BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty

12/06/2014

Dla władzy nie jest ważna prawda; ważne jest alibi z manipulowanego „poparcia społecznego” i propaganda sukcesu.

Pod tym względem dziś obecna władza niczym nie różni się od dawnej władzy tak zwanej „ludowej” – jak się lubiła mianować władza towarzyszy z PZPR.

A jest tak po prostu dlatego, że nasza obecna neo-totalitarna ekipa „kolesiów” chce za wszelką cenę utrzymać władzę, utrzymać ją jak najdłużej a przynajmniej przez czas, do kiedy w Polsce można jeszcze robić błyskawiczne kariery, majątki „z niczyjego” i skutecznie uchylać się od wszelkiej odpowiedzialności.
Na szczęście spora część społeczeństwa zna z własnego doświadczenia i pamięta totalitarne działania władzy „ludowej” opartej na ideologii komunistycznej dostosowanej nieco do specyfiki społeczeństwa polskiego, pod wypływem niepowodzeń później zwanej „budową społeczeństwa komunistycznego” a po dalszych niepowodzeniach wynikających z oporu społecznego – „budową społeczeństwa socjalistycznego”. Oczywiście budowa ta nigdy się nie zakończyła, także z pewnością nie sukcesem; ustrój powstały w naszym kraju nigdy nie był ani komunizmem ani socjalizmem i prawdopodobnie dlatego właśnie zakończył się tak jak się zakończył. Mówienie dziś, że „w Polsce skończył się komunizm” być może jest dobrym zagraniem medialnym dla jakiejś niespełnionej aktoreczki, ale nie odpowiada prawdzie po pierwsze dlatego – że tu nigdy nie było komunizmu, więc nie mógł się także „skończyć” a po drugie – te siły i ci ludzie którzy się kryją pod tym określeniem w Polsce – nadal świetnie i coraz lepiej się mają, dobrze ustawieni jak polska odmiana ukraińskich oligarchów, tyle że udających prywatnych i niewinnych, zwyczajnych i skromnych obywateli.

Dla sił politycznych osadzonych tu u władzy przez Związek Radziecki – wówczas jedna zasada była kardynalna: objąć władzę, opanować wszystkie instytucje państwa, stworzyć mechanizm nacisku i szantażu i już nigdy tejże władzy nie oddać. Weżreć się w społeczeństwo jak grzyb w ścianę, zakotwiczyć się wszędzie swoimi mackami jak rak w zdrowym organizmie, spętać ludzi strachem, naciskami, nagrodami, karami, poczuciem beznadziejności, kontrolować wszystko agresywnie i dokładnie by już nigdy nie dać się odsunąć czy wyrugować z władzy a tym bardziej - pociągnąć do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Dokładnie tak jak Tusk ze swoją PO. To właśnie można uznać za definicję totalitaryzmu, za spektakularną pogardę demokracji.

Od kiedy sięgnę pamięcią, były w tym kraju siły i ośrodki przeciwstawiające się totalitaryzmowi władzy. To wcale nie tylko galeria znanych kilkunastu nazwisk tych, którzy byli najbardziej prześladowani, albo po 1989 roku postanowili zostać największymi kombatantami „walki z komuną”, zamienić to co robili na stanowiska, zaszczyty, funkcje i związane z tym dochody. Nie wszyscy chcieli a spośród chcących – nie wszystkim się udało.
Jednocześnie można tu zawsze było spotkać przeróżnych sprzedawczyków, kolaborantów, cynicznych cwaniaków bez charakteru i skrupułów, potakiwaczy pozujących na intelektualistów albo na rewolucjonistów, ale przeważnie za tym ukrywał się jakiś interes, oczekiwanie odwzajemnienia się władzy za wsparcie w walce z przeciwnikami totalitaryzmu, czasem durny, naiwny fanatyzm…
Jak to przedstawił kiedyś Jacek Fedorowicz w jednym ze swoich politycznych programów satyrycznych: … kiedy stocznie strajkowały to zawsze znajdowały się takie medialne „przedstawicielki” zatroskanego społeczeństwa; … to chyba nawet jedna taka była – dyżurna, tam ją odpowiednio przebierali; a to szwaczka a to rybaczka, stawiali ją przed kamerami TVP i ona mówiła płaczliwym głosem: „W imieniu wszystkich kobiet pracujących ja się domagam, żeby stoczniowcy już wrócili do pracy”; a już poza anteną – „to teraz którędy do kasy…?”…

Okazuje się, że nadal nic się nie zmieniło, w każdym razie niewiele. Znów jest władza widząca swoje główne zadanie w tym, aby się „nie dać zmienić”, nawet wbrew jasnemu bo dość jasno wyrażanemu oczekiwaniu społeczeństwa. Władza gotowa na bardzo wiele, (mam nadzieję, że jednak nie na wszystko) – by pozostać władzą, mimo, że otrzymuje jednoznaczne sygnały także z własnych sondażowni, że poparcia społecznego już nie ma, że zbyt wielu zawiodła. Zresztą „poparcie społeczne” to dla tej władzy jedynie gadżet; sympatyczny gdy jest ale niekonieczny. O zwyczajnym podporządkowaniu się demokratycznemu oczekiwaniu społeczeństwa – także wtedy gdy jest niekorzystne – nawet się władzy nie śni. Władza „wie lepiej co dobre”… jak każda totalitarna władza.

Nadal są osoby cieszące się z tego, że władza nie posiadająca już akceptacji – „wygrała wybory siódmy raz z rzędu” – tak jakby nie było demokracji, jakby tu chodziło o jakąś infantylną zabawę harcerską – „kto – kogo” a nie o los milionów ludzi, pozbawianych w ten sposób wpływu na swoje życie. Nakłanianych w ten sposób do bardziej radykalnych, niszczycielskich form upomnienia się o demokrację i praworządność. I znów taka „szwaczka – rybaczka”, znów taka stara, skrzywiona złośliwie baba z jakąś skrajną frustracją, jakimś urazem psychicznym malującym się na twarzy, zaślepiona niczym nie uzasadnioną nienawiścią „polityczną” do „Kaczyńskiego” i wszystkiego co „kaczyńskie” – chwali totalitaryzm tej władzy, pisze peany o „Donku – Zwycięzcy” – jak kiedyś pisano o Stalinie – Słońcu Ludzkości – kolejny raz zwyciężającym w ustawionych komunistycznych „wyborach”. Baba nawet nie wie, jak jest śmieszna w tej swojej zajadłości i jak jest smutna w tej swojej chorobie a przecież w rzeczywistości nic od niej nie zależy; zupełnie nic… baba jednak nie ma wątpliwości: wiadomo przecież, że im więcej razy się „zwycięży w wyborach” kolejnych i następujących po sobie – tym lepiej… tak jak w Chinach, Korei Północnej, Rosji; – lepiej bez wątpienia dla tych, którzy zwyciężyli lub mających z nimi jakiś wspólny interes. Czekam więc z zaciekawieniem: Kiedy baba zapyta: „… którędy do kasy”?

A może zresztą już w kasie była; otrzymała już co miała otrzymać – na konto (a’ konto na konto); obecny rozwój internetowej bankowości elektronicznej ma dziś swoje miłe udogodnienia.

10/01/2014

Barbarzyński kraj; Polska.

Sprawa nadużywania przez nieuczciwych Polaków systemu świadczeń socjalnych w Wielkiej Brytanii – podniesiona niedawno na forum publicznym w UE przez Premiera Camerona, niejako przy okazji zwróciła uwagę na samo istnienie systemu świadczeń socjalnych w krajach Unii do których wyjeżdża najwięcej Polaków.

Piszę tu „wyjeżdża” a nie „emigruje” – bo w moim przekonaniu w myśl Układu z Schengen, Polak w Niemczech czy Anglii nie jest imigrantem sensu stricte; po prostu tam na jakiś czas lub bezterminowo wybiera sobie miejsce pracy i życia – korzystając z nadanego mu Układem prawa. Emigrantami są co najwyżej ci, co przybywają do któregoś z państw Strefy Schengen „z zewnątrz” tejże strefy. Wewnątrz Strefy – każdy obywatel Unii ma prawo swobodnego wyboru miejsca życia i pracy, nie można więc mówić o emigracji czy imigracji w takim stanie prawnym.

Awantura wokół „populistycznej zagrywki” Camerona związanej pewnie jakoś z tamtejszymi wewnętrznymi rozgrywkami politycznymi, samego Camerona i jego partii – zwróciła niejako przy okazji uwagę na kolosalne różnice pomiędzy systemem socjalnym Anglii czy Niemiec – a Polski. To bezpośrednio rzutuje na warunki życia w danym kraju a więc śmiało możemy to uznać za jeden z najważniejszych czynników wpływających na decyzję opuszczenia Polski przez Polaków i nie chodzi tu głównie o jakąś banalną „opłacalność”.
Bardziej chodzi o coś, co Polacy poza Polską określają jako „łatwość życia”; życia w ogóle, bo dotyczy to nie tylko strony bezpośrednio finansowej. System socjalny w Anglii po prostu pozwala mieć nadzieję, że niezależnie od zmiennych okoliczności życiowych, losowych czy osobistych – można będzie sobie poradzić, da się przeżyć w czasie wydobywania się z tych nagle zaskakujących człowieka trudności.
W Anglii nie ma ”rozdawnictwa” (cokolwiek miałoby to idiotyczne słowo oznaczać w ustach polskiego leminga lub prawicowego oszołoma), tam trzeba pracować by coś zdobyć a jednak w wypadku trudności – jest też realna pomoc. Tamtejsze społeczeństwo stwierdziło widocznie już dawno, że ta pomoc w ostatecznym rozrachunku wszystkim się najbardziej opłaca. Pomoc ta ma swoje znaczenie także w stwarzaniu warunków korzystnych dla sytuacji demograficznej; zachęca a przynajmniej w najmniejszym stopniu nie zniechęca do rodzenia i wychowywania dzieci – co ma zasadnicze znaczenie dla każdego narodu, również i brytyjskiego. Związane jest to z ogólną zasadą pewnego „luzu”, zasadą unikania wszelkich zbędnych stresów w życiu, w urzędach, w pracy… więc także i w okresie braku pracy.
Mało tego: w Anglii kobieta mająca dzieci w wieku poniżej 16 lat i zajmująca się nimi – ma prawo nie pracować (jeśli pracuje jej mąż), by rzeczywiście tymi dziećmi mogła się zająć; uważane jest to nie tylko za jej sprawę osobistą ale za sprawę wagi społecznej. Państwo pomaga tam w sposób naturalny młodym rodzicom oraz osobom samotnie wychowującym dzieci lub mającym chore dzieci – po prostu dlatego, że potrzebują oni pomocy (tu nie jest potrzebna żadna ideologia).
To nieodpłatna pomoc medyczna i merytoryczna dla matek przed porodem, darmowe leki przepisane przez lekarza, zniżki na zakup mleka, „becikowe” (na koszty wyprawki dla noworodka) w wysokości 50 funtów, itp. Osoba mieszkająca w Wielkiej Brytanii i mająca pod opieką dzieci do lat 16 otrzymuje zasiłek (dodatek) na dziecko tzw. Child Benefit – w wysokości 20,3 funta tygodniowo na pierwsze i 13,4 funta tygodniowo na każde kolejne dziecko. Co więcej – dzieci te nie muszą przebywać w Anglii gdzie przebywa jedno z rodziców, jedyny warunek dotyczy tego, że drugi z rodziców przebywający z dziećmi np. w Polsce – nie może tu pobierać „polskiego „zasiłku” na dzieci. Jeśli jedno z rodziców w Anglii pracuje a drugie nie i mają dzieci w wieku szkolnym – to otrzymują zasiłek Child Tax Credit w wysokości 200 funtów miesięcznie, dodatkowo w takiej sytuacji niejako automatycznie pracujący w Anglii rodzić otrzyma też zasiłek dla najsłabiej zarabiających mających na utrzymaniu rodzinę – tzw. Working Tax Credit także w wysokości 200 funtów miesięcznie.
Można także liczyć na pomoc – jeśli jest potrzebna – w „udźwignięciu” kosztów mieszkaniowych; to zasiłek mieszkaniowy dla rodzin słabo zarabiających (dochody poniżej 16.000 funtów rocznie). Jest to tzw. Hausing Benefit (Hausening) który przysługuje również studentom i osobom wynajmującym wspólnie (jako para lub w większej grupie) mieszkanie. Jego wysokość jest bardzo skrupulatnie dostosowywana do indywidualnej sytuacji osób ubiegających się, bo nie zapominajmy, że naczelną zasadą jest w tych wszystkich sprawach – pomoc dla rzeczywiście potrzebujących. Jest jeszcze zasiłek dla osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy „Income Support” – których dochody nie wystarczają im na utrzymanie, zasiłek dla osób poszukujących pracy „Jobseeker’s Allowance”, zasiłek z opłacanego podatku miejskiego „Council Tax Benefit”, dodatkowy zasiłek „Second Adult Rabate” itp.

Można oszacować, że suma zasiłków czyli pomocy dla rodziny wychowującej dzieci przeciętnie nie jest niższa niż ok. 650 funtów miesięcznie, ale „polacy-cwaniacy” potrafią wydębić i 1500 funtów miesięcznie z angielskiego systemu socjalnego, niezależnie od osiąganych zarobków – często w takim przypadku nielegalnych, ukrywanych (czyli „na czarno”).
Narzuca się tu refleksja dotycząca tego, jak wielkie możliwości w takiej sytuacji mają cwani i pozbawieni zasad „polaczkowie” w nadużywaniu tych wszystkich form pomocy, próbując naginać swoją oficjalną sytuację do przepisów brytyjskich, aby po prostu dostać czy trzeba czy nie jak najwięcej „bo się należy”, nieźle sobie żyć bez pracy, na koszt podatników, więc w tym i innych Polaków uczciwie pracujących i płacących podatki w Anglii. Z przykrością trzeba stwierdzić, że pretensje kierowane przez Premiera Camerona do Polaków są pod tym względem w dużym stopniu uzasadnione. Liczba Polaków w Anglii dochodzi już do 700.000.
To jednak oddzielny temat…

Piszę to wszystko nie jako poradnik dla wyjeżdżających, bo te informacje łatwo można znaleźć w Internecie.
Piszę to – by to zestawić z warunkami polskimi. I nie chodzi tu o bezpośrednie porównanie ilościowe (liczbowe). Uderza tu przede wszystkim właśnie różnica cywilizacyjna o której wspomniałem w tytule. Normalny zwykły człowiek po prostu chce żyć, chce przetrwać nawet w trudniejszych warunkach i gorszych dla siebie czasach. Niewiele w życiu da się przewidzieć z punktu widzenia pojedynczego człowieka, na bardzo niewiele można też mieć wpływ, poza tym przeszłość niejako zamyka przed nami wiele drzwi, czasem przy tym tylko niektóre otwiera. Życie ma swoją dynamikę i odbywa się zgodnie z nieznanym nam wcześniej scenariuszem; tak wiele może się zmienić w życiu człowieka, czasem nawet dość nagle.
Polacy w Anglii są przede wszystkim przyciągani tą „łatwością życia” w którym z realną pomocą państwa zawsze można sobie jakoś poradzić w zmieniających się w sposób nieprzewidywalny okolicznościach. To jest po prostu przyjazne dla ludzi państwo w którym można być milionerem, można należeć do establishmentu, ale też z drugiej strony – mając trudności ze znalezieniem jakiejś stałej pracy – także można jakoś żyć; choćby na minimalnym poziomie – ale można.
Tu dla nikogo nie jest zaskoczeniem tak jak dla polskiego ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza, że człowiek pozbawiony pracy z powodu bezrobocia – też MUSI MIEĆ jakieś pieniądze – by mógł tej pracy nadal skutecznie poszukiwać. Że aby szukać pracy – trzeba móc w miarę normalnie żyć, czyli utrzymać jakiś „dach nad głową”, móc się umyć, ubrać stosownie do pory roku, zjeść coś, mieć na telefon, na bilet do metra itp. (mam na myśli choćby absolutne minimum). Tam jest dla władzy „dziwnie” oczywiste, że jeśli by tak nie było – zarówno poszukiwanie pracy jak i pomoc socjalna nie spełnia swojej roli, staje się fikcją i przysłowiowym wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W barbarzyńskim polskim systemie, kojarzącym się niestety nadal jak przez dziesięciolecia z najgorszym rodzajem zaciekłego „kacapstwa” – człowiek pozbawiony pracy jest pozostawiony samemu sobie bez żadnych dochodów, nikogo nie obchodzi jego sytuacja i jego los. Jest tak – z założenia politycznego. Władza stosuje metodę „reglamentacji życia” – dbając o siebie, o dobre samopoczucie kasty stabilnie pracujących i nieźle opłacanych, w tym i swoich urzędników (służby cywilnej, administracji państwowej i samorządowej) – jako swojego głównego zaplecza wyborczego. Służalczo traktuje przedsiębiorców – świadomie tworząc dla nich w ramach jakiegoś syndykatu polityczno-biznesowego warunki rozwoju niewolnictwa pracowniczego – będącego w Polsce czymś normalnym i przez władzę oczekiwanym a poza Polską – hańbą Europy XXI wieku.
Ludzie pozbawieni pracy z przyczyn od siebie niezależnych (np. z powodu tolerowania przez władzę łamania prawa – poprzez odmowę „z zasady” zatrudnienia osób bezrobotnych po 45 roku życia) najczęściej są pozbawiani jakichkolwiek dochodów, a jednocześnie w ramach jakiegoś absurdu – wymaga się od nich utrzymywania stałej zdolności i gotowości do podjęcia pracy.
Urzędy pracy z powodu idiotycznej ustawy nie mają praktycznie nic istotnego do zaproponowania, zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje czasowo jedynie kilkanaście procent zarejestrowanych osób bezrobotnych.

Urzędy Pracy i cała machina związana z bezrobociem – nastawiona jest na to, żeby NIE DAĆ, żeby ODMÓWIĆ, żeby OGRANICZYĆ, wykazać człowiekowi – że mu się NIE NALEŻY! Ustawa – pisana w warunkach państwa socjalistycznego, gdy praca była i była obowiązkiem a bezrobotni – marginesem społecznym – po pewnych przeróbkach obowiązuje nadal w zupełnie innej sytuacji ekonomicznej i politycznej, sytuacji rzeczywistego braku pracy, nadal zachowując swój wypaczony, PRL-owski charakter, przeniesiony tam przez wypaczonych PRL-owskich urzędników. Jeszcze gorzej jest z ustawą o pomocy społecznej. Doskonalona jest stale „sieć” skomplikowanych, coraz bardziej szczegółowych przepisów, by zawsze móc uzasadnić odmowę – czegokolwiek by nie potrzebował bezrobotny. By ewentualną pomoc „omotać” tak wieloma wyjątkami, zastrzeżeniami i warunkami – które spełnią tylko nieliczni a które sprowadzają to wszystko do absurdu i marnotrawstwa środków – choć dają pracę urzędnikom i polityczne pozory dla władzy. Mamy tu do czynienia wręcz już z jakimś trwałym wypaczeniem psychicznym, zwyrodnieniem psychicznym osób zajmujących kierownicze stanowiska w Urzędach Pracy, Ośrodkach Pomocy Społecznej czy też w Ministerstwie. Jednocześnie implikuje to zwyrodnienie narastające w całym społeczeństwie, nie tylko poprzez bezrobocie ale i społeczną obojętność na nie, na jego skutki dla jednostki. Trudno sobie dziś nawet wyobrazić, że to Polska właśnie stała się kolebką „Solidarności”, że rozpropagowała to pojęcie społeczne na cały świat. Dziś Polska jest ZAPRZECZENIEM SOLIDARNOŚCI, JEJ ODWROTNOŚCIĄ! Taka jest po prostu „ideologia chciwości” – Platformy Obywatelskiej.
A przecież urzędy pracy stworzone są do czegoś dokładnie przeciwnego!; do tego by DAĆ!, by rzeczywiście POMÓC!, by uczciwie „dało się przeżyć” nawet w najgorszych warunkach!. System powinien działać tak jak w Anglii, Niemczech, Norwegii – i to dopiero wówczas jest czymś normalnym.

Człowiek pięćdziesięcioletni pozbawiony przez społeczeństwo pracy zarobkowej, pozostaje po prostu z niczym, jak w jakimś absurdalnym, tragicznym,szaleńczym survivalu w którym z założenia odgórnego nie ma prawa „dać sobie rady”; im dłużej walczy o życie, tym więcej uciechy i korzyści sprawia „elicie” żerującej na udawanej „pomocy dla bezrobotnych” i fikcyjnej „pomocy społecznej”, ale tak czy inaczej musi przegrać, a przegrana – to rozpad rodziny, to utrata dachu nad głową (bezdomność), szybkie stoczenie się do poziomu kloszarda, i śmierć – z zimna, z powodu niedożywienia i nieleczonych chorób, przez „następczy” alkoholizm… albo po prostu śmierć samobójcza, bo też i w tym wypadku samobójstwo bywa tożsame z zaprzestaniem walki o byt, z odmową dalszego „bawienia” elity”, obroną resztek godności. Sytuacja takiego człowieka w Polsce ma w sobie coś irracjonalnego, jest jak z ponurej powieści Franza Kafki, albo z ciężkiego snu imbecyla. Tak to władza z Platformy Obywatelskiej wyobraża sobie „system socjalny” w Polsce!
To jest właśnie ta różnica: Polski – barbarzyńskiego, dzikiego, kacapskiego zadupia a innych wysoko cywilizowanych przez wieki rozwoju krajów Europy. Nie tak łatwo jest widać wyjść z "systemu radzieckiego" - szczególnie gdy istnieje grupa interesu która się przed tym za wszelką cenę broni.

To z tego powodu Polacy decydują się opuszczać ten kraj, często na stałe, szukając gdzie indziej normalności, tej większej łatwości życia – dającej nadzieję na poradzenie sobie nawet przy bardzo niekorzystnym rozwoju ich spraw osobistych – na co przecież nie mają ostatecznego wpływu. Nie wszyscy jednak mogą wyjechać; jest bariera zdrowotna, bariera językowa, wreszcie bariera finansowa (by wyjechać trzeba mieć jakieś zasoby „na początek” no i choćby – na bilet…
Wielu porzuconych przez „państwo PO” ludzi – nie ma już jednak nawet na bilet.

Społeczeństwo – działając w obronie własnej musi jak najszybciej to zmienić, a żeby to zmienić – trzeba… najpierw zmienić...

25/11/2013

Wielka Reforma Urzędów Pracy: … Kółko graniaste, czterokanciaste…

… kółko nam się połamało, cztery grosze kosztowało, a my wszyscy – bęc!

Może tekst tej dziecięcej zabawy mógłby wystarczyć do skomentowania reformy powiatowych urzędów pracy a nawet i całej działalności ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza?
Faktycznie: kółko jest czterokanciaste… czyli zupełnie jak nie kółko… coś raczej bardziej nawet jakby kwadrat… Kwadratura koła (kółka).

Minister Pracy COŚ musi robić.
Musi wykazać się konkretnymi przedsięwzięciami podejmowanymi w celu „aktywizacji bezrobotnych” albo i nawet „walki z bezrobociem”. Tyle, że bezrobocie zupełnie nie zależy od pracy tego ministerstwa, a jeśli – to w stopniu minimalnym.
Przy dwumilionowym bezrobociu istnieje podobno w obiegu ok. sześćdziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia, na które pracodawcy szukają kandydatów, tyle że są to w znakomitej większości oferty pracy wysoko kwalifikowanej, oferty dla specjalistów – którzy ze względu na skandaliczne propozycje płacowe woleli wyjechać do pracy za granicę (gdzie pracuje już także nieco ponad dwa miliony Polaków). Natomiast bezrobotnymi są w dużej części akurat ludzie dość mało wykwalifikowani, z pewnością nie wysokiej klasy poszukiwani specjaliści.

Po prostu zmiany w gospodarce odbywające się od czternastu lat, okres „błędów i wypaczeń” tak zwanej „transformacji ustrojowej” oraz tak zwanej „prywatyzacji” a następnie okres rządów tak zwanych „liberałów” z PO spowodował, że nastąpiło ogromne bezrobocie strukturalne, wykorzystywane dziś do budowy niewolnictwa pracowniczego, do budowy „tanich” kapitałów inwestycyjnych i majątków prywatnych „elity”; wreszcie chyba i do ingerencji w strukturę demograficzną społeczeństwa…
Mniejsza już o szczegóły: chodzi o to, że bezrobocie ma swoje źródło w gospodarce i finansach państwa, co oznacza ni mniej ni więcej, że to jedynie minister gospodarki wraz z ministrem finansów mogą zmniejszyć bezrobocie – stwarzając warunki do zwiększenia zatrudnienia poprzez odbudowę gospodarki czyli wzrost popytu na pracę ludzką – które to warunki dopiero mogłyby się stać przedmiotem działań ministra pracy.

Tymczasem ktoś najwyraźniej uznał, że skoro bezrobocie dotyczy pracy to ma się tym zajmować minister właściwy do spraw pracy, ale cokolwiek by tenże Kosiniak Kamysz nie wymyślił – miejsc pracy od tego nie przybędzie, czyli bezrobocie generalnie się nie zmniejszy.
Urzędy pracy nie likwidują, ani też nie tworzą miejsc pracy, na dobrą sprawę nie mogą niczego narzucić pracodawcom, nie mają wpływu na ich „politykę kadrową” polegającą dla przykładu na zasadzie, że „po 50 –tce nie zatrudniamy”.

Minister musi coś robić, bo ma bardzo fajne i efektowne stanowisko, miłą i mało wymagającą, za to dobrze płatną pracę, no ale niestety; politycy poszukują kozłów ofiarnych na zbliżającą się „rekonstrukcję rządu” i może się oberwać niewinnemu…
Dlatego jak przypuszczam powstał projekt „reformy urzędów pracy”, który wejdzie w życie od nowego roku (2014).

Opiera się on na następujących założeniach:
Każda osoba zgłaszająca się do urzędu zostanie poprzez odpowiednią procedurę zbierania informacji przydzielona do jednego z trzech profili bezrobotnych:

Pierwszy – to osoby posiadające zawód, mające wiedzę o przygotowaniu cv i procedurze kwalifikacyjnej, aktywnie samodzielnie poszukujące odpowiedniego zatrudnienia, słowem osoby którym do sukcesu brak jest jedynie właściwej oferty pracy.

Drugi – to większość bezrobotnych, czyli osoby które potrzebują najpierw innych form wsparcia, na przykład dokwalifikowania lub przekwalifikowania, pomocy psychologicznej, doradztwa itp. a dopiero w kolejnym etapie przejdą do profilu pierwszego.

Trzeci – to jak się przewiduje ok. 10% bezrobotnych, tych obecnie całkiem niezdolnych do podjęcia pracy, wymagających długotrwałych działań przywracających do warunków rynku pracy lub nawet jakiejś resocjalizacji, osoby nieposzukujące pracy – oczekujące od urzędów jedynie opłacenia ubezpieczenia zdrowotnego. Będzie to musiało się wiązać zapewne z zasadniczą zmianą ustawy, bo teraz osoby które nie poszukują ofert pracy, z definicji ustawowej nie są bezrobotne.

Można tu mieć wiele zastrzeżeń: w pierwszej grupie – musi istnieć jakaś przyczyna, że ludzie samodzielnie i aktywnie poszukujący pracy nie moją jej uzyskać. Aby znaleźć tę przyczynę najprawdopodobniej trzeba będzie przeprowadzić z daną osobą sesję doradztwa a to jest przewidziane tylko dla grupy drugiej. Może tą przyczyną być niedostosowanie kwalifikacji do struktury popytu na pracę, wówczas trzeba by te kwalifikacje podwyższyć lub zmienić a to także nie ma dla tej grupy zastosowania. Słowem – brak zatrudnienia ma jakieś swoje powody i tu nie wystarczy poszukiwanie oferty, ponadto oferta pracy nie jest równoznaczna z zatrudnieniem.

Gdy chodzi o osoby w wieku produkcyjnym, mające ponad 50 lat – to znaczy te których się „nie zatrudnia – bo nie” – trzeba zrozumieć, że żadne działania nakierowane tylko na osobę bezrobotnego – tego jego stanu nie zmienią, chyba że kuracja odmładzająca…
Urząd Pracy będzie takiej osobie wyszukiwał kolejne oferty pracy a pracodawcy będą konsekwentnie odmawiali zatrudnienia go, korzystając na dodatek z prawa do niewyjaśniania prawdziwych powodów odmowy zatrudnienia w obawie o oskarżenie o łamanie Konstytucji i prawa pracy (nierówne traktowanie bądź szykanowanie ze względu na wiek). Obawiam się więc, że nie da się wyróżnić wielu takich osób, którym do szczęścia wystarczy jedynie oferta pracy, bo ich bezrobocie ma jakiś poważny i niejednolity powód. Ponadto spodziewam się, że dla urzędu znalezienie oferty pracy dla bezrobotnego będzie traktowane jak sukces, premiowany odpowiednimi apanażami, i nikogo już nie będzie interesowało, że pracodawca który dał tę ofertę – tego bezrobotnego do pracy nie przyjmie (bo to on ma ostatnie słowo, wybiera sobie pracowników z przysyłanych mu przez urząd bezrobotnych kandydatów, może też żadnego nie zaakceptować i nawet nie ma obowiązku wyjaśniać – dlaczego).
Odnośnie natomiast osób oczekujących jedynie ubezpieczenia na koszt Skarbu Państwa (co jest zagwarantowane Konstytucją) – wiąże się to z problemem źródeł utrzymania tych osób, czyli najczęściej ze sprawą nielegalnego zatrudnienia.

W polskim ustroju prawnym źródła dochodów obywatela nie są tajne; każdy musi się rozliczyć z urzędem skarbowym ze względu na ustawowy obowiązek wynikający z powszechnego podatku od dochodów osobistych (PIT) a także dochodów z działalności gospodarczej. Problem w tym, że istnieje tu ogromna jak na XXI wiek i centrum Europy tak zwana szara strefa, gdzie jedni obywatele (świadomie nie nazywam ich przedsiębiorcami bo są po prostu oszustami) organizują i prowadzą działalność gospodarczą bez jej zgłoszenia czyli także bez jej opodatkowania, a także zatrudniają przy tej działalności innych obywateli (świadomie nie nazywam ich pracownikami, bo są oni po prostu oszustami) bez zgłaszania tego faktu do ZUS i US, bez opłacania im należnych składek (emerytalne, rentowe, chorobowe) oraz bez ubezpieczenia zdrowotnego, bez żadnych praw wynikających z kodeksu pracy, bez ochrony BHP i tak dalej.
Jest horrendalne, że państwo Platformy Obywatelskiej nic z tym nie robi. Pisałem o tym kilkakrotnie, wyrażając przypuszczenie, że to jest wynikiem założeń ideologicznych PO, albo cichego przyzwolenia na bogacenie się „jak kto może” – kosztem państwa i społeczeństwa, może też jest i objawem działania syndykatu biznesowego jako opanował środowisko polityczne PO i pilnuje zachowania warunków do robienia szybkich majątków – żerując faktycznie na społeczeństwie…

Faktem jednak jest, że jeśli tak jak zaplanował minister pracy – do urzędu przyjdzie osoba stwierdzając że jest bezrobotna a jednocześnie, że nie życzy sobie żadnych ofert a tylko ubezpieczenie – to automatycznie zachodzi pytanie o jej źródła finansowania podstawowych potrzeb – z uwagi na wspomniany obowiązek podatkowy. Wszystkie takie osoby powinny być skrupulatnie prześwietlane przez urząd kontroli skarbowej, głównie w poszukiwaniu nielegalnych pracodawców ich zatrudniających. Jednak nic takiego się nie dzieje; państwo wie o szarej strefie i nic z tą wiedzą nie robi. Wie o powszechnym procederze unikania przez drobnych przedsiębiorców płacenia składek do ZUS i z tym także nic nie robi… prócz narzekania na niedobory pieniędzy w ZUS i prognozowania szybkiego „bankructwa” systemu ubezpieczeń…
Inne elementy reformy to rozpoczęcie współpracy z organizacjami pozarządowymi, prywatnymi agencjami zatrudnienia oraz ośrodkami pomocy społecznej.
Niestety wpływ tego na skuteczność walki z bezrobociem najprawdopodobniej będzie minimalny, z tych samych zresztą powodów które już wymieniłem; miejsc pracy od tego nie przybędzie i mentalność przedsiębiorców się od tego także nie zmieni…

Prócz innych mało jak się wydaje istotnych zmian, dochodzi jeszcze jeden pomysł ministra: uzależnienie płac w urzędach jak również i budżetu urzędów pracy – od ich skuteczności. Znów mamy do czynienia z działaniem niedotyczącym istoty samej przyczyny bezrobocia, choć to moim zdaniem może odegrać pewną rolę, jak się „będzie chciało” z przyczyn materialnych – to może efekty będą lepsze… Inne pomysły ministra są mało oryginalne: dopłaty do płac zatrudnionej osoby z grupy 50+, czyli rozwój dotowania zatrudnienia, utworzenie Krajowego Funduszu Szkoleniowego… Pewnie, że bodziec materialnego zainteresowania na przedsiębiorcę zawsze działa; po prostu robi to co mu wychodzi taniej, dotowanie zatrudnienia daje ten efekt doraźny, ale psuje gospodarkę. Postulowałem niedawno wprowadzenie innego mechanizmu materialnego zainteresowania pracodawców zatrudnianiem osób starszych, bardziej na zasadach podobnych do PFRON…

Niestety: jestem tu pesymistą. To jest namiastka reformy, pozoracja by „coś” robić. Dopóki działania nie dotkną bezpośrednich przyczyn bezrobocia – żadnych liczących się efektów nie spodziewam się.
Czas działa co prawda na korzyść urzędników, ale zdecydowanie i skutecznie na niekorzyść ludzi pozbawionych zatrudnienia; zanim minister Kosiniak Kamysz lub jego następca znajdzie wreszcie właściwy „ślad” – problem może się „sam” w dużej mierze rozwiązać, z gwałtownym wzrostem liczby ludzi chowanych na cmentarzach komunalnych na koszt samorządu lokalnego oraz z gwałtownym zapotrzebowaniem na miejsca w domach pomocy społecznej dla ludzi wykolejonych przez długotrwałe bezrobocie, apatię, depresję, uciekających przed tym wszystkim w alkoholizm… ludzi którzy już będą to społeczeństwo tylko „kosztować” zamiast pracować dla jego rozwoju…;na szczęście pomocą społeczną zajmuje się także ten sam minister, więc nie stanie się urzędnikiem zbędnym… i chyba o to chodzi…

24/10/2013

Kolejne marnotrawstwo pieniędzy EFS – śliczne kursy „psu na budę”.

Pisałem niedawno o tym, że w okresie 2012/2013 wygaszono prawie całkowicie szkolenia przekwalifikowujące lub uaktualniające kwalifikacje dla osób bezrobotnych z grupy wiekowej „50+”, finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Stało się tak na fali krytyki związanej z efektami ewaluacji, ujawniania się ogromnej nieskuteczności tego programu i jednocześnie jego ogromnych kosztów. Po prostu władza przesadziła z „puszczeniem wszystkiego na żywioł” – cyniczny i zachłanny żywioł biznesowy pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej. Być może obawiano się też trochę zbytniego nagłośnienia tej sprawy i reakcji unijnych instytucji kontrolnych lub samego EFS. Nagle znikło wszelkie zainteresowanie szkoleniami dla osób niepracujących za to zaczęły mnożyć się oferty skierowane do osób pracujących i ich pracodawców, szczególnie działających w kilku wybranych branżach.

Co do ewaluacji – zadbano o to, by nie stworzono narzędzi rzeczywistej kontroli efektywności szkoleń bezrobotnych, mających dzięki temu otrzymać szansę trwałego zatrudnienia.
Jeśli przyjmuje się na przykład, że sukces szkolenia następuje wówczas, gdy uczestnik takiego kursu znajdzie w ciągu trzech miesięcy od jego zakończenia jakiekolwiek zatrudnienie, to prowadzi to do absurdu, gdyż nie bada się czy wspomniane zatrudnienie ma jakikolwiek związek z tym kursem czy szkoleniem; związek tematyczny ale i związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli np. kobieta pięćdziesięcioletnia ukończy kilkutygodniowy kurs podstaw księgowości, to księgowo po prostu nie jest, nie ma też doświadczenia praktycznego i nie ma na nie szans, gdyż nie uzyskuje żadnego zatrudnienia prawdopodobnie ze względu na wiek (niezależnie od liczby i jakości przebytych kursów). Jeśli w okresie do trzech miesięcy, przymuszona biedą, głodem, podejmie pracę np. sprzątaczki na umowę na czas określony (np. pracę tymczasową) to w myśl zasad ewaluacji szkoleń dotowanych z EFS – kurs odniósł sukces. To, że nie uzyskała pracy choć częściowo związanej z tematem kursu – księgowością (sprzątanie biur działu księgowości w jakiejś firnie – to jednak nie księgowość), że po kilku miesiącach ponownie powróci do rejestru bezrobotnych gdy minie okres jej zatrudnienia tymczasowego – już nikogo nie obchodziło a przecież to w ewidentny sposób świadczy o klęsce, o bezsensowności tak zaprojektowanego szkolenia czy wręcz o skandalicznym marnotrawstwie pieniędzy z funduszy unijnych. Sukces odniosła tu jedynie firma szkoleniowa prowadząca ów projekt; to sukces w sensie finansowym, oraz – w sensie sprawozdawczym – instytucja nadzorująca i pośrednicząca, czyli odpowiedni Wojewódzki Urząd Pracy i Ministerstwo Pracy.

W nowej perspektywie finansowej proceder ten zaczyna się odradzać, powtarzać. Widać tu, że niepowodzenie poprzedniego programu dofinansowania projektów unijnych nie było skutkiem niewiedzy czy braku doświadczeń a świadomie dopuszczonym „przekrętem” mającym jedynie „sprywatyzować” jak najwięcej z dostępnych pieniędzy a w żadnym wypadku nie zmniejszyć bezrobocia, jakie jest przykrywką dla tych działań i daje świetne alibi oszustom, rozgłaszającym na wszystkie strony o swoim zaangażowaniu społecznym i „misji”.
Jedyną różnicą jest dziś to, że oferta nie jest już skierowana bezpośrednio do bezrobotnych.
Dla przykładu; we Wrocławiu aktualnie trwa rekrutacja na kurs podstaw obsługi komputera dla osób z grupy „50+” w tym i osoby w wieku 64 lat niepracujące lecz deklarujące chęć podjęcia pracy. Różnica polega na tym, że projekt ten nie dotyczy Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki priorytetu VI, np. 6.1.1 – w którego ramach organizowane były kursy dla bezrobotnych, a priorytetu IX, mianowicie 9.6 upowszechnianie uczenia się dorosłych; 9.6.2 – upowszechnianie kompetencji osób dorosłych z zakresu ITC. Projekt ten trwa od jakiegoś czasu, cyklicznie „wypuszczając” osoby które dzięki temu po raz pierwszy zetknęły się z komputerem i oprogramowaniem i jakoś to przeżyły, wieszając sobie na ścianie swój certyfikat ECDL w złotych ramkach. Ma on duże zainteresowanie, bo jest dla uczestników absolutnie darmowy.

Czy to ma jakikolwiek związek z bezrobociem?
Wydaje się, że bezpośrednio – nie. Projekt ten nie ma na celu wpływać na stan bezrobocia. Być może firmy szkoleniowe zrozumiały już, że powodem bezrobocia w tej grupie wiekowej nie jest brak kompetencji a po prostu – nastawienie pracodawców by ludzi w tym wieku nie zatrudniać niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, no może poza pokrewieństwem i koligacjami rodzinnymi.

Bardzo dobrze, że dba się o rozwój kompetencji tak zwanych „seniorów”, z punktu widzenia społecznego to świetnie, że ktoś taki może dzięki Europejskiemu Funduszowi Społecznemu odkryć całkiem nowe dla siebie obszary życia, choćby poprzez samodzielne korzystanie z komputera jako środka dostępu do informacji, wiadomości itp. Osoby 64-letniej po takim kursie komputerowym i tak dziś nikt nie zatrudni do żadnej pracy, dokładnie tak jak i przed takim kursem. Rozumiem więc, że beneficjentami mają być tu seniorzy posiadający jakieś źródła środków na podstawowe utrzymanie, np. pozostający na utrzymaniu swoich rodzin (dzieci).

Powtórzę tu jednak po raz kolejny: moim zdaniem sytuacja niedoboru powinna powodować koncentrację środków na celach najważniejszych, najtrudniejszych, najpilniejszych. Sytuacja w której są pieniądze na rozwój umiejętności seniorów, na budowę fontann, upiększanie miast, remonty parków miejskich, na wielkie przedsięwzięcia kulturalne dla elity a jednocześnie setki tysięcy bogu ducha winnych osób z powodu systemowej odmowy zatrudnienia walczy o przetrwanie każdego dnia, by jakimś cudem utrzymać dach nad głową, zdobyć schludną odzież i zjeść choć jeden posiłek dziennie – jest sytuacją skandalicznego wypaczenia, wynaturzenia – wywodzącego się z ideologii PO.
Nie czas teraz na "zabawianie" seniorów-emerytów, urozmaicanie im nudnego życia.
Jest teraz czas na stworzenie warunków dla powstania bardzo wielu potrzebnych miejsc pracy i to nie pracy czasowej i dotowanej.
Jest teraz czas na kierowanie gospodarką przez władze publiczne, stwarzające przedsiębiorcom właściwy i jak najbardziej korzystny klimat dla działalności i inwestycji, ale także i nie zapominających o elementarnych potrzebach społecznych.
Jest czas na wielki program szkolenia przedsiębiorców mający uświadomić im niezbędną konieczność przestawienia polityki kadrowej na zatrudnianie osób starszych bo taka jest przyszłość demograficzna Polski i całego świata.
Jest wreszcie najwyższy czas na stworzenie mechanizmu finansowego skłaniającego pracodawców do zatrudnienie osób starszych na wzór mechanizmu PFRON dotyczącego osób niepełnosprawnych.

Jednego nie wolno: milczeć i udawać, że „nie ma problemu”.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

29/08/2013

Tajna pełnosprawność?

Żeby sprawa była jasna, od razu napiszę, że nie zazdroszczę niczego osobom rzeczywiście niepełnosprawnym.
Osoby niepełnosprawne powinny w miarę posiadanych możliwości móc pracować, nawet nie tylko zarabiać, posiadać pewną niezależność finansową wobec choćby własnej rodziny, ale właśnie pracować, robić coś, najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego o czym myślały „przed”.
Najczęściej jakaś forma pracy (zarobku i „spełniania się” była technicznie czy fizycznie możliwa, ale sprawa trafiała na opór, niechęć, wygodnictwo tych od których zatrudnienie zależało a także i barierę finansową w sprawie „stworzenia warunków”. Skutkowało to wszystko bardzo niewielkim procentem pracujących osób niepełnosprawnych.
Państwo jakie było – to było, ale potrafiło stworzyć przepisy prawne znacznie zbliżające niepełnosprawnych do uzyskania pracy, głównie poprzez system pomocy finansowej pracodawcom w stworzeniu i zorganizowaniu stanowisk pracy dla osób niepełnosprawnych oraz znoszenia barier fizycznych, np. komunikacyjnych. Metoda była radykalna i dość charakterystyczna dla minionego systemu, ale za to – skuteczna. Powstały przepisy w formie Ustawy o PFRON, wprowadzające do facto mechanizm skutecznego nakłaniania pracodawców do zatrudnienie niepełnosprawnych; większe firmy otrzymały obowiązek płacenia składki „haraczu” na rzecz PFRON a wysokość tego obowiązkowego świadczenia mogło pomniejszyć (aż do zera) zatrudnianie osób niepełnosprawnych w liczbie wyznaczonej przepisami, proporcjonalnej do liczby wszystkich zatrudnionych. Np. firma zatrudniająca 50 osób powinna w myśl tejże ustawy zatrudnić 6 osób niepełnosprawnych, zatrudnienie każdej z nich zmniejszało haracz należny PFRON o jedną szóstą. Przy takim „janosikowym” zatrudnianie osób niepełnosprawnych zaczęło się liczyć w finansach przedsiębiorstwa tym bardziej, że oprócz zmniejszania składki w grę wchodziło wiele innych form dofinansowania pracodawcy w postaci dopłat ”celowych” na przystosowanie i wyposażenie niestandardowego stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej, na zniesienie barier komunikacyjnych a nawet na zaangażowanie asystenta stałego dla takiej osoby, na czas jej pracy zawodowej.

Powstały dzięki temu firmy specjalizujące się w zatrudnianiu głównie właśnie osób niepełnosprawnych i tu… zaczęło się ujawniać pewne zagrożenie. Polski przaśny kapitalista – nuworysz przemyślną bestią jest, więc szybko zaczął „kombinować”: z jednej strony jest oszczędność w kosztach firmy przy wykorzystaniu wszystkich propozycji przewidzianych w ustawie, ale bardzo z drugiej strony ogranicza to możliwości wykonawcze firmy. Cóż więc zrobić, by wykorzystać wszelkie możliwości obniżenia kosztów poprzez zwolnienie ze składki na PFRON i przeróżne dofinansowania, ale jednocześnie mieć krzepkich ludzi do pracy…?

Już kiedyś zwracałem uwagę w którymś ze swoich felietonów, że aktywność takich firm koncentruje się dziwnym trafem wokół rodzajów prac które wymagają właśnie ponadprzeciętnej pełnosprawności. Na przykład – sprzątanie: osobami sprzątającymi są przeważnie panie, praca jest tu bardzo obciążająca zarówno przez samą swoją specyfikę fizyczną (różne pozycje ciała, schylanie się, na kolanach, noszenie wiader z wodą, praca na wysokości w niewygodnej pozycji (mycie okien), itp. Do pracy posługują się najczęściej różnej wysokości drabinami rozkładanymi – więc istnieje tu wymóg szczególnego poczucia równowagi. Poza tym – odkurzacz, mop, szczota do szorowania…

Polski kapitalista by szybciej zarobić na tego swojego nowego mercedesa ogranicza koszty jak może maksymalnie, więc zmniejsza też liczebność pracowników co powoduje coraz większe obciążanie każdego z nich pracą fizyczną (coraz większe „rejony” do sprzątnięcia). Bardzo często jest to praca w nocy, kończąca się o 5 czy 6 rano. Taka brygada sprzątająca np. zaplecze hotelowe (kuchnie, magazyny, baseny, sauny, stołówki, restauracje, sale klubowe itp. – musi robić to niejako „w biegu” by zdążyć przez wyznaczony (wyśrubowany) czas (w którym goście hotelowi smacznie śpią) wykonać swoje zadania, i tak codziennie… codziennie… od takiej pracy nawet osoby silne i w pełni sprawne bolą mięśnie, kręgosłup, „wariuje” zegar biologiczny…

Czy to jest praca dla osób niepełnosprawnych?
Okazuje się, że tak… przynajmniej w mniemaniu niektórych pracodawców.
Znalazłem dziś akurat następujące ogłoszenie:
„(…)Wymiar zatrudnienia: Pełny etat
Forma zatrudnienia: Umowa o pracę

Pilnie zatrudnimy Panie / Panów do prac porządkowych na terenie kompleksu sportowego w centrum Szczecina.
Praca polegała będzie na utrzymaniu w czystości obiektu.

Oferujemy:
- Zatrudnienie w ramach umowy o pracę na pełen etat,
- pracę 5 dni w tygodniu (wg harmonogramu od poniedziałku do niedzieli)
- niezbędne narzędzia pracy

Wymagane:
- sprawność fizyczna umożliwiająca wykonywanie obowiązków,
- systematyczność, dokładność,
- orzeczenie o niepełnosprawności,
- predyspozycje do pracy w nocy.


Zainteresowanych proszę o przesłanie danych kontaktowych z informacją o stopniu niepełnosprawności lub dołączenie Cv…”

I właśnie: wymaganiem jest „sprawność fizyczna umożliwiająca spełnianie obowiązków” a jak to opisałem powyżej – owa sprawność przy takiej pracy najczęściej musi być PONADPRZECIĘTNA, czyli wyższa niż normalnie. Żeby wysprzątać taki obiekt sportowy (olimpijski kompleks pływacki, hala widowiskowo-sportowa?) – to trzeba okropnie „zapierniczać” niemalże „w biegu” i to przez całą noc, czyli w godzinach gdy obiekt jest wyłączony z użytkowania; do tego potrzeba OSIŁKÓW A NIE NIEPEŁNOSPRAWNYCH! A przede wszystkim – ludzi który już zostali poddani „doświadczeniu” Tuskowego liberalizmu, odczuli brak pracy, poznali głód i nędzę i są zdesperowani, by brać każdą, nawet dla nich zbyt ciężką pracę – byle jakoś przetrwać, zarobić uczciwie na swój chleb z margaryną…

Ale jednocześnie niepełnosprawni – dużo taniej się naszemu przaśnemu kapitaliście kalkulują…
Więc jak to połączyć?
Nie chcę nic sugerować w tym konkretnym przypadku, ale ogólnie – pomysł się nasuwa jeden: by „niepełnosprawni” byli jak najbardziej pełnosprawni a tylko posiadali zaświadczenia o jakimś stopniu niepełnosprawności, najlepiej tego typu przy którym nie jest to zewnętrznie widoczne. Jest tajemnicą poliszynela, że mieliśmy już w naszym kraju „afery” z różnymi „dożywotnimi rencistami” zdrowymi jak przysłowiowe byki, żyjącymi sobie spokojnie na koszt społeczeństwa na podstawie „nie do końca rzetelnych” orzeczeń lekarskich, więc sprawa być może powinna być interesująca dla CBŚ, a może dla CBA, a może i tej i tamtej służby jednocześnie.

Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości:
W proponowaniu prac szczególnie ciężkich osobom „posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności” jest jednak coś dziwnego i na to jedynie chciałem zwrócić uwagę.

22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


18/07/2013

Handel pracą – czy gra z oszustem.

Jest rzeczywista nierównowaga na tak zwanym "rynku pracy", która powoduje, że rynek pracy nie jest rynkiem pracy a raczej bardziej przypomina targ czarnoskórych niewolników. Wynika to z "utajnionych" przed społeczeństwem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej oraz jej koalicjanta.
Sytuacja w rzeczywistości wygląda inaczej.

Przedsiębiorcy potrzebują pracowników.

Prócz działalności drobnej, wykonywanej osobiście – jak w przypadku drobnych rzemieślników usługowych pracujących osobiście, osób wykonujących tzw. „wolne zawody” albo artystów (twórców), w pozostałych wypadkach przedsiębiorca musi zatrudnić pracowników, jednego lub większą ich liczbę, po to, aby móc wypracować optymalny zysk. Często sama technologia pracy (produkcji) wymaga współdziałania wielu osób, obowiązują pewne przepisy BHP, poza tym – istnieje zawsze bariera kompetencji; wiedza potrzebna do wykonywania różnych zadań jest zbyt różnorodna i obszerna, by mógł ją posiadać jeden człowiek.
Słowem – przedsiębiorca przeważnie musi być pracodawcą, by przedsiębiorstwo rozwijać, to znaczy pracownicy najemni są mu absolutnie niezbędni.
Świadomość „bycia niezbędnym” powoduje z kolei wzrost oczekiwań potencjalnego pracownika, głównie oczekiwań dotyczących płacy – bo to płaca, pieniądze pochodzące z wynagrodzenia za pracę są tym, co napędza aktywność człowieka objawiającą się w podejmowaniu pracy.
Tak jak przedsiębiorca podejmuje wysiłek prowadzenia działalności gospodarczej dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb – materialnych, ambicjonalnych, intelektualnych – tak i pracownik podejmuje pracę najemną faktycznie dla siebie, dla zdobycia wynagrodzenia pieniężnego za pomocą którego może zaspokoić swoje własne potrzeby – materialne, ambicjonalne czy intelektualne.

Pracownicy potrzebują przedsiębiorców.

Świadomość „bycia potrzebnym pracodawcy” wraz ze świadomością swoich umiejętności – wzmacnia poczucie wartości, w tym i „wartości rynkowej”, co wpływa na oczekiwania; na poziom wynagrodzenia jakie może przez pracownika zostać uznane za wystarczające. Pracodawca z tego powodu – poniekąd wbrew faktom – nie jest skłonny nigdy przyznać, że potrzebuje pracowników, w szczególności – pewnych konkretnych osób. Odwrotnie: im bardziej potrzebuje - tym skrzętniej to oficjalnie ukrywa.
Atutem pracodawcy jest tu podaż pracy zazwyczaj przewyższająca popyt na nią; konkurencja wśród nadmiernej ilości potencjalnych pracowników o miejsce pracy. Jeśli poczucie wartości pracownika wzrasta ponad pewien poziom możliwy do zaakceptowania, objawia się nadmiernym oczekiwaniem wzrostu płacy – pracodawca sięga do argumentu konkurencji, strasząc szukaniem lub po prostu szukając pracownika o mniejszych wymaganiach, ale podobnych kwalifikacjach. Najczęściej wolałby pracownika nie zmieniać z uwagi na jego kompetencje, wydajność itp., zewnętrznie jednak demonstruje dużo gorszą ocenę pracownika, zbijając tym jego argumenty na rzecz wzrostu płacy.
Pracownik wie również, że płaca jest przedmiotem pewnej umowy którą można do pewnej granicy negocjować, lecz wie też, że pewnej granicy nie należy przekraczać, dlatego oczekuje wzrostu płacy, ale przeważnie nie może swojego zatrudnienia od tego bezwzględnie uzależnić. Jest tu po prostu pewna dość skomplikowana gra zwana „grą rynkową”. Dokładniej – byłaby, gdyby nie działania niszczące „rynek”.
Pracodawcy ostentacyjnie udają brak zainteresowania roszczeniami pracowników, udając że „robią łaskę” zatrudniając ich, pracownicy poszukują wyższego wynagrodzenia za swoją pracę, udając się do innych pracodawców, często konkurujących biznesowo z ich dotychczasowym pracodawcą.
Pracodawcy dla wspólnego interesu umawiają się ze sobą w sposób nieformalny co do wartości poszczególnych rodzajów pracy, po to by ograniczyć presję na podwyżki płac pod groźbą odejścia pracownika do innego pracodawcy, do „konkurencji”.
Pracownicy natomiast zrzeszają się w organizacje walczące w sposób prawny lub nawet „siłowy” o zapewnienie wzrostu płac, zachowania praw wynikających z przepisów regulujących sprawy zatrudnienia.
Tak więc – sprawa zatrudnienia i pracy najemnej jest „polem nieustannej bitwy” stron w wyniku której istnieje określony stan praw i obowiązków po obu stronach.
„Bitwa” ta jest starciem przeciwstawnych interesów.
Pracownik chce możliwie dużo zarobić, ale kosztem czasu pracy ograniczonego, nieprzekraczającego granicy maksymalnego obciążenia organizmu, nie wywołującego trwałych negatywnych skutków zdrowotnych, dającego dość czasu na odpoczynek i życie rodzinne. Pracodawca chce natomiast uzyskać maksymalną różnicę pomiędzy przychodem a kosztem, by dało to możliwie największy zysk, kosztem zwiększania wymagań, obciążenia pracowników, likwidacji ich uprawnień – czyli swoich obowiązków.
Na ten zysk zasadniczy wpływ – prócz konstrukcji samego biznesplanu i wydajności pracy – mają koszty pracy, a na koszty pracy wpływa zasadniczo typ umowy łączący strony. Zatrudnienie czyli stosunek pracy niesie za sobą spore korzyści ale i duże obowiązki dla pracodawcy a wynika to z przepisów Kodeksu Pracy, któremu są podporządkowane takie umowy. Z kolei umowa cywilna np. zlecenie – nie niesie ze sobą większości z tych obowiązków, bo zupełnie nie podlega przepisom Kodeksu Pracy, ale też i efekt pracy jest inny.

Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że nie istnieje prawnie dopuszczalny dylemat w odniesieniu do danego zadania jakie ma być wykonane – czy ma być do tego zastosowana umowa-zlecenie czy zatrudnienie; umowa-zlecenie i umowa o pracę dotyczą zasadniczo zupełnie innych rodzajów zadań, innych warunków ich wykonywania, dlatego umowy te nie dają się nawzajem zastępować w zgodzie z prawem. To są po prostu zasadniczo inne rodzaje umów przystosowane do zupełnie innych rodzajów zadań, jakie są do wykonania.

W związku jednak z niższymi kosztami związanymi prawnie z umową zlecenia – pracodawcy usiłują stosować ten rodzaj umów w sytuacjach, w których typ i warunki wykonywania zadań jednoznacznie wymagają stosowania umowy o pracę. Usiłują pomimo wszystko zastępować umowę o pracę – umową zlecenia, umową o działo albo nawet i umową agencyjną.

To oczywiście działanie absolutnie bezprawne, w sposób oczywisty przepisami prawa zabronione.

Praworządność polska ma jednak to do siebie, że niezmiernie zależy od ludzi nie tylko na etapie ustalania zasad, ale też – ich respektowania. Pojęcie praworządności zawiera założenie istnienia jakiegoś obiektywnego arbitra, który miałby rozstrzygać o zgodności wszelkich działań z prawem. Takim arbitrem mogłaby być na Państwowa Inspekcja Pracy lub wydziały pracy sądów rejonowych. Tymczasem obecnie – rozstrzygnięcie to na etapie egzekwowania prawa nie jest obiektywne; daje jednoznaczną przewagę stronie pracodawców. To skutek działania ideologii władzy. Oznacza to w praktyce – pewien stopień praktyczniej niemożności wyegzekwowania prawa, pewien stopień tolerowania samowoli, swobodę ignorowania prawa, postępowania wykorzystującego nieuprawnione „interpretacje” przepisów – wypaczające ich właściwy, pierwotny sens.
Działania tak „uzbrojonych” pracodawców już dawno przestały być jedynie „grą” mającą przechytrzyć pracownika. System wyłączenia mechanizmów rynkowych dla interesu przedsiębiorców poszedł już dziś dużo dalej. Od ustalenia zasad gry przez jedną ze stron, zmuszenia osób potrzebujących zatrudnienia jako źródła podstawowego dochodu - do „tańczenia jak im się gra” w myśl jakichś niepisanych albo pisanych nieformalnie zasad "rekrutacji" na wolne stanowiska pracy. Wykształciła się konkretna grupa „wyrobników” tego "przemysłu podporządkowania" w postaci elity „zawodowych rekruterów” działających w imieniu tego „kto płaci” i rozwijających twórczo cały idiotyczny na pozór system nacisków, manipulacji, niezdrowej konkurencji,okłamywania i dezinformowania. Wymyślono całą niemalże ideologię „sztuki pisania życiorysów” i zasad pisania podań o przyjęcie do pracy – idiotycznie zwanych „Listami Motywacyjnymi”.
Nastąpił też etap nasilonej kampanii uczącej tak na prawdę ludzi poszukujących pracy – podświadomego ustawiania się na pozycji petenta, klienta,kogoś kto o coś prosi i ma prosić ładnie, ma się wdzięczyć, troszkę łgać ale sprytnie, ma się sam traktować jak „lekko nieświeży towar” – który trzeba sprytnie wcisnąć przygłupiemu klientowi.

Ten etap już jest za nami.
Dziś mamy do czynienia ze świetnie już zorganizowanym „syndykatem” pracodawców, z zaawansowanym przemysłem wprowadzania stopniowych zmian w przepisach prawa, tak aby nie wywołać nadmiernego oporu czy zaniepokojenia społecznego a stale zmierzać w docelowym kierunku. Na horyzoncie zaś jest tam społeczeństwo zamienione w bezładną i niezorganizowaną masę niewolników, trzymanych na niewidzialnych smyczach i zachowujących się w dokładnie przewidziany sposób a jednocześnie – ufających w legendę „liberalizmu” i cieszących się ze swojej pożałowania godnej „wolności”…

27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

28/04/2013

Kuglarstwo, czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi "n"?

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie, korzystając zapewne z możliwości otrzymania wyższych kwot na walkę ze skutkami bezrobocia, wygospodarował większą niż zwykle liczbę miejsc pracy dotowanej – na zasadach interwencji w rynek pracy.
To zjawisko ostatnio dość powszechne w całym kraju, bo wynikające z dyrektyw Ministerstwa Pracy; można oczywiście się spierać czy motywowanych jedynie nakazem zmniejszenia statystyk bezrobocia – dla efektu propagandowego potrzebnego Premierowi, czy też może obudziły się w urzędnikach jakieś ślady drzemiącej w nich solidarności międzyludzkiej, zrozumienia i współczucia… (no, tu chyba już przesadziłem…).
Chodzi o to, że w sytuacji wysokiego bezrobocia (w Nysie – rzędu 24%) urzędy pracy mogą interweniować w rynek pracy poprzez pomoc organizacyjną i finansowanie miejsc pracy dotowanej (do 50% kosztu wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne) na okres do 6 a w niektórych przypadkach 12 lub 18 miesięcy. Tego typu zatrudnienie ustawa nazywa pracami interwencyjnymi oraz robotami publicznymi, zależnie od tego kto jest ich organizatorem. Możliwość ubiegania się jednostek organizacyjnych gmin, instytucji budżetowych, urzędów, instytucji kultury i edukacji – istnieje zawsze, zależnie jedynie od ilości środków jakie poszczególne powiaty mogą czy chcą przeznaczyć na ten cel; gdy są na to środki – powiatowe urzędy pracy ogłaszają także konkursy dla organizatorów staży dla osób bezrobotnych płatnych dla stażysty w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, co także jest formą pomocy w postaci aktywizacji bezrobotnego dotowanej na rzecz organizatora stażu. Jednak, gdy staże są formą skierowania na praktykę bez wykreślania bezrobotnego z ewidencji (bez utraty statusu osoby bezrobotnej), trwają 3 – 6 miesięcy i są obliczone na uzyskanie praktyki wykonywania jakiejś pracy i zwiększenia dzięki temu szansy na trwalsze zatrudnienie dzięki poznaniu przez pracodawcę konkretnego stażysty, to prace interwencyjne oraz roboty publiczne są już normalną formą zatrudnienia.
Dotychczas oferty pracy w formie robót publicznych ukazywały się wraz z wszystkimi innymi ofertami za pośrednictwem centralnej wyszukiwarki Powszechnych Służb Zatrudnienia, obecnie często są dostępne lokalnie w PUP. Tego typu praca to zatrudnienie na umowę o pracę na czas określony, z wynagrodzeniem w wysokości najniższej płacy (obecnie 1600 brutto).
Dla osoby bardzo długo nieraz bezskutecznie starającej się o pracę, nie otrzymującej żadnych ofert od PUP lub mimo ofert systematycznie odrzucanej przez pracodawców podczas rekrutacji (np. pod jakimkolwiek pretekstem a w rzeczywistości – ze względu na wiek), zdobycie takiej pracy jest wielkim szczęściem, bo fakt dotowania zatrudnienia daje jej szansę na pracę a więc i dochód, przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy wysokim bezrobociu ludzie pozbawieni pracy bardzo sobie cenią i walczą o takie zatrudnienie, bo jest ono bardziej dostępne (jako że kosztuje pracodawcę dużo mniej), zresztą zdają sobie oni sprawę, że przy ewentualnym „normalnym” zatrudnieniu także ich umowa najprawdopodobniej miałaby charakter czasowy a wynagrodzenie także wynosiłoby „najmniej ile tylko prawo pozwala” czyli 1600 brutto za pełny wymiar czasu pracy.

Podkreślę to szczególnie jeszcze raz: dla osoby przymierającej głodem i zadłużającej się by utrzymać dach nad głową (czynsz), osób które „polują” w PUP na każdą okazję pracy – wywalczenie skierowania na rozmowę rekrutacyjną do pracodawcy przyjmującego na roboty publiczne lub prace interwencyjne oraz pozytywny wynik tej rozmowy – przyjęcie do pracy – to wielka radość i szczęście. Piszę to z własnego doświadczenia, zarówno jako były „stażysta” PUP oraz pracownik zatrudniony na zasadzie robót publicznych.
Jeśli więc ktoś jest zarejestrowany jako bezrobotny w Nysie od 1996 roku – to znaczy że urząd nie zaoferował mu od tego czasu ani razu żadnej stałej pracy… albo pomimo ofert, żaden pracodawca nie zdecydował się tej osoby zatrudnić? Pytanie – dlaczego. W urzędzie nikt sobie ani pracodawcom tego pytania nie zadał? Przecież przez ten czas człowiek ten zdążyłby skończyć nawet dwie szkoły by się przekwalifikować na inny zawód. Jeśli natomiast to człowiek z pogranicza środowiska patologicznego, to można go było skierować na zatrudnienie socjalne, do CIS czy w ramach przyuczenia do jakichś prostych prac. Jedno jest pewne: człowiek ten nie jest bezrobotny w rozumieniu ustawy a jeśli jest – to znaczy co najwyżej, że ta ustawa jest do niczego.
Wydaje mi się jednak, że chyba żyję w jakimś innym świecie czy wymiarze, a to za sprawą „afery” wokół Dyrektora PUP w Nysie – Kordiana Kolbiarza i jego poczynań.

Powiat Nyski boryka się ze sporym kryzysem lokalnego rynku pracy, bezrobocie rejestrowane sięga tam już prawie do 24% choć to nic nie mówi o bezrobociu rzeczywistym. Istotna jest tu liczba ofert zatrudnienia: na przykład w dniu dzisiejszym jest ich łącznie 23 – zebranych z okresu minionych 30 dni. Dla porównania – w Koszalinie w tym samym czasie jest ich 82 a w Warszawie – 319 ofert. Pojawia się ich w Nysie co najwyżej kilka na dzień, natomiast zarejestrowanych bezrobotnych jest tam ponad jedenaście tysięcy, w tym wielu od bardzo dawna, nawet podobno od 1996 roku. Strona PUP lub PSZ wprowadza tu w błąd, gdyż oferty tam publikowane są przez PUP uważane za ważne przez okres 30 dni, natomiast najprawdopodobniej przy tak wielkim bezrobociu przestają być rzeczywiście aktualne już w dniu pierwszej publikacji lub w ostateczności następnego dnia rano. Pojawia się ogłoszenie, natychmiast zgłaszają się do pośredników pracy w PUP osoby bezrobotne oraz osoby poszukujące pracy, kilka z nich jest kierowanych na rozmowę do tego pracodawcy poszukującego pracownika i najczęściej jedną z nich ten pracodawca wybiera, powiadamiając o tym urząd pracy. Oferta w rzeczywistości w tym momencie przestaje być aktualna, przestaje już być aktualna gdy urząd skieruje tam 5 – 6 osób i pozostałym każe czekać na efekt, ale w PUP „wisi” ona na wykazie ofert jeszcze przez miesiąc. Żaden pracodawca nie będzie czekał aż miesiąc z faktycznym zatrudnieniem wybranego kandydata, jedynie po to, by spełnić jakieś biurokratyczne standardy PUP. Oceniając ilość ofert trzeba to uwzględnić, więc okazuje się, że jest ich w Nysie bardzo mało.
Wracając do problemu „udawanych” bezrobotnych, jak pisałem powyżej; by zweryfikować bezrobotnego należy go wezwać do urzędu i wręczyć ofertę pracy, z obowiązkiem poinformowania urzędu następnego dnia o wyniku rozmowy z pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Pracodawca nie ma obowiązku przyjąć kandydata skierowanego przez PUP i wówczas bezrobotny czeka na kolejną ofertę, albo decyduje się zatrudnić go (np. na okres próbny) informując o tym PUP.
Otóż dyrektor Kolbiarz wykorzystując zapewne dodatkowe pieniądze na zwalczanie bezrobocia jakie są do dyspozycji od początku br. – współpracując z lokalnymi instytucjami zorganizował pewną ilość miejsc pracy dotowanej na zasadach robót publicznych i skierował na nie (z inicjatywy urzędu) osoby bezrobotne najdłużej pozostające w rejestrze. Jak pisałem – normalnie ludzie starają się o te skierowania, bo to jest po prostu płatna praca, chociaż tylko czasowa; w tym przypadku bezrobotni nie musieli o to walczyć a dostali skierowania do pracy na zasadach robót publicznych z inicjatywy urzędu pracy.
Okazało się, że 70% wezwanych osób nie stawiło się w urzędzie i nie stawiło się do pracy jaką im zaoferowano.
Na dodatek, działania dyrektora Kolbiarza zostały skrytykowane zarówno przez dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego, wielkie wątpliwości wyrażał też w tej sprawie dyrektor innego PUP – w Opolu.

W odniesieniu do treści ustawy – sprawa jest oczywista; bezrobotny otrzymał ofertę pracy, odmówił bez wystarczającego uzasadnienia, skwitował milczeniem, okazało się że jest nieobecny, bo pracuje za granicą (bez wiedzy urzędu) lub „jakoś tam” się utrzymuje (na czarno?) i nie potrzebuje takiej oferty – to traci status osoby bezrobotnej oraz związane z tym ubezpieczenie zdrowotne na okres 4 miesięcy po czym, jeśli sam chce, może się ponownie zarejestrować, jeśli tylko będzie wówczas spełniał wymogi ustawowe niezbędne do rejestracji. Podobno są plany wydłużenie tego okresu do 9 miesięcy. To absolutnie oczywiste i szkoda się nad tym rozwodzić.
Czy jednak był to ktoś kto świadomie wyłudza jedynie składkę ubezpieczenia?
To już nie jest takie oczywiste.
Urzędnicy nie rozumieją sprawy najprostszej, o której już niejednokrotnie pisałem: człowiek który został zwolniony z pracy ma początkowo jakieś niewielkie oszczędności, być może 2 – 3 tysiące odprawy czy odszkodowania, ale przy braku dochodów kwoty te niezmiernie szybko się wyczerpują i zostaje bez środków do życia (jeśli nie należy do tych 16% otrzymujących przez kilka miesięcy zasiłek dla bezrobotnych). Byłoby inaczej, gdyby urzędy pracy działały bardzo szybko i posiadały dużo ofert zatrudnienia, ale tak nie jest. Człowiek któremu skończą się posiadane zasoby, by utrzymać dach nad głową, by móc poszukiwać pracy i rozmawiać z pracodawcami – musi mieć wystarczające środki finansowe; oceniam je dziś, poza największymi ośrodkami, na 1450 – 1500,- netto, czyli rzędu 1900 – 2000,- brutto. Tymczasem zasiłek dla szczęśliwców którzy wykażą prawo do jego otrzymywania (16% bezrobotnych) wynosi ok. 800,- zł a najniższe wynagrodzenie na pełnowymiarową pracę – 1600,- brutto czyli 1180,- netto.
Człowiek nie może żyć bez pieniędzy, miesiącami czekając na jakąś ofertę pracy – jak tego od niego oczekuje ustawa czy dyrektor PUP – Kolbiarz czy jakikolwiek inny. Człowiek, gdy nie widzi szansy na ofertę pracy – sam szuka WSZELKICH MOŻLIWOŚCI zarobienia na podstawowe utrzymanie; wyjeżdża do pracy dorywczej do innego województwa albo za granicę, nie chcą go zatrudnić „normalnie” to zarabia „na czarno” – bo po prostu CHCE ŻYĆ – czyli MUSI ZAROBIĆ!.
Oczywiście; zadeklarowani oszuści czy lenie zdarzają się, to pewien margines, ale można wiele wspomnianych przypadków wyjaśnić po prostu opieszałością urzędu pracy, która wynika z kolei z zastoju gospodarczego, złej polityki gospodarczej lub jej braku – zastąpionym ślepym zdaniem się władzy na zarządzenia Komisji Europejskiej i jej dyrektywy. Człowiek po prostu nie chciał się stoczyć na śmietnik, oczekując bezskutecznie miesiącami na ofertę pracy z urzędu, więc podjął jakieś działania, choćby doraźne i nie jest niczym uzasadnione oskarżać go o próbę oszustwa czy wyłudzenia. Jeśli mógł zarobić na życie jedynie pracując nieoficjalnie i tracąc przy tym wiele choćby na IKE – to zrobił to, ale czy to można rozpatrywać w kategoriach jego winy?
To po prostu nienormalne, chore – przy statystycznym okresie poszukiwania zatrudnienia przez bezrobotnych sięgającym 1,5 roku – by oczekiwać, że będą oni szukać pracy albo choćby tylko żyć – bez pieniędzy.
Wspomniane wyżej osoby krytykujące, w działaniach dyrektora Kolbiarza dopatrywały się jedynie chęci manipulowania przy danych liczbowych, danych statystycznych.
Nie chodzi już nawet o dyspozycje władzy (rządu) by zmniejszyć bezrobocie rejestrowane (poprawić statystyki) z powodów politycznych. Nie zapominajmy, że minister pracy wprowadza także zmiany sposobu oceny poszczególnych PUP, łącznie z wpływem efektów pracy PUP na płace zatrudnionych w nim urzędników. Urzędy Pracy mają być rozliczane indywidualnie z efektów „aktywizowania bezrobotnych”, dlatego walka o korzystne dane statystyczne będzie narastała w całym kraju, nie tylko w Nysie.
Oczywiście, że można dość szybko, sztywno trzymając się treści ustawy, doprowadzić do zmniejszenia ilości osób zarejestrowanych w PUP o połowę czy nawet dwie – trzecie, ale ludzie ci w większości nadal pozostaną bezrobotni.

Obawy przed manipulacją danymi choćby dla celów kampanii wyborczej nie są tak nieuzasadnione, jakby się wydawało; ostatecznie był już okres „administracyjnego zmniejszania bezrobocia” na polecenie władzy, za czasów Jolanty Fedak z PO, będącej od 2007 roku ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Urzędy Pracy praktykowały wówczas np. wręczanie bezrobotnym po 2 – 3 oferty pracy jednocześnie, w taki sposób by nie byli oni w stanie choćby pod względem czasowym stawić się w ciągu jednego dnia na rozmowy u wskazanych 2 – 3 pracodawców, by potem właśnie za niestawienie się u któregoś z nich „z winy bezrobotnego” – karnie wykreślać ich z rejestru PUP. Są to jak najbardziej metody godne władzy z PO, stąd i dziś poważne obawy i zastrzeżenia nie tylko bezrobotnych, ale i osób odpowiedzialnych na wysokich stanowiskach.
Sprawy rejestru i tzw. „fikcyjnych bezrobotnych” trzeba uregulować, to oczywiste.
Jedyną jednak metodą rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia jest zwiększenie ilości miejsc pracy np. poprzez odbudowę niektórych zniszczonych w latach 90-tych gałęzi przemysłu, zmniejszenia importu wyrobów gotowych (np. z Niemiec) w zamian za zwiększenie krajowej produkcji, czasowe ograniczenie napływu pracowników najemnych ze wschodu i uruchomienie odpowiednich i celowych instrumentów pomocowych.
Dotowanie zatrudnienia choćby we wspomnianych stażach, pracach interwencyjnych czy robotach publicznych jest „majstrowaniem przy statystykach” i to na krótką skalę, gdyż nie wiąże się z powstaniem nowego trwałego miejsca pracy, ale wiąże się z wykreśleniem bezrobotnego z ewidencji na czas tego zatrudnienia. Oczywiste jest, że osoba zatrudniona w ramach prac interwencyjnych czy robót publicznych z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych po zakończeniu tej czasowej umowy o pracę a to nie jest „walką z bezrobociem” a właśnie „walka ze statystykami” tylko na krótki okres, na przykład – na czas wyborów…

_______________________________
Tekst zainspirowany artykułem: 
Arkadiusz Kuglarz: „Walka z bezrobociem czy statystyką bezrobocia”.

Odwiedziny: