BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty

15/03/2015

Jeśli jest szansa - to w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Pisałem kiedyś, że człowiek prawdopodobnie jest w stanie tak naprawdę zrozumieć jedynie to, co leży w zakresie jego osobistego doświadczenia. Może dlatego tak niewiele jest zrozumienia dla tragedii jaką jest brak zatrudnienia - dla osób praktycznie uzależnionych od pracy najemnej. Bo to jest kolejna propozycja wspomnianego w poprzednim tekście przykładowego drania czy durnia: skoro nie ma zatrudnienia – bezrobotny może rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek.

Ale to jest kolejny idiotyczny mit ideologii PO.

Człowiek zdolny do rozpoczęcia nawet w mikroskali działalności gospodarczej – nie jest przeważnie, i to nieraz latami - bezrobotny. Te kilka czy kilkanaście tysięcy złotych możliwe do uzyskania w konkursie PUP na dotacje do rozpoczynanej działalności gospodarczej to zbyt mało by mogło wystarczyć; ta pomoc jest z natury jedynie dofinansowaniem dla kogoś kto już ma możliwości lokalowe i część kapitału, a zwłaszcza ma pomysł i wiedzę.
Podstawą działalności gospodarczej jest zatrudnianie pracowników, tylko w ten sposób można osiągnąć wystarczające obroty czy przychody i osiągnąć z nich wystarczający zysk. Społeczeństwo tak czy inaczej nie może się składać z samych przedsiębiorców. Oczywiście; należy dążyć do rozwoju drobnej przedsiębiorczości. Kto ma być przedsiębiorcą, bo posiada wszystkie potrzebne cechy – z pewnością będzie nim, nawet państwo mu w tym nie przeszkodzi, ale środowisko osób bezrobotnych nie jest miejscem gdzie można by szukać masowo osób o takich cechach, bo gdyby je posiadali - nie byliby bezrobotni.

Żeby żyć, trzeba mieć pieniądze, choćby w minimalnej, ale niezbędnej ilości. Żeby być bezrobotnym sensu stricte i starać się o zatrudnienie także trzeba mieć niezbędne środki, bo utrzymanie standardu osoby gotowej i zdolnej do natychmiastowego rozpoczęcia pracy – wymaga ponoszenia ciągłych kosztów. Dlatego w rejestrze bezrobotnych powinni być tylko i wyłącznie bezrobotni, aktywnie poszukujący zatrudnienia, ściśle spełniający wymogi i wszyscy oni powinni mieć przyznany zasiłek w wystarczającej do zaspokojenia podstawowych potrzeb wysokości na czas poszukiwania zatrudnienia i z przebiegu tego poszukiwania – rozliczani.
Bezrobocie jest pochodną stanu gospodarki a ten – nie zależy od postawy tego pojedynczego potencjalnego pracownika a raczej – od założeń politycznych oraz stanu gospodarki lokalnej i światowej, który także tym bardziej od tego nieszczęsnego człowieka nie zależy. Państwo jest tworem tworzonym przez ludzi i dla ludzi, dla dobra, dla pomocy a nie niszczenia i eksterminacji, dlatego – skoro narzuca sytuację i zasady postępowania, musi wziąć na siebie obowiązek realnej pomocy w egzystencji dla osób, dla których z jakiegoś od nich niezależnego powodu brakuje miejsc pracy, czyli miejsc zdobycia środków do życia w zamian za wykonaną pracę. Przedsiębiorcy muszą pracować w konkretnym otoczeniu obowiązujących i respektowanych przepisów prawa regulujących działania gospodarcze. Przedsiębiorcy muszą mieć swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w ramach prawa, pełny wpływ na koszty i zysk. Mają prawo dbać głównie o swój zysk. Natomiast państwo ma działać tak, by ta swoboda nie obracała się przeciwko jakimś grupom społecznym innym niż przedsiębiorcy, przeciwko społeczeństwu jako całości. Na przykład – by jakieś durne mity funkcjonujące wśród przedsiębiorców nie wyłączały swoim „widzi mi się” z aktywności zawodowej całych grup wiekowych, jak teraz ludzi w wieku produkcyjnym po 45 czy 50 roku życia ale przed wiekiem emerytalnym. A jeśli już – to by owo wyłączenie z aktywności odbywało się na bezpośredni koszt pracodawców.

Państwo tworzone i zarządzane (bezpośrednio lub pośrednio) przez przedsiębiorców – to jest w rzeczywistości zamach na państwo! Jest ono skandalicznym wypaczeniem i w ostatecznym rozrachunku musi ponieść klęskę. Mamy z tym bezpośrednio do czynienia w tym kraju. Prawdopodobnie to właśnie jest przedmiotem szantażu, tzw. afery podsłuchowej czy „taśmowej”. Musi to w przyszłości stać się przedmiotem zainteresowania Trybunału Stanu.
Jednak nim to się stanie przedsiębiorcy zgromadzą tak czy inaczej swój podły zysk, zdobędą swoje majątki i w ostateczności wytransferują je za granicę, a wszelkie koszty poniesie społeczeństwo, w szczególności pewne grupy „spisane na straty” – jak dziś osoby w wieku określanym jako „50 plus”.
Obecny okres bezwzględności i bezhołowia, związane z nim nazwiska – będą kiedyś w historii tego państwa okryte hańbą i wstydem. Ofiarom to nie przywróci zmarnowanych lat, straconego życia, cierpienia fizycznego i psychicznego.

Podstawowym źródłem finansowania działań urzędów pracy, tych wymienionych w ustawie o promocji zatrudnienia - jest Fundusz Pracy. To fundusz celowy powstający z obowiązkowych składek pracodawców. Nie wiem jak wygląda obecnie sprawa dostępności i wykorzystania dofinansowania unijnego - po zmianie tzw. perspektywy finansowej i przejściu na tzw. programy regionalne. Szkolenia dla bezrobotnych były, są i w najbliższym przynajmniej czasie będą straszliwym marnotrawstwem pieniędzy i to wcale nie dlatego jakoby miały być niepotrzebne. Po prostu od początku osoby bezrobotne są w tym jedynie pretekstem do pozyskania i wydania pieniędzy przy czym zarabia organizator szkoleń, firma szkoleniowa wyłoniona w przetargu oraz zajmujący się tym urzędnicy PUP i WUP. To po prostu nowe "pole biznesowe" w którym bezrobocie i osoby bezrobotne absolutnie nie są ważne poza ich funkcją "pretekstu" czy "alibi". Cała ta machina pozyskania środków i pasożytowania na nich przez urzędników wymaga istnienia bezrobotnych i bezrobocia na poziomie powyżej "naturalnego", dlatego wszelkie działania podejmowane są przez nich w taki sposób, aby wywołać obrót pieniądza na którym żerują ale nie zmniejszyć w sposób istotny wielkości bezrobocia które to legitymizuje; nie gotuje się rosołu z kury znoszącej złote jaja. Z bezrobociem trzeba "walczyć", ale nie wolno go przecież "zwalczyć" bo z czego dalej będziemy żyli - my urzędnicy, pracownicy pomocy społecznej? Bezrobotnym trzeba pomagać, ale przecież nie wolno im pomóc, tak by przestali być bezrobotni.
A poza tym; przede wszystkim władza bezmyślnie i nieodpowiedzialnie zredukowała przemysł, najpierw dopuszczając do jego rozkradzenia a potem świadomie na podstawie unijnej "ideologii dla naiwnych" - świadomie rezygnując z całych gałęzi przemysłu "na rzecz" Chin i Azji. Dlatego mamy autentyczny niedobór co najmniej dwóch milionów miejsc pracy. Druga sprawa to rozbieżność pomiędzy wiedzą, kompetencjami, doświadczeniem pracowników dawnych zakładów a współczesnymi potrzebami; przecież mieliśmy dość gwałtowny skok technologiczny i naukowy wynikający ze stopniowego znoszenia blokady "obozu radzieckiego" po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu faktycznej niepodległości (uważam że ten proces jeszcze się nie zakończył).

Jeszcze na dodatek zlikwidowano praktycznie szkolnictwo zawodowe i wiele technicznych szkół średnich. Istnieje więc stale pewna pula "aktualnie nieobsadzonych" miejsc pracy na które trwa nabór, szacuję to na średnio kilkadziesiąt tysięcy, bo zawsze jest jakiś ruch na "rynku pracy" ale są to w większości stanowiska związane z oczekiwaniami których bezrobotni nie są w stanie spełnić nawet po kursie zawodowym; chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie w dziedzinach które do niedawna nie istniały, połączone ze znajomością co najmniej jednego języka obcego, prawem jazdy i posiadaniem własnego samochodu wykorzystywanego do pracy, doskonałym opanowaniem zaawansowanych a specjalistycznych programów komputerowych itp. Poszukuje się fachowców a nikt nie ma zamiaru umożliwić nowemu pracownikowi zdobywania wiedzy i doświadczenia już w trakcie pracy.
Tu właśnie byłoby miejsce na działania pomocowe, jako że działania pracodawców często w prostej linii zależą od ponoszonych kosztów. Rozpatrzmy konkretny przypadek jako abstrakcyjny przykład: mamy np. człowieka który był magazynierem ale w dawnych warunkach PRL-owskich, bez komputera i nowoczesnych rozwiązań technicznych. Ma sporą wiedzę ale też i braki, dlatego jest bezrobotny. (pomijam tu przyczyny gospodarcze - dla uproszczenia wywodu). Rolą pomocową urzędu pracy byłoby tak "na logikę" pomóc mu uzupełnić te braki tak by mógł być zaakceptowany przez współczesnego przedsiębiorcę jako pracownik dający szansę na pełną produktywność i bezpieczeństwo w wykonywanej dla niego pracy. Trzeba nauczyć go posługiwania się komputerem i programami magazynowymi. Powiedzmy, że trzeba nauczyć go też obsługi urządzeń magazynowych i wózków widłowych bo to teraz jest powszechnie oczekiwane. Słowem - trzeba mu pomóc spełnić podstawowe oczekiwania pracodawcy bo potem sam już będzie się doskonalił i nabierał doświadczenia - pracując, przynajmniej ma taką szansę. Człowiek bezrobotny nie ma pieniędzy na komercyjne kursy, kosztujące w tym przypadku co najmniej kilka tysięcy zł. Kursów organizowanych przez PUP na koszt FP jest bardzo mało w stosunku do ilości chętnych, widzących w tym swoją szansę. Powiedzmy jednak, że dostaje się na taki kurs i kończy go z wynikiem pozytywnym. Powraca do rejestru bezrobotnych - ponieważ pracodawcy oczekują nie tylko świadectwa nabycia wiedzy, ale i posiadania co najmniej rocznego doświadczenia praktycznego w jej stosowaniu, poświadczonego "referencjami" od poprzedniego pracodawcy.
Powracając do rejestru bezrobotnych lub podejmując przypadkową zupełnie inną prostą pracę (stróż, ochroniarz) człowiek ten szybko zapomni to czego się na owym kursie nauczył. Jest szansa, że gdyby początkowa faza zatrudnienia tego człowieka obyła się bez kosztów ponoszonych przez pracodawcę - zgodziłby się on dopuścić tego człowieka do pracy np. na pół roku, by dać mu szansę nabrania doświadczenia w posługiwaniu się wiedzą nabytą podczas kursu. Potrzebna jest tu organizacja stażu dotowanego w 100% z FP lub pieniędzy unijnych na "walkę z bezrobociem". Jeśli to jeszcze mało, to po zakończeniu tego stażu człowiek ten powinien mieć szansę dalszej pracy np. na zasadach prac interwencyjnych - dotowanych już tylko w 40 czy 50%, Po roku takiej pracy będzie miał i wiedzę i doświadczenie, najprawdopodobniej powróci do normalnej pracy zawodowej u tego lub innego pracodawcy, czyli na trwałe przestanie być bezrobotny. 
Moim zdaniem ten ciąg "kurs, staż, ewentualnie dodatkowa praca dofinansowana (interwencyjna)" powinien następować automatycznie w działaniach urzędu pracy mających "walczyć z bezrobociem". Chodzi o skuteczne wyeliminowanie powodu bezrobocia tego człowieka. Dla posłanego na kurs automatycznie powinien być organizowany dalszy staż, bo inaczej brak doświadczenia zawodowego spowoduje zmarnowanie niejako wiadome już z góry pieniędzy wydanych na ten  kurs. Przy braku dwóch milionów miejsc pracy innej alternatywy nie ma a inne działania będą zawsze prowadziły do marnotrawstwa środków i pozorowania pomocy w celu żerowania na jej kosztach. Gdyby bezrobocie było zbliżone do tzw. poziomu naturalnego, szacowanego na 2,5 - 3,5% to większość ludzi mogłaby samodzielnie poradzić sobie z tym problemem, gdyby oczywiście otrzymywał zasiłek pozwalający pokryć elementarne potrzeby na czas nauki i poszukiwania czy zmiany pracy. W Polsce ok.16% zarejestrowanych bezrobotnych ma prawo do zasiłku, najczęściej sześćset kilkadziesiąt zł miesięcznie maksymalnie na sześć miesięcy. Reszta bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zasiłku nie otrzymuje. Osoby w wieku powyżej czterdziestu kilku lat są bezrobotne ze względu na wiek, niezależnie nawet od wiedzy i doświadczenia; po prostu "w tym wieku (szczególnie 50+) już się nie zatrudnia" co jest ewidentnym złamaniem prawa ale na to żadne szkolenia ani dotacje nie pomogą, zresztą nie chodzi nam o budowanie chorej gospodarki opartej na dotacjach do zatrudnienia. Potrzebna jest tu całkowita zmiana a może ona nastąpić moim zdaniem tylko poprzez całkowitą zmianę władzy.

14/03/2015

Pozostaje tylko wściekłość, bezradność i żal...

Życie przynosi mi coraz to nowe dowody na to, że sytuacja osób pozbawionych pracy (jako formy zdobywania środków do życia) nie jest rozumiana przez innych, nawet bliskich czy znajomych - stale od wielu lat zatrudnionych i przyzwyczajonych do swojego stałego rozkładu dnia oraz przede wszystkim – stałego dopływu pieniędzy, statusu ekonomicznego, poziomu dochodów. Przyzwyczajonych do pewnego poczucia podstawowego bezpieczeństwa materialnego, wyrażającego się choćby w tej pewności, że na koniec miesiąca, w łatwym do określenia bo wyznaczonym przez prawo dniu wpłynie na ich konto bankowe wypłata wynagrodzenia za pracę; może nie imponująca, ale przewyższająca znacznie podstawę zasadniczej egzystencji.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.

Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.

Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.

Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.

W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.

Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.

To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".


Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.

To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.

Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.

11/04/2014

"Magiczne "myślenie i "mniemanologia stosowana" – w walce z bezrobociem.

Wypowiedzi polityków na temat pracy w znaczeniu zatrudnienia pojawiają się ostatnio jakby częściej, czyli w ogóle się pojawiają w odróżnieniu od niedawnego jeszcze okresu całkowitego oficjalnego milczenia na ten temat – oczywiście prócz „zawodowego” propagandysty – ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniak Kamysza.

Powrót tej tematyki niewątpliwie jest spowodowany jedynie narastającą kampanią wyborczą, nie tyle nawet do Parlamentu Europejskiego co „kampanią w ogóle” gdyż przy jak dotychczas drastycznie spadającym poparciu społecznym obecnej koalicji rządzącej czeka nas najprawdopodobniej niekończąca się „jatka” wyborcza – po PE dotycząca wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

W ramach jednak udawania „społecznej wrażliwości” rozlegają się głosy na temat bezrobocia. Na przykład kilka dni temu wypowiedział się w tej sprawie Pan Euro-poseł Paweł Kowal (PJN, obecnie Polska Razem).
Stwierdził on mianowicie, że  
"...szkolenia bezrobotnych nie przynoszą żadnych efektów, dlatego chciałby, aby dotacje unijne w wysokości 2 miliardów złotych przeznaczone na szkolenia – zostały wydanie na tworzenie nowych miejsc pracy dla ludzi młodych a nie na szkolenie bezrobotnych. Obecny system umożliwia tylko zarabianie firmom szkoleniowym, dlatego jego ugrupowanie „Polska Razem” ma zamiar bacznie się przyglądać wydatkowaniu tej kwoty."
W mojej opinii słowa te są najprawdopodobniej podyktowane wyłącznie zapotrzebowaniem wyborczym. Pan Kowal chciałby zapewne pozostać parlamentarzystą europejskim, doszedł więc do wniosku, że ostentacyjne słowa mające przekonać ludzi młodych iż mają w nim rzecznika ich interesu – dadzą mu głosy młodych i pozwolą zwyciężyć w wyborach dużo pewniej, niż głosy bezrobotnych, nawet tych „szkolonych”.
Jednocześnie prezentuje on tu postawę typowego polityka, który dba o poparcie „obojętne od kogo” byle skutecznie, ale przy okazji prezentuje się jako człowiek „mniej-więcej zorientowany w temacie” to znaczy; słyszący że gdzieś dzwonią, ale nie wiedzący dokładnie w którym kościele.

Bezrobocie związane jest z zasadniczymi zmianami w strukturze gospodarki wywołanymi przez „polski” czyli głupi, chaotyczny i anarchiczny proces „transformacji ustrojowej i ekonomicznej” a następnie – przez Unię Europejską. Bezrobocie powstało zarówno poprzez zanik wielu miejsc pracy np. w związku z likwidacją pewnych zakładów lub nawet dziedzin przemysłu, ale także zaniku pewnych zawodów, które stały się wybitnie „nadmiarowe”. Wpłynął na to także brak odpowiedniej polityki edukacyjnej powiązanej z planowaniem zmian gospodarki. Miary problemu dopełnił także „skok” technologiczny, gwałtowny napływ nowych rozwiązań technicznych i technologicznych które stały się dla wielu starszych pracowników szokiem, bo Polska była przecież przez długie dziesięciolecia PRL objęta (jak i cały blok radziecki) blokadą dostępu do nowej myśli technicznej, zdobyczy nauki i nowych technologii (materiałów i technologii ich produkcji) itp. W związku z tym wielu ludzi w „średnim wieku” mających już wówczas za sobą co najmniej kilkunastoletni staż pracy – stało się całkowicie zbędnymi dla pracodawców. Po pierwsze liczba funkcjonujących miejsc pracy zmniejszyła się w sposób trwały o ok. pięć milionów (w szczycie) co dało bezrobocie o stopie w granicach 24 – 25%, z drugiej strony bardzo wielu pracowników zostało niejako mimochodem pozbawionych zawodu – który nagle stał się zbędny. Dochodziły do tego elementy dodatkowe w postaci jakichś idiotycznych mitów na temat zatrudniania ludzi starszych; mitów funkcjonujących do dzisiaj a ponadto zaczęto budować zręby „niewolnictwa pracowniczego” poprzez zmiany w prawie i praktyce, wprowadzanie wymyślnych procedur naboru pracowników, szczególną socjotechnikę niszczenia ich poczucia godności, poczucia wartości, zadowolenia z dotychczasowych osiągnięć, szacunku dla pracy i dla pracodawcy, czyli tzw. „etosu pracy” itp.

Wspominam o tym by wyjaśnić jeszcze raz, po co są potrzebne szkolenia dla bezrobotnych oraz skąd się wzięła taka potrzeba. Chodzi po prostu o formę walki z bezrobociem polegającą na uzupełnianiu, aktualizowaniu lub całkowitej zmianie kwalifikacji osób które stały się bezrobotne – po to by mogły one spełnić ponownie oczekiwania i wymagania jakiegoś (jakiegokolwiek) pracodawcy i powrócić do normalnej pracy w dotychczasowym lub nowym zawodzie, stając się w miarę samodzielne finansowo.
Szkolenia kwalifikacyjne, kursy zawodowe itp. są nadal niezbędne. Oczywiście rzeczywiste szkolenia profesjonalnie zaplanowane i przeprowadzone. Jednocześnie – same w sobie nie są wystarczające do zmniejszenia bezrobocia, gdyż od wiedzy i umiejętności pracowników poszukujących zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, następuje co najwyżej proces wymiany jednych zatrudnionych na innych, podobnie jak w rejestrach PUP – jednych bezrobotnych na tych co jeszcze niedawno pracowali. Dlatego też stopa bezrobocia od dawna utrzymuje się na podobnym poziomie.
W wystąpieniu Posła Kowala przede wszystkim występuje element nierównego traktowania pracowników lub kandydatów do zatrudnienia. Nie ma kontrowersji czy wzajemnego przeciwstawienia bezrobotni – młodzi, bo młodzi to prawie połowa bezrobotnych i młodzi jako bezrobotni tak samo potrzebują szkoleń – jak i ludzie starsi.
Szkolenia bezrobotnych miały być formą walki z bezrobociem. Nie jest prawdą, że nie dają one efektów. Prawdą jest, że efekt ten jest zbyt nikły jak na wielkość przeznaczanych na to funduszy. Efekt jest zbyt niski – bo państwo które dysponuje pieniędzmi – wyższego efektu nie wymaga. To państwo realizuje scenariusz łatwego zarabiania na „szkoleniu bezrobotnych” przez firmy szkoleniowe. Top wynika z ideologii tej władzy. Tam gdzie jest dużo pieniędzy a nie ma właściwego zewnętrznego nadzoru nad ich przeznaczeniem oraz wykorzystaniem zawsze efekt jest niewłaściwy, ale czy to bezrobotni za to odpowiadają? Efekty szkolenia bezrobotnych wynikają ze sposobu ich organizowania, z przyjętego sposobu zwalczania bezrobocia jedynie poprzez oddziaływanie na bezrobotnych a nie na faktyczne jego przyczyny, które leżą po stronie gospodarki i pracodawców. Jeśli efektem nazywać realny spadek stopy bezrobocia, to szkolenie bezrobotnych powoduje po prostu, że jest więcej bezrobotnych dobrze przygotowanych do podjęcia pracy – dla których tej pracy nie ma.

Istnieje problem pokolenia transformacji; ludzi którzy często nie znają żadnego języka obcego a i własny – nieraz dość słabo, nie umieją często posługiwać się sprzętem komputerowym i biurowym, nawet nie mają prawa jazdy. Dlaczego? Bo tak ich wychowała Polska – państwo ludowe czasów ich młodości, w którym „ideologicznie podejrzane” było znać obcy język a posiadanie znajomych lub krewnych za granicą „obozu” było niemalże równoznaczne ze szpiegostwem; w którym latami czekało się na otrzymanie wcześniej przedpłaconego samochodu i jego posiadanie było ewidentnym luksusem dla najbogatszych; kraju w którym do połowy lat dziewięćdziesiątych komputer widywano głównie na amerykańskich filmach.
Ludzie ci nie są już przeważnie w stanie przed wiekiem emerytalnym nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego w takim stopniu, aby móc go wykorzystywać do pracy, na zdobywanie prawa jazdy jest dla nich też już zbyt późno z powodu wieku. Ludzie ci nie są w stanie zostać przedsiębiorcami rozpoczynając własną działalność gospodarczą, bo wychowywali się w czasach w których działalność gospodarcza była niechciana, tępiona, zwalczana ideologicznie.
Zresztą nie jest możliwe ani potrzebne, by społeczeństwo składało się z samych przedsiębiorców. Nie może być tak, by nieznajomość języka niemieckiego spychała Polaka żyjącego w Polsce na margines egzystencji. To co to za Polska.
Ludzie ci mogą i muszą być dobrymi pracownikami, ale muszą istnieć dla nich właściwe stanowiska pracy, pracy usługowej lub choćby pomocniczej albo pracy w produkcji lub usługach – w której nie będzie się od nich wymagać tego, czym nie dysponują, np. posługiwaniem się językiem obcym, posiadania prawa jazdy itp. Nie może być tak, że Polak w Polsce zdycha z głodu, bo nie zna Niemieckiego albo nie potrafi i nie chce zajmować się własną działalnością gospodarczą. To jest po prostu jakieś zwyrodniałe, nieludzkie, dzikie; to forma eksterminacji. W takim samym stopniu dotyczy to i młodych.

Rozgraniczanie na młodych i starszych – gdy mowa o ubieganiu się o pracę graniczy z łamaniem prawa; prawa które zabrania nierównego traktowania pod jakimkolwiek względem kandydatów do zatrudnienia oraz już zatrudnionych. Szczególnie dotyczy to wieku. Bezrobocie równie dotyczy młodszych i starszych; jeśli mowa o przeznaczaniu sporych funduszy na „tworzenie miejsc pracy” – to dlaczego w takim razie „dla młodych” a nie po prostu dla bezrobotnych.

Ponadto gdy chodzi o stwierdzenie Pana Kowala – trzeba by się zastanowić, jaki może być związek potrzeby „tworzenia miejsc pracy” z pieniędzmi z dotacji unijnych. Po pierwsze – tworzyć miejsca pracy w sensie dosłownym mogą jedynie przedsiębiorcy rozwijający swoją działalność gospodarczą a nie politycy ani urzędnicy. W tym celu musi się zacząć znów rozwijać krajowy przemysł produkcyjny i przetwórczy ewentualnie także rzemiosło a to jest sprzeczne z polityką Unii. To Unia wywołała w dużym stopniu ten problem i Unia go podtrzymuje.

Rozwój przedsiębiorstw wynikający z rozwoju gospodarczego powoduje rzeczywiste zapotrzebowanie na pracę ludzką i musi to być na dodatek zrównoważone wobec różnych grup pracowników, o czym wspominałem wyżej. Dopóki tak się nie stanie – a Pan Kowal jako przedstawiciel Polski w Unii o to nie zabiega, możliwe jest tylko udawanie tworzenia miejsc pracy – poprzez dotowanie zatrudnienia. W wyniku tego pracownik otrzymuje czasowo niewielkie wynagrodzenie de facto nie od pracodawcy a z funduszu zewnętrznego, pracodawca dostaje darmowego lub bardzo taniego pracownika ale dla wszystkich jest to rozwiązanie tymczasowe czyli niczego nie zmienia ani nie angażuje żadnej ze stron, jedynie zużywa fundusze unijne. Gdy pieniążki na dotacje do zatrudnienia się kończą, pracodawca likwiduje to tymczasowe i do pewnego stopnia „fikcyjne” stanowisko, pracownik trafia na powrót do rejestru bezrobotnych, Unia jest biedniejsza o dwa miliardy złotych a pracodawcy są o tę samą kwotę bogatsi.
Nie bardzo więc rozumiem, jaką dla Posła Kowala to stanowi różnicę; zmarnować te pieniądze na szkolenia bezrobotnych czy zmarnować je na dotowanie tymczasowego lub wręcz fikcyjnego zatrudnienia… Czy tak wyobraża on sobie „tworzenie miejsc pracy dla młodych”?

Pozostaje nadal otwarte pytanie – jak ich nie zmarnować, ale odpowiedzi na nie – nie znajdziemy podczas kampanii wyborczej – szczególnie u kandydatów.

05/04/2014

Oskładkowanie tak zwanych umów „śmieciowych”.

Przede wszystkim i już na samym wstępie – trzeba stwierdzić, że określenie „umowa śmieciowa” jest idiotycznym wymysłem słowotwórczym o kompletnie niezdefiniowanym znaczeniu; w zasadzie każdy może to rozumieć inaczej.

Logicznie rzecz biorąc – umowa śmieciowa to umowa o wywóz odpadów komunalnych (zwanych śmieciami) lub ogólniej – powstających w gospodarstwach domowych i przedsiębiorstwach.
Używany jednak w sprawach dotyczący pracy – to zwrot stworzony prawdopodobnie przez jakichś niedouczonych dziennikarzy tabloidów i „brukowców” albo działaczy Solidarności (co ostatnio na jedno wychodzi) – celowo zawierający w sobie już spory ładunek emocjonalnej oceny, niemożliwej do jasnego sprecyzowania. Zadaniem dziennikarstwa jest jednak przede wszystkim bezstronny opis rzeczywistości a nie jej stronnicza ocena i wymyślanie „poetyckich” propagandowych epitetów na określenie zauważanych zjawisk. Niektórzy widzą źródło tego określenia w odniesieniu tej umowy do pracownika którego ona ma dotyczyć; traktowaniu go „jak śmieci”. Pod tym względem niektórzy do tak określanych umów włączają i umowy na czas określony oraz umowy na pracę tymczasową, zwłaszcza związane z delegowaniem pracownika przez firmę pośredniczącą do różnych prac, odbierane jako tak zwane „pomiatanie człowiekiem”. Oczywiście inaczej odbiera to starsze pokolenie – które zna „normalność” w stosunkach pracy a inaczej młodzi – którzy od kiedy stali się świadomi otoczenia widzą „to co jest”…

W związku z tymi trudnościami odrzucam całkowicie to określenie i nie będę się nim posługiwał; przyjmuję tu doraźnie na potrzeby tego tekstu, że chodzi o umowy cywilnoprawne czyli oparte na prawie cywilnym; konkretnie umowę zlecenia oraz umowę o dzieło. Miarą „zaciemnienia” powstającego (być może nieprzypadkowo) z powodu tego typu określeń jest to, że niektórzy do umów „śmieciowych” zaliczają także umowę o pracę na czas określony, która ewidentnie należy już do domeny prawa pracy i jest z tego powodu „oskładkowana”.

Przez „oskładkowanie” rozumie się istnienie obowiązku prawnego naliczania i odprowadzania przez pracodawcę do ZUS składek ubezpieczenia społecznego (emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe) a także składki ubezpieczenia zdrowotnego oraz innych, nie mających charakteru ubezpieczeniowego (fundusz pracy i fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych).

Należałoby tu też wspomnieć o tzw. leasingu pracowniczym oraz o rosnących jak przysłowiowe grzyby po deszczu firmach „pośrednictwa” zwanych „Agencjami Zatrudnienia” – w których dochód a więc i zarobki ich właścicieli i pracowników pochodzą po prostu z „pośrednictwa pracy”, ale nie jedynie w sensie dobierania kandydatów do pracy wg. kryteriów klienta jakim jest podmiot potrzebujący pracowników a – także w całym okresie pracy; firma taka negocjuje z takim klientem odpowiednie stawki miesięczne za pracę odpowiedniego pracownika po czym wyłania taką osobę w procesie rekrutacji i sama ją zatrudnia – proponując jej stawkę płacy dużo niższą niż sama wynegocjowała i „delegując” tego „swojego” pracownika do wykonywania zadań u tegoż klienta.

To jest coś dla mnie po prostu OBRZYDLIWEGO tak jak i obrzydliwi są właściciele – ludzie żyjący tam sobie jak rodzynki w cieście przez „lichwę pracy”, na garbach ciężko pracujących ludzi… a niemalże nic „twórczego” przy tym nie robiący oprócz wykorzystywania wysiłku innych… To tak bardzo „platformiane” w swojej ideologii, takie „tuskowe” – w swoim cynizmie i bezwzględności.

Nie tylko jednak o wspomniane składki tu chodzi; wrzucenie do jednego kotła umów cywilnych z umowami na czas określony wskazuje raczej, że chodzi tu o ich negatywny wpływ na sytuację pracownika; małe powiązanie z pracodawcą, brak perspektyw stabilizacji płacowej i negatywne tego skutki jak choćby brak zdolności kredytowej itp. Przy umowach na czas określony – chodzi tu o patologię polegającą na wielokrotnym ponawianiu umowy na niezbyt długi okres, rozwiązującą się automatycznie po jego upływie (bez konieczności wypowiadania).

Umowa o pracę na czas określony jest normalną umową opartą na kodeksie pracy; można tu jedynie zastanawiać się nad ograniczeniem liczby takich umów pomiędzy tymi samymi podmiotami, tak by były one stosowane zgodnie z ich przeznaczeniem. Umowa taka ma stanowić element „elastyczności” zatrudnienia, ale jest umową dobrowolnie zawieraną przez strony umową o pracę, a więc widocznie korzystną dla obu stron, w pełni opartą na przepisach kodeksu pracy – więc w tym przypadku patologiczne jest tylko nagminne jej powtarzania – mające na celu uniknięcie standardowego zatrudnienia na czas nieokreślony.
Pod pewnym względem do umów „śmieciowych” należałoby zaliczyć umowy o pracę tymczasową. Generalnie – wszystkie te rozwiązania zawierające w sobie element aspołecznego traktowania pracy, traktowania rynku pracy jak targ niewolników – którym odebrano prawa prócz prawa do „miski ryżu” i tyrania do śmierci dla wzbogacenia swojego „pana”.

Najgorsze zaś jest w tym spostrzeżenie, że takie postępowanie władzy nieuchronnie musi obudzić z lamusa naszej historii „proletariackie” postawy społeczne i całą tę ideologię, w tym wypadku – samoobronną, z ogromną szkodą dla społeczeństwa jako całości ale dziś nikt się tym nie przejmuje; kto się zdąży „nachapać” to jego a w ostateczności – wyjedzie, bo „szmal” nie ma przynależności społecznej i narodowej… pozwala się wręcz od niej uwolnić.

Sprawa „oskładkowania” czyli upowszechnienia obowiązku odprowadzania składek od wynagrodzenia wiąże się też z pojęciem prekariatu – nowym pojęciem a jednak już kwestionowanym nawet przez osoby dotychczas uważane za autorytety w sprawach pracy, jak prof. Joanna Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego tak ostatnio medialnie lansowana, odgrywająca pewną rolę w medialnej kampanii politycznej PO. Ma to także związek ze społeczną funkcją pracy, z jej rolą w życiu człowieka, z podstawowymi zasadami ekonomii humanistycznej.

To obszerna tematyka i tym właśnie będę się w najbliższym czasie zajmował.
Serdecznie zapraszam do odwiedzania mojego blogu a także do aktywnego zajmowania się tą tematyką, podejmowania tych tematów w każdym czasie – bo chodzi tu wbrew „mediom głównego nurtu” – o sprawy najistotniejsze dla nas i naszych dzieci. Dotychczas, w moim blogu także napisałem co najmniej kilkanaście tekstów, które uważam za bardzo trafnie oceniające sytuację „pracowniczą”, w szczególności sytuację pracowników bezrobotnych a w tej grupie – szczególnie pozostawionych na pastwę losu pracowników bezrobotnych w wieku po zwyczajowo przyjętym pięćdziesiątym roku życia; niektóre z nich mimo upływu czasu wcale się nie zdezaktualizowały… podobnie jak obecna władza; i może to mieć jakiś związek…

29/03/2014

Media usłużne wobec władzy kreują fikcyjny obraz rzeczywistości. Wierz w to co sam widzisz i czujesz.

Myśl samodzielnie!

Samodzielnie – to znaczy sam decyduj o czym myślisz, czym się interesujesz i zajmujesz. Teraz – Ty o tym nie decydujesz, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. O tym, o czym Ty myślisz – decydują dziś inni.
To skurwysyński pomysł władzy, by korzystając z efektu popularności mediów „tabloidowych”, niechęci ludzi prostych i zmęczonych do wnikania w sprawy skomplikowane i drażniące – stworzyć im kanał (dez)informacyjny odciągający ich uwagę od spraw rzeczywiście dla nich ważnych, a skupiający się na wybranych odgórnie tematach i zdarzeniach przyciągających emocjonalnie uwagę i kanalizujących niezadowolenie ludzi gdzieś poza władzą.

Mają Cię za durnia i prostaka – interesującego się głównie plotkami, debilnymi „walkami kogucimi” polityków i tym czy Doda miała dziś majtki, czy też nie…
To sieć osób na usługach tej władzy (Tuska, PO), mająca wpływ na część „mediów”, które przyciągając metodami manipulacji socjotechnicznej uwagę odbiorców do wybranych „nośnych” a mało ważnych spraw bez istotnego znaczenia, jednocześnie odciągają uwagę ludzi od rzeczywistych problemów. Od spraw najważniejszych, afer i wpadek niekorzystnych dla władzy, ujawniających prawdę o ekipie rządzącej i podłym państwie przez nią stworzonym. Nurt ten, zwany „głównym nurtem” (mainstream)  kojarzy się głównie z kilkoma dziennikarzami wszechobecnymi w różnych mediach, reprezentującymi interesy tzw. „salonu” III RP.
Pomysł jest stary jak komunizm, z pewnością starszy niż PRL. Tyle, że w czasach PRL dopiero „raczkował”. Ale już wówczas, jeśli w jakim zakładzie pracy wybuchł konflikt pracowników z dyrekcją – prasa pisała o protestach górników – w RPA. Gdy milicja spałowała grupę ludzi pod jakimś sądem rejonowym – domagających się elementarnej sprawiedliwości – prasa pisała o strasznych, brutalnych bandach Afrykanów w Nowym Jorku i dzielnej tamtejszej policji. Dziś to banalne; technika manipulacji została przez władzę bardzo udoskonalona. Dziś funkcjonariusze władzy spośród zdarzeń typują te, które zdolne są po odpowiednim „naświetleniu” pobudzić emocje, wywołać zainteresowanie i reakcję i na wiele dni lub tygodni odciągnąć uwagę ludzi od tego, co naprawdę jest ważne a co wówczas umyka uwadze tych ludzi. Karmią Cię tym, jak podły gospodarz świnię – trocinami. Sami – objadają się smakołykami.
Codziennie w Polsce zdarza się kilka – do kilkunastu zabójstw, w tym i dotyczących dzieci, ale odpowiednio „na czas” wyciągnięta i nagłośniona sprawa jednego z nich („matka małej Madzi”) przyciągnęła uwagę durnej gawiedzi na wiele miesięcy, tym samym odciągając ją od innych dużo ważniejszych spraw. Ileż to łamów zapełniono pisaniną o różnych wersjach, scenariuszach tej sprawy; gdy zainteresowanie społeczne spadało – to się nagle pojawiały jakieś nowe wersje lub „fakty”… nowe akcje słynnego detektywa itp.

Codziennie w Polsce jest kilkadziesiąt wypadków komunikacyjnych, w tym wiele śmiertelnych, spowodowanych z udziałem osób nietrzeźwych; wyciąganie nagle jednego z nich, (owszem – bardzo tragicznego ale śmierci nie da się przecież wartościować) – znów ma czemuś służyć. Pomysł na wprowadzenie obowiązku posiadania alkomatu w każdym samochodzie nie zmniejszy liczby wypadków a… da zarobić „elicie” biznesowej: chodzi o kwotę rzędu 150 milionów zł do zarobienia na sprowadzeniu i sprzedaży tychże alkomatów a także sporo na mandatach za nieposiadanie ich. Być może tylko po to tak nagłośniono ten jeden z wielu wypadków – żeby na tym zarobić. Zewsząd wyłazi „ideologia chciwości” PO: najważniejsze – zarobić, zrobić majątek dopóki rządzi syndykat biznesowo-polityczny i jest zgoda na zarabianie za wszelką cenę. Podobnie w innych sprawach, choćby skandalu „taśm Serafina” z którego dzięki odpowiedniej ingerencji zrobiono jakiś tam drobny „wybryk” bez znaczenia, podobnie w sprawie powiązań niejakiego Plichty z „Amber Gold” i jego linii lotniczych z Premierem Tuskiem i zwłaszcza z jego synem – Michałem tam zatrudnionym.
A wiec – myśl samodzielnie, to znaczy – nie daj się prowadzić jak bezmyślny gamoń podrzucanymi Ci celowo tematami zastępczymi.

… Ale o czym?

Sam decyduj – co jest dla ciebie aktualnie najważniejsze i najciekawsze, co jest warte Twojej uwagi, co domaga się wyjaśnienia, ujawnienia i rozliczenia – i o tym mów, o tym pisz i na temat tego szukaj informacji,. zadawaj pytania korzystając ze swoich konstytucyjnych praw.

Myśl o sobie! O swoim życiu i swojej własnej sytuacji – bo w takiej sytuacji jest też kilka milionów innych ludzi, Polaków, kilkadziesiąt milionów Europejczyków. Myśl o stanie swojej rodziny, o swoich relacjach małżeńskich nadszarpniętych biedą, niedostatkiem, rozłąką z powodu „przymusowej” emigracji zarobkowej. Zastanawiaj się – co jest tego przyczyną. Jak to zmienić (jak usunąć tego przyczynę, odsunąć ją od władzy). Myśl o ostatnich kilku latach które nie wiedzieć kiedy przeleciały w trudzie, codziennej trosce i chleb, walce o przetrwanie i „związanie końca z końcem”, zapewnienie dzieciom tego przynajmniej co absolutnie niezbędne. To Twoje lata; lata twojego życia które już nie powrócą, bezpowrotnie stracone.
Myśl – dlaczego w tym kraju jest tak jak jest; jak byś chciał, aby było – żeby było normalnie. Zbliżają się wybory samorządowe – więc zastanów się na kogo głosować, kogo bezwzględnie skreślać. Słuchaj tego co mówią politycy lokalni a czego nie mówią, korzystaj z możliwości zadawania pytań i pytaj o to, co Ciebie dotyczy bezpośrednio, nie o kary dla pijanych kierowców i butne, bezczelne wypowiedzi jakiegoś Anglika. Zmuszaj kandydujących polityków do wyraźnego wypowiadania się na tematy – które Ciebie bezpośrednio dotyczą. Oni potrzebują Twojego głosu i dlatego muszą odpowiadać, muszą się jasno zadeklarować. Dla Ciebie najważniejsza jest przecież praca w kraju, możliwość uczciwego zarobienia na godne życie tu, gdzie jesteś „u siebie”.
Myśl o wykształceniu swoich dzieci, o możliwości zapewnienia im nauki, znajomości języków obcych, styczności z kulturą i sztuką. Myśl o zmęczeniu, troskach, niedostatku, o szybko przemijającej młodości i nadszarpniętej niedostatkiem urodzie swojej wybranki, tej najpiękniejszej – z którą chciałeś przeżyć swoje życie i wychować swoje dzieci.

Nie jesteś durniem; nie daj się więcej traktować jak dureń przez dziennikarzy i przydupasów „salonu” nabijającego swoje konta w szwajcarskich bankach.
Myśl samodzielnie i myśl o sobie! W takiej samej sytuacji są dziś miliony innych Polaków. Żyją w niedostatku, zarabiają z trudem, słuchają głosu „elity”.

15/02/2014

Myślmy i rozmawiajmy o Polsce i o nas – nie o podrzucanych nam „tematach zastępczych”!

Aktualny program wyborczy PIS jest dyskusyjny, ale z pewnością zasługuje na uwagę.
Przede wszystkim w związku z utrzymującą się (według większości badań opinii publicznej) przewagą poparcia dla tej partii – nad obecnie rządzącą koalicją.

Najbardziej rzucającą w oczy cechą tego programu jest to, że on jest i jest jawny – w odróżnieniu od kompletnego zaciemnienia w sprawach projektów i planów Platformy Obywatelskiej, ukrytych w cieniach gabinetów i ciemnych umysłach zasiadających tam ludzi. Dewizą Donalda Tuska jest: „Ciepła woda w kranach będzie dla większości a reszta – ma pecha; my będziemy robić „dobrze” a jak – to sami zobaczycie, gdy już wam zrobimy” co wystarcza jedynie tak zwanym „lemingom”…

W poprzednim wpisie przytoczyłem jeden z podrozdziałów obszernego programu (całość ma ok. 190 stron) – dotyczący pracy.
To oczywiście fragment wycięty z obszernej całości, a przecież wszystkie zjawiska społeczne są „w życiu” połączone ze sobą różnymi powiązaniami przyczynowo skutkowymi, dlatego o sytuacji dotyczącej pracy jako źródła podstawowego dochodu pracownika najemnego decydować będzie tak naprawdę całość polityki władzy i stopień jej rzeczywistej realizacji, który z różnych względów nigdy przecież nie wynosi 100%.
Moje drobne, naprędce nasuwające się uwagi:

Praca musi być „dobrem” powszechnie dostępnym, nawet gdyby z jakichś powodów w danym momencie rozwoju Polski, Europy czy Świata – nie mogła być środkiem zapewniającym „godne i dostatnie” życie. Jest tak także i wtedy, gdy może pozwolić na podstawowe pokonywanie codziennych trudności i zaspokajanie czasowo tylko podstawowych potrzeb. W sytuacji szczególnej – np. globalnego czy kontynentalnego kryzysu gospodarczego czy finansowego – państwo musi mieć w dyspozycji także rozwiązania „kryzysowe” – być może pozwalające doraźnie tylko przetrwać, ale zabezpieczające przed sytuacjami skrajnymi.
Wiadomo, że obecnie tak nie jest, bo „system Tuska” (jak to nazywa Jarosław Kaczyński) dopuszcza całkowite wycofanie się państwa z rozwiązywania zasadniczych problemów społecznych, pasywność władzy wynikającą z założenia „magicznej” samoregulacji, obojętność państwa na sytuację czy los „mało znaczących” grup obywateli, bezwzględność w traktowaniu niektórych problemów – jakby nie istniały, lub były tylko „sprawą prywatną” – jeśli nie dotyczą one grup faworyzowanych i w małym stopniu wpływają na sytuację polityczną (poparcie).
Wszystko to dzieje się przy jaskrawej niezgodności poczynań władzy z Konstytucją.

Oczywiste wydaje się patrzenie na „świetlaną przyszłość” i daleko posunięte ambicje, wyjście „do przodu” w definiowaniu zamiarów mające wreszcie wydostać społeczeństwo z minimalizmu „biedy w czasie kryzysu”, ale jednocześnie brak mi w tym programie odniesienia do tego „co dziś”, do natychmiastowych koniecznych działań interwencyjnych w sytuację choćby osób z grupy wykluczonych z rynku pracy ze względu na wiek (jak to nieoficjalnie tłumaczą pracodawcy). Nie wystarczy mieć dobry cel i zacząć iść w jego kierunku, ale – na czas tego marszu – także trzeba stworzyć możność zaspokojenia pewnych podstawowych potrzeb. Niejeden już „zdechł” w drodze do świetlanej przyszłości, bo nie pomyślał o „tu i teraz”…

Odnośnie liczby osób bezrobotnych z grupy określanej jako „50+” na „ponad 500 tys.” trzeba stwierdzić, że niedawno określano ją na „ponad 700 tys.”; może to być dużo więcej niż tu podano, gdyż liczba ta dotyczy bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy a jak wiadomo, przez minione kilka lat spora część osób w tym wieku, na podstawie doświadczenia własnego oraz obserwacji poczynań PUP i MPiPS – zrezygnowała z rejestrowania się w PUP albo świadomie i z własnej inicjatywy zrezygnowała ze statusu osoby bezrobotnej – widząc bezsensowność tego, praktyczną bezczynność urzędów pracy czy nawet resortu pracy. Po prostu świadomie stali się osobami całkowicie nieaktywnymi zawodowo, pomimo że początkowo chcieli i mogli pracować – przejmując jakieś role w swoich rodzinach i pozostając często na ich utrzymaniu.
Otóż osoby te powinny móc powrócić do pracy przy stworzeniu do tego właściwych warunków i zapotrzebowania, bo słusznie program podnosi także sprawę obciążenia rodzin utrzymaniem swoich bezrobotnych krewnych – jako nielegalnym czy nieformalnym dodatkowym podatkiem.

W swoich odniesieniach do problemu ubezpieczeń społecznych, program zdaje się nie dostrzegać wpływu proponowanych zmian na stan indywidualnych kont obywateli w ZUS oraz wpływu zgromadzonych tam środków na wysokość przyszłych emerytur. Program nie odnosi się także do zmian funkcjonowania ZUS pod tym względem.
Program dostrzega dramatyczny spadek liczby osób bezrobotnych posiadających w myśl obecnej ustawy prawo do zasiłku, lecz nie proponuje żadnego doraźnego działania by ten stan zmienić, zanim skutek zaczną odnosić bardziej zaawansowane zmiany zmniejszające bezrobocie. Znów więc powracam do uwagi uczynionej na wstępie; Oczekiwana byłaby zmiana obecnej ustawy znacznie poszerzająca dostęp do jakiejś formy „zasiłku” dla bezrobotnych lub zastępczych form zarabiania na doraźne podstawowe potrzeby z jednoczesnym wskazaniem źródeł finansowania tych zmian w przesunięciach przeznaczenia istniejących środków publicznych. Moim zdaniem działania te powinny być równoległe bo sobie nie przeszkadzają; władza powinna powrócić do aktywnego zarządzania gospodarką a więc i jej „środowiskiem prawnym” ale jednocześnie w oczekiwaniu na wyniki – zrobić coś doraźnie, by „dać żyć” osobom pozbawionym pracy. Można i przejąc aktywną rolę w zarządzaniu gospodarką i zacząć aktywnie oddziaływać na kształtowanie właściwych społecznie postaw pracodawców i pracowników a także i interweniować w sprawie osób pozbawianych pracy ze względu na wiek – np. przyznając im coś w rodzaju odszkodowania (z uwagi na treść Konstytucji) za brak zatrudnienia a więc – brak środków do życia.

Niestety odnosi się wrażenie, że przy realizacji tego programu będzie „tak jaj zawsze” – to znaczy najpierw wybory, brawa, plany i programy a potem – długo, długo nic; długo, długo – ta sama stara „bida”, bo jeszcze „nie weszło w życie”, bo coś „czeka w kolejce w Parlamencie”, bo nowi posłowie i senatorowie „muszą się dopiero nauczyć” – itp. Program powinien więc zawierać nie tylko ambitne plany docelowe, ale i doraźne działania „na dziś” by natychmiast dało się odczuć poprawę w najtrudniejszych społecznie sprawach, właśnie takich jak całkowite wykluczenie zawodowe a co za tym idzie i społeczne setek tysięcy osób z grupy „50 plus”.
Program PIS odnosi się bezpośrednio do ludzi młodych, co jest strategicznie i taktycznie zrozumiałe, ale rozczarowujące jest, że poza „zauważeniem problemu” nie odnosi się w szczegółach do sytuacji osób w wieku produkcyjnym, wypchniętych przez społeczeństwo z rynku pracy. Byłoby tragiczne, gdyby ta dziś poszkodowana grupa obywateli znów została uznana za „mało ważną”, „marginalną”, zbyt mało wpływającą na poparcie władzy by się opłacało zajmować ich sytuacją.

Program sprawia wrażenie ostrożnego, nieco „nadmiernie ugodowego” to znaczy unikającego zajmowania się niektórymi rzeczywistymi a dyskusyjnymi problemami.
W niektórych kwestiach wydaje się on zbyt zachowawczy; być może jest to zjawisko nakierowane na unikanie kontrowersji z założeniem późniejszym korekt planów, już po uzyskaniu władzy.

W sprawie problemu osób pozbawianych zatrudnienia ze względu na wiek – nie wnosi on niczego zasadniczo nowego, co by mogło zmienić zachowanie pracodawców na „rynku pracy”, sprawić by ten tak zwany dziś „rynek pracy” poddał się rzeczywistym prawom rynkowym a nie „ręcznemu sterowaniu ideologicznemu” jak to ma miejsce dziś dla zadowolenia „syndykatu polityczno-biznesowego”.
Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że by zmienić zachowanie pracodawców – należałoby to dziś niestety „wymusić” – oczywiście nie bezpośrednio (dlatego ująłem to określenie w cudzysłów) a raczej stwarzaniem odpowiednich bodźców ; dotyczy to nie tylko przestrzegania jakiegoś (takiego czy innego) prawa pracy, ale i prawa dotyczącego działalności gospodarczej i wynikających stąd obowiązków wobec (skarbu) państwa.
PIS nauczony doświadczeniem lat 2005 – 2007 i zwłaszcza późniejszych „przymila się” do pracodawców, co może dobrze wróżyć wynikowi wyborczemu, lecz źle moim zdaniem wróży wynikom koniecznych reform i zmian.

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

10/01/2014

Barbarzyński kraj; Polska.

Sprawa nadużywania przez nieuczciwych Polaków systemu świadczeń socjalnych w Wielkiej Brytanii – podniesiona niedawno na forum publicznym w UE przez Premiera Camerona, niejako przy okazji zwróciła uwagę na samo istnienie systemu świadczeń socjalnych w krajach Unii do których wyjeżdża najwięcej Polaków.

Piszę tu „wyjeżdża” a nie „emigruje” – bo w moim przekonaniu w myśl Układu z Schengen, Polak w Niemczech czy Anglii nie jest imigrantem sensu stricte; po prostu tam na jakiś czas lub bezterminowo wybiera sobie miejsce pracy i życia – korzystając z nadanego mu Układem prawa. Emigrantami są co najwyżej ci, co przybywają do któregoś z państw Strefy Schengen „z zewnątrz” tejże strefy. Wewnątrz Strefy – każdy obywatel Unii ma prawo swobodnego wyboru miejsca życia i pracy, nie można więc mówić o emigracji czy imigracji w takim stanie prawnym.

Awantura wokół „populistycznej zagrywki” Camerona związanej pewnie jakoś z tamtejszymi wewnętrznymi rozgrywkami politycznymi, samego Camerona i jego partii – zwróciła niejako przy okazji uwagę na kolosalne różnice pomiędzy systemem socjalnym Anglii czy Niemiec – a Polski. To bezpośrednio rzutuje na warunki życia w danym kraju a więc śmiało możemy to uznać za jeden z najważniejszych czynników wpływających na decyzję opuszczenia Polski przez Polaków i nie chodzi tu głównie o jakąś banalną „opłacalność”.
Bardziej chodzi o coś, co Polacy poza Polską określają jako „łatwość życia”; życia w ogóle, bo dotyczy to nie tylko strony bezpośrednio finansowej. System socjalny w Anglii po prostu pozwala mieć nadzieję, że niezależnie od zmiennych okoliczności życiowych, losowych czy osobistych – można będzie sobie poradzić, da się przeżyć w czasie wydobywania się z tych nagle zaskakujących człowieka trudności.
W Anglii nie ma ”rozdawnictwa” (cokolwiek miałoby to idiotyczne słowo oznaczać w ustach polskiego leminga lub prawicowego oszołoma), tam trzeba pracować by coś zdobyć a jednak w wypadku trudności – jest też realna pomoc. Tamtejsze społeczeństwo stwierdziło widocznie już dawno, że ta pomoc w ostatecznym rozrachunku wszystkim się najbardziej opłaca. Pomoc ta ma swoje znaczenie także w stwarzaniu warunków korzystnych dla sytuacji demograficznej; zachęca a przynajmniej w najmniejszym stopniu nie zniechęca do rodzenia i wychowywania dzieci – co ma zasadnicze znaczenie dla każdego narodu, również i brytyjskiego. Związane jest to z ogólną zasadą pewnego „luzu”, zasadą unikania wszelkich zbędnych stresów w życiu, w urzędach, w pracy… więc także i w okresie braku pracy.
Mało tego: w Anglii kobieta mająca dzieci w wieku poniżej 16 lat i zajmująca się nimi – ma prawo nie pracować (jeśli pracuje jej mąż), by rzeczywiście tymi dziećmi mogła się zająć; uważane jest to nie tylko za jej sprawę osobistą ale za sprawę wagi społecznej. Państwo pomaga tam w sposób naturalny młodym rodzicom oraz osobom samotnie wychowującym dzieci lub mającym chore dzieci – po prostu dlatego, że potrzebują oni pomocy (tu nie jest potrzebna żadna ideologia).
To nieodpłatna pomoc medyczna i merytoryczna dla matek przed porodem, darmowe leki przepisane przez lekarza, zniżki na zakup mleka, „becikowe” (na koszty wyprawki dla noworodka) w wysokości 50 funtów, itp. Osoba mieszkająca w Wielkiej Brytanii i mająca pod opieką dzieci do lat 16 otrzymuje zasiłek (dodatek) na dziecko tzw. Child Benefit – w wysokości 20,3 funta tygodniowo na pierwsze i 13,4 funta tygodniowo na każde kolejne dziecko. Co więcej – dzieci te nie muszą przebywać w Anglii gdzie przebywa jedno z rodziców, jedyny warunek dotyczy tego, że drugi z rodziców przebywający z dziećmi np. w Polsce – nie może tu pobierać „polskiego „zasiłku” na dzieci. Jeśli jedno z rodziców w Anglii pracuje a drugie nie i mają dzieci w wieku szkolnym – to otrzymują zasiłek Child Tax Credit w wysokości 200 funtów miesięcznie, dodatkowo w takiej sytuacji niejako automatycznie pracujący w Anglii rodzić otrzyma też zasiłek dla najsłabiej zarabiających mających na utrzymaniu rodzinę – tzw. Working Tax Credit także w wysokości 200 funtów miesięcznie.
Można także liczyć na pomoc – jeśli jest potrzebna – w „udźwignięciu” kosztów mieszkaniowych; to zasiłek mieszkaniowy dla rodzin słabo zarabiających (dochody poniżej 16.000 funtów rocznie). Jest to tzw. Hausing Benefit (Hausening) który przysługuje również studentom i osobom wynajmującym wspólnie (jako para lub w większej grupie) mieszkanie. Jego wysokość jest bardzo skrupulatnie dostosowywana do indywidualnej sytuacji osób ubiegających się, bo nie zapominajmy, że naczelną zasadą jest w tych wszystkich sprawach – pomoc dla rzeczywiście potrzebujących. Jest jeszcze zasiłek dla osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy „Income Support” – których dochody nie wystarczają im na utrzymanie, zasiłek dla osób poszukujących pracy „Jobseeker’s Allowance”, zasiłek z opłacanego podatku miejskiego „Council Tax Benefit”, dodatkowy zasiłek „Second Adult Rabate” itp.

Można oszacować, że suma zasiłków czyli pomocy dla rodziny wychowującej dzieci przeciętnie nie jest niższa niż ok. 650 funtów miesięcznie, ale „polacy-cwaniacy” potrafią wydębić i 1500 funtów miesięcznie z angielskiego systemu socjalnego, niezależnie od osiąganych zarobków – często w takim przypadku nielegalnych, ukrywanych (czyli „na czarno”).
Narzuca się tu refleksja dotycząca tego, jak wielkie możliwości w takiej sytuacji mają cwani i pozbawieni zasad „polaczkowie” w nadużywaniu tych wszystkich form pomocy, próbując naginać swoją oficjalną sytuację do przepisów brytyjskich, aby po prostu dostać czy trzeba czy nie jak najwięcej „bo się należy”, nieźle sobie żyć bez pracy, na koszt podatników, więc w tym i innych Polaków uczciwie pracujących i płacących podatki w Anglii. Z przykrością trzeba stwierdzić, że pretensje kierowane przez Premiera Camerona do Polaków są pod tym względem w dużym stopniu uzasadnione. Liczba Polaków w Anglii dochodzi już do 700.000.
To jednak oddzielny temat…

Piszę to wszystko nie jako poradnik dla wyjeżdżających, bo te informacje łatwo można znaleźć w Internecie.
Piszę to – by to zestawić z warunkami polskimi. I nie chodzi tu o bezpośrednie porównanie ilościowe (liczbowe). Uderza tu przede wszystkim właśnie różnica cywilizacyjna o której wspomniałem w tytule. Normalny zwykły człowiek po prostu chce żyć, chce przetrwać nawet w trudniejszych warunkach i gorszych dla siebie czasach. Niewiele w życiu da się przewidzieć z punktu widzenia pojedynczego człowieka, na bardzo niewiele można też mieć wpływ, poza tym przeszłość niejako zamyka przed nami wiele drzwi, czasem przy tym tylko niektóre otwiera. Życie ma swoją dynamikę i odbywa się zgodnie z nieznanym nam wcześniej scenariuszem; tak wiele może się zmienić w życiu człowieka, czasem nawet dość nagle.
Polacy w Anglii są przede wszystkim przyciągani tą „łatwością życia” w którym z realną pomocą państwa zawsze można sobie jakoś poradzić w zmieniających się w sposób nieprzewidywalny okolicznościach. To jest po prostu przyjazne dla ludzi państwo w którym można być milionerem, można należeć do establishmentu, ale też z drugiej strony – mając trudności ze znalezieniem jakiejś stałej pracy – także można jakoś żyć; choćby na minimalnym poziomie – ale można.
Tu dla nikogo nie jest zaskoczeniem tak jak dla polskiego ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza, że człowiek pozbawiony pracy z powodu bezrobocia – też MUSI MIEĆ jakieś pieniądze – by mógł tej pracy nadal skutecznie poszukiwać. Że aby szukać pracy – trzeba móc w miarę normalnie żyć, czyli utrzymać jakiś „dach nad głową”, móc się umyć, ubrać stosownie do pory roku, zjeść coś, mieć na telefon, na bilet do metra itp. (mam na myśli choćby absolutne minimum). Tam jest dla władzy „dziwnie” oczywiste, że jeśli by tak nie było – zarówno poszukiwanie pracy jak i pomoc socjalna nie spełnia swojej roli, staje się fikcją i przysłowiowym wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W barbarzyńskim polskim systemie, kojarzącym się niestety nadal jak przez dziesięciolecia z najgorszym rodzajem zaciekłego „kacapstwa” – człowiek pozbawiony pracy jest pozostawiony samemu sobie bez żadnych dochodów, nikogo nie obchodzi jego sytuacja i jego los. Jest tak – z założenia politycznego. Władza stosuje metodę „reglamentacji życia” – dbając o siebie, o dobre samopoczucie kasty stabilnie pracujących i nieźle opłacanych, w tym i swoich urzędników (służby cywilnej, administracji państwowej i samorządowej) – jako swojego głównego zaplecza wyborczego. Służalczo traktuje przedsiębiorców – świadomie tworząc dla nich w ramach jakiegoś syndykatu polityczno-biznesowego warunki rozwoju niewolnictwa pracowniczego – będącego w Polsce czymś normalnym i przez władzę oczekiwanym a poza Polską – hańbą Europy XXI wieku.
Ludzie pozbawieni pracy z przyczyn od siebie niezależnych (np. z powodu tolerowania przez władzę łamania prawa – poprzez odmowę „z zasady” zatrudnienia osób bezrobotnych po 45 roku życia) najczęściej są pozbawiani jakichkolwiek dochodów, a jednocześnie w ramach jakiegoś absurdu – wymaga się od nich utrzymywania stałej zdolności i gotowości do podjęcia pracy.
Urzędy pracy z powodu idiotycznej ustawy nie mają praktycznie nic istotnego do zaproponowania, zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje czasowo jedynie kilkanaście procent zarejestrowanych osób bezrobotnych.

Urzędy Pracy i cała machina związana z bezrobociem – nastawiona jest na to, żeby NIE DAĆ, żeby ODMÓWIĆ, żeby OGRANICZYĆ, wykazać człowiekowi – że mu się NIE NALEŻY! Ustawa – pisana w warunkach państwa socjalistycznego, gdy praca była i była obowiązkiem a bezrobotni – marginesem społecznym – po pewnych przeróbkach obowiązuje nadal w zupełnie innej sytuacji ekonomicznej i politycznej, sytuacji rzeczywistego braku pracy, nadal zachowując swój wypaczony, PRL-owski charakter, przeniesiony tam przez wypaczonych PRL-owskich urzędników. Jeszcze gorzej jest z ustawą o pomocy społecznej. Doskonalona jest stale „sieć” skomplikowanych, coraz bardziej szczegółowych przepisów, by zawsze móc uzasadnić odmowę – czegokolwiek by nie potrzebował bezrobotny. By ewentualną pomoc „omotać” tak wieloma wyjątkami, zastrzeżeniami i warunkami – które spełnią tylko nieliczni a które sprowadzają to wszystko do absurdu i marnotrawstwa środków – choć dają pracę urzędnikom i polityczne pozory dla władzy. Mamy tu do czynienia wręcz już z jakimś trwałym wypaczeniem psychicznym, zwyrodnieniem psychicznym osób zajmujących kierownicze stanowiska w Urzędach Pracy, Ośrodkach Pomocy Społecznej czy też w Ministerstwie. Jednocześnie implikuje to zwyrodnienie narastające w całym społeczeństwie, nie tylko poprzez bezrobocie ale i społeczną obojętność na nie, na jego skutki dla jednostki. Trudno sobie dziś nawet wyobrazić, że to Polska właśnie stała się kolebką „Solidarności”, że rozpropagowała to pojęcie społeczne na cały świat. Dziś Polska jest ZAPRZECZENIEM SOLIDARNOŚCI, JEJ ODWROTNOŚCIĄ! Taka jest po prostu „ideologia chciwości” – Platformy Obywatelskiej.
A przecież urzędy pracy stworzone są do czegoś dokładnie przeciwnego!; do tego by DAĆ!, by rzeczywiście POMÓC!, by uczciwie „dało się przeżyć” nawet w najgorszych warunkach!. System powinien działać tak jak w Anglii, Niemczech, Norwegii – i to dopiero wówczas jest czymś normalnym.

Człowiek pięćdziesięcioletni pozbawiony przez społeczeństwo pracy zarobkowej, pozostaje po prostu z niczym, jak w jakimś absurdalnym, tragicznym,szaleńczym survivalu w którym z założenia odgórnego nie ma prawa „dać sobie rady”; im dłużej walczy o życie, tym więcej uciechy i korzyści sprawia „elicie” żerującej na udawanej „pomocy dla bezrobotnych” i fikcyjnej „pomocy społecznej”, ale tak czy inaczej musi przegrać, a przegrana – to rozpad rodziny, to utrata dachu nad głową (bezdomność), szybkie stoczenie się do poziomu kloszarda, i śmierć – z zimna, z powodu niedożywienia i nieleczonych chorób, przez „następczy” alkoholizm… albo po prostu śmierć samobójcza, bo też i w tym wypadku samobójstwo bywa tożsame z zaprzestaniem walki o byt, z odmową dalszego „bawienia” elity”, obroną resztek godności. Sytuacja takiego człowieka w Polsce ma w sobie coś irracjonalnego, jest jak z ponurej powieści Franza Kafki, albo z ciężkiego snu imbecyla. Tak to władza z Platformy Obywatelskiej wyobraża sobie „system socjalny” w Polsce!
To jest właśnie ta różnica: Polski – barbarzyńskiego, dzikiego, kacapskiego zadupia a innych wysoko cywilizowanych przez wieki rozwoju krajów Europy. Nie tak łatwo jest widać wyjść z "systemu radzieckiego" - szczególnie gdy istnieje grupa interesu która się przed tym za wszelką cenę broni.

To z tego powodu Polacy decydują się opuszczać ten kraj, często na stałe, szukając gdzie indziej normalności, tej większej łatwości życia – dającej nadzieję na poradzenie sobie nawet przy bardzo niekorzystnym rozwoju ich spraw osobistych – na co przecież nie mają ostatecznego wpływu. Nie wszyscy jednak mogą wyjechać; jest bariera zdrowotna, bariera językowa, wreszcie bariera finansowa (by wyjechać trzeba mieć jakieś zasoby „na początek” no i choćby – na bilet…
Wielu porzuconych przez „państwo PO” ludzi – nie ma już jednak nawet na bilet.

Społeczeństwo – działając w obronie własnej musi jak najszybciej to zmienić, a żeby to zmienić – trzeba… najpierw zmienić...

31/12/2013

„Prywatyzowanie” pomocy dla bezrobotnych: i znów skok na kasę…

Nadal jesteśmy świadkami skandalicznego „spektaklu teatralnego” reżyserowanego przez Premiera i jego ekipę, pod tytułem „Walka naszego wspaniałego Rządu z bezrobociem i bohaterska pomoc osobom bezrobotnym”, jak choćby wczorajsza akcja Pana Ministra wspólnie z Premierem – na Twitterze, zatytułowana „podsumowanie minionego roku”…

Używam tu formy „my” – choć trzeba wyraźnie stwierdzić, że jednak ogólnie traktowani „my” jesteśmy tam jakby w różnym charakterze: znakomita większość – to nażarci i znudzeni widzowie siedzący na sali, ci których to już nie dotyczy, którym się już nawet nie chce klaskać ani wzruszać – reżyserom na chwałę i dla siebie na pożytek, a rozglądają się raczej – jak i gdzie by tu czmychnąć z tego nudnego przedstawienia; inni są tu aktorami, tyrającymi dla chleba („Śmiej się – pajacu”), wykorzystywanymi, starającymi się po prostu dotrwać do końca, ale są i tacy – którzy wyłącznie pilnują kasy, oczywiście pilnują jej – jak swojej. Kasa – dominuje też ich udział i sposób patrzenia na ten spektakl. Myślą: jak na tym zarobić… jak zarobić jeszcze więcej…

Miniony okres otrzymywania przez Polskę bardzo dużych kwot pomocy unijnej (2007 – 2013) na ograniczenie skutków bezrobocia i jego redukcję – był złotym okresem zarabiania na tych działaniach przez rodzimych cynicznych cwaniaków; szczególnie spektakularna była sprawa „szkoleń dla bezrobotnych” – które nie odnosiły prawie żadnego skutku jeśli chodzi o ich wpływ na wielkość bezrobocia czy sytuację osób bezrobotnych, za to pozwalały nieźle zarobić przeróżnym firmom szkoleniowym i instytucjom będącym projektodawcami i realizatorami różnych „projektów pomocy bezrobotnym” otrzymujących dofinansowanie unijne a polegających na szkoleniu osób bezrobotnych; przeważnie chodziło o działania psychologiczne, aktywizacyjne i szkolenia zawodowe potrzebne „psu na budę”.
Same programy „aktywizacji” i wszelkie inne działania w zakresie objętym programem – jako takie, przeprowadzane były najczęściej w sposób dobry, profesjonalny, ale po ich zakończeniu osoba biorąca w nich udział nadal nie otrzymywała żadnych ofert pracy, wszelkie jej wysiłki zmierzające do uzyskania pracy zgodnej z ukończonym kursem zawodowym – nie dawały żadnego efektu. Zaświadczenie o ukończeniu kursu, zdaniu egzaminu – nadawało się do podtarcia… a przecież wydano na to bardzo dużo pieniędzy. Autorzy ani tym bardziej realizatorzy tych projektów swoje zainteresowanie i aktywność ograniczali jedynie do własnych działań „tu i teraz”, zgodnie z planem realizacji zaprojektowanych i dofinansowanych działań, jednak bez żadnego zainteresowania ich finalnym skutkiem dla bezrobotnych a co za tym idzie – dla sytuacji państwa.
Tak jak i przed kursem – tak i po nim nieodmiennie taką osobę bezrobotną spotykała odmowa zatrudnienia, szczególnie gdy chodzi o osoby w wieku określanym jako „50 plus”. Nie można było zarzucić jej braku wiedzy (po kursie, szkoleniu) – to się jej odmawiało doświadczenia w tym zawodzie – byle tylko nie ujawnić rzeczywistego powodu odmowy, jako łamiącego prawo.
Po prostu; odmowa ta dotyczyła wieku tych osób a nie ich kwalifikacji, stąd działanie w kierunku zmiany ich kwalifikacji poprzez kursy i szkolenia dla nich nie mogło niczego zmienić i przeważnie nie zmieniało… Może raczej należało szkolić pracodawców z prawa pracy, by im wyjaśnić, że prawo w całej unii zabrania odmowy zatrudnienia ze względu na wiek…

Świadomie krytykuję tu nie pomysł a jego realizację, gdyż działania zmierzające do podwyższenia lub uaktualnienia kwalifikacji osób poszukujących zatrudnienia – są celowe i są wręcz konieczne, bardzo się tu też przydaje dofinansowanie z EFS. Muszą jednak one być nakierowane na konkretne potrzeby konkretnych osób i to najlepiej w porozumieniu z konkretnymi pracodawcami, muszą być skojarzone z aktywnym i ciągłym pośrednictwem pracy już przed takim kursem i w jego trakcie, tak by natychmiast po zakończeniu tego szkolenia następowało rozpoczęcie pracy, choćby na umowę na okres próbny. Działania takie mają sens gdy mają w realny sposób zmieniać sytuację osób im poddanych dotyczącą pracy czyli źródła dochodu a nie – jako pomysł na „biznes” dla osób je projektujących i realizujących, bez założenia osiągnięcia realnego skutku dla bezrobotnych.

Takie podejście – to instrumentalne traktowanie bezrobotnych, żerowanie na ich sytuacji, wykorzystywanie ich jako pretekstu do zarobienia na tym – czyli działania dość podłe. Najistotniejsze jest tu jednak to, że obie strony mają tu swój słuszny interes który da się połączyć, zamienić w sukces obu stron jednocześnie.
Ponadto samo działanie na bezrobotnych tu niczego nie zmieni; działania muszą dotyczyć i zdecydowanej walki z nielegalnymi formami zatrudnienia, z nielegalną sferą gospodarki (ogromnym i nadal rozrastającym się podziemiem gospodarczym), z łamaniem prawa pracy i naginaniem przepisów o nawiązywaniu stosunku pracy a także z działaniem promocyjno-informacyjnym nakierowanym na pracodawców czy ogólniej nawet – na przedsiębiorców, mającym na celu rzeczywistą promocję zgodnego z prawem zatrudniania. Prawo musi także stwarzać bodźce materialne powodujące, że zatrudnienia zgodne z prawem musi się coraz bardziej opłacać a niezgodne z prawem – opłacać coraz mniej i być związane ze stratami (karami) finansowymi a nawet pozbawieniem wolności (przestępstwa podatkowe).
Wreszcie działania władzy muszą skłaniać pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy poprzez rozwój działalności, bo miejsc pracy brak i powoduje to, że same działania mające na celu „aktywizację” bezrobotnych do poszukiwania pracy której nie ma – pogarszają sytuację zamiast ją poprawiać. Jak pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów – nie da się usadzić jedenastu osób na dziesięciu krzesłach i wszelkie próby zrobienia tego są marnowaniem czasu i pieniędzy, szczególnie gdy zadanie to powierzamy komuś od kogo „ilość krzeseł” zupełnie nie zależy…

Jednym z elementów „wielkiej reformy urzędów pracy” jaka wchodzi w życie z początkiem przyszłego roku jest pomysł, aby do aktywizacji bezrobotnych zaangażować zewnętrzne, prywatne agencje szkoleniowe, organizacje pozarządowe itp. Pomysł opiera się głównie na próbie powiększenia liczby aktywnych pośredników pracy i doradców zawodowych obsługujących bezrobotnych, bo urzędy pracy mają ogromny niedobór pracowników na tych stanowiskach oraz nie mają funduszy na bezpośrednie zwiększenie liczby pracowników tym się zajmujących. Pomysł ten, dość ogólnikowy początkowo, przechodził rożne stadia i wydawał się dobry; rzeczywiście małe NGO-sy nakierowane zgodnie z własnym profilem na konkretne grupy osób bezrobotnych w szczególnej sytuacji – mogłyby znacznie lepiej i skuteczniej niż urzędy pracy aktywizować ludzi poszukujących pracy; spółdzielnie socjalne, małe prywatne agencje zatrudnienia i szkoleniowe dobrze spełniłyby rolę aktywizacyjną, bo przecież obecnie także urzędy pracy same nie prowadziły szkoleń i kursów dla bezrobotnych a także zlecały ich prowadzenie firmom zewnętrznym wyłonionym w przetargach.

W przebiegu zmian i korekt projektu ustawy pojawił się tam jednak zapis, że urząd pracy może delegować agencjom zatrudnienia zadanie aktywizacji bezrobotnych, jednak w grupach nie mniejszych niż 200 osób. Dlaczego tyle – Bóg jeden raczy wiedzieć… Automatycznie eliminowałoby to małe organizacje pozarządowe i małe firmy szkoleniowe a preferowałoby największe agencje-kombinaty, bo mała agencja nie poradzi sobie z tak liczną grupą w jednym czasie, nawet podzieloną na mniejsze zespoły czy klasy. Małe agencje, spółdzielnie socjalne i NGO-sy przyjmujące np. 20 – 30 osób i uzyskujące za to skuteczność 60 – 70% z pewnością lepiej wykonałyby wspomniane zadanie, ale… zarobiłby na tym nie ten, co powinien…
Wiadomo jest, że chodzi tu o miliardy złotych a więc trwa po prostu walka o „przejęcie” rynku tych „usług”, mającego dać w przyszłości tak wielkie dochody. Jak by tego nie rozpatrywać – chodzi o prywatyzację usług szkoleniowych i aktywizacyjnych. Bezrobocie, bezrobotni jako ludzie – nikogo tu nie interesują; znów są tylko pretekstem.

Prywatyzacja nie miałaby tu znaczenia a wręcz stanowiłoby to szansę, gdyby określono dość wysoki pułap wymaganej skuteczności aktywizacyjnej dla tych firm; pisząc dość wysoki – mam na myśli skuteczność rzędu np. 70% (70% osób oddelegowanych do aktywizacji przez te agencje znajduje w wyniku tego stabilne zatrudnienie). Tymczasem oczekiwaną skuteczność określono na poziomie osiąganym dotychczas przez urzędy pracy (oficjalnie nieco ponad 40%). Chodzi tu o odsetek osób, jakie po zakończeniu działań którym zostałyby poddane w ramach tego projektu – uzyskałyby dzięki nim trwałe zatrudnienie (zostałyby wykreślone z ewidencji bezrobotnych). Od tego zależałaby także i wysokość wynagrodzenia dla takiej firmy „aktywizującej”.
Zresztą; skuteczność jest tu przecież dość mało zależna od jakichkolwiek działań aktywizacyjnych wobec bezrobotnych, bo przyczyną tak wysokiego bezrobocia jest słaba aktywność gospodarki skutkująca małym popytem na pracę ludzką, brak miejsc pracy w pewnych sektorach zawodowych (struktura), brak polityki gospodarczej władzy i przyszłościowej wizji gospodarczej kraju, zniszczenie lub marginalizacja (likwidacja) pod wpływem decyzji unijnych lub rodzimego bałaganu – pewnych dziedzin lub całych gałęzi gospodarki. Bezrobocie dużo bardziej dziś zależy od działań ministra gospodarki i ministra infrastruktury skoordynowanych z działaniami ministra finansów – niż od ministra pracy i jego pomysłów na „przelewanie z pustego w próżne”.

Szykuje się więc nowy spektakl „żerowania” na pomocy dla bezrobotnych, pozorowania działań i marnotrawienia gigantycznych kwot głównie w celu ich „prywatyzacji”, zamiast poważnego zajęcia się redukcją bezrobocia – poprzez likwidację jego przyczyn. W najlepszym przypadku agencje te skoncentrują się na wypracowaniu oczekiwanej od nich niewielkiej skuteczności poprzez wybieranie sobie kandydatów do aktywizacji – tych najbardziej rokujących na sukces, najłatwiejszych do przywrócenia do pracy, niekoniecznie zgodnie z posiadanym zawodem i doświadczeniem – tak by uzyskać oczekiwane minimum skuteczności ok. 40% i zainkasować idące za tym pieniądze, natomiast ani urzędy pracy ani też agencje nie będą się przejmowały tymi „trudniejszymi” bezrobotnymi, wymagającymi już (po kilku latach bezrobocia) większych organizacyjnie i finansowo zabiegów, co skazuje tych ludzi na kompletną degradację i stoczenie się lub przystosowanie się do narzuconych im nieludzkich warunków w nieludzkim państwie Tuska; zasilą oni istniejące lub stworzą nowe organizacje przestępcze, zasilą strefę gospodarki nielegalnej, handel narkotykami i inne patologie społeczne, z pewnością wielu z nich „poradzi sobie”… tylko czy społeczeństwu o to chodziło?
A wszystko to – w imię „nicnierobienia” czyli ideologicznej redukcji naturalnej roli państwa, „liberalizmu” odbierającego wolność i prawa najsłabszym na rzecz najsilniejszych, oraz „niewidzialnej ręki” – której skutki działania też są niewidzialne…

29/12/2013

W sprawie bezrobocia – nadal mało optymistycznie.

W informacjach płynących z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej jest od dawna jakaś dziwaczna nielogiczność, której nie potrafię zinterpretować pozytywnie. Jako osoba szczególnie „zainteresowana”, chciałbym raczej widzieć tam wszelkie możliwe pozytywy zamiast doszukiwać się nielogiczności czy wręcz niekonsekwencji, ale… nie da się.
Po prostu: nie da się. Z jednej strony – zgoda: pozytywne informacje dodają optymizmu wszystkim podmiotom od których zależy dalszy rozwój sytuacji; zarówno pracodawcom, jak i osobom pozbawionym zatrudnienia oraz pracownikom Ministerstwa czy też tak zwanych nie wiedzieć czemu Powszechnych Służb Zatrudnienia – którzy jak się wydaje powinni starać się w ramach wspomnianej „służby” jakoś skojarzyć tych pierwszych z tymi drugimi. Jest jednak w tym dążeniu do „optymizmu” pewna granica, za którą jest już po prostu kłamstwo, propaganda sukcesu lub ideologii, tworzenie rzeczywistości „wirtualnej” na potrzeby przypodobania się zwierzchnikom… Ja wierzę, że Minister Pracy lepiej niż ja zna kaszubską mentalność swojego pryncypała, ale dążenie takie nie usprawiedliwia naciągania faktów, stosowania języka propagandy, manipulacji informacją czy pseudo-psychologicznych sztuczek by „nie drażnić” tego „lwa”…

W kilku wcześniejszych tekstach wyrażałem pogląd, że Minister Pracy najprawdopodobniej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż ma w istocie bardzo niewielki wpływ na stopę bezrobocia, która jednak jest mimo to w odbiorze społecznym jakby „miernikiem” skutków jego działania i jego dorobku bądź braku tego. Zdaje sobie sprawę, jednak robić coś przecież musi, stąd przeróżne działania i projekty dla wnikliwego obserwatora śmieszne, irytujące lub co najmniej trzeciorzędne, nietrafione co do czasu, wagi, kolejności realizacji czy opłacalności prakseologicznej. Wydaje się, że w tym rządzie, pozbawionym pomysłów ale ideologicznie odrzucającym wszelkie pomysły „obce” – wystarczy po prostu „coś robić” a nie „coś zrobić” – bo dziś brak pozytywnego efektu ostatecznego łatwo jest jeszcze zrzucić na „kryzys”, „globalizację” lub „prawa rynku”. Minister Pracy – robi więc „coś”; strona ministerstwa pełna jest informacji o spotkaniach, dyskusjach, szkoleniach, konferencjach, konsultacjach, projektach – w tym niektórych nawet pilotażowych itp.
A tak praktycznie, w rzeczywistości…

Aby zilustrować jakoś moje zadziwienie informacjami ze strony Ministerstwa, przytoczę coś z „aktualności”: informację dotyczące sytuacji na tak zwanym umownie „rynku pracy” w listopadzie br.
W listopadzie pracodawcy zgłosili do (PSZ?) 55.000 wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej. Stopa bezrobocia na koniec listopada wynosiła 13,2% i była wyższa o 0,2 punktu procentowego niż miesiąc wcześniej, co oznacza 2.115.800 osób zarejestrowanych w urzędach pracy – dla których zatrudnienia nie było, i liczba ta od października wzrosła o 40.600 osób (w ciągu miesiąca). Liczba bezrobotnych na koniec listopada br. była o 58.000 wyższa niż na koniec listopada 2012.
Słowem – stopa bezrobocia wzrosła i to aż w piętnastu województwach, liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła, jednocześnie ministerstwo chwali się przekazaniem w listopadzie do urzędów pracy dodatkowo kwoty niemalże 100 milionów zł na dodatkowe „wsparcie” dla bezrobotnych (wzrosły koszty obsługi bezrobocia).
W tym czasie jednak dla przykładu Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie ogłosił… wstrzymanie naboru wniosków od pracodawców dotyczących organizacji prac interwencyjnych, organizacji robót publicznych oraz organizacji staży dla osób bezrobotnych – czyli podstawowych form wsparcia osób bezrobotnych, związanych z czasowym, dotowanym, odpłatnym zatrudnieniem lub – jak w przypadku stażu – pomocą finansową w postaci „stypendium stażowego” (odpowiadającego mniej więcej wysokości zasiłku). Te „instrumenty” Służb Zatrudnienia – już w roku bieżącym „nie grają”. Na co wiec zostaną spożytkowane te dodatkowe pieniądze?
Wiadomo zresztą, że urzędy pracy pod koniec roku „wygaszają” całą swoją działalność, by dokonać rozliczenia poprzedniego budżetu i z nowymi działaniami stratują dopiero w lutym lub marcu – kiedy ustalony zostanie ich kolejny budżet na nowy rok.

Ktoś doszukujący się pozytywów będzie jednak podkreślał inne aspekty sprawy: Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie o 0,2 punktu procentowego w stosunku do października, ale dynamika tego wzrostu w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego – spadła i to o połowę. Czyli jest źle, ale – „mniej źle”.
Pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy ale jest to o 12% więcej, niż przed rokiem; liczba wolnych miejsc (ofert) pracy rośnie. Liczba osób bezrobotnych w listopadzie też wzrosła, ale wzrost ten był mniejszy niż przed rokiem (zmniejszenie amplitudy wahań świadczy o stabilizacji ?). Bezrobocie wzrosło we wszystkich województwach (prócz Mazowieckiego, w którym nie zmieniło się) ale także i wzrosła we wszystkich województwach ilość ofert pracy.

Akurat wzrost liczby wolnych miejsc pracy i jednoczesny wzrost liczby osób bezrobotnych wbrew pozorom nie są ze sobą sprzeczne, ale też nie muszą nieść ze sobą informacji pozytywnej; świadczą o pogłębianiu się bezrobocia strukturalnego a więc o pogarszaniu się sytuacji. O coraz większym rozdźwięku pomiędzy potrzebami pracodawców (dotyczącymi kwalifikacji, zawodów, specjalności i doświadczenia kandydatów do zatrudnienia (czyli ludzi szukających pracy) z tym co oni mają do zaoferowania w rzeczywistości a nie w swoich naciąganych „listach motywacyjnych”. To z kolei dowodzi klęski działań PSZ zmierzających do zmiany charakteru strukturalnego bezrobocia i wynika, albo ma przynajmniej moim zdaniem bezpośredni związek z rezygnacją od prawie dwóch lat z działań szkoleniowych dotyczących przekwalifikowywania bezrobotnych lub uaktualniania ich dotychczasowych kwalifikacji – gdy należą one do tych uznanych za potrzebne na rynku pracy. Poza tym – cóż w takim razie robią prócz generowania kosztów – Wojewódzkie Urzędy Pracy a w nich – tak zwane „Obserwatoria Rynku Pracy” mające z założenia tworzyć wiarygodną informację o potrzebach pracodawców, informację potrzebną do właściwego ukierunkowania działań PSZ a nawet i całej edukacji narodowej właśnie po to, by unikać sytuacji jaka ma dziś miejsce.
Nie jestem przekonany, czy należy cieszyć się ze stabilizowania się stopy bezrobocia na poziomie około 13%; mimo mniejszych krótkookresowych wahań szczególnie w górę – jest to po prostu o wiele za dużo. Dokładniej – o 10%, bo tak zwana „naturalna stopa bezrobocia” (czyli ta nieunikniona i w gruncie rzeczy korzystna) jest obecnie określana na ok. 2 – 3%.

Ministerstwo podaje, że pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy co należy chyba rozumieć jako liczbę aktualnych ofert zatrudnienia. Nasuwają się tu jednak nieodwołalnie kolejne pytania: ile z tych ofert pracy „zwolniło się” na skutek zwolnienia (rozwiązania umów o pracę) z osobami wcześniej zatrudnionymi na tych stanowiskach. Jeśli 55 tysięcy pracowników zostało zwolnionych, to pojawiło się tyle samo „wolnych miejsc pracy”, ale bezrobocie też zwiększyło się o podobną liczbę. Bo przecież liczba ofert pracy wcale bezrobocia nie zmniejszy, gdyż mamy tu do czynienia jedynie z wymianą pracowników na istniejących już stanowiskach pracy, która jest jednoznaczna z podobną „wymianą” osób zarejestrowanych w urzędach pracy. W tym sensie liczba tak zdefiniowanych ofert nie ma żadnego znaczenia dla rozpatrywania bezrobocia i dlatego też pozornie duża liczba ofert bynajmniej nie koliduje z jednoczesnym wzrostem bezrobocia.

Parametrem określającym rzeczywistą zmianę sytuacji byłaby dziś raczej liczba powstających, nowych (wcześniej nie istniejących) miejsc pracy, oraz liczba osób przekwalifikowanych zgodnie z potrzebami pracodawców i zatrudnionych (bo strukturalny charakter bezrobocia polega przecież na BRAKU (niedoborze) miejsc pracy oraz na niedostosowaniu kwalifikacji bezrobotnych do potrzeb rynku pracy. Takich danych jednak Ministerstwo nie podaje.

Ponad tym wszystkim są jednak wnioski ogólne; nadal brak działań rzeczywiście mogących coś zmienić w sytuacji bezrobocia. Po pierwsze – chodziłoby tu o działania Ministerstwa Gospodarki skoordynowane z odpowiednią polityką Ministerstwa Finansów, tymczasem co do bezrobocia – wszyscy patrzą na ręce Ministrowi Pracy, tak jakby on mógł stworzyć brakujący milion miejsc pracy lub choćby – jakby ich brak był wynikiem jego działania czy zaniechania. Minister Pracy nie tworzy ani też nie likwiduje miejsc pracy, jeśli brak ich np. milion to tego żadne działania Ministra Pracy nie zrekompensują. Brak działań resortów gospodarczych natomiast zdaje się wynikać z założeń ideologicznych tej władzy, to znaczy z programowego założenia powstrzymania się od wszelkiej ingerencji polityków w zarządzanie gospodarką, ze ślepej wiary w „samoregulację” i samoczynnie następujące procesy kontrolowane wyłącznie przez przedsiębiorców. Dlatego jest tak – jak jest.

Sytuacja jest bardzo pesymistyczna, gdyż zbyt wielu ludziom jest „na rękę” to, że pewna część obywateli została wypchnięta z rynku pracy a pewna część – stała się zakładnikami dotacji, zasiłku, krótkoterminowych umów okresowych, codziennej walki o przetrwanie na poziomie absolutnego minimum. Władza PO obudziła najgorsze demony i uaktywniła najbardziej prymitywne reakcje ludzkie dotyczące chciwości, bezwzględności; przykro to stwierdzić dziś, przed zbliżającą się rocznicą Wydarzeń Grudniowych oraz rocznicą zdławienia „Solidarności” przez wprowadzenie stanu wojennego.

Odwiedziny: