BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynizm. Pokaż wszystkie posty

12/04/2013

Ministerstwo Picu i Pieprzniętych Sukinsynów.

Ciągle waham się jeszcze w swojej ocenie; czy mam jako obywatel uznać jednak, że obecna władza po prostu robi źle – bo chce źle, czy też robi – co potrafi, nie zdając sobie sprawy z realnych skutków i faktycznych konsekwencji. Zresztą – żadna z tych możliwości by mnie nie zdziwiła, obie są równie prawdopodobne. Żadna z tych możliwości także nie satysfakcjonuje mnie.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.

Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.

Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.

W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.

O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.

01/05/2012

Ustawa Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej o promocji cudów i instytucjach „niewidzialnych rąk”.

Prawdziwym problemem bezrobocia są zadziwiające nawyki myślowe, idiotyczne schematy wypracowane latami w zupełnie innym, dawnym systemie gospodarczym i innym systemie ideologicznym przekładającym się na zupełnie odmienne uwarunkowania społeczne.

Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi ukształtowanych w tamtym systemie nie do końca jeszcze zauważyło, że zmienił się on (przynajmniej nominalnie). Sytuacja ta powoduje swoisty rozłam, jakiś zadziwiający konglomerat „ulepszonego starego” z „nowym – ale nie do końca” a źródłem tego jest właśnie mentalność ludzi. Bo wszystko zależy bezpośrednio od ludzi.
Tu zapewne ktoś dogmatycznie myślący „zaczepi mnie” o rolę i pozycję Boga, czy tak zwanej „Opatrzności”…
Bóg nie tworzy wypadków lotniczych, kolejowych i holocaustu, ani nie zapobiega im. Nie tworzy zjawiska bezrobocia „za karę”, ani nikogo „ w nagrodę” z tego problemu nie „wybawia”. Nie jest sługą ludzi, pilnującym ich bezpieczeństwa; to ludzie powinni być sługami – wiernymi pouczeniom, przykładom i prośbom przysłanego do nich Pana i Nauczyciela. Wszelkie dylematy i zapytania „jak Bóg mógł dopuścić” do tego czy innego nieszczęścia – są świadectwem skrajnego niedowiarstwa i niezrozumienia a nie wiary. Najwyraźniej – Bóg z zasady nie ma zamiaru przeciwstawiać się wszechobecnemu złu na tym „padole ciemności” inaczej, niż poprzez przysłanie tu Pana i Nauczyciela, Chrystusa, który wszystko wyjaśnił, zawarł z ludźmi w jego imieniu Nowe Przymierze – wypełniające (zastępujące) Stary Testament, uwolnił tak wielu od kalectwa i chorób, uwolnił od odpowiedzialności ludzi za ich błędy poprzez ofiarę z siebie samego na odkupienie wszystkich win, oraz wyjaśnił tak wiele i nauczał słowem i czynem, osobistym przykładem – jak żyć, jak być szczęśliwym i jak wartościować to wszystko, co nas otacza i spotyka w naszym życiu a także i samo życie.

Od tej pory znów wszystko zależy od ludzi, od wszystkich razem i od każdego z nich z osobna.
Dlatego ważna jest osobista postawa każdego człowieka. Jan Paweł II mówił, że człowiek powinien zawsze być „wierny prawdzie i powinności”, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł, być niezależny od chwilowej, lokalnej koniunktury.
Niestety dalsze losy chrześcijaństwa, szczególnie w wydaniu rzymskim – ogromnie wypaczyły pierwotny wzór dany przez samego Jezusa. Wypaczyły w praktyce, w realizacji, w starciu z wiekową tradycją, nawykami myślowymi i negatywnymi cechami psychiki ludzkiej. Ale wzór przecież nadal istnieje, jest dostępny, poznawalny – zarówno częściowo empirycznie jak i racjonalnie. Cóż jednak z tego, gdy nawet sam Papież, Biskup Rzymu i głowa kościoła katolickiego, mówi dziś: „…W obecnych czasach potrzebny jest „Kościół wojujący”, który angażuje się w walkę ze złem próbującym opanować świat…” – nie bacząc, że w ten sposób walcząc przeciwstawia się bezpośrednio nauce Jezusa, stawia się ponad nią.
W takiej sytuacji pozostaje więc oddzielać rozpatrywanie tego i nie tylko tego problemu z punktu widzenia społecznego – od szukania jego odniesień religijnych. Bezrobocie nie jest więc „karą Bożą” i nikt sobie na nie zasłużył.

Wspominam o tym dlatego, że ma to bezpośredni związek z pojęciem solidaryzmu społecznego a to z kolei jest podstawową płaszczyzną poszukiwania pomocy dla osób pozbawionych zatrudnienia. Mam na myśli osoby bezrobotne a więc wyłącznie te, które poszukują zatrudnienia dla zdobycia podstawowych środków do życia, są zdolne i gotowe natychmiast rozpocząć pracę zarobkową, ale w danej chwili i w danym stanie gospodarki nie ma na ich pracę zapotrzebowania. Niesie to dwie bezpośrednie konsekwencje: społeczeństwo funkcjonujące w systemie wymiany (praca – pieniądz – praca) powinno być zainteresowane włączeniem każdego z członków lokalnej społeczności do tego systemu, bo to się wszystkim opłaca, po drugie – musi mieć świadomość, że pozostawanie w gotowości do podjęcia pracy wymaga posiadania pewnych niezbędnych środków a nie generuje ich bezpośrednio.
W tym znaczeniu sytuacja w naszym kraju pod rządami Platformy Obywatelskiej jest skandaliczna przede wszystkim poprzez swoją nielogiczność i niespójność. To oczywiście cechy obowiązującego rozwiązania ustawowego, z ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ustawa wymaga po prostu natychmiastowej nowelizacji.

Osoba, której nadano status bezrobotnego – z definicji zawartej w ustawie jest osobą niezatrudnioną i nie wykonującą żadnej innej pracy zarobkowej, zdolną i gotową do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, w wieku mieszczącym się w granicach 18 – 60 (kobieta) lub 18 – 65 (mężczyzna), nie prowadzi działalności gospodarczej (nawet w czasowym zawieszeniu), nie uzyskuje miesięcznie przychodu o wysokości przekraczającej 750 zł, ale nie pobiera zasiłku stałego z pomocy społecznej, świadczenia pielęgnacyjnego ani zasiłku rodzinnego itd. To oczywiście w dużym uproszczeniu, bo przepisy definiujące osobę bezrobotną są dużo bardziej rozbudowane, co do wymogów oraz ograniczeń wobec „kandydata”.

Pomijając już wszelkie nasuwające się tu wątpliwości, nie da się nie zapytać; – to za co taki bezrobotny ma żyć! Średni okres poszukiwania zatrudnienia z pozostawaniem w rejestrach bezrobotnych dawno już znacznie przekroczył jeden rok, w bardzo wielu przypadkach, szczególnie grup osób będących w niekorzystnej sytuacji na rynku pracy – wynosi dwa lub nawet i trzy lata. Nie mam pojęcia, jakie źródło przychodu ustawodawca miał na myśli – dostarczające przychodu nie większego niż 750 zł miesięcznie (przychodu, – czyli „brutto”), skoro bezrobotny nie ma prawa uzyskiwać żadnego dochodu z żadnej pracy zarobkowej, działalności gospodarczej, zasiłku stałego z pomocy społecznej itp. – jak wymaga ustawa i jak to w uproszczeniu opisałem powyżej. Proste i logiczne pytanie: za co bezrobotny ma się utrzymywać.
Ktoś tu odpowie – z zasiłku dla bezrobotnych…

Prawo do zasiłku jest obwarowane także wieloma ograniczeniami. Po pierwsze – ma charakter czasowy. Jeśli ktoś już ma przyznany zasiłek – to na okres standardowy 6 miesięcy, podczas gdy czas poszukiwania zatrudnienia z pomocą Urzędu Pracy jest średnio dwa razy dłuższy. Pewna grupa osób otrzymuje uprawnienia do zasiłku na okres do 12 miesięcy, co także często jest okresem krótszym niż przeciętny czas poszukiwania zatrudnienia. Na dodatek otrzymanie prawa do zasiłku także jest obwarowane już na wstępie pewnymi zasadniczymi a zupełnie niezrozumiałymi warunkami zupełnie „nie z tej epoki”. Bezrobotny starający się o zasiłek musi wykazać, że w okresie 18 miesięcy przed dniem zarejestrowania w PUP (liczonym wstecz) przepracował łącznie 12 miesięcy a jego pracodawca odprowadzał w tym czasie składkę na Fundusz Pracy w związku z zatrudnianiem go. Nie ma żadnego znaczenia, że człowiek ten ma za sobą 25 czy 30 lat pracy – czyli automatycznie odprowadzania z związku z tym przez jego pracodawcę odpowiednich składek, także na Fundusz Pracy.
Poza tym, – co tu ma do rzeczy Fundusz Pracy w ogóle. Wiele wskazuje na to, że wymóg ten jest po prostu „filtrem”, sztuczną zaporą mającą ograniczyć ilość przypadków przyznania prawa do zasiłku. Ale zasiłek nie jest jakimś prezentem, tylko pomocą publiczną motywowaną interesem społecznym. Interesem społecznym jest, by jak najwięcej osób, które znalazły się w roli bezrobotnego – powracało do pełnego zatrudnienia i to możliwie jak najszybciej. Bezrobotny – jak mówią, to praca na cały etat. Tyle, że – chciałoby się dodać – nieodpłatna. Bezrobotny ma wykazać dużą aktywność; przede wszystkim poszukiwać możliwości zatrudnienia samodzielnie, chodzić do wybranych pracodawców i pytać o pracę, rozpowszechniać swoją aplikację kandydata pozostawiając ją w wielu komórkach kadrowych, natychmiast reagować na pojawiające się publiczne oferty pracy których wymogi spełnia itp. Zaleca się, by poszukujący pracy był „schludnie ubrany”, robił swoim wyglądem, zachowaniem i sposobem komunikowania się korzystne wrażenie.
Pytanie: czy osoba np. przez rok całkowicie pozbawiona dochodów może spełniać takie zalecenia? Przecież by je spełnić, trzeba mieć jakiś „dach nad głową”, miejsce zamieszkania choćby w wynajętym pokoiku z używalnością łazienki, po to by mieć możność zachowywać wymogi podstawowej higieny, mieć gdzie uprać koszulę i skarpety. Musi mieć dostęp do żelazka by uprasować ubranie. Musi mieć choćby raz na dwa miesiące na fryzjera, musi mieć możność stałego posiadania i używania akcesoriów do golenia, pasty do zębów… I tak dalej; nie będę dalej wymieniał, gdyż wiadomo już, co mam na myśli: to są pozycje kosztowe, to wszystko kosztuje, trzeba mieć na to pieniądze. Skromne – ale jednak pieniądze. Jeśli ich nie ma – mamy do czynienia z brudnym, śmierdzącym, zarośniętym, nieogolonym człowiekiem z liściem na głowie, w którego „gotowość i zdolność do natychmiastowego podjęcia pracy” nikt nie uwierzy a już z pewnością nie pracodawca. To nie jest tak, że taki biedak obudzi się rano w zsypie na śmieci, otrzepie się, napije się wody z kranu i pójdzie szukać pracy… Czy taki jest pomysł posłów i senatorów RP pachnących „Old Spice’m” i jeżdżących „Mercedesami” na rozwiązanie problemu bezrobocia?

Żeby spełnić wymogi statusu osoby bezrobotnej – trzeba mieć pieniądze, ale jednocześnie ustawa zabrania bezrobotnym osiągać przychody z wynagrodzenia i z wielu innych źródeł a zasiłek ustawowy przyznaje – za pomocą sztucznych barier – jedynie statystycznie co piątemu bezrobotnemu i to w zasadzie nie dłużej niż na pół roku, a w szczególnych przypadkach – maksymalnie na rok.
(Trzeba tu wyjaśnić, że zasiłek przyznawany jest tak naprawdę – do następnej wyznaczonej obowiązkowej wizyty w Urzędzie Pracy, a jedynie w przypadku dalszego braku ofert pracy przedłużany jest do kolejnego terminu kolejnej wizyty).
Wniosek jest absurdalny: ustawa została tak opracowana przez osoby nie mające pojęcia o realiach bezrobocia, ludzi którym zjawisko to było, jest i będzie już do końca ich życia całkiem obce i dlatego kompletnie go nie rozumieją, czyli tak zwanych „posłów na sejm” oraz tak zwanych „senatorów”, – że by być bezrobotnym nie wolno osiągać dochodów, 75% bezrobotnych nie należy się także zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast obserwacja życia, czy osobiste doświadczenia wielu ludzi wskazują, że by być bezrobotnym spełniając obowiązki formułowane w ustawie, niezbędne jest dysponowanie jakimś dochodem (w miastach takich jak Szczecin – rzędu 900 pln netto miesięcznie), co powyżej udowodniłem. Tego rzędu kwotą jest dziś kwota zasiłku dla bezrobotnych, co dowodzi dość rzetelnego wbrew pozorom jej oszacowania.

Wniosek nasuwa się sam: sprawa musi natychmiast zostać przeanalizowana. Warunki dotyczące bezrobocia i zasiłku muszą się natychmiast zmienić. Zmienić się mogą tylko poprzez nowelizację odnośnej ustawy lub jej uchylenie i wprowadzenie całkiem nowych rozwiązań. Władza udowodniła, że gdy ma odpowiednią motywację, potrafi takie zmiany wprowadzić w okresie liczonym na tygodnie a nie na lata – ja to bywa w sytuacji, gdy władza opiera się konieczności zmian.
Bardzo ciekawe, choć zasadniczo odmienne „ideologicznie” rozwiązanie oferują nasi sąsiedzi z północy, czyli Duńczycy. Wydaje się, że przekazanie całości spraw związanych z obsługą bezrobocia, zasiłkami, poszukiwaniem pracy i aktywizacją bezrobotnych związkom zawodowym mogłoby być idealnym rozwiązaniem w warunkach polskich, gdyby oczywiście nie ultraprawicowy wrzask oszołomów, jaki by się rozległ natychmiast, widząc w tym powrót do rozwiązań „socjalistycznych”.
A ja powiem jak niejaki Kargul: dla mnie ludzie nie dzielą się na prawicowych i lewicowych, tylko prosto: na mądrych i głupich. Albo raczej – na humanistów i anty-humanistów. Co na jedno wychodzi.

29/03/2012

48.
Cud „życia za darmo” i eksterminacja ze względu na wiek.

POLSKA NIE JEST OK - PANIE TUSK!
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy wymaga natychmiastowej nowelizacji.

Ostatnio co prawda częściej pisze się o bezrobociu, szkoda - że tylko PÓŁ PRAWDY! Najbardziej w tej chwili newralgiczna jest sprawa środków do życia dla osób w wieku po 40 roku życia, bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, od nieraz 2 – 3 lat zarejestrowanych jako bezrobotne a nieotrzymujących zasiłków.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że czasowe zasiłki dla bezrobotnych - są tylko dla niektórych bezrobotnych! Średnio (statystycznie) - dla ok. 20% z nich. Aby mieć prawo do zasiłku trzeba na wstępie spełnić rygorystyczny warunek działający jako „sito” bezdusznie ograniczające ilość osób uprawnionych; trzeba wykazać się przepracowanymi łącznie 12 miesiącami w ciągu 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania w PUP. Na dodatek – trzeba wykazać, że praca ta generowała wpłacanie przez pracodawcę składek na Fundusz Pracy przez owe 12 miesięcy. Nawet jeśli ktoś wcześniej pracował i generował składki na FP przez 25 lat a teraz nie spełnia dokładnie powyższego wymogu ustawowego – prawa do zasiłku nie otrzyma.
Dlaczego tak? Jakie uzasadnienie merytoryczne ma ten warunek? – trudno dociec. To jakaś pozostałość w przepisach po czasach PRL-u. A już z pewnością – nie powinno to mieć miejsca teraz, w sytuacji aż takiego wielkiego kryzysu. Jeśli warunek ten ma uzasadnienie, to w czasie takiego kryzysu powinno być ono bez znaczenia.

Wszystko wskazuje na to, że to prawo musi zostać choćby tymczasowo zmienione. Potrzeba do tego prawdopodobnie co najmniej nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. To żaden kłopot: władza udowodniła już nie raz, że jeśli tylko chce – jest w stanie przeprowadzić taką nowelizację w ciągu kilku tygodni.

Bardzo wiele osób z różnych powodów już w chwili rejestrowania się nie spełnia tego warunku ustawowego i dlatego zasiłku w ogóle nie otrzymują. Powodem niespełniania tego warunku podstawowego może być na przykład długo ciągnąca się w sądzie pracy sprawa o przywrócenie do pracy. W przypadku odmowy przywrócenia do pracy – może się okazać, że przerwa w zatrudnieniu przekracza łącznie 6 miesięcy co powoduje utratę prawa do przyznania czasowego zasiłku. W zasadzie każdy obywatel który zostaje zwolniony z pracy w jakiejś firmie, powinien natychmiast i samodzielnie rozpocząć starania o zatrudnienie w nowym miejscu pracy. To oczywiste; chce pracować w swoim zawodzie, musi pracować na utrzymanie, to bez ceregieli rozgląda się natychmiast za nową pracą. Pośrednictwo w tym Urzędu Pracy nie jest obowiązkowe, wręcz przeciwnie: jest nie tylko zbędne ale i szkodliwe, bo w dość powszechnie spotykanym rozumieniu wielu pracodawców – jakikolwiek kontakt z Urzędem Pracy negatywnie świadczy o kandydacie. Tak więc - najpierw i przede wszystkim – samodzielnie. Urzędy pracy są dla tych którym w ten sposób nie udało się znaleźć zatrudnienia a nie mają już środków utrzymania.

Należy tu zwrócić uwagę na faktyczne skutki wspomnianego przepisu ustawy; powoduje on, że ludzie zwolnieni z pracy zamiast poszukiwać nowego zatrudnienia najpierw rejestrują się w PUP, nieraz zupełnie niepotrzebnie a powodem jest tylko obawa o utratę ewentualnego prawa do zasiłku. W ten sposób państwo nakręca bezrobocie zamiast promować samodzielność, przynajmniej w pierwszym okresie po rozwiązaniu stosunku pracy.

A więc tylko co piąty statystyczny bezrobotny ma uprawnienia do zasiłku. Za co żyje pozostałe 80% bezrobotnych? Dlaczego dziennikarze o to nie pytają, nie interesują się problemem tak naprawdę! Ci z bezrobotnych którzy mają prawo do zasiłku - otrzymują go przez nie dłużej jak 6 miesięcy (osoby w wieku po 50 roku życia - nie dłużej jak 12 miesięcy) po czym prawo do zasiłku tracą, niezależnie od szans na pracę. Zasada tak naprawdę jest następująca: przychodzi bezrobotny, nie ma dla niego oferty pracy a spełnia restrykcyjne wymogi przyznania zasiłku - to dostaje prawo do zasiłku - do terminu następnej wizyty. I tak aż do 6 (12) miesięcy. Potem zasiłek jest mu decyzją administracyjną odbierany, ale bezrobotnym jest nadal i ma nadal spełniać wszystkie wymogi definicji bezrobotnego. Średni czas poszukiwania zatrudnienia wynosi dużo więcej niż 6 (lub 12) miesięcy.
Więc za co ci ludzie wówczas żyją!? Ktoś powie - że z zasiłku z pomocy społecznej... Ale z tego źródła pojedyncza osoba może otrzymać w zasadzie nie więcej jak dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Za to się nie da przeżyć! Z pewnością nie da się utrzymać „dachu nad głową”. To fikcyjna pomoc a w zasadzie gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych zamiast pomocy!
Niestety najczęściej przedstawia się w mediach sprawę tak, jakby to każdy bezrobotny z zasady otrzymywał zasiłek i to na dodatek przez dowolnie długi okres, dotąd - aż zostanie zatrudniony. Tak być może powinno być ale tak nie jest! Tworzy się w ten sposób szkodliwy mit, wprowadzający w błąd opinię publiczną oraz być może też i władzę (?). Trudno mieć pretensję do Prezydenta Miasta, Starosty czy Rady miejskiej (Rady Powiatu) za bezczynność podczas gdy być może ludzie ci nie zdają sobie sprawy z faktycznego stanu sprawy. Wszystko tonie w mitach i wyobrażeniach ludzi, którzy o tym decydują, ale nie znają prawdy, bo ich to nie dotyczy i nigdy ich osobiście nie dotyczyło, leży poza zakresem ich osobistego doświadczenia.

Sytuacja staje się dramatyczna, bo zbyt wielu ludzi nie ma ani zasiłku ani żadnych szans na jakiekolwiek zatrudnienie, a to jest jakieś wypaczenie czy może nawet zdziczenie społeczne. Jest to po prostu niepojęte, że w XXI wieku w środku Europy państwo stawia człowieka w takiej sytuacji. Szkoda już nawet wspominać o tak banalnej okoliczności, ze to jest jaskrawo sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Ponadto niezwykle ważne jest, że sytuacja ta jest skrajnie sprzeczna z odnośną ustawą. Jakiś dochód o wysokości zbliżonej do zasiłku dla bezrobotnych jest niezbędny do tego, by bezrobotny był rzeczywiście bezrobotnym to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji. Przede wszystkim musi on być od chwili zarejestrowania zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w wymiarze pełnego etatu, ale bez dochodów pozwalających na zaspokojenie absolutnie podstawowych potrzeb życiowych taka gotowość jest fikcją.

Wynika z tego prosty wniosek: bezrobotny, każdy bezrobotny musi mieć zasiłek po to by był rzeczywiście bezrobotny, to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji bezrobotnego. Inaczej - popadamy w fikcję, jak w chwili obecnej, gdy statystycznie cztery piąte bezrobotnych nie ma dochodów. Trzeba tu zauważyć, że bezrobotny z definicji nie może zarabiać, definicja ustalona w ustawie zabrania mu osiągania dochodu z wynagrodzenia, stałego zasiłku z pomocy społecznej bezrobotny także nie może mieć, bo wtedy traci status bezrobotnego. Wymogi ustawowe zdają się być skrajnie absurdalne: w myśl przepisów większość bezrobotnych musi żyć za darmo, nie posiadając żadnych środków i za darmo utrzymywać się w gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy - a to jest fikcja! Jedyny legalny zdaniem PUP dochód bezrobotnego - to odsetki od zgromadzonego na rachunkach bankowych kapitałów czy "oszczędności", ale jeśli bezrobotny posiada takie oszczędności na oprocentowanych lokatach, w wysokości generującej odsetki pozwalające zaspokajać podstawowe potrzeby życiowe, to może nie powinien korzystać z zasiłku dla bezrobotnych. Piszę o tym oczywiście kierując się "logiką kryzysu"; być może byłoby to niesprawiedliwe, ale kryzysy w ogóle nie są sprawiedliwe a chodzi tu o pomoc w pierwszej kolejności najbardziej potrzebującym. Pomijając to - wszelkie dochody bezrobotnego, których źródłem nie może być "wynagrodzenie" oraz wiele innych źródeł (np. nie może to być stały zasiłek z pomocy społecznej) nie mogą przekroczyć dziś 750 zł miesięcznie brutto (50% najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia) a to zbyt mało na utrzymanie się.

Każdy rzeczywisty bezrobotny musi otrzymywać zasiłek i to aż do chwili zatrudnienia. Tylko wówczas będzie rzeczywiście zdolny do podjęcia zatrudnienia. Jednocześnie każdy oszust udający bezrobotnego na przykład w porozumieniu ze swoim pracodawcą, po to by korzystać z zasiłku lub (i) "darmowych" składek na ubezpieczenia zdrowotne, płaconych przez skarb państwa zamiast jego pracodawcy - musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności wraz z wymogiem zwrotu wszystkich bezprawnie pobranych świadczeń (zabezpieczenie roszczenia na mieniu posiadanym w chwili ujawnienia oszustwa). Do odpowiedzialności muszą być także pociągani urzędnicy rejestrujący jako bezrobotnych oraz przyznający świadczenia ludziom którzy bezrobotni nie są. Tolerowanie oszustw w tej dziedzinie, nijakość i nieudolność państwa - szkodzi rzeczywiście bezrobotnym, gdyż nie tylko obraża tych uczciwych ludzi postawionych bez swojej winy w dramatycznym położeniu przez państwo, to jeszcze na dodatek negatywnie ich stygmatyzuje, poprzez prymitywny stereotyp: bezrobotny - to obibok i pijak - co utrudnia im dodatkowo uzyskanie upragnionego zatrudnienia. Dlatego trzeba żądać pociągania do odpowiedzialności urzędników rejestrujących obiboków i pijaków jako bezrobotnych, zamiast jako pensjonariuszy leczenia odwykowego czy zorganizowanej resocjalizacji. To urzędnicy PUP tworzą parszywy stereotyp o ludziach pozbawionych zatrudnienia np. ze względu na wiek. Ludzie pozbawieni pracy a aktywnie jej poszukujący powinni mieć priorytet w urzędzie pracy.
Teraz jest jednak odwrotnie - cwaniacy zawsze mają się dobrze; to ludzie faktycznie bezrobotni są "karani" obojętnością, wyzwiskami, stereotypami i pomówieniami, obrywają za oszustów - od urzędników - z winy tych samych urzędników. Bo obecnie wszyscy oszuści i biurokraci żyją sobie nieźle a "karani" są wyłącznie ci prawdziwi, uczciwi bezrobotni, utrzymujący się najczęściej z pomocy rodzin i faktycznie poszukujący pracy. Z tego powodu wpadają w nędzę całe rodziny a nie obejmują tego żadne statystyki ani dane trafiające potem do władzy jako podstawa oceny stanu bezrobocia i jego skutków. Jeśli krewni przejmują utrzymanie bezrobotnego, biednieje cała rodzina i stanowi to rodzaj bezprawnego, nielegalnego i nigdzie nie ujętego opodatkowania osób w tejże rodzinie mających pracę czy dochody. Jeśli nie zasiłek bezrobotnym - to tym rodzinom powinno być wypłacone jakieś odszkodowanie czy rekompensata za przejęcie na siebie konstytucyjnych obowiązków państwa w tej sprawie. Bo istnieje coś takiego jak Konstytucja i zawiera ona obowiązujące zapisy określające obowiązki państwa. Tego faktu nie zmieni udawanie, że nic takiego nie istnieje, że żadnych obowiązków nie ma bo działa jakaś "niewidzialna ręka"! Rząd w sposób zasadniczy nie realizuje Konstytucji, mimo że nie ma takiego poparcia społecznego, by tę Konstytucję zmienić.
Nie wystarczy tu stwierdzić, że z zasady osoby po pięćdziesiątce nie mogą liczyć na żadną pracę. Jak wiadomo - nie mogą też w większości liczyć na żaden zasiłek ani na realną wystarczającą pomoc w podstawowym utrzymaniu się. Stwierdzając to, trzeba odpowiedzieć na pytanie: za co ci ludzie mają żyć...

... czy też może nie mają żyć a raczej przenieść się szybko na "tamten" świat albo co niektórzy - na "łono..." - to trzeba wyraźnie, otwarcie ogłosić:

"Obywatelu bezrobotny, bądź patriotą i zdechnij cicho na śmietniku przed terminem, bo Polska musi się wydawać "OK."! Pan Tusk tak sobie zażyczył na czas "Euro 2012"! Dla dobrej propagandy i Pi Ar. Koleżanka Kanclerz go za to pochwali..."

Władza nie może tak sobie wzruszyć ramionami i nie odpowiadać na to pytanie „za co żyć”.
Poza tym - narzuca się pytanie kolejne: na co ci ludzie maja czekać! Ludzie są cierpliwi. Potrafią poczekać, ale muszą mieć perspektywę, nadzieję. Trzeba coś energicznie przedsięwziąć, aby zaczęły pilnie powstawać miejsca pracy dostosowane do lokalnej podaży pracowników na rynku pracy, także co do ich wykształcenia i umiejętności.

Stan rejestrowanego bezrobocia w Szczecinie przekroczył 18.000 osób, więc potrzeba bardzo dużo nowych miejsc pracy lub jakiegoś innego rozwiązania systemowego.
Tylko dla rozwiązania tego ogromnego problemu nie wolno zamydlać oczu władzy i udawać, że problemu nie ma. Nie powinno się poświęcać prawdy dla uzyskania efektu propagandowego. Pisanie prawdy to rola dziennikarzy a nie "zwykłych" obywateli - występujących w roli komentatorów informacji dziennikarskich lub wręcz zastępujących dziennikarzy w reagowaniu na stan rzeczywisty. Nie bez powodu dziennikarstwo nazywa się czasem "czwartą władzą".

23/03/2012

38.
To zmiana wieku emerytalnego, a nie stażu pracy.

Zaroiło się nagle w mediach od ogłupiających wypowiedzi publicznych w sprawie reformy emerytalnej.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.

TO KŁAMSTWO.

TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.

POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI



Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.

Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.

Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.

Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.

Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.

27/01/2012

25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.

Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.

Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.

Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.

Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).

Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.

Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.

Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.

14/01/2012

22.
Gazeta Wyborcza:”Młodzi - trzy razy nic”.

Nie przepadam za Gazetą Wyborczą, ale przyznać trzeba, że jako jedna z niewielu - pisze o tym co najważniejsze.
O bezrobociu i jego konsekwencjach społecznych i gospodarczych.

Niedawno pojawił się dobry, ważny materiał o sytuacji osób pozbawionych pracy z przedziału wiekowego tzw. 50plus. Świadomie piszę tu o osobach w "wieku produkcyjnym", czyli w wieku normalnej aktywności zawodowej, które nie są nigdzie zatrudnione. Nie piszę o nich całościowo jako o "bezrobotnych" bo określenie to ma swoje ścisłe znaczenie, definicję ustaloną w "Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy" a nie wszystkie te osoby spełniają wspomnianą definicję, mimo że nie pracują. Ich liczbę określa się na ok. 700.000 ale część z tych osób zapewne w takiej sytuacji, po 2 - 4 latach nieskutecznych prób przekwalifikowania się (dostosowania do potrzeb "rynku"), bezowocnego poszukiwania zatrudnienia no i dalszego widocznego braku perspektywy na zmianę sytuacji, całkowitej bezczynności instytucji rynku pracy, osób odpowiedzialnych za organizację działania i polityki Państwa w tym zakresie - po prostu zaprzestały już poszukiwania pracy, przyjmując najczęściej jakieś użyteczne role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Ale to tylko część; reszta pozostaje tak "zawieszona" w pustce bezmyślności i bezduszności Państwa; państwa Platformy Obywatelskiej.

Dziś Gazeta Wyborcza znów przełamała milczenie, sprawiające wręcz nieraz wrażenie "zmowy milczenia" na ten temat - publikując spory tekst pod tytułem "Młodzi trzy razy nic" a dotyczący ludzi młodych pozostających bez pracy, zawieszonych w nicości: ani nie uczących się, ani nie pracujących, ani nie prowadzących działalności...

Młodzi - Trzy Razy Nic

Artykuł jest dramatyczny, bo ukazuje - jakie trudności spadają na pokolenie, które już wkrótce powinno utrzymywać ten kraj, kierować nim, a tymczasem popada w marazm, izolację społeczną i problemy psychiczne.

Trzeba o tym pisać, trzeba o tym krzyczeć by nie dać spokoju tym "gentelmenom" w garniturkach - mimo że z Wiejskiej. Tym młodym ludziom z elity władzy, którzy - jak to gentelmeni - o pieniądzach nie mówią, ale je mają niejako "od urodzenia", dla których stały się one tak oczywiste, że nie są w stanie nawet zadać sobie pytania: za co żyją ludzie pozbawieni możliwości pracy zarobkowej.
Zapomnieli - przyssani do publicznej kasy, że - by mieć chleb, trzeba na niego zapracować, kupić i wtedy można dopiero zjeść kromkę. Jeszcze trzeba kupić nóż, by mieć czym tę kromkę ukroić, oraz wyleczyć zęby - by mieć czym chleb pogryźć. Dalej - trzeba kupować szczoteczki i dobrą pastę do tychże wyleczonych zębów, bo inaczej - znów szybko będą wymagały leczenia... słowem, że wymogi choćby najskromniejszej wegetacji nawarstwiają konkretne potrzeby finansowe konieczne do zaspokojenia, i że zdecydowana większość ludzi chce na to zapracować. Już byli kiedyś dwaj tacy, co próbowali "publicznie" a w rzeczywistości - propagandowo udowodnić, że można przeżyć miesiąc za 500,- zł, ale wystarczyło im na 10 dni i "dali se spokój". Zadziwiające jest to powszechne pomijanie - też na zasadzie jakiegoś wynaturzenia czy zmowy, że - by żyć - trzeba mieć choć kwotę starczającą na minimalną wegetację, choćby i te "minimalne" 940 zł netto (od 1380,- br.), że znakomita większość ludzi chce zapracować na te pieniądze i przy tym są w znakomitej większości skazani na pracę najemną. No i udają nasi "gentelmeni" że zapomnieli, iż Państwo ma określony w Konstytucji obowiązek podejmować określone w Konstytucji zadania i skutecznie wykonywać je. Tym zadaniem nie jest rozdawanie "po bułeczce" z opieki społecznej dla każdego...
Artykuł (mimo że w "GW") - warto przeczytać i do tego zachęcam.

28/12/2011


Hańba

Polska jest w tej złej sytuacji, że ma za sobą skutki sześćdziesięciu lat walki władzy politycznej czyli w tym przypadku praktycznie - państwa, z przedsiębiorczością, własnością prywatną, naturalną niejako dla człowieka współczesnego chęcią osiągnięcia korzyści materialnej, podwyższenia swojego statusu majątkowego, wzbogacenia się i na dodatek… osobistego korzystania z tego wszystkiego.
Bo państwo, władza państwowa, Polska, kierowała się przez ponad półwiecze ideologią komunistyczną przyniesioną tu z Kraju Rad „na bagnetach” Armii Czerwonej, idącej na Berlin a niejako „przy okazji” wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej, zastępując ją... swoją własną okupacją.
Nie miejsce tu na wykłady historyczne a i ja nie jestem dość kompetentny, chodzi mi tu jedynie o podkreślenie tego aspektu historii: państwo zwalczało jak tylko mogło przedsiębiorców i właścicieli, przedsiębiorczość i własność prywatną.

Najpierw było tzw. „rozkułaczanie” polegające na zabieraniu (nacjonalizowaniu) własności ziemi uprawnej i gospodarstw a zastępowanie ich budową Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów), – które miały stanowić odpowiednik radzieckich „kołchozów” (Koliektiwnoje haziajstwo). Kto posiadał ziemię – był „kułakiem” – wrogiem ideologicznym, któremu należało siłą odebrać absolutnie wszystko (nie tylko ziemię) i w ostateczności - dać mu kufajkę, gumiaki i zatrudnić go na etat „oborowego” w tym – jeszcze do niedawna jego własnym – gospodarstwie. To w najlepszym przypadku, bo jeśli władza wyczuwała jakiekolwiek sprzeciwy, delikwent przepadał w więzieniu NKWD albo wędrował gdzieś na daleki północny-wschód… Bo radziecka NKWD miała w Polsce swoje więzienia dla wrogów polskiej władzy ludowej.
W domach tychże dawnych właścicieli powstawały regionalne dyrekcje RGR-ów, Państwowe Ośrodki Maszynowe do obsługi PGR-owskiego sprzętu rolniczego, Dyrekcje Lasów Państwowych (także znacjonalizowanych) albo inne urzędy państwowe terenowe i trwały tam do czasu, gdy jeszcze można było tam fizycznie egzystować, a gdy dom już popadał w ruinę bez remontów – władza wyprowadzała się a okoliczna ludność rozkradała wszystko, co jeszcze się do czegokolwiek nadawało, choćby na opał… Bo władza ludowa niczego tak bardzo nie nienawidziła – jak remontować cokolwiek, a już szczególnie, gdy to było „poniemieckie”.

Później pojawiali się inni wrogowie ludu: to „badylarze” – czyli ze wszech miar godni pogardy i podejrzani ideologicznie właściciele małych szklarni i tunelów foliowych, czy szkółek sadowniczych. Oczywiście – dobrze było, że coś produkują, w szczególności żywność, ale skandalem było to, że to jest ich własne, a na dodatek – zarabiają na tym i to dla siebie, nie dla klasy robotniczej…!
Byli też „cinkciarze”, czyli ludzie nielegalnie handlujący walutami obcymi. W Polsce obrót walutami, np. dolarami amerykańskimi – był surowo zabroniony i był przestępstwem. Legalne były jakby „zamienniki walut”, czyli tzw. „Bony Pewexu” oraz specjalne bony „Baltona” – dla elity osób zarabiających legalnie w walutach wymienialnych. Obrót mimo to oczywiście istniał, istniało też „podziemie” i „półświatek” a i spora część obecnie najbogatszych osób w Polsce – swoje majątki początkowo wywodzi z tego właśnie okresu. Przypuszczam, że aby to robić, należało być emerytowanym milicjantem, funkcjonariuszem „służb”, albo przynajmniej tymże - sowicie się „odpłacać”…
W czasach gierkowskich, gdy kontrola nad tym wszystkim stała się coraz trudniejsza – władza państwowa wymyśliła inny sposób; mniej zwracano uwagę na sposób i miejsce powstania zysku "prywatnego", a coraz bardziej – na miejsce jego ulokowania, lub wydatkowania.
Więc nie – co, gdzie i jak ktoś zarobił, a – czego jest właścicielem, co ma. Nie powinien przy takiej polityce władzy w zasadzie nic mieć, a jeśli miał – to należało wyjaśnić, skąd.
Zrodził się wówczas pomysł dodatkowego zapanowania nad dyscypliną podatkową; ocena dochodów po stanie posiadania, a nie po oficjalnie ujawnianych zarobkach. Wiadomo zresztą, czemu cały świat się dziwił od zawsze, że Polak więcej wydawał niż zarabiał i poniekąd do dzisiaj tak jest. Władza nie chciała się jednak z tym pogodzić, to znaczy z aż taką konkurencją dla siebie; przestawała być elitą, towarzysze z komitetów się oburzali… więc wymyślono nowy sposób kontroli podatkowej: podatek nie tyle od wykazywanych dochodów a „po znamionach luksusu”. Z samochodami nie było jeszcze wówczas takiego problemu, bo tu „luksusu” w ogóle raczej nie było, (choć to rzecz względna), ale powstawać zaczęły bardzo dziwne domy. Jak dekoracje do filmów grozy. Szczególnie do tego nadawały się niewielkie wille poniemieckie na przedmieściach albo w dzielnicach willowych, jeszcze często ze śladami na elewacji po seriach z ruskiej „pepeszy”, z ubytkami w otynkowaniu, dziurami w dachówkach. Zewnętrznie – po prostu bieda, ruina, nędza, zniszczenie… strach podchodzić, bo się zawali. A za to w środku…......
Bo wewnątrz nikt „znamion luksusu” nie mógł tak łatwo poszukiwać, a na zewnątrz – było widać to, co „trzeba”… czyli nic.

Dlaczego ja to piszę?

Chcę nawiązać do pojęcia SOLIDARYZMU SPOŁECZNEGO, czy po prostu solidarności.
Solidarności międzyludzkiej, czyli – ludzkiej. Solidarności ludzkiej w wymiarze społecznym.
Te wszystkie zaszłości, czynniki kształtujące postawy ludzkie i sposoby myślenia - dotyczyły ludzi dziś będących w wieku zwanym "50+".
Mam wrażenie, że trzeba o tym mówić, pisać i rozmawiać, bo nie jest to dość szeroko rozumiane, a wyraźnie widać, że jakieś” siły” starają się tym „grać” i jak najbardziej to zagmatwać, wypaczyć, ośmieszyć i skompromitować.

Całkowita „klapa” programu rządowego pod nazwą „Program Solidarność Pokoleń, działania na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+” nie jest już dziś nawet negowana przez autorów, przez „czynniki rządowe”. Mówi się; no nie wyszło, całkowicie się nie udało, zostało zbojkotowane przez pracodawców… itp. Nie mówi się – dlaczego tak się stało, kto za to odpowiada no i… co dalej. Co dalej! - bo program ten miał konkretne uzasadnienie i cel. Cel społeczny najwyższej wagi, który nie został osiągnięty ani niczym zastąpiony. Kluczowymi postaciami związanymi z tym jest Michał Boni i Władysław Kosiniak Kamysz.

O jakich tu ludziach (beneficjentach ostatecznych) piszę:
Dzisiejsza młodzież ma w szkołach pełną swobodę nauki języków obcych, wręcz jest to propagowane, promowane, ułatwiane. Bardzo rozpowszechniony jest już dostęp do komputerów, jeśli nie osobistych to choćby w bibliotekach, świetlicach, kafejkach internetowych a to daje bazę do używania programów multimedialnych edukacyjnych, w tym i do nauki języków. W czasie, o którym pisałem wcześniej – przyznanie się do posiadania krewnych za granicą było bardzo niebezpieczne, zamykało wiele drzwi i możliwości, zamiast je otwierać. Uczenie się języka obcego poza rosyjskim (który był obowiązkowym przedmiotem nauczania w szkołach), było jakieś podejrzane, nie chwalono się tym, pomocą bywały tylko „czarne” płyty gramofonowe a później – kasety magnetofonowe, bardzo kiepskie podręczniki szkolne wyłącznie polskich autorów, zatwierdzone przez Ministra i Komitet. Zresztą - po co było się tego języka obcego wówczas uczyć; granice były zamknięte, paszporty - jeśli już ktoś posiadał - nie wolno było trzymać w domu a w depozycie w komendzie Milicji Obywatelskiej. Każdy wyjazd z Polski był niemalże UCIECZKĄ i... co najważniejsze - nikt nie wierzył, że to się kiedykolwiek może zmienić...
Młodzież w wieku Pana Ministra Kosiniaka - Kamysza, od połowy lat dziewięćdziesiątych czyli w swoim wieku licealnym, miała możność obserwować przed wejściem w wiek "produkcyjny" wszystko to, co się dzieje z gospodarką Kraju, te "dzikie" prywatyzacje, bezmyślne niszczenie zakładów, które mogły być zmodernizowane, nagłe upadłości, gwałtowny wzrost bezrobocia, nieudolność i bezmyślność władzy. Dla starszego pokolenia było już za późno, ale oni mogli jeszcze dostosować się do tego co obserwują, zrewidować swoje plany czy wykształcenie zgodnie z przemianami gospodarki.

Dzisiejsza młodzież ma w programie nauczania zajęcia z przedsiębiorczości, są do tego podręczniki, wszelka dostępna literatura w bibliotekach i Internecie, poradniki, samouczki, uczniowie poznają zasady powstawania i organizacji firm, uczą się tworzenia biznesplanów. Są inne pomoce, gry edukacyjne jak Bankrut, niezliczone materiały w Internecie nie do ogarnięcia. W czasach, o których pisałem wcześniej – nie było to dostępne, zbytnie interesowanie się tym było negatywnie oceniane, szkodziło uczniowi i pracownikowi, było to ideologicznie podejrzane i zwalczane. Własność miała być wyłącznie społeczna, a od biznesu był Pan Dyrektor i Pan Sekretarz organizacji zakładowej PZPR. Ludzie wówczas nie mieli takiej niezależności spojrzenia, samoświadomości – dlatego uważali, że tak widocznie ma być a zgniły kapitalizm już za chwilę upadnie. Jedynym podręcznikiem na wszystkich kierunkach studiów była „Ekonomia polityczna kapitalizmu” – Oskara Lange. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych zestaw informacji o formach działalności gospodarczej, przepisach prawnych, podatkowych, procedurach postępowania itp - można było wyłącznie nabyć za "ciężkie pieniądze" w niektórych firmach consultingowych...

Dziś się uczy i przyzwyczaja młodych ludzi do mobilności zawodowej, do tego, że pracę można a nawet należy zmieniać, gdy czują zastój, brak możliwości awansu itp. Że praca jest dla człowieka, ma dawać mu satysfakcję nie tylko materialną, ale i osobistą, poczucie rozwoju i wykorzystania swoich możliwości. Że pracę należy wręcz zmieniać co kilka lat – by uniknąć „wypalenia zawodowego” czy rutyny… W czasach, o których pisałem wcześniej, ówczesnych młodych ludzi dziś będących właśnie w wieku 50+ uczono i przekonywano, że liczy się wierność firmie, że najlepiej całe życie pracować w jednym miejscu, bo to zaszczyt i honor. Awans był możliwy głównie poprzez struktury partyjne, dlatego dla wielu był niedostępny. Nie traktowano poważnie tych, co często zmieniali pracę; uważani byli za niepewnych i mieli trudności ze znalezieniem dobrej pracy. Premiowało się doświadczenie, rutynę, nieprzerwany staż.

Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać różnice a najczęściej – przeciwieństwa pomiędzy tamtym systemem a obecnym. Oczywiście nie będę tego robił, ale chcę wykazać, że ludzie dziś w wieku 50+ a wówczas młodzi – są tacy jak ich nauczono, jakie były wymogi uznawane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Tamten system był dla nich niezależną od nich rzeczywistością, oczywistością.

W czasie upadku minionego systemu, rozwiązania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej a następnie rozpoczęciu przemian gospodarki w założeniu z „socjalistycznej” na „wolnorynkową” – zdawano sobie sprawę, że będą problemy dla pokolenia pracowników wychowanych w starym systemie, mających już kilku czy kilkunastoletni staż pracy a obecnie nagle przenoszonych do innego systemu gospodarczego. Wszystko to wymknęło się jednak spod kontroli władzy państwowej - o ile założymy optymistyczne, że władza chciała to kontrolować, ale nie potrafiła.
Wszystko odbyło się w sposób chaotyczny, bezmyślny i barbarzyński.
Przemiany musiały jednak nastąpić a chodziło o to by złagodzić ich skutki dla Bogu ducha winnych, dobrych i wydajnych jeszcze do niedawna pracowników, dobiegających wtedy wieku czterdziestu lub czterdziestu kilku lat. Polska odzyskała suwerenność w tym i gospodarczą, ale chodziło o to, by ci ludzie, którzy tę suwerenność wywalczyli – mogli także się z niej cieszyć, mino że ona zniszczyła cały ich świat wartości i dorobku zawodowego.
Aby mogli się cieszyć z odzyskanej wolności - patrząc w przyszłość, a nie przeklinać ją - patrząc ciągle wstecz.

Dziś niedouczonej, cynicznej gówniarzerii łatwo jest rzucać oskarżenia; że ci "50+" są mało przedsiębiorczy, nie znają się na informatyce, nie znają języków obcych a i czasem - swój własny, ojczysty - dość kiepsko im "idzie", że są mało "mobilni" zawodowo, słabo tolerują zmiany i nowości, często nie mają prawa jazdy... A przecież są tacy jacy mieli być, jak ich wychowano, jak tego oczekiwało społeczeństwo; to samo społeczeństwo tego samego kraju...
Bez przesady zresztą; w takim gadaniu jest wiele przesady i złośliwości. poszukiwania sztucznych, naciąganych i nieprawdziwych oskarżeń. Ludzie ci kończą kursy, w tym i komputerowe, nie są ograniczeni umysłowo. Mogli być bardzo przydatni. Wiek pięćdziesiąt kilka lat - to jeszcze szczyt możliwości, a już - szczyt doświadczenia, równowagi. Zresztą - przecież mają pracować do wieku 67 lat...

Na zasadach solidaryzmu społecznego ludzie ci mieli uzyskać pomoc społeczeństwa w dostosowaniu się do transformacji gospodarczej.
Już wówczas zostali oszukani przez społeczeństwo, gdyż zamiast pomocy - rozprzestrzeniło się wśród „pracodawców” przekonanie, że „ludzie w wieku ponad 40 lat nie nadają się już do żadnej pracy, tak są zdemoralizowani „socjalizmem”… Byli zwalniani z pracy, powstała pierwsza ogromna fala bezrobocia dla ówczesnych 40+. Dzisiejsze bezrobocie także najbardziej dotyka tę grupę, z tym, że dziś mają oni już po pięćdziesiąt kilka lat.
Jeszcze nie mają uprawnień do emerytur, jeszcze są pełnosprawni - więc nie mają uprawnień do rent, nie istnieją już emerytury wcześniejsze, czy specjalne emerytury dla bezrobotnych - jak w Niemczech czy Norwegii. A oni już nie mogą nigdzie uzyskać zatrudnienia, są skandalicznie szykanowani z całą obojętnością władzy i błogosławieństwem prawa, które przecież zabrania szykanowania kogokolwiek!

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii, pazernych "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy, i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo a zwłaszcza władza - nie dorosła do solidaryzmu.
Nawet zasiłki związane z rejestrowanym bezrobociem, mimo że są tylko czasowe, przyznawane na dość krótki okres czasu, przyznawane są jednie nie więcej jak 20% bezrobotnych. Jak żyją pozostali? Te 80% które zasiłków nie otrzymuje? Jak umierają?! Jakie cierpienia fizyczne i psychiczne znoszą – próbując walczyć o przetrwanie, o zachowanie przynajmniej godności do końca. Ciągle wzbudzając w sobie nadzieję i tracąc ją...

Co do wspomnianego „Programu Rządowego”, który był od początku fikcyjny i nie został zrealizowany - przygotowanego przez Platformę Obywatelską pod przewodnictwem Pana dr Michała Boniego – będę analizował tu w przyszłości bardziej szczegółowo jego elementy. Także dokument implementacyjny oraz „sprawozdanie z realizacji” jakie sprokurowało Ministerstwo Pracy Pani Minister Fedak z PSL w styczniu 2011 roku, także we współpracy z Panem dr Bonim. (Pan Boni jest doktorem kulturoznawstwa, ale specjalizował się chyba w kulturze dzikich...)
Taki program, takie działania - jeszcze powinny powstać i powinny być pilnie, natychmiast wdrożone, przynajmniej wobec tych, którzy jeszcze są w stanie podjąć normalną, odpowiednią dla nich pracę. Jest późno, ale nie za późno, przynajmniej dla części osób z tego przedziału wiekowego. Zaczną pracować, płacić składki ZUS-owskie, podatki i zarabiać na obecnych emerytów. Pozostali powinni otrzymać jakieś świadczenie pozwalające na egzystencję, bo to państwo przecież nie wykonało swojego konstytucyjnego obowiązku, odrzuciło ich, uniemożliwiło im pracę dla wypracowania dochodu narodowego i samodzielnego utrzymania się.

Trzeba być dziś skończonym sukinsynem, by tym ludziom zalecać dziś "zakładanie działalności gospodarczej" i zarzucać im, że tylko jednostkom się to udaje, albo zalecać im wyjazdy do pracy za granicę i zarzucać im brak mobilności i nieznajomość języków, a już tym bardziej kazać im sobie samodzielnie "radzić" w imię jakiejś idiotycznej lewackiej "równości" - na tak zwanym "rynku pracy" - który przecież żadnym rynkiem nie jest, a jeśli - to skrajnie wypaczonym i pogrążonym w bezprawiu... szczególnie co do "prawa pracy". Trzeba być skończonym sukinsynem, ale... jednak takich przecież nie brakuje...

Jestem przekonany, że historia kiedyś właściwie oceni ten czas, winy i zasługi konkretnych osób; polityków, teoretyków i działaczy. Że badacze życia społecznego już niedługo obiektywnie zbadają, udokumentują i opiszą to, z czym mamy do czynienia teraz. Że określą z imienia i nazwiska - winnych. Chciałbym, aby wówczas – jak dawniej w odniesieniu do ludzi, których uznano za zdrajców narodu – ich portrety były pokazywane w telewizji wraz z wielkimi napisami:

H A Ń B A !


Ofiarom to nie da satysfakcji, ale...

W Polsce brak opozycji politycznej. Nie jest nią PiS ani Pan Kaczyński, nie jest nią SLD ani Pan Miller, nie jest nią Palikot ani Pawlak. Najlepsze co może zrobić Pan Jarosław Kaczyński - to "dać sobie spokój" i zająć się wreszcie kotkiem, (broń Boże - nie pali..., no i najlepiej - swoim) pozwalając wreszcie na powstanie autentycznej opozycji zajmującej się skutecznie sytuacją społeczną wewnątrz Kraju. W Polsce brak autentycznych związków zawodowych, zajmujących się działalnością syndykalną. Panoszą się konfederacje pracodawców - lobbystów zdziczałego, zacofanego, polskiego, wypaczonego kapitalizmu...

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii - czyli tzw. polityków, pazernych buraków i "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo dotyczące pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo ale w szczególności zwłaszcza władza - cywilizacyjnie nie dorosło do solidaryzmu.

13/12/2011

17.
Dranie, cwaniacy i zdrajcy.

Mija 13 grudnia 2011, potem 17 grudnia… kolejne rocznice…

Myśli czasem wymykają się codzienności, aktualności, powracają nagle migawki obrazów, jakieś odpryski wspomnień, atmosfery manifestacji robotniczych zatrzymywanych i atakowanych przez Milicję Obywatelską, czasem wyłaniający się z pamięci w chwilowym złudzeniu - dojmujący zapach gazu łzawiącego, albo - trwającego przez kilka dni po takim wydarzeniu - złudzenia słuchowego; ciągłego słyszenia charakterystycznego modulowanego sygnału radiowozów lub karetek pogotowia ratunkowego…

Niedawno sam złapałem się na zabawnym odkryciu: nagle dotarło do mnie, że dorosło i objęło władzę pokolenie następne, które zna ten fragment najnowszej historii raczej z opowiadań rodziców, a pamiętają jedynie swoje oburzenie z powodu… braku „dobranocki”. Następne z kolei pokolenie obecnie dorastających Polaków (licealistów) już nie tylko nie pamięta, bo i nie może pamiętać, ale wręcz nie wierzy w to, że takie czasy, takie wydarzenia mogły być możliwe. Cóż: normalna kolej rzeczy, lata mijają szybko, zbyt szybko… Jednak to moje odkrycie, moje zaskoczenie, niedowierzanie, mój dziecinny sprzeciw – rozbawiły mnie samego, ale i jednocześnie skłoniły do refleksji.

Należę do pokolenia urodzonych po wojnie. Całe moje dzieciństwo i „pierwsza” młodość mimo to jakby „zanurzona” była w wojnie; poprzez literaturę, film, szkolne programy nauczania, teatr, radio… Często zastanawiałem się, czy to dobrze; czy nie odbiera mi się z mojego życia czegoś dobrego, wartościowego. W szczególności filmy amerykańskie, australijskie robiły na mnie wówczas ogromne wrażenie, bo ukazywały młodzież w moim wieku, ale jakąś taką… inną, radosną, spokojną, a może po prostu – w o l n ą...? Ja wówczas czułem się stary i oszukany, okradziony z czegoś, czego nie potrafiłem nawet nazwać.
Tłumaczono nam, że trzeba pamiętać. Że pamięć zapobiegnie powtórzeniu się tych czasów, tych tragedii. Że ofiary wojny zasługują na pamięć właśnie dlatego, że są ofiarami. Powstanie Warszawskie było jednak czymś innym; szczególnym wydarzeniem, raczej mało typowym dla wojny pod tym względem. Ale zastanawiałem się czasem nad tym, co myślał zwykły żołnierz liniowy na froncie. Czy był zastraszonym rekrutem – mającym większe szanse na przeżycie - gdy walczy, niż – gdyby odmówił? Czy może - świadom konsekwencji mimo to sam chciał walczyć z okupantem o życie, wolność, o jutro, o przyszłość dla siebie i nie tylko dla siebie. Czy żołnierz rzucający się na bunkier i zakrywający własnym ciałem otwór strzelniczy po to, by inni mogli przejść, przełamać linię obrony nieprzyjaciela – miał wówczas, w tej chwili - pełną świadomość tego, co robi, tego że ginie „po coś”, bo wierzy, że to w ostatecznym rozrachunku „coś da”? I że jest to więcej warte niż jego własne, jednostkowe życie...?
Czy tysiące, setki tysięcy a może i ostatecznie w skali Wojny Światowej - miliony takich młodych ludzi – nie zasłużyły na wdzięczność, na chwilę prawdziwego, ludzkiego wspomnienia, ciepłą, serdeczną ludzką myśl, choćby i tylko raz w roku, w dzień 1 listopada czy święto Wojska Polskiego… na zasadzie "miłosierdzia chcę a nie ofiary...".

A przecież wiemy, że… wojnę „wygrali” ci, co się trzymali z tyłu, służyli na zapleczu albo w żandarmerii, generałowie siedzący w schronach - odbierali ordery, medale, awanse, zaszczyty… Wojnę „wygrali” też ci cwani, sprytni, zaradni, odporni na bohaterskie patriotyczne zrywy, handlujący „rąbanką” i bimbrem, żerujący na „wygnańczym” mieniu, czasem nawet - gdy trzeba - po cichu kolaborujący z Niemcami…
Oni; zawsze pierwsi tam, gdzie zysk a ostatni tam, gdzie jakieś niebezpieczeństwo czy jakaś strata.
Zawsze zastanawiam się, czy współcześni organizatorzy a zwłaszcza uczestnicy okolicznościowych, rocznicowych uroczystości związanych z wojną, np. z rocznicą jej wybuchu, napaści na Polskę – potrafią poza flagami, wieńcami, wartami honorowymi czy salutem honorowym, całym tym stereotypowym teatrem "gadżetów" – pomyśleć choć chwilę o tych młodych chłopakach jak o młodych ludziach, mających swoje plany, ambicje, uzdolnienia, swoje Matki i dziewczyny… Czasem wydaje mi się podczas takich uroczystości, że służą one głównie zatuszowaniu prawdy, oszukaniu sumienia, osiągnięciu jakiegoś własnego "zysku" a nie oddaniu sprawiedliwości ludziom, osobom, choćby i tym „bezimiennym”, których imienia nawet nie znamy… mimo, że oni imiona przecież mieli, mieli nazwiska, uczucia, plany, zdolności...

Jakże zaskakujące dla mnie jest dziś to, że to wszystko doskonale wpasowuje się w opis tak zwanych „Wydarzeń Grudniowych”, „Poznańskiego Czerwca” czy Sierpnia 80 i późniejszego stanu wojennego. Jeśli rozpatrywać to w tym właśnie, zarysowanym przeze mnie powyżej aspekcie – też mamy tu z jednej strony ludzi w coś wierzących, chcących po prostu, aby było lepiej, ze „szlachetnym uporem” trwających przy swoich przekonaniach wolnościowych, niepodległościowych. Ale z drugiej strony są znowu ci, co wówczas trzymali się z tyłu lub stali z boku, wiedzieli „gdzie być” i „jak się ustawić” - aby być, ale się jednak nie narazić a potem coś „wyrwać” dla siebie. Ci, co robili majątki na handlu walutami (najczęściej za cichym przyzwoleniem władzy), potem robili nieuczciwe majątki na „dzikich” prywatyzacjach i rozwalaniu wszystkiego co pozostało z "gospodarki uspołecznionej", na czym się dało zarobić „przez upadłość”…

Czasem więc zastanawiam się, czy ci ludzie, którzy wtedy szli do pracy w pierwszym szeregu, przez stalową kładkę nad torami, dla pasażerów kolejki elektrycznej dowożącej robotników do Stoczni – wiedzieli co się może za chwilę wydarzyć? I szli mimo to? Czy ci górnicy z Kopalni Wujek wiedzieli, że za ich plecami kryją się ci, co zarobią na ich determinacji i ofierze? Im chodziło o to, żeby było dobrze, sprawiedliwie, żeby praca była i była szanowana,żeby władza liczyła się z ludźmi którzy ją powołali; zginęli dlatego, żeby się dało godnie żyć. Chodziło im "tylko o to" - jak byśmy dziś powiedzieli, ale wtedy - to było oczekiwanie radykalne i anty-ustrojowe. Skala przemian, jakie nastąpiły później – wtedy jeszcze nikomu nie mieściła się w głowie: że "ruscy wyjdą”, że Niemcy się zjednoczą, że Związek Radziecki przestanie istnieć… Górnicy ci może by splunęli pod nogi i poszli do domów na piwo, gdyby wiedzieli, że niedługo dla dwóch milionów Polaków nie będzie żadnej pracy ani też najczęściej - nawet zasiłku; nie będzie żadnej możliwości pracy ani zasiłku dla kilkuset tysięcy osób, które wówczas miały po 20– 30 lat i były "przyszłością tego narodu", a dziś mają po 55 – 60 lat i grzebią w śmietnikach… Może by "dali sobie spokój", ciepnęli łomy i kilofy pod nogi i poszli do swoich żon, mateczek czy gołębników, gdyby wiedzieli, że wkrótce ci co się ukrywają za ich plecami, a nawet i wspólnie z tymi - co mierzą do nich z "kałachów" - zamienią dziesięciomilionowy związek zawodowy w niewielką grupkę dobrze ustawionych kolesiów z wysokimi pensjami, zajmujących się głównie „ustawianiem” własnych rodzin i znajomków, a najwięcej do powiedzenia w sprawach pracowniczych będzie miała… konfederacja pracodawców i to na dodatek akurat z jakimś Jeremiaszem na czele…?

No tak, ale czy wówczas doszłoby do tych wszystkich przemian, czy „ruscy” by wyszli, czy by upadła PZPR… ?

Takie oto niewesołe myśli i trudne pytania przychodzą mi do głowy nie tylko na kolejnych „imprezach” rocznicowych, czy coraz bardziej modnych i coraz bardziej idiotycznych „rekonstrukcjach”. Przychodzą mi one także do głowy, gdy widzę biednych ludzi - przez cały dzień, już teraz nawet średnio co godzinę przychodzących do kontenera na śmieci, który widzę z mojego okna. Przychodzą ciągle, nawet parami, a każdy z nadzieją, że tam znajdzie coś, co im pozwoli przetrwać kolejny dzień i noc… tylko oni nie wiedzą, że niedawno przed nimi byli już tu ludzie w podobnym stanie i już dokładnie wszystko przeszukali, a godzinę przed nimi - inni… i wcześniej – jeszcze inni… i tak co dnia... Jeszcze niedawno przychodzili dwa – trzy razy w ciągu dnia oraz nad ranem, ale dziś - już przeciętnie co godzinę…

Cóż o tym myśli Pan Minister Kosiniak – Kamysz; młody, świetnie ubrany, dobrze wykształcony, elegancki i ze wszech miar zadbany człowiek, z rodziny tych „zawodowych” dyrektorów i ministrów…?
Pan Minister Pracy i Polityki Społecznej rządu Platformy Obywatelskiej, z gabinetu Premiera Donalda Tuska.


Odwiedziny: