Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.
Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.
Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.
Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.
Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoregulacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoregulacja. Pokaż wszystkie posty
23/06/2013
Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…
Etykiety:
Duda,
Kopacz,
niewidzialna ręka,
pieniądze,
PO,
polityka,
praca,
prace interwencyjne,
produkcja,
propaganda,
przemysł,
PUP,
roboty publiczne,
Rostowski,
rynek,
rynek pracy,
rząd,
samoregulacja,
wybory
09/04/2013
Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?
Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli
„zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia,
spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o
bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa
Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.
Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...
Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.
Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".
http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209
Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.
http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html
Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…
Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.
Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.
Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.
Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...
Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.
Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".
http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209
Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.
http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html
Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…
Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.
Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.
Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.
Etykiety:
Kopacz,
liberalizm,
manifestacje,
minister pracy,
nędza,
niewidzialna ręka,
PO,
polityka,
praca,
pracodawca,
protesty,
Rostowski,
rynek,
rząd,
samoregulacja,
Skarb Państwa,
solidarność,
Tusk
08/04/2013
Mitu „wysokich kosztów pracy” ciąg dalszy… czyli rozterki prostaczka - przedsiębiorcy.
Pisałem już niedawno o micie „wysokich kosztów pracy”. Niestety; postrzeganie tego zjawiska zależy od nastawienia a nastawienie jest uwarunkowane taką ilością bzdurnych wypowiedzi jakie można znaleźć w „mediach”, że trudno się dziwić trwałości wspomnianego mitu.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.
W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.
Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.
Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.
Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.
Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.
Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…
Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…
Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…
Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…
Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.
„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…
To klęska prawdziwego człowieczeństwa.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.
W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.
Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.
Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.
Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.
Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.
Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…
Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…
Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…
Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…
Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.
„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…
To klęska prawdziwego człowieczeństwa.
Etykiety:
liberalizm,
minister pracy,
netto,
nędza,
patologia,
płace,
PO,
podatki,
praca,
Rostowski,
samoregulacja,
samowola,
Skarb Państwa,
składki,
Tusk,
ustawy,
ZUS,
zysk
24/03/2012
39.
Skandaliczna niegospodarność państwa rujnuje ZUS - w imię ideologii.
Głos w dyskusji o reformie emerytalnej.
Pytania wysłane do Pana Ministra Pracy - Władysława Kosiniak Kamysza w ramach konsultacji społecznych projektu nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach.
Głos w sprawie reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Panie Ministrze.
Przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury – do 67 lat, które jest najistotniejszym elementem projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach, jaki obecnie jest poddany konsultacjom społecznym – jest wprost tłumaczone potrzebami budżetu Państwa. Ma ono wytworzyć oszczędności, z czasem znacznie powiększające zasoby pieniężne przeznaczone na wypłaty przyszłych emerytur.
Już teraz w ZUS brakuje zasobów własnych pochodzących ze składek i stąd potrzeba finansowania wypłat emerytur pożyczkami zdobywanymi przez ZUS w bankach komercyjnych czyli kredytami o dużych kosztach ich obsługi.
Jednocześnie jednak funkcjonowanie ZUS jest dotknięte wieloma wadami typu organizacyjnego, wynikającymi zarówno z istniejącego stanu prawnego jak i ze stosowania prawa, sposobu zarządzania itp.
ZUS jest często oskarżany o przerost zatrudnienia związany także z dramatycznie niską jakością informatyzacji pracy i cyfryzacji danych.
ZUS jest - niejako w związku z powyższym – często oskarżany o ogromny przerost kosztów własnych (kosztów funkcjonowania) oraz innych kosztów obsługi systemu emerytalnego.
Na wielkość środków pozostających w dyspozycji ZUS ma ogromny i negatywny wpływ funkcjonowanie tzw. szarej strefy gospodarczej, sprowadzającej się w efekcie do nielegalnego unikania obowiązku opłacenia składek do ZUS przez nieuczciwych obywateli.Państwo nie walczy z szarą strefą gospodarki.
Szczególną i coraz bardziej niebezpieczną formą unikania obowiązków wobec ZUS jest proceder realizowany przez ogromną liczbę firm usługowych, działających w Internecie – jakie można znaleźć poprzez wyszukiwarki pod hasłem „optymalizacja ZUS”.
Oto dla przykładu kilka pierwszych z rzędu adresów tego typu stron internetowych:
http://mniejszy-zus.pl/
http://www.zus-stop.com.pl/
http://www.jakobnizyczus.pl/jak-nie-placic-zus/?gclid=CP-7lNuIs64CFYW-zAodh3rpOQ
http://www.ddconsulting.pl/
http://www.optymalizacja-zus.co.uk/
http://www.optigen.pl/prawo-i-przepisy/podstawy-prawne/skladki-zus-optymalizacja-unikanie-zus-nasze-prawo.html
http://infozus.pl/
http://www.składkizus.pl/
http://zuszagranica.net.pl/
Zasada unikania płacenia ZUS w Polsce przez polskie firmy została wyjaśniona np. na tej ostatniej z wymienionych przeze mnie powyżej przykładowych stron:
(cyt.)„…Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej każdy prowadzący działalność gospodarczą ma możliwość wyrejestrowania się z polskiego systemu ubezpieczeń społecznych i zarejestrowania w systemie innego państwa członkowskiego. Dzięki unijnemu prawu jest to możliwe bez konieczności emigracji ! Aby nie musieć opuszczać ojczyzny, należy podjąć pracę w którymkolwiek z 26 państw członkowskich, choćby na 1/20 etatu.
Będąc pracownikiem (na 1/20 etatu) w państwie x i równocześnie prowadząc działalność gospodarczą w Polsce, podlegasz pod ZUS państwa x. Twoje składki odprowadzane są wówczas tylko do ZUS-u państwa x. I to składki od 1/20 etatu czyli niskie składki, wręcz symboliczne. I co ważne! Płacąc składki tam, nabywasz uprawnienia do tamtejszych świadczeń.”(koniec cyt.)
Pośrednicy tego typu działają odpłatnie (pobierają opłaty od polskich przedsiębiorców za usługę zmierzającą do uchylenia się od opłacania składek ZUS w Polsce!).
O ile nie można mieć zastrzeżeń do zakładania przez obywateli polskich firm w UK i prowadzenia tam działalności gospodarczej na zasadach tam obowiązujących, wraz z opłacaniem w UK składek ubezpieczenia społecznego na zasadach prawa brytyjskiego, to wyrejestrowanie z ZUS firmy działającej w Polsce i opłacanie ubezpieczenia społecznego w UK pod pozorem zatrudnienia tam (zatrudnienia fikcyjnego np. jako konsultanta na 1/20 etatu, działającego na zasadzie telepracy, a w rzeczywistości przebywającego w Polsce i tu prowadzącego rzeczywistą działalność gospodarczą innego typu bez płacenia składek na ZUS w Polsce) – nosi charakter uchylania się od powszechnego obowiązku ubezpieczenia społecznego, nadużycia czy nieuczciwej nadinterpretacji prawa sprzecznej z intencją ustawodawcy, co ma znamiona wykroczenia i sprzeczności z zasadami współżycia społecznego.
Szacuje się, że przedsiębiorstw polskich działających w podobny sposób, czyli nie odprowadzających składek do ZUS pomimo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, są już setki tysięcy. Oznacza to ogromne niedobory finansowe w ZUS w porównaniu z tymi kwotami jakie teoretycznie powinny trafiać do ZUS w ramach „umowy społecznej” na której opiera się system emerytalny w Polsce. System ubezpieczenia społecznego jest jak stary dziurawy worek, w którym w taki sposób zawsze jest i będzie zbyt mało.
Działalność wspomnianych firm proponujących „optymalizację ZUS” prócz strat w zasobach środków na wypłatę emerytur może też nosić znamiona oszustwa, gdyż wiele z osób poddających się takiemu procederowi może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie tylko szkodzą systemowi emerytalnemu w Polsce ale i sami narażają się na przyszły brak środków zarówno z ZUS jak i z brytyjskiego systemu emerytalnego.
Panie Ministrze.
Czy nie uważa Pan, ze wszystkie te sprawy należą, podobnie jak planowane przesunięcie wieku emerytalnego – do zadań niezbędnych do wykonania w ramach kompleksowej reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Czy nie uważa Pan, że narzucenie teraz tej uczciwej części społeczeństwa większego obciążenia w postaci dłuższego okresu pracy i opłacania składek przed nabyciem prawa do emerytury, wymaga równoczesnego rozwiązania wszystkich wcześniej wymienionych problemów, w ramach pakietu ustaw i rozporządzeń łącznie opracowanych i łącznie przeprowadzonych przez wymaganą drogę legislacyjną jako blok projektów powiązanych i zależnych.
Czy nie uważa Pan, że wielką nieuczciwością Rządu byłoby narzucanie części społeczeństwa tak wielkiego dodatkowego obciążenia jakie się obecnie proponuje, bez rozwiązania wspomnianych problemów i załatania dziur w systemie gromadzenia środków na funkcjonowanie systemu emerytalnego.
Czy w przypadku przyjęcia proponowanej noweli ustawy o emeryturach i rentach, oszczędności uzyskane przez budżet państwa na skutek przesunięcia wieku emerytalnego do 67 lat - nie zostaną – przy dotychczasowej bierności Państwa – wyprowadzone z Kraju do systemu ubezpieczeń brytyjskich albo znacznie uszczuplone przez rozkwitający wyżej opisany proceder „ucieczki z ZUS” – dla uzyskania osobistych korzyści przez przedsiębiorców, kosztem solidarności społecznej.
Czy nie uważa Pan, że nakładanie dodatkowych wielkich obciążeń na uczciwych obywateli przy całkowitej bierności Państwa wobec istniejących problemów i opisanego nieuczciwego i balansującego na krawędzi prawa procederu, jest zdradą interesu narodowego.
Głos w sprawie reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Panie Ministrze.
Przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury – do 67 lat, które jest najistotniejszym elementem projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach, jaki obecnie jest poddany konsultacjom społecznym – jest wprost tłumaczone potrzebami budżetu Państwa. Ma ono wytworzyć oszczędności, z czasem znacznie powiększające zasoby pieniężne przeznaczone na wypłaty przyszłych emerytur.
Już teraz w ZUS brakuje zasobów własnych pochodzących ze składek i stąd potrzeba finansowania wypłat emerytur pożyczkami zdobywanymi przez ZUS w bankach komercyjnych czyli kredytami o dużych kosztach ich obsługi.
Jednocześnie jednak funkcjonowanie ZUS jest dotknięte wieloma wadami typu organizacyjnego, wynikającymi zarówno z istniejącego stanu prawnego jak i ze stosowania prawa, sposobu zarządzania itp.
ZUS jest często oskarżany o przerost zatrudnienia związany także z dramatycznie niską jakością informatyzacji pracy i cyfryzacji danych.
ZUS jest - niejako w związku z powyższym – często oskarżany o ogromny przerost kosztów własnych (kosztów funkcjonowania) oraz innych kosztów obsługi systemu emerytalnego.
Na wielkość środków pozostających w dyspozycji ZUS ma ogromny i negatywny wpływ funkcjonowanie tzw. szarej strefy gospodarczej, sprowadzającej się w efekcie do nielegalnego unikania obowiązku opłacenia składek do ZUS przez nieuczciwych obywateli.Państwo nie walczy z szarą strefą gospodarki.
Szczególną i coraz bardziej niebezpieczną formą unikania obowiązków wobec ZUS jest proceder realizowany przez ogromną liczbę firm usługowych, działających w Internecie – jakie można znaleźć poprzez wyszukiwarki pod hasłem „optymalizacja ZUS”.
Oto dla przykładu kilka pierwszych z rzędu adresów tego typu stron internetowych:
http://mniejszy-zus.pl/
http://www.zus-stop.com.pl/
http://www.jakobnizyczus.pl/jak-nie-placic-zus/?gclid=CP-7lNuIs64CFYW-zAodh3rpOQ
http://www.ddconsulting.pl/
http://www.optymalizacja-zus.co.uk/
http://www.optigen.pl/prawo-i-przepisy/podstawy-prawne/skladki-zus-optymalizacja-unikanie-zus-nasze-prawo.html
http://infozus.pl/
http://www.składkizus.pl/
http://zuszagranica.net.pl/
Zasada unikania płacenia ZUS w Polsce przez polskie firmy została wyjaśniona np. na tej ostatniej z wymienionych przeze mnie powyżej przykładowych stron:
(cyt.)„…Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej każdy prowadzący działalność gospodarczą ma możliwość wyrejestrowania się z polskiego systemu ubezpieczeń społecznych i zarejestrowania w systemie innego państwa członkowskiego. Dzięki unijnemu prawu jest to możliwe bez konieczności emigracji ! Aby nie musieć opuszczać ojczyzny, należy podjąć pracę w którymkolwiek z 26 państw członkowskich, choćby na 1/20 etatu.
Będąc pracownikiem (na 1/20 etatu) w państwie x i równocześnie prowadząc działalność gospodarczą w Polsce, podlegasz pod ZUS państwa x. Twoje składki odprowadzane są wówczas tylko do ZUS-u państwa x. I to składki od 1/20 etatu czyli niskie składki, wręcz symboliczne. I co ważne! Płacąc składki tam, nabywasz uprawnienia do tamtejszych świadczeń.”(koniec cyt.)
Pośrednicy tego typu działają odpłatnie (pobierają opłaty od polskich przedsiębiorców za usługę zmierzającą do uchylenia się od opłacania składek ZUS w Polsce!).
O ile nie można mieć zastrzeżeń do zakładania przez obywateli polskich firm w UK i prowadzenia tam działalności gospodarczej na zasadach tam obowiązujących, wraz z opłacaniem w UK składek ubezpieczenia społecznego na zasadach prawa brytyjskiego, to wyrejestrowanie z ZUS firmy działającej w Polsce i opłacanie ubezpieczenia społecznego w UK pod pozorem zatrudnienia tam (zatrudnienia fikcyjnego np. jako konsultanta na 1/20 etatu, działającego na zasadzie telepracy, a w rzeczywistości przebywającego w Polsce i tu prowadzącego rzeczywistą działalność gospodarczą innego typu bez płacenia składek na ZUS w Polsce) – nosi charakter uchylania się od powszechnego obowiązku ubezpieczenia społecznego, nadużycia czy nieuczciwej nadinterpretacji prawa sprzecznej z intencją ustawodawcy, co ma znamiona wykroczenia i sprzeczności z zasadami współżycia społecznego.
Szacuje się, że przedsiębiorstw polskich działających w podobny sposób, czyli nie odprowadzających składek do ZUS pomimo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, są już setki tysięcy. Oznacza to ogromne niedobory finansowe w ZUS w porównaniu z tymi kwotami jakie teoretycznie powinny trafiać do ZUS w ramach „umowy społecznej” na której opiera się system emerytalny w Polsce. System ubezpieczenia społecznego jest jak stary dziurawy worek, w którym w taki sposób zawsze jest i będzie zbyt mało.
Działalność wspomnianych firm proponujących „optymalizację ZUS” prócz strat w zasobach środków na wypłatę emerytur może też nosić znamiona oszustwa, gdyż wiele z osób poddających się takiemu procederowi może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie tylko szkodzą systemowi emerytalnemu w Polsce ale i sami narażają się na przyszły brak środków zarówno z ZUS jak i z brytyjskiego systemu emerytalnego.
Panie Ministrze.
Czy nie uważa Pan, ze wszystkie te sprawy należą, podobnie jak planowane przesunięcie wieku emerytalnego – do zadań niezbędnych do wykonania w ramach kompleksowej reformy systemu emerytalnego w Polsce.
Czy nie uważa Pan, że narzucenie teraz tej uczciwej części społeczeństwa większego obciążenia w postaci dłuższego okresu pracy i opłacania składek przed nabyciem prawa do emerytury, wymaga równoczesnego rozwiązania wszystkich wcześniej wymienionych problemów, w ramach pakietu ustaw i rozporządzeń łącznie opracowanych i łącznie przeprowadzonych przez wymaganą drogę legislacyjną jako blok projektów powiązanych i zależnych.
Czy nie uważa Pan, że wielką nieuczciwością Rządu byłoby narzucanie części społeczeństwa tak wielkiego dodatkowego obciążenia jakie się obecnie proponuje, bez rozwiązania wspomnianych problemów i załatania dziur w systemie gromadzenia środków na funkcjonowanie systemu emerytalnego.
Czy w przypadku przyjęcia proponowanej noweli ustawy o emeryturach i rentach, oszczędności uzyskane przez budżet państwa na skutek przesunięcia wieku emerytalnego do 67 lat - nie zostaną – przy dotychczasowej bierności Państwa – wyprowadzone z Kraju do systemu ubezpieczeń brytyjskich albo znacznie uszczuplone przez rozkwitający wyżej opisany proceder „ucieczki z ZUS” – dla uzyskania osobistych korzyści przez przedsiębiorców, kosztem solidarności społecznej.
Czy nie uważa Pan, że nakładanie dodatkowych wielkich obciążeń na uczciwych obywateli przy całkowitej bierności Państwa wobec istniejących problemów i opisanego nieuczciwego i balansującego na krawędzi prawa procederu, jest zdradą interesu narodowego.
Etykiety:
barbarzyństwo,
bezrobocie,
Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
następca Tuska,
nędza,
PO,
prawo,
reforma wieku emerytalnego,
samoregulacja,
władza,
zasiłki,
ZUS
06/01/2012
20.
Sprzeciw wobec podłych stereotypów na temat bezrobotnych.
Trzeba po prostu, choć to trudne, pogodzić się z faktem, że są ludzie pochopni w swoich sądach, mało dociekliwi, myślący ogólnikami i uogólnieniami, nieświadomie stosujący projekcję swoich jednostkowych obserwacji na całość danego problemu czy zjawiska. Ludzie całkowicie pozbawieni umiejętności wczucia się w czyjąś sytuację, zrozumienia jej przez poznanie, ludzie którym wystarczają „prawdy zasłyszane” czyli tak zwana „opinia publiczna”.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.
Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.
Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.
Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...
Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.
Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.
Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.
Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.
To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.
Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.
Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).
Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.
Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.
Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.
Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.
Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.
Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.
Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...
Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.
Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.
Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.
Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.
To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.
Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.
Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).
Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.
Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.
Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.
Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
konstytucja,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
manipulacja opinią publiczną,
minister pracy,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
rynek pracy,
rząd,
samoregulacja
24/09/2011
9.
Polska Platformy Obywatelskiej – Państwo tylko dla „zaradnych”.
W poprzednio opublikowanym tekście pt. „Nieodpowiedzialność Państwa” postawiłem tezę, mówiącą o tym, że Państwo w sposób celowy stwarza sytuację ewidentnego, motywowanego ideologicznie nacisku psychologicznego na obywateli, dotyczącego ich zachowań a zwłaszcza ich samopoczucia na tzw. „rynku pracy”. Określenie „rynek pracy” uznałem za puste, bo będące jedynie wytworem ideologii, dlatego ujmuję je w cudzysłów. Nacisk ideologiczny ma za zadanie stworzyć atmosferę paniki osób poszukujących możliwości pracy najemnej, całkowitego poddaństwa, wyzucia z poczucia godności czy własnej wartości, sztucznego napięcia skłaniającego do rezygnacji z jakichkolwiek oczekiwań, ostrej i bezwzględnej rywalizacji o „sukces”, jaki jest uzyskanie jakiegokolwiek stałego dochodu. Działania te zdają się być wprost totalne, bo obejmują i tworzenie specjalnego, celowego słownictwa w tej sprawie – oddziałującego na emocje, i sterowanie tzw. opinią społeczną, poprzez ingerencję we wszelkiego rodzaju popularne media przez najczęściej anonimowych funkcjonariuszy, często po prostu opłacanych za publikowanie wypowiedzi stwarzającymi efekt nagonki psychicznej na osoby mające zamiar podjąć pracę. Chodzi tu oczywiście o prostackie, agresywne opinie, często wyrażane językiem pozowanym na „młodzieżowy” , wrzucane masowo na wszelkie często odwiedzane fora i portale, a wyrażające oskarżenia o nieróbstwo, lenistwo, chęć życia na koszt społeczeństwa, albo wręcz o oszustwo, wyłudzanie świadczeń. Wiadomo jak może czuć się ktoś taki, poddany tego rodzaju presji: usilnie poszukując zatrudnienia tym bardziej skłonny jest do zapomnienia o wszelkich swoich prawach, celach życiowych, ambicjach a nawet skłonny do ukrywania swojej wiedzy czy kompetencji, byle tylko uzyskać jakiekolwiek zatrudnienie i nie czuć się napiętnowanym w tak agresywny sposób. mamy więc do czynienia ze zmasowanym atakiem psychologicznym – motywowanym ideologicznie.
Także i twierdzenia o rzekomym komforcie współczesnego życia, braku niebezpieczeństw wywołujących reakcję „uodpornienia” na trudności życia i nieumiejętność przewidywania – z winy rzekomych powszechnie dostępnych „pomocy”, ułatwień, nadopiekuńczości Państwa – należą niewątpliwie do katalogu takich działań aktywnej manipulacji opinią publiczną nakierowanej na agresję w stosunku do najsłabszych jednostek. Reakcje czasem przedostają się do mediów; są to wypowiedzi świadczące o całkowitym rozczarowaniu kontaktem z urzędami pracy, załamaniu poczucia wartości, upodleniu, jakie się odczuwa w takich kontaktach z urzędnikami urzędów pracy, nastawionymi na pogardę, konflikt, odgrodzenie się za wszelką cenę, „parawan” psychiczny czy sanitarny.
Reakcja ta jest często „zdrowa”, co objawia się właśnie natychmiastowym odrzuceniem zarówno opinii „publicznej” nakręcanej przez ideologię, jak i rezygnacją z jakichkolwiek kontaktów ze „służbami zatrudnienia” a czasem i z Państwem w ogóle. Ludzie rejestrują się w Urzędzie Pracy – oczekując normalnego ludzkiego potraktowania i realnej pomocy w sprostaniu oczekiwaniom zatrudniających, lecz po drugiej, trzeciej wizycie, po zorientowaniu się „o co w tym wszystkim chodzi” żądają wykreślenia swoich danych z rejestru i zapowiadają, że „więcej moja noga tu nie postanie”; często nawet nie potrzebują jeszcze pomocy psychologa mającego odbudować ich poczucie ludzkiej wartości, gdyż kontakt był na tyle nikły, że radzą sobie z tym sami.
Niestety często odwracają się od Państwa całkowicie; po jakimś czasie walki o zmianę swojej sytuacji, zabiegania o jakąkolwiek realną pomoc organizacyjną, zabiegania bezskutecznego, bo przecież ta pomoc jest de facto fikcją – dochodzą do logicznego, ale mało społecznie korzystnego wniosku, wyrażanego np. taką myślą: Skoro nie otrzymałem jakiejkolwiek pomocy Państwa – sam sobie poradzę (a jeśli nie – to moja osobista sprawa). Nic od was nie chcę, ale i wy niczego ode mnie nie dostaniecie. To niestety równoznaczne jest z tzw. emigracją wewnętrzną, z wejściem w tzw. szarą, a czasem może i „czarną” strefę gospodarczo – fiskalną. Nawet z uniknięciem jakichkolwiek kontaktów z ZUS, bo istnieją rozwiązania wymyślone i wdrożone zapewne właśnie przez tak „wychowanych” przez Państwo emigrantów do Anglii – pozwalające uniknąć płacenia składek do ZUS. Nie będę ukrywał, że uważam to za szkodliwe społecznie. Ale Państwu to nie przeszkadza…
Oczywiście piszę to z ironią, bo państwu to bardzo przeszkadza, ale nie przeszkadza władzy, która z Państwem, z polskością dość słabo się identyfikuje…
Czy rzeczywiście Państwu?
Tu chcę podzielić się następującą uwagą: to nie jest właściwie dla mnie tak do końca oczywiste. Zawsze przecież była zasadnicza różnica pomiędzy oficjalną polityką Państwa, głoszonymi założeniami a nawet i prawem z Konstytucją na czele – a praktyką, realizacją, życiem. Jeśli było tak w „socjalizmie” PRL-owskim – to dlaczego mielibyśmy przyjąć, że dziś takie zjawisko nie występuje? W Polsce nigdy nie było socjalizmu a tym bardziej komunizmu. Pomijając partyjnych oszołomów chcących zarobić na poklasku przedstawicieli „bratniego narodu” – unikano nazywania tego, co jest, a co odważniejsi naukowcy wspominali i Polsce, jako „państwie budowy ustroju socjalistycznego”. Budowy, która jak wiadomo nigdy się nie zakończyła powodzeniem. Nie ma żadnego powodu twierdzić, że dziś jest inaczej; jest wyraźna rozbieżność pomiędzy oficjalną a rzeczywistą stroną życia w Polsce. W takim razie słowa Prezesa (Rady Ministrów) o „Polsce w budowie” byłyby nawet dość uzasadnione. Pomijając jednak – co konkretnie jest budowane i jak długo ewentualnie to potrwa, musimy uwzględnić obserwację, że – jak to na budowie, polskiej budowie; – bajzel jest, materiały się marnują porozrzucane, dekarze – zachlani (inaczej na dach nie wejdą, bo się boją), majster kombinuje cement na lewo, do budowy swojej willi a rachunek za to obciąży w całości inwestora.
Pamiętam jak dziś moment ogłoszenia wyniku poprzednich wyborów, w poniedziałek rano – gdy przez włączony celowo w zakładzie pracy radioodbiornik niecierpliwie oczekiwano na pierwsze wiarygodne wyniki liczenia głosów. Pamiętam osoby z kadry kierowniczej, znane mi z genetycznie wrodzonego wręcz zamiłowania do interesów, oczekujące z napięciem na rozwój sytuacji a przecież byli oni pewni, że zwycięży PO i mimo konieczności koalicji z PiS poprowadzi Polskę do „rozwoju gospodarczego”. Pamiętam to oczekiwanie i gesty charakterystycznego zacierania rąk na „interes” – dzięki Popisowi… no i ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że w rzeczywistości będzie to PiS-PO, koalicja pod wodzą PiS z Premierem Kaczyńskim na czele Rządu… A to dla „nieograniczonego biznesu”, który był już tak blisko – tragedia… Z prawem a zwłaszcza sprawiedliwością w żaden sposób to pogodzić się nie da…
Wspominam o tym właśnie po to, by wykazać, że oficjalna strona funkcjonowania Państwa – to jedno, a nastawienie ludzi – to zupełnie co innego. Pomijam już wszystko to, co działo się z zakładami państwowymi, produkcyjnymi, ale chodzi mi tutaj raczej o „klimat psychologiczny” dla jednostek, które otrzymały sygnał, że „wolno”; zielone światło, można by rzec parafrazując starą piosenkę „Uwijaj się, raźno bierz, kopytkami ognia krzesz”, przy czym od razu wyjaśniam, że nie popełniłem tu błędu ortograficznego; w oryginale było „bież” – od „iść”, ale tutaj – do opisu sytuacji w Polsce celowo użyłem „bierz” – pochodzące od „brać”.
Tak: właśnie brać!, brać ile wlezie, bo to „państwowe”, czyli „niczyje”, nachapać się szybko ile się da; sprywatyzować – najpierw niszcząc, dla obniżenia wartości i zwalniając pracowników, by to Państwo poniosło koszty zwolnień grupowych wynikające z prawa. Zrobić łatwy i szybki majątek póki pozwalają, a pozwalają – bo sami chcą skorzystać w sposób w miarę bezpieczny, ochraniający przed odpowiedzialnością. Schronić się w tłumie, bo jak jeden kradnie – to przestępstwo, a jak większość kradnie – to prywatyzacja. Stare przysłowie mówi, że działalność gospodarcza to jedno, ale pierwszy milion i tak trzeba ukraść; czy takie rzeczywiście są genezy pierwszych posiadaczy, inwestorów, kapitalistów, którzy mogli dzięki temu zakładać nowe firmy, firmy prywatne lub oparte o prawo spółek handlowych.
Inne przysłowie natomiast mówi, że gdy głodny ukradnie bułkę w sklepie – to karygodna kradzież, ale gdy bogaty ukradnie kolejny milion – to... prywatyzacja i rozwój gospodarczy…
Wspominam o tym nie tyle w kontekście gospodarki w ogóle, a konkretnie w aspekcie czynników, jakie kształtowały i nadal kształtują realną, rzeczywistą, a nie tą oficjalną sytuację w Polsce.
Powracając więc do działań ideologicznych Państwa, można mieć wątpliwości; czy to wszystko, co kształtuje obecną sytuację – jest rzeczywiście skutkiem planowanych działań Państwa, czy też odwrotnie; jest to skutkiem niemożności zapanowania przez Państwo nad postawami i działaniami indywidualnych osób, które otrzymały ten upragniony sygnał: bogaćcie się, wszystko wolno! Państwo w tej sytuacji stałoby się jakby swoim własnym zakładnikiem, bo z jednej strony nie może i nade wszystko nie chce dać „sygnału do odwrotu” dla samowoli czy rozpasania „buraczanych biznesmenów” a z drugiej strony – musi brać za nich odpowiedzialność w sensie społecznym, bo wszelkie objawy sobiepaństwa czy pogardy dla prawa – spadają na Państwo w formie pretensji, zarzutów, opinii ludzi pokrzywdzonych.
W tym aspekcie wspomniana wcześniej aktywna działalność urabiająca opinię publiczną oraz wprowadzająca psychologiczny klimat niewolnictwa w dziedzinie pracy najemnej – służy interesowi poszczególnych osób zainteresowanych. Obecnie dzięki powstającym organizacjom pracodawców – można mówić już o grupie interesu, o zorganizowanym „bycie” a nie o poszczególnych jednostkach. Faktem jednak moim zdaniem jest, że takie zjawisko aktywnego kształtowania rzeczywistości w interesie prowadzących działalność gospodarczą istniało i istnieje nadal. Sygnał do bogacenia się wywołał niesamowitą reakcję. Wręcz pojawiły się osoby ogarnięte jakby manią (w sensie zaburzenia czy schorzenia psychicznego), nieustannie w dzień i w nocy rozmyślające nad tym – jak zarobić, za co się „wziąć”, nieustannie nawiercające całe otoczenie swoimi świdrującymi oczyma w poszukiwaniu pomysłu na jakiekolwiek wykorzystanie tegoż otoczenia do prywatnego „zarobienia”. Okoliczności jak już wspomniałem – sprzyjały.
Pracodawcy zostali objęci specyficznym „parasolem ochronnym” w działaniach Państwowej Inspekcji Pracy, która interesowała się poważnymi zagrożeniami, szczególnie w budownictwie, natomiast zupełnie bagatelizowała inne wykroczenia przeciwko prawom pracownika, nawet tym zasadniczym o szczególnym znaczeniu społecznym, jak czas pracy czy minimalne normy odpoczynku. Zapanowała totalna zgoda na łamanie prawa pracy a z drugiej strony – intensywne działania na rzecz zmiany prawa pracy w korzystny dla zatrudniających sposób, tak by – robiąc „swoje” – nie było zarzutu o łamanie prawa. Przedsiębiorca zatrudniający pracowników stał się „bałwanem” odpornym i na kontrole, i na sprawy sądowe w wydziałach pracy, i dzięki intensywnej propagandowej nagonce – na wszelkie moralne czy etyczne zarzuty. Do normy weszło to, za co przed wojną człowiek honoru palnąłby sobie w łeb, gdyby zostało ujawnione publicznie.
Klimat przyzwolenia i mania poszukiwania pomysłów stopniowo wypaczyły sens działań. Zamiast realnych działań tworzących coś społecznie nowego, zaczęły masowo pojawiać się pozorowane działania typu pośrednictwa, i to nie tam gdzie pośrednictwo było potrzebne a tam, gdzie był do tego pretekst. Do takich zaliczam np. wprowadzenie pojęcia „pracy tymczasowej” i agencji pośredniczących w zatrudnianiu na takich zasadach. Chodzi o sytuacje, gdy człowiek pracując dla konkretnej firmy, nie jest jej pracownikiem a zatrudnia go agencja pośrednicząca, wynajmująca jedynie tego pracownika innej formie lub nawet lizingująca go. Firma docelowa ma przecież zawsze własną komórkę kadrową, więc nie jest to problem operacyjny a pretekst do zarobienia; agencja żyje przecież, utrzymuje zakładające ją osoby z haraczu, jaki pobierają de facto od pracownika, kwot pomniejszających jego potencjalny zarobek, przy okazji jeszcze drastycznie ograniczając jego prawa.
Taki model jaskrawo uwidacznia się wszędzie tam, gdzie jest jakiś płatnik, jakieś źródło pieniędzy przeznaczone na konkretny cel. Przeważnie cel jest szczytny bu społecznie usprawiedliwić wydatek, ale sposób jego realizacji podlega właśnie wspomnianemu wyżej pośrednictwu, znacznie umniejszającym środki, z których znaczna część rozchodzi się na „koszty operacyjne”. Dla przykładu spójrzmy na tak zwany Program Operacyjny Kapitał Ludzki realizowany w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.
O niektórych aspektach wspomniałem w kolejnym artykule pt. „Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego”.
Jest to ogromny zasięg tematyczny pomocy unijnej, jak wielki – można stwierdzić zaglądając na strony internetowe EFS albo lokalnego Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Skupię się jednak na tym, co uważam za obecnie najistotniejsze: na szkoleniach skierowanych do osób zarejestrowanych jako „bezrobotne”. Cel teoretycznie był jasny i dobry. Skoro bezrobocie w sporej części ma najczęściej charakter strukturalny, trzeba podjąć działania zmniejszające je, działając na przyczynę, czyli organizować przekwalifikowania wybranych osób lub ich dokwalifikowanie tak by dostosować ich kompetencje do realnego a niezaspokojonego zapotrzebowania na pracowników. Wówczas pozostałe osoby – należałyby do dość jednolitej grupy takich, których nie da się przekwalifikować i rzeczywiście nie ma dla nich miejsc pracy w sensie już tylko ilościowym. W tym celu powołano program badawczy nazwany „Obserwatorium Rynku Pracy”, który miał odpowiedzieć na pytanie, jakie jest zapotrzebowanie na zawody, specjalności i jakie są tu tendencje zmian. Inaczej – wyłonienie zawodów tzw. nadmiarowych lokalnie oraz tych, które nie znajdują wystarczających kadr z lokalnego rynku pracy, są niedobory kompetentnych pracowników. Teoretycznie – świetny pomysł, choć ze względu na koszty – być może nadto rozbudowany i sformalizowany; każdy kompetentny pośrednik pracy powinien to wiedzieć z własnych obserwacji i doświadczenia. Ów program generował opracowania… hmm… przestałem się nimi interesować, gdy wyczytałem tam pewnego razu, iż zawód „sprzedawca” jest jednocześnie wymieniony jako „nadmiarowy” (czyli że więcej lokalnie jest sprzedawców niż miejsc pracy), oraz jako „niedoborowy” (co znaczy, że są oferty pracy dla sprzedawców, nie możliwe do obsadzenia kompetentnymi kandydatami do zatrudnienia).
Taki wynik badań wbrew pozorom jest możliwy, a wynika to z faktu, że nie da się metodami nauki zbadać rozbrykanego, niekompetentnego, pozaprawnego zjawiska, jakim jest „polityka zatrudnienia” wielu przedsiębiorców prywatnych pozbawionych elementarnego szacunku do prawa.
Powiatowe Urzędy Pracy na podstawie tych danych planowały w okresach rocznych ofertę szkoleń, mających zmieniać w sposób rzeczywisty sytuację osób zarejestrowanych w PUP. poprzez dostosowanie ich kompetencji do potrzeb lokalnego „rynku pracy”. Oferta nigdy nie dotyczyła grupy większej niż czterysta kilkadziesiąt osób, a w bieżącym roku, po obcięciu finansowania PUP – połowy tego, co jest liczbą bez znaczenia dal sytuacji na rynku pracy. Dlatego wygląda to bardziej na formalizm, pozorację działania by uniknąć zarzutu o brak działań w ogóle. Ale fundusze pomocowe z EFS są dostępne dla każdego podmiotu, który jest w stanie wymyślić, opracować i poprowadzić odpowiedni projekt w segmentach, na który Unia przeznaczyła dofinansowania.
Każdy – kto „umie sprostać” może sięgnąć po środki unijne jako beneficjent, organizator i realizator np. programu szkoleń zawodowych dla osób bezrobotnych, programów aktywizacji i szkoleń dla osób w wieku po 50 czy 45 roku życia itp.
Skoro może – to sięga. Ale… Państwo powinno zadbać, przy całej wolności gospodarczej jaką propaguje, by wykorzystanie tych środków miało rzeczywisty cel i osiągany sprawdzalny skutek dotyczący ostatecznego odbiorcy pomocy. Ba! Sam EFS powinien o to zadbać. Niestety tak się dotychczas nie stało, a może stało się, ale skutek aprobowany i promowany przez Państwo nie jest tożsamy ze skutkiem możliwym do zaaprobowania przez Unię a już zwłaszcza przez samych zainteresowanych, bezrobotnych.
Brak właśnie takiego podejścia zaowocował co prawda mnożeniem się podmiotów zarabiających na tym „strumieniu pieniądza” płynącym z Unii, z którego może coś „skapnąć”, ale jednocześnie brakiem skutków tych działań i wydatków dla zainteresowanych, nie tylko bezrobotnych ale i przedsiębiorców poszukujących pracowników kompetentnych. Od lat odbywają się nabory wniosków o dofinansowanie z Unii programów, nieraz bardzo szczytnie i sprytnie nazywanych by uprawdopodobnić ich zatwierdzenia przez dysponenta środkami pomocowymi, jakim w tym przypadku są Wojewódzkie Urzędy Pracy. Urzędy mają dzięki temu zajęcie, czyli zatrudniają sporo osób wyłącznie do tego, zmagających się z unijną biurokracją. Po zdobyciu dofinansowania, a w przypadku bezrobotnych jako tzw. beneficjentów ostatecznych – pokrywają one wszelkie koszty ze stypendium szkoleniowym (4 zł za 1 godzinę lekcyjną szkolenia) i kosztami dojazdu do ośrodka szkoleniowego włącznie – odbywa się szkolenie trwające najczęściej 1,5 – 3 miesiące, zakończone przeważnie egzaminem, obszernym testem wiedzy, zadaniami praktycznymi, po czym ośrodek szkoleniowy wydaje zaświadczenie na druku zatwierdzonym przez MEN. Do końca stycznia 2011 odbywało się ono „za zgodą” PUP o ile oczywiście nie było przez PUP organizowane, a od lutego – jeśli nie jest organizowane przez PUP, wymaga wyrejestrowania bezrobotnego na czas szkolenia. „Absolwent” – który dzięki temu szkoleniu zawierającemu przeważnie także elementy pracy psychologicznej, odnowy więzi społecznych, umiejętności „bycia w grupie”, aktywizacji psychicznej i fizycznej po długim nieraz okresie załamania związanego nieuchronnie z brakiem zatrudnienia – przeważnie już pod koniec kursu zaczyna poszukiwać ofert pracy obejmujących daną specjalność, ofert otwartych na wolnym rynku pracy. Okres aktywności, nadziei na poprawę jest jednak krótki: przy całkowitej bierności zarówno organizatorów szkoleń jak i PUP po ponownym zarejestrowaniu traktujących tego bezrobotnego jak „nowego” w swoich rejestrach – człowiek ten dość szybko powraca do stanu sprzed szkolenia. I do rejestru Urzędu Pracy.
Po prostu: szkolenia te są zbyt krótkie by dawały „mocne” kompetencje zarówno teoretyczne jak i praktyczne. Pracodawcy mało sobie cenią wszystko cokolwiek miało jakiś związek z urzędami pracy, tak fatalną opinię wyrobiły sobie te urzędy jako pośrednicy pracy; są po prostu niewiarygodne a jeszcze do tego straszliwie, chorobliwie i to nieuleczalnie – zbiurokratyzowane.
Pracodawcy doskonale wiedzą, że np. jakaś pani Basia, która skończyła taki 1,5 – miesięczny kurs kadrowo-płacowy albo księgowy – o ile wcześniej nie pracowała w tym samym zawodzie – kadrową albo księgowo po prostu nie jest. Jest jak absolwent bez doświadczenia, którego należałoby pod nadzorem dopiero wdrożyć do odpowiedzialnej pracy. Jeszcze – gdyby miał takie potrzeby – to ma do dyspozycji bezrobotnych absolwentów studiów po rachunkowości, ekonomii itp., w których można „zainwestować”, by zyskać długoletniego oddanego pracownika, a tu ma do czynienia z ludźmi ponad 45-letnimi… w których już nikt inwestować nie chce.
Przy całkowitej bierności organizatora, szybko okazuje się w praktyce, że ten kurs niczego nie zmienił w sytuacji tej osoby bezrobotnej; znów – nieraz już po raz kolejny – szukając zatrudnienia samodzielnie otrzymuje ona swoją potężną dawkę odmów zatrudnienia, informacji, że się nie zna, nie nadaje się, nie ma kompetencji, że ma nie tę płeć lub wiek – w związku z czym dość szybko powraca do stanu, w jakim była przed kursem. Klucz do tego problemu leży moim zdanie właśnie w tym, że organizatorzy nie odpowiadają za skutek i nikt od nich konkretnego skutku nie oczekuje. Dla nich – skutkiem jest… wydanie zaświadczeń i rozliczenie programu, w tym i swojego osobistego zarobku.
Ale sens wydatkowania pieniędzy pomocy publicznej był przecież inny. To nie miała być pomoc publiczna dla sprytnych organizatorów programów z dofinansowaniem, a głównie pomoc dla tych, do których te programy są adresowane.
W ten sposób ideologia Państwa – streszczająca się w słowach „byle się nachapać” – realizuje się w straszliwej fikcji, kosztującej setki milionów euro i nie dającej żadnego praktycznie skutku, jaki miał powstać oficjalnie. A sednem powodu tego – jest brak obowiązku uzyskania skutku w postaci faktycznej pomocy w wydobyciu się – choćby pewnej części tylko (50% , 60%, 70%) osób szkolonych – z bezrobocia. Przecież ma to także ogromne znaczenie społeczne i gospodarcze, bo to są osoby, które gdy zaczną pracować – zarabiają – a więc przynoszą dochód zamiast kosztować, kupują wyroby napędzając produkcję, płacą podatki itp.. Jeśli proces zatwierdzania takiego szkolenia przez WUP jest „konkurencyjny”, czasem zdarzają się obietnice, że „każdy absolwent na zakończenie kursu dostanie co najmniej trzy oferty pracy"
Realizacja tego – jak w jednym z WZDZ – wygląda później tak, że przychodzi jakaś pani i… odczytuje całej przeszkolonej grupie trzy oferty pracy z lokalnej, aktualnej gazety. Dla wszystkich – trzy jednakowe. Oferty publicznie dostępne, które większość tych osób już zna i nawet już zgłosili na nie swoje aplikacje, oczywiście bez skutku. Warunek formalny został jednak spełniony: „otrzymał każdy z absolwentów trzy oferty”? Otrzymał! Po prawie dokładnie 2 latach spotkałem jedną z absolwentek tego kursu – na innym , kolejnym kursie. Była nadal bezrobotna, pomimo nawet ukończonych studiów rachunkowości. Powód – wiek 45+, przerwa w pracy zawodowej… albo jakaś dowolna, najczęściej bezprawna przyczyna, której nie można oficjalnie podać za przyczynę…
Inny kurs, inny organizator – zorganizował dość dobrze aktualizowaną kolekcję ofert pracy, tych dotyczących przedmiotu organizowanych za pieniądze Unii szkoleń, kolekcję przeznaczoną dla absolwentów, ale także jedynie spośród tych powszechnie dostępnych, publicznych ofert, do których i każdy bezrobotny ma dostęp. To – mimo „dobrych chęci” – także niestety jedynie działanie pozorujące. Potrzeba natomiast aktywnego pośrednictwa pracy, promowania uczestników kursu i rozglądania się za ofertami dla nich jeszcze w trakcie szkolenia; uczestnicy robią to sami, ale jak wspomniałem jest to nieskuteczne. Firma szkoleniowa ma duże większe możliwości i autorytet. Może współuczestnikiem takich szkoleń powinny być instytucje lub urzędy automatycznie po kursie przyjmujące absolwentów na staże czy praktyki roczne a co najmniej półroczne, tak aby absolwenci kursu wykonywali rzeczywistą potrzebną pracę i nabywali praktyki, by – gdy staną samodzielnie na „rynku pracy” mieli do zaoferowania i wiedzę teoretyczną i roczną praktykę, doświadczenie. Jak wspominałem już kilkukrotnie – są na to pieniądze, jeszcze są, nikt na tym nie traci a zyskuje – człowiek i Państwo. Na dobrą sprawę – wszyscy.
Są jeszcze takie „instrumenty rynku pracy” jak staże dotowane przez FP, prace interwencyjne lub roboty publiczne, które także mogą być pracami typu biurowego. Logiczne by było, gdyby przyjąć założenie o skutku docelowym w postaci wyciągnięcia chętnego bezrobotnego z niewielką przecież pomocą, z bezrobocia na stałe – zastosowanie tych wszystkich instrumentów kolejno w miarę potrzeby, ale w jednym ciągu zadań. Kurs, aktywizujący, przywracający wiarę w siebie i poczucie wartości, odnawiający i uaktualniający wiedzę zawodową, następnie natychmiast po egzaminie – staż we wcześniej przygotowanej i wybranej instytucji, dający normalne obowiązki wykonywane pod przychylnym okiem opiekuna stażu. Jeśli prowadzone przez cały czas „w tle” tego wszystkiego pośrednictwo pracy na rzecz tej osoby jeszcze nie dałoby rezultatów na koniec stażu, to natychmiast – zatrudnienie na zasadzie prac interwencyjnych, już tylko w połowie dotowanych dla pracodawcy, tego samego lub innego – tak by następował dalszy wzrost kompetencji, pewności zawodowej i samodzielności człowieka, gdy wreszcie znajdzie się pracodawca, którego zadowolą cechy tego pracownika promowane umiejętnie przez pośrednika pracy, pośrednika który także miałby odpowiedni zysk z końcowego sukcesu. To tylko pozornie może wydać się komuś takie skomplikowane, ale to jest dziecinnie proste. Tylko w tym przypadku można by mówić o celowym zastosowaniu środków pomocowych, o tym, że się one prozaicznie nie zmarnowały, karmiąc tylko po drodze wielu pośredników, szkoleniowców i doradców.
Trzeba też jednoznacznie przyznać (by nie powstało mylne wrażenie), że samym kursom czy szkoleniom jako takim – nie można nic istotnego zarzucić; są one realizowane naprawdę profesjonalnie, rzetelnie – tyle, że całkowicie bezskutecznie. Oczywiście zawsze możliwy jest wzrost poziomu, ale ten wzrost następuje; w wielu ośrodkach wykształciły się wręcz wyspecjalizowane kadry do prowadzenia tego typu kursów. I kadry te żyją tam sobie całkiem nieźle od lat, kontynuując jeden program unijny za drugim, tyle, że… bezrobotnych dziwnie nie ubywa.
Wszystko wskazuje tu jednak nawet na pewien konflikt interesów: bezrobotny jest tu wyłącznie pretekstem do przepływu ogromnych pieniędzy, z których część trzeba doraźnie oddać bezrobotnemu (niestety) w formie stypendium, materiałów szkoleniowych itp., ale część jest zyskiem podmiotów realizujących tę „pomoc”. Po prostu – jest „złota żyła” i można na tym nieźle zarobić a to właśnie: właśnie to „Z A R O B I Ć ! „ – jest współczesnym bałwanem, któremu władza oddaje cześć – nie są nim obywatele, którzy tę władzę powołali i finansują i choćby dlatego powinni być głównym beneficjentem działań władzy!
W takim rozumieniu, nawet i ten zadziwiający brak skuteczności jest jak najbardziej wytłumaczalny i pasuje logicznie do całości: skoro bezrobotni są tak wspaniałym pretekstem do robienia interesów, to ich liczba nie może się zmniejszyć, ich sytuacja nie może się istotnie poprawić, bo to popsuje cały interes! Zwalczenie bezrobocia czy zmniejszenie go do poziomu tzw. naturalnego – to ugotowanie rosołu z kury znoszącej złote jaja. Nie liczy się człowiek, zamknięty poprzez niekorzystny dla niego zbieg okoliczności w pułapce pozorowanej pomocy a faktycznych – utrudnień.
A przecież są bardzo poważne obawy, że podobne zjawiska dotyczą i mieszkalnictwa, to znaczy dokładniej – bezdomności, dotyczą także pomocy społecznej, która jak to wykazała fundacja FOR wynosi obecnie w Polsce 40 miliardów złotych rocznie, z czego połowa w ogóle nie trafia do potrzebujących, najmniej zarabiających, poszkodowanych losowo. To także jest ogromny strumień pieniądza, przy którym nieźle sobie egzystują zastępy urzędników i działaczy, po prostu cały „przemysł pomocowy” – a dziwnym trafem pomimo upływu lat ilość biednych nie maleje…
Oczywiście, że i tu są wypaczenia po stronie „beneficjentów” tej pomocy, ale przecież nie można ich wszystkich obciążać zbiorową odpowiedzialnością za nieudolność Państwa w określaniu, kto pomocy faktycznie potrzebuje a kto nie, albo jeszcze większą nieudolność prze egzekwowaniu odpowiedzialności za wyłudzenia nienależnej pomocy, których sprawcy przeważnie pozostają bezkarni.
Jak łatwo jest tworzyć barbarzyńskie w swojej istocie opinie, w czambuł potępiające biednych za ich biedę, zrównujące ich z oszustami – tolerowanymi przez Państwo. Jak idiotycznie brzmią teksty o rzekomym współczesnym ”braku kantów, o które można się pokaleczyć w życiu, w tym również i śmiertelnie” nawołujące do powrotu do „praw dżungli” w życiu społecznym. Świetnie!
Po prostu: „trzeba sobie umieć radzić w życiu”… więc robiący interesy na pomocy publicznej dla bezrobotnych i to moim zdaniem – pomocy celowo nieskutecznej – poradzili sobie…!
Prawda?
Ci, którzy zawładnęli połową kwoty pomocy społecznej, która nie trafiła do potrzebujących – także sobie świetnie poradzili.
Także i założyciele coraz liczniejszych gangów, mafii, band, karteli – poradzą sobie: jeśli odmówiono im dostępu do pracy uczciwej, to – nie godząc się na życie w nędzy, marnowanie swojego czasu – po prostu WEZMĄ sobie to, czego im potrzeba. Poradzą sobie! Część pójdzie do więzień gdzie będą mieli zapewniony wikt i opierunek na koszt społeczeństwa, ale nie wszyscy… Wspaniały program społeczny Państwa – Platformy Obywatelskiej…
Wiele tekstów ukazujących się w prasie dokumentuje jakby – mniej lub bardziej wprost – te obserwacje, subiektywne i moje własne obserwacje, jakie tu przedstawiłem. Z aktualnych – proponuję przeczytać choćby następujący:
Firmy szkoleniowe boją się wygasania unijnych dotacji.
Również i zadziwiające kryteria, jakimi ocenia się skuteczność realizacji pomocy unijnej, a mianowicie kryteria szybkości wydawania pieniędzy z EFS w stosunku do tempa zaplanowanego. Dla urzędnika zawsze jest ważne wykonanie planu i za to się promuje – dołożeniem jeszcze większych kwot do szybkiego wydania. Pisałem o tym w poprzednim artykule. Jaki jest skutek – prócz źródła utrzymania dla armii urzędników i działaczy – nie wiadomo dokładnie. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że bardzo mizerny, ale – na wszelki przypadek – nikt tego nie sprawdza… Nie ma żadnego aparatu kontrolnego, sprawdzającego jaki procent bezrobotnych korzystających ze szkoleń finansowanych z EFS – uzyskuje trwałe zatrudnienie dzięki tymże szkoleniom. A jeśli np. pani po ukończeniu kursu księgowości i niemogąca znaleźć zatrudnienia związanego z księgowaniem – zmuszona nędzą podejmie pracę jako sprzątaczka – to nie znaczy, że pieniądze unijne nie zostały zmarnowane.
Platforma Obywatelska utworzyła rząd i dlatego odpowiada za stan Państwa, w tym również pod zarysowanymi tu względami.
Czy gdyby stało się inaczej i PiS pozostawał w Koalicji wykonując władzę – dziś byłoby inaczej? Prawdopodobnie byłoby tak samo.
I to jest właśnie najsmutniejsze.
Także i twierdzenia o rzekomym komforcie współczesnego życia, braku niebezpieczeństw wywołujących reakcję „uodpornienia” na trudności życia i nieumiejętność przewidywania – z winy rzekomych powszechnie dostępnych „pomocy”, ułatwień, nadopiekuńczości Państwa – należą niewątpliwie do katalogu takich działań aktywnej manipulacji opinią publiczną nakierowanej na agresję w stosunku do najsłabszych jednostek. Reakcje czasem przedostają się do mediów; są to wypowiedzi świadczące o całkowitym rozczarowaniu kontaktem z urzędami pracy, załamaniu poczucia wartości, upodleniu, jakie się odczuwa w takich kontaktach z urzędnikami urzędów pracy, nastawionymi na pogardę, konflikt, odgrodzenie się za wszelką cenę, „parawan” psychiczny czy sanitarny.
Reakcja ta jest często „zdrowa”, co objawia się właśnie natychmiastowym odrzuceniem zarówno opinii „publicznej” nakręcanej przez ideologię, jak i rezygnacją z jakichkolwiek kontaktów ze „służbami zatrudnienia” a czasem i z Państwem w ogóle. Ludzie rejestrują się w Urzędzie Pracy – oczekując normalnego ludzkiego potraktowania i realnej pomocy w sprostaniu oczekiwaniom zatrudniających, lecz po drugiej, trzeciej wizycie, po zorientowaniu się „o co w tym wszystkim chodzi” żądają wykreślenia swoich danych z rejestru i zapowiadają, że „więcej moja noga tu nie postanie”; często nawet nie potrzebują jeszcze pomocy psychologa mającego odbudować ich poczucie ludzkiej wartości, gdyż kontakt był na tyle nikły, że radzą sobie z tym sami.
Niestety często odwracają się od Państwa całkowicie; po jakimś czasie walki o zmianę swojej sytuacji, zabiegania o jakąkolwiek realną pomoc organizacyjną, zabiegania bezskutecznego, bo przecież ta pomoc jest de facto fikcją – dochodzą do logicznego, ale mało społecznie korzystnego wniosku, wyrażanego np. taką myślą: Skoro nie otrzymałem jakiejkolwiek pomocy Państwa – sam sobie poradzę (a jeśli nie – to moja osobista sprawa). Nic od was nie chcę, ale i wy niczego ode mnie nie dostaniecie. To niestety równoznaczne jest z tzw. emigracją wewnętrzną, z wejściem w tzw. szarą, a czasem może i „czarną” strefę gospodarczo – fiskalną. Nawet z uniknięciem jakichkolwiek kontaktów z ZUS, bo istnieją rozwiązania wymyślone i wdrożone zapewne właśnie przez tak „wychowanych” przez Państwo emigrantów do Anglii – pozwalające uniknąć płacenia składek do ZUS. Nie będę ukrywał, że uważam to za szkodliwe społecznie. Ale Państwu to nie przeszkadza…
Oczywiście piszę to z ironią, bo państwu to bardzo przeszkadza, ale nie przeszkadza władzy, która z Państwem, z polskością dość słabo się identyfikuje…
Czy rzeczywiście Państwu?
Tu chcę podzielić się następującą uwagą: to nie jest właściwie dla mnie tak do końca oczywiste. Zawsze przecież była zasadnicza różnica pomiędzy oficjalną polityką Państwa, głoszonymi założeniami a nawet i prawem z Konstytucją na czele – a praktyką, realizacją, życiem. Jeśli było tak w „socjalizmie” PRL-owskim – to dlaczego mielibyśmy przyjąć, że dziś takie zjawisko nie występuje? W Polsce nigdy nie było socjalizmu a tym bardziej komunizmu. Pomijając partyjnych oszołomów chcących zarobić na poklasku przedstawicieli „bratniego narodu” – unikano nazywania tego, co jest, a co odważniejsi naukowcy wspominali i Polsce, jako „państwie budowy ustroju socjalistycznego”. Budowy, która jak wiadomo nigdy się nie zakończyła powodzeniem. Nie ma żadnego powodu twierdzić, że dziś jest inaczej; jest wyraźna rozbieżność pomiędzy oficjalną a rzeczywistą stroną życia w Polsce. W takim razie słowa Prezesa (Rady Ministrów) o „Polsce w budowie” byłyby nawet dość uzasadnione. Pomijając jednak – co konkretnie jest budowane i jak długo ewentualnie to potrwa, musimy uwzględnić obserwację, że – jak to na budowie, polskiej budowie; – bajzel jest, materiały się marnują porozrzucane, dekarze – zachlani (inaczej na dach nie wejdą, bo się boją), majster kombinuje cement na lewo, do budowy swojej willi a rachunek za to obciąży w całości inwestora.
Pamiętam jak dziś moment ogłoszenia wyniku poprzednich wyborów, w poniedziałek rano – gdy przez włączony celowo w zakładzie pracy radioodbiornik niecierpliwie oczekiwano na pierwsze wiarygodne wyniki liczenia głosów. Pamiętam osoby z kadry kierowniczej, znane mi z genetycznie wrodzonego wręcz zamiłowania do interesów, oczekujące z napięciem na rozwój sytuacji a przecież byli oni pewni, że zwycięży PO i mimo konieczności koalicji z PiS poprowadzi Polskę do „rozwoju gospodarczego”. Pamiętam to oczekiwanie i gesty charakterystycznego zacierania rąk na „interes” – dzięki Popisowi… no i ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że w rzeczywistości będzie to PiS-PO, koalicja pod wodzą PiS z Premierem Kaczyńskim na czele Rządu… A to dla „nieograniczonego biznesu”, który był już tak blisko – tragedia… Z prawem a zwłaszcza sprawiedliwością w żaden sposób to pogodzić się nie da…
Wspominam o tym właśnie po to, by wykazać, że oficjalna strona funkcjonowania Państwa – to jedno, a nastawienie ludzi – to zupełnie co innego. Pomijam już wszystko to, co działo się z zakładami państwowymi, produkcyjnymi, ale chodzi mi tutaj raczej o „klimat psychologiczny” dla jednostek, które otrzymały sygnał, że „wolno”; zielone światło, można by rzec parafrazując starą piosenkę „Uwijaj się, raźno bierz, kopytkami ognia krzesz”, przy czym od razu wyjaśniam, że nie popełniłem tu błędu ortograficznego; w oryginale było „bież” – od „iść”, ale tutaj – do opisu sytuacji w Polsce celowo użyłem „bierz” – pochodzące od „brać”.
Tak: właśnie brać!, brać ile wlezie, bo to „państwowe”, czyli „niczyje”, nachapać się szybko ile się da; sprywatyzować – najpierw niszcząc, dla obniżenia wartości i zwalniając pracowników, by to Państwo poniosło koszty zwolnień grupowych wynikające z prawa. Zrobić łatwy i szybki majątek póki pozwalają, a pozwalają – bo sami chcą skorzystać w sposób w miarę bezpieczny, ochraniający przed odpowiedzialnością. Schronić się w tłumie, bo jak jeden kradnie – to przestępstwo, a jak większość kradnie – to prywatyzacja. Stare przysłowie mówi, że działalność gospodarcza to jedno, ale pierwszy milion i tak trzeba ukraść; czy takie rzeczywiście są genezy pierwszych posiadaczy, inwestorów, kapitalistów, którzy mogli dzięki temu zakładać nowe firmy, firmy prywatne lub oparte o prawo spółek handlowych.
Inne przysłowie natomiast mówi, że gdy głodny ukradnie bułkę w sklepie – to karygodna kradzież, ale gdy bogaty ukradnie kolejny milion – to... prywatyzacja i rozwój gospodarczy…
Wspominam o tym nie tyle w kontekście gospodarki w ogóle, a konkretnie w aspekcie czynników, jakie kształtowały i nadal kształtują realną, rzeczywistą, a nie tą oficjalną sytuację w Polsce.
Powracając więc do działań ideologicznych Państwa, można mieć wątpliwości; czy to wszystko, co kształtuje obecną sytuację – jest rzeczywiście skutkiem planowanych działań Państwa, czy też odwrotnie; jest to skutkiem niemożności zapanowania przez Państwo nad postawami i działaniami indywidualnych osób, które otrzymały ten upragniony sygnał: bogaćcie się, wszystko wolno! Państwo w tej sytuacji stałoby się jakby swoim własnym zakładnikiem, bo z jednej strony nie może i nade wszystko nie chce dać „sygnału do odwrotu” dla samowoli czy rozpasania „buraczanych biznesmenów” a z drugiej strony – musi brać za nich odpowiedzialność w sensie społecznym, bo wszelkie objawy sobiepaństwa czy pogardy dla prawa – spadają na Państwo w formie pretensji, zarzutów, opinii ludzi pokrzywdzonych.
W tym aspekcie wspomniana wcześniej aktywna działalność urabiająca opinię publiczną oraz wprowadzająca psychologiczny klimat niewolnictwa w dziedzinie pracy najemnej – służy interesowi poszczególnych osób zainteresowanych. Obecnie dzięki powstającym organizacjom pracodawców – można mówić już o grupie interesu, o zorganizowanym „bycie” a nie o poszczególnych jednostkach. Faktem jednak moim zdaniem jest, że takie zjawisko aktywnego kształtowania rzeczywistości w interesie prowadzących działalność gospodarczą istniało i istnieje nadal. Sygnał do bogacenia się wywołał niesamowitą reakcję. Wręcz pojawiły się osoby ogarnięte jakby manią (w sensie zaburzenia czy schorzenia psychicznego), nieustannie w dzień i w nocy rozmyślające nad tym – jak zarobić, za co się „wziąć”, nieustannie nawiercające całe otoczenie swoimi świdrującymi oczyma w poszukiwaniu pomysłu na jakiekolwiek wykorzystanie tegoż otoczenia do prywatnego „zarobienia”. Okoliczności jak już wspomniałem – sprzyjały.
Pracodawcy zostali objęci specyficznym „parasolem ochronnym” w działaniach Państwowej Inspekcji Pracy, która interesowała się poważnymi zagrożeniami, szczególnie w budownictwie, natomiast zupełnie bagatelizowała inne wykroczenia przeciwko prawom pracownika, nawet tym zasadniczym o szczególnym znaczeniu społecznym, jak czas pracy czy minimalne normy odpoczynku. Zapanowała totalna zgoda na łamanie prawa pracy a z drugiej strony – intensywne działania na rzecz zmiany prawa pracy w korzystny dla zatrudniających sposób, tak by – robiąc „swoje” – nie było zarzutu o łamanie prawa. Przedsiębiorca zatrudniający pracowników stał się „bałwanem” odpornym i na kontrole, i na sprawy sądowe w wydziałach pracy, i dzięki intensywnej propagandowej nagonce – na wszelkie moralne czy etyczne zarzuty. Do normy weszło to, za co przed wojną człowiek honoru palnąłby sobie w łeb, gdyby zostało ujawnione publicznie.
Klimat przyzwolenia i mania poszukiwania pomysłów stopniowo wypaczyły sens działań. Zamiast realnych działań tworzących coś społecznie nowego, zaczęły masowo pojawiać się pozorowane działania typu pośrednictwa, i to nie tam gdzie pośrednictwo było potrzebne a tam, gdzie był do tego pretekst. Do takich zaliczam np. wprowadzenie pojęcia „pracy tymczasowej” i agencji pośredniczących w zatrudnianiu na takich zasadach. Chodzi o sytuacje, gdy człowiek pracując dla konkretnej firmy, nie jest jej pracownikiem a zatrudnia go agencja pośrednicząca, wynajmująca jedynie tego pracownika innej formie lub nawet lizingująca go. Firma docelowa ma przecież zawsze własną komórkę kadrową, więc nie jest to problem operacyjny a pretekst do zarobienia; agencja żyje przecież, utrzymuje zakładające ją osoby z haraczu, jaki pobierają de facto od pracownika, kwot pomniejszających jego potencjalny zarobek, przy okazji jeszcze drastycznie ograniczając jego prawa.
Taki model jaskrawo uwidacznia się wszędzie tam, gdzie jest jakiś płatnik, jakieś źródło pieniędzy przeznaczone na konkretny cel. Przeważnie cel jest szczytny bu społecznie usprawiedliwić wydatek, ale sposób jego realizacji podlega właśnie wspomnianemu wyżej pośrednictwu, znacznie umniejszającym środki, z których znaczna część rozchodzi się na „koszty operacyjne”. Dla przykładu spójrzmy na tak zwany Program Operacyjny Kapitał Ludzki realizowany w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.
O niektórych aspektach wspomniałem w kolejnym artykule pt. „Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego”.
Jest to ogromny zasięg tematyczny pomocy unijnej, jak wielki – można stwierdzić zaglądając na strony internetowe EFS albo lokalnego Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Skupię się jednak na tym, co uważam za obecnie najistotniejsze: na szkoleniach skierowanych do osób zarejestrowanych jako „bezrobotne”. Cel teoretycznie był jasny i dobry. Skoro bezrobocie w sporej części ma najczęściej charakter strukturalny, trzeba podjąć działania zmniejszające je, działając na przyczynę, czyli organizować przekwalifikowania wybranych osób lub ich dokwalifikowanie tak by dostosować ich kompetencje do realnego a niezaspokojonego zapotrzebowania na pracowników. Wówczas pozostałe osoby – należałyby do dość jednolitej grupy takich, których nie da się przekwalifikować i rzeczywiście nie ma dla nich miejsc pracy w sensie już tylko ilościowym. W tym celu powołano program badawczy nazwany „Obserwatorium Rynku Pracy”, który miał odpowiedzieć na pytanie, jakie jest zapotrzebowanie na zawody, specjalności i jakie są tu tendencje zmian. Inaczej – wyłonienie zawodów tzw. nadmiarowych lokalnie oraz tych, które nie znajdują wystarczających kadr z lokalnego rynku pracy, są niedobory kompetentnych pracowników. Teoretycznie – świetny pomysł, choć ze względu na koszty – być może nadto rozbudowany i sformalizowany; każdy kompetentny pośrednik pracy powinien to wiedzieć z własnych obserwacji i doświadczenia. Ów program generował opracowania… hmm… przestałem się nimi interesować, gdy wyczytałem tam pewnego razu, iż zawód „sprzedawca” jest jednocześnie wymieniony jako „nadmiarowy” (czyli że więcej lokalnie jest sprzedawców niż miejsc pracy), oraz jako „niedoborowy” (co znaczy, że są oferty pracy dla sprzedawców, nie możliwe do obsadzenia kompetentnymi kandydatami do zatrudnienia).
Taki wynik badań wbrew pozorom jest możliwy, a wynika to z faktu, że nie da się metodami nauki zbadać rozbrykanego, niekompetentnego, pozaprawnego zjawiska, jakim jest „polityka zatrudnienia” wielu przedsiębiorców prywatnych pozbawionych elementarnego szacunku do prawa.
Powiatowe Urzędy Pracy na podstawie tych danych planowały w okresach rocznych ofertę szkoleń, mających zmieniać w sposób rzeczywisty sytuację osób zarejestrowanych w PUP. poprzez dostosowanie ich kompetencji do potrzeb lokalnego „rynku pracy”. Oferta nigdy nie dotyczyła grupy większej niż czterysta kilkadziesiąt osób, a w bieżącym roku, po obcięciu finansowania PUP – połowy tego, co jest liczbą bez znaczenia dal sytuacji na rynku pracy. Dlatego wygląda to bardziej na formalizm, pozorację działania by uniknąć zarzutu o brak działań w ogóle. Ale fundusze pomocowe z EFS są dostępne dla każdego podmiotu, który jest w stanie wymyślić, opracować i poprowadzić odpowiedni projekt w segmentach, na który Unia przeznaczyła dofinansowania.
Każdy – kto „umie sprostać” może sięgnąć po środki unijne jako beneficjent, organizator i realizator np. programu szkoleń zawodowych dla osób bezrobotnych, programów aktywizacji i szkoleń dla osób w wieku po 50 czy 45 roku życia itp.
Skoro może – to sięga. Ale… Państwo powinno zadbać, przy całej wolności gospodarczej jaką propaguje, by wykorzystanie tych środków miało rzeczywisty cel i osiągany sprawdzalny skutek dotyczący ostatecznego odbiorcy pomocy. Ba! Sam EFS powinien o to zadbać. Niestety tak się dotychczas nie stało, a może stało się, ale skutek aprobowany i promowany przez Państwo nie jest tożsamy ze skutkiem możliwym do zaaprobowania przez Unię a już zwłaszcza przez samych zainteresowanych, bezrobotnych.
Brak właśnie takiego podejścia zaowocował co prawda mnożeniem się podmiotów zarabiających na tym „strumieniu pieniądza” płynącym z Unii, z którego może coś „skapnąć”, ale jednocześnie brakiem skutków tych działań i wydatków dla zainteresowanych, nie tylko bezrobotnych ale i przedsiębiorców poszukujących pracowników kompetentnych. Od lat odbywają się nabory wniosków o dofinansowanie z Unii programów, nieraz bardzo szczytnie i sprytnie nazywanych by uprawdopodobnić ich zatwierdzenia przez dysponenta środkami pomocowymi, jakim w tym przypadku są Wojewódzkie Urzędy Pracy. Urzędy mają dzięki temu zajęcie, czyli zatrudniają sporo osób wyłącznie do tego, zmagających się z unijną biurokracją. Po zdobyciu dofinansowania, a w przypadku bezrobotnych jako tzw. beneficjentów ostatecznych – pokrywają one wszelkie koszty ze stypendium szkoleniowym (4 zł za 1 godzinę lekcyjną szkolenia) i kosztami dojazdu do ośrodka szkoleniowego włącznie – odbywa się szkolenie trwające najczęściej 1,5 – 3 miesiące, zakończone przeważnie egzaminem, obszernym testem wiedzy, zadaniami praktycznymi, po czym ośrodek szkoleniowy wydaje zaświadczenie na druku zatwierdzonym przez MEN. Do końca stycznia 2011 odbywało się ono „za zgodą” PUP o ile oczywiście nie było przez PUP organizowane, a od lutego – jeśli nie jest organizowane przez PUP, wymaga wyrejestrowania bezrobotnego na czas szkolenia. „Absolwent” – który dzięki temu szkoleniu zawierającemu przeważnie także elementy pracy psychologicznej, odnowy więzi społecznych, umiejętności „bycia w grupie”, aktywizacji psychicznej i fizycznej po długim nieraz okresie załamania związanego nieuchronnie z brakiem zatrudnienia – przeważnie już pod koniec kursu zaczyna poszukiwać ofert pracy obejmujących daną specjalność, ofert otwartych na wolnym rynku pracy. Okres aktywności, nadziei na poprawę jest jednak krótki: przy całkowitej bierności zarówno organizatorów szkoleń jak i PUP po ponownym zarejestrowaniu traktujących tego bezrobotnego jak „nowego” w swoich rejestrach – człowiek ten dość szybko powraca do stanu sprzed szkolenia. I do rejestru Urzędu Pracy.
Po prostu: szkolenia te są zbyt krótkie by dawały „mocne” kompetencje zarówno teoretyczne jak i praktyczne. Pracodawcy mało sobie cenią wszystko cokolwiek miało jakiś związek z urzędami pracy, tak fatalną opinię wyrobiły sobie te urzędy jako pośrednicy pracy; są po prostu niewiarygodne a jeszcze do tego straszliwie, chorobliwie i to nieuleczalnie – zbiurokratyzowane.
Pracodawcy doskonale wiedzą, że np. jakaś pani Basia, która skończyła taki 1,5 – miesięczny kurs kadrowo-płacowy albo księgowy – o ile wcześniej nie pracowała w tym samym zawodzie – kadrową albo księgowo po prostu nie jest. Jest jak absolwent bez doświadczenia, którego należałoby pod nadzorem dopiero wdrożyć do odpowiedzialnej pracy. Jeszcze – gdyby miał takie potrzeby – to ma do dyspozycji bezrobotnych absolwentów studiów po rachunkowości, ekonomii itp., w których można „zainwestować”, by zyskać długoletniego oddanego pracownika, a tu ma do czynienia z ludźmi ponad 45-letnimi… w których już nikt inwestować nie chce.
Przy całkowitej bierności organizatora, szybko okazuje się w praktyce, że ten kurs niczego nie zmienił w sytuacji tej osoby bezrobotnej; znów – nieraz już po raz kolejny – szukając zatrudnienia samodzielnie otrzymuje ona swoją potężną dawkę odmów zatrudnienia, informacji, że się nie zna, nie nadaje się, nie ma kompetencji, że ma nie tę płeć lub wiek – w związku z czym dość szybko powraca do stanu, w jakim była przed kursem. Klucz do tego problemu leży moim zdanie właśnie w tym, że organizatorzy nie odpowiadają za skutek i nikt od nich konkretnego skutku nie oczekuje. Dla nich – skutkiem jest… wydanie zaświadczeń i rozliczenie programu, w tym i swojego osobistego zarobku.
Ale sens wydatkowania pieniędzy pomocy publicznej był przecież inny. To nie miała być pomoc publiczna dla sprytnych organizatorów programów z dofinansowaniem, a głównie pomoc dla tych, do których te programy są adresowane.
W ten sposób ideologia Państwa – streszczająca się w słowach „byle się nachapać” – realizuje się w straszliwej fikcji, kosztującej setki milionów euro i nie dającej żadnego praktycznie skutku, jaki miał powstać oficjalnie. A sednem powodu tego – jest brak obowiązku uzyskania skutku w postaci faktycznej pomocy w wydobyciu się – choćby pewnej części tylko (50% , 60%, 70%) osób szkolonych – z bezrobocia. Przecież ma to także ogromne znaczenie społeczne i gospodarcze, bo to są osoby, które gdy zaczną pracować – zarabiają – a więc przynoszą dochód zamiast kosztować, kupują wyroby napędzając produkcję, płacą podatki itp.. Jeśli proces zatwierdzania takiego szkolenia przez WUP jest „konkurencyjny”, czasem zdarzają się obietnice, że „każdy absolwent na zakończenie kursu dostanie co najmniej trzy oferty pracy"
Realizacja tego – jak w jednym z WZDZ – wygląda później tak, że przychodzi jakaś pani i… odczytuje całej przeszkolonej grupie trzy oferty pracy z lokalnej, aktualnej gazety. Dla wszystkich – trzy jednakowe. Oferty publicznie dostępne, które większość tych osób już zna i nawet już zgłosili na nie swoje aplikacje, oczywiście bez skutku. Warunek formalny został jednak spełniony: „otrzymał każdy z absolwentów trzy oferty”? Otrzymał! Po prawie dokładnie 2 latach spotkałem jedną z absolwentek tego kursu – na innym , kolejnym kursie. Była nadal bezrobotna, pomimo nawet ukończonych studiów rachunkowości. Powód – wiek 45+, przerwa w pracy zawodowej… albo jakaś dowolna, najczęściej bezprawna przyczyna, której nie można oficjalnie podać za przyczynę…
Inny kurs, inny organizator – zorganizował dość dobrze aktualizowaną kolekcję ofert pracy, tych dotyczących przedmiotu organizowanych za pieniądze Unii szkoleń, kolekcję przeznaczoną dla absolwentów, ale także jedynie spośród tych powszechnie dostępnych, publicznych ofert, do których i każdy bezrobotny ma dostęp. To – mimo „dobrych chęci” – także niestety jedynie działanie pozorujące. Potrzeba natomiast aktywnego pośrednictwa pracy, promowania uczestników kursu i rozglądania się za ofertami dla nich jeszcze w trakcie szkolenia; uczestnicy robią to sami, ale jak wspomniałem jest to nieskuteczne. Firma szkoleniowa ma duże większe możliwości i autorytet. Może współuczestnikiem takich szkoleń powinny być instytucje lub urzędy automatycznie po kursie przyjmujące absolwentów na staże czy praktyki roczne a co najmniej półroczne, tak aby absolwenci kursu wykonywali rzeczywistą potrzebną pracę i nabywali praktyki, by – gdy staną samodzielnie na „rynku pracy” mieli do zaoferowania i wiedzę teoretyczną i roczną praktykę, doświadczenie. Jak wspominałem już kilkukrotnie – są na to pieniądze, jeszcze są, nikt na tym nie traci a zyskuje – człowiek i Państwo. Na dobrą sprawę – wszyscy.
Są jeszcze takie „instrumenty rynku pracy” jak staże dotowane przez FP, prace interwencyjne lub roboty publiczne, które także mogą być pracami typu biurowego. Logiczne by było, gdyby przyjąć założenie o skutku docelowym w postaci wyciągnięcia chętnego bezrobotnego z niewielką przecież pomocą, z bezrobocia na stałe – zastosowanie tych wszystkich instrumentów kolejno w miarę potrzeby, ale w jednym ciągu zadań. Kurs, aktywizujący, przywracający wiarę w siebie i poczucie wartości, odnawiający i uaktualniający wiedzę zawodową, następnie natychmiast po egzaminie – staż we wcześniej przygotowanej i wybranej instytucji, dający normalne obowiązki wykonywane pod przychylnym okiem opiekuna stażu. Jeśli prowadzone przez cały czas „w tle” tego wszystkiego pośrednictwo pracy na rzecz tej osoby jeszcze nie dałoby rezultatów na koniec stażu, to natychmiast – zatrudnienie na zasadzie prac interwencyjnych, już tylko w połowie dotowanych dla pracodawcy, tego samego lub innego – tak by następował dalszy wzrost kompetencji, pewności zawodowej i samodzielności człowieka, gdy wreszcie znajdzie się pracodawca, którego zadowolą cechy tego pracownika promowane umiejętnie przez pośrednika pracy, pośrednika który także miałby odpowiedni zysk z końcowego sukcesu. To tylko pozornie może wydać się komuś takie skomplikowane, ale to jest dziecinnie proste. Tylko w tym przypadku można by mówić o celowym zastosowaniu środków pomocowych, o tym, że się one prozaicznie nie zmarnowały, karmiąc tylko po drodze wielu pośredników, szkoleniowców i doradców.
Trzeba też jednoznacznie przyznać (by nie powstało mylne wrażenie), że samym kursom czy szkoleniom jako takim – nie można nic istotnego zarzucić; są one realizowane naprawdę profesjonalnie, rzetelnie – tyle, że całkowicie bezskutecznie. Oczywiście zawsze możliwy jest wzrost poziomu, ale ten wzrost następuje; w wielu ośrodkach wykształciły się wręcz wyspecjalizowane kadry do prowadzenia tego typu kursów. I kadry te żyją tam sobie całkiem nieźle od lat, kontynuując jeden program unijny za drugim, tyle, że… bezrobotnych dziwnie nie ubywa.
Wszystko wskazuje tu jednak nawet na pewien konflikt interesów: bezrobotny jest tu wyłącznie pretekstem do przepływu ogromnych pieniędzy, z których część trzeba doraźnie oddać bezrobotnemu (niestety) w formie stypendium, materiałów szkoleniowych itp., ale część jest zyskiem podmiotów realizujących tę „pomoc”. Po prostu – jest „złota żyła” i można na tym nieźle zarobić a to właśnie: właśnie to „Z A R O B I Ć ! „ – jest współczesnym bałwanem, któremu władza oddaje cześć – nie są nim obywatele, którzy tę władzę powołali i finansują i choćby dlatego powinni być głównym beneficjentem działań władzy!
W takim rozumieniu, nawet i ten zadziwiający brak skuteczności jest jak najbardziej wytłumaczalny i pasuje logicznie do całości: skoro bezrobotni są tak wspaniałym pretekstem do robienia interesów, to ich liczba nie może się zmniejszyć, ich sytuacja nie może się istotnie poprawić, bo to popsuje cały interes! Zwalczenie bezrobocia czy zmniejszenie go do poziomu tzw. naturalnego – to ugotowanie rosołu z kury znoszącej złote jaja. Nie liczy się człowiek, zamknięty poprzez niekorzystny dla niego zbieg okoliczności w pułapce pozorowanej pomocy a faktycznych – utrudnień.
A przecież są bardzo poważne obawy, że podobne zjawiska dotyczą i mieszkalnictwa, to znaczy dokładniej – bezdomności, dotyczą także pomocy społecznej, która jak to wykazała fundacja FOR wynosi obecnie w Polsce 40 miliardów złotych rocznie, z czego połowa w ogóle nie trafia do potrzebujących, najmniej zarabiających, poszkodowanych losowo. To także jest ogromny strumień pieniądza, przy którym nieźle sobie egzystują zastępy urzędników i działaczy, po prostu cały „przemysł pomocowy” – a dziwnym trafem pomimo upływu lat ilość biednych nie maleje…
Oczywiście, że i tu są wypaczenia po stronie „beneficjentów” tej pomocy, ale przecież nie można ich wszystkich obciążać zbiorową odpowiedzialnością za nieudolność Państwa w określaniu, kto pomocy faktycznie potrzebuje a kto nie, albo jeszcze większą nieudolność prze egzekwowaniu odpowiedzialności za wyłudzenia nienależnej pomocy, których sprawcy przeważnie pozostają bezkarni.
Jak łatwo jest tworzyć barbarzyńskie w swojej istocie opinie, w czambuł potępiające biednych za ich biedę, zrównujące ich z oszustami – tolerowanymi przez Państwo. Jak idiotycznie brzmią teksty o rzekomym współczesnym ”braku kantów, o które można się pokaleczyć w życiu, w tym również i śmiertelnie” nawołujące do powrotu do „praw dżungli” w życiu społecznym. Świetnie!
Po prostu: „trzeba sobie umieć radzić w życiu”… więc robiący interesy na pomocy publicznej dla bezrobotnych i to moim zdaniem – pomocy celowo nieskutecznej – poradzili sobie…!
Prawda?
Ci, którzy zawładnęli połową kwoty pomocy społecznej, która nie trafiła do potrzebujących – także sobie świetnie poradzili.
Także i założyciele coraz liczniejszych gangów, mafii, band, karteli – poradzą sobie: jeśli odmówiono im dostępu do pracy uczciwej, to – nie godząc się na życie w nędzy, marnowanie swojego czasu – po prostu WEZMĄ sobie to, czego im potrzeba. Poradzą sobie! Część pójdzie do więzień gdzie będą mieli zapewniony wikt i opierunek na koszt społeczeństwa, ale nie wszyscy… Wspaniały program społeczny Państwa – Platformy Obywatelskiej…
Wiele tekstów ukazujących się w prasie dokumentuje jakby – mniej lub bardziej wprost – te obserwacje, subiektywne i moje własne obserwacje, jakie tu przedstawiłem. Z aktualnych – proponuję przeczytać choćby następujący:
Firmy szkoleniowe boją się wygasania unijnych dotacji.
Również i zadziwiające kryteria, jakimi ocenia się skuteczność realizacji pomocy unijnej, a mianowicie kryteria szybkości wydawania pieniędzy z EFS w stosunku do tempa zaplanowanego. Dla urzędnika zawsze jest ważne wykonanie planu i za to się promuje – dołożeniem jeszcze większych kwot do szybkiego wydania. Pisałem o tym w poprzednim artykule. Jaki jest skutek – prócz źródła utrzymania dla armii urzędników i działaczy – nie wiadomo dokładnie. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że bardzo mizerny, ale – na wszelki przypadek – nikt tego nie sprawdza… Nie ma żadnego aparatu kontrolnego, sprawdzającego jaki procent bezrobotnych korzystających ze szkoleń finansowanych z EFS – uzyskuje trwałe zatrudnienie dzięki tymże szkoleniom. A jeśli np. pani po ukończeniu kursu księgowości i niemogąca znaleźć zatrudnienia związanego z księgowaniem – zmuszona nędzą podejmie pracę jako sprzątaczka – to nie znaczy, że pieniądze unijne nie zostały zmarnowane.
Platforma Obywatelska utworzyła rząd i dlatego odpowiada za stan Państwa, w tym również pod zarysowanymi tu względami.
Czy gdyby stało się inaczej i PiS pozostawał w Koalicji wykonując władzę – dziś byłoby inaczej? Prawdopodobnie byłoby tak samo.
I to jest właśnie najsmutniejsze.
Etykiety:
bezrobocie,
biznes,
Ewa Kopacz,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
niewidzialna ręka,
PIS-PO,
pomoc publiczna,
POPIS,
prawo,
rynek pracy,
samoregulacja,
sprawiedliwość,
Tusk,
wybory2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)