BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.

24/09/2011

9.
Polska Platformy Obywatelskiej – Państwo tylko dla „zaradnych”.

W poprzednio opublikowanym tekście pt. „Nieodpowiedzialność Państwa” postawiłem tezę, mówiącą o tym, że Państwo w sposób celowy stwarza sytuację ewidentnego, motywowanego ideologicznie nacisku psychologicznego na obywateli, dotyczącego ich zachowań a zwłaszcza ich samopoczucia na tzw. „rynku pracy”. Określenie „rynek pracy” uznałem za puste, bo będące jedynie wytworem ideologii, dlatego ujmuję je w cudzysłów. Nacisk ideologiczny ma za zadanie stworzyć atmosferę paniki osób poszukujących możliwości pracy najemnej, całkowitego poddaństwa, wyzucia z poczucia godności czy własnej wartości, sztucznego napięcia skłaniającego do rezygnacji z jakichkolwiek oczekiwań, ostrej i bezwzględnej rywalizacji o „sukces”, jaki jest uzyskanie jakiegokolwiek stałego dochodu. Działania te zdają się być wprost totalne, bo obejmują i tworzenie specjalnego, celowego słownictwa w tej sprawie – oddziałującego na emocje, i sterowanie tzw. opinią społeczną, poprzez ingerencję we wszelkiego rodzaju popularne media przez najczęściej anonimowych funkcjonariuszy, często po prostu opłacanych za publikowanie wypowiedzi stwarzającymi efekt nagonki psychicznej na osoby mające zamiar podjąć pracę. Chodzi tu oczywiście o prostackie, agresywne opinie, często wyrażane językiem pozowanym na „młodzieżowy” , wrzucane masowo na wszelkie często odwiedzane fora i portale, a wyrażające oskarżenia o nieróbstwo, lenistwo, chęć życia na koszt społeczeństwa, albo wręcz o oszustwo, wyłudzanie świadczeń. Wiadomo jak może czuć się ktoś taki, poddany tego rodzaju presji: usilnie poszukując zatrudnienia tym bardziej skłonny jest do zapomnienia o wszelkich swoich prawach, celach życiowych, ambicjach a nawet skłonny do ukrywania swojej wiedzy czy kompetencji, byle tylko uzyskać jakiekolwiek zatrudnienie i nie czuć się napiętnowanym w tak agresywny sposób. mamy więc do czynienia ze zmasowanym atakiem psychologicznym – motywowanym ideologicznie.

Także i twierdzenia o rzekomym komforcie współczesnego życia, braku niebezpieczeństw wywołujących reakcję „uodpornienia” na trudności życia i nieumiejętność przewidywania – z winy rzekomych powszechnie dostępnych „pomocy”, ułatwień, nadopiekuńczości Państwa – należą niewątpliwie do katalogu takich działań aktywnej manipulacji opinią publiczną nakierowanej na agresję w stosunku do najsłabszych jednostek. Reakcje czasem przedostają się do mediów; są to wypowiedzi świadczące o całkowitym rozczarowaniu kontaktem z urzędami pracy, załamaniu poczucia wartości, upodleniu, jakie się odczuwa w takich kontaktach z urzędnikami urzędów pracy, nastawionymi na pogardę, konflikt, odgrodzenie się za wszelką cenę, „parawan” psychiczny czy sanitarny.

Reakcja ta jest często „zdrowa”, co objawia się właśnie natychmiastowym odrzuceniem zarówno opinii „publicznej” nakręcanej przez ideologię, jak i rezygnacją z jakichkolwiek kontaktów ze „służbami zatrudnienia” a czasem i z Państwem w ogóle. Ludzie rejestrują się w Urzędzie Pracy – oczekując normalnego ludzkiego potraktowania i realnej pomocy w sprostaniu oczekiwaniom zatrudniających, lecz po drugiej, trzeciej wizycie, po zorientowaniu się „o co w tym wszystkim chodzi” żądają wykreślenia swoich danych z rejestru i zapowiadają, że „więcej moja noga tu nie postanie”; często nawet nie potrzebują jeszcze pomocy psychologa mającego odbudować ich poczucie ludzkiej wartości, gdyż kontakt był na tyle nikły, że radzą sobie z tym sami.
Niestety często odwracają się od Państwa całkowicie; po jakimś czasie walki o zmianę swojej sytuacji, zabiegania o jakąkolwiek realną pomoc organizacyjną, zabiegania bezskutecznego, bo przecież ta pomoc jest de facto fikcją – dochodzą do logicznego, ale mało społecznie korzystnego wniosku, wyrażanego np. taką myślą: Skoro nie otrzymałem jakiejkolwiek pomocy Państwa – sam sobie poradzę (a jeśli nie – to moja osobista sprawa). Nic od was nie chcę, ale i wy niczego ode mnie nie dostaniecie. To niestety równoznaczne jest z tzw. emigracją wewnętrzną, z wejściem w tzw. szarą, a czasem może i „czarną” strefę gospodarczo – fiskalną. Nawet z uniknięciem jakichkolwiek kontaktów z ZUS, bo istnieją rozwiązania wymyślone i wdrożone zapewne właśnie przez tak „wychowanych” przez Państwo emigrantów do Anglii – pozwalające uniknąć płacenia składek do ZUS. Nie będę ukrywał, że uważam to za szkodliwe społecznie. Ale Państwu to nie przeszkadza…
Oczywiście piszę to z ironią, bo państwu to bardzo przeszkadza, ale nie przeszkadza władzy, która z Państwem, z polskością dość słabo się identyfikuje…
Czy rzeczywiście Państwu?

Tu chcę podzielić się następującą uwagą: to nie jest właściwie dla mnie tak do końca oczywiste. Zawsze przecież była zasadnicza różnica pomiędzy oficjalną polityką Państwa, głoszonymi założeniami a nawet i prawem z Konstytucją na czele – a praktyką, realizacją, życiem. Jeśli było tak w „socjalizmie” PRL-owskim – to dlaczego mielibyśmy przyjąć, że dziś takie zjawisko nie występuje? W Polsce nigdy nie było socjalizmu a tym bardziej komunizmu. Pomijając partyjnych oszołomów chcących zarobić na poklasku przedstawicieli „bratniego narodu” – unikano nazywania tego, co jest, a co odważniejsi naukowcy wspominali i Polsce, jako „państwie budowy ustroju socjalistycznego”. Budowy, która jak wiadomo nigdy się nie zakończyła powodzeniem. Nie ma żadnego powodu twierdzić, że dziś jest inaczej; jest wyraźna rozbieżność pomiędzy oficjalną a rzeczywistą stroną życia w Polsce. W takim razie słowa Prezesa (Rady Ministrów) o „Polsce w budowie” byłyby nawet dość uzasadnione. Pomijając jednak – co konkretnie jest budowane i jak długo ewentualnie to potrwa, musimy uwzględnić obserwację, że – jak to na budowie, polskiej budowie; – bajzel jest, materiały się marnują porozrzucane, dekarze – zachlani (inaczej na dach nie wejdą, bo się boją), majster kombinuje cement na lewo, do budowy swojej willi a rachunek za to obciąży w całości inwestora.

Pamiętam jak dziś moment ogłoszenia wyniku poprzednich wyborów, w poniedziałek rano – gdy przez włączony celowo w zakładzie pracy radioodbiornik niecierpliwie oczekiwano na pierwsze wiarygodne wyniki liczenia głosów. Pamiętam osoby z kadry kierowniczej, znane mi z genetycznie wrodzonego wręcz zamiłowania do interesów, oczekujące z napięciem na rozwój sytuacji a przecież byli oni pewni, że zwycięży PO i mimo konieczności koalicji z PiS poprowadzi Polskę do „rozwoju gospodarczego”. Pamiętam to oczekiwanie i gesty charakterystycznego zacierania rąk na „interes” – dzięki Popisowi… no i ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że w rzeczywistości będzie to PiS-PO, koalicja pod wodzą PiS z Premierem Kaczyńskim na czele Rządu… A to dla „nieograniczonego biznesu”, który był już tak blisko – tragedia… Z prawem a zwłaszcza sprawiedliwością w żaden sposób to pogodzić się nie da…
Wspominam o tym właśnie po to, by wykazać, że oficjalna strona funkcjonowania Państwa – to jedno, a nastawienie ludzi – to zupełnie co innego. Pomijam już wszystko to, co działo się z zakładami państwowymi, produkcyjnymi, ale chodzi mi tutaj raczej o „klimat psychologiczny” dla jednostek, które otrzymały sygnał, że „wolno”; zielone światło, można by rzec parafrazując starą piosenkę „Uwijaj się, raźno bierz, kopytkami ognia krzesz”, przy czym od razu wyjaśniam, że nie popełniłem tu błędu ortograficznego; w oryginale było „bież” – od „iść”, ale tutaj – do opisu sytuacji w Polsce celowo użyłem „bierz” – pochodzące od „brać”.
Tak: właśnie brać!, brać ile wlezie, bo to „państwowe”, czyli „niczyje”, nachapać się szybko ile się da; sprywatyzować – najpierw niszcząc, dla obniżenia wartości i zwalniając pracowników, by to Państwo poniosło koszty zwolnień grupowych wynikające z prawa. Zrobić łatwy i szybki majątek póki pozwalają, a pozwalają – bo sami chcą skorzystać w sposób w miarę bezpieczny, ochraniający przed odpowiedzialnością. Schronić się w tłumie, bo jak jeden kradnie – to przestępstwo, a jak większość kradnie – to prywatyzacja. Stare przysłowie mówi, że działalność gospodarcza to jedno, ale pierwszy milion i tak trzeba ukraść; czy takie rzeczywiście są genezy pierwszych posiadaczy, inwestorów, kapitalistów, którzy mogli dzięki temu zakładać nowe firmy, firmy prywatne lub oparte o prawo spółek handlowych.

Inne przysłowie natomiast mówi, że gdy głodny ukradnie bułkę w sklepie – to karygodna kradzież, ale gdy bogaty ukradnie kolejny milion – to... prywatyzacja i rozwój gospodarczy…

Wspominam o tym nie tyle w kontekście gospodarki w ogóle, a konkretnie w aspekcie czynników, jakie kształtowały i nadal kształtują realną, rzeczywistą, a nie tą oficjalną sytuację w Polsce.
Powracając więc do działań ideologicznych Państwa, można mieć wątpliwości; czy to wszystko, co kształtuje obecną sytuację – jest rzeczywiście skutkiem planowanych działań Państwa, czy też odwrotnie; jest to skutkiem niemożności zapanowania przez Państwo nad postawami i działaniami indywidualnych osób, które otrzymały ten upragniony sygnał: bogaćcie się, wszystko wolno! Państwo w tej sytuacji stałoby się jakby swoim własnym zakładnikiem, bo z jednej strony nie może i nade wszystko nie chce dać „sygnału do odwrotu” dla samowoli czy rozpasania „buraczanych biznesmenów” a z drugiej strony – musi brać za nich odpowiedzialność w sensie społecznym, bo wszelkie objawy sobiepaństwa czy pogardy dla prawa – spadają na Państwo w formie pretensji, zarzutów, opinii ludzi pokrzywdzonych.

W tym aspekcie wspomniana wcześniej aktywna działalność urabiająca opinię publiczną oraz wprowadzająca psychologiczny klimat niewolnictwa w dziedzinie pracy najemnej – służy interesowi poszczególnych osób zainteresowanych. Obecnie dzięki powstającym organizacjom pracodawców – można mówić już o grupie interesu, o zorganizowanym „bycie” a nie o poszczególnych jednostkach. Faktem jednak moim zdaniem jest, że takie zjawisko aktywnego kształtowania rzeczywistości w interesie prowadzących działalność gospodarczą istniało i istnieje nadal. Sygnał do bogacenia się wywołał niesamowitą reakcję. Wręcz pojawiły się osoby ogarnięte jakby manią (w sensie zaburzenia czy schorzenia psychicznego), nieustannie w dzień i w nocy rozmyślające nad tym – jak zarobić, za co się „wziąć”, nieustannie nawiercające całe otoczenie swoimi świdrującymi oczyma w poszukiwaniu pomysłu na jakiekolwiek wykorzystanie tegoż otoczenia do prywatnego „zarobienia”. Okoliczności jak już wspomniałem – sprzyjały.
Pracodawcy zostali objęci specyficznym „parasolem ochronnym” w działaniach Państwowej Inspekcji Pracy, która interesowała się poważnymi zagrożeniami, szczególnie w budownictwie, natomiast zupełnie bagatelizowała inne wykroczenia przeciwko prawom pracownika, nawet tym zasadniczym o szczególnym znaczeniu społecznym, jak czas pracy czy minimalne normy odpoczynku. Zapanowała totalna zgoda na łamanie prawa pracy a z drugiej strony – intensywne działania na rzecz zmiany prawa pracy w korzystny dla zatrudniających sposób, tak by – robiąc „swoje” – nie było zarzutu o łamanie prawa. Przedsiębiorca zatrudniający pracowników stał się „bałwanem” odpornym i na kontrole, i na sprawy sądowe w wydziałach pracy, i dzięki intensywnej propagandowej nagonce – na wszelkie moralne czy etyczne zarzuty. Do normy weszło to, za co przed wojną człowiek honoru palnąłby sobie w łeb, gdyby zostało ujawnione publicznie.

Klimat przyzwolenia i mania poszukiwania pomysłów stopniowo wypaczyły sens działań. Zamiast realnych działań tworzących coś społecznie nowego, zaczęły masowo pojawiać się pozorowane działania typu pośrednictwa, i to nie tam gdzie pośrednictwo było potrzebne a tam, gdzie był do tego pretekst. Do takich zaliczam np. wprowadzenie pojęcia „pracy tymczasowej” i agencji pośredniczących w zatrudnianiu na takich zasadach. Chodzi o sytuacje, gdy człowiek pracując dla konkretnej firmy, nie jest jej pracownikiem a zatrudnia go agencja pośrednicząca, wynajmująca jedynie tego pracownika innej formie lub nawet lizingująca go. Firma docelowa ma przecież zawsze własną komórkę kadrową, więc nie jest to problem operacyjny a pretekst do zarobienia; agencja żyje przecież, utrzymuje zakładające ją osoby z haraczu, jaki pobierają de facto od pracownika, kwot pomniejszających jego potencjalny zarobek, przy okazji jeszcze drastycznie ograniczając jego prawa.
Taki model jaskrawo uwidacznia się wszędzie tam, gdzie jest jakiś płatnik, jakieś źródło pieniędzy przeznaczone na konkretny cel. Przeważnie cel jest szczytny bu społecznie usprawiedliwić wydatek, ale sposób jego realizacji podlega właśnie wspomnianemu wyżej pośrednictwu, znacznie umniejszającym środki, z których znaczna część rozchodzi się na „koszty operacyjne”. Dla przykładu spójrzmy na tak zwany Program Operacyjny Kapitał Ludzki realizowany w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.
O niektórych aspektach wspomniałem w kolejnym artykule pt. „Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego”.

Jest to ogromny zasięg tematyczny pomocy unijnej, jak wielki – można stwierdzić zaglądając na strony internetowe EFS albo lokalnego Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Skupię się jednak na tym, co uważam za obecnie najistotniejsze: na szkoleniach skierowanych do osób zarejestrowanych jako „bezrobotne”. Cel teoretycznie był jasny i dobry. Skoro bezrobocie w sporej części ma najczęściej charakter strukturalny, trzeba podjąć działania zmniejszające je, działając na przyczynę, czyli organizować przekwalifikowania wybranych osób lub ich dokwalifikowanie tak by dostosować ich kompetencje do realnego a niezaspokojonego zapotrzebowania na pracowników. Wówczas pozostałe osoby – należałyby do dość jednolitej grupy takich, których nie da się przekwalifikować i rzeczywiście nie ma dla nich miejsc pracy w sensie już tylko ilościowym. W tym celu powołano program badawczy nazwany „Obserwatorium Rynku Pracy”, który miał odpowiedzieć na pytanie, jakie jest zapotrzebowanie na zawody, specjalności i jakie są tu tendencje zmian. Inaczej – wyłonienie zawodów tzw. nadmiarowych lokalnie oraz tych, które nie znajdują wystarczających kadr z lokalnego rynku pracy, są niedobory kompetentnych pracowników. Teoretycznie – świetny pomysł, choć ze względu na koszty – być może nadto rozbudowany i sformalizowany; każdy kompetentny pośrednik pracy powinien to wiedzieć z własnych obserwacji i doświadczenia. Ów program generował opracowania… hmm… przestałem się nimi interesować, gdy wyczytałem tam pewnego razu, iż zawód „sprzedawca” jest jednocześnie wymieniony jako „nadmiarowy” (czyli że więcej lokalnie jest sprzedawców niż miejsc pracy), oraz jako „niedoborowy” (co znaczy, że są oferty pracy dla sprzedawców, nie możliwe do obsadzenia kompetentnymi kandydatami do zatrudnienia).
Taki wynik badań wbrew pozorom jest możliwy, a wynika to z faktu, że nie da się metodami nauki zbadać rozbrykanego, niekompetentnego, pozaprawnego zjawiska, jakim jest „polityka zatrudnienia” wielu przedsiębiorców prywatnych pozbawionych elementarnego szacunku do prawa.
Powiatowe Urzędy Pracy na podstawie tych danych planowały w okresach rocznych ofertę szkoleń, mających zmieniać w sposób rzeczywisty sytuację osób zarejestrowanych w PUP. poprzez dostosowanie ich kompetencji do potrzeb lokalnego „rynku pracy”. Oferta nigdy nie dotyczyła grupy większej niż czterysta kilkadziesiąt osób, a w bieżącym roku, po obcięciu finansowania PUP – połowy tego, co jest liczbą bez znaczenia dal sytuacji na rynku pracy. Dlatego wygląda to bardziej na formalizm, pozorację działania by uniknąć zarzutu o brak działań w ogóle. Ale fundusze pomocowe z EFS są dostępne dla każdego podmiotu, który jest w stanie wymyślić, opracować i poprowadzić odpowiedni projekt w segmentach, na który Unia przeznaczyła dofinansowania.
Każdy – kto „umie sprostać” może sięgnąć po środki unijne jako beneficjent, organizator i realizator np. programu szkoleń zawodowych dla osób bezrobotnych, programów aktywizacji i szkoleń dla osób w wieku po 50 czy 45 roku życia itp.
Skoro może – to sięga. Ale… Państwo powinno zadbać, przy całej wolności gospodarczej jaką propaguje, by wykorzystanie tych środków miało rzeczywisty cel i osiągany sprawdzalny skutek dotyczący ostatecznego odbiorcy pomocy. Ba! Sam EFS powinien o to zadbać. Niestety tak się dotychczas nie stało, a może stało się, ale skutek aprobowany i promowany przez Państwo nie jest tożsamy ze skutkiem możliwym do zaaprobowania przez Unię a już zwłaszcza przez samych zainteresowanych, bezrobotnych.

Brak właśnie takiego podejścia zaowocował co prawda mnożeniem się podmiotów zarabiających na tym „strumieniu pieniądza” płynącym z Unii, z którego może coś „skapnąć”, ale jednocześnie brakiem skutków tych działań i wydatków dla zainteresowanych, nie tylko bezrobotnych ale i przedsiębiorców poszukujących pracowników kompetentnych. Od lat odbywają się nabory wniosków o dofinansowanie z Unii programów, nieraz bardzo szczytnie i sprytnie nazywanych by uprawdopodobnić ich zatwierdzenia przez dysponenta środkami pomocowymi, jakim w tym przypadku są Wojewódzkie Urzędy Pracy. Urzędy mają dzięki temu zajęcie, czyli zatrudniają sporo osób wyłącznie do tego, zmagających się z unijną biurokracją. Po zdobyciu dofinansowania, a w przypadku bezrobotnych jako tzw. beneficjentów ostatecznych – pokrywają one wszelkie koszty ze stypendium szkoleniowym (4 zł za 1 godzinę lekcyjną szkolenia) i kosztami dojazdu do ośrodka szkoleniowego włącznie – odbywa się szkolenie trwające najczęściej 1,5 – 3 miesiące, zakończone przeważnie egzaminem, obszernym testem wiedzy, zadaniami praktycznymi, po czym ośrodek szkoleniowy wydaje zaświadczenie na druku zatwierdzonym przez MEN. Do końca stycznia 2011 odbywało się ono „za zgodą” PUP o ile oczywiście nie było przez PUP organizowane, a od lutego – jeśli nie jest organizowane przez PUP, wymaga wyrejestrowania bezrobotnego na czas szkolenia. „Absolwent” – który dzięki temu szkoleniu zawierającemu przeważnie także elementy pracy psychologicznej, odnowy więzi społecznych, umiejętności „bycia w grupie”, aktywizacji psychicznej i fizycznej po długim nieraz okresie załamania związanego nieuchronnie z brakiem zatrudnienia – przeważnie już pod koniec kursu zaczyna poszukiwać ofert pracy obejmujących daną specjalność, ofert otwartych na wolnym rynku pracy. Okres aktywności, nadziei na poprawę jest jednak krótki: przy całkowitej bierności zarówno organizatorów szkoleń jak i PUP po ponownym zarejestrowaniu traktujących tego bezrobotnego jak „nowego” w swoich rejestrach – człowiek ten dość szybko powraca do stanu sprzed szkolenia. I do rejestru Urzędu Pracy.
Po prostu: szkolenia te są zbyt krótkie by dawały „mocne” kompetencje zarówno teoretyczne jak i praktyczne. Pracodawcy mało sobie cenią wszystko cokolwiek miało jakiś związek z urzędami pracy, tak fatalną opinię wyrobiły sobie te urzędy jako pośrednicy pracy; są po prostu niewiarygodne a jeszcze do tego straszliwie, chorobliwie i to nieuleczalnie – zbiurokratyzowane.
Pracodawcy doskonale wiedzą, że np. jakaś pani Basia, która skończyła taki 1,5 – miesięczny kurs kadrowo-płacowy albo księgowy – o ile wcześniej nie pracowała w tym samym zawodzie – kadrową albo księgowo po prostu nie jest. Jest jak absolwent bez doświadczenia, którego należałoby pod nadzorem dopiero wdrożyć do odpowiedzialnej pracy. Jeszcze – gdyby miał takie potrzeby – to ma do dyspozycji bezrobotnych absolwentów studiów po rachunkowości, ekonomii itp., w których można „zainwestować”, by zyskać długoletniego oddanego pracownika, a tu ma do czynienia z ludźmi ponad 45-letnimi… w których już nikt inwestować nie chce.
Przy całkowitej bierności organizatora, szybko okazuje się w praktyce, że ten kurs niczego nie zmienił w sytuacji tej osoby bezrobotnej; znów – nieraz już po raz kolejny – szukając zatrudnienia samodzielnie otrzymuje ona swoją potężną dawkę odmów zatrudnienia, informacji, że się nie zna, nie nadaje się, nie ma kompetencji, że ma nie tę płeć lub wiek – w związku z czym dość szybko powraca do stanu, w jakim była przed kursem. Klucz do tego problemu leży moim zdanie właśnie w tym, że organizatorzy nie odpowiadają za skutek i nikt od nich konkretnego skutku nie oczekuje. Dla nich – skutkiem jest… wydanie zaświadczeń i rozliczenie programu, w tym i swojego osobistego zarobku.

Ale sens wydatkowania pieniędzy pomocy publicznej był przecież inny. To nie miała być pomoc publiczna dla sprytnych organizatorów programów z dofinansowaniem, a głównie pomoc dla tych, do których te programy są adresowane.

W ten sposób ideologia Państwa – streszczająca się w słowach „byle się nachapać” – realizuje się w straszliwej fikcji, kosztującej setki milionów euro i nie dającej żadnego praktycznie skutku, jaki miał powstać oficjalnie. A sednem powodu tego – jest brak obowiązku uzyskania skutku w postaci faktycznej pomocy w wydobyciu się – choćby pewnej części tylko (50% , 60%, 70%) osób szkolonych – z bezrobocia. Przecież ma to także ogromne znaczenie społeczne i gospodarcze, bo to są osoby, które gdy zaczną pracować – zarabiają – a więc przynoszą dochód zamiast kosztować, kupują wyroby napędzając produkcję, płacą podatki itp.. Jeśli proces zatwierdzania takiego szkolenia przez WUP jest „konkurencyjny”, czasem zdarzają się obietnice, że „każdy absolwent na zakończenie kursu dostanie co najmniej trzy oferty pracy"
Realizacja tego – jak w jednym z WZDZ – wygląda później tak, że przychodzi jakaś pani i… odczytuje całej przeszkolonej grupie trzy oferty pracy z lokalnej, aktualnej gazety. Dla wszystkich – trzy jednakowe. Oferty publicznie dostępne, które większość tych osób już zna i nawet już zgłosili na nie swoje aplikacje, oczywiście bez skutku. Warunek formalny został jednak spełniony: „otrzymał każdy z absolwentów trzy oferty”? Otrzymał! Po prawie dokładnie 2 latach spotkałem jedną z absolwentek tego kursu – na innym , kolejnym kursie. Była nadal bezrobotna, pomimo nawet ukończonych studiów rachunkowości. Powód – wiek 45+, przerwa w pracy zawodowej… albo jakaś dowolna, najczęściej bezprawna przyczyna, której nie można oficjalnie podać za przyczynę…
Inny kurs, inny organizator – zorganizował dość dobrze aktualizowaną kolekcję ofert pracy, tych dotyczących przedmiotu organizowanych za pieniądze Unii szkoleń, kolekcję przeznaczoną dla absolwentów, ale także jedynie spośród tych powszechnie dostępnych, publicznych ofert, do których i każdy bezrobotny ma dostęp. To – mimo „dobrych chęci” – także niestety jedynie działanie pozorujące. Potrzeba natomiast aktywnego pośrednictwa pracy, promowania uczestników kursu i rozglądania się za ofertami dla nich jeszcze w trakcie szkolenia; uczestnicy robią to sami, ale jak wspomniałem jest to nieskuteczne. Firma szkoleniowa ma duże większe możliwości i autorytet. Może współuczestnikiem takich szkoleń powinny być instytucje lub urzędy automatycznie po kursie przyjmujące absolwentów na staże czy praktyki roczne a co najmniej półroczne, tak aby absolwenci kursu wykonywali rzeczywistą potrzebną pracę i nabywali praktyki, by – gdy staną samodzielnie na „rynku pracy” mieli do zaoferowania i wiedzę teoretyczną i roczną praktykę, doświadczenie. Jak wspominałem już kilkukrotnie – są na to pieniądze, jeszcze są, nikt na tym nie traci a zyskuje – człowiek i Państwo. Na dobrą sprawę – wszyscy.

Są jeszcze takie „instrumenty rynku pracy” jak staże dotowane przez FP, prace interwencyjne lub roboty publiczne, które także mogą być pracami typu biurowego. Logiczne by było, gdyby przyjąć założenie o skutku docelowym w postaci wyciągnięcia chętnego bezrobotnego z niewielką przecież pomocą, z bezrobocia na stałe – zastosowanie tych wszystkich instrumentów kolejno w miarę potrzeby, ale w jednym ciągu zadań. Kurs, aktywizujący, przywracający wiarę w siebie i poczucie wartości, odnawiający i uaktualniający wiedzę zawodową, następnie natychmiast po egzaminie – staż we wcześniej przygotowanej i wybranej instytucji, dający normalne obowiązki wykonywane pod przychylnym okiem opiekuna stażu. Jeśli prowadzone przez cały czas „w tle” tego wszystkiego pośrednictwo pracy na rzecz tej osoby jeszcze nie dałoby rezultatów na koniec stażu, to natychmiast – zatrudnienie na zasadzie prac interwencyjnych, już tylko w połowie dotowanych dla pracodawcy, tego samego lub innego – tak by następował dalszy wzrost kompetencji, pewności zawodowej i samodzielności człowieka, gdy wreszcie znajdzie się pracodawca, którego zadowolą cechy tego pracownika promowane umiejętnie przez pośrednika pracy, pośrednika który także miałby odpowiedni zysk z końcowego sukcesu. To tylko pozornie może wydać się komuś takie skomplikowane, ale to jest dziecinnie proste. Tylko w tym przypadku można by mówić o celowym zastosowaniu środków pomocowych, o tym, że się one prozaicznie nie zmarnowały, karmiąc tylko po drodze wielu pośredników, szkoleniowców i doradców.

Trzeba też jednoznacznie przyznać (by nie powstało mylne wrażenie), że samym kursom czy szkoleniom jako takim – nie można nic istotnego zarzucić; są one realizowane naprawdę profesjonalnie, rzetelnie – tyle, że całkowicie bezskutecznie. Oczywiście zawsze możliwy jest wzrost poziomu, ale ten wzrost następuje; w wielu ośrodkach wykształciły się wręcz wyspecjalizowane kadry do prowadzenia tego typu kursów. I kadry te żyją tam sobie całkiem nieźle od lat, kontynuując jeden program unijny za drugim, tyle, że… bezrobotnych dziwnie nie ubywa.
Wszystko wskazuje tu jednak nawet na pewien konflikt interesów: bezrobotny jest tu wyłącznie pretekstem do przepływu ogromnych pieniędzy, z których część trzeba doraźnie oddać bezrobotnemu (niestety) w formie stypendium, materiałów szkoleniowych itp., ale część jest zyskiem podmiotów realizujących tę „pomoc”. Po prostu – jest „złota żyła” i można na tym nieźle zarobić a to właśnie: właśnie to „Z A R O B I Ć ! „ – jest współczesnym bałwanem, któremu władza oddaje cześć – nie są nim obywatele, którzy tę władzę powołali i finansują i choćby dlatego powinni być głównym beneficjentem działań władzy!
W takim rozumieniu, nawet i ten zadziwiający brak skuteczności jest jak najbardziej wytłumaczalny i pasuje logicznie do całości: skoro bezrobotni są tak wspaniałym pretekstem do robienia interesów, to ich liczba nie może się zmniejszyć, ich sytuacja nie może się istotnie poprawić, bo to popsuje cały interes! Zwalczenie bezrobocia czy zmniejszenie go do poziomu tzw. naturalnego – to ugotowanie rosołu z kury znoszącej złote jaja. Nie liczy się człowiek, zamknięty poprzez niekorzystny dla niego zbieg okoliczności w pułapce pozorowanej pomocy a faktycznych – utrudnień.

A przecież są bardzo poważne obawy, że podobne zjawiska dotyczą i mieszkalnictwa, to znaczy dokładniej – bezdomności, dotyczą także pomocy społecznej, która jak to wykazała fundacja FOR wynosi obecnie w Polsce 40 miliardów złotych rocznie, z czego połowa w ogóle nie trafia do potrzebujących, najmniej zarabiających, poszkodowanych losowo. To także jest ogromny strumień pieniądza, przy którym nieźle sobie egzystują zastępy urzędników i działaczy, po prostu cały „przemysł pomocowy” – a dziwnym trafem pomimo upływu lat ilość biednych nie maleje…

Oczywiście, że i tu są wypaczenia po stronie „beneficjentów” tej pomocy, ale przecież nie można ich wszystkich obciążać zbiorową odpowiedzialnością za nieudolność Państwa w określaniu, kto pomocy faktycznie potrzebuje a kto nie, albo jeszcze większą nieudolność prze egzekwowaniu odpowiedzialności za wyłudzenia nienależnej pomocy, których sprawcy przeważnie pozostają bezkarni.
Jak łatwo jest tworzyć barbarzyńskie w swojej istocie opinie, w czambuł potępiające biednych za ich biedę, zrównujące ich z oszustami – tolerowanymi przez Państwo. Jak idiotycznie brzmią teksty o rzekomym współczesnym ”braku kantów, o które można się pokaleczyć w życiu, w tym również i śmiertelnie” nawołujące do powrotu do „praw dżungli” w życiu społecznym. Świetnie!
Po prostu: „trzeba sobie umieć radzić w życiu”… więc robiący interesy na pomocy publicznej dla bezrobotnych i to moim zdaniem – pomocy celowo nieskutecznej – poradzili sobie…!
Prawda?

Ci, którzy zawładnęli połową kwoty pomocy społecznej, która nie trafiła do potrzebujących – także sobie świetnie poradzili.
Także i założyciele coraz liczniejszych gangów, mafii, band, karteli – poradzą sobie: jeśli odmówiono im dostępu do pracy uczciwej, to – nie godząc się na życie w nędzy, marnowanie swojego czasu – po prostu WEZMĄ sobie to, czego im potrzeba. Poradzą sobie! Część pójdzie do więzień gdzie będą mieli zapewniony wikt i opierunek na koszt społeczeństwa, ale nie wszyscy… Wspaniały program społeczny Państwa – Platformy Obywatelskiej…
Wiele tekstów ukazujących się w prasie dokumentuje jakby – mniej lub bardziej wprost – te obserwacje, subiektywne i moje własne obserwacje, jakie tu przedstawiłem. Z aktualnych – proponuję przeczytać choćby następujący:

Firmy szkoleniowe boją się wygasania unijnych dotacji.

Również i zadziwiające kryteria, jakimi ocenia się skuteczność realizacji pomocy unijnej, a mianowicie kryteria szybkości wydawania pieniędzy z EFS w stosunku do tempa zaplanowanego. Dla urzędnika zawsze jest ważne wykonanie planu i za to się promuje – dołożeniem jeszcze większych kwot do szybkiego wydania. Pisałem o tym w poprzednim artykule. Jaki jest skutek – prócz źródła utrzymania dla armii urzędników i działaczy – nie wiadomo dokładnie. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że bardzo mizerny, ale – na wszelki przypadek – nikt tego nie sprawdza… Nie ma żadnego aparatu kontrolnego, sprawdzającego jaki procent bezrobotnych korzystających ze szkoleń finansowanych z EFS – uzyskuje trwałe zatrudnienie dzięki tymże szkoleniom. A jeśli np. pani po ukończeniu kursu księgowości i niemogąca znaleźć zatrudnienia związanego z księgowaniem – zmuszona nędzą podejmie pracę jako sprzątaczka – to nie znaczy, że pieniądze unijne nie zostały zmarnowane.
Platforma Obywatelska utworzyła rząd i dlatego odpowiada za stan Państwa, w tym również pod zarysowanymi tu względami.

Czy gdyby stało się inaczej i PiS pozostawał w Koalicji wykonując władzę – dziś byłoby inaczej? Prawdopodobnie byłoby tak samo.
I to jest właśnie najsmutniejsze.

Odwiedziny: