza ma to w konkretnej przysłowiowej…

Czasy się zmieniły, zmienił się obraz bezrobotnych ale stereotyp pozostał i skierowanie do pracy jakie daje PUP – jest najgorszą z możliwych rekomendacji wobec przedsiębiorcy zatrudniającego. Władza (ministerstwo, wojewódzkie urzędy pracy) bawi się w programy, projekty badawcze, programy pilotażowe, przedsięwzięcia szczodrze i ochoczo finansowane z funduszy unijnych, kwitnie przy tym życie towarzyskie, korporacyjne, bardzo wielu ludzi – oczywiście spoza grupy tych bezrobotnych – ma przy tym niezły dochód, zajęcie zarobkowe, etat, premie, nagrody… A bezrobocie – rośnie, narasta nędza i apatia… pogłębia się obszar nędzy i wykluczenia społecznego, coraz trudniej jest już choćby zarejestrować się w urzędzie pracy.
Europejski Fundusz Społeczny finansuje różne programy operacyjne, a wśród nich Program Operacyjny – Kapitał Ludzki (PO-KL). Wiele wskazuje na to, że to… kryptonim programu zbijania „kapitału” przez „ludzi”, tak zwanych „swoich” – czyli „elitę” – na funduszach oficjalnie publicznych i oficjalnie – pomocowych. Tak twierdzą złośliwcy, ale z drugiej strony – tłumaczy się, że to rzekomo człowiek, obywatel, mieszkaniec w tym kraju jest „kapitałem”, w który należy inwestować – a pomaga w tym Europejski Fundusz Społeczny. To bardzo piękne i wzniosłe – jak flaga i hymn europejski…

Ponieważ wszelkie tradycyjne działania przeciwdziałające bezrobociu zawodzą, PO-KL wyłonił odrębną grupę tzw. projektów innowacyjnych, mających stworzyć nowe, bardziej skuteczne metody i narzędzia do walki z bezrobociem. Idea była taka: niech powstanie wiele projektów działań innowacyjnych, które zostaną poddane procedurze konkursowej jak wszystkie projekty PO-KL pretendujące do finansowania unijnego, pozwoli to wyłonić pewną liczbę najlepszych projektów do realizacji. Chodzi jednak o takie, których realizacji miałaby cechę nowego standardu, powtarzalności, stanowiłaby po prostu nowe, wcześniej nie istniejące narzędzie, sprawdzone w konkretnych warunkach i możliwe do zastosowania przez różne ośrodki zajmujące się „zmniejszaniem bezrobocia”. Program Innowacyjności ruszył w 2009 roku. W jego wyniku powstała seria „produktów” czyli takich właśnie standardów metod działania, coś jak przepis na oryginalne, jeszcze nie znane a pożywne naleśniki – sprawdzony praktycznie przez kucharkę która go wymyśliła, dający powtarzalne wynik w różnych kuchniach, barach, stołówkach.

Otrzymałem właśnie część 2 tego przeglądu, oczywiście przepięknie wydaną, na najwyższej jakości satynowym papierze kredowanym, w pełnym kolorze i z miejscowymi wybłyszczeniami na matowo-jedwabistej okładce… no cudo sztuki drukarskiej. Pieniądze jak widać – są (w tym wypadku – były). A to się bezrobotni tracący wszelką nadzieję i przymierający głodem ucieszą, że tak pięknie się dla nich pisze… zamiast pomóc…
Dostępne są dziś katalogi owych produktów, podzielone na cztery przyjęte obszary działań: Adaptacyjność; Dobre rządzenie; Edukacja i szkolnictwo wyższe; Zatrudnienie i integracja społeczna.
Każdy z takich produktów określa przeznaczenie, beneficjenta ostatecznego, cel, charakterystykę działań i kontakt do twórców tego narzędzia. Najczęściej zawiera „podręcznik użytkownika”, materiały dodatkowe, film promocyjno – instruktażowy itp.
Wśród opisanych tam narzędzi uwagę moją zwrócił model zatrudnienia wspomaganego, indywidualnej ścieżki kariery dla osób w wieku produkcyjnym powyżej 45 lat, czyli ogólnie dotychczas określanych jako „50+”.
Twórcy projektu zmierzającego do stworzenia gotowego narzędzia dla publicznych i niepublicznych instytucji „rynku pracy” włożyli wiele wysiłku w rozwiązanie problemu bezrobocia w tej grupie pracowniczej… za wyjątkiem sięgnięcia do jego przyczyny. Mottem tego projektu było stwierdzenie, że osoby w wieku produkcyjnym powyżej 45 lat są rugowane z rynku pracy, traktowane jako „kłopot” przez samych pracodawców oraz instytucje obsługi rynku pracy. Posłużono się tu analogią do angielskiego określenia: „to be like a hot potato”, – dosłownie – „być jak gorący ziemniak”. Domyślnie – chodzi o – parzący każdego chętnego w ręce – ziemniak pieczony, właśnie wyciągnięty z ogniska. Tak określono problem zatrudniania ludzi w tym wieku jako przez wszystkich odrzucany, niejako „parzący w ręce”, problem którego nie da się rozwiązać i najlepiej go podrzucić, właśnie jak gorącego ziemniaka – komuś innemu, byle się jak najszybciej pozbyć i nie mieć z nim już do czynienia.
Problem tak właśnie jest traktowany i dlatego od lat nie jest załatwiony. Określenie jest trafne jako obserwacja, choć dość nieprzyjemne…

Wynikałoby stąd, że załatwienie tego problemu musiałoby odrzucić na wstępie takie podejście i zająć się wreszcie tą sprawą dokładnie, metodycznie i „od początku do końca”. Dlatego projektodawca zaangażował spory aparat badawczy w ciągu 4 miesięcy początkowego etapu prac, jak i później. Były to trzy etapy: prace planistyczne, badania terenowe – głównie w postaci wywiadów oraz prace sprawozdawcze mające sformułować wnioski z tych badań. W drugim etapie powołano grupę roboczą, przeprowadzono warsztaty robocze, następnie zorganizowano konferencję inaugurującą, przeprowadzono serię konsultacji, następnie zorganizowano czterodniową konferencję roboczą w Finlandii w celu zasięgnięcia z doświadczeń i zdobyczy fińskich służb zatrudnienia w związku z tym problemem, po tym pracowano nad roboczą wersją „produktu” już w kraju ale z udziałem fińskich ekspertów. I wreszcie – nad strategią wdrożeniową.
W dalszym etapie powołany został zespół wdrażający, który wysłany został do Finlandii na tygodniowy staż „celem nabycia doświadczenia w pracy operacyjnej” u fińskiego partnera projektu…
    … nie, nie; w tym co piszę nie ma intencji ekstra krytycznych, jakiegoś szyderstwa, choć czytający zapewne od dłuższej chwili zadaje sobie – znając przecież efekt – proste pytanie: ile to wszystko kosztowało.
To projekt innowacyjny w dużym stopniu dofinansowany przez Europejski Fundusz Społeczny. Może i kosztowało, ale jak sądzę nie szkoda byłoby tych pieniędzy, gdyby to miało autentycznie coś dać, dać skuteczne narzędzie do rozwiązania ogromnego problemu społecznego a nawet dla niektórych (już tylko niektórych) – problemu etycznego.
Nie będę już opisywał dalszego procesu wstępnego wdrożenia lokalnego (warmińsko-mazurskie), tworzenia produktu finalnego, upowszechniania i wdrażania.
Ostateczna ewaluacja odbyła się pod koniec ubiegłego roku.
Czy ktoś słyszał o nagłym wzroście zatrudnienia osób ze wspomnianego przedziału wiekowego – w tamtym regionie lub tym bardziej – w całym kraju?
Nie.
Odwrotnie; problem narasta, rośnie bezrobocie, rośnie procent osób całkowicie wycofujących się z rynku pracy i z aktywności zawodowej.

Ktoś zapyta: dlaczego tak się dzieje?
Przypomina mi to sytuację w tym kraju z lat siedemdziesiątych a nawet i jeszcze później, tuż po „rozmyciu się” stanu wojennego – gdy pojawiały się często przeróżne inicjatywy działania albo choćby dyskusji o różnych problemach i wszystkie one prędzej czy później … rozbijały się o mur nie do przebycia. Tym murem była tak zwana „generalna linia partii” – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej; linia poniekąd dość gruba by wprawni mogli na niej swobodnie „balansować”, ale jednak dla reszty jaskrawa i sztywna.
W opisanym tu przypadku – nie zadano sobie po prostu na wstępie jednego zasadniczego pytania: dlaczego problem osób 45+ jest „jak gorący ziemniak”! Jeśli nie chodziło tu od początku o cyniczne żerowanie na EFS pod pozorem „pomocy bezrobotnym”, to zabrakło podstawowej refleksji: problem ten jest nierozwiązywalny bo wynika on z podstawowych założeń polityki Platformy Obywatelskiej. Każdy kto się do jego rozwiązania przymierzał, wreszcie rozumiał, że tego się zmienić nie da, bo tak ma być! Po prostu – taka jest „generalna linia” partii Donalda Tuska. Takie są nienaruszalne założenia ideologiczne PO. Pokolenie to jest „spisane na straty” przez władzę, no bo jeśli pracodawca ma mieć całkowitą swobodę, nie być niepokojonym nawet przez prawo – to ktoś musi być bezrobotny, musi walczyć o przetrwanie, stoczyć się na poziom śmietnika i zamarznąć zimą w kontenerze na śmieci lub zginąć w inny podobny podły sposób. Władza nie chce tego rozwiązać i zainteresowani to widzą; wyłącznie dlatego problem jest uznawany za zasadniczo nierozwiązywalny… co jednak nie oznacza, że nie można zarobić na jego badaniu i tworzeniu „produktów innowacyjnych”.

Powiedzmy jasno: nie ma żądnych podstaw do oskarżania inicjatorów takich projektów o cynizm, nieuczciwość, ale faktem jest, że nie widać też – może poza samym Elblągiem – efektów. Wręcz przeciwnie – jest coraz gorzej.
Problemem zasadniczym dla tej sprawy autorzy projektu nie zajęli się wcale a jest nim odmowa zatrudniania osób w tych granicach wiekowych przez pracodawców, oraz „zwijanie” gospodarki wraz z likwidacją zatrudnienia w całych jej gałęziach, bez zastąpienia go czymkolwiek innym. Jest to problem polityczny, ideologiczny i dlatego „parzy w ręce” przy dotknięciu. Żeby go rozwiązać – może trzeba po prostu zmienić opcję polityczną i jest to jedyna droga. Ale tego się nie zrobi programem operacyjnym kapitał ludzki finansowanym z unii. Wszelkie nie wiedzieć jak wymyślne i kosztowne pomysły, badanie i projekty będą tylko i wyłącznie marnotrawstwem albo żerowaniem na bezrobociu – dopóki przedsiębiorcy będą mogli mówić: nie zatrudniam nikogo w wieku powyżej 45 lat i już, bo tak mi się widzi. I na dodatek – będą tak mogli bezkarnie mówić z pełną świadomością łamania w ten sposób obowiązującego prawa, które zakazuje uzależniania zatrudnienia kogokolwiek od wieku (nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na wiek).
Pracodawcy nie potrafią lub nie chcą wyjaśnić, dlaczego odmawiają zatrudniania tych osób no i też nie muszą; do takich wyjaśnień prawo ich także nie obliguje. Absurdalnie w tym przypadku tak jak i w wielu dotychczasowych, cała aktywność poszukujących rozwiązania problemu skupiła się nie na gospodarce i pracodawcach, czyli u jego źródła; skupiła się na bezrobotnych nie mogących znaleźć zatrudnienia a nie na tych, którzy im z nieznanych powodów zatrudnienia z zasady odmawiają.
A mogą odmawiać, mogą w ogóle robić co chcą, nie obowiązuje ich obowiązujące prawo (umowy śmieciowe) a jeśli już – to ciągle domagają się jego natychmiastowej zmiany. Konfederacja Pracodawców Lewiatan – czuwa!
Walka z bezrobociem nakierowana jedynie na samych bezrobotnych będzie przegrana i musi być przegrana, gdy nie obejmie również praworządności, mentalności i interesu pracodawców oraz stymulowania szybkiego odtworzenia potrzebnej ilości miejsc pracy, polityki gospodarczej, zagranicznej i fiskalnej na to nakierowanej.
Wszystko ideologia polityczna Platformy Obywatelskiej rzuciła „pod nogi” przedsiębiorcom, rezygnując z niezbędnego jak dotychczas interwencjonizmu państwowego, także i te kilkaset tysięcy (ok. pół miliona) ludzi w wieku „50+” czyli wieku najlepszej wydajności i aktywności, najwyższej harmonii pomiędzy możliwościami a doświadczeniem. Oczywiście nie ma nigdzie oficjalnych zaleceń czy instrukcji władzy dla pracodawców w tym względzie; wystarczyło danie przyzwolenia: jest wolność -„róbta co chceta”.
„Tera k… my!”

Gospodarka ma charakter rynkowy, ale przy tym właśnie niezbędne są czasem zdecydowane i celowe interwencje państwa (w interesie społecznym), natomiast państwo – milczy. Tusk zajmuje się Kaczyńskim i harataniem w gałę. Kaczyński natomiast – Smoleńskiem i harataniem w Tuska… czas leci, ludzie się staczają, bezrobocie rośnie… Jak będzie tragedia, to się zrzuci winę na „kryzys” i na „niewidzialną rękę”…
Wydaje się więc, że istotnie „najlepszy” pomysł na to, co zrobić z ludźmi w wieku „gorącego kartofla” – wymyślił sam Donald Tusk; poczekać… aż sami… ostygną… † † † † † † † † † † † †

Im drożej - tym lepiej...

28/04/2012

Jeśli aktywizacja – to nieaktywnych, czyli pracodawców a nie bezrobotnych!.

W sprawach pracy, czy ogólniej – zatrudnienia, wytworzony został specyficzny język urzędniczy, niestety bezkrytycznie przejmowany przez prasę a także i wnikający tym łatwiej do mowy potocznej. Zjawisko jest typowe i dość banalne, co nie znaczy, że nie podlega krytyce. Pisałem już kilka razy na temat różnych aspektów, widząc w tym celowe i świadome działanie władzy, przede wszystkim w sferze propagandowego zaciemniania, czy celowego manipulowania opinią publiczną przez powołane do tego służby państwowe i wolontariat partyjny zacietrzewionych działaczy, potencjalnych następców niejakiego Cyby. Po drugiej stronie idiotycznej, gówniarskiej barykady – podobnie, tyle że służb jakby mniej i dostęp do mediów coraz gorszy…
Dziś jednak myślę, że przesadziłem nieco; propaganda, socjotechnika – owszem, ale nie można nie doceniać urzędniczej inwencji własnej w tworzeniu specyficznego języka bełkotu i nowomowy. Nie mam tu jednak na myśli naukowego intelektualnego bełkotu jajogłowych – w wydaniu choćby dr Boniego a raczej ten specyficzny język urzędolenia właściwy „dobrze osadzonym”, pewnie się czującym urzędnikom państwowym na szczeblu np. departamentu ministerstwa.

Pisałem niedawno kilkakrotnie do Ministra Pracy, przesyłając swoje uwagi na temat zmiany wieku emerytalnego zwanej górnolotnie „reformą emerytalną”, także i w sprawie bezrobocia w ogóle i otrzymałem od urzędnika ministerialnego ciekawe pismo mogące być tu doskonałą ilustracją powyżej wyrażonych tez.
Powrócę do tego wkrótce w oddzielnym omówieniu a dziś chciałbym się zając tym stwierdzeniem, które stało się powszechnie używanym zwrotem, mimo że jest całkowicie bezsensowne.

Aktywizacja bezrobotnych.
Ludzie dzielą się na osoby w wieku produkcyjnym oraz w wieku nieprodukcyjnym. Osoby w wieku produkcyjnym dzielą się na aktywne zawodowo i nieaktywne zawodowo. Osoby aktywne dzielą się na zatrudnionych (pracujących) i bezrobotnych, czyli niezatrudnionych (niepracujących). Osoby bezrobotne są więc aktywne zawodowo tyle, że chwilowo niezatrudnione z jakichś (niezależnych od siebie) powodów.
Zadaniem Powszechnych Służb Zatrudnienia jest wspomóc te osoby w znalezieniu zatrudnienia dopóki są one aktywne, gdyż brak zatrudnienia wiąże się z brakiem dochodu na podstawowe utrzymanie, a ten – powoduje dezaktywizację, potem upadek do poziomu kloszarda, bezdomność, – co jest równoznaczne z całkowitą i z czasem nieodwracalną dezaktywacją zawodową, a ostatecznie i dość szybko – także „życiową”.
Czyli po prostu – śmiercią „na śmietniku”.
Osoba pozbawiona zatrudnienia mająca status bezrobotnej jest więc aktywna.
Dowodzi tego także treść ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która zawiera w sobie definicję osoby bezrobotnej. Definicja jest bardzo obszerna, ale jednym z podstawowych w niej wyróżników osoby bezrobotnej jest to, że musi być stale zdolna i gotowa do natychmiastowego rozpoczęcia pracy zawodowej w pełnym wymiarze przewidzianym dla specyfiki danego zawodu. Osoba bezrobotna musi natychmiast po otrzymaniu od pośrednika pracy skierowania do odpowiedniej pracy skontaktować się z ogłoszeniodawcą poszukującym pracownika i po ewentualnym zaakceptowaniu jej kandydatury, natychmiast tę pracę podjąć, dlatego też właśnie musi być „zdolna i gotowa” rozpocząć pracę, co jest równoznaczne z właściwym poziomem aktywności. Prócz tego sama z własnej inicjatywy codziennie poszukuje możliwości zatrudnienia, reagując na tzw. „otwarte” oferty pracy itp. Mówi się potocznie, że „bezrobocie to zajęcie na pełny etat”. Jeśli ktoś nie jest w tym sensie aktywny, to nie spełnia wymogów definicji bezrobotnego, wiec nie jest tematem tego rozumowania. Wydaje się oczywiste, że żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu z osobą brudną, śmierdzącą śmietnikiem, zawszoną, a nawet choćby nieogoloną, w brudnym ubraniu, sprawiającą wrażenie totalnego zagubienia i niesamodzielności. To nie jest tak, że osoba bezdomna z powodu braku dochodów, mieszkająca w kanałach ciepłowniczych na snopku słomy, rano wstanie, otrzepie się z tej słomy i pójdzie na rozmowę kwalifikacyjną o przyjęciu do pracy. Pozostawanie bezrobotnym wymaga posiadania dochodu pozwalającego na minimalne utrzymanie.
My tu jednak mówimy o bezrobotnych, a więc spełniających podstawowe kryteria.
Jak więc urzędnik z PSZ chce „aktywizować” kogoś kto w myśl ustawy jest i musi być aktywny – nie wiadomo. Jak – no i po co.

Co ciekawe nikt nie wspomina o tym, że może by raczej watro spróbować aktywizować tych nieaktywnych zawodowo (osób niepracujących, niezarejestrowanych i aktualnie nieposzukujących pracy).
Durne określenie jednak upowszechniło się, dlatego niemalże powszechnie już słyszy się o „aktywizowaniu bezrobotnych”. Dla osób bezrobotnych zmagających się z problemami codziennymi jest to irytujące a czasem może nawet obraźliwe…
Podkreślam tu słowa „słyszy się” gdyż o tym faktycznie można wyłącznie usłyszeć (lub przeczytać, – co na jedno wychodzi). To jest to, co urzędnicy lubią najbardziej: gadać na konferencjach i pisać w sprawozdaniach. Ale bezrobocie generalnie rośnie, działania dalej są pozorne, ostatnio może się nieco ustabilizowało „procentowo”, w każdym razie wyraźnie nie maleje, co świadczy o skutkach tego „aktywizowania bezrobotnych”. Świadczy o skutkach, – że istotnych skutków brak…
Przy okazji warto więc poruszyć tu jeszcze dwa aspekty tej sprawy.

Po pierwsze;
Jeśli osoba zarejestrowana jako bezrobotna ma zachowywać aktywność, czyli zdolność do znalezienia i (lub) podjęcia odpowiedniego zatrudnienia – musi mieć dochody. Środki niezbędne do zaspokojenia tych podstawowych potrzeb, jakie warunkują jej „aktywność”, zdolność do podjęcia pracy. Takie środki mogą pochodzić na przykład z zasiłku dla bezrobotnych. Tyle, że ze względu na obowiązujące ograniczenia ustawowe – zasiłek dla bezrobotnych po pierwsze jest tylko czasowy, krótkoterminowy, a po drugie warunki do jego przyznania spełnia jedynie (statystycznie) 20% osób rejestrujących się w Urzędach Pracy.
Ustawa tworzona była w 2004 roku, więc dotyczyła zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej i społecznej. Od tego czasu znacznie wydłużył się okres bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia. Pogorszyła się sytuacja szczególnie niektórych grup społecznych, na przykład dramatycznie spadły szanse osób w wieku po 50 roku życia (ale oczywiście przed wiekiem emerytalnym, bo tylko oni są bezrobotnymi) na znalezienia zatrudnienia dającego choćby minimalny ustawowo określony dochód. Uważam za całkiem możliwe, (choć nie wydaje się to warte dokładnego sprawdzania na potrzeby takiego jak ten felietonu), że w 2004 roku okres do 12 miesięcy wydawał się aż nadto wystarczający nie tylko na znalezienie dla osoby bezrobotnej zatrudnienia, ale i na przekwalifikowanie tej osoby do innej pracy. Był to zresztą czas spadającego bezrobocia, sytuacja optymistycznie nastrajająca, gdy stopa bezrobocia spadała stale, w 2007/8 roku osiągając wartość średnio około 10% a lokalnie znacznie mniej, jak w Warszawie – gdzie ilość aktywnych w danym dniu ofert pracy często przekraczała 2000.
Lecz dziś czas poszukiwania zatrudnienia, szczególnie dla wspomnianej grupy osób – jest znacznie dłuższy, o wiele dłuższy niż maksymalny czas otrzymywania zasiłku, o ile ktoś go otrzymuje.
Wydaje się więc oczywiste, że przedmiotowa ustawa wymaga natychmiastowej nowelizacji dotyczącej urealnienia (w tym wypadku – wydłużenia) okresu wypłacania zasiłku dla bezrobotnych, osobom które są rzeczywiście bezrobotne.

Jest tu jeszcze inny problem; tak zwany warunek 12/18 zawarty w ustawie (Art. 71, ust.1 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy). Nie bardzo wiem, jakie warunek ten mógłby mieć początkowe uzasadnienie, jednak jest pewne, że nie jest to uzasadnienie dobre na czas takiego kryzysu i tak dramatycznej sytuacji pewnych grup osób, a to właśnie z jego powodu na pomoc finansową w utrzymanie się w stanie aktywności może liczyć zaledwie średnio 20% rejestrujących się a znacznie mniej – przy kolejnej rejestracji drugiej i dalszych, jeśli okres zatrudnienia trwał krócej niż 12 miesięcy i (lub) nie generował wpłacania składki na Fundusz Pracy związanej z zatrudnieniem tej właśnie osoby.
W związku z takim kryzysem i takimi jak to zapisano w Konstytucji obowiązkami państwa wobec obywatela, wydaje się oczywiste, że wspomniany warunek nabycia prawa do zasiłku dla bezrobotnych w ogóle powinien zostać czasowo (na czas kryzysu) wyłączony (uchylony) a także bezterminowy powinien być czas funkcjonowania prawa do zasiłku przy braku ofert pracy.
Po prostu; przychodzi bezrobotny i dostaje albo ofertę odpowiedniej pracy, albo zasiłek. Alternatywnie – to Skarb Państwa powinien opłacać (o ile uznać to z jakiegoś formalnego powodu za konieczne) składkę za osobę bezrobotną na Fundusz Pracy w okresie jej pozostawania bezrobotną, tak by wymóg ustawowy Art. 71 był zawsze spełniony.
Zmiany wymagałoby wiele szczegółów dotyczących bezrobocia, np. dokumentowania aktywności osoby bezrobotnej oraz jej stałej weryfikacji, by uniknąć nadużyć. Także i odpowiedzialność za wyłudzenia nienależnych świadczeń powinna być poważniej traktowana i bezwzględniej karana. Zmiany takie powinny wprowadzić zdecydowany element rozliczenia Urzędów Pracy z ich skuteczności, czyli element zainteresowania urzędników skutkiem ostatecznym swych działań, bo w chwili obecnej takiego zainteresowania całkowicie brak.
Reasumując, – jeśli osoba bezrobotna ma być zdolna do podjęcia pracy – musi mieć minimalne dochody powalające jej utrzymać się w tej wymaganej gotowości. Środki te maja pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych w związku z tym niezbędne jest znowelizowanie zasad jego przyznawania.

To może jest dla niektórych zaskakujące, ale teraz w naszym kraju tak nie jest; jest bezład, tumiwisizm, dezorganizacja, fikcja, bezduszność, głupota i urzędowy pic-fotomontaż.
O różnych aspektach bezrobocia pisałem wielokrotnie we wcześniejszych felietonach.

Po drugie natomiast;
Pomijając już szczegóły nieporozumienia dotyczącego opisanej powyżej „aktywizacji bezrobotnych”, – co jest absurdem, trzeba też wspomnieć o innym absurdzie w tym zawartym. Prócz „aktywizacji bezrobotnych” funkcjonuje jeszcze bardzo wiele takich bezwartościowych hasełek urzędniczej nowomowy, maskujących pustkę i bałagan, jaki się za nimi kryje: „szukanie pracy”, „dawanie pracy”, „instrumenty rynku pracy” itp. Wszystko wskazuje na fakt, że sprawy bezrobocia nie powinny być przedmiotem działalności urzędniczej urzędników państwowych, bo zawsze urzędnicza mentalność doprowadzi tę dziedzinę do absurdu, a może raczej związków zawodowych – na zasadach, na jakich doskonale działa to w Danii.
Jedno jest w naszych warunkach najistotniejsze: człowiek jest zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Pracownik jest poszukiwany w sensie oferty zatrudnienia osoby potrzebnej przedsiębiorcy a nie sam szuka zatrudnienia które nie istnieje jako potrzeba pracodawcy. Ideologia wszystko dziś oddała przedsiębiorcom, pracodawcom, włącznie z inicjatywą zmian w prawie pracy na korzyść pracodawców – po wyrugowaniu z życia społecznego i zmarginalizowaniu dotychczasowych związków zawodowych.
I właśnie w związku z tym, co prawda całkowita bierność bezrobotnego nie jest usprawiedliwiona, ale z drugiej strony jego „szukanie pracy” nawet i przez wiele lat nic nie da, jeśli tej pracy w sensie wolnych miejsc pracy – nie będzie. Chodzi o to, że w naszej wyniszczonej przez władzę po 1989 roku gospodarce po prostu brakuje ogromnej liczby miejsc produktywnej pracy, z której każdy, kto chce mógłby zarobić na swoje potrzeby stosownie do swoich możliwości i chęci. Tylko taka sytuacja będzie godna określenia „rynek pracy”.
A teraz – „aktywizowanie bezrobotnych” jest durnym wymysłem urzędniczym mającym zamaskować stan faktyczny, ponieważ – żeby nie wiedzieć jak bardzo aktywny był bezrobotny i tak nie znajdzie miejsca pracy – którego nie ma, które zostało zniszczone i nie zastąpione innym. Jeśli ma on wiek ponad 50 lat – i tak nie zmusi ani nie skłoni dziś pracodawcy do zatrudnienia go, jeśli nawet odpowiednie dla siebie potencjalne miejsce pracy znajdzie i będzie idealnym kandydatem. Bo ludzi w wieku 50+ „…się nie zatrudnia”!
Więc to może raczej gospodarkę trzeba aktywizować, aktywizować i szkolić przedsiębiorców tworzących miejsca pracy, stymulować rozwój lokalnego przemysłu wytwórczego zamiast wspierania importu gotowych wyrobów z Unii tak by powstawały nowe miejsca pracy w przemyśle krajowym, aktywizować przemysł – a nie bezrobotnych?

Ja wiem; ministrowi pracy Kosiniak Kamyszowi i jego urzędnikom aktywizować bezrobotnych jest dużo łatwiej…
To śmiało można robić na papierze, za swoim wygodnym biurkiem, przy świeżo zaparzonej kawie, w budynku o grubych ścianach dobrze izolujących od świata zewnętrznego…

29/03/2012

48.
Cud „życia za darmo” i eksterminacja ze względu na wiek.

POLSKA NIE JEST OK - PANIE TUSK!
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy wymaga natychmiastowej nowelizacji.

Ostatnio co prawda częściej pisze się o bezrobociu, szkoda - że tylko PÓŁ PRAWDY! Najbardziej w tej chwili newralgiczna jest sprawa środków do życia dla osób w wieku po 40 roku życia, bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, od nieraz 2 – 3 lat zarejestrowanych jako bezrobotne a nieotrzymujących zasiłków.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że czasowe zasiłki dla bezrobotnych - są tylko dla niektórych bezrobotnych! Średnio (statystycznie) - dla ok. 20% z nich. Aby mieć prawo do zasiłku trzeba na wstępie spełnić rygorystyczny warunek działający jako „sito” bezdusznie ograniczające ilość osób uprawnionych; trzeba wykazać się przepracowanymi łącznie 12 miesiącami w ciągu 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania w PUP. Na dodatek – trzeba wykazać, że praca ta generowała wpłacanie przez pracodawcę składek na Fundusz Pracy przez owe 12 miesięcy. Nawet jeśli ktoś wcześniej pracował i generował składki na FP przez 25 lat a teraz nie spełnia dokładnie powyższego wymogu ustawowego – prawa do zasiłku nie otrzyma.
Dlaczego tak? Jakie uzasadnienie merytoryczne ma ten warunek? – trudno dociec. To jakaś pozostałość w przepisach po czasach PRL-u. A już z pewnością – nie powinno to mieć miejsca teraz, w sytuacji aż takiego wielkiego kryzysu. Jeśli warunek ten ma uzasadnienie, to w czasie takiego kryzysu powinno być ono bez znaczenia.

Wszystko wskazuje na to, że to prawo musi zostać choćby tymczasowo zmienione. Potrzeba do tego prawdopodobnie co najmniej nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. To żaden kłopot: władza udowodniła już nie raz, że jeśli tylko chce – jest w stanie przeprowadzić taką nowelizację w ciągu kilku tygodni.

Bardzo wiele osób z różnych powodów już w chwili rejestrowania się nie spełnia tego warunku ustawowego i dlatego zasiłku w ogóle nie otrzymują. Powodem niespełniania tego warunku podstawowego może być na przykład długo ciągnąca się w sądzie pracy sprawa o przywrócenie do pracy. W przypadku odmowy przywrócenia do pracy – może się okazać, że przerwa w zatrudnieniu przekracza łącznie 6 miesięcy co powoduje utratę prawa do przyznania czasowego zasiłku. W zasadzie każdy obywatel który zostaje zwolniony z pracy w jakiejś firmie, powinien natychmiast i samodzielnie rozpocząć starania o zatrudnienie w nowym miejscu pracy. To oczywiste; chce pracować w swoim zawodzie, musi pracować na utrzymanie, to bez ceregieli rozgląda się natychmiast za nową pracą. Pośrednictwo w tym Urzędu Pracy nie jest obowiązkowe, wręcz przeciwnie: jest nie tylko zbędne ale i szkodliwe, bo w dość powszechnie spotykanym rozumieniu wielu pracodawców – jakikolwiek kontakt z Urzędem Pracy negatywnie świadczy o kandydacie. Tak więc - najpierw i przede wszystkim – samodzielnie. Urzędy pracy są dla tych którym w ten sposób nie udało się znaleźć zatrudnienia a nie mają już środków utrzymania.

Należy tu zwrócić uwagę na faktyczne skutki wspomnianego przepisu ustawy; powoduje on, że ludzie zwolnieni z pracy zamiast poszukiwać nowego zatrudnienia najpierw rejestrują się w PUP, nieraz zupełnie niepotrzebnie a powodem jest tylko obawa o utratę ewentualnego prawa do zasiłku. W ten sposób państwo nakręca bezrobocie zamiast promować samodzielność, przynajmniej w pierwszym okresie po rozwiązaniu stosunku pracy.

A więc tylko co piąty statystyczny bezrobotny ma uprawnienia do zasiłku. Za co żyje pozostałe 80% bezrobotnych? Dlaczego dziennikarze o to nie pytają, nie interesują się problemem tak naprawdę! Ci z bezrobotnych którzy mają prawo do zasiłku - otrzymują go przez nie dłużej jak 6 miesięcy (osoby w wieku po 50 roku życia - nie dłużej jak 12 miesięcy) po czym prawo do zasiłku tracą, niezależnie od szans na pracę. Zasada tak naprawdę jest następująca: przychodzi bezrobotny, nie ma dla niego oferty pracy a spełnia restrykcyjne wymogi przyznania zasiłku - to dostaje prawo do zasiłku - do terminu następnej wizyty. I tak aż do 6 (12) miesięcy. Potem zasiłek jest mu decyzją administracyjną odbierany, ale bezrobotnym jest nadal i ma nadal spełniać wszystkie wymogi definicji bezrobotnego. Średni czas poszukiwania zatrudnienia wynosi dużo więcej niż 6 (lub 12) miesięcy.
Więc za co ci ludzie wówczas żyją!? Ktoś powie - że z zasiłku z pomocy społecznej... Ale z tego źródła pojedyncza osoba może otrzymać w zasadzie nie więcej jak dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Za to się nie da przeżyć! Z pewnością nie da się utrzymać „dachu nad głową”. To fikcyjna pomoc a w zasadzie gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych zamiast pomocy!
Niestety najczęściej przedstawia się w mediach sprawę tak, jakby to każdy bezrobotny z zasady otrzymywał zasiłek i to na dodatek przez dowolnie długi okres, dotąd - aż zostanie zatrudniony. Tak być może powinno być ale tak nie jest! Tworzy się w ten sposób szkodliwy mit, wprowadzający w błąd opinię publiczną oraz być może też i władzę (?). Trudno mieć pretensję do Prezydenta Miasta, Starosty czy Rady miejskiej (Rady Powiatu) za bezczynność podczas gdy być może ludzie ci nie zdają sobie sprawy z faktycznego stanu sprawy. Wszystko tonie w mitach i wyobrażeniach ludzi, którzy o tym decydują, ale nie znają prawdy, bo ich to nie dotyczy i nigdy ich osobiście nie dotyczyło, leży poza zakresem ich osobistego doświadczenia.

Sytuacja staje się dramatyczna, bo zbyt wielu ludzi nie ma ani zasiłku ani żadnych szans na jakiekolwiek zatrudnienie, a to jest jakieś wypaczenie czy może nawet zdziczenie społeczne. Jest to po prostu niepojęte, że w XXI wieku w środku Europy państwo stawia człowieka w takiej sytuacji. Szkoda już nawet wspominać o tak banalnej okoliczności, ze to jest jaskrawo sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Ponadto niezwykle ważne jest, że sytuacja ta jest skrajnie sprzeczna z odnośną ustawą. Jakiś dochód o wysokości zbliżonej do zasiłku dla bezrobotnych jest niezbędny do tego, by bezrobotny był rzeczywiście bezrobotnym to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji. Przede wszystkim musi on być od chwili zarejestrowania zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w wymiarze pełnego etatu, ale bez dochodów pozwalających na zaspokojenie absolutnie podstawowych potrzeb życiowych taka gotowość jest fikcją.

Wynika z tego prosty wniosek: bezrobotny, każdy bezrobotny musi mieć zasiłek po to by był rzeczywiście bezrobotny, to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji bezrobotnego. Inaczej - popadamy w fikcję, jak w chwili obecnej, gdy statystycznie cztery piąte bezrobotnych nie ma dochodów. Trzeba tu zauważyć, że bezrobotny z definicji nie może zarabiać, definicja ustalona w ustawie zabrania mu osiągania dochodu z wynagrodzenia, stałego zasiłku z pomocy społecznej bezrobotny także nie może mieć, bo wtedy traci status bezrobotnego. Wymogi ustawowe zdają się być skrajnie absurdalne: w myśl przepisów większość bezrobotnych musi żyć za darmo, nie posiadając żadnych środków i za darmo utrzymywać się w gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy - a to jest fikcja! Jedyny legalny zdaniem PUP dochód bezrobotnego - to odsetki od zgromadzonego na rachunkach bankowych kapitałów czy "oszczędności", ale jeśli bezrobotny posiada takie oszczędności na oprocentowanych lokatach, w wysokości generującej odsetki pozwalające zaspokajać podstawowe potrzeby życiowe, to może nie powinien korzystać z zasiłku dla bezrobotnych. Piszę o tym oczywiście kierując się "logiką kryzysu"; być może byłoby to niesprawiedliwe, ale kryzysy w ogóle nie są sprawiedliwe a chodzi tu o pomoc w pierwszej kolejności najbardziej potrzebującym. Pomijając to - wszelkie dochody bezrobotnego, których źródłem nie może być "wynagrodzenie" oraz wiele innych źródeł (np. nie może to być stały zasiłek z pomocy społecznej) nie mogą przekroczyć dziś 750 zł miesięcznie brutto (50% najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia) a to zbyt mało na utrzymanie się.

Każdy rzeczywisty bezrobotny musi otrzymywać zasiłek i to aż do chwili zatrudnienia. Tylko wówczas będzie rzeczywiście zdolny do podjęcia zatrudnienia. Jednocześnie każdy oszust udający bezrobotnego na przykład w porozumieniu ze swoim pracodawcą, po to by korzystać z zasiłku lub (i) "darmowych" składek na ubezpieczenia zdrowotne, płaconych przez skarb państwa zamiast jego pracodawcy - musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności wraz z wymogiem zwrotu wszystkich bezprawnie pobranych świadczeń (zabezpieczenie roszczenia na mieniu posiadanym w chwili ujawnienia oszustwa). Do odpowiedzialności muszą być także pociągani urzędnicy rejestrujący jako bezrobotnych oraz przyznający świadczenia ludziom którzy bezrobotni nie są. Tolerowanie oszustw w tej dziedzinie, nijakość i nieudolność państwa - szkodzi rzeczywiście bezrobotnym, gdyż nie tylko obraża tych uczciwych ludzi postawionych bez swojej winy w dramatycznym położeniu przez państwo, to jeszcze na dodatek negatywnie ich stygmatyzuje, poprzez prymitywny stereotyp: bezrobotny - to obibok i pijak - co utrudnia im dodatkowo uzyskanie upragnionego zatrudnienia. Dlatego trzeba żądać pociągania do odpowiedzialności urzędników rejestrujących obiboków i pijaków jako bezrobotnych, zamiast jako pensjonariuszy leczenia odwykowego czy zorganizowanej resocjalizacji. To urzędnicy PUP tworzą parszywy stereotyp o ludziach pozbawionych zatrudnienia np. ze względu na wiek. Ludzie pozbawieni pracy a aktywnie jej poszukujący powinni mieć priorytet w urzędzie pracy.
Teraz jest jednak odwrotnie - cwaniacy zawsze mają się dobrze; to ludzie faktycznie bezrobotni są "karani" obojętnością, wyzwiskami, stereotypami i pomówieniami, obrywają za oszustów - od urzędników - z winy tych samych urzędników. Bo obecnie wszyscy oszuści i biurokraci żyją sobie nieźle a "karani" są wyłącznie ci prawdziwi, uczciwi bezrobotni, utrzymujący się najczęściej z pomocy rodzin i faktycznie poszukujący pracy. Z tego powodu wpadają w nędzę całe rodziny a nie obejmują tego żadne statystyki ani dane trafiające potem do władzy jako podstawa oceny stanu bezrobocia i jego skutków. Jeśli krewni przejmują utrzymanie bezrobotnego, biednieje cała rodzina i stanowi to rodzaj bezprawnego, nielegalnego i nigdzie nie ujętego opodatkowania osób w tejże rodzinie mających pracę czy dochody. Jeśli nie zasiłek bezrobotnym - to tym rodzinom powinno być wypłacone jakieś odszkodowanie czy rekompensata za przejęcie na siebie konstytucyjnych obowiązków państwa w tej sprawie. Bo istnieje coś takiego jak Konstytucja i zawiera ona obowiązujące zapisy określające obowiązki państwa. Tego faktu nie zmieni udawanie, że nic takiego nie istnieje, że żadnych obowiązków nie ma bo działa jakaś "niewidzialna ręka"! Rząd w sposób zasadniczy nie realizuje Konstytucji, mimo że nie ma takiego poparcia społecznego, by tę Konstytucję zmienić.
Nie wystarczy tu stwierdzić, że z zasady osoby po pięćdziesiątce nie mogą liczyć na żadną pracę. Jak wiadomo - nie mogą też w większości liczyć na żaden zasiłek ani na realną wystarczającą pomoc w podstawowym utrzymaniu się. Stwierdzając to, trzeba odpowiedzieć na pytanie: za co ci ludzie mają żyć...

... czy też może nie mają żyć a raczej przenieść się szybko na "tamten" świat albo co niektórzy - na "łono..." - to trzeba wyraźnie, otwarcie ogłosić:

"Obywatelu bezrobotny, bądź patriotą i zdechnij cicho na śmietniku przed terminem, bo Polska musi się wydawać "OK."! Pan Tusk tak sobie zażyczył na czas "Euro 2012"! Dla dobrej propagandy i Pi Ar. Koleżanka Kanclerz go za to pochwali..."

Władza nie może tak sobie wzruszyć ramionami i nie odpowiadać na to pytanie „za co żyć”.
Poza tym - narzuca się pytanie kolejne: na co ci ludzie maja czekać! Ludzie są cierpliwi. Potrafią poczekać, ale muszą mieć perspektywę, nadzieję. Trzeba coś energicznie przedsięwziąć, aby zaczęły pilnie powstawać miejsca pracy dostosowane do lokalnej podaży pracowników na rynku pracy, także co do ich wykształcenia i umiejętności.

Stan rejestrowanego bezrobocia w Szczecinie przekroczył 18.000 osób, więc potrzeba bardzo dużo nowych miejsc pracy lub jakiegoś innego rozwiązania systemowego.
Tylko dla rozwiązania tego ogromnego problemu nie wolno zamydlać oczu władzy i udawać, że problemu nie ma. Nie powinno się poświęcać prawdy dla uzyskania efektu propagandowego. Pisanie prawdy to rola dziennikarzy a nie "zwykłych" obywateli - występujących w roli komentatorów informacji dziennikarskich lub wręcz zastępujących dziennikarzy w reagowaniu na stan rzeczywisty. Nie bez powodu dziennikarstwo nazywa się czasem "czwartą władzą".

26/03/2012

44.
Apel do pana ministra Władysława Kosiniak Kamysza.

Panie Ministrze.

W wypowiedziach Pana oraz Pana Premiera z satysfakcją odnajduję ostatnio konkluzję, że zamiarem Rządu jest stworzenie stabilnego rozwiązania systemu emerytalnego, rozwiązania przy którym nie będzie już potrzeby wprowadzania żadnych zmian w ciągu najbliższego co najmniej dziesięciolecia.
To jest oczywiście stanowisko jak najbardziej godne pochwały i wsparcia. Aby jednak system emerytalny posiadał tę cechę trwałości, musi być wystarczająco uniwersalny a przede wszystkim musi odnosić się do realiów życiowych, realiów politycznych oraz realnej prognozy gospodarczej. System musi być przemyślany ekonomicznie i finansowo, ale także odnosić się do życia, do potrzeb ludzi; nawet najlepsze teoretycznie rozwiązanie modelowe nie wytrzyma próby czasu, jeśli nie będzie odpowiadało realiom życia. A to z kolei oznacza, że zasady ubezpieczenia emerytalnego muszą uwzględniać wszystkie możliwości mogące wystąpić w życiu i realnie się do nich odnosić, uwzględniać je.

Mimo, że to jest dla Pana i teoretyków zapewne bardzo trudne, na system emerytalny trzeba patrzeć z punktu widzenia ludzi którzy mu będą podlegali. Nie z punktu widzenia ludzi którzy go nie potrzebują, nie wierzą w państwowe emerytury i nie muszą liczyć na nie.
Nawet więcej: nie można systemu emerytalnego wydzielić z całości zagadnień dotyczących warunków życia osób których obejmą wprowadzone obecnie zmiany, szczególnie osób będących obecnie w wieku zwanym „50+”, te które mają przed sobą nie więcej niż 10 lat pracy zawodowej do osiągnięcia wieku emerytalnego.

Podstawą myślenia o istniejących problemach musi być zauważenie, że człowiek by żyć, utrzymać się w gotowości do pracy, musi osiągać pewien dochód, posiadać pewne określone środki finansowe, określane jako praktycznie choćby minimalne; ale wystarczające. Tymczasem o systemie emerytalnym, o sytuacji bezrobotnych a nawet o sytuacji na rynku pracy w ogóle – mówi się jakby w oderwaniu od tej prostej i oczywistej zasady. Także wiele kwot i wskaźników jest oderwanych od tej zasady. Tworzy to przepaść pomiędzy przepisami a życiem, życie odbiega od przepisów, co z kolei pogłębia brak szacunku dla prawa, jaki odziedziczyliśmy po czasach PRL.

Dla przykładu: by utrzymać zdolność i gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy, w chwili obecnej niezbędne jest posiadanie środków wystarczających na utrzymanie choćby skromnego dachu nad głową, utrzymanie właściwego poziomu higieny, co oznacza możliwość kąpieli w ciepłej wodzie z mydłem, szamponem do włosów, możliwość golenia się i możliwość uprania, wysuszenia i uprasowania odzieży, posiadania jej w ilości pozwalającej na zmianę. Trzeba choćby skromnie ale regularnie się odżywiać. A to z kolei wymaga środków na pokrycie kosztów tych potrzeb. Są to więc koszty mieszkania, wody i jej podgrzania, energii elektrycznej, ciepła (ogrzewania) itp. ale także i np. strzyżenia, zakupu obuwia odpowiedniego do pory roku, środków do utrzymania tego obuwia w czystości i tak dalej.

Proszę o wybaczenie, że podaję tu tak szczegółowy, rozwinięty przykład, ale większość osób wypowiadających się na ten temat sprawia wrażenie, że nie zdają sobie sprawy z tych realiów, jakby zaspokojenie tych podstawowych potrzeb było czymś tak oczywistym, że aż nie warto o tym wspominać. Ale to nie jest oczywiste. Oczywiste jest tylko to, że wszystko kosztuje, za to trzeba zapłacić. Zaznaczam jeszcze raz dobitnie, iż piszę tu o osobach bezrobotnych poszukujących pracy, bo sytuacja finansowa takiej osoby która już znalazła zatrudnienie i otrzymuje swoją pensję za pracę - to temat oddzielny. Piszę o tym dlatego, że statystycznie ok. 80% osób bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Zostało to celowo i świadomie zablokowane w treści stosownej ustawy. Jednocześnie ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy definiuje osobę uprawniona do statusu osoby bezrobotnej jako z jednej strony gotową do natychmiastowego podjęcia pracy zawodowej w pełnym wymiarze, z drugiej strony natomiast nieosiągającą dochodów wyższych niż połowa minimalnego wynagrodzenia oraz niepobierającą zasiłku stałego z pomocy społecznej.
Zapewniam Pana, że osoba osiągająca dochód mniejszy niż połowa najniższego wynagrodzenia – w krótkim czasie staje się niezdolna do podjęcia jakiejkolwiek pracy. Żaden pracodawca nie będzie też rozmawiał o zatrudnieniu z człowiekiem w sposób oczywisty prezentującym cechy charakterystyczne dla bezdomności; np. brudne, śmierdzące, wymięte ubranie, rozpadające się buty, brak podstawowej higieny, brak zębów, niemożność określenia czasu (godziny) z powody braku zegarka itp. Ustawowy wymóg ograniczający dochody osoby poszukującej pracy poniżej minimalnych realnych potrzeb życiowych – jest absurdalny. Rozumiem, że to może dotyczyć np. uprawnienia do zasiłku dla bezrobotnych, ale nie statusu osoby bezrobotnej w ogóle.

By w rzeczywistości być zdolnym do pracy, osoby poszukujące zatrudnienia muszą osiągać dochody wystarczające na utrzymanie się w takiej gotowości, o czym wspominałem wcześniej. Sytuacja takiej absurdalnej dysproporcji prowokuje składanie niezgodnych z prawdą oświadczeń o dochodach. Ogólnie rzecz biorąc – człowiek by żyć, musi posiadać wystarczające dochody. Statystycznie zaledwie kilkanaście procent osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy pobiera zasiłek dla bezrobotnych. Ludzie zarejestrowani a niemający prawa do zasiłku muszą jakoś zarobić choćby właśnie po to, by zachować gotowość do podjęcia pracy. Chwytają się każdej okazji, również prac dorywczych „na czarno” nigdzie nie rejestrowanych, bez zapewnienia właściwych warunków bezpieczeństwa i higieny pracy. Osiągane dochody nie są nigdzie rejestrowane, zleceniodawca nie odprowadza zapewne od tego podatku ani składek ubezpieczenia. Zleceniodawcy angażują ludzi do takich dorywczych prac bezpośrednio „z ulicy”, często spod siedziby Powiatowego Urzędu Pracy. Wynikiem takiej sytuacji jest to, że ludzie są zmuszeni często nie przestrzegać przepisów czy też składać oświadczenia „nie w pełni zgodne z prawdą”, po to by utrzymać się w faktycznej gotowości do podjęcia pracy. Jest to oczywiście naganne, ale celowe; być może nie zasługuje na usprawiedliwienie ale wymaga zrozumienia.
Powstaje w ten sposób także mit czy stereotyp nieuczciwego bezrobotnego, oszusta wyłudzającego zasiłki lub choćby same składki ubezpieczenia a w rzeczywistości – zatrudnionego. Taki mit z kolei powoduje utrudnienie zdobycia zatrudnienia dla innych bezrobotnych, determinuje bardzo niski status bezrobotnego w oczach potencjalnego pracodawcy, także utrudnia pracę Urzędów Pracy, minimalizując ilość ofert zatrudnienia tam trafiających. Przyznanie się do bycia zarejestrowanym bezrobotnym jest często najgorszą rekomendacją jaką może mieć osoba poszukująca pracy.
A przecież celem działania Urzędów Pracy jest coś dokładnie odwrotnego; promowanie bezrobotnych jako kandydatów do zatrudnienia i uwiarygodnianie ich w oczach pracodawców. Znów tu mamy do czynienia z ogromnymi kosztami dającymi efekt odwrotny od zamierzonego.

Oczywiście – przypadki nieuczciwości zapewne występują, ale w opisanym przypadku przyczyną jest niedostosowanie kwoty uprawnionego dochodu do realnych potrzeb. Bezmyślnie ustalone przepisy prowokują tak wiele bałaganu. W tym przypadku – kwota dopuszczalnych doraźnych dochodów osoby bezrobotnej, chwilowo nigdzie nie zatrudnionej (na umowę o pracę lub umowę cywilną) i pobierającej zasiłek może być ograniczona do połowy najniższej płacy (prócz tego zasiłku), ale dla osoby niepobierającej zasiłku już musi być wyższa i np. równać się najniższej płacy. Także w chwili utraty prawa do zasiłku dla bezrobotnych (które ma przecież charakter czasowy a czas ten jest często krótszy niż czas poszukiwania zatrudnienia) - kwota dopuszczalnych dochodów musi być podniesiona do poziomu umożliwiającego utrzymanie się w gotowości do podjęcia pracy, o czym pisałem bardziej szczegółowo powyżej.

Wszystko to musi być realne i odpowiadać realnym, potrzebom życia. A nie jest.

Powyższy przykład dowodzi tego, że niektóre przepisy mogą mieć charakter nieprzemyślany a w konsekwencji wywołuje to istotne negatywne skutki zarówno dla Państwa jak i dla zainteresowanego obywatela. Narzuca to konkretne standardy reformie zasad emerytalnych. Na przykład kwota najniższej emerytury jest zbyt niska, nie pozwala na utrzymanie się. Zapewniam Pana, że za niecałe 800 zł (od 01 marca 2012 – 799,18 zł) nie można się utrzymać, biorąc pod uwagę wymienione potrzeby, realia życia, wzrastające koszty nie tylko utrzymania ale np. leczenia. Kwota najniższej emerytury musi zostać podwyższona np. do bardziej realnej kwoty równej najniższej płacy brutto. Koszt tej podwyżki musi się stać częścią warunków wyjściowych do reformy emerytalnej, to znaczy że należy w przeprowadzanych zmianach uwzględnić wstępne urealnienie wysokości najniższej emerytury. Koszt tej zmiany na czas do wystąpienia wystarczających efektów samej reformy – może być pokryty ze środków zaoszczędzonych w ten sposób z zasobów przeznaczanych na pomoc społeczną, bo emeryt otrzymujący świadczenie w wysokości 1500 zł nie będzie już korzystał z zasiłków i zapomóg z pomocy społecznej. Zasady funkcjonowania pomocy społecznej muszą zostać urealnione, a przede wszystkim uszczelnione tak, by pomoc trafiała wyłącznie do faktycznie i obiektywnie potrzebujących. Obecnie szacuje się (dane FOR), że połowa z 40 miliardów zł. rocznie trafia do oszustów wyłudzających pomoc nienależną.

Jest bardzo duża liczba osób bezrobotnych które nie mają prawa do zasiłku dla bezrobotnych oraz nie osiągają żadnego dochodu, nawet doraźnego. Praca „na czarno” prócz tego że jest nielegalna, obejmuje tylko niektóre zawody, np. budowlane lub najcięższą pracę fizyczną, więc nie jest dostępna dla każdego. Osoby te jeśli spełniają warunki utrzymania statusu osób bezrobotnych, muszą uzyskiwać jakieś dochody, jakąś pomoc. Ponownie można odwołać się do tego co już napisano powyżej; człowiek by żyć, by być gotowym do podjęcia zatrudnienia – musi osiągać dochód minimalny wystarczający do tego.

Z tego powodu, jako warunek wstępny przed reformą emerytalną, należy przeanalizować możliwości czasowego złagodzenia wymogów nabywania uprawnień do zasiłku dla bezrobotnych. Na przykład poprzez czasową nowelizację przepisu ustawy określającego te warunki, szczególnie dotyczące wymaganego teraz okresu opłacania składek na Fundusz Pracy, związanego z zatrudnieniem przed zarejestrowaniem w Urzędzie Pracy. Obecnie jeśli obywatel wypracowywał przychód pracodawcy z którego pracodawca opłacał przez wiele lat należną składkę na Fundusz Pracy a przerwa w tym opłacaniu w okresie pomiędzy zakończeniem pracy (płacenia składki) a zarejestrowaniem w PUP przekroczyła 6 miesięcy, obywatel ten w ogóle nie ma prawa do zasiłku. Trudno pojąć, z czego wynika ten okres akurat 6 miesięcy, wygląda to na arbitralnie ustaloną liczbę wziętą "z sufitu". Obywatel z którym rozwiązano stosunek pracy, ma obowiązek samodzielnie poszukiwać nowego zatrudnienia, być samodzielnym i aktywnym na rynku pracy natychmiast od rozpoczęcia się okresu wypowiedzenia umowy, rozwiązywanej przez pracodawcę.
Okres wypowiedzenia wynosi jeszcze często 3 miesiące w których nie można podjąć nowych obowiązków. Obywatel ma sam znaleźć sobie nowe zajęcie w czasie gdy pobiera jeszcze płacę w okresie wypowiedzenia; ma być samodzielny tak by nie musieć korzystać z zasiłku i nie ubiegać się o status osoby bezrobotnej, co należy traktować jak ostateczność, przyznanie się do swoistej "osobistej klęski". Wspomniany przepis prowokuje czy wymusza wręcz, by osoba kończąca pracę u jednego pracodawcy bez swojej winy, natychmiast po tym rejestrowała się niejako automatycznie w Urzędzie Pracy i występowała o zasiłek. A powinno dotyczyć to wyłącznie tych, którzy samodzielnie nie zdobyli zatrudnienia i potrzebują w tym pomocy np. w formie przekwalifikowania. Przepis jest absurdalny, bo karze samodzielnych i aktywnych, uważających sięganie po pomoc Państwa za ostateczność a promuje tych wyraźnie nastawionych na korzystanie z tej pomocy; on wręcz promuje bezrobocie i bierność. Absurdalne jest też odmawianie niezbędnego zasiłku osobie, która przez wiele lat generowała wpłacanie składek na FP a o jeden dzień spóźniła się z zarejestrowaniem w Urzędzie Pracy - nie spełniając przez to wymogu określonego w Art. 71 Ust. 1 Pkt 1 i 2 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.
Zasiłek dla osoby bezrobotnej dla której Urząd Pracy nie ma oferty odpowiedniego zatrudnienia - stanowi środki niezbędne do utrzymania jej gotowości do podjęcia takiego zatrudnienia, dlatego dostępność zasiłku musi być dużo wyższa niż obecnie, nie może być ograniczana niczym obiektywnie nie uzasadnionymi barierami biurokratycznymi. Jednocześnie dużo wyższa niż obecnie musi być dyscyplina obowiązująca osoby pobierające zasiłek. Tak przecież jest w krajach sąsiednich, np. w Danii, więc dlaczego nie może być i naszą praktyką. Obecnie urząd Pracy spotyka się z osobą zarejestrowana 5 razy w roku, jedynie po to by odebrać od niej wymagane formalnie oświadczenia.

Panie Ministrze.
Proszę nie wierzyć w cuda. Człowiek by żyć musi osiągać minimalny dochód. Nie da się żyć bez pieniędzy. Obecnie duża liczba osób tego dochodu nie osiąga, albo wręcz nie osiąga żadnego dochodu. Pracy „na czarno” także nie wystarcza dla wszystkich (na szczęście). Nie można dłużej udawać, że to zjawisko nie występuje, że władza go nie dostrzega. Bezrobotni pozbawieni pomocy bardzo często obciążają kosztem swojej egzystencji swoje rodziny, krewnych, dzieci itp. Jest to forma nieoficjalnego i nielegalnego, nieujmowanego w żadnych statystykach dodatkowego opodatkowania osób bliskich, pracujących i osiągających dochody. Wydaje się, że stan ten jest celowo i świadomie stwarzany przez państwo; władza z pełną świadomością przerzuca koszty pomocy osobom pozbawianym zatrudnienia - na ich rodziny. Co jednak w nierzadkich przypadkach, gdy rodzina nie podejmuje tego wyzwania albo jej po prostu nie ma? Taka "polityka" władzy którą Pan reprezentuje - jest wyrokiem śmierci dla osób samotnych, nie tylko starszych. Prowadzi do nieuchronnego stoczenia się do poziomu kloszarda, skrajnej desocjalizacji, kryminalizacji, śmierci na śmietniku. Jako "polityka państwa" to haniebne. Będzie to już stale związane z Pana nazwiskiem i funkcją.

Być może niezbędne jest stworzenie warunków do przejścia na wcześniejsze emerytury pewnej kontrolowanej liczby osób bezrobotnych, w formie jednorazowej ograniczonej akcji - przed wprowadzeniem reformy emerytalnej i z uwzględnieniem w nowych zasadach – kosztów tejże akcji. Alternatywą byłoby ustalenie na wzór innych krajów europejskich odrębnej emerytury przejściowej dla długotrwale bezrobotnych na czas do uzyskania praw emerytalnych na zasadach ogólnych. Wbrew pozorom koszty tego mogą być w dłuższym okresie czasu niższe, niż koszty pomocy społecznej przysługującej i niezbędnej dla tych osób.

Panie ministrze.

Te relacje finansowe muszą być analizowane łącznie, globalnie. To obojętne z której kieszeni wyjmuje się pieniądze, jeśli trzeba je wyjąć. Dlatego proponuję analizować to z punktu widzenia potrzeb człowieka a nie z punktu widzenia osobnych resortów i ich obowiązków, ich budżetów oddzielnie rozliczanych. To także musi być uwzględnione w konstrukcji reformy emerytalnej. Jedno wydaje się pewne: człowiek musi mieć jakieś dochody by żyć i nie można dłużej udawać, że się tego nie dostrzega, gdyż prowadzi to w prostej konsekwencji do gwałtownych wybuchów społecznych, niepokoju, zamieszek, ofiar i strat. Sytuacja taka wzmacnia i zasila ideologie lewicowe, co także wydaje się dziś niekorzystne.

Jeśli reforma emerytalna nie uwzględni realnej sytuacji, konieczności urealnienia kwot, a zwłaszcza faktu iż wielka liczba obywateli bez swojej winy nie może osiągnąć obecnie żadnych dochodów – skutki reformy nie będą stabilne, będzie istniała i ciągle dawała o sobie znać potrzeba zbliżenia obowiązujących przepisów do realiów życia, korekt, interwencji, a to może podważyć efekt wprowadzonych, niewystarczających zmian.

22/03/2012

37.
Pogadać jak Minister z pielęgniarką…

Nie, nie... Panu Ministrowi jak na razie   j e s z c z e   nic się nie stało... :)

Spotkanie Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z Ministrem Pracy jakie dziś się odbyło - oczywiście w związku z konsultacjami w sprawie przesunięcia wieku emerytalnego, jest niezłym pretekstem do poruszenia pewnej sprawy. Związkowcy jak łatwo się domyśleć, argumentowali sprzeciw wobec tego projektu. Twierdzili, że wydłużenie okresu pracy pielęgniarek przed nabyciem prawa do emerytury jest groźne dla bezpieczeństwa pacjentów.

Otwiera to nowe możliwości, których się spodziewałem; rozpatrywania tego projektu przez jego przeciwników z punktu widzenia po kolei poszczególnych zawodów.
Nie dość, że już teraz zmiana wieku emerytalnego nie ma dotyczyć górników, wszystkich służb mundurowych, sędziów i prokuratorów no i w rolnictwie sytuacja jest całkiem niejasna pod tym względem, to teraz poszczególne branże będą jak przypuszczam walczyć po kolei „o swoich”. Mamy szansę otrzymać w ten sposób system dużo bardziej skomplikowany, najeżony wyjątkami, wyjątkami od wyjątków, regulacjami szczególnymi itp. – czyli tak zwany „polski bajzel” który Niemcy nazywają grzecznie  „das polnische mischmasch”.

Pisałem już o cwanych i oszukańczych argumentach pojawiających się po stronie Rządu w tej sprawie, głównie ministrów pracy i finansów oraz samego "herszta", szczególnie objawiających się w ostentacyjnym mówieniu o „wydłużeniu okresu pracy do 67 lat” a nie o „wydłużeniu okresu oczekiwania na nabycie uprawnień” – jak się powinno to zgodnie z prawdą określać, biorąc pod uwagę, że osoby te <strong>nie będą dłużej pracowały</strong>, przynajmniej duża ich liczba.

Ale okazuje się, że po drugiej stronie „konsultacji” także pojawiać się mogą podobnie irracjonalne albo po prostu nieuczciwe argumenty. Jednym z nich jest taki sposób przedstawiania sprawy: czy ktoś może sobie wyobrazić 66-letnią lekarkę przyjmującą pacjentów, 66-letnią pielęgniarkę na dyżurze w szpitalu, od której zależy bezpieczeństwo każdego z pacjentów jej powierzonych, albo 66-letnią tancerkę w balecie operowym czy nawet kasjerkę w sklepie?
To oczywiście argumenty tylko pozornie słuszne a w rzeczywistości skrajna demagogia. Irracjonalnie – taka argumentacja także odwołuje się do tego samego „przekrętu” jakim jest udawanie, że się nie odróżnia okresu „pracy do emerytury” od okresu „nabycia uprawnień do emerytury”. Projekt zmiany ustawy emerytalnej mówi jedynie o wydłużeniu do 67 lat okresu nabycia uprawnień do emerytury. Przed nabyciem uprawnień do emerytury w wieku 67 lat - można być na rencie ze względu na niezdolność do pracy, czasową albo stałą, można być na bezpłatnym urlopie, na bezrobociu, można być czasowo nieczynnym zawodowo - byle mieć wymagany wcześniejszy okres składkowy i nieskładkowy łącznie 25 lat. Uprawnienie do emerytury nie wymaga wcale bezwzględnej pracy bez przerwy do ukończenia 67 roku życia.

O tyle fałszywe czy wręcz demagogiczne jest mówienie z jednej strony o podwyższeniu kwoty emerytury dzięki dłuższej pracy a z drugiej strony o konieczności tańczenia w balecie do ukończenia 67 roku życia. To skrajnie nieuczciwa demagogia z obu stron.
Powtórzę więc jeszcze raz: podwyższenie wieku nabycia uprawnień do emerytury to jedno a realna możliwość utrzymania zatrudnienia do tego wieku – to co innego. Najpierw trzeba było - dzięki wcześniejszym reformom - zapewnić realne szanse rzeczywistej pracy do wieku 67 lat (abstrahując od zawodu), tak by wystąpił efekt zwiększenia wymiaru emerytury przez dłuższy czas płacenia składek do IKE, a dopiero wtedy wystąpić z końcowym etapem reformy – zmianą ustawy emerytalnej co do wieku nabycia uprawnień emerytalnych.
Zresztą jeśli ktoś ukończy 67 rok życia pracując, to wcale nie znaczy, że MUSI pracę już zakończyć i odejść na emeryturę; to znaczy że ma takie uprawnienie ale jeśli porozumie się z pracodawcą co do dalszego zatrudniania – może pracować dalej i pobierać emeryturę (zgodnie z obecnie obowiązującym prawem).

Co do owych „67-letnich baletnic” – jak byśmy nazwali ogólnie ten problem:
Każda praca ma swoją specyfikę, charakterystykę. Charakterystyki te są opracowywane i udostępniane w postaci opisów dostępnych w WUP, PUP , w punktach doradztwa zawodowego i w Internecie. Także w procesie nauki można zdobyć wszelką wiedzę dotyczącą zagrożeń długości pracy w danym zawodzie. Na przykład w zawód tancerki baletowej jest już z góry i z natury wpisana nieubłagana „sezonowość” pracy bezpośrednio artystycznej. Podobnie i wśród modelek. Każda tancerka wie doskonale, że - choć to też trochę od niej zależy, to ma przed sobą bardzo krótki okres bezpośredniego uprawiania zawodu artystycznego; 10 lat, może 20 lat. W każdym razie z pewnością nie do emerytury nawet i w wieku 55 lat. Dużo krócej. Ale ktoś musi przecież uczyć nowe tancerki i osoba która ma za sobą etap pracy na scenie – jest do tego najlepiej przygotowana. To samo można wykazać na przykładzie sportowców, bokserów (których do sportowców nie zaliczam), pilotów – szczególnie wojskowych itp. Ogólnie – w wiele zawodów wpisana jest z natury ich czasowość i musi istnieć, przeważnie też istnieje jakaś dalsza droga. Mało tego: człowiek uprawiający ten zawód i wiedzący o tym fakcie „sezonowości” – sam powinien myśleć o swojej przyszłości. Tenisiści zakładają szkoły tenisowe albo produkują sprzęt. Bokserzy lubią inwestować oszczędności w branżę restauratorską. Generalnie przecież każdy człowiek sam odpowiada przed sobą za swoją przyszłość, drogę zawodową, także za możliwość wycofania się z tej drogi, przydatność zdobywanej wiedzy. Przecież każdy człowiek ma "rzeźbić" swoje życie tak jak chce ale i mieć coś w zanadrzu na chwilę nieprzewidzianych problemów czy zmian. Na tym polega mądrość życia i nikt a już z pewnością nie Państwo nikogo w tym nie zastąpi, może co najwyżej nieco dopomóc lub  utrudniać.

Wracając do pielęgniarek i położnych: każdy człowiek pracuje w swoim zawodzie do kiedy może. Jeśli staje się niezdolny do wykonywania swojej pracy uzyskuje orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, zgodnie z którym podejmuje taką pracę którą jako osoba niepełnosprawna jest w stanie wykonywać. Jeśli całkowicie nie jest w stanie pracować – otrzymuje rentę. Jeśli jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w danym zawodzie – to pracuje nawet i do samej emerytury. Dlatego argument związkowców o „67-letniej pielęgniarce” jest tak bardzo demagogiczny. Ale związkowcy mają prawo do swojego punktu widzenia a może i nawet mają taki obowiązek wobec płacących składki związkowe.

Jest tu istotnie problem, tylko się o nim zbyt mało mówi. Sprawa kształtowania kariery zawodowej, odpowiedniej informacji. Sprawa tzw. zarządzania wiekiem w firmach, także i produkcyjnych. Pielęgniarka, jeśli już nie może z pełną odpowiedzialnością pełnić dyżurów na oddziałach szpitalnych, może mogłaby być pielęgniarką towarzyszącą lekarzowi rodzinnemu. Może mogłaby jeszcze być opiekunką osoby starszej wymagającej opieki pielęgniarskiej, pracownikiem DPS-u . W końcu – mogłaby być pracownikiem ewidencji medycznej, rejestracji, wykonywać prace biurowe w szpitalu – wymagające wiedzy zawodowej o sprawach medycznych i organizacyjnych ochrony zdrowia. Wcale nie jest nigdzie powiedziane ani nikomu gwarantowane, że będzie pracował bezpośrednio w swoim zawodzie aż do emerytury. Oczywiście nie można człowieka pozostawić samemu sobie z tym problemem, pracodawca powinien mieć to na uwadze. Powinien istnieć system prawny tzw. ustaw około emerytalnych obejmujących i to zagadnienie. Na dodatek – to powinno być wprowadzone wcześniej, przed wydłużeniem czasu oczekiwania na nabycie uprawnień do emerytury.

Dziś jest zupełnie odwrotnie. Rejestratorką, pracownikiem biurowym szpitala nie może być pielęgniarka która już nie może pełnić odpowiedzialnych dyżurów ze względu na wiek czy stan zdrowia. Nie może, bo stanowiska te są najczęściej obsadzane ludźmi młodymi na zasadach nepotyzmu i prywaty. Wiadomo, że przysłowiowa córeczka czy wnusia wielkiego pana prezesa, dyrektora czy radnego musi mieć pracę, przecież nie zarejestruje się w Urzędzie pracy razem z tą „hołotą” – więc załatwiana jej jest praca biurowa; w urzędzie, w szpitalu, w samorządzie… Tak samo często z (mamin)synkami i rozpieszczonymi wnusiami panów prezesów, którym już znudziło się siedzenie w domu i popalanie „marychy” po kątach; tatuś załatwi „odpowiednią” pracę…

Ja tak świadomie przejaskrawiam, wyszydzam i drwię - ale chcę dobitnie tu przedstawić, co dziś funkcjonuje zamiast „zarządzania wiekiem pracownika” czy odpowiednią polityką kadrową związaną z osobami starszymi. Rząd miał obowiązek dotychczas się z tym uporać, uporządkować sprawy około emerytalne zanim wystąpił z obecnym projektem. Ale wszystko wskazuje na to, ze pan Premier jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, zamiast zapowiedzianego ograniczenia administracji, nastąpił jej gwałtowny rozrost o dziesiątki tysięcy stanowisk. Najprawdopodobniej – stanowisk zupełnie niepotrzebnych, a uszykowanych dla wnuczek i synalków, którzy przecież nie mogą być bezrobotni. Zresztą – jak powiedział wicepremier Pawlak oskarżany przez prasę o nepotyzm – „nie ma nic złego w tym, że syn pójdzie w ślady ojca”…  a córeczka w ślady matki – chciałoby się dopowiedzieć.

Nie ma więc mowy o tym, aby 67-letnia „babcia” musiała być czynną pielęgniarką – jeśli nie może, ale też nie ma obecnie mowy o tym, aby mogła być przesunięta odpowiednio wcześniej na inne zbliżone stanowisko na którym także korzystałaby ze swojej wiedzy – bo stanowisko to musi być dla córeczek i wnusi „Pana Prezesa”.
Dlatego, gdy pielęgniarka już nie będzie mogła być pielęgniarką, będzie musiała na zasiłku, na jałmużnie z opieki społecznej doczekać do wieku w którym będzie mogła przejść na wypracowaną już emeryturę i emerytura ta może być dużo niższa, niż gdyby pracowała przez cały czas do wieku 55 lat i w tym wieku przeszła na emeryturę.

Na tym właśnie polega oszustwo władzy.

21/02/2012

36.
Bo za karę… będziemy cię chronić…!

W ogromnej masie idiotycznych pozostałości po PRL-u jest i taki: okres ochrony przed wypowiedzeniem umowy o pracę w wieku przedemerytalnym.
Chodzi tutaj o Art.39 Ustawy z dnia 26 czerwca 1974 roku która była ostatnią jak dotychczas dużą regulacją, zastępującą wszystkie wcześniejsze regulacje prawne w sprawach objętych treścią tej ustawy. Na wzór innych kompleksowych aktów prawnych, jak Kodeks Cywilny czy Kodeks Administracyjny – nosi ona charakter Kodeksu a więc regulacji kompleksowej wyższego rzędu niż ustawy, ale oczywiście niższego niż Konstytucja. Kodeks Pracy unieważnił wówczas wszystkie wcześniejsze regulacje prawne funkcjonujące wcześniej a dotyczące spraw obecnie kompleksowo regulowanych w tym akcie prawnym.
Po tym czasie Kodeks był niezliczoną ilość razy modyfikowany, przez co utracił zapewne swoją „spoistość”, z tego też powodu pozostały tak takie „kwiatki” zupełnie nie pasujące do dzisiejszej sytuacji.
Wspominam o tym, gdyż wydaje się, że uregulowania te wymagają znów kompleksowego uporządkowania, dostosowania do innej ideologii i obecnych realiów gospodarczych.

Wspomniany Art. 39 Kodeksu Pracy związany jest z Art.13 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych. Stanowi on:

„Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeśli okres zatrudnienia umożliwia mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku”

To jest właśnie ten sławny „okres ochronny”.

Może i miał on jakieś znaczenie wówczas, w sytuacji gdy dominowały umowy o pracę na czas nieokreślony i trzeba było umieć podać rzeczywisty i ważny powód, by taką umowę rozwiązać. Ale dziś sytuacja diametralnie się zmieniła choć przepis pozostał, głównie chodzi tu o zanik państwowych przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych. Oczywiście w dzisiejszych warunkach przedsiębiorczości prywatnej jest on nie do przyjęcia, jak i jakakolwiek inna forma „obowiązkowego” zatrudniania czy zwalniania kogokolwiek, braku możliwości kształtowania swojej działalności gospodarczej w planowany przez jej właścicieli sposób.

Ze względu na to, że znacznie spadło znaczenie typu umowy o prace, znacznie złagodzone zostały warunku rozwiązania umowy o prace, przepis ten – pozostając w mocy – zamiast kogokolwiek chronić, zaczął szkodzić.

Pracodawca, by nie znaleźć się w sytuacji przymusowej, sytuacji ograniczenia wpływu na swoją firmę prywatną – wypowiada umową o pracę z pracownikiem w takim momencie by rozstać się z nim skutecznie przed wejściem pracownika w ten okres „ochrony”, i robi to mimo że pracownik może być mu potrzebny, pracę tego konkretnie pracownika ocenia dobrze i zatrudniałby go dalej, gdyby miał nad tym ciągłą kontrolę.

Z punktu widzenia pracownika także przepis ten działa dziś dokładnie odwrotnie, niż zostało to kiedyś zaplanowane, bo zamiast ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy – mamy tu pewne a w każdym razie bardzo częste rozwiązanie stosunku pracy - by do tejże „ochrony” nie dopuścić.

Jak twierdzą pracodawcy – to właśnie jest przyczyną niechęci do zatrudniania osób w wieku „50+”. Wśród 2300000 bezrobotnych, osoby w tym przedziale wiekowym stanowią liczbę ok. 750000 bezrobotnych. Ma to kapitalne znaczenie w sprawie forsowanego dziś przez Rząd wydłużenia wieku nabycia prawa do emerytury.
Przepisu nie można jednak po prostu usunąć z ustawy, dlatego że jest też niemała grupa osób pracujących dzięki temu, że zostali objęci tą ochroną (pracodawca nie chciał tego uniknąć np. z uwagi na jego rolę społeczną, lub po prostu nie potrafił). Dla nich są to „prawa nabyte” a zmiana dokonana dziś, i tak nie może działać ze skutkiem wstecznym w czasie. Można stwierdzić, że ochrona pozostaje w mocy dla tych którzy są nią objęci ale już nie obowiązuje od dnia uchylenia dla tych którzy jeszcze nią objęci nie zostali. Wtedy władza naraża się na zarzut nierównego traktowania na rynku pracy i nie wiadomo jak takie sprawy byłyby rozstrzygane przez krajowe lub unijne organa odwoławcze.
Powstał więc pomysł, by dobrowolne odstąpienie od takiej ochrony przysługiwało pracownikowi, pod warunkiem zawarcia go w umowie o pracę i ze skutkiem tylko dla tej umowy. Inaczej, by ochrona nadal ogólnie rzecz biorąc obowiązywała, ale pracownik zawierając umowę o prace miał prawo zrzec się jej, wobec tego pracodawcy i do czasu obowiązywania tej umowy. Wtedy osoby objęte ochroną byłyby nadal chronione a wobec nowych umów – „propozycja nie do odrzucenia” dobrowolnej rezygnacji z ochrony stałaby się zapewne powszechnie stosowanym elementem umów o pracę. Wymagałoby to jednak dokonania przez Sejm nowelizacji Ustawy Kodeks Pracy w tym punkcie, poprzez dodanie takiego uprawnienia w Art 39 lub w związku z nim - jako nowy ustęp czy punkt dodany do tego artykułu KP. Jest to związane z potrzebną inicjatywą i procesem legislacyjnym uchwalenia noweli. Rząd co prawda już udowodnił, że potrafi coś takiego zrobić w ciągu tygodnia, ale… pytanie co na to społeczeństwo, opozycja, co na to związki zawodowe, czy taka inicjatywa nie pogorszy statystyk poparcia dla Rządu PO-PSL… słowem zaczyna się kalkulacja polityczna a nie rozsądne myślenie…

Moim zdaniem zmianę tę trzeba przeprowadzić jak najszybciej, jednocześnie myśląc oczywiście o całościowej polityce „zarządzania wiekiem” w gospodarce, o pozycji osób starszych w społeczeństwie które podobno ma się coraz bardziej starzeć.

Tu niestety znowu obawiam się, że władza liczy na jakąś „niewidzialną rękę” i to chyba tę niewidzialną rękę ściskającą kosę…

19/02/2012

32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?

Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.

Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.

Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...

Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.

W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.

W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.

Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.

Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.

Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.

Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.

Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?

27/01/2012

25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.

Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.

Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.

Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.

Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).

Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.

Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.

Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.

16/01/2012

23.
Konstruktywna krytyka jest nie tylko uprawniona ale wręcz niezbędna !

Kiedy przychodzi chwila prawdy, świadcząca o klęsce władzy, niepowodzeniu jakiejś koncepcji rządzenia, wówczas nieodmiennie pada argument, kiedyś - pierwszego sekretarza KC PZPR który odpowiadał przed społeczeństwem, a dziś – Premiera-Szefa Platformy Obywatelskiej, który jeszcze całkiem nie popadł w arogancję: myśmy nic nie wiedzieli, urzędnicy ukrywali przed nami prawdę, alarmujące sygnały nie docierały do władz, władza chciała dobrze… a wyszło – jak zawsze.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...

To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.

Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.

Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.

14/01/2012

22.
Gazeta Wyborcza:”Młodzi - trzy razy nic”.

Nie przepadam za Gazetą Wyborczą, ale przyznać trzeba, że jako jedna z niewielu - pisze o tym co najważniejsze.
O bezrobociu i jego konsekwencjach społecznych i gospodarczych.

Niedawno pojawił się dobry, ważny materiał o sytuacji osób pozbawionych pracy z przedziału wiekowego tzw. 50plus. Świadomie piszę tu o osobach w "wieku produkcyjnym", czyli w wieku normalnej aktywności zawodowej, które nie są nigdzie zatrudnione. Nie piszę o nich całościowo jako o "bezrobotnych" bo określenie to ma swoje ścisłe znaczenie, definicję ustaloną w "Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy" a nie wszystkie te osoby spełniają wspomnianą definicję, mimo że nie pracują. Ich liczbę określa się na ok. 700.000 ale część z tych osób zapewne w takiej sytuacji, po 2 - 4 latach nieskutecznych prób przekwalifikowania się (dostosowania do potrzeb "rynku"), bezowocnego poszukiwania zatrudnienia no i dalszego widocznego braku perspektywy na zmianę sytuacji, całkowitej bezczynności instytucji rynku pracy, osób odpowiedzialnych za organizację działania i polityki Państwa w tym zakresie - po prostu zaprzestały już poszukiwania pracy, przyjmując najczęściej jakieś użyteczne role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Ale to tylko część; reszta pozostaje tak "zawieszona" w pustce bezmyślności i bezduszności Państwa; państwa Platformy Obywatelskiej.

Dziś Gazeta Wyborcza znów przełamała milczenie, sprawiające wręcz nieraz wrażenie "zmowy milczenia" na ten temat - publikując spory tekst pod tytułem "Młodzi trzy razy nic" a dotyczący ludzi młodych pozostających bez pracy, zawieszonych w nicości: ani nie uczących się, ani nie pracujących, ani nie prowadzących działalności...

Młodzi - Trzy Razy Nic

Artykuł jest dramatyczny, bo ukazuje - jakie trudności spadają na pokolenie, które już wkrótce powinno utrzymywać ten kraj, kierować nim, a tymczasem popada w marazm, izolację społeczną i problemy psychiczne.

Trzeba o tym pisać, trzeba o tym krzyczeć by nie dać spokoju tym "gentelmenom" w garniturkach - mimo że z Wiejskiej. Tym młodym ludziom z elity władzy, którzy - jak to gentelmeni - o pieniądzach nie mówią, ale je mają niejako "od urodzenia", dla których stały się one tak oczywiste, że nie są w stanie nawet zadać sobie pytania: za co żyją ludzie pozbawieni możliwości pracy zarobkowej.
Zapomnieli - przyssani do publicznej kasy, że - by mieć chleb, trzeba na niego zapracować, kupić i wtedy można dopiero zjeść kromkę. Jeszcze trzeba kupić nóż, by mieć czym tę kromkę ukroić, oraz wyleczyć zęby - by mieć czym chleb pogryźć. Dalej - trzeba kupować szczoteczki i dobrą pastę do tychże wyleczonych zębów, bo inaczej - znów szybko będą wymagały leczenia... słowem, że wymogi choćby najskromniejszej wegetacji nawarstwiają konkretne potrzeby finansowe konieczne do zaspokojenia, i że zdecydowana większość ludzi chce na to zapracować. Już byli kiedyś dwaj tacy, co próbowali "publicznie" a w rzeczywistości - propagandowo udowodnić, że można przeżyć miesiąc za 500,- zł, ale wystarczyło im na 10 dni i "dali se spokój". Zadziwiające jest to powszechne pomijanie - też na zasadzie jakiegoś wynaturzenia czy zmowy, że - by żyć - trzeba mieć choć kwotę starczającą na minimalną wegetację, choćby i te "minimalne" 940 zł netto (od 1380,- br.), że znakomita większość ludzi chce zapracować na te pieniądze i przy tym są w znakomitej większości skazani na pracę najemną. No i udają nasi "gentelmeni" że zapomnieli, iż Państwo ma określony w Konstytucji obowiązek podejmować określone w Konstytucji zadania i skutecznie wykonywać je. Tym zadaniem nie jest rozdawanie "po bułeczce" z opieki społecznej dla każdego...
Artykuł (mimo że w "GW") - warto przeczytać i do tego zachęcam.

28/12/2011


Hańba

Polska jest w tej złej sytuacji, że ma za sobą skutki sześćdziesięciu lat walki władzy politycznej czyli w tym przypadku praktycznie - państwa, z przedsiębiorczością, własnością prywatną, naturalną niejako dla człowieka współczesnego chęcią osiągnięcia korzyści materialnej, podwyższenia swojego statusu majątkowego, wzbogacenia się i na dodatek… osobistego korzystania z tego wszystkiego.
Bo państwo, władza państwowa, Polska, kierowała się przez ponad półwiecze ideologią komunistyczną przyniesioną tu z Kraju Rad „na bagnetach” Armii Czerwonej, idącej na Berlin a niejako „przy okazji” wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej, zastępując ją... swoją własną okupacją.
Nie miejsce tu na wykłady historyczne a i ja nie jestem dość kompetentny, chodzi mi tu jedynie o podkreślenie tego aspektu historii: państwo zwalczało jak tylko mogło przedsiębiorców i właścicieli, przedsiębiorczość i własność prywatną.

Najpierw było tzw. „rozkułaczanie” polegające na zabieraniu (nacjonalizowaniu) własności ziemi uprawnej i gospodarstw a zastępowanie ich budową Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów), – które miały stanowić odpowiednik radzieckich „kołchozów” (Koliektiwnoje haziajstwo). Kto posiadał ziemię – był „kułakiem” – wrogiem ideologicznym, któremu należało siłą odebrać absolutnie wszystko (nie tylko ziemię) i w ostateczności - dać mu kufajkę, gumiaki i zatrudnić go na etat „oborowego” w tym – jeszcze do niedawna jego własnym – gospodarstwie. To w najlepszym przypadku, bo jeśli władza wyczuwała jakiekolwiek sprzeciwy, delikwent przepadał w więzieniu NKWD albo wędrował gdzieś na daleki północny-wschód… Bo radziecka NKWD miała w Polsce swoje więzienia dla wrogów polskiej władzy ludowej.
W domach tychże dawnych właścicieli powstawały regionalne dyrekcje RGR-ów, Państwowe Ośrodki Maszynowe do obsługi PGR-owskiego sprzętu rolniczego, Dyrekcje Lasów Państwowych (także znacjonalizowanych) albo inne urzędy państwowe terenowe i trwały tam do czasu, gdy jeszcze można było tam fizycznie egzystować, a gdy dom już popadał w ruinę bez remontów – władza wyprowadzała się a okoliczna ludność rozkradała wszystko, co jeszcze się do czegokolwiek nadawało, choćby na opał… Bo władza ludowa niczego tak bardzo nie nienawidziła – jak remontować cokolwiek, a już szczególnie, gdy to było „poniemieckie”.

Później pojawiali się inni wrogowie ludu: to „badylarze” – czyli ze wszech miar godni pogardy i podejrzani ideologicznie właściciele małych szklarni i tunelów foliowych, czy szkółek sadowniczych. Oczywiście – dobrze było, że coś produkują, w szczególności żywność, ale skandalem było to, że to jest ich własne, a na dodatek – zarabiają na tym i to dla siebie, nie dla klasy robotniczej…!
Byli też „cinkciarze”, czyli ludzie nielegalnie handlujący walutami obcymi. W Polsce obrót walutami, np. dolarami amerykańskimi – był surowo zabroniony i był przestępstwem. Legalne były jakby „zamienniki walut”, czyli tzw. „Bony Pewexu” oraz specjalne bony „Baltona” – dla elity osób zarabiających legalnie w walutach wymienialnych. Obrót mimo to oczywiście istniał, istniało też „podziemie” i „półświatek” a i spora część obecnie najbogatszych osób w Polsce – swoje majątki początkowo wywodzi z tego właśnie okresu. Przypuszczam, że aby to robić, należało być emerytowanym milicjantem, funkcjonariuszem „służb”, albo przynajmniej tymże - sowicie się „odpłacać”…
W czasach gierkowskich, gdy kontrola nad tym wszystkim stała się coraz trudniejsza – władza państwowa wymyśliła inny sposób; mniej zwracano uwagę na sposób i miejsce powstania zysku "prywatnego", a coraz bardziej – na miejsce jego ulokowania, lub wydatkowania.
Więc nie – co, gdzie i jak ktoś zarobił, a – czego jest właścicielem, co ma. Nie powinien przy takiej polityce władzy w zasadzie nic mieć, a jeśli miał – to należało wyjaśnić, skąd.
Zrodził się wówczas pomysł dodatkowego zapanowania nad dyscypliną podatkową; ocena dochodów po stanie posiadania, a nie po oficjalnie ujawnianych zarobkach. Wiadomo zresztą, czemu cały świat się dziwił od zawsze, że Polak więcej wydawał niż zarabiał i poniekąd do dzisiaj tak jest. Władza nie chciała się jednak z tym pogodzić, to znaczy z aż taką konkurencją dla siebie; przestawała być elitą, towarzysze z komitetów się oburzali… więc wymyślono nowy sposób kontroli podatkowej: podatek nie tyle od wykazywanych dochodów a „po znamionach luksusu”. Z samochodami nie było jeszcze wówczas takiego problemu, bo tu „luksusu” w ogóle raczej nie było, (choć to rzecz względna), ale powstawać zaczęły bardzo dziwne domy. Jak dekoracje do filmów grozy. Szczególnie do tego nadawały się niewielkie wille poniemieckie na przedmieściach albo w dzielnicach willowych, jeszcze często ze śladami na elewacji po seriach z ruskiej „pepeszy”, z ubytkami w otynkowaniu, dziurami w dachówkach. Zewnętrznie – po prostu bieda, ruina, nędza, zniszczenie… strach podchodzić, bo się zawali. A za to w środku…......
Bo wewnątrz nikt „znamion luksusu” nie mógł tak łatwo poszukiwać, a na zewnątrz – było widać to, co „trzeba”… czyli nic.

Dlaczego ja to piszę?

Chcę nawiązać do pojęcia SOLIDARYZMU SPOŁECZNEGO, czy po prostu solidarności.
Solidarności międzyludzkiej, czyli – ludzkiej. Solidarności ludzkiej w wymiarze społecznym.
Te wszystkie zaszłości, czynniki kształtujące postawy ludzkie i sposoby myślenia - dotyczyły ludzi dziś będących w wieku zwanym "50+".
Mam wrażenie, że trzeba o tym mówić, pisać i rozmawiać, bo nie jest to dość szeroko rozumiane, a wyraźnie widać, że jakieś” siły” starają się tym „grać” i jak najbardziej to zagmatwać, wypaczyć, ośmieszyć i skompromitować.

Całkowita „klapa” programu rządowego pod nazwą „Program Solidarność Pokoleń, działania na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+” nie jest już dziś nawet negowana przez autorów, przez „czynniki rządowe”. Mówi się; no nie wyszło, całkowicie się nie udało, zostało zbojkotowane przez pracodawców… itp. Nie mówi się – dlaczego tak się stało, kto za to odpowiada no i… co dalej. Co dalej! - bo program ten miał konkretne uzasadnienie i cel. Cel społeczny najwyższej wagi, który nie został osiągnięty ani niczym zastąpiony. Kluczowymi postaciami związanymi z tym jest Michał Boni i Władysław Kosiniak Kamysz.

O jakich tu ludziach (beneficjentach ostatecznych) piszę:
Dzisiejsza młodzież ma w szkołach pełną swobodę nauki języków obcych, wręcz jest to propagowane, promowane, ułatwiane. Bardzo rozpowszechniony jest już dostęp do komputerów, jeśli nie osobistych to choćby w bibliotekach, świetlicach, kafejkach internetowych a to daje bazę do używania programów multimedialnych edukacyjnych, w tym i do nauki języków. W czasie, o którym pisałem wcześniej – przyznanie się do posiadania krewnych za granicą było bardzo niebezpieczne, zamykało wiele drzwi i możliwości, zamiast je otwierać. Uczenie się języka obcego poza rosyjskim (który był obowiązkowym przedmiotem nauczania w szkołach), było jakieś podejrzane, nie chwalono się tym, pomocą bywały tylko „czarne” płyty gramofonowe a później – kasety magnetofonowe, bardzo kiepskie podręczniki szkolne wyłącznie polskich autorów, zatwierdzone przez Ministra i Komitet. Zresztą - po co było się tego języka obcego wówczas uczyć; granice były zamknięte, paszporty - jeśli już ktoś posiadał - nie wolno było trzymać w domu a w depozycie w komendzie Milicji Obywatelskiej. Każdy wyjazd z Polski był niemalże UCIECZKĄ i... co najważniejsze - nikt nie wierzył, że to się kiedykolwiek może zmienić...
Młodzież w wieku Pana Ministra Kosiniaka - Kamysza, od połowy lat dziewięćdziesiątych czyli w swoim wieku licealnym, miała możność obserwować przed wejściem w wiek "produkcyjny" wszystko to, co się dzieje z gospodarką Kraju, te "dzikie" prywatyzacje, bezmyślne niszczenie zakładów, które mogły być zmodernizowane, nagłe upadłości, gwałtowny wzrost bezrobocia, nieudolność i bezmyślność władzy. Dla starszego pokolenia było już za późno, ale oni mogli jeszcze dostosować się do tego co obserwują, zrewidować swoje plany czy wykształcenie zgodnie z przemianami gospodarki.

Dzisiejsza młodzież ma w programie nauczania zajęcia z przedsiębiorczości, są do tego podręczniki, wszelka dostępna literatura w bibliotekach i Internecie, poradniki, samouczki, uczniowie poznają zasady powstawania i organizacji firm, uczą się tworzenia biznesplanów. Są inne pomoce, gry edukacyjne jak Bankrut, niezliczone materiały w Internecie nie do ogarnięcia. W czasach, o których pisałem wcześniej – nie było to dostępne, zbytnie interesowanie się tym było negatywnie oceniane, szkodziło uczniowi i pracownikowi, było to ideologicznie podejrzane i zwalczane. Własność miała być wyłącznie społeczna, a od biznesu był Pan Dyrektor i Pan Sekretarz organizacji zakładowej PZPR. Ludzie wówczas nie mieli takiej niezależności spojrzenia, samoświadomości – dlatego uważali, że tak widocznie ma być a zgniły kapitalizm już za chwilę upadnie. Jedynym podręcznikiem na wszystkich kierunkach studiów była „Ekonomia polityczna kapitalizmu” – Oskara Lange. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych zestaw informacji o formach działalności gospodarczej, przepisach prawnych, podatkowych, procedurach postępowania itp - można było wyłącznie nabyć za "ciężkie pieniądze" w niektórych firmach consultingowych...

Dziś się uczy i przyzwyczaja młodych ludzi do mobilności zawodowej, do tego, że pracę można a nawet należy zmieniać, gdy czują zastój, brak możliwości awansu itp. Że praca jest dla człowieka, ma dawać mu satysfakcję nie tylko materialną, ale i osobistą, poczucie rozwoju i wykorzystania swoich możliwości. Że pracę należy wręcz zmieniać co kilka lat – by uniknąć „wypalenia zawodowego” czy rutyny… W czasach, o których pisałem wcześniej, ówczesnych młodych ludzi dziś będących właśnie w wieku 50+ uczono i przekonywano, że liczy się wierność firmie, że najlepiej całe życie pracować w jednym miejscu, bo to zaszczyt i honor. Awans był możliwy głównie poprzez struktury partyjne, dlatego dla wielu był niedostępny. Nie traktowano poważnie tych, co często zmieniali pracę; uważani byli za niepewnych i mieli trudności ze znalezieniem dobrej pracy. Premiowało się doświadczenie, rutynę, nieprzerwany staż.

Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać różnice a najczęściej – przeciwieństwa pomiędzy tamtym systemem a obecnym. Oczywiście nie będę tego robił, ale chcę wykazać, że ludzie dziś w wieku 50+ a wówczas młodzi – są tacy jak ich nauczono, jakie były wymogi uznawane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Tamten system był dla nich niezależną od nich rzeczywistością, oczywistością.

W czasie upadku minionego systemu, rozwiązania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej a następnie rozpoczęciu przemian gospodarki w założeniu z „socjalistycznej” na „wolnorynkową” – zdawano sobie sprawę, że będą problemy dla pokolenia pracowników wychowanych w starym systemie, mających już kilku czy kilkunastoletni staż pracy a obecnie nagle przenoszonych do innego systemu gospodarczego. Wszystko to wymknęło się jednak spod kontroli władzy państwowej - o ile założymy optymistyczne, że władza chciała to kontrolować, ale nie potrafiła.
Wszystko odbyło się w sposób chaotyczny, bezmyślny i barbarzyński.
Przemiany musiały jednak nastąpić a chodziło o to by złagodzić ich skutki dla Bogu ducha winnych, dobrych i wydajnych jeszcze do niedawna pracowników, dobiegających wtedy wieku czterdziestu lub czterdziestu kilku lat. Polska odzyskała suwerenność w tym i gospodarczą, ale chodziło o to, by ci ludzie, którzy tę suwerenność wywalczyli – mogli także się z niej cieszyć, mino że ona zniszczyła cały ich świat wartości i dorobku zawodowego.
Aby mogli się cieszyć z odzyskanej wolności - patrząc w przyszłość, a nie przeklinać ją - patrząc ciągle wstecz.

Dziś niedouczonej, cynicznej gówniarzerii łatwo jest rzucać oskarżenia; że ci "50+" są mało przedsiębiorczy, nie znają się na informatyce, nie znają języków obcych a i czasem - swój własny, ojczysty - dość kiepsko im "idzie", że są mało "mobilni" zawodowo, słabo tolerują zmiany i nowości, często nie mają prawa jazdy... A przecież są tacy jacy mieli być, jak ich wychowano, jak tego oczekiwało społeczeństwo; to samo społeczeństwo tego samego kraju...
Bez przesady zresztą; w takim gadaniu jest wiele przesady i złośliwości. poszukiwania sztucznych, naciąganych i nieprawdziwych oskarżeń. Ludzie ci kończą kursy, w tym i komputerowe, nie są ograniczeni umysłowo. Mogli być bardzo przydatni. Wiek pięćdziesiąt kilka lat - to jeszcze szczyt możliwości, a już - szczyt doświadczenia, równowagi. Zresztą - przecież mają pracować do wieku 67 lat...

Na zasadach solidaryzmu społecznego ludzie ci mieli uzyskać pomoc społeczeństwa w dostosowaniu się do transformacji gospodarczej.
Już wówczas zostali oszukani przez społeczeństwo, gdyż zamiast pomocy - rozprzestrzeniło się wśród „pracodawców” przekonanie, że „ludzie w wieku ponad 40 lat nie nadają się już do żadnej pracy, tak są zdemoralizowani „socjalizmem”… Byli zwalniani z pracy, powstała pierwsza ogromna fala bezrobocia dla ówczesnych 40+. Dzisiejsze bezrobocie także najbardziej dotyka tę grupę, z tym, że dziś mają oni już po pięćdziesiąt kilka lat.
Jeszcze nie mają uprawnień do emerytur, jeszcze są pełnosprawni - więc nie mają uprawnień do rent, nie istnieją już emerytury wcześniejsze, czy specjalne emerytury dla bezrobotnych - jak w Niemczech czy Norwegii. A oni już nie mogą nigdzie uzyskać zatrudnienia, są skandalicznie szykanowani z całą obojętnością władzy i błogosławieństwem prawa, które przecież zabrania szykanowania kogokolwiek!

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii, pazernych "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy, i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo a zwłaszcza władza - nie dorosła do solidaryzmu.
Nawet zasiłki związane z rejestrowanym bezrobociem, mimo że są tylko czasowe, przyznawane na dość krótki okres czasu, przyznawane są jednie nie więcej jak 20% bezrobotnych. Jak żyją pozostali? Te 80% które zasiłków nie otrzymuje? Jak umierają?! Jakie cierpienia fizyczne i psychiczne znoszą – próbując walczyć o przetrwanie, o zachowanie przynajmniej godności do końca. Ciągle wzbudzając w sobie nadzieję i tracąc ją...

Co do wspomnianego „Programu Rządowego”, który był od początku fikcyjny i nie został zrealizowany - przygotowanego przez Platformę Obywatelską pod przewodnictwem Pana dr Michała Boniego – będę analizował tu w przyszłości bardziej szczegółowo jego elementy. Także dokument implementacyjny oraz „sprawozdanie z realizacji” jakie sprokurowało Ministerstwo Pracy Pani Minister Fedak z PSL w styczniu 2011 roku, także we współpracy z Panem dr Bonim. (Pan Boni jest doktorem kulturoznawstwa, ale specjalizował się chyba w kulturze dzikich...)
Taki program, takie działania - jeszcze powinny powstać i powinny być pilnie, natychmiast wdrożone, przynajmniej wobec tych, którzy jeszcze są w stanie podjąć normalną, odpowiednią dla nich pracę. Jest późno, ale nie za późno, przynajmniej dla części osób z tego przedziału wiekowego. Zaczną pracować, płacić składki ZUS-owskie, podatki i zarabiać na obecnych emerytów. Pozostali powinni otrzymać jakieś świadczenie pozwalające na egzystencję, bo to państwo przecież nie wykonało swojego konstytucyjnego obowiązku, odrzuciło ich, uniemożliwiło im pracę dla wypracowania dochodu narodowego i samodzielnego utrzymania się.

Trzeba być dziś skończonym sukinsynem, by tym ludziom zalecać dziś "zakładanie działalności gospodarczej" i zarzucać im, że tylko jednostkom się to udaje, albo zalecać im wyjazdy do pracy za granicę i zarzucać im brak mobilności i nieznajomość języków, a już tym bardziej kazać im sobie samodzielnie "radzić" w imię jakiejś idiotycznej lewackiej "równości" - na tak zwanym "rynku pracy" - który przecież żadnym rynkiem nie jest, a jeśli - to skrajnie wypaczonym i pogrążonym w bezprawiu... szczególnie co do "prawa pracy". Trzeba być skończonym sukinsynem, ale... jednak takich przecież nie brakuje...

Jestem przekonany, że historia kiedyś właściwie oceni ten czas, winy i zasługi konkretnych osób; polityków, teoretyków i działaczy. Że badacze życia społecznego już niedługo obiektywnie zbadają, udokumentują i opiszą to, z czym mamy do czynienia teraz. Że określą z imienia i nazwiska - winnych. Chciałbym, aby wówczas – jak dawniej w odniesieniu do ludzi, których uznano za zdrajców narodu – ich portrety były pokazywane w telewizji wraz z wielkimi napisami:

H A Ń B A !


Ofiarom to nie da satysfakcji, ale...

W Polsce brak opozycji politycznej. Nie jest nią PiS ani Pan Kaczyński, nie jest nią SLD ani Pan Miller, nie jest nią Palikot ani Pawlak. Najlepsze co może zrobić Pan Jarosław Kaczyński - to "dać sobie spokój" i zająć się wreszcie kotkiem, (broń Boże - nie pali..., no i najlepiej - swoim) pozwalając wreszcie na powstanie autentycznej opozycji zajmującej się skutecznie sytuacją społeczną wewnątrz Kraju. W Polsce brak autentycznych związków zawodowych, zajmujących się działalnością syndykalną. Panoszą się konfederacje pracodawców - lobbystów zdziczałego, zacofanego, polskiego, wypaczonego kapitalizmu...

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii - czyli tzw. polityków, pazernych buraków i "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo dotyczące pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo ale w szczególności zwłaszcza władza - cywilizacyjnie nie dorosło do solidaryzmu.

Odwiedziny: