BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minister pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minister pracy. Pokaż wszystkie posty

29/07/2014

Minister Pracy jest bardzo sprawny w realizacji planu oszustwa wyborczego PO. Część II.

Co ma zrobić minister, od którego oczekuje się „zmniejszenia bezrobocia” a który nie ma na to żadnego wpływu?

Zaczyna propagandę nieistniejącego sukcesu. Realizuje przy okazji plan „nabrania” czy „nabicia w butelkę” całego społeczeństwa w ramach oszukańczej kampanii wyborczej.
Może po prostu zmniejszyć WSKAŹNIKI bezrobocia, czyli działać na statystyki i dane liczbowe, interpretując to tak, jakby miało to odbicie w rzeczywistości, bo w rzeczywistości wiadomo przecież, że to w rzeczywistości żadnego odbicia nie ma i mieć nie może…

Minister ogłasza, że bezrobocie od początku roku spada. To propaganda. Spada głównie wskaźnik bezrobocia oznaczający liczbę osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy. Co to ma wspólnego z liczbą miejsc pracy? Nic. Będąc uczciwym należałoby mówić zgodnie z prawdą, że spada liczba osób zarejestrowanych w PUP, czyli spada bezrobocie rejestrowane a nie, że ono spada rzeczywiście, w gospodarce.

Po prostu coraz mniej osób się rejestruje w PUP i jednocześnie coraz więcej z PUP odchodzi; albo sami rezygnują z nic im nie dającego statusu osoby bezrobotnej, albo są go administracyjnie pod byle pretekstem pozbawiani. Coraz więcej osób rozumie, że w PUP nie otrzymają żadnej realnej pomocy ani w uzyskaniu zatrudnienia, ani w uzyskaniu zasiłku, dlatego rezygnują z rejestrowania się. Rejestracja w PUP jest przecież dobrowolna…
Czy to więc oznacza „spadek bezrobocia”? Nie! Spadek bezrobocia – to wzrost zatrudnienia na nowych, wcześniej nie istniejących miejscach pracy. Spadek bezrobocia – to rozwój gospodarki, powstawanie nowych zakładów, szczególnie produkcyjnych lub usługowych a w nich nowych, wcześniej nie istniejących miejsc zatrudnienia. Czyli skrótowo pisząc – spadek bezrobocia to wzrost ilości miejsc pracy (i odwrotnie).
Jeśli zapytać pana Ministra – ile powstało nowych miejsc pracy, on nie wie – bo się przecież tym nie zajmuje. Nawet jeśli wie – to nie powie, bo to by dekonspirowało oszustwo. Więc można zapytać pana ministra – ile pracodawcy np. w czerwcu br. złożyli do PUP nowych ofert zatrudnienia. Okazuje się, że mniej niż w maju br. co oznacza, że nie przybyło nowych miejsc pracy, czyli bezrobocie nie zmalało. Minister Kosiniak Kamysz mówi jednak, że WIĘCEJ NIŻ ROK TEMU – czyli jednak przybyło… ? Bo tu nie chodzi o prawdę a o EFEKT !
Tyle, że pracodawcy nie muszą składać ofert zatrudnienia do PUP, jest to dobrowolne (prócz tzw. „budżetówki”). Część z nich zechciała skorzystać z usług PUP a część nie, jaka część – nie wiadomo…
To taka gra słów. Oczywiście zawsze można znaleźć w minionych czterech latach kadencji rządu taki miesiąc, gdy z czymś było gorzej niż w czerwcu br. i twierdzić, że „jest poprawa”, ale to jest kłamstwo, manipulacja, oszustwo nastawione na ukrycie prawdy w celach np. wyborczych. W ten sposób można udowodnić dowolną tezę; np. różnie dotychczas układały się moje zarobki, dlatego mogę twierdzić że jestem bogaty oraz że jestem biedny i OBIE tezy da się udowodnić odpowiednio wybranymi czy dobranymi danymi historycznymi. Jak wiadomo – obie jednocześnie prawdziwe raczej być nie mogą…

Narasta „szara strefa” gospodarki nielegalnej, bo rząd z tym nie walczy, tylko narzeka na dziurę w finansach Skarbu Państwa i niedobory w ZUS. Tymczasem kwitnie proceder tzw. „optymalizacji podatkowej” oraz „optymalizacji kosztów ZUS” oparty na dziurawym prawie i „liberalizmie” władzy.
Ludzie nie rejestrują się w PUP dla uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego, więc pozornie spada ilość bezrobotnych. Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że osoby zatrudnione „na czarno” w rzeczywistości są bezrobotne, bo bez tego oszustwa żadnej pracy zarobkowej by nie znalazły; są bezrobotne, ale w sposób nie ujmowany w żadnej ewidencji; ich zatrudnienie może się w każdej chwili skończyć.
Zasiłki otrzymuje kilka procent zarejestrowanych, bo tak trudno jest spełnić wymogi formalne narzucone ustawą po to, by sztucznie odgórnie ograniczyć koszty obsługi bezrobocia, więc ludzie pozbawieni pracy nie mają motywacji w rejestrowaniu się – co jest przedstawiane jako sukces w „zwalczaniu bezrobocia”. W rzeczywistości jest to sukces w tworzeniu osób wykluczonych społecznie i zawodowo.

Jedyny wpływ, jaki Minister Pracy może mieć na ilość miejsc pracy – jest przeznaczanie ogromnych kwot pieniędzy publicznych na dotowanie zatrudnienia, poprzez finansowanie staży dla bezrobotnych opartych na ustawie o promocji zatrudnienia, finansowanie interwencji w rynek pracy poprzez prace interwencyjne i roboty publiczne, itp..

Otóż na staże dla bezrobotnych, czyli na dotacje dla pracodawców przeznaczono w tym roku ogromne fundusze. Osoba taka wykonuje przez okres 3 – 6 miesięcy pracę dla jakiegoś „organizatora stażu”, przy czym nie ponosi on żadnych kosztów z tego tytułu, mając całkowicie darmowego pracownika; bezrobotny otrzymuje „stypendium stażowe” w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, finansowane z Funduszu Pracy, a po minięciu stażu – powraca do rejestru bezrobotnych. Czy to jest walka z bezrobociem? Nie! To walka o dobre statystyki. To rozdawanie publicznych pieniędzy pracodawcom, w części prywatnym. Podobnie i osoba bezrobotna, której uda się otrzymać skierowanie na prace interwencyjne; jest to praca na cały etat, na okres najczęściej kilku miesięcy, na umowę o pracę na czas określony, z płacą równą minimalnej ustawowo określonej.
Pracodawca otrzymuje refundację połowy wynagrodzeń i połowy składek na ubezpieczenie społeczne tego bezrobotnego, ewentualnie inne dofinansowania i premie a ma pełnoetatowego pracownika. Po minięciu terminu umowa automatycznie rozwiązuje się a bezrobotny powraca do rejestru bezrobotnych. Czy to jest walka z bezrobociem? Nie! To wyłącznie walka ze statystykami, wskaźnikami, danymi liczbowymi używanymi do propagandy wyborczej. To rodzaj oszustwa, maskarady, choć może nieco pomaga przetrwać tym nieszczęsnym ludziom pozbawianym normalnego zatrudnienia.
Organizacja i dotowanie staży oraz zatrudnienia interwencyjnego nie jest walką z bezrobociem bo skutek jest jedynie chwilowy i doraźny, przemijający wraz z dotacjami. To raczej forma tworzenia niewolniczego rynku pracy i transfer publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni pod pretekstem „pomocy dla bezrobotnych”. Pisałem już o tym wielokrotnie.

Płace i warunki zatrudnienia są tak tragiczne, poza oczywiście kilkoma największymi ośrodkami i dla tych co w ogóle zatrudnienie znaleźli, że wielu ludzi decyduje się wyjeżdżać do pracy za granicę, na prace sezonowe, dorywcze, obsługę ruchu turystycznego itp. Ludzie przestają już liczyć na realną pomoc i zaczynają sami „kombinować”, co może okazać się indywidualnie skuteczne, ale rujnuje życie społeczne, rodzinę, demografię itp. Skutki tego wkrótce wyjdą na jaw, ale doraźnie – liczą się tylko statystyki. Medialna walka o kontynuację tej władzy, poprzez plakaciki propagandowe pana Ministra Pracy wklejane na Twitterze…
Trzeba to jak najszybciej przerwać, zakończyć. Trzeba ujawnić stan faktyczny i rozpocząć działania rzeczywiste i celowe. To również dobry temat pytań „wyborczych” kierowanych do Jarosława Kaczyńskiego.

28/07/2014

Minister Pracy jest bardzo sprawny w realizacji planu oszustwa wyborczego PO. Część I.

Minister Władysław Kosiniak Kamysz jest bardzo przydatny dla rządu Donalda Tuska. Przynajmniej w aspekcie taktyki, jaką ustalono wobec spadających notowań PO i zbliżających się wyborów. Mam na myśli słynną rozmowę ministra spraw wewnętrznych Sienkiewicza z prezesem NBP – Markiem Belką nagraną przez „kelnerów” a upublicznioną przez „Wprost”. Stenogram był powszechnie publikowany, jednak dla lepszej dostępności i ja także przytoczyłem go w blogu.

Cały zaplanowany tu atak propagandowy ma mieć dwa nurty: pierwszy – przeciwko konkurencji politycznej, czyli nurt słynnego już „zajebania PIS komisją śledczą w sprawie Macierewicza” (sformułowanie ministra Sikorskiego) którego realizacja właśnie się rozpoczyna a drugi – na rzecz „przekonania” społeczeństwa do głosowania znów na PO, wsparty jak uzgodnili rozmówcy – pomocą NBP w wywoływaniu (oszukańczego) wrażenia wspaniałej kondycji polskiego budżetu i polskich finansów publicznych.
Chodziło tu rozmówcom o to, że kondycja naszego państwa jest fatalna, co by przy normalnym zarządzaniu wymagało po prostu przyznania tego publicznie i rozpoczęcia bardzo dotkliwej akcji „oszczędnościowej” i „naprawczej” w kwestii wydatków publicznych, polegającej na „cięciu” wydatków kosztem czasowego, ale znacznego pogorszenia sytuacji społeczeństwa a więc i znacznego pogorszenia nastrojów społecznych, kierującego się w sposób naturalny przeciwko tej władzy podczas wyborów. A władza na to właśnie tuż przed wyborami pozwolić sobie nie chciała, stąd plan „oszustwa” socjotechnicznego z wykorzystaniem „sztuk magicznych” NBP i uzdolnionego Szczurka z MF.

Wiele wskazuje na to, że plan ten jest po prostu spokojnie, bezwzględnie i cynicznie realizowany. Całą ideę charakteryzuje niejako wypowiedź ministra Sienkiewicza: (cyt.)

[Bartłomiej Sienkiewicz] Albo ludzie poczują, że nastąpiła pewna zmiana, bo jak ja poznaję ten proces, to jest tak: (…) budujemy drogi, bla, bla, bla (…), ale to już kompletnie nie działa. Dlaczego nie działa? Bo przeciętny Kowalski patrzy na te autostrady, estakady, na ten dworzec, na cokolwiek innego… (…) Bo jego podstawowe pytanie jest: a co JA z tego kurwa mam?! Gdzie jest ten pieniądz u mnie w portfelu? A nie, że ma wypierdolonego orlika przed oknami, bo on ma w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie!
(…)

Jest tu jednak jeszcze jedna ważna sprawa.

Niezmiernie ważnym czynnikiem wpływającym na nastroje społeczne tak ważnym dla pretendentów ubiegających się o głosy ludzi odpowiednio wcześniej, przed wyborami – są kwestie pracy i bezrobocia. I tu niezmiernie ważną rolę propagandową w całościowym planie oszustwa wyborczego otrzymał minister pracy z PSL Władysław Kosiniak Kamysz.
Platforma Obywatelska postanowiła oszukać opinię publiczną, co do rzeczywistego stanu bezrobocia i minister pracy okazał się tu bardzo sprawnym urzędnikiem Premiera Tuska. Zadanie ministra wymaga sporej inteligencji; jak „walczyć z bezrobociem” nie mając na nie żadnego wpływu? Oto sztuka propagandy sukcesu.

Bezrobocie to przecież brak dostatecznej ilości miejsc pracy. Powstało po części przypadkowo, na skutek bezmyślnego niszczenia i rozgrabiania majątku firm państwowych w czasie tak zwanej „transformacji ustrojowej”, po części potem na skutek decyzji gospodarczych Unii Europejskiej; decyzji – które noszą jednak znamiona w pewnym stopniu politycznych, którym władza w imieniu Polski się bezkrytycznie podporządkowała. Dotyczy to np. decyzji Komisarz unijnej dotyczącej przemysłu stoczniowego i paru innych gałęzi przemysłu polskiego. Spowodowało to likwidacje wielu zakładów a co za tym idzie i miejsc pracy w nich, bez zastąpienia ich czymkolwiek innym. Niebagatelne było tu też nastawienie ideologiczne naszej ekipy „liberałów” oparte na „pobożnych” życzeniach niewierzących, na lekturze prac teoretyków liberalizmu gospodarczego, na podszeptach „doradców-bankierów” nie zawsze chyba wiernych interesowi polskiemu, na magicznym myśleniu i wierze w „samoregulację” i „niewidzialną rękę rynku”, jako panaceum na wszystkie kłopoty gospodarcze… jedynie chyba „ikonę” liberalizmu polskiego tamtych czasów – Jana Krzysztofa Bieleckiego stać dziś czasami na wypowiedzi szczere i bezstronnie krytyczne w stosunku do tych początków nowej władzy.

Powracając jednak do tematu – faktem jest, że bezrobocie to częściowy brak miejsc pracy. Minister Pracy – nie likwiduje miejsc pracy ani tym bardziej ich nie tworzy, dlatego jego wpływ na stan bezrobocia jest raczej minimalny i dotyczy tylko w najlepszym przypadku stopnia wykorzystania istniejących miejsc pracy oraz formy przetrwania tych dla których pracy nie starczyło. Tymczasem w Polsce utarło się, że to Minister Pracy „walczy z bezrobociem”… więc się nasz minister stara… przynajmniej zrobić dobre wrażenie… na swoim szefie przede wszystkim…

Dla rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia powinny rzeczywiście powstawać nowe miejsca pracy, w miarę możności trwałego zatrudnienia i to pracy o różnych wymaganych kompetencjach, w zawodach produkcyjnych i rzemieślniczych i w różnych dziedzinach przemysłu. Jeśli tak nie jest – powstaje bezrobocie strukturalne. Takie efekty poprawy daje rzeczywisty rozwój gospodarki, a więc powstawanie nowych przedsiębiorstw, w tym głównie produkcyjnych lub w ostateczności usługowych, w których potrzebni są pracownicy w różnych specjalnościach i o różnym poziomie wykształcenia. To jest sprawa ministra d/s gospodarki i ministra d/s szkolnictwa a nie ministra pracy. Dla rzeczywistego efektu ministerstwa powinny ściśle ze sobą współpracować, każde robiąc „swoje” a razem – wspólnie (choć każde na swój sposób) walcząc z bezrobociem. Tak nie jest, bo Premier jak się dowiadujemy z „taśm prawdy” – dał zbyt dużo swobody ministrom, poza tym praktycznie nie działa Komitet Stały Rady Ministrów mający to wszystko wspomagać i koordynować. Polskie działania pro-rozwojowe – to jak się dowiadujemy z taśm „chuj, dupa i kamieni kupa” – jak to precyzyjnie określił minister rządu Tuska. Czyli po prostu tego nie ma, lub jest całkowicie bezwartościowe.

Jeśli nie ma działań pro-inwestycyjnych, pro-rozwojowych – a ja wierzę ministrowi, gdy szczerze mówi o tym w okolicznościach świadczących iż miałem się o tym nigdy nie dowiedzieć – to nie będzie rozwoju przemysłu, czyli nie przybędzie nam w znaczący sposób miejsc trwałego zatrudnienia. Czyli w konsekwencji – bezrobocie tak łatwo i szybko nie zmaleje – co jest dla tego rządu jak się okazuje – oczywiste. Tym bardziej mamy dowód, że działalność ministra pracy Kosiniak Kamysza jest po prostu wielkim oszustwem propagandowym.
Jest bardzo wiele błędów w działaniach władzy dotyczących gospodarki i inwestycji. Teraz odnosi się wrażenie, że władza doprowadziła do pewnego stanu „zawieszenia”, w którym potencjalni lub nawet ci faktyczni inwestorzy, straszeni usilnie „rządem Kaczyńskiego” czekają z inwestycjami na… wynik najbliższych wyborów.

01/06/2014

Walka z dyskryminacją oraz nierównym traktowaniem.
Rozdział II. „Praca dla młodych”.

W części pierwszej wspominałem o wieku pracownika lub kandydata do zatrudnienia jako kryterium czy podłożu dyskryminacji lub nierównego traktowania. Pisałem też o tym, że źródłem przepisów mających w założeniu ochraniać przed dyskryminacją są dyrektywy unijne, konkretnie – Rady Unii Europejskiej, które mówiąc najogólniej – zakazują stosowania dyskryminacji lub nierównego traktowania w zatrudnieniu, wobec kogokolwiek i pod jakimkolwiek właściwie względem, a możliwe pewne szczególne sytuacje prawnie przewidziane, muszą być wyposażone w szczegółowe i konkretne uzasadnienie.
I tu pierwsza wątpliwość; czy jest możliwe, że to właśnie Unia, w tym przypadku Komisja Europejska sama drastycznie łamie te ustalone przez Unię zasady prawne.

Mam na myśli unijną zasadę „adresowania” różnych działań, w tym pomocy – do ściśle określonych odbiorców, wyszczególnionych spośród innych w tym wypadku przez wiek i jej ewentualną sprzeczność z prawem unijnym .
Otóż „wyskoczył” niedawno jak przysłowiowy „Filip z konopi” jeden z komisarzy, w tym wypadku jeśli dobrze pamiętam – Holender (czyli wyskoczył pewnie – z konopi indyjskich), z hasłem propagandowym „Praca dla młodych”. Oto w myśl tego nagłego oświecenia Komisarza, Unia Europejska miała natychmiast podjąć kategoryczną walkę z bezrobociem wśród osób do 30 roku życia, gdy nie dało się już ukryć iż bezrobocie wśród osób w tej grupie wiekowej jest znacznie wyższe niż średnia, wynosi lokalnie nawet blisko 70%. Było to także niewątpliwie przygotowanie do kampanii wyborczej, wzmacniające zainteresowanie instytucjami unijnymi wśród młodych wyborców.

Z jednej strony uważam za zrozumiałe, że można przedstawić wiele argumentów i to bardzo poważnych i istotnych społecznie oraz gospodarczo w skali także globalnej, że zjawisko to wymaga szczególnej interwencji która wpłynęłaby na pracodawców, aby chętniej zatrudniali ludzi młodych. Z drugiej strony – samo wręcz nasuwa się tu zasadnicze pytanie: co w takiej sytuacji z prawem; jak taki pomysł ma się do przyjętej wcześniej zasady podstawowej prawa unijnego, przetransferowanej już do prawa krajów członkowskich – że pracownicy jak i kandydaci do zatrudnienia muszą być równo traktowani ze względu na wiek ! (jak i pod każdym innym względem).

Konkretnie, można pytać, czy szczególne traktowanie młodych na rynku pracy – nie przeczy właśnie tej unijnej zasadzie prawnej, w ten sposób iż dyskryminuje osoby w średnim i starszym wieku na rynku pracy. Oczywiście to samo powiedzielibyśmy o wszelkich programach skierowanych do grupy wiekowej określanej jako „50+” czyli osób bezrobotnych w wieku przedemerytalnym (w wieku 50 – 67 lat zgodnie z obecnie tymczasowo jeszcze obowiązującymi przepisami emerytalnymi). Jakiekolwiek działania nakierowane wyłącznie na tę grupę wiekową, dyskryminują bezrobotne osoby młodsze, a więc stanowią ewidentny przykład nierównego traktowania w zatrudnieniu, w tym wypadku dotyczący już samego dostępu do zatrudnienia. Z kolei praktycznie realizowana przez pracodawców zasada pozbywania się pod jakimkolwiek pozorem pracownika tuż przed jego wejściem w okres ochrony prawnej przez rozwiązaniem stosunku pracy (cztery ostatnie lata przed emeryturą) – ewidentnie dyskryminuje osoby w tym wieku w stosunku do pozostałych pracowników, które nie są narażone na zwolnienie z pracy ze względu na wiek. Jest to dyskryminacja pracownika ze względu na wiek, z powodu jego ochrony prawnej przed dyskryminacją: czy to nie jest groteskowe?

Czy szczególne zasady dotowania przez Unię zatrudnienia osób niepełnosprawnych, powodujące powstawanie całych wielkich firm usługowych opierających się na zatrudnianiu wyłącznie osób niepełnosprawnych i pod warunkiem udokumentowania tejże niepełnosprawności – takich jak „IMPEL”, „ROKA” i wiele innych – nie stanowią przypadkiem ewidentnego przykładu nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na „stan sprawności fizycznej”, to znaczy – mówiąc wprost – dyskryminacji osób bezrobotnych w pełni sprawnych – za to, że są sprawne? Firmy te zatrudniają wyłącznie niepełnosprawnych z powodu czysto finansowego; dotacji i mniejszych kosztów pracy i osoba bezrobotna pełnosprawna nigdy tam zatrudnienia nie uzyska właśnie w związku z tym, że jej „pełnosprawność” nie przyniesie pracodawcy oszczędności na kosztach pracy…

Szczególnie zła sytuacja dotyczyłaby pod względem dyskryminacji ze względu na wiek – osób bezrobotnych w wieku 31 – 49 lat a więc osób przecież najwartościowszych ze względu na właściwą dla nich równowagę wiedzy, doświadczenia i możliwości fizycznych; byłaby to grupa stale od wielu lat dyskryminowana na rynku pracy, gdyż tak jak zdarzają się specjalne programy (choćby tylko teoretyczne – jak „szufladowy” projekt Michała Boniego „Solidarność Pokoleń z 50 plus”), skierowane do młodych, albo właśnie tylko do starszych – to nie pamiętam od lat żadnego projektu wsparcia dla tej „średniej” wiekowo grupy bezrobotnych. Także szczególne programy unijne w ramach EFS POKL w latach 2007 – 2013 nie dotyczyły tej grupy wiekowej.
Spójrzmy pod tym względem na wspomnianą nowelizację Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Niewątpliwie realizuje ona Unijne wytyczne dotyczące „szczególnej pomocy dla młodych bezrobotnych w Unii”.
Wprowadziła ona do katalogu działań PUP następujące „nowości”:
Przede wszystkim nowelizacja wprowadza zasadę obligatoryjnego „profilowania” bezrobotnych to znaczy ich bezwzględnego przydzielania do jednej z trzech grup: bezrobotnych samodzielnych i gotowych do podjęcia pracy a oczekujących jedynie oferty; bezrobotnych potrzebujących różnych działań przed podjęciem pracy, typu szkolenie, doradztwo, wstępna aktywizacja w postaci stażu, zatrudnienia dotowanego itp; bezrobotnych „oddalonych” od rynku pracy, którym nie mogą pomóc działania dostępne PUP i wymagają oni działań wstępnych takich jak podstawowa resocjalizacja, staż w Centrach Integracji Społecznej, leczenie odwykowe, przeciwdziałanie bezdomności itp. Dla tej grupy wprowadzono działania w formie programu „Aktywacja i Integracja”. Urzędy pracy zajmować się będą grupą pierwszą i drugą a grupa trzecia jest docelowo przewidziana głównie do „wydelegowania” do prywatnych agencji zatrudnienia, realizujących różne szczególne programy pomocowe za odpowiednią odpłatnością.
Pakiet bonów dla osób bezrobotnych w wieku do 30 roku życia. Jest to przeznaczone dla grupy drugiej i wymaga współpracy (i decyzji) indywidualnego doradcy zawodowego. W pakiecie tym występuje:
Bon szkoleniowy – w wysokości do 100% przeciętnego wynagrodzenia, na pokrycie kosztów potrzebnych szkoleń, egzaminów, kursów kwalifikacyjnych, przejazdów na nie i zakwaterowania.
Bon stażowy – na dojazdy do miejsca odbywania stażu dla osób skierowanych przez PUP w ramach indywidualnego planu działania, badania i testy (prócz stypendium stażowego za każdy miesiąc stażu).
Bon zatrudnieniowy – gwarantuje zwiększenie szansy na zatrudnienie dzięki refundacji pracodawcy części wynagrodzenia i składek na ubezpieczenie społeczne przez 12 miesięcy.
Bon na zasiedlenie – przeznaczony na pokrycie kosztów związanych z pracą lub podjęciem działalności gospodarczej w miejscowości innej niż miejsce dotychczasowego zamieszkania (w odległości co najmniej 80 km). Ułatwiać on ma tzw. migrację zarobkową, związaną z dojazdami do pracy w innej miejscowości lub zmianę miejsca zamieszkania w związku z podjęciem pracy. Może on mieć wartość do 8.000 zł na okres min. 6 miesięcy zatrudnienia.
Inne nowe elementy pomocy bezrobotnym opiszę w oddzielnym artykule.

W efekcie związane są z tym i szczególne świadczenia dla pracodawców zatrudniających osoby bezrobotne w wieku do 30 roku życia: refundacja części składek na ubezpieczenie społeczne, dotacje do wynagrodzenia, premia za przyjęcie stażysty, oczywiście nadal obowiązują dotychczasowe zasady dofinansowywania pracodawcom zatrudnienia w ramach prac interwencyjnych i robót publicznych itp.
Muszą się tu po prostu automatycznie nasuwać zasadnicze wątpliwości co do przyczyn dedykowania tych działań wyłącznie osobom młodym. Trudno nawet domyślić się powodu dla którego na przykład wspomniany bon zasiedleniowy ma służyć wyłącznie osobom do ukończenia 30 roku życia. Może być wiele takich przypadków ze względu na strukturalny charakter bezrobocia, że osoba w każdym wieku – w jednej miejscowości od lat bezrobotna np. w związku z likwidacją tam dużego zakładu przemysłowego z branży gospodarki polskiej którą likwidowano po 1989 roku, w innej miejscowości może być oczekiwana z otwartymi ramionami, bo wykonuje zawód tu właśnie deficytowy.
Co za różnica w jakim wieku byłaby ta osoba.

Czy nie chodzi tu przede wszystkim o zmniejszanie bezrobocia a więc o działania dzięki którym każdy bezrobotny który ponownie uzyskał trwałe zatrudnienie jest sukcesem i poprawia sytuację państwa – wytwarzając jakiś dochód oraz stając się nabywcą dóbr?
Nie do pojęcia na gruncie logiki czy zdrowego rozsądku są powody, dla których osobie bezrobotnej do ukończenia 30 roku życia można i należy pomóc w relokacji dla uzyskania trwałego zatrudnienia a osobie 31 letniej czy 40 letniej – już nie można i nie należy takiej pomocy udzielić – nawet gdy straciłaby ona w ten sposób szansę trwałego zatrudnienia w innej miejscowości w której jej praca jest potrzebna, lub nawet w odległej części kraju.
Nie do pojęcia w normalnych warunkach jest – po co w tym przepisie w ogóle określono przedział wiekowy; dlaczego osobie 40 lub 50 letniej nie można pomóc w relokacji, gdyby miało ją to wydobyć z bezrobocia. Dlaczego to może być tylko i jedynie „dla młodych”?

Wydaje się, że to raczej zmniejszanie bezrobocia wszelkimi metodami jest najważniejsze z gospodarczego i społecznego punktu widzenia, jakim powinno posługiwać się państwo. Ale jak z tego wynika – tak nie jest: ważniejsza jest IDEOLOGIA.
Jest unijne hasło ideologiczne „Praca dla młodych” wymyślone przez Komisję Europejską, więc ta ideologia jest najważniejsza a „młody” to ktoś do ukończenia 30 roku życia – bo tak zostało przyjęte w przepisach stworzonych przez biurokrację unijną. Chodzi o to, by realizować tę ideę a nie zmniejszać bezrobocie w każdy możliwy sposób a zresztą; takie bony relokacyjne czy zasiedleniowe dla młodych także nie wpłyną w sposób zasadniczy na stopę bezrobocia w tej grupie wiekowej, ani ujmowaną całościowo. Całościowo – skutek będzie marginalny, choć – co jest dla mnie najbardziej istotne – w indywidualnych przypadkach może to być pomoc na wagę życia. Bo przecież tu chodzi o ludzi i o ich życie! Abstrakcyjne naukowo może to być jedynie dla wypaczonych, zdegenerowanych moralnie biurokratów, odpornych na refleksje wykształciuchów wyobcowanych z realiów życia – jak pan wiceminister.

Zasada prawna powstrzymania się od jakiejkolwiek dyskryminacji, szykanowania czy nierównego traktowania obywateli w sprawach związanych z zatrudnieniem nie da się pogodzić z tworzeniem podobnych przepisów i ofert, dzielących w sposób jaskrawy a niczym najczęściej nieuzasadniony na różne grupy konkurujące nawzajem o środki i zainteresowanie decydentów w Unii lub w swojej ojczyźnie.
Oczywiście, że działania takie nie mają i nie mogą mieć zasadniczego wpływu na likwidację nadmiernego bezrobocia a więc nie dotykają one rzeczywistych powodów tego zjawiska, dlatego też takie jak ta „reformy urzędów pracy” i nowelizacje ustaw – niczego nie zmienią. Nie ma się więc także czym entuzjazmować. Pozostaje problem bezrobocia widziany z jedynego istotnego punktu widzenia: zasadniczej roli pracy dla indywidualnego człowieka, skutków pozbawienia go możliwości świadczenia pracy w zamian za wynagrodzenie z wszystkimi tego kolosalnymi konsekwencjami na wielu płaszczyznach. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest i zawsze będzie haniebne dla tego pokolenia i tej władzy, w naszym kraju – głównie środowiska postsolidarnościowego, oraz dziwnych ludzi którzy nagle, zaskakująco i samowolnie zastąpili wówczas dawnych polityków, aktywistów i działaczy, zmuszanych do emigracji politycznej, lub – ledwie żyjących po „pobycie” w obozach internowania wewnętrznego (obozach generała Jaruzelskiego), środowiska tak zwanego „KLD” z którego wyłoniła się obecna ekipa o histerycznie – totalitarnej mentalności, wcale nie ustępującej mentalności towarzyszy – z poprzedniej „jedynie słusznej” partii, mającej patent na „gwarantowane wygrywanie wyborów” nie 7 a 77 razy.

Obecna władza stworzyła bezrobocie w takiej wysokości i specyfice jak to odczuwamy – przy okazji tworzenia niewolnictwa pracowniczego w stylu kapitalizmu dziewiętnastowiecznego i dlatego likwidacja bezrobocia wymaga jako warunku bezwzględnego – zmiany tej władzy.

30/05/2014

Walka z dyskryminacją i nierównym traktowaniem; „równość” – kontra „wolność”.
Rozdział I.

Tak zwana „nowelizacja” tak zwanej „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – wprowadziła właśnie do praktyki kilka nowych pomysłów dotyczących działania Urzędów Pracy; efektownych ale o zupełnie jak się wydaje marginalnej możliwości wpłynięcia na sytuację osób bezrobotnych, poszukujących i potrzebujących zatrudnienia w celu uzyskiwania stałych dochodów za własną pracę najemną; zatrudnienia najchętniej angażującego ich posiadane już umiejętności, doświadczenie, kompetencje i wiedzę. W przypadku trudności oczywiście ta ostatnia przesłanka dotycząca wykorzystania posiadanych kompetencji spada na najniższe miejsce ważności, ale warto pamiętać, że generalnie ona istnieje i jest ważna zarówno dla pracowników jak i tym bardziej dla pracodawców.

Przypomnijmy, że bezrobocie polega na rzeczywistym niedoborze miejsc pracy, który można rozpatrywać zarówno w sensie ilościowym jak i w sensie niedopasowania specyfiki podaży pracy w stosunku do aktualnego zapotrzebowania na konkretne rodzaje pracy w konkretnych zawodach i specjalnościach (popytu). W tym sensie bezrobocie wynika głównie ze stanu lokalnej gospodarki, jest efektem polityki gospodarczej władzy lub efektem braku tej polityki, wynika ze stanu edukacji (szkolnictwa) i jego powiązania z planowaniem gospodarczym, do jakiegoś stopnia może mieć też powody globalne, niezależne od działań na szczeblu lokalnym, np. państwowym. Oczywiście problemy z zatrudnieniem miewają i powody indywidualne, osobiste – w sensie odpowiedzialności za przyczynę.
Bezrobotnymi nazywamy wyłącznie osoby zdolne do pracy w pełnym jej wymiarze i gotowe (chętne) do jej podjęcia, nieposiadające innego źródła dochodów – dla których ofert zatrudnienia brak lub też ich oferty podjęcia pracy są przez pracodawców odrzucane na przykład ze względu na wiek.
Sprawa wspomnianej nowelizacji ma oczywiście wiele aspektów, bo z pewnością można zastanawiać się, na ile zmiany te zadowalają ambicje osobiste czy „naukowe” samych twórców, w szczególności „naczelnego teoretyka bezrobocia” – sekretarza stanu w MPiPS, wiceministra dr hab. Jacka Męcinę a na ile – osoby potrzebujące zatrudnienia a obecnie – także wsparcia w swoich wysiłkach na rzecz jego uzyskania. Podkreślam to głównie z powodu przekonania, że te dwa podejścia diametralnie się różnią, rozchodzą się w dokładnie przeciwnych, skrajnych kierunkach.

Teoretycy coraz bardziej teoretyzują a biedacy pozbawieni pracy, czyli w efekcie – podstawowych dochodów, coraz bardziej popadają w desperację z powodu owego teoretyzowania ludzi, którzy powinni robić coś właśnie jak najbardziej praktycznego i docelowo oraz doraźnie skutecznego, rzeczywiście zmieniającego sytuację. I zgodnie z definicją – działania takie powinny dotyczyć przyczyn gospodarczych bezrobocia, czyli stanu gospodarki i jej prawno-organizacyjnych warunków, zapobieganiu poprzez planowanie gospodarki i dostosowanie do tego odpowiedniego planowania i promocji edukacji a także wpływania na właściwe zachowania pracodawców. Czyli generalnie – roli państwa, definiowanej przez władzę ustawodawczą a realizowanej przez władzę wykonawczą. Dlatego właśnie można zastanawiać się, czy wspomniane zmiany w ustawie są rzeczywistą nowelizacją, czy „nowelizacją udawaną” mającą stworzyć pozory działalności, ale jednocześnie gwarantującą zachowanie obecnej sytuacji.
Dodaniem kilku „sztuczek” w postaci jakichś efektownych pomysłów na „wspieranie bezrobotnych” niczego się tu po prostu nie załatwi. Władza wydaje się być podporządkowana naciskowi jakiegoś „lobby biznesowego”, dążącego do jak najdłuższego utrzymania warunków bezwzględnej, drapieżnej gospodarki kapitalistycznej w rozumieniu dziewiętnastowiecznym, zwalniającej ich od cywilizowanych działań a usprawiedliwiającej bezwzględny wyzysk i nieliczące się z niczym podporządkowanie wszystkiego swojej własnej zachłanności, chciwości, najbardziej prymitywnym instynktom i prostackim zachowaniom. Przedsiębiorcy w większości preferują aspołeczny stosunek do swoich praw, anarchizujący i tak zawsze w tym kraju słabiutki poziom praworządności pod pretekstem „świętego prawa własności” kapitału i powstałej na jego bazie działalności gospodarczej, podobnie jak dawna szlachta „zagrodowa” albo kolonialni „właściciele niewolników”.

Trzeba tu jasno powiedzieć, że obecna sytuacja jest bardzo trudna a często wprost dramatyczna dla wielu osób uzależnionych od pracy najemnej (od sprzedawania swojej pracy i czerpania z tego podstawowych dochodów), ale jednocześnie – że sytuacja ta została celowo i świadomie stworzona przez rządzących właśnie po to, by wywołać skrajną nierównowagę na tak zwanym „rynku pracy” działającą na rzecz interesu przedsiębiorców oraz stwarzającą warunki tak zwanego „niewolnictwa pracowniczego”. Oczywiście taki „rynek pracy” – pozbawiony równowagi – rynkiem po prostu nie jest i dlatego używam tego określenia w cudzysłowie, cytując je z propagandy rządowej.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden z aspektów; problem „równego traktowania”.
Prawo unijne wynika tu z Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE z dnia 27 listopada 2000 r. ustanawiającej ogólne warunki ramowe równego traktowania w zakresie zatrudnienia i pracy (Dziennik Urzędowy L 303 , 02/12/2000 P. 0016 – 0022).
Celem Rady UE jest walka z dyskryminacją ze względu na wiek, płeć, religię, przekonania, niepełnosprawność lub pełnosprawność lub orientację seksualną w odniesieniu do zatrudnienia i pracy. Równe traktowanie ma oznaczać brak jakichkolwiek form bezpośredniej lub pośredniej dyskryminacji ze względu na wymienione przyczyny. Dyskryminacja oznacza niekorzystny sposób traktowania w sprawach związanych z pracą lub zatrudnieniem; bezpośrednia dyskryminacja ma miejsce, gdy jakąś osobę traktuje się mniej przychylnie w związku z wymienionymi cechami, niż traktuje się, traktowano lub traktowano by inną osobę w porównywanej sytuacji, natomiast dyskryminacja pośrednia ma miejsce, gdy jakiś przepis, kryteria lub praktyka – nawet pozornie neutralna – może w efekcie doprowadzić do niekorzystnej sytuacji dla osób o danym wieku, płci, wyznaniu, poglądach, stopniu niepełnosprawności czy orientacji seksualnej. Prawo polskie Kodeks Pracy dodaje tu jeszcze inne kryteria; rasę, narodowość, przynależność związkową, przekonania polityczne, wyznanie, pochodzenie etniczne, rodzaj umowy o pracę i czas jej obowiązywania.
Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia z wszystkich tych wymienionych powyżej przyczyn – jest absolutnie niedopuszczalna, choć w przypadku dyskryminacji pośredniej sformułowano pewne istotne zastrzeżenia umożliwiające wprowadzanie pewnych różnic w ściśle określonych i uzasadnionych przypadkach.

Przedmiotowa dyrektywa szczegółowo omawia w dalszych kolejnych swoich artykułach poszczególne pola ewentualnego nierównego traktowania, coraz bardziej „rozwadniając” rozróżnienia i zalecenia i to chyba stanowi o jej słabości, wynikającej ze specyfiki składu i funkcjonowania Rady Unii Europejskiej – złożonej wyłącznie z przedstawicieli rządów państw członkowskich.

Na tym etapie, można jednak mieć wiele wątpliwości. Dla przykładu – w sprawie wieku, jako „pola” do ewentualnej dyskryminacji.

Zakaz dyskryminacji ze względu na wiek powinien oznaczać, że pracodawca nie kieruje się przy zatrudnianiu wiekiem kandydata do pracy, także już po zatrudnieniu nic związanego z pracą od wieku pracownika nie zależy. Wynikałoby z tego, że w trakcie poszukiwania pracownika wiek zgłaszających się kandydatów nie jest podawany ani nie występuje w żadnych dokumentach aplikacyjnych, podobnie i numer PESEL – który zawiera w sobie datę urodzenia czyli wiek”, ale z drugiej strony – numer ten jest jedyną przesłanką precyzyjnego rozróżnienia osób, np. o jednakowym lub podobnym nazwisku. Chodzi przecież o numer identyfikacyjny. Nie da się wieku „ukryć” przed pracodawcą lub jednostką dokonującą rekrutacji także i podczas bezpośredniej rozmowy mającej określić siłę motywacji kandydata, jego cechy charakterologiczne oraz wyobrażenia o „godziwej” płacy. W związku z tym – pracodawca pomimo wiedzy o wieku kandydata, nie powinien się tą wiedzą posługiwać w jego ocenie; tyle, że to jest zasada bardziej moralna czy etyczna a nie praktyczna, ponadto każdy prywatny przedsiębiorca będzie przecież upierał się przy swoim wyobrażeniu absolutnego braku jakichkolwiek ograniczeń w sposobie konstruowania przez siebie swojej działalności gospodarczej, a swoje własne wyobrażenie o „zasadach zatrudniania” – usprawiedliwiał będzie swoim osobistym ryzykiem majątkowym w przypadku niepowodzenia gospodarczego. Uważam, że możliwe jest stosowanie zasady, iż pracodawca ma po prostu „pracę do wykonania” i powinna ona zostać wykonana zgodnie z obowiązującymi standardami nieuwzględniającymi w ocenie tych czynników, jakie mogą być przedmiotem nierównego traktowania czy dyskryminowania osób tę pracę wykonujących lub mających ją wykonywać (po ich zatrudnieniu). Czynnikami ingerującymi w tę kwestię są przepisy np. zakazujące wykonywania pewnych prac kobietom i określające inne poziomy maksymalnego ich obciążenia wysiłkiem fizycznym, oraz działania lekarzy medycyny pracy – wydające lub odmawiające wydania konkretnej osobie orzeczenia o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania konkretnej, określonej pracy. Krótko; jeśli przychodzi człowiek o wymaganych kompetencjach i wiedzy, spełnia wcześniej określone kryteria merytoryczne, posiada orzeczenie o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania danej pracy oraz jego zatrudnienie nie koliduje z przepisami bhp – nic pracodawcy do tego, czy to jest kobieta czy mężczyzna, „homo” czy normalny, młody czy „50+”, katolik czy prawosławny, Afrykanin czy Europejczyk, związkowiec czy niezrzeszony, „lewak” czy „prawak” itp. Po prostu: nic do tego pracodawcy!
Niestety: osiągnięcie takiego stanu w Polsce wymagałoby pewnie, co najmniej dziesięciolecia intensywnej pracy instytucji państwa nad zmianą postaw i szacunku dla prawa a nie tworzenia kolejnych, nowych pozornych działań i martwych przepisów; intensywnej pracy nad poziomem etycznym pracodawców i ich postawami a nie – wyłącznie działań skierowanych do poszukujących pracy. Chodzi tu po prostu o działania i postawy dość jednak subtelne, których nie da się wymusić przepisami prawa, jeśli nie zostaną przez większość zaakceptowane i uznane za słuszne.

Zmiany realne idą tu w dokładnie odwrotnym kierunku: coraz większego skomplikowania procesu „rekrutacji na stanowisko”, coraz głębszego sięgania do szczegółowych danych osobowych czy wręcz „prześwietlania” przeszłości kandydata do pracy, a więc rozszerzania i upowszechniania dyskryminacji czy nierównego traktowania – zamiast walki z nim. Jest to wynikiem narastającej anarchizacji życia, anarchizacji jako ideologii, przyzwolenia władzy na tę anarchizację w zamian za poparcie i utrzymanie władzy oraz odpowiedniego korzystania z niej także z motywacji osobistych. Nie da się tu nic zmienić – bez radykalnej zmiany władzy, w rozumieniu oczywiście nie personalnym a raczej – zmiany ideologii. Chodzi o zmianę – w sensie zbliżenia się do normalności, dogonienia normalnego rozwoju cywilizacji, nie o jakiekolwiek ideały czy abstrakcję.

To temat obszerny, dlatego w następnym felietonie powrócę do sprawy nowelizacji ustawy ocenianej pod kątem europejskich idei powstrzymania szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem, w sprawach zatrudnienia.

10/01/2014

Barbarzyński kraj; Polska.

Sprawa nadużywania przez nieuczciwych Polaków systemu świadczeń socjalnych w Wielkiej Brytanii – podniesiona niedawno na forum publicznym w UE przez Premiera Camerona, niejako przy okazji zwróciła uwagę na samo istnienie systemu świadczeń socjalnych w krajach Unii do których wyjeżdża najwięcej Polaków.

Piszę tu „wyjeżdża” a nie „emigruje” – bo w moim przekonaniu w myśl Układu z Schengen, Polak w Niemczech czy Anglii nie jest imigrantem sensu stricte; po prostu tam na jakiś czas lub bezterminowo wybiera sobie miejsce pracy i życia – korzystając z nadanego mu Układem prawa. Emigrantami są co najwyżej ci, co przybywają do któregoś z państw Strefy Schengen „z zewnątrz” tejże strefy. Wewnątrz Strefy – każdy obywatel Unii ma prawo swobodnego wyboru miejsca życia i pracy, nie można więc mówić o emigracji czy imigracji w takim stanie prawnym.

Awantura wokół „populistycznej zagrywki” Camerona związanej pewnie jakoś z tamtejszymi wewnętrznymi rozgrywkami politycznymi, samego Camerona i jego partii – zwróciła niejako przy okazji uwagę na kolosalne różnice pomiędzy systemem socjalnym Anglii czy Niemiec – a Polski. To bezpośrednio rzutuje na warunki życia w danym kraju a więc śmiało możemy to uznać za jeden z najważniejszych czynników wpływających na decyzję opuszczenia Polski przez Polaków i nie chodzi tu głównie o jakąś banalną „opłacalność”.
Bardziej chodzi o coś, co Polacy poza Polską określają jako „łatwość życia”; życia w ogóle, bo dotyczy to nie tylko strony bezpośrednio finansowej. System socjalny w Anglii po prostu pozwala mieć nadzieję, że niezależnie od zmiennych okoliczności życiowych, losowych czy osobistych – można będzie sobie poradzić, da się przeżyć w czasie wydobywania się z tych nagle zaskakujących człowieka trudności.
W Anglii nie ma ”rozdawnictwa” (cokolwiek miałoby to idiotyczne słowo oznaczać w ustach polskiego leminga lub prawicowego oszołoma), tam trzeba pracować by coś zdobyć a jednak w wypadku trudności – jest też realna pomoc. Tamtejsze społeczeństwo stwierdziło widocznie już dawno, że ta pomoc w ostatecznym rozrachunku wszystkim się najbardziej opłaca. Pomoc ta ma swoje znaczenie także w stwarzaniu warunków korzystnych dla sytuacji demograficznej; zachęca a przynajmniej w najmniejszym stopniu nie zniechęca do rodzenia i wychowywania dzieci – co ma zasadnicze znaczenie dla każdego narodu, również i brytyjskiego. Związane jest to z ogólną zasadą pewnego „luzu”, zasadą unikania wszelkich zbędnych stresów w życiu, w urzędach, w pracy… więc także i w okresie braku pracy.
Mało tego: w Anglii kobieta mająca dzieci w wieku poniżej 16 lat i zajmująca się nimi – ma prawo nie pracować (jeśli pracuje jej mąż), by rzeczywiście tymi dziećmi mogła się zająć; uważane jest to nie tylko za jej sprawę osobistą ale za sprawę wagi społecznej. Państwo pomaga tam w sposób naturalny młodym rodzicom oraz osobom samotnie wychowującym dzieci lub mającym chore dzieci – po prostu dlatego, że potrzebują oni pomocy (tu nie jest potrzebna żadna ideologia).
To nieodpłatna pomoc medyczna i merytoryczna dla matek przed porodem, darmowe leki przepisane przez lekarza, zniżki na zakup mleka, „becikowe” (na koszty wyprawki dla noworodka) w wysokości 50 funtów, itp. Osoba mieszkająca w Wielkiej Brytanii i mająca pod opieką dzieci do lat 16 otrzymuje zasiłek (dodatek) na dziecko tzw. Child Benefit – w wysokości 20,3 funta tygodniowo na pierwsze i 13,4 funta tygodniowo na każde kolejne dziecko. Co więcej – dzieci te nie muszą przebywać w Anglii gdzie przebywa jedno z rodziców, jedyny warunek dotyczy tego, że drugi z rodziców przebywający z dziećmi np. w Polsce – nie może tu pobierać „polskiego „zasiłku” na dzieci. Jeśli jedno z rodziców w Anglii pracuje a drugie nie i mają dzieci w wieku szkolnym – to otrzymują zasiłek Child Tax Credit w wysokości 200 funtów miesięcznie, dodatkowo w takiej sytuacji niejako automatycznie pracujący w Anglii rodzić otrzyma też zasiłek dla najsłabiej zarabiających mających na utrzymaniu rodzinę – tzw. Working Tax Credit także w wysokości 200 funtów miesięcznie.
Można także liczyć na pomoc – jeśli jest potrzebna – w „udźwignięciu” kosztów mieszkaniowych; to zasiłek mieszkaniowy dla rodzin słabo zarabiających (dochody poniżej 16.000 funtów rocznie). Jest to tzw. Hausing Benefit (Hausening) który przysługuje również studentom i osobom wynajmującym wspólnie (jako para lub w większej grupie) mieszkanie. Jego wysokość jest bardzo skrupulatnie dostosowywana do indywidualnej sytuacji osób ubiegających się, bo nie zapominajmy, że naczelną zasadą jest w tych wszystkich sprawach – pomoc dla rzeczywiście potrzebujących. Jest jeszcze zasiłek dla osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy „Income Support” – których dochody nie wystarczają im na utrzymanie, zasiłek dla osób poszukujących pracy „Jobseeker’s Allowance”, zasiłek z opłacanego podatku miejskiego „Council Tax Benefit”, dodatkowy zasiłek „Second Adult Rabate” itp.

Można oszacować, że suma zasiłków czyli pomocy dla rodziny wychowującej dzieci przeciętnie nie jest niższa niż ok. 650 funtów miesięcznie, ale „polacy-cwaniacy” potrafią wydębić i 1500 funtów miesięcznie z angielskiego systemu socjalnego, niezależnie od osiąganych zarobków – często w takim przypadku nielegalnych, ukrywanych (czyli „na czarno”).
Narzuca się tu refleksja dotycząca tego, jak wielkie możliwości w takiej sytuacji mają cwani i pozbawieni zasad „polaczkowie” w nadużywaniu tych wszystkich form pomocy, próbując naginać swoją oficjalną sytuację do przepisów brytyjskich, aby po prostu dostać czy trzeba czy nie jak najwięcej „bo się należy”, nieźle sobie żyć bez pracy, na koszt podatników, więc w tym i innych Polaków uczciwie pracujących i płacących podatki w Anglii. Z przykrością trzeba stwierdzić, że pretensje kierowane przez Premiera Camerona do Polaków są pod tym względem w dużym stopniu uzasadnione. Liczba Polaków w Anglii dochodzi już do 700.000.
To jednak oddzielny temat…

Piszę to wszystko nie jako poradnik dla wyjeżdżających, bo te informacje łatwo można znaleźć w Internecie.
Piszę to – by to zestawić z warunkami polskimi. I nie chodzi tu o bezpośrednie porównanie ilościowe (liczbowe). Uderza tu przede wszystkim właśnie różnica cywilizacyjna o której wspomniałem w tytule. Normalny zwykły człowiek po prostu chce żyć, chce przetrwać nawet w trudniejszych warunkach i gorszych dla siebie czasach. Niewiele w życiu da się przewidzieć z punktu widzenia pojedynczego człowieka, na bardzo niewiele można też mieć wpływ, poza tym przeszłość niejako zamyka przed nami wiele drzwi, czasem przy tym tylko niektóre otwiera. Życie ma swoją dynamikę i odbywa się zgodnie z nieznanym nam wcześniej scenariuszem; tak wiele może się zmienić w życiu człowieka, czasem nawet dość nagle.
Polacy w Anglii są przede wszystkim przyciągani tą „łatwością życia” w którym z realną pomocą państwa zawsze można sobie jakoś poradzić w zmieniających się w sposób nieprzewidywalny okolicznościach. To jest po prostu przyjazne dla ludzi państwo w którym można być milionerem, można należeć do establishmentu, ale też z drugiej strony – mając trudności ze znalezieniem jakiejś stałej pracy – także można jakoś żyć; choćby na minimalnym poziomie – ale można.
Tu dla nikogo nie jest zaskoczeniem tak jak dla polskiego ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza, że człowiek pozbawiony pracy z powodu bezrobocia – też MUSI MIEĆ jakieś pieniądze – by mógł tej pracy nadal skutecznie poszukiwać. Że aby szukać pracy – trzeba móc w miarę normalnie żyć, czyli utrzymać jakiś „dach nad głową”, móc się umyć, ubrać stosownie do pory roku, zjeść coś, mieć na telefon, na bilet do metra itp. (mam na myśli choćby absolutne minimum). Tam jest dla władzy „dziwnie” oczywiste, że jeśli by tak nie było – zarówno poszukiwanie pracy jak i pomoc socjalna nie spełnia swojej roli, staje się fikcją i przysłowiowym wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W barbarzyńskim polskim systemie, kojarzącym się niestety nadal jak przez dziesięciolecia z najgorszym rodzajem zaciekłego „kacapstwa” – człowiek pozbawiony pracy jest pozostawiony samemu sobie bez żadnych dochodów, nikogo nie obchodzi jego sytuacja i jego los. Jest tak – z założenia politycznego. Władza stosuje metodę „reglamentacji życia” – dbając o siebie, o dobre samopoczucie kasty stabilnie pracujących i nieźle opłacanych, w tym i swoich urzędników (służby cywilnej, administracji państwowej i samorządowej) – jako swojego głównego zaplecza wyborczego. Służalczo traktuje przedsiębiorców – świadomie tworząc dla nich w ramach jakiegoś syndykatu polityczno-biznesowego warunki rozwoju niewolnictwa pracowniczego – będącego w Polsce czymś normalnym i przez władzę oczekiwanym a poza Polską – hańbą Europy XXI wieku.
Ludzie pozbawieni pracy z przyczyn od siebie niezależnych (np. z powodu tolerowania przez władzę łamania prawa – poprzez odmowę „z zasady” zatrudnienia osób bezrobotnych po 45 roku życia) najczęściej są pozbawiani jakichkolwiek dochodów, a jednocześnie w ramach jakiegoś absurdu – wymaga się od nich utrzymywania stałej zdolności i gotowości do podjęcia pracy.
Urzędy pracy z powodu idiotycznej ustawy nie mają praktycznie nic istotnego do zaproponowania, zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje czasowo jedynie kilkanaście procent zarejestrowanych osób bezrobotnych.

Urzędy Pracy i cała machina związana z bezrobociem – nastawiona jest na to, żeby NIE DAĆ, żeby ODMÓWIĆ, żeby OGRANICZYĆ, wykazać człowiekowi – że mu się NIE NALEŻY! Ustawa – pisana w warunkach państwa socjalistycznego, gdy praca była i była obowiązkiem a bezrobotni – marginesem społecznym – po pewnych przeróbkach obowiązuje nadal w zupełnie innej sytuacji ekonomicznej i politycznej, sytuacji rzeczywistego braku pracy, nadal zachowując swój wypaczony, PRL-owski charakter, przeniesiony tam przez wypaczonych PRL-owskich urzędników. Jeszcze gorzej jest z ustawą o pomocy społecznej. Doskonalona jest stale „sieć” skomplikowanych, coraz bardziej szczegółowych przepisów, by zawsze móc uzasadnić odmowę – czegokolwiek by nie potrzebował bezrobotny. By ewentualną pomoc „omotać” tak wieloma wyjątkami, zastrzeżeniami i warunkami – które spełnią tylko nieliczni a które sprowadzają to wszystko do absurdu i marnotrawstwa środków – choć dają pracę urzędnikom i polityczne pozory dla władzy. Mamy tu do czynienia wręcz już z jakimś trwałym wypaczeniem psychicznym, zwyrodnieniem psychicznym osób zajmujących kierownicze stanowiska w Urzędach Pracy, Ośrodkach Pomocy Społecznej czy też w Ministerstwie. Jednocześnie implikuje to zwyrodnienie narastające w całym społeczeństwie, nie tylko poprzez bezrobocie ale i społeczną obojętność na nie, na jego skutki dla jednostki. Trudno sobie dziś nawet wyobrazić, że to Polska właśnie stała się kolebką „Solidarności”, że rozpropagowała to pojęcie społeczne na cały świat. Dziś Polska jest ZAPRZECZENIEM SOLIDARNOŚCI, JEJ ODWROTNOŚCIĄ! Taka jest po prostu „ideologia chciwości” – Platformy Obywatelskiej.
A przecież urzędy pracy stworzone są do czegoś dokładnie przeciwnego!; do tego by DAĆ!, by rzeczywiście POMÓC!, by uczciwie „dało się przeżyć” nawet w najgorszych warunkach!. System powinien działać tak jak w Anglii, Niemczech, Norwegii – i to dopiero wówczas jest czymś normalnym.

Człowiek pięćdziesięcioletni pozbawiony przez społeczeństwo pracy zarobkowej, pozostaje po prostu z niczym, jak w jakimś absurdalnym, tragicznym,szaleńczym survivalu w którym z założenia odgórnego nie ma prawa „dać sobie rady”; im dłużej walczy o życie, tym więcej uciechy i korzyści sprawia „elicie” żerującej na udawanej „pomocy dla bezrobotnych” i fikcyjnej „pomocy społecznej”, ale tak czy inaczej musi przegrać, a przegrana – to rozpad rodziny, to utrata dachu nad głową (bezdomność), szybkie stoczenie się do poziomu kloszarda, i śmierć – z zimna, z powodu niedożywienia i nieleczonych chorób, przez „następczy” alkoholizm… albo po prostu śmierć samobójcza, bo też i w tym wypadku samobójstwo bywa tożsame z zaprzestaniem walki o byt, z odmową dalszego „bawienia” elity”, obroną resztek godności. Sytuacja takiego człowieka w Polsce ma w sobie coś irracjonalnego, jest jak z ponurej powieści Franza Kafki, albo z ciężkiego snu imbecyla. Tak to władza z Platformy Obywatelskiej wyobraża sobie „system socjalny” w Polsce!
To jest właśnie ta różnica: Polski – barbarzyńskiego, dzikiego, kacapskiego zadupia a innych wysoko cywilizowanych przez wieki rozwoju krajów Europy. Nie tak łatwo jest widać wyjść z "systemu radzieckiego" - szczególnie gdy istnieje grupa interesu która się przed tym za wszelką cenę broni.

To z tego powodu Polacy decydują się opuszczać ten kraj, często na stałe, szukając gdzie indziej normalności, tej większej łatwości życia – dającej nadzieję na poradzenie sobie nawet przy bardzo niekorzystnym rozwoju ich spraw osobistych – na co przecież nie mają ostatecznego wpływu. Nie wszyscy jednak mogą wyjechać; jest bariera zdrowotna, bariera językowa, wreszcie bariera finansowa (by wyjechać trzeba mieć jakieś zasoby „na początek” no i choćby – na bilet…
Wielu porzuconych przez „państwo PO” ludzi – nie ma już jednak nawet na bilet.

Społeczeństwo – działając w obronie własnej musi jak najszybciej to zmienić, a żeby to zmienić – trzeba… najpierw zmienić...

31/12/2013

„Prywatyzowanie” pomocy dla bezrobotnych: i znów skok na kasę…

Nadal jesteśmy świadkami skandalicznego „spektaklu teatralnego” reżyserowanego przez Premiera i jego ekipę, pod tytułem „Walka naszego wspaniałego Rządu z bezrobociem i bohaterska pomoc osobom bezrobotnym”, jak choćby wczorajsza akcja Pana Ministra wspólnie z Premierem – na Twitterze, zatytułowana „podsumowanie minionego roku”…

Używam tu formy „my” – choć trzeba wyraźnie stwierdzić, że jednak ogólnie traktowani „my” jesteśmy tam jakby w różnym charakterze: znakomita większość – to nażarci i znudzeni widzowie siedzący na sali, ci których to już nie dotyczy, którym się już nawet nie chce klaskać ani wzruszać – reżyserom na chwałę i dla siebie na pożytek, a rozglądają się raczej – jak i gdzie by tu czmychnąć z tego nudnego przedstawienia; inni są tu aktorami, tyrającymi dla chleba („Śmiej się – pajacu”), wykorzystywanymi, starającymi się po prostu dotrwać do końca, ale są i tacy – którzy wyłącznie pilnują kasy, oczywiście pilnują jej – jak swojej. Kasa – dominuje też ich udział i sposób patrzenia na ten spektakl. Myślą: jak na tym zarobić… jak zarobić jeszcze więcej…

Miniony okres otrzymywania przez Polskę bardzo dużych kwot pomocy unijnej (2007 – 2013) na ograniczenie skutków bezrobocia i jego redukcję – był złotym okresem zarabiania na tych działaniach przez rodzimych cynicznych cwaniaków; szczególnie spektakularna była sprawa „szkoleń dla bezrobotnych” – które nie odnosiły prawie żadnego skutku jeśli chodzi o ich wpływ na wielkość bezrobocia czy sytuację osób bezrobotnych, za to pozwalały nieźle zarobić przeróżnym firmom szkoleniowym i instytucjom będącym projektodawcami i realizatorami różnych „projektów pomocy bezrobotnym” otrzymujących dofinansowanie unijne a polegających na szkoleniu osób bezrobotnych; przeważnie chodziło o działania psychologiczne, aktywizacyjne i szkolenia zawodowe potrzebne „psu na budę”.
Same programy „aktywizacji” i wszelkie inne działania w zakresie objętym programem – jako takie, przeprowadzane były najczęściej w sposób dobry, profesjonalny, ale po ich zakończeniu osoba biorąca w nich udział nadal nie otrzymywała żadnych ofert pracy, wszelkie jej wysiłki zmierzające do uzyskania pracy zgodnej z ukończonym kursem zawodowym – nie dawały żadnego efektu. Zaświadczenie o ukończeniu kursu, zdaniu egzaminu – nadawało się do podtarcia… a przecież wydano na to bardzo dużo pieniędzy. Autorzy ani tym bardziej realizatorzy tych projektów swoje zainteresowanie i aktywność ograniczali jedynie do własnych działań „tu i teraz”, zgodnie z planem realizacji zaprojektowanych i dofinansowanych działań, jednak bez żadnego zainteresowania ich finalnym skutkiem dla bezrobotnych a co za tym idzie – dla sytuacji państwa.
Tak jak i przed kursem – tak i po nim nieodmiennie taką osobę bezrobotną spotykała odmowa zatrudnienia, szczególnie gdy chodzi o osoby w wieku określanym jako „50 plus”. Nie można było zarzucić jej braku wiedzy (po kursie, szkoleniu) – to się jej odmawiało doświadczenia w tym zawodzie – byle tylko nie ujawnić rzeczywistego powodu odmowy, jako łamiącego prawo.
Po prostu; odmowa ta dotyczyła wieku tych osób a nie ich kwalifikacji, stąd działanie w kierunku zmiany ich kwalifikacji poprzez kursy i szkolenia dla nich nie mogło niczego zmienić i przeważnie nie zmieniało… Może raczej należało szkolić pracodawców z prawa pracy, by im wyjaśnić, że prawo w całej unii zabrania odmowy zatrudnienia ze względu na wiek…

Świadomie krytykuję tu nie pomysł a jego realizację, gdyż działania zmierzające do podwyższenia lub uaktualnienia kwalifikacji osób poszukujących zatrudnienia – są celowe i są wręcz konieczne, bardzo się tu też przydaje dofinansowanie z EFS. Muszą jednak one być nakierowane na konkretne potrzeby konkretnych osób i to najlepiej w porozumieniu z konkretnymi pracodawcami, muszą być skojarzone z aktywnym i ciągłym pośrednictwem pracy już przed takim kursem i w jego trakcie, tak by natychmiast po zakończeniu tego szkolenia następowało rozpoczęcie pracy, choćby na umowę na okres próbny. Działania takie mają sens gdy mają w realny sposób zmieniać sytuację osób im poddanych dotyczącą pracy czyli źródła dochodu a nie – jako pomysł na „biznes” dla osób je projektujących i realizujących, bez założenia osiągnięcia realnego skutku dla bezrobotnych.

Takie podejście – to instrumentalne traktowanie bezrobotnych, żerowanie na ich sytuacji, wykorzystywanie ich jako pretekstu do zarobienia na tym – czyli działania dość podłe. Najistotniejsze jest tu jednak to, że obie strony mają tu swój słuszny interes który da się połączyć, zamienić w sukces obu stron jednocześnie.
Ponadto samo działanie na bezrobotnych tu niczego nie zmieni; działania muszą dotyczyć i zdecydowanej walki z nielegalnymi formami zatrudnienia, z nielegalną sferą gospodarki (ogromnym i nadal rozrastającym się podziemiem gospodarczym), z łamaniem prawa pracy i naginaniem przepisów o nawiązywaniu stosunku pracy a także z działaniem promocyjno-informacyjnym nakierowanym na pracodawców czy ogólniej nawet – na przedsiębiorców, mającym na celu rzeczywistą promocję zgodnego z prawem zatrudniania. Prawo musi także stwarzać bodźce materialne powodujące, że zatrudnienia zgodne z prawem musi się coraz bardziej opłacać a niezgodne z prawem – opłacać coraz mniej i być związane ze stratami (karami) finansowymi a nawet pozbawieniem wolności (przestępstwa podatkowe).
Wreszcie działania władzy muszą skłaniać pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy poprzez rozwój działalności, bo miejsc pracy brak i powoduje to, że same działania mające na celu „aktywizację” bezrobotnych do poszukiwania pracy której nie ma – pogarszają sytuację zamiast ją poprawiać. Jak pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów – nie da się usadzić jedenastu osób na dziesięciu krzesłach i wszelkie próby zrobienia tego są marnowaniem czasu i pieniędzy, szczególnie gdy zadanie to powierzamy komuś od kogo „ilość krzeseł” zupełnie nie zależy…

Jednym z elementów „wielkiej reformy urzędów pracy” jaka wchodzi w życie z początkiem przyszłego roku jest pomysł, aby do aktywizacji bezrobotnych zaangażować zewnętrzne, prywatne agencje szkoleniowe, organizacje pozarządowe itp. Pomysł opiera się głównie na próbie powiększenia liczby aktywnych pośredników pracy i doradców zawodowych obsługujących bezrobotnych, bo urzędy pracy mają ogromny niedobór pracowników na tych stanowiskach oraz nie mają funduszy na bezpośrednie zwiększenie liczby pracowników tym się zajmujących. Pomysł ten, dość ogólnikowy początkowo, przechodził rożne stadia i wydawał się dobry; rzeczywiście małe NGO-sy nakierowane zgodnie z własnym profilem na konkretne grupy osób bezrobotnych w szczególnej sytuacji – mogłyby znacznie lepiej i skuteczniej niż urzędy pracy aktywizować ludzi poszukujących pracy; spółdzielnie socjalne, małe prywatne agencje zatrudnienia i szkoleniowe dobrze spełniłyby rolę aktywizacyjną, bo przecież obecnie także urzędy pracy same nie prowadziły szkoleń i kursów dla bezrobotnych a także zlecały ich prowadzenie firmom zewnętrznym wyłonionym w przetargach.

W przebiegu zmian i korekt projektu ustawy pojawił się tam jednak zapis, że urząd pracy może delegować agencjom zatrudnienia zadanie aktywizacji bezrobotnych, jednak w grupach nie mniejszych niż 200 osób. Dlaczego tyle – Bóg jeden raczy wiedzieć… Automatycznie eliminowałoby to małe organizacje pozarządowe i małe firmy szkoleniowe a preferowałoby największe agencje-kombinaty, bo mała agencja nie poradzi sobie z tak liczną grupą w jednym czasie, nawet podzieloną na mniejsze zespoły czy klasy. Małe agencje, spółdzielnie socjalne i NGO-sy przyjmujące np. 20 – 30 osób i uzyskujące za to skuteczność 60 – 70% z pewnością lepiej wykonałyby wspomniane zadanie, ale… zarobiłby na tym nie ten, co powinien…
Wiadomo jest, że chodzi tu o miliardy złotych a więc trwa po prostu walka o „przejęcie” rynku tych „usług”, mającego dać w przyszłości tak wielkie dochody. Jak by tego nie rozpatrywać – chodzi o prywatyzację usług szkoleniowych i aktywizacyjnych. Bezrobocie, bezrobotni jako ludzie – nikogo tu nie interesują; znów są tylko pretekstem.

Prywatyzacja nie miałaby tu znaczenia a wręcz stanowiłoby to szansę, gdyby określono dość wysoki pułap wymaganej skuteczności aktywizacyjnej dla tych firm; pisząc dość wysoki – mam na myśli skuteczność rzędu np. 70% (70% osób oddelegowanych do aktywizacji przez te agencje znajduje w wyniku tego stabilne zatrudnienie). Tymczasem oczekiwaną skuteczność określono na poziomie osiąganym dotychczas przez urzędy pracy (oficjalnie nieco ponad 40%). Chodzi tu o odsetek osób, jakie po zakończeniu działań którym zostałyby poddane w ramach tego projektu – uzyskałyby dzięki nim trwałe zatrudnienie (zostałyby wykreślone z ewidencji bezrobotnych). Od tego zależałaby także i wysokość wynagrodzenia dla takiej firmy „aktywizującej”.
Zresztą; skuteczność jest tu przecież dość mało zależna od jakichkolwiek działań aktywizacyjnych wobec bezrobotnych, bo przyczyną tak wysokiego bezrobocia jest słaba aktywność gospodarki skutkująca małym popytem na pracę ludzką, brak miejsc pracy w pewnych sektorach zawodowych (struktura), brak polityki gospodarczej władzy i przyszłościowej wizji gospodarczej kraju, zniszczenie lub marginalizacja (likwidacja) pod wpływem decyzji unijnych lub rodzimego bałaganu – pewnych dziedzin lub całych gałęzi gospodarki. Bezrobocie dużo bardziej dziś zależy od działań ministra gospodarki i ministra infrastruktury skoordynowanych z działaniami ministra finansów – niż od ministra pracy i jego pomysłów na „przelewanie z pustego w próżne”.

Szykuje się więc nowy spektakl „żerowania” na pomocy dla bezrobotnych, pozorowania działań i marnotrawienia gigantycznych kwot głównie w celu ich „prywatyzacji”, zamiast poważnego zajęcia się redukcją bezrobocia – poprzez likwidację jego przyczyn. W najlepszym przypadku agencje te skoncentrują się na wypracowaniu oczekiwanej od nich niewielkiej skuteczności poprzez wybieranie sobie kandydatów do aktywizacji – tych najbardziej rokujących na sukces, najłatwiejszych do przywrócenia do pracy, niekoniecznie zgodnie z posiadanym zawodem i doświadczeniem – tak by uzyskać oczekiwane minimum skuteczności ok. 40% i zainkasować idące za tym pieniądze, natomiast ani urzędy pracy ani też agencje nie będą się przejmowały tymi „trudniejszymi” bezrobotnymi, wymagającymi już (po kilku latach bezrobocia) większych organizacyjnie i finansowo zabiegów, co skazuje tych ludzi na kompletną degradację i stoczenie się lub przystosowanie się do narzuconych im nieludzkich warunków w nieludzkim państwie Tuska; zasilą oni istniejące lub stworzą nowe organizacje przestępcze, zasilą strefę gospodarki nielegalnej, handel narkotykami i inne patologie społeczne, z pewnością wielu z nich „poradzi sobie”… tylko czy społeczeństwu o to chodziło?
A wszystko to – w imię „nicnierobienia” czyli ideologicznej redukcji naturalnej roli państwa, „liberalizmu” odbierającego wolność i prawa najsłabszym na rzecz najsilniejszych, oraz „niewidzialnej ręki” – której skutki działania też są niewidzialne…

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

30/11/2013

Wielka Reforma Urzędów Pracy – Post Scriptum.

Jest w tej sprawie cała masa problemów szczegółowych. Niektóre z nich warto jeszcze omówić.

Zasadniczym problemem jest wspomniane wcześniej pomylenie pojęć, skutkujące tym, że „walką z bezrobociem” obciążono akurat ministra, który nie ma wpływu na jego przyczyny.
Oczywiste jest, że bez usunięcia przyczyny – to znaczy braku popytu na pracę oraz niedostosowania kompetencji pracowników – wszelkie wysiłki ministra pracy będą jedynie przysłowiowym „przelewaniem z pustego w próżne”. Jeśli brak stanowisk pracy np. dla miliona osób, to co może tu pomóc doradztwo zawodowe, zajęcia „aktywizacyjne”, jakieś idiotyczne „kluby pracy” itp. a nawet i większość szkoleń. Może to prowadzić w najlepszym razie do wymiany pracowników gorszych na lepszych kandydatów spośród bezrobotnych, ale ogólny stan bezrobocia wyrażony ilością brakujących miejsc pracy – się zasadniczo nie zmieni.
Niezbędna jest więc „wola polityczna” by zmienić ten obecny stan np. poprzez rozwijanie polskiego przemysłu oraz usług lokalnych – co skutkować powinno powstawaniem nowych miejsc pracy. A tej – brak. Mamy wręcz ideologiczny zakaz sterowania gospodarką, wiarę w niewidzialne ręce oraz w samo-robienie się czegoś.

Poza tym – to nie jest sprawa ministra pracy.
Minister pracy ma konkretne zadania dotyczące gospodarowaniem tym co jest, co istnieje i na ich wykonanie potrzebne są konkretne pieniądze, których zawsze jest zbyt mało (bo władza zbyt mało ich kieruje na tę potrzebę), natomiast jakby na ironię losu całkiem niedawno minister finansów własną jednostronną decyzją zablokował (zamroził) na długi czas zasoby Funduszu Pracy, który jest przecież jednym z zasadniczych źródeł finansowania działań urzędów pracy a poza tym – funduszem celowym powstałym ze składek pracodawców a nie – częścią ogólnych zasobów Skarbu Państwa.
Urzędy pracy są stale i trwale niedofinansowane z punktu widzenia potrzeb obsługi aż tak wielkiej liczby bezrobotnych. Bezrobocie jest tak duże, że na jednego pośrednika pracy zatrudnionego w urzędzie przypada średnio w kraju 600 bezrobotnych, natomiast różnice lokalne powodują, że może ich być nawet i 2000. To z kolei wiąże się z problemem ogromnej, w przypadku urzędów pracy wręcz przysłowiowej biurokracji. W powiatowych urzędach pracy zatrudnionych jest obecnie ok. 19.000 pracowników z czego jedynie 7.000 zajmuje się bezpośrednio bezrobotnymi. Reszta zajmuje się przeważnie obsługą administracyjną, księgowością itp.

To tradycja wynikła z mentalności urzędniczej nawet nie tylko w samych urzędach pracy a raczej w urzędach je nadzorujących i kontrolujących. Urzędy Pracy są bastionami broniącymi się przed oszustami i naciągaczami usiłującymi wyłudzić nienależną pomoc i świadczenia – takie jest dość jeszcze powszechne przekonanie, a wynika ono z oczekiwań instytucji kontrolujących gospodarkę finansową – jak by nie było jednak środkami publicznymi. Niestety dla wielu instytucji nadrzędnych – tak zwany porządek dokumentacyjny oraz zgodność z ustawami i niezliczonymi rozporządzeniami wykonawczymi do ustaw – jest ważniejsza niż skuteczność w aktywizacji bezrobotnych. Oczywiście wywołuje to normalną zdroworozsądkową reakcję w urzędach: skoro „papiery” są najważniejsze, to znaczy że im należy poświęcić więcej uwagi niż bezrobotnym. Papiery są ważniejsze niż skuteczność aktywizacji bezrobotnych, czyli są ważniejsze niż ludzie.

Jak to się ma do zasadniczego pomysłu na reformę, polegającego na tak zwanym profilowaniu pomocy, które będzie wymagało dużo większego nakładu pracy poświęconej samym bezrobotnym, dużo dłuższego czasu na ich obsługę, podczas gdy dziś np. doradca zawodowy statystycznie ma 11 minut czasu dla jednego bezrobotnego, raz na 4 miesiące (czyli 3 razy w roku po 11 minut)?

Największym jednak problemem jest to, że katalog instrumentów do aktywizacji wyliczonych w ustawie jest absolutnie rozczarowujący. Nie wiem kto i po co niegdyś wymyślił i zaplanował takie działania, ale one wydają się absolutnie w większości nieskuteczne, no i jak wspomniałem na początku – nie dotyczą przyczyny bezrobocia. Znów tu obecna reforma dodaje tam pewne mało istotne nowości, lecz nadal wszystko to jest raczej spektakularną zabawą, pozoracją działań posługującą się dziś specyficznym już językiem, irytująca nowomową, urzędniczym bełkotem – by przykryć pozorność, fikcyjność i pustkę.
I tak – szczególnie co do wspomnianego wcześniej drugiego profilu bezrobotnych, liczebnie największego (70 – 80%), obejmującego osoby wymagające pełnego wsparcia wszystkimi dostępnymi instrumentami aktywizacyjnymi – faktycznie urzędy nie mają nic tak naprawdę istotnego do zaproponowania. Instrumenty aktywizacji przewidziane w ustawie są nietrafione i niczego nie załatwiają. To one są winne niezwykle niskiej skuteczności działania urzędów.

Wniosek powstaje z tego przeglądu raczej niewesoły i mało optymistyczny. Władza musi coś zrobić – więc robi, ale obawiam się że również władza – w interesie „biznesu” nie chce nic zmienić – więc nie zmieni…
Czyli – może jedyna nadzieja – w zmianie postawy władzy?

__________________________________________________________
W załączeniu:
EKSPERTYZA (pdf) PRZYGOTOWANA W RAMACH PROJEKTU „EAPN – POLSKA Wspólnie budujemy Europę socjalną” współfinansowanego przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.
Nie zrzucajmy całej winy na nieefektywne urzędy pracy i fikcyjnych bezrobotnych.
Uwagi o niepożądanych konsekwencjach nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – Wrzesień 2013.
– Karolina Sztandar-Sztanderska Instytut Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
CERI, Sciences PO de Paris.
EAPN – Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu. http://www.eapn.org.pl/o-eapn/info-o-eapn-polska/

25/11/2013

Wielka Reforma Urzędów Pracy: … Kółko graniaste, czterokanciaste…

… kółko nam się połamało, cztery grosze kosztowało, a my wszyscy – bęc!

Może tekst tej dziecięcej zabawy mógłby wystarczyć do skomentowania reformy powiatowych urzędów pracy a nawet i całej działalności ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza?
Faktycznie: kółko jest czterokanciaste… czyli zupełnie jak nie kółko… coś raczej bardziej nawet jakby kwadrat… Kwadratura koła (kółka).

Minister Pracy COŚ musi robić.
Musi wykazać się konkretnymi przedsięwzięciami podejmowanymi w celu „aktywizacji bezrobotnych” albo i nawet „walki z bezrobociem”. Tyle, że bezrobocie zupełnie nie zależy od pracy tego ministerstwa, a jeśli – to w stopniu minimalnym.
Przy dwumilionowym bezrobociu istnieje podobno w obiegu ok. sześćdziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia, na które pracodawcy szukają kandydatów, tyle że są to w znakomitej większości oferty pracy wysoko kwalifikowanej, oferty dla specjalistów – którzy ze względu na skandaliczne propozycje płacowe woleli wyjechać do pracy za granicę (gdzie pracuje już także nieco ponad dwa miliony Polaków). Natomiast bezrobotnymi są w dużej części akurat ludzie dość mało wykwalifikowani, z pewnością nie wysokiej klasy poszukiwani specjaliści.

Po prostu zmiany w gospodarce odbywające się od czternastu lat, okres „błędów i wypaczeń” tak zwanej „transformacji ustrojowej” oraz tak zwanej „prywatyzacji” a następnie okres rządów tak zwanych „liberałów” z PO spowodował, że nastąpiło ogromne bezrobocie strukturalne, wykorzystywane dziś do budowy niewolnictwa pracowniczego, do budowy „tanich” kapitałów inwestycyjnych i majątków prywatnych „elity”; wreszcie chyba i do ingerencji w strukturę demograficzną społeczeństwa…
Mniejsza już o szczegóły: chodzi o to, że bezrobocie ma swoje źródło w gospodarce i finansach państwa, co oznacza ni mniej ni więcej, że to jedynie minister gospodarki wraz z ministrem finansów mogą zmniejszyć bezrobocie – stwarzając warunki do zwiększenia zatrudnienia poprzez odbudowę gospodarki czyli wzrost popytu na pracę ludzką – które to warunki dopiero mogłyby się stać przedmiotem działań ministra pracy.

Tymczasem ktoś najwyraźniej uznał, że skoro bezrobocie dotyczy pracy to ma się tym zajmować minister właściwy do spraw pracy, ale cokolwiek by tenże Kosiniak Kamysz nie wymyślił – miejsc pracy od tego nie przybędzie, czyli bezrobocie generalnie się nie zmniejszy.
Urzędy pracy nie likwidują, ani też nie tworzą miejsc pracy, na dobrą sprawę nie mogą niczego narzucić pracodawcom, nie mają wpływu na ich „politykę kadrową” polegającą dla przykładu na zasadzie, że „po 50 –tce nie zatrudniamy”.

Minister musi coś robić, bo ma bardzo fajne i efektowne stanowisko, miłą i mało wymagającą, za to dobrze płatną pracę, no ale niestety; politycy poszukują kozłów ofiarnych na zbliżającą się „rekonstrukcję rządu” i może się oberwać niewinnemu…
Dlatego jak przypuszczam powstał projekt „reformy urzędów pracy”, który wejdzie w życie od nowego roku (2014).

Opiera się on na następujących założeniach:
Każda osoba zgłaszająca się do urzędu zostanie poprzez odpowiednią procedurę zbierania informacji przydzielona do jednego z trzech profili bezrobotnych:

Pierwszy – to osoby posiadające zawód, mające wiedzę o przygotowaniu cv i procedurze kwalifikacyjnej, aktywnie samodzielnie poszukujące odpowiedniego zatrudnienia, słowem osoby którym do sukcesu brak jest jedynie właściwej oferty pracy.

Drugi – to większość bezrobotnych, czyli osoby które potrzebują najpierw innych form wsparcia, na przykład dokwalifikowania lub przekwalifikowania, pomocy psychologicznej, doradztwa itp. a dopiero w kolejnym etapie przejdą do profilu pierwszego.

Trzeci – to jak się przewiduje ok. 10% bezrobotnych, tych obecnie całkiem niezdolnych do podjęcia pracy, wymagających długotrwałych działań przywracających do warunków rynku pracy lub nawet jakiejś resocjalizacji, osoby nieposzukujące pracy – oczekujące od urzędów jedynie opłacenia ubezpieczenia zdrowotnego. Będzie to musiało się wiązać zapewne z zasadniczą zmianą ustawy, bo teraz osoby które nie poszukują ofert pracy, z definicji ustawowej nie są bezrobotne.

Można tu mieć wiele zastrzeżeń: w pierwszej grupie – musi istnieć jakaś przyczyna, że ludzie samodzielnie i aktywnie poszukujący pracy nie moją jej uzyskać. Aby znaleźć tę przyczynę najprawdopodobniej trzeba będzie przeprowadzić z daną osobą sesję doradztwa a to jest przewidziane tylko dla grupy drugiej. Może tą przyczyną być niedostosowanie kwalifikacji do struktury popytu na pracę, wówczas trzeba by te kwalifikacje podwyższyć lub zmienić a to także nie ma dla tej grupy zastosowania. Słowem – brak zatrudnienia ma jakieś swoje powody i tu nie wystarczy poszukiwanie oferty, ponadto oferta pracy nie jest równoznaczna z zatrudnieniem.

Gdy chodzi o osoby w wieku produkcyjnym, mające ponad 50 lat – to znaczy te których się „nie zatrudnia – bo nie” – trzeba zrozumieć, że żadne działania nakierowane tylko na osobę bezrobotnego – tego jego stanu nie zmienią, chyba że kuracja odmładzająca…
Urząd Pracy będzie takiej osobie wyszukiwał kolejne oferty pracy a pracodawcy będą konsekwentnie odmawiali zatrudnienia go, korzystając na dodatek z prawa do niewyjaśniania prawdziwych powodów odmowy zatrudnienia w obawie o oskarżenie o łamanie Konstytucji i prawa pracy (nierówne traktowanie bądź szykanowanie ze względu na wiek). Obawiam się więc, że nie da się wyróżnić wielu takich osób, którym do szczęścia wystarczy jedynie oferta pracy, bo ich bezrobocie ma jakiś poważny i niejednolity powód. Ponadto spodziewam się, że dla urzędu znalezienie oferty pracy dla bezrobotnego będzie traktowane jak sukces, premiowany odpowiednimi apanażami, i nikogo już nie będzie interesowało, że pracodawca który dał tę ofertę – tego bezrobotnego do pracy nie przyjmie (bo to on ma ostatnie słowo, wybiera sobie pracowników z przysyłanych mu przez urząd bezrobotnych kandydatów, może też żadnego nie zaakceptować i nawet nie ma obowiązku wyjaśniać – dlaczego).
Odnośnie natomiast osób oczekujących jedynie ubezpieczenia na koszt Skarbu Państwa (co jest zagwarantowane Konstytucją) – wiąże się to z problemem źródeł utrzymania tych osób, czyli najczęściej ze sprawą nielegalnego zatrudnienia.

W polskim ustroju prawnym źródła dochodów obywatela nie są tajne; każdy musi się rozliczyć z urzędem skarbowym ze względu na ustawowy obowiązek wynikający z powszechnego podatku od dochodów osobistych (PIT) a także dochodów z działalności gospodarczej. Problem w tym, że istnieje tu ogromna jak na XXI wiek i centrum Europy tak zwana szara strefa, gdzie jedni obywatele (świadomie nie nazywam ich przedsiębiorcami bo są po prostu oszustami) organizują i prowadzą działalność gospodarczą bez jej zgłoszenia czyli także bez jej opodatkowania, a także zatrudniają przy tej działalności innych obywateli (świadomie nie nazywam ich pracownikami, bo są oni po prostu oszustami) bez zgłaszania tego faktu do ZUS i US, bez opłacania im należnych składek (emerytalne, rentowe, chorobowe) oraz bez ubezpieczenia zdrowotnego, bez żadnych praw wynikających z kodeksu pracy, bez ochrony BHP i tak dalej.
Jest horrendalne, że państwo Platformy Obywatelskiej nic z tym nie robi. Pisałem o tym kilkakrotnie, wyrażając przypuszczenie, że to jest wynikiem założeń ideologicznych PO, albo cichego przyzwolenia na bogacenie się „jak kto może” – kosztem państwa i społeczeństwa, może też jest i objawem działania syndykatu biznesowego jako opanował środowisko polityczne PO i pilnuje zachowania warunków do robienia szybkich majątków – żerując faktycznie na społeczeństwie…

Faktem jednak jest, że jeśli tak jak zaplanował minister pracy – do urzędu przyjdzie osoba stwierdzając że jest bezrobotna a jednocześnie, że nie życzy sobie żadnych ofert a tylko ubezpieczenie – to automatycznie zachodzi pytanie o jej źródła finansowania podstawowych potrzeb – z uwagi na wspomniany obowiązek podatkowy. Wszystkie takie osoby powinny być skrupulatnie prześwietlane przez urząd kontroli skarbowej, głównie w poszukiwaniu nielegalnych pracodawców ich zatrudniających. Jednak nic takiego się nie dzieje; państwo wie o szarej strefie i nic z tą wiedzą nie robi. Wie o powszechnym procederze unikania przez drobnych przedsiębiorców płacenia składek do ZUS i z tym także nic nie robi… prócz narzekania na niedobory pieniędzy w ZUS i prognozowania szybkiego „bankructwa” systemu ubezpieczeń…
Inne elementy reformy to rozpoczęcie współpracy z organizacjami pozarządowymi, prywatnymi agencjami zatrudnienia oraz ośrodkami pomocy społecznej.
Niestety wpływ tego na skuteczność walki z bezrobociem najprawdopodobniej będzie minimalny, z tych samych zresztą powodów które już wymieniłem; miejsc pracy od tego nie przybędzie i mentalność przedsiębiorców się od tego także nie zmieni…

Prócz innych mało jak się wydaje istotnych zmian, dochodzi jeszcze jeden pomysł ministra: uzależnienie płac w urzędach jak również i budżetu urzędów pracy – od ich skuteczności. Znów mamy do czynienia z działaniem niedotyczącym istoty samej przyczyny bezrobocia, choć to moim zdaniem może odegrać pewną rolę, jak się „będzie chciało” z przyczyn materialnych – to może efekty będą lepsze… Inne pomysły ministra są mało oryginalne: dopłaty do płac zatrudnionej osoby z grupy 50+, czyli rozwój dotowania zatrudnienia, utworzenie Krajowego Funduszu Szkoleniowego… Pewnie, że bodziec materialnego zainteresowania na przedsiębiorcę zawsze działa; po prostu robi to co mu wychodzi taniej, dotowanie zatrudnienia daje ten efekt doraźny, ale psuje gospodarkę. Postulowałem niedawno wprowadzenie innego mechanizmu materialnego zainteresowania pracodawców zatrudnianiem osób starszych, bardziej na zasadach podobnych do PFRON…

Niestety: jestem tu pesymistą. To jest namiastka reformy, pozoracja by „coś” robić. Dopóki działania nie dotkną bezpośrednich przyczyn bezrobocia – żadnych liczących się efektów nie spodziewam się.
Czas działa co prawda na korzyść urzędników, ale zdecydowanie i skutecznie na niekorzyść ludzi pozbawionych zatrudnienia; zanim minister Kosiniak Kamysz lub jego następca znajdzie wreszcie właściwy „ślad” – problem może się „sam” w dużej mierze rozwiązać, z gwałtownym wzrostem liczby ludzi chowanych na cmentarzach komunalnych na koszt samorządu lokalnego oraz z gwałtownym zapotrzebowaniem na miejsca w domach pomocy społecznej dla ludzi wykolejonych przez długotrwałe bezrobocie, apatię, depresję, uciekających przed tym wszystkim w alkoholizm… ludzi którzy już będą to społeczeństwo tylko „kosztować” zamiast pracować dla jego rozwoju…;na szczęście pomocą społeczną zajmuje się także ten sam minister, więc nie stanie się urzędnikiem zbędnym… i chyba o to chodzi…

30/10/2013

Znany ekonomista: „Zróbmy sobie armię bezrobotnych…”

Z pewną satysfakcją ale i przerażeniem przeczytałem niedawno wywiad z ekonomistą Witoldem Kieżunem, jaki przeprowadził Rafał Woś z Dziennika – Gazety Prawnej;

Polski ekonomista o transformacji: nas wtedy po prostu okradziono! 

Rozmowa dotyczyła oceny tak zwanej „transformacji ekonomicznej” po 1989 roku w Polsce. Transformacji ekonomicznej mającej oczywiście swoje podstawy polityczne. Jest to bardzo ciekawy materiał, choć bynajmniej nie sensacja czy odkrycie – jednak bardzo namawiam do przeczytania tego tekstu. Chciałbym zwrócić uwagę szczególnie na jeden interesujący mnie aspekt tej sprawy.
Wspomniałem o pewnej mojej satysfakcji, gdyż relacja ta, pochodząca „z pierwszej ręki” potwierdza wcześniej w tym blogu wyrażane moje przypuszczenia czy wnioski. Z tego samego powodu – odczułem coś w rodzaju przerażenia, ale szczególnie dotyczy to sprawy bezrobocia.
Kim jest prof. Kieżun – można się dowiedzieć z jego prywatnej strony:

www.witoldkiezun.com
albo np. z Wikipedii
http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_kieżun

We wspomnianym wywiadzie stwierdził on, że był autorem pierwszego planu transformacji ekonomicznej na długo przed Balcerowiczem, odrzuconego przez ówczesnego ministra z ekipy Edwarda Gierka – Tadeusza Wrzaszczyka (ministra przemysłu maszynowego a potem – ministra planowania przy RM) uważanego wówczas za eksperta ekonomicznego.
Ocena przebiegu i skutków polskiej „transformacji”, tej którą przeprowadzono – jest po prostu druzgocąca, co stoi w sprzeczności z dzisiejszym, powszechnym dość przekonaniem akurat odwrotnym. Ot – siła propagandy…
Otóż Profesor mimochodem stwierdził we wspomnianym wywiadzie, iż jednym z elementów jego planu transformacji z 1972 roku było celowe i świadome „wytworzenie” bezrobocia; jak się wyraził prof. Kieżun – „stutysięcznej armii bezrobotnych”.

NALEŻY TO ROZUMIEĆ JAKO CELOWE I ŚWIADOME DZIAŁANIA ZMIERZAJĄCE DO WYWOŁANIA BEZROBOCIA, CZYLI STWORZENIA NIERÓWNOWAGI NA RYNKU PRACY NA RZECZ PRACODAWCÓW.

Eksponuje to stwierdzenie w sposób maksymalny, bo ono poraża cynizmem, choć nie dziwi gdy pada ze strony ekonomisty. Epatuje cynizmem każdego, kto wie co się w praktyce (w rzeczywistości życiowej) kryje za słówkiem bezrobocie, dla ekonomisty - będącym tylko określeniem z języka zawodowego.
Operacja ta miała po prostu wywołać obawę o utratę pracy, stworzyć konkurencję pracowników o miejsca pracy a to w celu przeciwstawienia się „powszechnie panującemu” jak twierdzi Kieżun przekonaniu, że „czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy”. Chodziło po prostu o wytworzenie atmosfery strachu przed zwolnieniem, o argument na rzecz zwiększenia wydajności a zmniejszenia roszczeniowości pracowników, czyli po prostu „bat” na pracowników.

Wspomniane wyżej nastawienie czy postawy „roszczeniowe” nie były wówczas wcale tak powszechne (początek lat 70-tych); to mit. Ocena późniejszej „transformacji Balcerowicza” dokonana przez prof. Kieżuna jest ważna i ciekawa, bo mówi bardzo wiele o ewentualnych przyczynach dzisiejszego bezrobocia, powstałego w związku z bezmyślnym lub celowym zniszczeniem pewnych działów gospodarki, zmarnowaniem potencjału rozwojowego istniejących gałęzi przemysłu, patologią prywatyzacji, głupotą i naiwnością ówczesnych decydentów zapatrzonych w „zachód” jak sroka w świecidełko. To wyjaśnienie – dlaczego dziś brak ok. dwóch milionów miejsc pracy.

Natomiast ja chciałbym zwrócić tu uwagę na ten jeden aspekt sprawy; ekonomista zaplanował stworzenie bezrobocia o założonej z góry wysokości, w jakimś celu ekonomicznym.
Chodzi o to, że wspomniany pomysł na bezrobocie może być wyjaśnieniem nie tylko przyczyn dzisiejszego bezrobocia, ale i w pewnym sensie – przyczyn utrzymywania go, niechęci do jego zmniejszenia, udawanej, fikcyjnej „walki z bezrobociem” jaką obserwujemy i odczuwamy na sobie.
Plan ten został wówczas odrzucony ze względów politycznych; był on nie do zaakceptowania dla władzy ściśle powiązanej z aparatem partyjnym konkretnej partii, o konkretnej linii politycznej i tradycji, oficjalnie kierującej się „dobrem człowieka”, w szczególności pracownika, szacunkiem dla pracy itp.
Dziś nie ma takiej siły politycznej, prezentującej takie nastawienie – która mogłaby być tamą dla takich pomysłów, generalnie – myślenie o człowieku nie jest „w modzie”.

Czy to ma oznaczać, że po 1989 roku podobny plan mógłby uzyskać akceptację? Moim zdaniem – jak najbardziej.

Zaszokowało mnie, mimo że nie zaskoczyło – że ekonomiści mogą być aż tak cyniczni. Może jednak ekonomista ma prawo myśleć TYLKO kategoriami ekonomii i nie zwracać uwagi na cokolwiek innego? Na przykład na to, że ekonomia tak jak i państwo – ma być „dla ludzi”? Jak można powiedzieć: „zróbmy sobie stutysięczne bezrobocie” nie myśląc jednocześnie o tragicznych skutkach tego dla życia konkretnych ludzi, i to zupełnie nie tych – którzy prezentowali postawy roszczeniowe lub nie szanowali pracy?
Przywodzi to na myśl słynne powiedzenie chirurgów, że „operacja się udała a pacjent zmarł”. Czy ekonomista nie jest człowiekiem, nie musi nim być, jest z tego zwolniony? Czy ekonomia nie powinna być pojęciem humanistycznym…

Mimo iż chodziło tam o zupełnie inne czasy, dość trudno porównywalne do dzisiejszych, zadałem sobie pytanie, czy podobny sposób myślenia nie jest dziś powodem istnienia i utrzymywania (się) bezrobocia na poziomie ok. 13%. Sam fakt zaplanowania bezrobocia na poziomie 100.000 jest dla mnie szokujący, bo ja wiem po prostu – co się za tym kryja, jakie to wywołuje skutki dla jednostki. Wówczas ekonomiści nie decydowali jednak o zasadniczych dla społeczeństwa sprawach samodzielnie, ale dziś – decydują. Stają się niemal nieformalnymi dyktatorami.

Jestem przekonany, że ustalenie w sposób możliwie jak najbardziej obiektywny przyczyny dzisiejszego bezrobocia jest sprawą zasadniczą dla przyszłości tego kraju. Sprawą zasadniczą jest też realizacja postanowień Konstytucji a w niej – gwarancji odpowiedniego zabezpieczenia społecznego dla osób niepracujących bez swojej winy oraz osób nieposiadających innego osobistego źródła utrzymania niż praca zarobkowa.

Państwo nieludzkie, opresyjne, głuche i ślepe – jak państwo Tuska – jest po prostu swoim własnym zaprzeczeniem, wypaczeniem; jest szkodliwym i gorszącym absurdem.

Odwiedziny: