BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

15/03/2015

Jeśli jest szansa - to w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Pisałem kiedyś, że człowiek prawdopodobnie jest w stanie tak naprawdę zrozumieć jedynie to, co leży w zakresie jego osobistego doświadczenia. Może dlatego tak niewiele jest zrozumienia dla tragedii jaką jest brak zatrudnienia - dla osób praktycznie uzależnionych od pracy najemnej. Bo to jest kolejna propozycja wspomnianego w poprzednim tekście przykładowego drania czy durnia: skoro nie ma zatrudnienia – bezrobotny może rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek.

Ale to jest kolejny idiotyczny mit ideologii PO.

Człowiek zdolny do rozpoczęcia nawet w mikroskali działalności gospodarczej – nie jest przeważnie, i to nieraz latami - bezrobotny. Te kilka czy kilkanaście tysięcy złotych możliwe do uzyskania w konkursie PUP na dotacje do rozpoczynanej działalności gospodarczej to zbyt mało by mogło wystarczyć; ta pomoc jest z natury jedynie dofinansowaniem dla kogoś kto już ma możliwości lokalowe i część kapitału, a zwłaszcza ma pomysł i wiedzę.
Podstawą działalności gospodarczej jest zatrudnianie pracowników, tylko w ten sposób można osiągnąć wystarczające obroty czy przychody i osiągnąć z nich wystarczający zysk. Społeczeństwo tak czy inaczej nie może się składać z samych przedsiębiorców. Oczywiście; należy dążyć do rozwoju drobnej przedsiębiorczości. Kto ma być przedsiębiorcą, bo posiada wszystkie potrzebne cechy – z pewnością będzie nim, nawet państwo mu w tym nie przeszkodzi, ale środowisko osób bezrobotnych nie jest miejscem gdzie można by szukać masowo osób o takich cechach, bo gdyby je posiadali - nie byliby bezrobotni.

Żeby żyć, trzeba mieć pieniądze, choćby w minimalnej, ale niezbędnej ilości. Żeby być bezrobotnym sensu stricte i starać się o zatrudnienie także trzeba mieć niezbędne środki, bo utrzymanie standardu osoby gotowej i zdolnej do natychmiastowego rozpoczęcia pracy – wymaga ponoszenia ciągłych kosztów. Dlatego w rejestrze bezrobotnych powinni być tylko i wyłącznie bezrobotni, aktywnie poszukujący zatrudnienia, ściśle spełniający wymogi i wszyscy oni powinni mieć przyznany zasiłek w wystarczającej do zaspokojenia podstawowych potrzeb wysokości na czas poszukiwania zatrudnienia i z przebiegu tego poszukiwania – rozliczani.
Bezrobocie jest pochodną stanu gospodarki a ten – nie zależy od postawy tego pojedynczego potencjalnego pracownika a raczej – od założeń politycznych oraz stanu gospodarki lokalnej i światowej, który także tym bardziej od tego nieszczęsnego człowieka nie zależy. Państwo jest tworem tworzonym przez ludzi i dla ludzi, dla dobra, dla pomocy a nie niszczenia i eksterminacji, dlatego – skoro narzuca sytuację i zasady postępowania, musi wziąć na siebie obowiązek realnej pomocy w egzystencji dla osób, dla których z jakiegoś od nich niezależnego powodu brakuje miejsc pracy, czyli miejsc zdobycia środków do życia w zamian za wykonaną pracę. Przedsiębiorcy muszą pracować w konkretnym otoczeniu obowiązujących i respektowanych przepisów prawa regulujących działania gospodarcze. Przedsiębiorcy muszą mieć swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w ramach prawa, pełny wpływ na koszty i zysk. Mają prawo dbać głównie o swój zysk. Natomiast państwo ma działać tak, by ta swoboda nie obracała się przeciwko jakimś grupom społecznym innym niż przedsiębiorcy, przeciwko społeczeństwu jako całości. Na przykład – by jakieś durne mity funkcjonujące wśród przedsiębiorców nie wyłączały swoim „widzi mi się” z aktywności zawodowej całych grup wiekowych, jak teraz ludzi w wieku produkcyjnym po 45 czy 50 roku życia ale przed wiekiem emerytalnym. A jeśli już – to by owo wyłączenie z aktywności odbywało się na bezpośredni koszt pracodawców.

Państwo tworzone i zarządzane (bezpośrednio lub pośrednio) przez przedsiębiorców – to jest w rzeczywistości zamach na państwo! Jest ono skandalicznym wypaczeniem i w ostatecznym rozrachunku musi ponieść klęskę. Mamy z tym bezpośrednio do czynienia w tym kraju. Prawdopodobnie to właśnie jest przedmiotem szantażu, tzw. afery podsłuchowej czy „taśmowej”. Musi to w przyszłości stać się przedmiotem zainteresowania Trybunału Stanu.
Jednak nim to się stanie przedsiębiorcy zgromadzą tak czy inaczej swój podły zysk, zdobędą swoje majątki i w ostateczności wytransferują je za granicę, a wszelkie koszty poniesie społeczeństwo, w szczególności pewne grupy „spisane na straty” – jak dziś osoby w wieku określanym jako „50 plus”.
Obecny okres bezwzględności i bezhołowia, związane z nim nazwiska – będą kiedyś w historii tego państwa okryte hańbą i wstydem. Ofiarom to nie przywróci zmarnowanych lat, straconego życia, cierpienia fizycznego i psychicznego.

Podstawowym źródłem finansowania działań urzędów pracy, tych wymienionych w ustawie o promocji zatrudnienia - jest Fundusz Pracy. To fundusz celowy powstający z obowiązkowych składek pracodawców. Nie wiem jak wygląda obecnie sprawa dostępności i wykorzystania dofinansowania unijnego - po zmianie tzw. perspektywy finansowej i przejściu na tzw. programy regionalne. Szkolenia dla bezrobotnych były, są i w najbliższym przynajmniej czasie będą straszliwym marnotrawstwem pieniędzy i to wcale nie dlatego jakoby miały być niepotrzebne. Po prostu od początku osoby bezrobotne są w tym jedynie pretekstem do pozyskania i wydania pieniędzy przy czym zarabia organizator szkoleń, firma szkoleniowa wyłoniona w przetargu oraz zajmujący się tym urzędnicy PUP i WUP. To po prostu nowe "pole biznesowe" w którym bezrobocie i osoby bezrobotne absolutnie nie są ważne poza ich funkcją "pretekstu" czy "alibi". Cała ta machina pozyskania środków i pasożytowania na nich przez urzędników wymaga istnienia bezrobotnych i bezrobocia na poziomie powyżej "naturalnego", dlatego wszelkie działania podejmowane są przez nich w taki sposób, aby wywołać obrót pieniądza na którym żerują ale nie zmniejszyć w sposób istotny wielkości bezrobocia które to legitymizuje; nie gotuje się rosołu z kury znoszącej złote jaja. Z bezrobociem trzeba "walczyć", ale nie wolno go przecież "zwalczyć" bo z czego dalej będziemy żyli - my urzędnicy, pracownicy pomocy społecznej? Bezrobotnym trzeba pomagać, ale przecież nie wolno im pomóc, tak by przestali być bezrobotni.
A poza tym; przede wszystkim władza bezmyślnie i nieodpowiedzialnie zredukowała przemysł, najpierw dopuszczając do jego rozkradzenia a potem świadomie na podstawie unijnej "ideologii dla naiwnych" - świadomie rezygnując z całych gałęzi przemysłu "na rzecz" Chin i Azji. Dlatego mamy autentyczny niedobór co najmniej dwóch milionów miejsc pracy. Druga sprawa to rozbieżność pomiędzy wiedzą, kompetencjami, doświadczeniem pracowników dawnych zakładów a współczesnymi potrzebami; przecież mieliśmy dość gwałtowny skok technologiczny i naukowy wynikający ze stopniowego znoszenia blokady "obozu radzieckiego" po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu faktycznej niepodległości (uważam że ten proces jeszcze się nie zakończył).

Jeszcze na dodatek zlikwidowano praktycznie szkolnictwo zawodowe i wiele technicznych szkół średnich. Istnieje więc stale pewna pula "aktualnie nieobsadzonych" miejsc pracy na które trwa nabór, szacuję to na średnio kilkadziesiąt tysięcy, bo zawsze jest jakiś ruch na "rynku pracy" ale są to w większości stanowiska związane z oczekiwaniami których bezrobotni nie są w stanie spełnić nawet po kursie zawodowym; chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie w dziedzinach które do niedawna nie istniały, połączone ze znajomością co najmniej jednego języka obcego, prawem jazdy i posiadaniem własnego samochodu wykorzystywanego do pracy, doskonałym opanowaniem zaawansowanych a specjalistycznych programów komputerowych itp. Poszukuje się fachowców a nikt nie ma zamiaru umożliwić nowemu pracownikowi zdobywania wiedzy i doświadczenia już w trakcie pracy.
Tu właśnie byłoby miejsce na działania pomocowe, jako że działania pracodawców często w prostej linii zależą od ponoszonych kosztów. Rozpatrzmy konkretny przypadek jako abstrakcyjny przykład: mamy np. człowieka który był magazynierem ale w dawnych warunkach PRL-owskich, bez komputera i nowoczesnych rozwiązań technicznych. Ma sporą wiedzę ale też i braki, dlatego jest bezrobotny. (pomijam tu przyczyny gospodarcze - dla uproszczenia wywodu). Rolą pomocową urzędu pracy byłoby tak "na logikę" pomóc mu uzupełnić te braki tak by mógł być zaakceptowany przez współczesnego przedsiębiorcę jako pracownik dający szansę na pełną produktywność i bezpieczeństwo w wykonywanej dla niego pracy. Trzeba nauczyć go posługiwania się komputerem i programami magazynowymi. Powiedzmy, że trzeba nauczyć go też obsługi urządzeń magazynowych i wózków widłowych bo to teraz jest powszechnie oczekiwane. Słowem - trzeba mu pomóc spełnić podstawowe oczekiwania pracodawcy bo potem sam już będzie się doskonalił i nabierał doświadczenia - pracując, przynajmniej ma taką szansę. Człowiek bezrobotny nie ma pieniędzy na komercyjne kursy, kosztujące w tym przypadku co najmniej kilka tysięcy zł. Kursów organizowanych przez PUP na koszt FP jest bardzo mało w stosunku do ilości chętnych, widzących w tym swoją szansę. Powiedzmy jednak, że dostaje się na taki kurs i kończy go z wynikiem pozytywnym. Powraca do rejestru bezrobotnych - ponieważ pracodawcy oczekują nie tylko świadectwa nabycia wiedzy, ale i posiadania co najmniej rocznego doświadczenia praktycznego w jej stosowaniu, poświadczonego "referencjami" od poprzedniego pracodawcy.
Powracając do rejestru bezrobotnych lub podejmując przypadkową zupełnie inną prostą pracę (stróż, ochroniarz) człowiek ten szybko zapomni to czego się na owym kursie nauczył. Jest szansa, że gdyby początkowa faza zatrudnienia tego człowieka obyła się bez kosztów ponoszonych przez pracodawcę - zgodziłby się on dopuścić tego człowieka do pracy np. na pół roku, by dać mu szansę nabrania doświadczenia w posługiwaniu się wiedzą nabytą podczas kursu. Potrzebna jest tu organizacja stażu dotowanego w 100% z FP lub pieniędzy unijnych na "walkę z bezrobociem". Jeśli to jeszcze mało, to po zakończeniu tego stażu człowiek ten powinien mieć szansę dalszej pracy np. na zasadach prac interwencyjnych - dotowanych już tylko w 40 czy 50%, Po roku takiej pracy będzie miał i wiedzę i doświadczenie, najprawdopodobniej powróci do normalnej pracy zawodowej u tego lub innego pracodawcy, czyli na trwałe przestanie być bezrobotny. 
Moim zdaniem ten ciąg "kurs, staż, ewentualnie dodatkowa praca dofinansowana (interwencyjna)" powinien następować automatycznie w działaniach urzędu pracy mających "walczyć z bezrobociem". Chodzi o skuteczne wyeliminowanie powodu bezrobocia tego człowieka. Dla posłanego na kurs automatycznie powinien być organizowany dalszy staż, bo inaczej brak doświadczenia zawodowego spowoduje zmarnowanie niejako wiadome już z góry pieniędzy wydanych na ten  kurs. Przy braku dwóch milionów miejsc pracy innej alternatywy nie ma a inne działania będą zawsze prowadziły do marnotrawstwa środków i pozorowania pomocy w celu żerowania na jej kosztach. Gdyby bezrobocie było zbliżone do tzw. poziomu naturalnego, szacowanego na 2,5 - 3,5% to większość ludzi mogłaby samodzielnie poradzić sobie z tym problemem, gdyby oczywiście otrzymywał zasiłek pozwalający pokryć elementarne potrzeby na czas nauki i poszukiwania czy zmiany pracy. W Polsce ok.16% zarejestrowanych bezrobotnych ma prawo do zasiłku, najczęściej sześćset kilkadziesiąt zł miesięcznie maksymalnie na sześć miesięcy. Reszta bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zasiłku nie otrzymuje. Osoby w wieku powyżej czterdziestu kilku lat są bezrobotne ze względu na wiek, niezależnie nawet od wiedzy i doświadczenia; po prostu "w tym wieku (szczególnie 50+) już się nie zatrudnia" co jest ewidentnym złamaniem prawa ale na to żadne szkolenia ani dotacje nie pomogą, zresztą nie chodzi nam o budowanie chorej gospodarki opartej na dotacjach do zatrudnienia. Potrzebna jest tu całkowita zmiana a może ona nastąpić moim zdaniem tylko poprzez całkowitą zmianę władzy.

14/03/2015

Pozostaje tylko wściekłość, bezradność i żal...

Życie przynosi mi coraz to nowe dowody na to, że sytuacja osób pozbawionych pracy (jako formy zdobywania środków do życia) nie jest rozumiana przez innych, nawet bliskich czy znajomych - stale od wielu lat zatrudnionych i przyzwyczajonych do swojego stałego rozkładu dnia oraz przede wszystkim – stałego dopływu pieniędzy, statusu ekonomicznego, poziomu dochodów. Przyzwyczajonych do pewnego poczucia podstawowego bezpieczeństwa materialnego, wyrażającego się choćby w tej pewności, że na koniec miesiąca, w łatwym do określenia bo wyznaczonym przez prawo dniu wpłynie na ich konto bankowe wypłata wynagrodzenia za pracę; może nie imponująca, ale przewyższająca znacznie podstawę zasadniczej egzystencji.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.

Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.

Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.

Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.

W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.

Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.

To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".


Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.

To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.

Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.

12/06/2014

Dla władzy nie jest ważna prawda; ważne jest alibi z manipulowanego „poparcia społecznego” i propaganda sukcesu.

Pod tym względem dziś obecna władza niczym nie różni się od dawnej władzy tak zwanej „ludowej” – jak się lubiła mianować władza towarzyszy z PZPR.

A jest tak po prostu dlatego, że nasza obecna neo-totalitarna ekipa „kolesiów” chce za wszelką cenę utrzymać władzę, utrzymać ją jak najdłużej a przynajmniej przez czas, do kiedy w Polsce można jeszcze robić błyskawiczne kariery, majątki „z niczyjego” i skutecznie uchylać się od wszelkiej odpowiedzialności.
Na szczęście spora część społeczeństwa zna z własnego doświadczenia i pamięta totalitarne działania władzy „ludowej” opartej na ideologii komunistycznej dostosowanej nieco do specyfiki społeczeństwa polskiego, pod wypływem niepowodzeń później zwanej „budową społeczeństwa komunistycznego” a po dalszych niepowodzeniach wynikających z oporu społecznego – „budową społeczeństwa socjalistycznego”. Oczywiście budowa ta nigdy się nie zakończyła, także z pewnością nie sukcesem; ustrój powstały w naszym kraju nigdy nie był ani komunizmem ani socjalizmem i prawdopodobnie dlatego właśnie zakończył się tak jak się zakończył. Mówienie dziś, że „w Polsce skończył się komunizm” być może jest dobrym zagraniem medialnym dla jakiejś niespełnionej aktoreczki, ale nie odpowiada prawdzie po pierwsze dlatego – że tu nigdy nie było komunizmu, więc nie mógł się także „skończyć” a po drugie – te siły i ci ludzie którzy się kryją pod tym określeniem w Polsce – nadal świetnie i coraz lepiej się mają, dobrze ustawieni jak polska odmiana ukraińskich oligarchów, tyle że udających prywatnych i niewinnych, zwyczajnych i skromnych obywateli.

Dla sił politycznych osadzonych tu u władzy przez Związek Radziecki – wówczas jedna zasada była kardynalna: objąć władzę, opanować wszystkie instytucje państwa, stworzyć mechanizm nacisku i szantażu i już nigdy tejże władzy nie oddać. Weżreć się w społeczeństwo jak grzyb w ścianę, zakotwiczyć się wszędzie swoimi mackami jak rak w zdrowym organizmie, spętać ludzi strachem, naciskami, nagrodami, karami, poczuciem beznadziejności, kontrolować wszystko agresywnie i dokładnie by już nigdy nie dać się odsunąć czy wyrugować z władzy a tym bardziej - pociągnąć do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Dokładnie tak jak Tusk ze swoją PO. To właśnie można uznać za definicję totalitaryzmu, za spektakularną pogardę demokracji.

Od kiedy sięgnę pamięcią, były w tym kraju siły i ośrodki przeciwstawiające się totalitaryzmowi władzy. To wcale nie tylko galeria znanych kilkunastu nazwisk tych, którzy byli najbardziej prześladowani, albo po 1989 roku postanowili zostać największymi kombatantami „walki z komuną”, zamienić to co robili na stanowiska, zaszczyty, funkcje i związane z tym dochody. Nie wszyscy chcieli a spośród chcących – nie wszystkim się udało.
Jednocześnie można tu zawsze było spotkać przeróżnych sprzedawczyków, kolaborantów, cynicznych cwaniaków bez charakteru i skrupułów, potakiwaczy pozujących na intelektualistów albo na rewolucjonistów, ale przeważnie za tym ukrywał się jakiś interes, oczekiwanie odwzajemnienia się władzy za wsparcie w walce z przeciwnikami totalitaryzmu, czasem durny, naiwny fanatyzm…
Jak to przedstawił kiedyś Jacek Fedorowicz w jednym ze swoich politycznych programów satyrycznych: … kiedy stocznie strajkowały to zawsze znajdowały się takie medialne „przedstawicielki” zatroskanego społeczeństwa; … to chyba nawet jedna taka była – dyżurna, tam ją odpowiednio przebierali; a to szwaczka a to rybaczka, stawiali ją przed kamerami TVP i ona mówiła płaczliwym głosem: „W imieniu wszystkich kobiet pracujących ja się domagam, żeby stoczniowcy już wrócili do pracy”; a już poza anteną – „to teraz którędy do kasy…?”…

Okazuje się, że nadal nic się nie zmieniło, w każdym razie niewiele. Znów jest władza widząca swoje główne zadanie w tym, aby się „nie dać zmienić”, nawet wbrew jasnemu bo dość jasno wyrażanemu oczekiwaniu społeczeństwa. Władza gotowa na bardzo wiele, (mam nadzieję, że jednak nie na wszystko) – by pozostać władzą, mimo, że otrzymuje jednoznaczne sygnały także z własnych sondażowni, że poparcia społecznego już nie ma, że zbyt wielu zawiodła. Zresztą „poparcie społeczne” to dla tej władzy jedynie gadżet; sympatyczny gdy jest ale niekonieczny. O zwyczajnym podporządkowaniu się demokratycznemu oczekiwaniu społeczeństwa – także wtedy gdy jest niekorzystne – nawet się władzy nie śni. Władza „wie lepiej co dobre”… jak każda totalitarna władza.

Nadal są osoby cieszące się z tego, że władza nie posiadająca już akceptacji – „wygrała wybory siódmy raz z rzędu” – tak jakby nie było demokracji, jakby tu chodziło o jakąś infantylną zabawę harcerską – „kto – kogo” a nie o los milionów ludzi, pozbawianych w ten sposób wpływu na swoje życie. Nakłanianych w ten sposób do bardziej radykalnych, niszczycielskich form upomnienia się o demokrację i praworządność. I znów taka „szwaczka – rybaczka”, znów taka stara, skrzywiona złośliwie baba z jakąś skrajną frustracją, jakimś urazem psychicznym malującym się na twarzy, zaślepiona niczym nie uzasadnioną nienawiścią „polityczną” do „Kaczyńskiego” i wszystkiego co „kaczyńskie” – chwali totalitaryzm tej władzy, pisze peany o „Donku – Zwycięzcy” – jak kiedyś pisano o Stalinie – Słońcu Ludzkości – kolejny raz zwyciężającym w ustawionych komunistycznych „wyborach”. Baba nawet nie wie, jak jest śmieszna w tej swojej zajadłości i jak jest smutna w tej swojej chorobie a przecież w rzeczywistości nic od niej nie zależy; zupełnie nic… baba jednak nie ma wątpliwości: wiadomo przecież, że im więcej razy się „zwycięży w wyborach” kolejnych i następujących po sobie – tym lepiej… tak jak w Chinach, Korei Północnej, Rosji; – lepiej bez wątpienia dla tych, którzy zwyciężyli lub mających z nimi jakiś wspólny interes. Czekam więc z zaciekawieniem: Kiedy baba zapyta: „… którędy do kasy”?

A może zresztą już w kasie była; otrzymała już co miała otrzymać – na konto (a’ konto na konto); obecny rozwój internetowej bankowości elektronicznej ma dziś swoje miłe udogodnienia.

13/05/2014

Wybory do PE: Wyższy poziom „polskiego piekła”; kabaret polski w UE.

Gdzieś ponad poziomem własnych problemów, wątpliwości czy codziennych zmartwień; własnych w tym sensie – że bezpośrednich, egzystencjalnych i osobistych – niektórzy potrafią spojrzeć też na „całość”, na sytuację ogólniejszą i sprawy może nie tak bezpośrednio już dziś nas dotyczące, ale ważne. Ważne przez to, że prędzej czy później mogące nas bezpośrednio dotyczyć, te które bez wątpienia „dopadną” nas. Efekt tego – zależy od indywidualnego dostępu do informacji, czyli do wiedzy o rzeczywistym i faktycznym stanie spraw, gdyż wiedza o nierzeczywistym stanie spraw informacją nie jest. Może raczej odwrotnie powinienem napisać: efekt tego zależy od indywidualnego dostępu do wiedzy, czyli do informacji o rzeczywistym stanie spraw, gdyż informacja o nierzeczywistym stanie spraw wiedzą nie jest. Z pewnego punktu widzenia oba te stwierdzenia znaczą to samo…

Na tej właśnie zasadzie, im bliżej do wyborów polskich euro-parlamentarzystów – tym bardziej rośnie moja ciekawość, oczywiście nie dotycząca tego, kto zostanie wybrany w sensie personalnym a raczej tego, jaką to stworzy sytuację polityczną i jakie będzie miało reperkusje w sytuacji społecznej. Przy braku wpływu na bieg zdarzeń – można sobie pozwolić na to, by pozostać jedynie przy obserwacji; biernej… choć z zaciekawieniem.

Zmiana władzy w tym kraju w sensie ideologii środowiska politycznego tworzącego władzę lub koalicję rządzącą wydaje się bardzo prawdopodobna i wręcz konieczna. Po prostu niezbędna i to najlepiej natychmiast. Prawdopodobieństwo to wynika nie tyle ze „zwodniczych” badań opinii publicznej, które manipulują zaplanowanym wynikiem zależnie od tego – kto je wykonuje i na czyje zamówienie to robi. Takie „badanie” opinii publicznej ma na celu kształtowanie jej. Dużo bardziej prawdopodobieństwo to widać po zmianie postaw wielu osób publicznie znanych ze swoich poglądów zdecydowanie poro-PO-wskich; dla mnie takim przykładem mogłaby być droga jaka przeszedł Jacek Żakowski: dziennikarz kojarzący się co prawda niestety z „Gazetą Wyborczą”, ale dla mnie to przede wszystkim znany dziennikarz radiowy Radia Tok-FM; drugiej – obok „Polityki” – swoistej „gadzinówki” władzy.
Stopniowe w miarę rozwoju przejście od bałwochwalczego, bezrefleksyjnego stosunku do Platformy „Obywatelskiej”, bezrefleksyjnej w minionych 3 – 4 latach obrony jej „grajdoła politycznego” – do konkluzji iż stworzyła ona państwo nieludzkie, jego skrajnie wypaczoną namiastkę – jest dla mnie godne szacunku i to wcale nie dlatego, że sam podzielam ten pogląd i wygłaszałem go dużo wcześniej. Bynajmniej nie daje mi satysfakcji iż nazywałem pewne zjawiska bez ogródek już dwa lata temu. Tak „oświeconych” stopniowo przybywa, co może pozostać nie bez wpływu na przyszłe wyniki wyborów krajowych. Ideologię która stworzyła to wypaczone, nieludzkie państwo dobrze by było odsunąć jak najszybciej od jakiegokolwiek wpływu na realną rzeczywistość, pod warunkiem wszakże, iż ta siła polityczna która tego dokona – sama ma zamiar wdrożyć normalniejsze, bardziej „ludzkie”, jednolite standardy…

Jak się to jednak ma do najbliższych wyborów europejskich?
Środowisko aktywistów PO prawdopodobnie zdaje sobie sprawę ze zbliżającego się „rozliczenia” przez wyborców, być może dlatego partia desygnowała na kandydatów do Parlamentu Europejskiego na pierwszych miejscach list wyborczych swoich najlepszych, sprawdzonych „towarzyszy” – jak były minister Vincent Rostowski czy urzędujący minister Władysław Kosiniak Kamysz, Bogdan Zdrojewski; jeśli się urzędujących dziś ministrów wystawia do wyborów, czyli w intencji – wysyła do Brukseli, to dowodzi po prostu świadomości, iż długo oni by tu i tak już nie pourzędowali…
Jest tam na pierwszych miejscach list właśnie i Bogdan Zdrojewski, i niesławny Michał Boni, Janusz Lewandowski, Dariusz Rosati, Barbara Kudrycka, Danuta Huebner, Julia Pitera, Jacek Saryusz Wolski, Róża Thun, Jerzy Buzek… słowem towarzystwo faktycznie „doborowe”, niezwykle w swoim „liberalnym” odczłowieczeniu społecznym kompetentne.

Załóżmy więc przez chwilę na użytek eksperymentu myślowego, że wszystkie te osoby wraz z wystawionymi obok nich celebrytami i innymi „figurantami” mającymi co najwyżej „zajmować miejsca mądrzejszym od siebie wrogom – a tym wyżej wymienionym nie przeszkadzać, ludźmi całkowicie im praktycznie podporządkowanymi w zamian za „ciepłą wodę w kranach”, dobrze płatną i miłą posadkę na co najmniej pięć lat – dostają się do Parlamentu Europejskiego.
Załóżmy, że większość z polskiej puli 51 mandatów w PE obejmują tego typu sprawni politycy Platformy Obywatelskiej mający kontakty zawodowe, polityczne, dobre rozeznanie w tym jak się w PE poruszać wśród wytrawnych polityków zachodnioeuropejskich, mający szerokie kontakty osobiste zdobyte w minionych latach swojej aktywności itp. Głos Polski na forum międzynarodowym w Unii – przynajmniej w PE – byłby więc nadal głosem Platformy Obywatelskiej i jej ideologii.
Mają oni – wraz z działającym do końca kadencji rządem PO w kraju jeszcze rok na przygotowanie się do skutków zmiany władzy w Polsce.

Latem 2015 roku odbywają się wybory prezydenckie i parlamentarne w Polsce i załóżmy, że w ich wyniku władzę obejmuje partia „Prawo i Sprawiedliwość”, która utworzy rząd. Ale kto będzie rządził? Kto wówczas rządzi „tak naprawdę”? Nie można przecież zapominać, że prawo Unijne a raczej dyrektywy będące w rzeczywistości instrukcjami obligatoryjnego modyfikowania prawa na szczeblu krajowym – ma właśnie pierwszeństwo prawne, czyli rząd musi poniekąd ciągle wdrażać zmiany prawa krajowego pod dyktando dyrektyw unijnych.
To jest zrozumiałe i logiczne z punktu widzenia konieczności dążenia do jego unifikacji, ale w aspekcie powyższego pytania zastanawiać się można – kto miałby większy wpływ na sytuację w kraju; ci co tworzą prawo unijne i kierunki jego zmian na poziomie krajów unii czy ci którzy zarządzają państwem pod dyktando tychże dyrektyw, musząc prawo krajowe do nich dostosowywać.

Obawiam się, że niewiele osób w pełni rozumie rzeczywistą rolę poszczególnych instytucji Unii Europejskiej w procesie kształtowania Unii i zarządzania nią na szczeblu kontynentalnym. A przecież jest i szczebel globalny na którym dokonywane są zmiany przez „globalnych graczy” do których Polska przecież nie należy. Bardzo niewielkie zainteresowanie wyborami naszych reprezentantów w Parlamencie Europejskim (a przewiduje się w Polsce frekwencję na poziomie 20%) wynika nie tylko z braku łatwego dostępu do wspomnianej wiedzy; to pewnie i zbytnie rozbicie interesów narodowych poszczególnych krajów, istniejący od początku „podskórnie” rzeczywisty podział na „lobby” tzw. starej unii i jej siłę w porównaniu z nowymi członkami, zapewne i początkowy zwyczaj gremialnego wysyłania tam (wystawiania kandydatur) osób niekompetentnych, artystów, celebrytów, pożytecznych idiotów którzy będą zbyt głupi by przeszkadzać elicie tych co „wiedzą o co chodzi” – wszystko to przyczyniło się do społecznego nastawienia lekceważącego, uznawania tych wyborów za mało istotne. Parlamentarzyści europejscy nie działają zresztą w ramach „reprezentacji” narodowych a w ramach podziału całego PE na większe struktury polityczne; być może nie jest bez znaczenia każda osoba zasilająca konkretną opcję polityczną w ramach struktury PE, nawet i kilkadziesiąt głosów tu się liczy, lecz oddala to psychologicznie PE od „przeciętnego” obywatela kraju członkowskiego.

Oczywiście sytuacja w Unii a co za tym idzie i rola parlamentarzystów powoli zmienia się, ale nastawienie zwykłych obywateli, jakby „metka” tych wyborów – zmienia się jeszcze wolniej.
Szczególną rolę należy przypisać głównie czterem instytucjom; Komisji Europejskiej, Radzie Unii Europejskiej, Radzie Europejskiej oraz Parlamentowi Europejskiemu; instytucji europejskich jest znacznie więcej i wcale nie są one drugorzędne w ramach przysłowiowej już unijnej biurokracji. Te cztery stanowią jednak główny trzon odpowiadający funkcjonalnie parlamentowi i rządowi.

Komisja Europejska i jej przewodniczący jest powoływana przez Radę Europejską. Składa się z Przewodniczącego, komisarzy (po jednym z każdego kraju) oraz grupy pracowników Komisji; tłumaczy itp. – obecnie ok. dwudziestu pięciu tysięcy pracowników działających na rzecz komisarzy. Rada Europejska powołuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej a ten desygnuje kandydatów na Komisarzy – którzy są po przesłuchaniach w komisjach PE następnie także formalnie powoływani przez Radę Europejską i PE. Komisja odpowiada za interes Unii jako całości, zajmuje się polityką Unii we wszelkich jej obszarach działania. To Komisja ma prawo do inicjatywy ustawodawczej, decyduje o konsultacjach społecznych, określa długofalową politykę finansową Unii, przygotowuje do zatwierdzenia propozycję rocznego budżetu Unii oraz rozdzielania środków finansowych, pilnuje też wykonywania prawa europejskiego przez rządy krajowe, także wspomnianej implementacji dyrektyw. Każdy z komisarzy zajmuje się inną dziedziną gospodarki unijnej, powierzoną mu przez Przewodniczącego zgodnie z kompetencjami.
Zajmuję się tu jednak głównie oceną wpływu rozlokowania polityków PO jako przyszłej opozycji i ich możliwego wpływu na możliwości realizacji przez nowy Rząd jego programu wyborczego; jednego w przypadku Komisji Europejskiej nie wiem: kto i na podstawie jakich przesłanek nominuje poszczególne osoby na kandydatów na Komisarzy; firmuje to swoim nazwiskiem powołany wcześniej Przewodniczący Komisji, ale jaki jest „klucz” doboru tych kandydatów? Czy aby tylko kompetencyjny?
Komisarze ponoszą odpowiedzialność nie przed tym ciałem które ich powołało a wyłącznie przed Parlamentem Europejskim. Odpowiedzialność tę Parlamentowi Europejskiemu z natury dużo trudniej jest wyegzekwować niż Komisji Europejskiej i być może dlatego tak to zorganizowano. Listę Komisarzy ustala Rada Unii Europejskiej w porozumieniu z Przewodniczącym Komisji i uwzględniając opinie rządów krajów członkowskich. To jasne, gdyż Rada Unii Europejskiej składa się z ministrów rządów państw członkowskich. Problem jest jednak z terminarzem: kadencja Komisji Europejskiej trwa 5 lat, rozpoczęła się na początku lutego 2010 roku a więc czy może ona upłynąć przed terminem wyborów parlamentarnych w Polsce; czyżby to oznaczało, że to obecny Rząd miałby na kilka miesięcy przed przegranymi przez siebie wyborami ustalić skład Komisji Europejskiej? (a w niej polskiego komisarza). Powiązanie składu Komisji z wynikami wyborów krajowych musi przecież istnieć jednak do jakiego stopnia można nim manipulować. Tu trzeba przyznać, że środowisko PO jako opozycyjne wobec rządu krajowego byłoby dużo bardziej „sprawne” niż obecna opozycja w Polsce.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne, ale nie można nie uwzględniać, iż nie ma on prawa inicjatywy ustawodawczej; jest on ogromną machiną biurokratyczną o bardzo rozbitym oddziaływaniu, natomiast ciała unijnej administracji które mają największy wpływ na cała sytuację Unii – nie pochodzą z bezpośrednich wyborów, proces ich wyłaniania jest dość niejednoznaczny.

Generalnie trudno jest o rzetelne informacje szczegółowe o organizacji i funkcjonowaniu Unii jako całości, gdyż wiele źródeł wzajemnie sobie zaprzecza; dla przykładu strona internetowa Unii Europejskiej i poświęcona Unii strona w tak popularnej dziś Wikipedii. Odnoszę wrażenie że stan małego rozpowszechnienia rzetelnej wiedzy nie jest tu przypadkowy.
Chodzi o materię dość złożoną, o skomplikowane zależności i masę szczegółów posiadających swoje różne „dna”… jakże więc się nie dziwić niechęci jaką „przeciętny obywatel” Unii darzy wybory do PE. Unia jest zbyt skomplikowana dla „Kowalskiego” więc koncentruje się on na wojence personalnej zastępującej politykę w swoim kraju, ale rzeczywista sytuacja w kraju – zależy w dużej mierze od Unii; czy to aby sprawa jedynie przypadku?

To, że Unię trudno zrozumieć nie znaczy, że łatwiej ją lekceważyć.
Generalnie trudno jest określić ewentualny hipotetyczny wpływ przyszłych przegranych przez PO wyborów parlamentarnych pomimo wygrania wyborów europejskich – na sytuację i możliwości nowego polskiego rządu. Wiele też zapewne zależy od jego postawy, stopnia samodzielności, od definicji bieżącej „interesu polskiego” i skłonności do poświęcania tegoż na rzecz integracji – choćby i ze stratą, czy na rzecz własnej kariery politycznej lub finansowej.
Jedno jest pewne: w nominowaniu znanych polityków PO takich jak Rostowski, w tym i urzędujących ministrów – jako kandydatów w wyborach do PE – jest coś niepokojącego. Byłoby pożałowania godne, gdyby obecna walka ideologiczna i personalna ze szczebla krajowego przeniosła się po wyborach parlamentarnych w Polsce na szczebel Instytucje UE – Rząd.

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

11/04/2014

"Magiczne "myślenie i "mniemanologia stosowana" – w walce z bezrobociem.

Wypowiedzi polityków na temat pracy w znaczeniu zatrudnienia pojawiają się ostatnio jakby częściej, czyli w ogóle się pojawiają w odróżnieniu od niedawnego jeszcze okresu całkowitego oficjalnego milczenia na ten temat – oczywiście prócz „zawodowego” propagandysty – ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniak Kamysza.

Powrót tej tematyki niewątpliwie jest spowodowany jedynie narastającą kampanią wyborczą, nie tyle nawet do Parlamentu Europejskiego co „kampanią w ogóle” gdyż przy jak dotychczas drastycznie spadającym poparciu społecznym obecnej koalicji rządzącej czeka nas najprawdopodobniej niekończąca się „jatka” wyborcza – po PE dotycząca wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

W ramach jednak udawania „społecznej wrażliwości” rozlegają się głosy na temat bezrobocia. Na przykład kilka dni temu wypowiedział się w tej sprawie Pan Euro-poseł Paweł Kowal (PJN, obecnie Polska Razem).
Stwierdził on mianowicie, że  
"...szkolenia bezrobotnych nie przynoszą żadnych efektów, dlatego chciałby, aby dotacje unijne w wysokości 2 miliardów złotych przeznaczone na szkolenia – zostały wydanie na tworzenie nowych miejsc pracy dla ludzi młodych a nie na szkolenie bezrobotnych. Obecny system umożliwia tylko zarabianie firmom szkoleniowym, dlatego jego ugrupowanie „Polska Razem” ma zamiar bacznie się przyglądać wydatkowaniu tej kwoty."
W mojej opinii słowa te są najprawdopodobniej podyktowane wyłącznie zapotrzebowaniem wyborczym. Pan Kowal chciałby zapewne pozostać parlamentarzystą europejskim, doszedł więc do wniosku, że ostentacyjne słowa mające przekonać ludzi młodych iż mają w nim rzecznika ich interesu – dadzą mu głosy młodych i pozwolą zwyciężyć w wyborach dużo pewniej, niż głosy bezrobotnych, nawet tych „szkolonych”.
Jednocześnie prezentuje on tu postawę typowego polityka, który dba o poparcie „obojętne od kogo” byle skutecznie, ale przy okazji prezentuje się jako człowiek „mniej-więcej zorientowany w temacie” to znaczy; słyszący że gdzieś dzwonią, ale nie wiedzący dokładnie w którym kościele.

Bezrobocie związane jest z zasadniczymi zmianami w strukturze gospodarki wywołanymi przez „polski” czyli głupi, chaotyczny i anarchiczny proces „transformacji ustrojowej i ekonomicznej” a następnie – przez Unię Europejską. Bezrobocie powstało zarówno poprzez zanik wielu miejsc pracy np. w związku z likwidacją pewnych zakładów lub nawet dziedzin przemysłu, ale także zaniku pewnych zawodów, które stały się wybitnie „nadmiarowe”. Wpłynął na to także brak odpowiedniej polityki edukacyjnej powiązanej z planowaniem zmian gospodarki. Miary problemu dopełnił także „skok” technologiczny, gwałtowny napływ nowych rozwiązań technicznych i technologicznych które stały się dla wielu starszych pracowników szokiem, bo Polska była przecież przez długie dziesięciolecia PRL objęta (jak i cały blok radziecki) blokadą dostępu do nowej myśli technicznej, zdobyczy nauki i nowych technologii (materiałów i technologii ich produkcji) itp. W związku z tym wielu ludzi w „średnim wieku” mających już wówczas za sobą co najmniej kilkunastoletni staż pracy – stało się całkowicie zbędnymi dla pracodawców. Po pierwsze liczba funkcjonujących miejsc pracy zmniejszyła się w sposób trwały o ok. pięć milionów (w szczycie) co dało bezrobocie o stopie w granicach 24 – 25%, z drugiej strony bardzo wielu pracowników zostało niejako mimochodem pozbawionych zawodu – który nagle stał się zbędny. Dochodziły do tego elementy dodatkowe w postaci jakichś idiotycznych mitów na temat zatrudniania ludzi starszych; mitów funkcjonujących do dzisiaj a ponadto zaczęto budować zręby „niewolnictwa pracowniczego” poprzez zmiany w prawie i praktyce, wprowadzanie wymyślnych procedur naboru pracowników, szczególną socjotechnikę niszczenia ich poczucia godności, poczucia wartości, zadowolenia z dotychczasowych osiągnięć, szacunku dla pracy i dla pracodawcy, czyli tzw. „etosu pracy” itp.

Wspominam o tym by wyjaśnić jeszcze raz, po co są potrzebne szkolenia dla bezrobotnych oraz skąd się wzięła taka potrzeba. Chodzi po prostu o formę walki z bezrobociem polegającą na uzupełnianiu, aktualizowaniu lub całkowitej zmianie kwalifikacji osób które stały się bezrobotne – po to by mogły one spełnić ponownie oczekiwania i wymagania jakiegoś (jakiegokolwiek) pracodawcy i powrócić do normalnej pracy w dotychczasowym lub nowym zawodzie, stając się w miarę samodzielne finansowo.
Szkolenia kwalifikacyjne, kursy zawodowe itp. są nadal niezbędne. Oczywiście rzeczywiste szkolenia profesjonalnie zaplanowane i przeprowadzone. Jednocześnie – same w sobie nie są wystarczające do zmniejszenia bezrobocia, gdyż od wiedzy i umiejętności pracowników poszukujących zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, następuje co najwyżej proces wymiany jednych zatrudnionych na innych, podobnie jak w rejestrach PUP – jednych bezrobotnych na tych co jeszcze niedawno pracowali. Dlatego też stopa bezrobocia od dawna utrzymuje się na podobnym poziomie.
W wystąpieniu Posła Kowala przede wszystkim występuje element nierównego traktowania pracowników lub kandydatów do zatrudnienia. Nie ma kontrowersji czy wzajemnego przeciwstawienia bezrobotni – młodzi, bo młodzi to prawie połowa bezrobotnych i młodzi jako bezrobotni tak samo potrzebują szkoleń – jak i ludzie starsi.
Szkolenia bezrobotnych miały być formą walki z bezrobociem. Nie jest prawdą, że nie dają one efektów. Prawdą jest, że efekt ten jest zbyt nikły jak na wielkość przeznaczanych na to funduszy. Efekt jest zbyt niski – bo państwo które dysponuje pieniędzmi – wyższego efektu nie wymaga. To państwo realizuje scenariusz łatwego zarabiania na „szkoleniu bezrobotnych” przez firmy szkoleniowe. Top wynika z ideologii tej władzy. Tam gdzie jest dużo pieniędzy a nie ma właściwego zewnętrznego nadzoru nad ich przeznaczeniem oraz wykorzystaniem zawsze efekt jest niewłaściwy, ale czy to bezrobotni za to odpowiadają? Efekty szkolenia bezrobotnych wynikają ze sposobu ich organizowania, z przyjętego sposobu zwalczania bezrobocia jedynie poprzez oddziaływanie na bezrobotnych a nie na faktyczne jego przyczyny, które leżą po stronie gospodarki i pracodawców. Jeśli efektem nazywać realny spadek stopy bezrobocia, to szkolenie bezrobotnych powoduje po prostu, że jest więcej bezrobotnych dobrze przygotowanych do podjęcia pracy – dla których tej pracy nie ma.

Istnieje problem pokolenia transformacji; ludzi którzy często nie znają żadnego języka obcego a i własny – nieraz dość słabo, nie umieją często posługiwać się sprzętem komputerowym i biurowym, nawet nie mają prawa jazdy. Dlaczego? Bo tak ich wychowała Polska – państwo ludowe czasów ich młodości, w którym „ideologicznie podejrzane” było znać obcy język a posiadanie znajomych lub krewnych za granicą „obozu” było niemalże równoznaczne ze szpiegostwem; w którym latami czekało się na otrzymanie wcześniej przedpłaconego samochodu i jego posiadanie było ewidentnym luksusem dla najbogatszych; kraju w którym do połowy lat dziewięćdziesiątych komputer widywano głównie na amerykańskich filmach.
Ludzie ci nie są już przeważnie w stanie przed wiekiem emerytalnym nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego w takim stopniu, aby móc go wykorzystywać do pracy, na zdobywanie prawa jazdy jest dla nich też już zbyt późno z powodu wieku. Ludzie ci nie są w stanie zostać przedsiębiorcami rozpoczynając własną działalność gospodarczą, bo wychowywali się w czasach w których działalność gospodarcza była niechciana, tępiona, zwalczana ideologicznie.
Zresztą nie jest możliwe ani potrzebne, by społeczeństwo składało się z samych przedsiębiorców. Nie może być tak, by nieznajomość języka niemieckiego spychała Polaka żyjącego w Polsce na margines egzystencji. To co to za Polska.
Ludzie ci mogą i muszą być dobrymi pracownikami, ale muszą istnieć dla nich właściwe stanowiska pracy, pracy usługowej lub choćby pomocniczej albo pracy w produkcji lub usługach – w której nie będzie się od nich wymagać tego, czym nie dysponują, np. posługiwaniem się językiem obcym, posiadania prawa jazdy itp. Nie może być tak, że Polak w Polsce zdycha z głodu, bo nie zna Niemieckiego albo nie potrafi i nie chce zajmować się własną działalnością gospodarczą. To jest po prostu jakieś zwyrodniałe, nieludzkie, dzikie; to forma eksterminacji. W takim samym stopniu dotyczy to i młodych.

Rozgraniczanie na młodych i starszych – gdy mowa o ubieganiu się o pracę graniczy z łamaniem prawa; prawa które zabrania nierównego traktowania pod jakimkolwiek względem kandydatów do zatrudnienia oraz już zatrudnionych. Szczególnie dotyczy to wieku. Bezrobocie równie dotyczy młodszych i starszych; jeśli mowa o przeznaczaniu sporych funduszy na „tworzenie miejsc pracy” – to dlaczego w takim razie „dla młodych” a nie po prostu dla bezrobotnych.

Ponadto gdy chodzi o stwierdzenie Pana Kowala – trzeba by się zastanowić, jaki może być związek potrzeby „tworzenia miejsc pracy” z pieniędzmi z dotacji unijnych. Po pierwsze – tworzyć miejsca pracy w sensie dosłownym mogą jedynie przedsiębiorcy rozwijający swoją działalność gospodarczą a nie politycy ani urzędnicy. W tym celu musi się zacząć znów rozwijać krajowy przemysł produkcyjny i przetwórczy ewentualnie także rzemiosło a to jest sprzeczne z polityką Unii. To Unia wywołała w dużym stopniu ten problem i Unia go podtrzymuje.

Rozwój przedsiębiorstw wynikający z rozwoju gospodarczego powoduje rzeczywiste zapotrzebowanie na pracę ludzką i musi to być na dodatek zrównoważone wobec różnych grup pracowników, o czym wspominałem wyżej. Dopóki tak się nie stanie – a Pan Kowal jako przedstawiciel Polski w Unii o to nie zabiega, możliwe jest tylko udawanie tworzenia miejsc pracy – poprzez dotowanie zatrudnienia. W wyniku tego pracownik otrzymuje czasowo niewielkie wynagrodzenie de facto nie od pracodawcy a z funduszu zewnętrznego, pracodawca dostaje darmowego lub bardzo taniego pracownika ale dla wszystkich jest to rozwiązanie tymczasowe czyli niczego nie zmienia ani nie angażuje żadnej ze stron, jedynie zużywa fundusze unijne. Gdy pieniążki na dotacje do zatrudnienia się kończą, pracodawca likwiduje to tymczasowe i do pewnego stopnia „fikcyjne” stanowisko, pracownik trafia na powrót do rejestru bezrobotnych, Unia jest biedniejsza o dwa miliardy złotych a pracodawcy są o tę samą kwotę bogatsi.
Nie bardzo więc rozumiem, jaką dla Posła Kowala to stanowi różnicę; zmarnować te pieniądze na szkolenia bezrobotnych czy zmarnować je na dotowanie tymczasowego lub wręcz fikcyjnego zatrudnienia… Czy tak wyobraża on sobie „tworzenie miejsc pracy dla młodych”?

Pozostaje nadal otwarte pytanie – jak ich nie zmarnować, ale odpowiedzi na nie – nie znajdziemy podczas kampanii wyborczej – szczególnie u kandydatów.

04/04/2014

Umowa zlecenia, umowa śmieciowa…

Umowa zlecenia jest umową cywilnoprawną czyli opartą na przepisach Kodeksu Cywilnego. W szczególności – nie ma ona nic wspólnego z Kodeksem Pracy (prawem pracy). Definiuje Umowę Zlecenia Art. 734 Kodeksu Cywilnego – stwierdzając, że ta forma umowy dotyczy jedynie wykonywania czynności prawnych przez jeden podmiot – na rzecz innego podmiotu, pomiędzy osobami fizycznymi lub osobami fizycznymi a osobami prawnymi.

Definicję pojęcia „czynność prawna” można znaleźć np. w Wikipedii: patrz definicja czynności prawnej
Jak więc widać, taki typ umowy absolutnie nie da się zastosować do wykonywania czynności związanych z pracą w produkcji, usługach, ochronie itp.; gdyż nie są to czynności prawne.

Furtkę dla przedsiębiorców dążących do odchodzenia przy zatrudnianiu od stosowania umów o pracę w rozumieniu Kodeksu Pracy – stanowi Art. 750 Kodeksu Cywilnego – stanowiący, iż „Do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu” (czyli artykuły k. c. zawarte w tytule XXI tej ustawy). Oznacza to, że przepisy Kodeksu Cywilnego zawarte w „Tytule XXI” Kodeksu Cywilnego – można stosować do umów o świadczenie usługi – pod warunkiem iż umowy te nie są uregulowane innymi przepisami. W szczególności – pod warunkiem, że nie są one uregulowane przepisami Kodeksu Pracy.

Mamy tu więc pierwszą istotną zasadę: umowa zlecenia może być stosowana do świadczenia usług nie mieszczących się w definicji i cechach stosunku pracy.
Nawet intuicyjnie – wyczuwamy że pewne zadania jakby „nie pasują” do istoty umowy o pracę. Dla przykładu, z autentycznych ogłoszeń na „tablica.pl”: „zlecę zamurowanie otworu okiennego…”. To jednorazowa usługa związana z czynnościami murarskimi i tynkarskimi, ewentualnie – jeśli umowa to w swojej treści obejmie – malarskimi, by doprowadzić do jednolitości wizualnej ściany w której był ten zbędny otwór okienny. Czy do wykonania tego trzeba aż zawierać umowę o pracę z murarzem, tynkarzem i malarzem ? Ustalać warunki pracy, czas pracy, dyscyplinę pracy, przydzielać kierownika lub brygadzistę, zakładać pełną dokumentację kadrową i płacową, wysyłać murarza na badania lekarskie, wydawać ubranie robocze? Zapewne byłoby to możliwe, ale niezmiernie niepraktyczne.

Wniosek: umowy zlecenia są użyteczne i potrzebne, gdy są prawidłowo stosowane.
W tym wypadku umowa zlecenia dotyczy jednorazowej usługi możliwej do samodzielnego wykonania przez zleceniobiorcę w ciągu np. tygodnia i jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż może być z zadowoleniem obu stron umowy wykonana bez angażowania przepisów Kodeksu Pracy. To co jest istotne dla zlecającego – można (i należałoby) zawrzeć w treści umowy zlecenia, pamiętając jednak aby nie stosować regulacji właściwych dla prawa pracy ani nawet nie używać właściwej dla kodeksu pracy terminologii – gdyż jak pamiętamy – przepisy Kodeksu Cywilnego mogą być zastosowane jedynie do usług, które nie są uregulowane innymi przepisami (np. przepisami kodeksu pracy). Nie może więc w treści umowy zlecenia być mowy o podległości służbowej i kierowaniu pracą, o godzinie rozpoczęcia i zakończenia pracy, obowiązku podpisania listy obecności, usprawiedliwianiu nieobecności, wymiarze etatu, godzinach nadliczbowych itp.
Są tu możliwe dwa podejścia do tego problemu: albo po prostu rzetelnie badać okoliczności, czy konkretna sytuacja (wynikająca z realnej potrzeby) bardziej z natury pasuje do przepisów k. c. czy do k. p. – jak w powyższym przykładzie i ściśle się temu podporządkowywać, albo też, co jest ostatnio nagminnie stosowane – świadomie kształtować okoliczności tak, by je podporządkować swojemu z góry podjętemu zamiarowi zawarcia umowy zlecenia a nie umowy o pracę.
Albo zawarcie umowy zlecenia jest wyjątkiem w przypadkach gdy umowa o prace „jakoś nie pasuje” albo zawarcie umowy o pracę jest wyjątkiem od zasady zawierania zleceń, gdy nie da się w żaden sposób nagiąć okoliczności, by uzasadnić niezastosowanie umowy o pracę. Przedsiębiorca czy osoba prywatna (fizyczna) chcąca zawierać umowy zlecenia powinna bardzo dbać o zgodność tego z obowiązującymi przepisami, a to przez wzgląd na Art. 22 Kodeksu Pracy oraz powiązany z tym Art. 281 KP.
Przytoczmy wspomniane artykuły:

Kodeks Pracy Art. 22.

§ 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
§ 1/1. Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.
§ 1/2. Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.
§ 2. Pracownikiem może być osoba, która ukończyła 18 lat. Na warunkach określonych w dziale dziewiątym pracownikiem może być również osoba, która nie ukończyła 18 lat.
§ 3. Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego nawiązać stosunek pracy oraz dokonywać czynności prawnych, które dotyczą tego stosunku. Jednakże gdy stosunek pracy sprzeciwia się dobru tej osoby, przedstawiciel ustawowy za zezwoleniem sądu opiekuńczego może stosunek pracy rozwiązać.


Kodeks Pracy Art. 281:

Kto, będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu:
1) zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 § 1 powinna być zawarta umowa o pracę,
2) nie potwierdza na piśmie zawartej z pracownikiem umowy o pracę,
3) wypowiada lub rozwiązuje z pracownikiem stosunek pracy bez wypowiedzenia, naruszając w sposób rażący przepisy prawa pracy,
4) stosuje wobec pracowników inne kary niż przewidziane w przepisach prawa pracy o odpowiedzialności porządkowej pracowników,
5) narusza przepisy o czasie pracy lub przepisy o uprawnieniach pracowników związanych z rodzicielstwem i zatrudnianiu młodocianych,
6) nie prowadzi dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akt osobowych pracowników,
7) pozostawia dokumentację w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracowników w warunkach grożących uszkodzeniem lub zniszczeniem
– podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł.


Istnieje tu więc pole do konkretnego egzekwowania odpowiedzialności, przy czym Państwowa Inspekcja Pracy podległa Marszałkowi Sejmu RP – zajmuje się sprawami dotyczącymi realizacji Kodeksu Pracy posiadając kompetencje kontrolne oraz karno-nakazowe, istnieje też instancja Wydziałów Pracy w sądach każdego szczebla, natomiast sprawy objęte przepisami Kodeksu Cywilnego (np. spory w sprawach umów zlecenia) rozwiązują bezpośrednio Sądy Cywilne (Wydziały Cywilne sądów odpowiedniego szczebla).

Z powyższych przepisów można więc sformułować definicję stosunku pracy:
stosunek pracy zachodzi wtedy, gdy osoba wykonująca pracę – wykonuje pracę określonego (w umowie) rodzaju lub na określonym stanowisku, wykonuje ją na rzecz pracodawcy który z nią zawarł umowę, zobowiązana jest wykonywać pracę w wyznaczonym przez zatrudniającego miejscu i czasie (np. określonej godziny rozpoczynania i kończenia dziennej pracy, stawiania się o wyznaczonej porze dnia w wyznaczonym, miejscu, podpisywania listy obecności itp. oraz działa pod kierownictwem pracodawcy – to znaczy ma dostosowywać się do poleceń pracodawcy i wykonywać je dokładnie w polecony sposób. Praca oparta o umowę o pracę musi być wykonywana osobiście i musi być opłacona umówionym wynagrodzeniem, którego nie wolno pracownikowi nie dostarczyć, jak również pracownik nie ma prawa go nie przyjąć.
Umowa o pracę jest umową „starannego działania” pod kierownictwem pracodawcy co oznacza brak obowiązku osiągnięcia określonego skutku, natomiast umowa zlecenia jest umową skutku wykonywaną samodzielnie, co znaczy iż wykonujący zlecenie ma osiągnąć skutek określony w umowie (wykonać określoną usługę) działając samodzielnie oraz niekoniecznie osobiście, beż żadnej podległości zleceniodawcy a jedynie uwzględniając uzgodnienia i wskazówki otrzymane w chwili podpisywania umowy zlecenia, pracować w dowolnym czasie dnia lub w nocy – byle skutek przewidziany do osiągnięcia został osiągnięty w terminie końcowym wyznaczonym umową i mieścił się w normach jakościowych i technologicznych danej specjalności czy branży.
Umowa zlecenia nie służy więc do zatrudniania.
Już samo mówienie o „zatrudnieniu na umowę zlecenie” jest absurdalne i nasuwa uzasadnione podejrzenie o łamanie prawa pracy, w szczególności przytoczonego powyżej przepisu prawa mówiącego, iż zawarcie umowy zlecenia (lub innej cywilno-prawnej) w sytuacji, gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę – jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i podlega karze grzywny w wysokości od 1000 do 30.000 zł.

A przecież jest to sformułowanie i praktyka codzienna; świadczy to jedynie o skali bezprawia pod rządami Platformy Obywatelskiej.

Powiedzmy to wyraźnie: prawo jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia.
Znakomita większość umów zlecenia funkcjonujących obecnie – jest w rzeczywistości jednoznacznym złamaniem prawa, lub jego „naciąganiem”, czyli – jak to określał Wałęsa wobec swoich własnych działań – „balansuje na krawędzi prawa”. Jest to przez władze co najmniej tolerowane.

W praktyce stosuje się zasadę, że umowa jest umową o pracę, jeśli występują w niej cechy charakterystyczne wymienione właśnie w Art. 22 § 1 Kodeksu Pracy, przy czym zasada ta jest interpretowana w ten sposób, iż cechy te muszą wszystkie wystąpić jednocześnie – w przypadku umowy o pracę. Prowadzi to do metody omijania zakazu zawierania umów zlecenia zamiast umów o pracę; wystarczy, że faktyczny pracodawca nie stosuje w umowie terminologii charakterystycznej dla umów o pracę oraz wyeliminuje jedną ze wspomnianych cech charakterystycznych stosunku pracy – by mógł skutecznie twierdzić, iż zawarł umowę-zlecenia, uchylając się w ten sposób od wielu obowiązków pracodawcy a także zmniejszając kosztem pracownika swoje wydatki (koszty pracy). Jest to mechanizm powstawania tak zwanych „umów śmieciowych”.

Państwowa Inspekcja Pracy ma uprawnienia kontrolne i nadzorcze w sprawach stosunku pracy a więc umów opartych na przepisach Kodeksu Pracy. Uprawnienia te nie sięgają więc do spraw umów zlecenia ani innych umów cywilno-prawnych, opartych na przepisach Kodeksu Cywilnego. Wykonawca umowy zlecenia tylko z jednym zarzutem adresowanym do zleceniodawcy może się zwrócić do Państwowej Inspekcji Pracy; z zarzutem iż stosunek łączący go z zatrudniającym – jego zdaniem jest w rzeczywistości stosunkiem pracy. PIP nie czekając na zgłoszenia osób oszukiwanych ma prawo kontrolować (rzekome) umowy zlecenia – pod względem ich zgodności z ustawowym zakazem zastępowania umów pracy umowami zlecenia, czyli zawierania umów zlecenia w sytuacji gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę.
PIP nie wykorzystuje tych możliwości jak się wydaje – w pełni, gdyż prawdopodobnie jest pod ideologicznym naciskiem „ulgowego traktowania” przedsiębiorców zatrudniających, zasadą „przymykania oczu” i powstrzymywania się do karania za nieprzestrzeganie tego przepisu – i stąd taka masa umów „śmieciowych” i ich lawinowy przyrost.
Istnieje i działa moim zdaniem coś w rodzaju „parasola ochronnego” władzy nad działaniami pracodawców, by ich chronić od skutków łamania przepisów prawa, choćby w tej sprawie. Państwowa Inspekcja Pracy podlega Marszałkowi Sejmu a ten jest przedstawicielem większości politycznej w Sejmie, w Senacie i w Rządzie – czyli „opcji rządzącej”, dlatego zmiana tych niekorzystnych społecznie tendencji jest możliwa prawdopodobnie jedynie poprzez… zmianę rządzącej „opcji politycznej” w zbliżających się wyborach.

23/03/2014

Co za upierdliwi ludzie…! Ciągle coś chcą, nie dadzą spokojnie poharatać w gałę…

Pertraktacje z Prezesem na korytarzu w Sejmie na temat podwyższenia zasiłku na opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi – zakończyły się dziś bez rozstrzygnięcia.



















Demotywator nr 45.

Obecnie rodzic, który sam opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem w domu, otrzymuje jedynie 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego na dziecko i 820 zł zasiłku pielęgnacyjnego z tytułu całkowitej rezygnacji z pracy. Renta socjalna dla dorosłej osoby niepełnosprawnej wynosi 611 zł.

15/02/2014

Jest już uaktualniony program partii Prawo i Sprawiedliwość.

W związku z tym, że szczególnie interesuje mnie obecnie sprawa stosunku PIS do problemu pracy, rynku pracy, roli państwa w tej sprawie – zacytuję poniżej fragment bardzo obszernego programu PIS bezpośrednio tego dotyczący.
_____________________________________________________________________________
PROGRAM PARTII PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ – 2014
Rozdział III – RODZINA
2. PRACA
Praca zapewniająca godne i dostatnie życie musi być dobrem powszechnie dostępnym. Bez dobrze wykształconych, zatrudnionych na stabilnych, zapewniających bezpieczeństwo, zasadach i godziwie wynagradzanych pracowników trwały rozwój gospodarczy, który uczyni z Polski prawdziwie kraj nowoczesny, nie jest możliwy. Tymczasem niezwykle dotkliwym dla wielu rodzin w Polsce jest brak pracy lub niewspółmiernie niskie wynagrodzenie otrzymywane za jej wykonywanie. Bezrobocie dotyka dziś 13,4% zdolnych do pracy – tj. blisko 2,2 mln ludzi (grudzień 2013r.), z czego ponad milion stanowią osoby do 35 roku życia, a ponad 500 tys. bezrobotnych to ludzie powyżej 50. roku życia. Zwiększa się liczba osób długotrwale bezrobotnych, tj. powyżej 12 miesięcy, których jest obecnie ponad 1,2 mln. Dramatycznie spada liczba bezrobotnych z prawem do zasiłku, który otrzymuje tylko 13,8% uprawnionych, (tj. co siódmy bezrobotny). Umowy o pracę na czas nieokreślony zastępuje się coraz częściej umowami cywilno-prawnymi (tzw. śmieciówkami). Umowy te nie gwarantują prawa do urlopu czy gwarancji minimalnego wynagrodzenia, są ucieczką od płacenia składek na ZUS, niszczą system ochrony zdrowia i emerytalny, obniżają również siłę nabywczą tej grupy społecznej. Problemem są też umowy na czas określony, mamy dziś najwyższy wskaźnik (ok. 30%) zawierania takich umów na poziomie Unii Europejskiej.
Niskie wynagrodzenia za pracę często nie pozwalają rodzinie na normalne wychowanie potomstwa. Jest nie tylko wysoce nieracjonalnym, ale także niemoralnym zabieranie rodzicom dochodu z pracy na cele publiczne wówczas, gdy rodzina nie jest w stanie wypełnić obowiązków wobec swoich niezdolnych do pracy członków rodziny. Odebrany przez podatki dochód z pracy uzupełnia się później przez różnego rodzaju zasiłki i zapomogi (jedna grupa urzędników zabiera rodzinie dochód, a druga rozdaje zasiłki i zapomogi). Niszczy się w ten sposób podmiotowość, odbiera samodzielność ekonomiczną, ingeruje w autonomię rodziny.

Wymierny wzrost wynagrodzeń pracowniczych.
Systemowa zmiana podejścia do wzrostu płac jest zatem, po pierwsze kwestią sprawiedliwości społecznej, po drugie, bardzo istotnym elementem strategii pobudzania wyższego wzrostu i wychodzenia z pułapki średniego rozwoju, po trzecie, kwestią cywilizacyjną, hamującą rozwarstwienie społeczeństwa i pogłębianie obszarów biedy w Polsce. Polska gospodarka nie może być budowana na założeniu jej konkurencyjności wynikającej z niskich kosztów pracy. Proponujemy przyjęcie „paktu dla wzrostu wynagrodzeń”. Stronami paktu będą: strona społeczna, pracodawcy oraz rząd. Pracodawcy, przyjmujący zasady paktu będą korzystać z premii inwestycyjnych, których strona rządowa będzie gwarantem. Pracodawcy przystępujący do „paktu” będą korzystali z rządowych programów wsparcia.

Ponad 1 mln 200 tys. nowych miejsc pracy dla ludzi młodych.
Pobudzenie popytu wewnętrznego będzie z jednej strony następowało poprzez zwiększanie wynagrodzeń, a z drugiej z wprowadzenia programów, które umożliwią tworzenie nowych miejsc pracy. Pro-zatrudnieniowy charakter będzie miał nowy system podatkowy oraz programy rządowe. Do ich uruchomienia zostaną skierowane przede wszystkim środki unijne.
Jednym z takich programów jest Narodowy Program Zatrudnienia, który będzie promował zatrudnienie ludzi młodych, zwłaszcza na terenach wiejskich oraz w małych ośrodkach miejskich, ale także w sytuacji zatrudniania ich w małych i średnich przedsiębiorstwach czy tworzeniu z ich udziałem nowych przedsiębiorstw. Ponadto bezpośrednie wsparcie ekonomiczne otrzymają absolwenci zatrudniani w gminach i miastach zdegradowanych ekonomicznie, zwłaszcza we wsiach popegeerowskich, miastach o zniszczonym przemyśle oraz regionach zagrożonych wyludnieniem.
Chcąc osiągnąć tak znaczny wzrost miejsc pracy wprowadzimy konkretne mechanizmy i narzędzia finansowe. I tak m.in., obniżymy wysokość składki na ubezpieczenia społeczne na obszarze gmin zdegradowanych ekonomicznie. Zmniejszymy o 50% wysokość składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w części finansowanej przez pracodawcę, będącego płatnikiem w przypadku zatrudnienia młodych pracowników w pełnym wymiarze czasu pracy przez okres pierwszych dwunastu miesięcy ich zatrudnienia.
Przedsiębiorcy z terenu gmin zdegradowanych ekonomicznie otrzymują z budżetu państwa, za pośrednictwem organu gminy, pomoc finansową na pokrycie kosztów praktyki szkoleniowej absolwentów. W przypadku, kiedy praktyka będzie nieodpłatna, miesięczna kwota pomocy wyniesie do 50% minimalnego wynagrodzenia za pracę, w przypadku praktyki odpłatnej do 25%. Maksymalny czas trwania umowy o praktykę szkoleniową będzie wynosił 3 miesiące.
Fundusz Wspomagania Zatrudnienia i Funduszu Wspierania Przedsiębiorczości ludzi młodych udzielać będzie pożyczek i kredytów na dogodnych warunkach. Pierwszeństwo w otrzymaniu pożyczki bądź kredytu będą mieli bezrobotni absolwenci, którzy chcą podjąć działalność gospodarczą. Warunkiem będzie zobowiązanie wnioskodawcy do utworzenia najmniej dwóch miejsc pracy dla ludzi młodych, zatrudnionych na pełnym etacie, na okres co najmniej 1 roku. Pożyczki i kredyty mogą być umarzane, w przypadku stworzenia stabilnych miejsc pracy, a spłata kredytu wraz z odsetkami zawieszana, jeżeli sytuacja ekonomiczna przedsiębiorcy ulegnie pogorszeniu. Przedsiębiorca, będący podatnikiem będzie mógł odliczyć od podstawy opodatkowania w podatku dochodowym, kwotę stanowiącą zryczałtowaną wartość kosztu utworzenia nowo utworzonego miejsca pracy, bądź odroczyć termin płatności podatku dochodowego – zarówno podatnik podatku od osób fizycznych jak też podatnik podatku dochodowego od osób prawnych.
Ponadto: zmniejszymy do 50% stawki maksymalnej podatku od nieruchomości związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej dla przedsiębiorców zatrudniających określoną liczbę osób do 35 roku życia; zmniejszymy do 50% stawki maksymalnej w podatku od środków transportu; wprowadzimy nową kategorię podatnika – młody przedsiębiorca, który miałby zmniejszoną wysokość płaconych zaliczek w podatku dochodowym do 50%; dla osób rozpoczynających wykonywanie działalności gospodarczej, przedłużymy o dodatkowe 12 miesięcy możliwości stosowania obniżonej o 50% podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne; w ustawie o zryczałtowanym podatku dochodowym wprowadzimy nową kategorię – młody przedsiębiorca, który będzie objęty preferencją w postaci odrębnej stawki podatkowej w wysokości 3,5%. Stawkę karty podatkowej dla małych przedsiębiorców obniżymy o 30%.

Ułatwienie dla rozpoczynających działalność gospodarczą.
Osoby prowadzące pierwszą w życiu działalność gospodarczą korzystają obecnie przez pierwsze dwa lata z preferencyjnych stawek ZUS na poziomie 30% minimalnego wynagrodzenia, aby już w następnym roku płacić 100% stawkę. Wprowadzimy tzw. łagodne przechodzenie z „małego ZUS” na zwykły stosując przez kolejne lata preferencyjną stawkę, podwyższając ją każdego roku o 25%.

Działania chroniące prawa pracownika.
Oprócz walki z bezrobociem i dążeniem do zwiększenia realnego wynagrodzenia rodzin będziemy również zabiegać o godne warunki pracy dla wszystkich pracowników, niezależnie od sposobu ich zatrudnienia.
Podejmiemy działania w celu ograniczenia stosowania umów na czas określony i umów cywilno- prawnych. Zmienimy przepisy Kodeksu Pracy, tak aby ograniczyć patologię w zatrudnianiu. W tym celu wprowadzimy jednolite zasady opłacania składek na ubezpieczenie społeczne bez względu na rodzaj umowy, ograniczymy ilość i czas trwania takich umów, przywrócimy dotychczasowe zasady rozliczania czasu pracy, wprowadzimy zasadę potwierdzania zawarcia umowy o pracę na piśmie przed przystąpieniem do pracy, ograniczymy ilość wyjątków dopuszczających prace w niedziele i święta.
Będziemy dążyć do wprowadzona zasady, że płaca minimalna nie może być mniejsza niż 50% średniej płacy w gospodarce narodowej. Zlikwidujemy przepis ograniczający do 80% wysokość minimalnego wynagrodzenia dla osób młodych, po raz pierwszy wchodzących na rynek pracy, tak aby wszyscy zatrudniani otrzymywali co najmniej pełne minimalne wynagrodzenie.
Utrzymamy ochronę przed zwolnieniem z pracy na 4 lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Zmienimy zasady funkcjonowania i zatrudniania przez Agencje Pracy Tymczasowej, tak aby zawierane umowy miały charakter tymczasowy i krótkotrwały i nie zastępowały umów o pracę. Wynagrodzenie za prace musi być pod szczególną ochroną państwa. Wprowadzimy przepisy gwarantujące ochronę wypłaty wynagrodzeń pracownikom. Usprawnimy funkcjonowanie Państwowej Inspekcji Pracy i Sądów Pracy.

Usprawnienia w funkcjonowaniu rynku pracy.
Rynek pracy cechują duże przepływy osób między bezrobociem, zatrudnieniem i biernością zawodową. Wiele rozwiązań, które stosuje się w Polsce to w rozwiniętym świecie zamierzchła przeszłość. Państwo powinno mieć wpływ na politykę finansowania rynku pracy, szczególnie, uwzględniając zróżnicowaną stopę bezrobocia w kraju. Walka z bezrobociem wymaga zracjonalizowania, zlikwidowania pozornych działań w tej dziedzinie, nie przynoszących istotnych efektów. Pomimo sporych wydatków publicznych na wsparcie kształcenia ustawicznego (3-4 mld złotych rocznie; czyli 4-5 razy więcej niż przed akcesją do UE), wciąż zaledwie 5-6 proc. dorosłych Polaków podejmuje naukę po ukończeniu kształcenia (w UE ok. 10-13 proc.). Przy czym szkolenia te często są mało przydatne z punktu widzenia rozwoju zawodowego. Wydajemy coraz więcej pieniędzy, uzyskując niewielkie efekty.
Upowszechnimy dostęp do kształcenia ustawicznego przez indywidualny fundusz edukacyjny (IFE), kierowany dla każdego zatrudnionego. Zmienimy charakter tego kształcenia tak, by rzeczywiście było ono powiązane z wymogami rynku pracy. Konieczne są zmiany w funkcjonowaniu publicznych służb zatrudnienia, aby poprawić ich skuteczność działań. Ważnym ogniwem powinny też być prywatne firmy usługowe wspomagające lokalne rynki pracy. Zmianie ulec musi cel i podział środków odprowadzanych przez pracodawców na Fundusz Pracy, który służyć musi realizacji polityki zatrudnienia, a nie wspieraniu budżetu państwa. Poprawimy efektywność i zwiększymy środki z Funduszu Pracy na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. Kontrolę nad nim powinien sprawować minister odpowiedzialny za sprawy rynku pracy przy współudziale partnerów społecznych. Pracodawcy, którzy odprowadzają 2,45% składki wraz pracownikami powinni mieć możliwość współdecydowania o przeznaczeniu środków Funduszu Pracy na działania aktywizujące.
______________________________________________________________________
Cały obszerny, uaktualniony program tej partii jest od dziś dostępny na stronie Internetowej PIS
Z całą pewnością warto się z tym dokumentem zapoznać, szczególne wrażenie zrobił na mnie opis stanu obecnego Polski oraz analiza, jak do tego doszło.

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

Odwiedziny: