BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty

29/03/2014

Media usłużne wobec władzy kreują fikcyjny obraz rzeczywistości. Wierz w to co sam widzisz i czujesz.

Myśl samodzielnie!

Samodzielnie – to znaczy sam decyduj o czym myślisz, czym się interesujesz i zajmujesz. Teraz – Ty o tym nie decydujesz, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. O tym, o czym Ty myślisz – decydują dziś inni.
To skurwysyński pomysł władzy, by korzystając z efektu popularności mediów „tabloidowych”, niechęci ludzi prostych i zmęczonych do wnikania w sprawy skomplikowane i drażniące – stworzyć im kanał (dez)informacyjny odciągający ich uwagę od spraw rzeczywiście dla nich ważnych, a skupiający się na wybranych odgórnie tematach i zdarzeniach przyciągających emocjonalnie uwagę i kanalizujących niezadowolenie ludzi gdzieś poza władzą.

Mają Cię za durnia i prostaka – interesującego się głównie plotkami, debilnymi „walkami kogucimi” polityków i tym czy Doda miała dziś majtki, czy też nie…
To sieć osób na usługach tej władzy (Tuska, PO), mająca wpływ na część „mediów”, które przyciągając metodami manipulacji socjotechnicznej uwagę odbiorców do wybranych „nośnych” a mało ważnych spraw bez istotnego znaczenia, jednocześnie odciągają uwagę ludzi od rzeczywistych problemów. Od spraw najważniejszych, afer i wpadek niekorzystnych dla władzy, ujawniających prawdę o ekipie rządzącej i podłym państwie przez nią stworzonym. Nurt ten, zwany „głównym nurtem” (mainstream)  kojarzy się głównie z kilkoma dziennikarzami wszechobecnymi w różnych mediach, reprezentującymi interesy tzw. „salonu” III RP.
Pomysł jest stary jak komunizm, z pewnością starszy niż PRL. Tyle, że w czasach PRL dopiero „raczkował”. Ale już wówczas, jeśli w jakim zakładzie pracy wybuchł konflikt pracowników z dyrekcją – prasa pisała o protestach górników – w RPA. Gdy milicja spałowała grupę ludzi pod jakimś sądem rejonowym – domagających się elementarnej sprawiedliwości – prasa pisała o strasznych, brutalnych bandach Afrykanów w Nowym Jorku i dzielnej tamtejszej policji. Dziś to banalne; technika manipulacji została przez władzę bardzo udoskonalona. Dziś funkcjonariusze władzy spośród zdarzeń typują te, które zdolne są po odpowiednim „naświetleniu” pobudzić emocje, wywołać zainteresowanie i reakcję i na wiele dni lub tygodni odciągnąć uwagę ludzi od tego, co naprawdę jest ważne a co wówczas umyka uwadze tych ludzi. Karmią Cię tym, jak podły gospodarz świnię – trocinami. Sami – objadają się smakołykami.
Codziennie w Polsce zdarza się kilka – do kilkunastu zabójstw, w tym i dotyczących dzieci, ale odpowiednio „na czas” wyciągnięta i nagłośniona sprawa jednego z nich („matka małej Madzi”) przyciągnęła uwagę durnej gawiedzi na wiele miesięcy, tym samym odciągając ją od innych dużo ważniejszych spraw. Ileż to łamów zapełniono pisaniną o różnych wersjach, scenariuszach tej sprawy; gdy zainteresowanie społeczne spadało – to się nagle pojawiały jakieś nowe wersje lub „fakty”… nowe akcje słynnego detektywa itp.

Codziennie w Polsce jest kilkadziesiąt wypadków komunikacyjnych, w tym wiele śmiertelnych, spowodowanych z udziałem osób nietrzeźwych; wyciąganie nagle jednego z nich, (owszem – bardzo tragicznego ale śmierci nie da się przecież wartościować) – znów ma czemuś służyć. Pomysł na wprowadzenie obowiązku posiadania alkomatu w każdym samochodzie nie zmniejszy liczby wypadków a… da zarobić „elicie” biznesowej: chodzi o kwotę rzędu 150 milionów zł do zarobienia na sprowadzeniu i sprzedaży tychże alkomatów a także sporo na mandatach za nieposiadanie ich. Być może tylko po to tak nagłośniono ten jeden z wielu wypadków – żeby na tym zarobić. Zewsząd wyłazi „ideologia chciwości” PO: najważniejsze – zarobić, zrobić majątek dopóki rządzi syndykat biznesowo-polityczny i jest zgoda na zarabianie za wszelką cenę. Podobnie w innych sprawach, choćby skandalu „taśm Serafina” z którego dzięki odpowiedniej ingerencji zrobiono jakiś tam drobny „wybryk” bez znaczenia, podobnie w sprawie powiązań niejakiego Plichty z „Amber Gold” i jego linii lotniczych z Premierem Tuskiem i zwłaszcza z jego synem – Michałem tam zatrudnionym.
A wiec – myśl samodzielnie, to znaczy – nie daj się prowadzić jak bezmyślny gamoń podrzucanymi Ci celowo tematami zastępczymi.

… Ale o czym?

Sam decyduj – co jest dla ciebie aktualnie najważniejsze i najciekawsze, co jest warte Twojej uwagi, co domaga się wyjaśnienia, ujawnienia i rozliczenia – i o tym mów, o tym pisz i na temat tego szukaj informacji,. zadawaj pytania korzystając ze swoich konstytucyjnych praw.

Myśl o sobie! O swoim życiu i swojej własnej sytuacji – bo w takiej sytuacji jest też kilka milionów innych ludzi, Polaków, kilkadziesiąt milionów Europejczyków. Myśl o stanie swojej rodziny, o swoich relacjach małżeńskich nadszarpniętych biedą, niedostatkiem, rozłąką z powodu „przymusowej” emigracji zarobkowej. Zastanawiaj się – co jest tego przyczyną. Jak to zmienić (jak usunąć tego przyczynę, odsunąć ją od władzy). Myśl o ostatnich kilku latach które nie wiedzieć kiedy przeleciały w trudzie, codziennej trosce i chleb, walce o przetrwanie i „związanie końca z końcem”, zapewnienie dzieciom tego przynajmniej co absolutnie niezbędne. To Twoje lata; lata twojego życia które już nie powrócą, bezpowrotnie stracone.
Myśl – dlaczego w tym kraju jest tak jak jest; jak byś chciał, aby było – żeby było normalnie. Zbliżają się wybory samorządowe – więc zastanów się na kogo głosować, kogo bezwzględnie skreślać. Słuchaj tego co mówią politycy lokalni a czego nie mówią, korzystaj z możliwości zadawania pytań i pytaj o to, co Ciebie dotyczy bezpośrednio, nie o kary dla pijanych kierowców i butne, bezczelne wypowiedzi jakiegoś Anglika. Zmuszaj kandydujących polityków do wyraźnego wypowiadania się na tematy – które Ciebie bezpośrednio dotyczą. Oni potrzebują Twojego głosu i dlatego muszą odpowiadać, muszą się jasno zadeklarować. Dla Ciebie najważniejsza jest przecież praca w kraju, możliwość uczciwego zarobienia na godne życie tu, gdzie jesteś „u siebie”.
Myśl o wykształceniu swoich dzieci, o możliwości zapewnienia im nauki, znajomości języków obcych, styczności z kulturą i sztuką. Myśl o zmęczeniu, troskach, niedostatku, o szybko przemijającej młodości i nadszarpniętej niedostatkiem urodzie swojej wybranki, tej najpiękniejszej – z którą chciałeś przeżyć swoje życie i wychować swoje dzieci.

Nie jesteś durniem; nie daj się więcej traktować jak dureń przez dziennikarzy i przydupasów „salonu” nabijającego swoje konta w szwajcarskich bankach.
Myśl samodzielnie i myśl o sobie! W takiej samej sytuacji są dziś miliony innych Polaków. Żyją w niedostatku, zarabiają z trudem, słuchają głosu „elity”.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

12/04/2013

Ministerstwo Picu i Pieprzniętych Sukinsynów.

Ciągle waham się jeszcze w swojej ocenie; czy mam jako obywatel uznać jednak, że obecna władza po prostu robi źle – bo chce źle, czy też robi – co potrafi, nie zdając sobie sprawy z realnych skutków i faktycznych konsekwencji. Zresztą – żadna z tych możliwości by mnie nie zdziwiła, obie są równie prawdopodobne. Żadna z tych możliwości także nie satysfakcjonuje mnie.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.

Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.

Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.

W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.

O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.

16/02/2013

Nie prawa autorskie a gospodarka polska jest dziś ważna!

Może ktoś mi zarzuci, że się powtarzam w moich tekstach, obracających się wokół dość wąskiej tematyki, ale dlaczego właściwie nie powtarzać się, skoro mijają miesiące i lata a w tych sprawach nic się nie zmienia.

A dlaczego nic się nie zmienia?

Nasuwają się trzy możliwości;
pierwsza – że „ci co trzeba” doskonale znają realia, ale nigdy się do tego nie przyznają, gdyż to mogłoby być odebrane przez „tych co nie trzeba” jako negowanie linii ideologicznej Platformy Obywatelskiej, założeń politycznych prowadzących społeczeństwo do wielkiego krachu a w każdym razie do ogromnych choć niewymiernych ofiar, tak niewymiernych jak zmarnowane bez winy lata najlepszych potencjalnych możliwości, zmarnotrawione na bezowocnym poszukiwaniu zatrudnienia mimo że „w wieku 50+ już się nie zatrudnia”;
druga – że w wytworzonym na fali rzekomej „wolności” rozgardiaszu, na fali bełkotu młodej kadry niedouczonych „dziennikarzy” z różnego rodzaju „dys….”, po prostu już nikt a zwłaszcza władza nie wie już co się dzieje, co jest rzeczywistością a co wytworem propagandy jakiejś „opcji” i dlatego np. minister pracy błąka się na oślep jak dziecko we mgle, chcąc się wykazać „robieniem czegoś” – robi cokolwiek, widząc spoza „końskich klapek” swojego stanowiska i swojego resortu kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości;
trzecia – że polska władza w Polsce jest już obecnie władzą marionetkową, a zarządza tym wszystkim ktoś inny i to zarządza w sposób wrogi;

W zasadzie można by zaryzykować i możliwość czwartą a mianowicie, że wszystkie te trzy wcześniej wymienione możliwości – są rzeczywiste i aktualne jednocześnie i funkcjonują w tym kraju.
Jedno jest pewne: władza w sposób skuteczny manipuluje opinią publiczną i tematyką publicznie funkcjonującą i ostatecznie nic w tym dziwnego; mieli za nauczycieli doskonałych fachowców od tych spraw a niektórych (po weryfikacji) zapewne „odziedziczyli w spadku” po PRL.

Zastanawiałem się właśnie: co też ta nasza nieszczęsna władzuchna wymyśli by skanalizować zainteresowanie społeczne w bezpiecznym dla siebie kierunku.
Słupki poparcia w rankingach spadają, stopień poparcia PiS dorównuje lub nawet czasem nieznacznie przekracza poparcie PO – w zależności od tego, kto robi sondaż i jaki został zamówiony (opłacony) jego wynik, wzrasta niezadowolenie i krytyka ze strony wszystkich, prócz buraczanych biznesmenów robiących mająteczki na szalejącym bezhołowiu (nadal poparcie dla PO w tej grupie – około 50%), niezadowolenie rolników z wyników unijnych negocjacji budżetowych, jeszcze na dodatek zapowiadane od dawna i już właśnie oficjalnie złożone propozycje zmiany rządu na apolityczny rząd fachowców nastawionych na walkę z kryzysem gospodarczym, złożone przez PiS itp.
No i mamy; wiadomo, że w takiej sytuacji sięga się do tematów zastępczych wzbudzających duże emocje społeczne. Takim tematem była sprawa praw autorskich i słynnego projektu ACTA. Więc nagle wyskoczył jak Filip z konopi minister Michał Boni ze swoimi propozycjami uwolnienia zasobów powstałych dzięki finansowaniu ze środków publicznych, zakotłowało się w środowisku intelektualistów i artystów, twórców, producentów… no i o to przecież chodziło…
Ale to może dziś nie wystarczyć.
Już nie.
Ludzie w coraz większym stopniu rozumieją co jest ważne.

Ważna jest gospodarka polska. Ważna jest możliwość sterowania nią i realna samodzielność w sprawach kluczowych, sprawach bezpośrednio skutkujących negatywnym wpływem na sytuację społeczną. Ważne jest selektywne stosowanie zaleceń administracji unijnej tak by nie dać sobie psuć tego, co jeszcze jako tako funkcjonuje. Tak robi Francja, Wielka Brytania i Niemcy i tak też musi do sprawy podchodzić Polska. Kraje tak zwanej „Unii” stosują protekcjonizm gospodarczy, interweniują jeśli trzeba w rzekomo „wolny” rynek, narzucają reszcie Unii własne warunki i indywidualne zasady ich tylko dotyczące, chronią własne społeczeństwa przed bezrobociem – szukając rynków zbytu własnych towarów i zwalczając konkurencję wytwórczą i handlową tak, by to ich towary miały zbyt na innych rynkach. Trwa bezwzględna walka o zbyt własnej produkcji w czasie nadprodukcji, bo od tego zależą miejsca pracy i stopa bezrobocia.
Polska musi działać podobnie i dlatego musi się pozbyć nastawienia służebnego. Nastawienie to jednak jest, jak się wydaje, preferowane przez reprezentantów Polski, dla których ich interes osobisty, prywatny – stał się ważniejszy. Polska jak rączy chłop pańszczyźniany znów „służy panom”… ?

Nie chodzi o jakąś obstrukcję czy brak solidaryzmu a raczej o zachowywanie do końca tej nienaruszalnej odrobiny zdrowego rozsądku czy odpowiedzialności przede wszystkim przed własnym społeczeństwem. Niestety jak się wydaje – kryteria wyboru kandydatów na europarlamentarzystów były całkowicie chybione, znalazło się tam wielu ludzi przypadkowych, bezmyślnych, dbających wyłącznie o własne interesiki i kariery, zabiegających teraz o unijne gaże jako pieniądze których w Polsce – jako artyści, naukowcy czy „ludzie pióra” – nigdy by nie zarobili.
Ważne jest zadbanie o gospodarkę, o własny rozwój, ale w takich dziedzinach które generują nowe (odtworzenie niedawno zlikwidowanych) miejsca pracy szczególnie w produkcji i przetwórstwie, bo tylko to pozwoli zmniejszyć bezrobocie do granicy tzw. naturalnego czyli przynajmniej zapobiec wielkiemu, nadciągającemu dziś protestowi społecznemu.

03/02/2013

Jedno jest pewne: minister pracy bezrobocia nie zmniejszy.

Występując z pozycji osoby, której uprawiana przez Donalda Tuska i jego Platformę „obywatelską” idiotyczna „zabawa w liberalizm” – odebrała resztki wolności, w wielu wcześniejszych moich, subiektywnych i emocjonalnych felietonach wyrażałem zdziwienie, zdumienie wręcz – nad reakcją ludzi władzy na praktyczne aspekty aktualnego bezrobocia. Dokładniej – nad reakcją polegającą na braku jakiejkolwiek reakcji lub reakcjami typu dziecięcego (dziecinnego). Podobnie zresztą szokował mnie brak reakcji drugiej strony, ludzi milcząco poddających się działaniu niszczącej ich machiny ideologicznej.
Nieprzypadkowo piszę tu: „ludzi władzy” podkreślając ich potencjalne człowieczeństwo, bo to przecież nie są jakieś roboty, ufo, cyborgi, czy też osoby tak zdegradowane psychicznie poprzez jakąś indoktrynację, by można ich z cyborgami porównywać.
Wręcz przeciwnie; gdy patrzymy na zdjęcia ministrów choćby w rządowym blogu – widzimy inteligentnych, ciekawych, bardzo różnych ale zawsze interesujących ludzi. Przecież konstruowanie rządu państwa demokratycznego to nie jest jakaś kwalifikacja negatywna, wyławiająca najgorszych z kandydatów. Raczej należałoby przypuszczać, że skoro są tacy – to znaczy, że lepszych nie było. Są najlepsi, najbardziej kompetentni.
Czy wraz ze wzrostem kompetencji – zanika człowieczeństwo?

Cóż więc sprawia, że wobec społecznych czy osobistych skutków braku zatrudnienia są oni tak obojętni? Co to za moda czy maniera na nieczułość, brak empatii, spojrzenia społecznego lub choćby zwykłej ludzkiej refleksji, normalnej reakcji wynikającej z ludzkiego zaangażowania – zawładnęła umysłami nie tylko tych ludzi, ale i wielu innych ekspertów, ekonomistów, tych różnych wron które kraczą już od dawna nad stanem polskiej gospodarki roztaczając dantejskie wizje. Jeśli nawet miałoby to mieć pozytywną motywację jako ostrzeżenie przed najgorszym – to daje skutek odwrotny, bo skoro ma być tak źle, to już nic się naprawiać widocznie nie opłaca. Taka też postawa zaczyna być powszechna: powiedzieć, że „będzie źle” po czym siedzieć z założonymi rękoma na przysłowiowej dupie i patrzeć: sprawdziło się, czy nie…
Że z punktu widzenia humanisty, jest to rodzaj zwyrodnienia – komuż to dziś przeszkadza…
Poza tym – sprawdzi się z pewnością, gdy nikt nie będzie przeciwdziałał.

Poszukując wyjaśnienia tego „fenomenu” – w jednym z wcześniejszych felietonów postawiłem tezę, że wyjaśnienie pozostaje tylko jedno: ludzie ci nie są tacy, ale tak się zachowują, bo mają się tak zachowywać!
Są elementem pewnej ideologii i dla jej realizacji znaleźli się w tym rządzie, więc ich zachowaniem steruje ideologia.

To jedyne logiczne dla mnie możliwe do wyobrażenia wyjaśnienie.
Wyjaśnienie – co nie znaczy, że usprawiedliwienie. Kiedyś trzeba będzie zdać sprawę ze skutków i sprawiedliwość jakoś dosięgnie tych ludzi.

Niezależnie od wszelkich uwarunkowań politycznych i ideologicznych – człowiek sprawujący jakąś władzę ma obowiązek przyglądać się bacznie skutkom i na tej podstawie korygować swoje działania, jakoś reagować, aż do rezygnacji z udziału w tym, co przynosi zły skutek. W założeniach bądź ich realizacji zawsze można popełnić jakiś błąd. Objawi się on w skutkach ocenianych z ludzkiego, humanistycznego punktu widzenia i pozwoli możliwie jak najwcześniej zatrzymać błędne działania. Jeśli ktoś nie czyni tego – mówiąc najbardziej oględnie – widocznie ma złą wolę.
Wydawało się, że było - to moje pisanie od września 2011 roku - absolutnie bez znaczenia, tak silne były i są nadal irracjonalne przyzwyczajenia myślowe, nastawienia i przekonania ludzi, ale – przede wszystkim urzędników tzw. Powszechnych Służb Zatrudnienia na szczeblu dyrektora miejskiego lub powiatowego urzędu pracy oraz kierowników wydziałów instrumentów rynku pracy czy aktywnych form przeciwdziałania bezrobociu. Bo to tu właśnie odbywa się realizacja postanowień ustawowych a zawsze jest to realizacja drastycznie formalistyczna i zawężająca, na zasadzie: jeśli nie da się udowodnić że urząd pracy czegoś robić nie musi, to trudno: zrobimy, ale…
Przyjemnie jest przeczytać w blogu rządowym, że minister pracy chwali się usunięciem wreszcie poważnego błędu czy może raczej biurokratycznego przyzwyczajenia, powodującego „zamrażanie” wszelkiej działalności (poza wypłatami zasiłków i rejestrowaniem nowych bezrobotnych) Urzędów Pracy pod koniec roku, by spokojnie sporządzić bilans, rozliczyć wszystko, poczekać na nowy budżet, by wreszcie gdzieś w połowie marca rozpoczynać pełną działalność w nowym roku. Bezrobotni oczekujący na właściwe szkolenie czy dofinansowanie – nie mogli robić nic innego jak czekać. A pracownikom urzędu dotychczas nigdy się nie spieszyło: oni byli w pracy, robili „swoje”…
Faktycznie w tym roku po raz pierwszy odbyło się to tak, jak powinno i jak od bardzo dawna i ja postulowałem w każdej dostępnej mi formie: zaraz po nowym roku i sylwestrze – „mój” Urząd Pracy ruszył z „normalną” działalnością. Nie wiem, czy zrealizowano tu dokładnie mój pomysł, czy rozwiązano to jakoś inaczej, ale przyjemnie jest pomyśleć, że jeśli nawet nie przyczyniłem się inspiracją do tego minimalnego postępu, to przynajmniej – od początku byłem po słusznej stronie.
Piszę o działalności „normalnej” w cudzysłowie, by podkreślić, że jak dotychczas jeszcze jest to normalność jak na standardy urzędów pracy a nie w znaczeniu ogólnym.

W swoim najnowszym artykule w blogu minister Władysław Kosiniak Kamysz przedstawił swoje nowe projekty.
Pomysły są zaiste – rewolucyjne.
Otóż gdy jakaś osoba pozbawiona zatrudnienia przyjdzie do Urzędu Pracy by się zarejestrować – to teraz, „po nowemu” – ktoś tam ma się nią autentycznie   z a i n t e r e s o w a ć .
Niesamowite! – prawda?
Nie wystarczy podanie kilkunastu danych, w tym osobowych, poprzez wypełnienie formularza oraz złożenie kilku oświadczeń, żeby uzyskać status, ubezpieczenie i ewentualnie – zasiłek.
Teraz osoby poszukujące pracy mają być "profilowane".
Ma to zgodnie z planem ministerialnym polegać na wstępnym spotkaniu z doradcą zawodowym, który poprzez zbieranie informacji o tej konkretnej osobie i jej sytuacji, po wypełnieniu formularza elektronicznego ma przypisać petenta do jednej z trzech grup:
- grupy aktywnych, samodzielnych i dobrze przygotowanych do pracy dostępnej na rynku, oczekujących tylko ofert zatrudnienia;
- grupy wsparcia – osób wymagających szybkiej i intensywnej pomocy albo dotyczącej uzupełnienia kwalifikacji czy stażu, albo pomocy psychologicznej, motywacyjnej czy dotyczącej tzw. kompetencji miękkich;
lub też grupy trzeciej – osób znajdujących się poza „rynkiem pracy” – o których Pan Minister pisze, że jest to profil „dla osób długotrwale bezrobotnych, słabiej wykształconych, w urzędach rejestrujących się głównie dla ubezpieczenia zdrowotnego. Często odmawiają podjęcia pracy, bo już pracują, tyle że na czarno. Nie da się im łatwo pomóc, cały proces wymaga czasu i współpracy urzędu z ośrodkiem pomocy społecznej, a także zaangażowania lokalnych organizacji pozarządowych i prywatnych agencji zatrudnienia.”
Celowo zacytowałem wprost ten fragment bo muszę tu z oburzeniem interweniować. Panie Ministrze. Jak Pan może jako członek rządu i na dodatek – na blogu rządowym który najwyraźniej z założenia ma być pi-ar-ową wizytówką pryncypała, z akceptującą obojętnością podchodzić do faktu poważnego łamania prawa. Jeśli ktoś przychodzi do urzędu pracy mówiąc że mu chodzi wyłącznie o ubezpieczenie społeczne – to nie jest bezrobotny. Jeśli odmawia przyjęcia oferty pracy – to także nie jest bezrobotny, a jeśli już jest zarejestrowany to należy go natychmiast usunąć z ewidencji bezrobotnych. Może już dość fałszowania statystyk. Jeśli ktoś odmawia podjęcia pracy bo twierdzi że już pracuje „na czarno” – to ma Pan obowiązek natychmiast złożyć doniesienie na takiego „pracodawcę” do odpowiednich organów państwa – jak każdy obywatel który posiadł informację o dokonywaniu przestępstwa. To także fałszuje statystyki, bo ten człowiek jest faktycznie bezrobotny, gdyż prawdopodobnie legalnie nigdy by zatrudniony nie został, ale za takiego go uznać nie wolno, bo pracuje i osiąga dochody z wynagrodzenia.
Generalnie kierunek tych zmian trzeba uznać za dobry: chodzi o indywidualne potraktowanie każdego faktycznego bezrobotnego. Minister sam zresztą stwierdził, że to nie są pomysły oryginalne ani nowatorskie w Europie. Generalnie rzecz ujmując – rzeczywiście działania urzędów pracy oraz instytucji pomocy społecznej powinny być skoordynowane i uzupełniać się. Z drugiej jednak strony nie można mieszać roli urzędów pracy z rolą pomocy społecznej, tak jak nie można mieszać sytuacji ludzi zdolnych i gotowych do podjęcia pracy z sytuacją osób obecnie niezdolnych nie tylko do podjęcia pracy ale i do samodzielnego życia.
Niechaj jednak „każdy wreszcie robi swoje” w podziale ról i zadań tych instytucji.

Grupa pierwsza – to osoby które same poszukują zatrudnienia i maja na nie szansę, to znaczy mają szansę zostać zatrudnione, bo przecież człowiek dziś „nie podejmuje pracy” a „jest zatrudniany”. Chodzi mi o właściwe uwypuklenie niewielkiej roli postawy osoby poszukującej zatrudnienia: jeśli znajdzie ofertę pracy z którą może się utożsamić jako kandydat, to jest dziś najczęściej jednym z kilkuset kandydatów. I najczęściej na tym się kończy, nawet nie wiadomo z jakiego powodu. Jeśli wejdzie w dalszy etap rekrutacji i zostanie zatrudniony, to jest to decyzja pracodawcy na którą wpływ ma niewielki, warunki zatrudnienia są zresztą także dyktatem pracodawcy.

Grupa trzecia – to osoby które muszą najpierw najczęściej przejść leczenie odwykowe, resocjalizację ze względu na wymogi pracy itp. Od tego są zupełnie inne instytucje i projekty. Urzędy pracy może faktycznie nie powinny takich osób „odsyłać”; jest szansa wpłynąć na ich postawę poprzez rzeczową informację o skutkach na przyszłość takiej pracy z uchylaniem się od płacenia podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Uważam, że należy przyznać im prawo do ubezpieczenia zdrowotnego ale jedynie pod warunkiem poddanie się procesowi przywrócenia do normalnej pracy i unormowanej sytuacji osobistej i wówczas działać z ich współpracą w sposób odpowiedni do sytuacji. Na początek niewątpliwie najwięcej miałby tu do roboty psycholog i prawnik.

Urzędy Pracy tak na prawdę istnieją jednak dla tej grupy drugiej, czyli osób potrzebujących pracy dla uzyskania dochodu „na życie”, chcących pracować oraz mających jakieś „braki” powodujące znaczne zmniejszenie szans na zdobycie zatrudnienia. Takim brakiem mogą być niedostatki wykształcenia, posiadanie zawodu w którym jest znaczna przewaga podaży pracy nad popytem na nią, brak wymaganych świadectw kwalifikacyjnych, problemy ze spełnieniem zdrowotnych wymogów dotychczasowego zawodu itp. Tu rzeczywiście ogromne znaczenie ma indywidualne poznanie potrzeb konkretnego człowieka pod warunkiem skorzystania z tej wiedzy na poziomie osoby decydującej o tym w konkretnym PUP-ie. Pisze o tym, gdyż znane mi są przypadki, gdy pomimo wiedzy o potrzebach konkretnego bezrobotnego, nie otrzymuje on potrzebnej pomocy, gdyż osoba decydująca o tym, w jakimś swoim poczuciu „sprawiedliwości społecznej” – chyba jeszcze socjalistycznej w jak najgorszym znaczeniu – dzieli wsparcie „każdemu po troszku” czyli w rezultacie każdemu bez skutku”. Jeśli dostał skierowanie na kurs – to już nie dostanie skierowania na staż, no bo „już pan przecież otrzymał pomoc…”. Jeśli takich osób się nie wyeliminuje z urzędów pracy (a w tym przypadku chodzi o poziom kierownika działu) – to żadne zmiany nie przyniosą właściwego skutku. Szczególną kwestią jest też wyłączenie – prawdopodobnie na zasadach nieformalnych – pewnych działań wyłącznie dla sfery biznesu prywatnego, a osób bezrobotnych po prostu nie stać na uczestnictwo w działaniach edukacyjnych odpłatnych na zasadach wolnorynkowych. Dotyczy to najczęściej znajomości języka obcego, posiadania lub uaktualnienia prawa jazdy, uprawnień do obsługi pewnych urządzeń. Zgodnie z ideologią chciwości Platformy „obywatelskiej” – uznano za ważniejsze „dać zarobić na tym prywaciarzom”, skoro jest tu ogromne zapotrzebowanie, niż usunąć te problemy z listy przeszkód utrudniających zdobycie zatrudnienia, czyli zmniejszenie bezrobocia poprzez pomoc osobie bezrobotnej potrzebującej pomocy – także materialnej – w rozwiązaniu ich.
Pan Minister Pracy wspomniał też w blogu rządowym, iż uważa proponowane teraz zmiany za początek drogi przemian mających doprowadzić do unowocześnienia instytucji i zwiększenia jaj skuteczności. Zapewne też szkoleniowy projekt unijny „Piramida Kompetencji” skierowany do pracowników PSZ da korzystny impuls dla takich zmian.

Jedno jest wszakże pewne:
To nic nie da!
Dokładniej – nic nie da osobom pozbawionym zatrudnienia, bo ministrowi i pracownikom ministerstwa da wiele, przede wszystkim miłą i dobrze płatną pracę.

Działaniami tego typu podejmowanymi przez Ministerstwo Pracy można co najwyżej łatwiej zaspokoić te kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia codziennie funkcjonujące jako „aktualne oferty pracy” z ważnością do kilku dni, głównie w Internecie. To nie ma żadnego znaczenia dla ogromnej fali narastającego bezrobocia.
To jest właśnie najbardziej absurdalne w tej sprawie, że oczekuje się od Ministra Pracy – wyników w zmniejszaniu bezrobocia. Ale powodem bezrobocia jest brak miejsc pracy a powodem tego, sytuacja gospodarcza, sytuacja prawna biznesu i wiele innych czynników zupełnie od ministra pracy nie zależnych.
Te wszystkie problemy wynikają w większości z nastawienia ideologicznego Platformy Obywatelskiej, założeń ogólnych polityki zagranicznej i gospodarczej, bałwochwalczej uległości i uzależnienia niektórych polityków od biurokracji unijnej i jej niejednokrotnie absurdalnych w polskich warunkach – dyrektyw.
Jeśli Polska zacznie prowadzić politykę własnego rozwoju gospodarczego opartego na własnej produkcji i eksporcie – tak jak to robią Niemcy, Francja czy Anglia, a mam na myśli własną produkcję we własnych zakładach produkcyjnych na terenie własnego kraju, z własnym kapitałem założycielskim i zatrudniających przede wszystkim własnych obywateli z własnego rynku pracy – to osoby „faktycznie bezrobotne” – bardzo szybko odpowiednią dla siebie pracę znajdą a stopa bezrobocia spadnie do naturalnej, lub bardzo niskiej – jak w Niemczech.

Bezrobocie polega przecież na braku miejsc pracy i ewentualnie na niedopasowaniu potrzeb w rozumieniu kompetencyjnym pomiędzy pracodawcami (popytem) a pracownikami (podażą). Ludzie faktycznie bezrobotni natychmiast sami i z radością rzucą się na etaty i umowy, natychmiast podejmą pracę, bo czekają na to i jest im ona niezbędna do życia i to nie tylko poprzez płace, jako źródło zarobku – ale i w sensie dosłownym. W ten sposób bezrobocie zmniejszy się samoczynnie bez żadnych zabiegów Ministra Pracy. Pozostaną jedynie ci – co pracy już, albo jeszcze – podjąć nie mogą, ale to nie należy do problemu bezrobocia a raczej pomocy społecznej, pomocy psychologicznej i „aktywizacji” ludzi w zdobywaniu własnych środków na własne potrzeby.
Może dla kogoś to właśnie jest wizja katastrofy, scenariusz nie do przyjęcia?

Tymczasem na temat gospodarki, polityki gospodarczej, planów i prognoz w tej sprawie – trwa sztuczne milczenie, zagłuszane przez usłużne szmatławce „matkami Madzi” i innymi tematami nastawionymi na zogniskowanie uwagi durnej gawiedzi na sprawach jednostkowych i nieważnych, natomiast szaleje chocholi taniec wokół „aktywizacji bezrobotnych” i innych tego typu tematów, mających de facto tę samą co „matka Madzi” cechę odwracania uwagi od tego co najważniejsze.
Ważna jest gospodarka, wpływ Unii na naszą gospodarkę i projekcje na przyszłość. Czyżby było już aż tak źle, że ujawnienie prawdy mogłoby zagrozić pozostaniu Polski w Unii? Jedno jest pewne: minister pracy – cokolwiek by nie wymyślał – nie zmniejszy bezrobocia. Z całym szacunkiem i sympatią dla pana Władysława Kosiniak Kamysza; obojętnie nawet – kto personalnie miałby tym ministrem być. Bo źródłem bezrobocia są błędy w zarządzaniu gospodarką, moim zdaniem błędy wynikające z założeń ideologicznych.

Cały ten za przeproszeniem „cyrk” z „walką z bezrobociem” za pomocą „aktywizowania bezrobotnych”, nakierowanie wszelkich działań nie na faktyczną przyczynę a na ofiary bezrobocia tak jakby to wina czy przyczyna braku dwóch czy trzech milionów miejsc pracy leżała po ich stronie – nie da żadnych innych skutków jak tylko propagandowy i to tylko dla naiwnych.

15/01/2013

Zatrudniasz na umowę-zlecenie zamiast na umowę o pracę? Płać grzywnę 30.000 zł!


Zastanawiałem się niedawno nad tematem szalejącego szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców bezprawia, odnoszącego się do sposobu „zatrudniania” czy raczej zdobywania przez nich wykonawców pracy – pomijającego obowiązujące prawo: artykuł:
Umowy „śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.
Starałem się przeanalizować tam, na czym polega – jeśli tak można napisać – „śmieciowość” tych praktycznie (choć bezprawnie) stosowanych przez pracodawców rozwiązań.Poszukując jakiejś pra-przyczyny, niejako sedna tego problemu, doszedłem wówczas do jedynego moim zdaniem sensownego wniosku, że istota problemu leży w ideologii Platformy Obywatelskiej a szczególnie w tym, że jest to partia „krypto-ideologiczna”, to znaczy oficjalnie rozgłaszająca swoje podporządkowanie zasadom nauki, ekonomii, a w rzeczywistości – ideologiczna i wykazująca tendencje w pewnym sensie arogancji i ignorancji, co prowokuje postawy anarchizujące.
Postawa władzy opiera się na „porzuceniu” społeczeństwa, jakby ze ślepą wiarą w „samoregulację”, chyba w jakimś naiwnym naśladownictwie warunków jakie towarzyszyły początkom kapitalizmu co najmniej 200 lat temu, także specyficznego nastawienia na zarobek i zysk „za wszelką cenę” – o którym wspominałem w artykule pt. Ideologia chciwości .
Trudno powiedzieć dziś, jak długo ten eksperyment potrwa, pewne jest jednak, że przyniesie dużo bałaganu, ogromne straty „moralne”, odbije się nieodwracalnie na życiu bardzo wielu zwykłych ludzi, o czym też pisałem, choćby w tekście pt. Praca i pieniądze.
Mamy dziwaczny stan oddzielenia oficjalnej warstwy życia od tej rzeczywistej i w tym akurat władza Platformy Obywatelskiej przypomina do pewnego stopnia czasy tzw. „władzy ludowej”. Jest to tendencja moim zdaniem wprost przeciwna do potrzebnej i pożądanej, myślę że nasze społeczeństwo potrzebuje pewnego okresu spokojnej regulacji, przestawienia najpierw na zasadniczą racjonalność a z drugiej strony – wypracowania mechanizmów niezbędnego interwencjonizmu państwowego, by móc dopiero przystępować do takich jak obecny eksperymentów. Aby deregulacja odniosła właściwy skutek, najpierw wszystko musi być odpowiednio wyregulowane i działać. Wtedy można eksperymentować z rezygnacją z pewnych regulacji i bacznie obserwować jaki to daje efekt, porównując go z tym pierwotnym, wyjściowym. Jeśli ktoś natomiast chce deregulować skrajny bałagan i bezhołowie, coś co działało źle lub wcale nie działało – to wprowadza okres straszliwego zamętu pogłębiając w rzeczywistości jeszcze bardziej ten pierwotny bałagan. I coś takiego właśnie obserwujemy…
Mam tu na myśli najbardziej istotny interes przeciętnego człowieka, polegający na prawie i możliwości zdobywania pracą najemną środków niezbędnych do życia. Przy tym człowiek ten nie występuje tu, w tej sprawie, w roli petenta, klienta czy proszącego, choć do takiej roli jest spychany.
Mamy zadziwiający stan jawnego bezprawia jeśli chodzi o pracę najemną. Władza daje „cichą zgodę” na pomijanie przepisów prawa przez pracodawców lub pośredników działających z ich upoważnienia i na ich rzecz.
Wydawałoby się, że sprawa rodzajów umów o pracę lub pokrewnych i ich własności jest banalna, prosta i powszechnie znana, lecz w rezultacie mamy prawdziwą falę zjawisk patologicznych po stronie pracodawcy, jawne działania kompletnie bezprawne lub pozaprawne, parasol ochronny nad tym zarówno władzy jak i instytucji kontrolnych np. Państwowej Inspekcji Pracy – uzależnionej od koalicji rządzącej, spolegliwe dla pracodawców nastawienie sądów (wydziałów pracy w sądach rejonowych i okręgowych), zdegradowane i rozbite związki zawodowe. Jest też i nakłada się na to reakcja ze strony społecznej; ludzie zatrudnieni, wykonujący zlecenia lub poszukujący tego – widzą wokół siebie codzienną praktykę całkowicie sprzeczną z tym co by było w zgodzie z przepisami. Stąd narastający mętlik pojęciowy, szum informacyjny, ale także podejście praktyczne; jakoś żyć trzeba, nie warto walczyć o praworządność, o swoje prawa czy o normalność bo przedsiębiorca zawsze wygra…
Z kolei brak oporu zainteresowanych utwierdza dodatkowo pracodawcę, że idzie we właściwym kierunku, opierając się na zasadach „rynkowych”. Ale pracobiorcy są „pod ścianą” codziennych rachunków, potrzeb, chęci przetrwania, instynktu samozachowawczego, zwycięża u nich przeważnie „mentalność niewolnika” sprytnie podsycana przez władze hiobowymi wieściami o „narastającym kryzysie” lub nadchodzących „zwolnieniach grupowych” – dlatego „rynek pracy” jest tylko pojęciem propagandowym PO a mamy praktycznie do czynienia z absolutnym dyktatem. Mówić „rynek pracy” w Polsce – to tak, jakby mówić o „samorządzie” w obozie zagłady… Oczywiście mam na myśli najniższe stanowiska wykonawcze – czyli większość.
Tymczasem w mediach, w biuletynach organizacji lub podmiotów zajmujących się pośrednictwem pracy albo wtórnym udostępnianiem publicznych ofert zatrudnienia zbieranych z różnych miejsc, widać coraz więcej takich, które w jawny sposób ignorują przepisy prawa a nawet – jego istnienie. Stąd wyżej sformułowane wnioski ogólne; po prostu niemożliwe jest, by to zjawisko nie było zaplanowane, albo nie miało przynajmniej całościowego, ideologicznego przyzwolenia.
Najwięcej w tej chwili zastrzeżeń budzi sprawa umów związanych z zatrudnieniem. Nazywam to tak ostrożnie, bo przecież często nie są to umowy zlecenia sensu stricte ani także i umowy o pracę; to jakiś absolutnie pozaprawny konglomerat, majstrowany na zasadzie samowoli i bezkarności. Jedynie powiatowe czy miejskie urzędy pracy dbają o zasadniczą zgodność publikowanych (przyjmowanych do publikacji) ofert pracy z prawem. Już na etapie kontaktu z pracodawcą poszukującym pracownika – treść ofert jest pod tym względem weryfikowana a te wadliwe – nie są przyjmowane. Z tego powodu urzędy pracy mają zazwyczaj bardzo niewiele ofert. Najgorzej natomiast jest w prywatnych lokalnych albo i ogólnopolskich portalach ogłoszeniowych; tam przyjmuje się uniwersalną zasadę odpowiedzialności autora a nie publikującego za zgodność oferty z prawem.
Jak wiadomo umowa o pracę jest zdefiniowana przez Ustawę „Kodeks Pracy” w związku z innymi ustawami i podlega też wszystkim przepisom wykonawczym (stąd „kodeks” a nie „zwykła” ustawa).
Pracę na zasadach umowy regulowanej Kodeksem Pracy i tylko tę – nazywa się zatrudnieniem. „Praca” – nie ma tu nic wspólnego ze znaczeniem fizycznym tego słowa: praca to realizowanie umowy o pracę przez osobę zatrudnioną.
Osoba realizująca treść umowy-zlecenia nazywa się wykonawcą zlecenia lub zleceniobiorcą. Umowa-zlecenie nie podlega żadnym przepisom Kodeksu Pracy a tylko Kodeksu Cywilnego i przepisom wykonawczym do niego, stąd nazywana jest umową cywilno-prawną.
Stwierdzenie „zatrudnienie na umowę zlecenia” – jest po prostu absurdem. Np: „Przyjmę do pracy na umowę zlecenie na pełen etat, w trybie 3-zmianowym kobietę do 35 lat, najchętniej bezdzietną, w pełni dyspozycyjną, katoliczkę o miłym usposobieniu… „ – to nie oferta pracy a po prostu przyznanie się do winy pracodawcy lub „rekrutera” i normalny sąd powinien od ręki, bez rozprawy wydać w takiej sytuacji wyrok skazujący go na maksymalną grzywnę, bo to jedno zdanie łamie kilka obowiązujących zasad prawa…
O powodach preferowania umów-zlecenia pisałem już niejednokrotnie i są one powszechnie znane, ale nie niesie to za sobą żadnej zmiany ani refleksji władzy, co potwierdza jeszcze dodatkowo celowy charakter takiej sytuacji. To problem tzw. umów śmieciowych, szczególnie przy próbie stosowania umowy-zlecenia tam, gdzie powinna być umowa o pracę. Powinna być – ze względu na charakter pracy i okoliczności z nią związane. Prawo stwierdza jednoznacznie, że o faktycznym rodzaju umowy decyduje jej rzeczywisty charakter a nie forma graficzna czy nazwa.
Zatrudnienie, czyli praca na umowę o pracę ma charakterystyczne cechy których nie ma i nie może mieć umowa-zlecenie. Jest tak dlatego, ze są to inne rodzaje umów o zupełnie innym przeznaczeniu i prawnie – to wszelkie okoliczności związane ze stosunkiem stron decydują o tym a nie możliwość nieodprowadzania jakichś obowiązkowych składek, koszty po stronie przedsiębiorcy itp.
Dla umowy o pracę charakterystyczne jest:
- Konieczność osobistego świadczenia pracy;
- Wykonywanie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, pod jego kierunkiem i nadzorem (podległość służbowa, regulaminy i instrukcje, polecenia, lista obecności, dyscyplina pracy itp. – dotyczą wyłącznie umowy o pracę);
- Wykonywanie pracy na rzecz i ryzyko pracodawcy;
- Praca wyłącznie za odpłatność (za wynagrodzeniem);
- Charakter ciągły – od zawarcia do rozwiązania.
- Treść umowy wyłącznie wynikająca z Kodeksu Pracy, warunki umowy nie gorsze niż określone w KP.
Czynności lub zadanie określone w umowie-zlecenia nie mogą posiadać powyższych cech a umowa taka jest raczej przewidziana dla wykonania jednorazowego określonej czynności (zadania). Nie może w niej być odwołań do przepisów Kodeksu Pracy, charakterystycznych cech pracy jak godzina rozpoczęcia i zakończenia, potwierdzania obecności, dyscypliny pracy, wymiaru etatu, podległości i wykonywaniu poleceń itp.
Zawarcie umowy posiadającej wymienione cechy – powoduje, że umowa taka jest traktowana jak umowa o pracę, choćby nosiła wzór i nazwę umowy zlecenia. Pracodawca odpowiada wówczas za wszelkie zaniechania i szkody z tego wynikające dla zatrudnionego oraz Skarbu Państwa. Niestety: pracodawcy – czując za sobą wsparcie władzy, polityków, bezradność lub bezczynność nadzoru oraz przychylność sądów – nauczyli się tak manewrować treścią umów zlecenia zawieranych w miejsce umów o pracę, by w połączeniu z krętactwem wyślizganych prawników unikać odpowiedzialności za to.
Odpowiedzialność za wykroczenia przeciwko Kodeksowi Pracy jest w gruncie rzeczy praktycznie niewielka w porównaniu do zysków, jakie może w praktyce przynieść przedsiębiorcy. Stworzono sytuację, gdy opłaca się Łamać prawo.
Zawieranie umów-zlecenia w przypadkach, gdy okoliczności i zadania stawiane wykonawcy są charakterystyczne dla umów o pracę – jest podyktowane chęcią oszustwa o motywacji finansowej, gdy danie zlecenia pozwala na zmniejszenie opłat, np. nieodprowadzenie składek ubezpieczenia, a to ma fatalne dalsze skutki społeczne.
Umożliwienie przedsiębiorcom nieograniczonego zarabiania, nieograniczonego nawet przepisami obowiązującego prawa – jest najwyraźniej zasadą bliską Platformie Obywatelskiej.
Dewastacja zasad współżycia społecznego, szkodzenie finansom publicznym i systemowi ubezpieczenia społecznego – nie stanowi dla Platformy żadnego problemu…
Niestety narasta zamieszanie pojęciowe, niewiedza i niezrozumienie spowodowane rażącym rozdźwiękiem pomiędzy tym, co poszukujący pracy praktycznie widzi wokół siebie a tym, co czyta w ustawie, w informacjach opartych bezpośrednio na prawie pracy. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że można sprawując władzę w demokratycznym niby państwie, w centrum Europy, w XXI wieku – aż tak drwić sobie z prawa i aż tak nie szanować ludzi. Niestety; nagminność łamania prawa stawia je w oczach ludzi zasadniczo pod znakiem zapytania. Praktyka działania metodą faktów dokonanych zastępuje stan właściwy, zgodny z prawem. Jeśli jeden człowiek złamie prawo – jest przestępcą, ale jeśli bardzo wielu ludzi złamie to prawo – to… prawo jest złe… oto dewiza państwa mafijnego.
Choćby przed chwilą czytam w portalu porad prawnych: … osoba zatrudniona w firmie w oparciu o umowę zlecenie (praca od poniedziałku do piątku) przedstawiła pracodawcy zaświadczenie usprawiedliwiające jednodniową absencję w pracy. Wynikało z niego, że w czasie nieobecności uczestniczyła w charakterze świadka w rozprawie sądowej. Czy w takiej sytuacji pracodawca powinien pomniejszyć przysługujące jej wynagrodzenie, czy też ma obowiązek wypłacić je w pełnej wysokości?…
Ręce opadają…

12/01/2013

„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.

Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.

23/07/2012

Dehumanizacja systemu: polska ruletka – „tylko 17 na 100”.

Zasadniczy problem niedoboru miejsc pracy – jest znany, ale jest to problem stricte ideologiczny a nie gospodarczy. Dokładniej – problem ma „oblicze” gospodarcze, ale w swojej istocie wywodzi się z ideologii. Ideologii politycznej realizowanej przez PO bez poddania jej „egzaminowi wyborczemu” przed tymi ani też przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi.

To odrębny temat. Trzeba go poruszać, by ludzie zdali sobie wreszcie sprawę, że sami dali przyzwolenie na wszystko – co ich spotyka i że to są skutki konkretnej ideologii, ideologii spychającej człowieka poza margines podmiotowości.
Skupmy się teraz na jego najbardziej bezpośrednim, praktycznym skutku.

Nurtuje mnie problem odmowy zasiłku dla bezrobotnych zgłaszających się do Powiatowych Urzędów Pracy po pomoc w uzyskaniu zatrudnienia. Jak już wspominałem, zasiłek dla bezrobotnych uważam za część czy też jedną z form takiej pomocy, gdyż bezrobotny „z definicji” nie może mieć dochodów z wynagrodzeń, ewentualne inne dopuszczalne dochody (sporadyczne) nie mogą przekroczyć miesięcznie kwoty równej połowie minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia za pracę. Nie może, ale przecież MUSI je mieć! Przypuszczam, że przypadki takie (prawa do takiego dochodu) są raczej sporadyczne, jednostkowe – ustawodawca miał tu na myśli np. przychody z oprocentowania lokat lub wkładów pieniężnych w bankach. Takie przychody nie są „wynagrodzeniem” i dlatego nie mają wpływu na nadanie statusu bezrobotnego, choć dla mnie to kompletna abstrakcja; jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, jako człowiek który z powodu bezrobocia już wyprzedał z domu wszystko co miało istotną wartość, że ktoś posiadający w bankach takie lokaty, które dawałyby mu np. 1500 zł miesięcznie wpływu z odsetek – będzie się rejestrował w Urzędzie Pracy jako bezrobotny. Tu jak zwykle poniosła posłów ich słynna fantazja. Dlatego na podstawie definicji ustawowej można śmiało przyjąć, że to właśnie zasiłek dla bezrobotnych ma być dochodem pozwalającym na utrzymanie się w stanie gotowości do podjęcia pracy.

O tym już pisałem i jest to chyba oczywiste, że człowiek upadły, kloszard, bezrobotny który z powodu braku dochodów stał się bezdomny, bezrobotny nie posiadający podstawowych środków na zaspokojenie takich potrzeb jaka „dach nad głową” zapewniający możliwość utrzymania higieny i właściwego czasu snu, całe i schludne ubranie odpowiednie do pory roku (mróz, upał), niezbędne usługi (fryzjer choćby raz na dwa miesiące), środki na opłaty komunikacyjne – ktoś znajdujący się poniżej tego „standardu” po prostu do żadnej pracy się nie nadaje a więc nie spełnia wymogów definicji osoby bezrobotnej. Wskazywałoby to na konieczność przyjęcia zasady, że zasiłek dla „rzeczywistego” bezrobotnego powinien być przyznawany niejako automatycznie „z urzędu” każdej osobie zgłaszającej się do Urzędu Pracy po pomoc w zdobyciu zatrudnienia. Jednocześnie oczywiście Urząd powinien robić wszystko, by osoba ta możliwie jak najszybciej zdobyła źródło dochodu co najmniej równe zasiłkowi i w ten sposób utraciła do tego zasiłku uprawnienie (potrzebę). Dawałoby to bodziec zarówno bezrobotnemu jak i Urzędowi do rzeczywistego i aktywnego działania we wspomnianym kierunku a działania te oraz działania urzędu powinny być rejestrowane w odpowiednim dokumencie przez bezrobotnego posiadanym i uaktualnianym, stanowiącym dla niego dowód rzeczywistego poszukiwania zatrudnienia (spełniania ustawowego obowiązku). Takie rozwiązanie jest logiczne i oczywiste, bardzo często spotykane, choćby w krajach skandynawskich. Tymczasem w Polsce wyraźnie obserwujemy prostą i bezpośrednią zależność aktywności Urzędu Pracy wobec osoby zarejestrowanej – zależną od tego czy pobiera ona zasiłek czy też nie. Oczywiście wobec osób którym wypłacany jest zasiłek – ta aktywność jest dużo wyższa, bo zmierza do tego, by jak najszybciej zaprzestać wypłacania zasiłku – co da się najszybciej osiągnąć „znajdując” temu człowiekowi pracę i wykreślając go z rejestru. W tym znaczeniu można by nieco przekornie stwierdzić, że upowszechnienie zasiłków powinno natychmiast wydatnie zmniejszyć stopę bezrobocia, dając Urzędom motywację do rzeczywistego a nie jak dziś – pozorowanego działania.

Na potrzeby tego felietonu przyjmuję to za pewnik, że każdy rzeczywisty bezrobotny musi otrzymać pomoc materialną w postaci zasiłku po to, by mógł utrzymywać się w możliwości i gotowości do podjęcia pracy oraz tego zatrudnienia także samodzielnie poszukiwać. Pomoc organizacyjna pozamaterialna, powinna się nasilać wraz z czasem czy ilością bezowocnych prób znalezienia pracy. Oczywiście jestem świadom sporego w naszym kraju niebezpieczeństwa nieuczciwości ze strony osób chcących wyłudzać taką pomoc, ale sposoby ograniczenia tego do minimum także już zostały dawno wypracowane i wdrożone – na przykład w Danii. Bieżąca kontrola niemalże codzienna przez organ związkowy na poziomie gminy oraz rzeczywiście egzekwowana odpowiedzialność za wyłudzenie z koniecznością zwrotu lub odpracowania poprzez prace społecznie użyteczne.
Przyjmuję więc że taki POWINIEN I MOŻE BYĆ standard: każdy bezrobotny otrzymuje zasiłek w niezbędnej wysokości pozwalającej np. wynająć pokój z używalnością łazienki zamiast dotychczas używanego mieszkania, kupić ubranie w „markowej” zachodniej ciuch-budzie i buty z wyprzedaży w CCC, zjeść gorący posiłek w barze samoobsługowym, mieć na kartę telefoniczną i kilka biletów komunikacji, i poza tym – „pracować na pełen etat” przy poszukiwaniu zatrudnienia dla siebie, lub innej formy zdobycia źródła stałych dochodów. Przedstawiam tu tak obrazowo tę sytuację, gdyż mam świadomość niezwykle silnych stereotypów czy „obiegowych poglądów” i „prawd zasłyszanych” tworzonych i rozpowszechnianych przez ludzi których to nie dotyczy.

W rzeczywistości mamy powołany ustawą Fundusz Pracy, który miał być społecznym funduszem celowych zarządzanym przez Ministra Pracy we współpracy z Komisją Trójstronną przeznaczonym do gromadzenia środków na walkę z bezrobociem poprzez tworzenie czy stymulowanie tworzenia nowych miejsc pracy oraz ograniczanie społecznych skutków niedoboru ilości tych miejsc pracy.

Tymczasem Fundusz Pracy uważany przez Ministra Finansów – Rostowskiego wbrew prawu za część budżetu państwa, zostaje przez niego „zamrożony” uniemożliwiając jego użycie w dramatycznej sytuacji narastającego bezrobocia. Chodzi tu o niebagatelną kwotę obecnie 5.5 miliarda złotych, a do końca roku (przy założeniu dalszego zamrożenia i dotychczasowych wpływów) o około 7 miliardów. Oczywiście nie ma takiej kwoty której nasza szczególnie „uzdolniona” biurokracja nie potrafiłaby szybko zmarnotrawić, roztrwonić, zmarnować lub rozkraść – ale teoretycznie kwota taka mądrze użyta, mogłaby zasadniczo zmniejszyć bezrobocie oraz zmniejszyć straty w postaci nieodwracalnego staczania się ludzi do poziomu kloszardów.
Ciekawe, czy to „przejęcie” Funduszu Pracy odbyło się za wiedzą i aprobatą Premiera Tuska czy może raczej całej Rady Ministrów, ale nie widać na to żadnego upoważnienia prawnego. Sytuacja jednak tak się pogorszyła, że mamy teraz do czynienia ze spektakularną „akcją” – próbą „odbicia” niejako zasobów Funduszu z rąk ministra Rostowskiego, akcją do tego stopnia ważna i poważną, że zjednoczyła ona w specyficzną „koalicję wojenną” reprezentację pracodawców i związkowców pod cichym patronatem Ministerstwa Pracy – wspólnie przeciwko „zaborcy” – co już jest niesamowitym ewenementem. Mam nadzieję, że to może zaowocować na przyszłość poprawą relacji Związki – Minister Pracy.
Wracając jednak do zasadniczego tematu: Fundusz Pracy jest tworzony przez obowiązkowe składki płacone przez pracodawców według jednolitej stawki procentowej od wynagrodzeń za pracę na „umowę o pracę”, oraz za stawki umów zlecenia. Wymiar składki jest określony na 2,45% wynagrodzeń podlegających temu obowiązkowi, płacony jest jednak oczywiście przez pracodawcę z jego własnych środków a nie potrącany z wynagrodzeń ustalonych umownie i naliczonych.

W tym miejscu można powiązać logicznie istotę i sposób tworzenia Funduszu z warunkami jakie musi spełnić w myśl (no tu pisząc „myśl” chyba przesadziłem) ustawy o promocji zatrudnienia – człowiek pozbawiony pracy i zgłaszający się do Powiatowego Urzędu Pracy po pomoc. Oczywiście jak to w Polsce – ustawa zawiera całą „litanię” warunków, wymogów i zastrzeżeń mających ograniczyć to uprawnienie, ale ja mam na myśli szczególnie jeden z warunków, określony w słynnym już Art. 71 Ust.1, Pkt 2 Ustawy. Artykuł ten jest bardzo rozbudowany i złożony a wymienia warunki po spełnieniu których bezrobotnemu należy się zasiłek dla bezrobotnych. By nie utonąć w szczegółach, na potrzeby tego wywodu można uznać za najistotniejsze, że prawo do zasiłku przysługuje osobie bezrobotnej pod warunkiem, że nie ma dla niej propozycji pracy lub innej pomocy związanej z wypłatą odpowiedniego świadczenia oraz gdy w okresie 18 miesięcy poprzedzających dzień zarejestrowania, łącznie przez 365 dni był zatrudniony i osiągał wynagrodzenie co najmniej w wysokości najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia za pracę od którego istniał obowiązek opłacania składki na Fundusz Pracy z zastrzeżeniem Art. 104a – 105.
To właśnie ten warunek powoduje, że zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje statystycznie zaledwie 17% osób rejestrujących się w Powiatowych Urzędach Pracy.

Zasadniczą myślą, niejako clou tego zapisu jest to, by ten kto miałby korzystać przez czas do 6 lub do 12 miesięcy z zasobów FP – najpierw przez rok swoją pracą generował wpływy środków do Funduszu – jako równowartość 2,45% swoich pensji, obliczane i wpłacane przez jego pracodawcę ze środków własnych tegoż pracodawcy. Inaczej – bezrobotny dostanie przez rok zasiłek jeśli przez rok w ciągu minionego półtorej roku wpłacana była do Funduszu składka generowana jego ówczesnym zatrudnieniem. Osoba zgłaszająca się do PUP nie otrzyma prawa do zasiłku choćby nawet legitymowała się 25 czy 30 latami stażu pracy (generowania składki), jeśli w ciągu półtorej roku liczonego wstecz od daty zgłoszenia się do PUP miała przerwę w zatrudnienia dłuższą niż łącznie 6 miesięcy, albo pracowała przez owe 6 miesięcy na zasadach nie generujących obowiązku pracodawcy wpłacania składki na FP. Niestety pracownik najczęściej przed staniem się bezrobotnym nie myśli o tym, nie kontroluje tych okresów ani nawet często nie wie czy nie przykłada znaczenia do obowiązków swojego pracodawcy odnoszących się do płacenia składek, które przecież nie obciążają tego pracownika. To dość dziwne jak na Europę XXI wieku uzależnienie uprawnienia jednego podmiotu od wykonywania obowiązków przez zupełnie inny niezależny podmiot.

Nie możemy jednak zapominać, że to wszystko, wszystko o czym tu piszę jak i w ogóle „wszystko” – jest dla człowieka i ma służyć człowiekowi. Oczywiście – każdy rozsądnie myślący, uczciwy człowiek powie natychmiast, bo rozumie to tak jak i ja, że „służba człowiekowi” może wymagać czasem zabronienia mu czegoś, postawienia warunków, czasem nawet warunków ograniczających, których ostatecznym skutkiem będzie jego „dobro”. Z kolei „liberałowie” często nieźle „szajbnięci” na punkcie nieograniczonej niczym wolności nawet gdy za nią idą tragedie, cierpienie i zgliszcza – także z pewnością się nie zgodzą na to, by ktoś z zewnątrz miał lepiej wiedzieć niż sam zainteresowany, co w ostatecznym rozrachunku jest dla niego „dobrem”. Niestety przeważnie doprowadza to do walki na skrajności, podczas gdy najczęściej „prawda leży pośrodku”. Ja jestem przekonany, że wszystko musi być i może być bez niczyjej straty nastawione na dobro człowieka, dlatego rozwiązania prawne muszą uwzględniać efekt ostateczny w skali społeczeństwa jak i dobro każdej z jednostek. Takie rozwiązania odniesione do biznesu, gospodarki, ekonomii – są możliwe czego dowodzą przykłady z początków kapitalizmu i o tym napiszę w oddzielnym artykule.
Rozumiem więc, że omawiana zasada miała w założeniu służyć stabilności Funduszu, jego zrównoważeniu finansowemu – co w aspekcie powyższego byłoby dobrym przykładem ograniczenia służącego dobru; lepiej wszak by Fundusz istniał i pomagał walczyć ze skutkami bezrobocia nawet z pewnymi ograniczeniami ale długotrwale, pomagając wielu osobom i wielu pracodawcom, niżby miał upaść bardzo szybko tracąc równowagę z powodu braku jakichkolwiek ograniczeń choćby i uzasadnianego „dobrem człowieka”.
Jednak równowaga Funduszu była planowana na warunki „normalne”, nie na tak zasadniczy i rozległy kryzys. W kryzysie i Fundusz Pracy ma prawo stracić stabilność finansową, gdyż działając zgodnie z przyjętymi w ustawie zasadami staje się czymś absurdalnym, marginalnym, o niewielkim znaczeniu dla problemu bezrobocia. Gdy dotyczy 17% rejestrujących się bezrobotnych – staje się absurdem. Dlatego w warunkach takiego kryzysu nie wolno oczekiwać stabilności finansowej tego funduszu; musi on być zasilany prócz składkami – innymi ekstra wpływami z zewnątrz, pozwalającymi spełniać założoną rolę społeczną ale i nie upaść z tego powodu.
Przytaczany Art. 71 ustawy ma odniesienie do Art. 104 i 105, które przewidują zwolnienie z obowiązku odprowadzania składek na FP z tytułu zatrudnienia osób w wieku po 50 roku życia. Jeżeli pracownik 51-letni stracił pracę, przez 35 dni był zarejestrowany w PUP a następnie został zatrudniony na 12 miesięcy, to przez te 12 miesięcy jego pracodawca jest zwolniony z obowiązku opłacania składek na FP wynikających z tego zatrudnienia. Jeśli jednak pracownik ten po tychże 12 miesiącach pracy zostanie zwolniony i jako pozostający bez pracy zgłosi się ponownie do rejestracji w PUP, to w myśl wymogów zawartych w Art. 71 nie otrzyma prawa do zasiłku, gdyż nie spełnia zawartych tam warunków. Jeśli jednak pomimo braku fizycznego wpłacania składek związanych z jego zatrudnieniem miałby dostać prawo do zasiłku – co ewidentnie narusza równowagę finansową tego Funduszu w znaczeniu jakie opisywałem powyżej – to dlaczego inni bezrobotni mający np. 25 lat opłacania składki ale i nieco dłuższą niż 6 miesięcy przerwę w pracy przed zarejestrowaniem się w PUP (bo poszukiwali zatrudnienia samodzielnie przez 6 miesięcy i dwa tygodnie, albo pracowali u szwagra „bez umowy”) w odniesieniu do warunków zawartych w Art. 71 – nie mogą otrzymać prawa do zasiłku?

Istnieją i inne okoliczności prowadzące do pewnego konfliktu: na przykład zwolnienie osób prowadzących działalność gospodarczą przez pewien początkowy okres tejże działalności z obowiązku opłacania składek na FP. Taki przedsiębiorca może po prostu upaść albo być zmuszony jakimiś okolicznościami do zaniechania działalności a następnie – zmuszony do poszukiwania pracy najemnej za pośrednictwem PUP i tu także nie może liczyć na zasiłek z winy nieszczęsnych wymogów Art. 71. A zasiłek – jak pisałem wcześniej – nie jest jakimś luksusem a niezbędnym warunkiem, by poszukiwanie zatrudnienia przez bezrobotnego i spełnianie przez niego wymagań PUP nie było fikcją – jak to jest nagminnie teraz, gdy się oczekuje cudu, że człowiek upadły i bezdomny całkowicie pozbawiony jakichkolwiek dochodów będzie szukał pracy i będzie „akceptowalny” dla jakiegokolwiek pracodawcy.
Pracodawcy są zwolnieni z opłacania składki na FP przy zatrudnieniu osób w wieku 55 lat (kobiety) i 60 lat (mężczyźni) , ale dziś są to ludzie jeszcze młodzi i w pełni wieku produkcyjnego; mogą stać się bezrobotni i wówczas nie będą mieli prawa do zasiłku z powodu zwolnienia kogoś zupełnie innego od „jakiejś” składki. Słowem – nie mogą istnieć rozwiązania – które jednemu podmiotowi dają uprawnienie a jednocześnie obarczają ciężarem skutku tego uprawnienia zupełnie inny podmiot.

Uważam, że wszystko musi być nastawione na dobro człowieka, Fundusz Pracy także – dlatego w czasie tak dotkliwego kryzysu nie może być on ograniczony zasadami przyjętymi na czas „normalności”.
Warto zauważyć, jak w aspekcie tego co tu piszę działania Ministra Finansów wobec Funduszu Pracy wydają się być coraz bardziej aroganckie i rozbójnicze… chyba, że… no chyba że my, obywatele, opinia publiczna – nie wszystko wiemy o prawdziwym stanie gospodarki polskiej, nie wiemy tego co wie minister Rostowski ale nikomu nie powie…

Czytałem gdzieś, że mityczna Atlantyda, którą najnowsze badania umiejscawiały nawet dość blisko – pomiędzy dzisiejszymi Wyspami Brytyjskimi a Kontynentem – zanim pogrążyła się w wodzie wraz z mieszkańcami – też była podobno bardzo piękną, zieloną wyspą…
Generalnie jednak w czasie, gdy „człowiek” jakby całkowicie znikł z pola uwagi władzy, polityki, ekonomii, nauki, medycyny itp. – trzeba domagać się przebudzenia i powrotu – póki jeszcze czas – do postawy humanistycznej jaka nie była całkiem obca nawet władzy PRL a wydaje się zupełnie obca obecnej władzy – zapewne z powodów ideologicznych. Fundusz Pracy ma służyć człowiekowi. Jest taka możliwość, by dobrze służył zarówno bezrobotnym jak i pracodawcom i na osiągnięcie takiego stanu mają być nastawione zasady jego funkcjonowania i wykorzystania. Dziś ideologia Platformy Obywatelskiej wprowadza przepaść pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, ale to nie jest ani naturalne ani potrzebne. Piszę to tak dobitnie i uparcie już po raz kolejny, dlatego że reakcją – i to reakcją której trudno odmówić logiki – ze strony pracodawców reprezentowanych przez Konfederację Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, w sytuacji takiego zawłaszczenia Funduszu przez Władzę – jest żądanie nie uwolnienia funduszu, przywrócenia mu jego funkcji a zmniejszenia wymiaru składki z 2,45 na 1,45%, gdyby miała ona mieć charakter podatkowy a nie – funduszu celowego działającego po części także i w dobrze pojętym interesie pracodawców.
A takie działanie – mimo że zrozumiałe i logicznie usprawiedliwione – jest skierowane PRZECIWKO CZŁOWIEKOWI, z czym trudno się pogodzić. Przeciwko człowiekowi który został ideologicznie „odczłowieczony”, zredukowany do roli podrzędnej nadanej mu przez klasę polityków, biznesmenów i finansistów.

Odwiedziny: