BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawiedliwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawiedliwość. Pokaż wszystkie posty

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

25/03/2012

42.
Targujmy się o swoje, o nasze…

Wiele wskazuje na to, że Premier Donald Tusk jest wynalazcą nowego znaczenia określenia „konsultacje”. Dla Premiera "konsultacje społeczne" to akcja propagandowa przekonywania o tym, że musi być i będzie tak jak Premier chce, jak chce partia, czyli - czyli tak jak mu nakazali… (lobbyści? biznesmeni? politycy "unijni"?)

Ciekaw jestem - nawet już tak zwyczajnie, po ludzku, co społeczeństwo z tym zrobi i czy w ogóle coś...

Prócz niebezpieczeństwa wynikającego z upierdliwej propagandy, która wydłużenie czasu oczekiwania na uzyskanie prawa do emerytury nazywa „wydłużeniem czasu pracy dla uzyskania wyższej emerytury” – co jest jak dotychczas czczą propagandą bez oparcia w rzeczywistości, jest też i inne widoczne już niebezpieczeństwo.
Polega ono na tym, że nowelizacją ustawy - wiek emerytalny zostanie przesunięty na 67 lat a inne konieczne działania, które powinny być wykonane wcześniej – pozostaną w formie ustnego zapewnienia, że „zrobimy”, że „tak oczywiście będzie”… kiedyś tam...

I przez to może się spełnić najgorszy scenariusz; zamiast pracować dłużej i powiększać swoją emeryturę ponad poziom „głodowy” – ludzie będą głodować już wcześniej na zasiłkach i zapomogach albo na łasce krewnych a ich emerytury będą malały z powodu braku wpłat składek, lub wpłat ale w "symbolicznej" wysokości…
Wiele wskazuje na to, że "oszołomstwo wiary w niewidzialną rękę" nadal gości w umysłach władzy i gotowa jest ona czekać z założonymi rękoma na to, aż ilość miejsc pracy "sama" wzrośnie w wyniku "naturalnego" rozwoju przedsiębiorczości, a jednocześnie popyt na pracę osób w wieku "50+" także "sam" wzrośnie w wyniku przemian demograficznych prowadzących do starzenia się społeczeństwa, na które władza także nie zamierza w żaden sposób oddziaływać.
Oczywiście - ilości ofiar tego oczekiwania nikt liczył ani tym bardziej rozliczał nie będzie...

Myślę, że jeśli nawet uznamy przesunięcie wieku emerytalnego na 67 lat życia za nieuniknione, niezbędne z jakichś przyczyn obiektywnych, ekonomicznych, kryzysowych czy demograficznych, to społeczeństwo nie powinno się zgadzać na jedynie obietnice dotyczące wszystkich niezbędnych działań „około-emerytalnych” jakie są przy takiej zmianie niezbędne.

Nie ma żadnego powodu czy przyczyny, by nie można było teraz opracować po prostu całego systemu emerytalnego, wraz z redukcją bezrobocia i systemem osłon socjalnych. Wszystkie te sprawy muszą być opracowane jako jednolity system, pakiet ustaw już teraz, razem z wydłużeniem wieku emerytalnego, nawet jeśli by to wymagało przesunięcia chwili wdrożenia tych zmian, gdyby poszczególne regulacje miały pewną kolejność wdrażania. Jest obawa, że jeśli nie powstaną teraz, to nigdy nie powstaną, albo będą knotami legislacyjnymi i pozostaną na papierze, jak projekt „Solidarność pokoleń dla 50+”. Ministra Michała Boniego.

Jeśli już uznać to co się dzieje teraz za rodzaj targu, pomiędzy koalicjantami ale i pomiędzy społeczeństwem a Rządem, to jest po prostu jedyna szansa wytargować niezbędne ustawy około-emerytalne, sprawiające że te zmiany będą dość elastyczne i że „da się żyć”, nawet i tym dla których pracy jeszcze długo nie będzie.
Nie referendum jest tu potrzebne a zwykłe targowanie się o swoje, a jest spora szansa, że Rząd to przewidział i ma z zanadrzu rezerwę do negocjacji, że będzie gotów na współpracę i przyjęcie rozsądnych żądań, byle osiągnąć swój założony cel; wiek emerytalny 67 lat.

11/01/2012

21.
Może to Premier powinien zapytać: Obywatele – jak rządzić?

Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy - określa zadania Państwa w zakresie promocji zatrudniania, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej.
A więc – ustawa ta stwierdza, że Państwo ma jakieś obowiązki pod tym względem, i nawet określa dokładniej – jakie! Tak jak wymaga tego zasada państwa prawa – obowiązki ustawowe są powieleniem i uszczegółowieniem obowiązków konstytucyjnych Państwa. Ustawa musi być zgodna z Konstytucją. Jak z tego wynika, nierealizowanie ustawy równoznaczne jest ze sprzeciwieniem się Konstytucji w zakresie niewykonania obowiązków a to z kolei rodzi odpowiedzialność konstytucyjną przed odpowiednim trybunałem (sądem). Co jednak, gdy ustawa wypacza myśl Konstytucji?

Realizatorem obowiązków Państwa mają być instytucje rynku pracy.

Instytucjami rynku pracy są Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z WUP, PUP oraz Urzędy Wojewódzkie, Ministerstwo Pracy, Samorząd województwa i powiatu, Ochotnicze Hufce Pracy, agencje zatrudnienia, instytucje szkoleniowe, instytucje dialogu społecznego – takie jak związki zawodowe, organizacje pracodawców, organizacje pozarządowe oraz instytucje partnerstwa lokalnego realizujące projekty i przedsięwzięcia na lokalnym rynku pracy.

Ustawa precyzyjnie rozpisuje zadania i obowiązki poszczególnych instytucji rynku pracy.

Tyle że w rzeczywistości, od dawna nic się nie dzieje, panuje całkowity zastój. Bo jakiś "liberalny" oszołom wymyślił sobie "niewidzialną rękę rynku" w tym wypadku - rynku pracy, która "sama wszystko załatwi" - za niego, za Rząd i za Państwo.
Poza tym, sama ustawa nie jest w stanie rozwiązać problemu bezrobocia, gdyż polega on na niedoborze ilościowym i strukturalnym miejsc pracy a działanie tej ustawy nie powiększa ilości miejsc pracy – poza rozrostem ilości biurowych etatów właśnie w tych wymienionych instytucjach. Jest jeszcze bezrobocie strukturalne z którym łatwiej można sobie poradzić, gdyby fundusze na to przeznaczone nie zostały tak głupio zmarnowane, stając się żerem dla biznesowych „pasożytów” – o czym już nieco wcześniej pisałem.

Jest i inny, kardynalny czynnik, decydujący o bezrobociu w kompletnym braku związku z Ustawą, sposobem i stopniem jej realizacji itp. To zasada wolności gospodarczej odniesiona do swobody zatrudniania pracowników. Istnieje zasadniczy a zupełnie nie dostrzegany konflikt pomiędzy prawem pracy, zasadami wolności gospodarczej i rynkiem pracy.
Konflikt ten uwidacznia się choćby w sytuacji osób w wieku tzw. 50 plus. Konflikt polega na tym, że cokolwiek by nie było napisane w ustawie, tej - czy wszelkich innych ustawach, cokolwiek by nie robiły urzędy pracy i inne instytucje rynku pracy – jeśli przedsiębiorcy zatrudniający pracowników uważają, że osoby w wieku 50 plus "nie nadają się do pracy z powodu wieku" – żadna siła nie zmusi ich do zatrudnienia tych osób, mimo że to przekonanie nie ma żadnego uzasadnienia obiektywnego a nawet jest wprost złamaniem prawa europejskiego(nierówne traktowanie).
Powszechne Służby Zatrudnienia wraz z ministrem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem są bezradne i bezsilne w takiej sytuacji. Dokładnie to teraz obserwujemy. Ludzie w wieku 50 plus – także są bezsilni, dezaktywizują się w sposób trwały, staczają się do poziomu kloszardów...
Nie wystarczy więc mieć pretensje do jakiegoś jednego ministra, na przykład Ministra Pracy. Nie wystarczy nawet analiza i nowelizacja Ustawy dotyczącej zatrudnienia. Tu musi być cały system logicznie ze sobą powiązanych, skoordynowanych działań w wielu dziedzinach. Oznacza to, że problem bezrobocia – to problem władzy, Platformy Obywatelskiej jako bazy politycznej rządu, Rządu Donalda Tuska a nie samego ministra, któremu na dodatek inny minister „położył łapę” na pieniądzach Fundusz Pracy.

Jeszcze innym czynnikiem mającym bezpośredni wpływ na sytuację, jest praktyczny brak związków zawodowych zajmujących się działalnością syndykalną, panoszenie się organizacji pracodawców, przedsiębiorców i ich lobbowanie na dalsze zmiany w prawie, powszechne i bezkarne lekceważenie prawa pracy przez pracodawców, paraliż i samo-ograniczanie się Państwowej Inspekcji Pracy oraz stronniczość, niesamodzielność i nieprzewidywalność wydziałów pracy w sądach powszechnych.
Przecież to wszystko ma realny, bezpośredni wpływ na sytuację. A są to realne i bezpośrednie skutki działań i zaniechań Rządu.
To nie ma wiele wspólnego z „kryzysem” w rozumieniu kryzysu finansowego czy gospodarczego na świecie czy w Europie. Jeśli ma – no niewiele. Skoro na wiele potrzeb były pieniądze z Unii – to nie był to problem braku pieniędzy. To problem braku koordynacji, niekompetencji, arogancji władzy, rządu – akurat w tym przypadku Tuska i Kosiniak Kamysza.

Coś trzeba robić, ale zrobić nic się nie da bez zasadniczej reformy władzy, dlatego podejmowane są działania pozorowane i akcje dezinformacyjne, propagandowe.

Uważam, że taka sytuacja jest winą opozycji. Dokładniej – braku opozycji. Bo PiS czy SLD opozycją nie jest, społeczeństwem i jego sytuacją zupełnie się nie interesuje, zajmuje się jedynie jakimiś idiotycznymi „zagrywkami” wewnętrznymi, ambicyjkami, walkami personalnymi i przysłowiowym „pchaniem się do koryta”.

Niestety, w powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych, społeczeństwo cierpi i toleruje to…
Miejmy nadzieję, że do czasu i że ten czas właśnie mija.
Coraz wyraźniej widać, że po prostu brak jest całościowej koncepcji Państwa, wszystko zmierza ku bezładowi, fikcji, bałaganowi, anarchii…

To nie ludzie mają pytać Premiera: Panie Premierze - jak żyć.
Może to Premier powinien wreszcie zapytać: Obywatele – jak rządzić?
Albo – odejść.

30/12/2011

34.
Przerażający marazm w Urzędzie Pracy.

Przerażający jest całkowity marazm i zastój w Powiatowym Urzędzie Pracy.
Owszem; czynna jest kasa, wypłacane lub przekazywane są na konta bankowe nielicznych „szczęśliwców” zasiłki dla bezrobotnych, gdzieś tam w biurach ktoś drogą elektroniczną przekazuje odpowiednie składki np. ubezpieczenia zdrowotnego, na rzecz zarejestrowanych bezrobotnych.
Kolejki są tylko rano – tych rejestrujących się po raz pierwszy, później już nie – bo obowiązkowe wizyty bezrobotnych wyznaczane są raz na dwa miesiące, jakieś nieliczne oferty (w dniu dzisiejszym – cztery) wiszą sobie w gablotkach, pachnie świeżo zaparzoną kawą dobrej jakości (byle czego urzędnicy nie pijają, bo szkodzi „na cukier”), czasem ktoś z naiwnych bezrobotnych siedzi przy którymś z kilku starych, rozklekotanych komputerów, z których można wejść wyłącznie na kilkanaście stron dotyczących pracy… może myśli biedak, że coś tam znajdzie… widocznie początkujący. Nie ma staży, nie ma prac interwencyjnych, nie ma ofert, nie ma dotacji, nie ma kursów, nie ma zmiłowania ani pomocy, nie ma pieniędzy… nie ma nadziei.
Pomimo takiej sytuacji – Powiatowy Urząd Pracy zakupił nową, bardzo nowoczesną konsolę do wydawania numerków dla bezrobotnych, ustalających kolejność ich "załatwiania". Nie chodzi o to żeby ludzie mogli pracować; chodzi o to by im o braku pracy powiedzieć w odpowiedniej, słusznej kolejności. Konsola jest świetna, z dużym ekranem dotykowym w który wystarczy dotknąć paluchem odpowiednie miejsce, niemalże bez zatrzymywania się… bo konsola stoi przy wejściu. Widać, że urządzenie drogie i przystosowane do obsługi bardzo dużej liczby osób w krótkim czasie – dokąd nie zabraknie numerków na dany dzień. A dziennie wydaje się ich ok. 600 - 700, bo tyle osób urząd może "załatwić" w ciągu dnia. Potem – sobie stoi i ładnie wygląda, świadczy o poziomie Miasta, dbałości Pana Prezydenta Miasta Piotra Krzyska i kulturze technicznej w naszej kochanej Ojczyźnie...
Toż to komfort; bezrobotny niemal w biegu zaliczy numerek (specjalnie nie piszę w rodzaju żeńskim, żeby dwuznaczności nie było), pobiegnie pod wyświetlacz, tam poczeka jak tresowana małpa na rynku (pracy), aż się odpowiednie cyferki wyświetlą (te z jego numerka), jak niegramotny – to go dobrzy ludzie pchną w odpowiednim momencie - do kabinki, a w kabince szybko mu pokażą te cztery litery... nie, co ja: cztery OFERTY mu pokażą „na krzyż”, które są dostępne, albo powiedzą, że „nic dla Pana nie mamy” i już, załatwiony… na „amen”… proszę przyjść, ale nie wcześniej niż za dwa miesiące… sztucznych kolejek nam tu nie tworzyć, a jak nie ma co żryć, to „od tego jest opieka społeczna”!
No i ewentualnie - Komunalny Zakład Usług Pogrzebowych…

Drugą inwestycją techniczną Powiatowego Urzędu Pracy – są trzy ogromniaste ekrany plazmowe Super Ultra + HD, podwieszone pod sufitem na korytarzach w „poczekalni” dla bezrobotnych, na którym wyświetla się te dziwne oferty pracy, jakie Urząd ma. Na zmianę – oczywiście się wyświetla. Pewnie powiecie: nowoczesność i Hi Tech mamy w naszym powiecie... Są też dwie mniejsze samoobsługowe konsolki z ekranami dotykowymi, gdzie bezrobotny może przeglądać aktualne oferty pracy w układzie alfabetycznym a nawet automatycznie wydrukować sobie wybrane oferty na taśmie papieru termicznego.

Urząd Pracy inwestuje w kadry i w infrastrukturę; mimo braku pieniędzy na pomoc dla bezrobotnych. Widać są przekonani, że ich „misja” dopiero się zaczyna, że będą potrzebni i muszą się przygotować na jeszcze większe bezrobocie.

Jest "inwestycja w kadry"… ale nie bezrobotnych, a urzędników Powiatowego i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. To projekt partnerski finansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego pod nazwą „Piramida Kompetencji” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, przewidziany na okres pełnych dwóch lat; rok 2011 i 2012. Celem projektu jest wzmocnienie kadrowe PUP i standaryzacja usług do końca 2012 roku. Celem jest także finansowanie etatów pracowników Powszechnych Służb Zatrudnienia (PUP) wykonujących zadania pośrednictwa pracy i doradztwa zawodowego. Projekt obejmuje między innymi finansowanie szkoleń, kursów, studiów magisterskich i podyplomowych dla pracowników PUP, organizację spotkań, konferencji, wizyt pracowników PSZ itp.

Dla osób pozbawionych pracy nie ma obecnie żadnej możliwości szkoleń, dotacji do zatrudnienia, brak naboru na jakiekolwiek szkolenia czy projekty współfinansowane przez Unię z EFS w ramach POKL.
Co tam bezrobotni: obecni wymrą, to przyjdą następni, już Rząd Premiera Donalda Tuska się o to postara, ale KADRY muszą być zwarte i gotowe… no i wyszkolone. Kompetencje pracowników muszą być wprost piramidalne, jak marnotrawstwo środków publicznych albo chociaż - jak bzdura w której to wszystko się tapla. Jak widać przewiduje się wysokie bezrobocie na dalsze długie lata…

Przerażające jest to, że To Pan Prezydent miasta na prawach powiatu - zajmuje się wykonywaniem zadań, jakie Ustawa nakłada na starostów; zadań dotyczących wykonywania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Co prawda rynku pracy nie ma, tylko dyktat i samowola „pracodawców”, ale Ustawa – jest. I obowiązuje.
Pan Prezydent oczywiście ma to w…. kompetencjach, dlatego ogranicza się do powołania (podobno w drodze konkursu) Dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy.
Więc powołał…

Przerażające jest to, że jak wynika z Regulaminu przygotowanego przez Dyrektora PUP a zatwierdzonego przez Prezydenta Miasta (a czytał chociaż…?), całokształtem działalności PUP kieruje Dyrektor PUP zgodnie z zasadą jednoosobowego kierownictwa, przy pomocy swojego zastępcy oraz kierowników komórek organizacyjnych.
Dyrektor PUP odpowiada jedynie przed Prezydentem Miasta.
Kieruje Urzędem za pomocą poleceń i zarządzeń. Dyrektor jest jednoosobowym "panem i władcą", ma prawo tworzyć i likwidować stanowiska pracy, komórki organizacyjne, zespoły i komisje, także spoza pracowników Urzędu, podlega mu nawet stanowisko do spraw kontroli wewnętrznej, które nie służy kontroli Dyrektora a wszystkich innych. Władza Dyrektora jest absolutna i jednoosobowa. Pan "życia i śmierci",a dokładniej - pani...

Do zadań dyrektora należy między innymi:
• Wnioskowanie o zmianę przepisów z zakresu działania PUP, jeśli mu się nie podobają te które obowiązują;
• Swobodne ustalanie struktury organizacyjnej, tworzenie i likwidacja stanowisk, komórek organizacyjnych oraz filii, przyjmowanie, opiniowanie i zwalnianie pracowników;
• Planowanie i dysponowanie w ramach upoważnień udzielonych przez Prezydenta środkami Funduszu Pracy, Europejskiego Funduszu Społecznego, środkami pochodzącymi z funduszy unijnych oraz środkami pomocy społecznej;
• Przygotowywanie okresowych sprawozdań z działalności PUP oraz stanu bezrobocia;

W powiecie funkcjonuje także Powiatowa Rada Zatrudnienia, która jest organem doradczym i opiniodawczym Prezydenta Miasta (jako starosty) i jednocześnie – jako przełożonego Dyrektora PUP – w sprawach lokalnej polityki rynku pracy.
Inaczej mówiąc – Powiatowa Rada Zatrudnienia jest jakby narzędziem Prezydenta do oceny działania Dyrektora PUP - obdarzonego taką samodzielnością.
Stąd i odpowiednie kompetencje owej Powiatowej Rady Zatrudnienia, a wśród nich:

• ocena racjonalności gospodarki środkami Funduszu Pracy;
• ocenianie okresowych sprawozdań z działalności Powiatowego Urzędu Pracy oraz ze stanu bezrobocia w mieście;
• opiniowanie kryteriów podziału środków Funduszu Pracy i sprawozdań z ich wykorzystania;
• opiniowanie wniosków o odwołanie lub wnioskowanie o odwołanie Dyrektora PUP i udział w komisji konkursowej;

Do tejże Rady należą tacy ludzie jak przedstawiciel Business Centre Club, Północnej Izby Gospodarczej, Kupieckiej Izby Gospodarczej Województwa Zachodniopomorskiego, Izby Rolniczej, Izby rzemieślniczej, Związków Zawodowych OPZZ i „Solidarność”, Rady Miasta, Wydziału Rozwoju Miasta Urzędu Miejskiego i inni… łącznie kilkanaście tego typu osobistości.

Teraz uwaga: Członkiem Powiatowej Rady Zatrudnienia jest także… Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.

Patrząc więc na nakreślone powyżej obowiązki i kompetencje – staram się wyobrazić sobie – jak to się odbywa.
No bo jak: Dyrektor PUP w swoim gabinecie w PUP sprawdzi i zatwierdzi sporządzone przez swoich podwładnych sprawozdanie z dysponowania w swoim urzędzie środkami Funduszu Pracy, środkami EFS, środkami Funduszy unijnych i środkami pomocy społecznej, następnie wysyła je do Powiatowej Rady Zatrudnienia – po czym sam szybko jedzie do tejże Powiatowej Rady Zatrudnienia, by już jako jej członek – zaopiniować pozytywnie to swoje własne Dyrektorskie sprawozdanie? No bo dlaczego miałby je odrzucić albo mieć zastrzeżenia; "sprawozdanie jest dobre... sam pisałem..."!

A gdy Dyrektor PUP dowie się o czyimś wniosku o "odwołanie Dyrektora PUP ze stanowiska", sam szybko jedzie do Powiatowej Rady Zatrudnienia, aby - jako jej członek - negatywnie zaopiniować ten wniosek…? Dyrektor PUP "jest w porządku, ja go znam, bo to właśnie ja jestem..."

Jak można być jednocześnie kontrolowanym i kontrolerem, ocenianym i oceniającym?

Jak widać – w Polsce można.
Może dlatego jest tak fajnie u nas… marazm, zgnuśnienie, bezrobocie tylko 21,7%...
Budowa nowego dużego cmentarza komunalnego - na ukończeniu… bo stary, ponoć największy w Europie - już przepełniony.

28/12/2011


Hańba

Polska jest w tej złej sytuacji, że ma za sobą skutki sześćdziesięciu lat walki władzy politycznej czyli w tym przypadku praktycznie - państwa, z przedsiębiorczością, własnością prywatną, naturalną niejako dla człowieka współczesnego chęcią osiągnięcia korzyści materialnej, podwyższenia swojego statusu majątkowego, wzbogacenia się i na dodatek… osobistego korzystania z tego wszystkiego.
Bo państwo, władza państwowa, Polska, kierowała się przez ponad półwiecze ideologią komunistyczną przyniesioną tu z Kraju Rad „na bagnetach” Armii Czerwonej, idącej na Berlin a niejako „przy okazji” wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej, zastępując ją... swoją własną okupacją.
Nie miejsce tu na wykłady historyczne a i ja nie jestem dość kompetentny, chodzi mi tu jedynie o podkreślenie tego aspektu historii: państwo zwalczało jak tylko mogło przedsiębiorców i właścicieli, przedsiębiorczość i własność prywatną.

Najpierw było tzw. „rozkułaczanie” polegające na zabieraniu (nacjonalizowaniu) własności ziemi uprawnej i gospodarstw a zastępowanie ich budową Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów), – które miały stanowić odpowiednik radzieckich „kołchozów” (Koliektiwnoje haziajstwo). Kto posiadał ziemię – był „kułakiem” – wrogiem ideologicznym, któremu należało siłą odebrać absolutnie wszystko (nie tylko ziemię) i w ostateczności - dać mu kufajkę, gumiaki i zatrudnić go na etat „oborowego” w tym – jeszcze do niedawna jego własnym – gospodarstwie. To w najlepszym przypadku, bo jeśli władza wyczuwała jakiekolwiek sprzeciwy, delikwent przepadał w więzieniu NKWD albo wędrował gdzieś na daleki północny-wschód… Bo radziecka NKWD miała w Polsce swoje więzienia dla wrogów polskiej władzy ludowej.
W domach tychże dawnych właścicieli powstawały regionalne dyrekcje RGR-ów, Państwowe Ośrodki Maszynowe do obsługi PGR-owskiego sprzętu rolniczego, Dyrekcje Lasów Państwowych (także znacjonalizowanych) albo inne urzędy państwowe terenowe i trwały tam do czasu, gdy jeszcze można było tam fizycznie egzystować, a gdy dom już popadał w ruinę bez remontów – władza wyprowadzała się a okoliczna ludność rozkradała wszystko, co jeszcze się do czegokolwiek nadawało, choćby na opał… Bo władza ludowa niczego tak bardzo nie nienawidziła – jak remontować cokolwiek, a już szczególnie, gdy to było „poniemieckie”.

Później pojawiali się inni wrogowie ludu: to „badylarze” – czyli ze wszech miar godni pogardy i podejrzani ideologicznie właściciele małych szklarni i tunelów foliowych, czy szkółek sadowniczych. Oczywiście – dobrze było, że coś produkują, w szczególności żywność, ale skandalem było to, że to jest ich własne, a na dodatek – zarabiają na tym i to dla siebie, nie dla klasy robotniczej…!
Byli też „cinkciarze”, czyli ludzie nielegalnie handlujący walutami obcymi. W Polsce obrót walutami, np. dolarami amerykańskimi – był surowo zabroniony i był przestępstwem. Legalne były jakby „zamienniki walut”, czyli tzw. „Bony Pewexu” oraz specjalne bony „Baltona” – dla elity osób zarabiających legalnie w walutach wymienialnych. Obrót mimo to oczywiście istniał, istniało też „podziemie” i „półświatek” a i spora część obecnie najbogatszych osób w Polsce – swoje majątki początkowo wywodzi z tego właśnie okresu. Przypuszczam, że aby to robić, należało być emerytowanym milicjantem, funkcjonariuszem „służb”, albo przynajmniej tymże - sowicie się „odpłacać”…
W czasach gierkowskich, gdy kontrola nad tym wszystkim stała się coraz trudniejsza – władza państwowa wymyśliła inny sposób; mniej zwracano uwagę na sposób i miejsce powstania zysku "prywatnego", a coraz bardziej – na miejsce jego ulokowania, lub wydatkowania.
Więc nie – co, gdzie i jak ktoś zarobił, a – czego jest właścicielem, co ma. Nie powinien przy takiej polityce władzy w zasadzie nic mieć, a jeśli miał – to należało wyjaśnić, skąd.
Zrodził się wówczas pomysł dodatkowego zapanowania nad dyscypliną podatkową; ocena dochodów po stanie posiadania, a nie po oficjalnie ujawnianych zarobkach. Wiadomo zresztą, czemu cały świat się dziwił od zawsze, że Polak więcej wydawał niż zarabiał i poniekąd do dzisiaj tak jest. Władza nie chciała się jednak z tym pogodzić, to znaczy z aż taką konkurencją dla siebie; przestawała być elitą, towarzysze z komitetów się oburzali… więc wymyślono nowy sposób kontroli podatkowej: podatek nie tyle od wykazywanych dochodów a „po znamionach luksusu”. Z samochodami nie było jeszcze wówczas takiego problemu, bo tu „luksusu” w ogóle raczej nie było, (choć to rzecz względna), ale powstawać zaczęły bardzo dziwne domy. Jak dekoracje do filmów grozy. Szczególnie do tego nadawały się niewielkie wille poniemieckie na przedmieściach albo w dzielnicach willowych, jeszcze często ze śladami na elewacji po seriach z ruskiej „pepeszy”, z ubytkami w otynkowaniu, dziurami w dachówkach. Zewnętrznie – po prostu bieda, ruina, nędza, zniszczenie… strach podchodzić, bo się zawali. A za to w środku…......
Bo wewnątrz nikt „znamion luksusu” nie mógł tak łatwo poszukiwać, a na zewnątrz – było widać to, co „trzeba”… czyli nic.

Dlaczego ja to piszę?

Chcę nawiązać do pojęcia SOLIDARYZMU SPOŁECZNEGO, czy po prostu solidarności.
Solidarności międzyludzkiej, czyli – ludzkiej. Solidarności ludzkiej w wymiarze społecznym.
Te wszystkie zaszłości, czynniki kształtujące postawy ludzkie i sposoby myślenia - dotyczyły ludzi dziś będących w wieku zwanym "50+".
Mam wrażenie, że trzeba o tym mówić, pisać i rozmawiać, bo nie jest to dość szeroko rozumiane, a wyraźnie widać, że jakieś” siły” starają się tym „grać” i jak najbardziej to zagmatwać, wypaczyć, ośmieszyć i skompromitować.

Całkowita „klapa” programu rządowego pod nazwą „Program Solidarność Pokoleń, działania na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+” nie jest już dziś nawet negowana przez autorów, przez „czynniki rządowe”. Mówi się; no nie wyszło, całkowicie się nie udało, zostało zbojkotowane przez pracodawców… itp. Nie mówi się – dlaczego tak się stało, kto za to odpowiada no i… co dalej. Co dalej! - bo program ten miał konkretne uzasadnienie i cel. Cel społeczny najwyższej wagi, który nie został osiągnięty ani niczym zastąpiony. Kluczowymi postaciami związanymi z tym jest Michał Boni i Władysław Kosiniak Kamysz.

O jakich tu ludziach (beneficjentach ostatecznych) piszę:
Dzisiejsza młodzież ma w szkołach pełną swobodę nauki języków obcych, wręcz jest to propagowane, promowane, ułatwiane. Bardzo rozpowszechniony jest już dostęp do komputerów, jeśli nie osobistych to choćby w bibliotekach, świetlicach, kafejkach internetowych a to daje bazę do używania programów multimedialnych edukacyjnych, w tym i do nauki języków. W czasie, o którym pisałem wcześniej – przyznanie się do posiadania krewnych za granicą było bardzo niebezpieczne, zamykało wiele drzwi i możliwości, zamiast je otwierać. Uczenie się języka obcego poza rosyjskim (który był obowiązkowym przedmiotem nauczania w szkołach), było jakieś podejrzane, nie chwalono się tym, pomocą bywały tylko „czarne” płyty gramofonowe a później – kasety magnetofonowe, bardzo kiepskie podręczniki szkolne wyłącznie polskich autorów, zatwierdzone przez Ministra i Komitet. Zresztą - po co było się tego języka obcego wówczas uczyć; granice były zamknięte, paszporty - jeśli już ktoś posiadał - nie wolno było trzymać w domu a w depozycie w komendzie Milicji Obywatelskiej. Każdy wyjazd z Polski był niemalże UCIECZKĄ i... co najważniejsze - nikt nie wierzył, że to się kiedykolwiek może zmienić...
Młodzież w wieku Pana Ministra Kosiniaka - Kamysza, od połowy lat dziewięćdziesiątych czyli w swoim wieku licealnym, miała możność obserwować przed wejściem w wiek "produkcyjny" wszystko to, co się dzieje z gospodarką Kraju, te "dzikie" prywatyzacje, bezmyślne niszczenie zakładów, które mogły być zmodernizowane, nagłe upadłości, gwałtowny wzrost bezrobocia, nieudolność i bezmyślność władzy. Dla starszego pokolenia było już za późno, ale oni mogli jeszcze dostosować się do tego co obserwują, zrewidować swoje plany czy wykształcenie zgodnie z przemianami gospodarki.

Dzisiejsza młodzież ma w programie nauczania zajęcia z przedsiębiorczości, są do tego podręczniki, wszelka dostępna literatura w bibliotekach i Internecie, poradniki, samouczki, uczniowie poznają zasady powstawania i organizacji firm, uczą się tworzenia biznesplanów. Są inne pomoce, gry edukacyjne jak Bankrut, niezliczone materiały w Internecie nie do ogarnięcia. W czasach, o których pisałem wcześniej – nie było to dostępne, zbytnie interesowanie się tym było negatywnie oceniane, szkodziło uczniowi i pracownikowi, było to ideologicznie podejrzane i zwalczane. Własność miała być wyłącznie społeczna, a od biznesu był Pan Dyrektor i Pan Sekretarz organizacji zakładowej PZPR. Ludzie wówczas nie mieli takiej niezależności spojrzenia, samoświadomości – dlatego uważali, że tak widocznie ma być a zgniły kapitalizm już za chwilę upadnie. Jedynym podręcznikiem na wszystkich kierunkach studiów była „Ekonomia polityczna kapitalizmu” – Oskara Lange. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych zestaw informacji o formach działalności gospodarczej, przepisach prawnych, podatkowych, procedurach postępowania itp - można było wyłącznie nabyć za "ciężkie pieniądze" w niektórych firmach consultingowych...

Dziś się uczy i przyzwyczaja młodych ludzi do mobilności zawodowej, do tego, że pracę można a nawet należy zmieniać, gdy czują zastój, brak możliwości awansu itp. Że praca jest dla człowieka, ma dawać mu satysfakcję nie tylko materialną, ale i osobistą, poczucie rozwoju i wykorzystania swoich możliwości. Że pracę należy wręcz zmieniać co kilka lat – by uniknąć „wypalenia zawodowego” czy rutyny… W czasach, o których pisałem wcześniej, ówczesnych młodych ludzi dziś będących właśnie w wieku 50+ uczono i przekonywano, że liczy się wierność firmie, że najlepiej całe życie pracować w jednym miejscu, bo to zaszczyt i honor. Awans był możliwy głównie poprzez struktury partyjne, dlatego dla wielu był niedostępny. Nie traktowano poważnie tych, co często zmieniali pracę; uważani byli za niepewnych i mieli trudności ze znalezieniem dobrej pracy. Premiowało się doświadczenie, rutynę, nieprzerwany staż.

Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać różnice a najczęściej – przeciwieństwa pomiędzy tamtym systemem a obecnym. Oczywiście nie będę tego robił, ale chcę wykazać, że ludzie dziś w wieku 50+ a wówczas młodzi – są tacy jak ich nauczono, jakie były wymogi uznawane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Tamten system był dla nich niezależną od nich rzeczywistością, oczywistością.

W czasie upadku minionego systemu, rozwiązania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej a następnie rozpoczęciu przemian gospodarki w założeniu z „socjalistycznej” na „wolnorynkową” – zdawano sobie sprawę, że będą problemy dla pokolenia pracowników wychowanych w starym systemie, mających już kilku czy kilkunastoletni staż pracy a obecnie nagle przenoszonych do innego systemu gospodarczego. Wszystko to wymknęło się jednak spod kontroli władzy państwowej - o ile założymy optymistyczne, że władza chciała to kontrolować, ale nie potrafiła.
Wszystko odbyło się w sposób chaotyczny, bezmyślny i barbarzyński.
Przemiany musiały jednak nastąpić a chodziło o to by złagodzić ich skutki dla Bogu ducha winnych, dobrych i wydajnych jeszcze do niedawna pracowników, dobiegających wtedy wieku czterdziestu lub czterdziestu kilku lat. Polska odzyskała suwerenność w tym i gospodarczą, ale chodziło o to, by ci ludzie, którzy tę suwerenność wywalczyli – mogli także się z niej cieszyć, mino że ona zniszczyła cały ich świat wartości i dorobku zawodowego.
Aby mogli się cieszyć z odzyskanej wolności - patrząc w przyszłość, a nie przeklinać ją - patrząc ciągle wstecz.

Dziś niedouczonej, cynicznej gówniarzerii łatwo jest rzucać oskarżenia; że ci "50+" są mało przedsiębiorczy, nie znają się na informatyce, nie znają języków obcych a i czasem - swój własny, ojczysty - dość kiepsko im "idzie", że są mało "mobilni" zawodowo, słabo tolerują zmiany i nowości, często nie mają prawa jazdy... A przecież są tacy jacy mieli być, jak ich wychowano, jak tego oczekiwało społeczeństwo; to samo społeczeństwo tego samego kraju...
Bez przesady zresztą; w takim gadaniu jest wiele przesady i złośliwości. poszukiwania sztucznych, naciąganych i nieprawdziwych oskarżeń. Ludzie ci kończą kursy, w tym i komputerowe, nie są ograniczeni umysłowo. Mogli być bardzo przydatni. Wiek pięćdziesiąt kilka lat - to jeszcze szczyt możliwości, a już - szczyt doświadczenia, równowagi. Zresztą - przecież mają pracować do wieku 67 lat...

Na zasadach solidaryzmu społecznego ludzie ci mieli uzyskać pomoc społeczeństwa w dostosowaniu się do transformacji gospodarczej.
Już wówczas zostali oszukani przez społeczeństwo, gdyż zamiast pomocy - rozprzestrzeniło się wśród „pracodawców” przekonanie, że „ludzie w wieku ponad 40 lat nie nadają się już do żadnej pracy, tak są zdemoralizowani „socjalizmem”… Byli zwalniani z pracy, powstała pierwsza ogromna fala bezrobocia dla ówczesnych 40+. Dzisiejsze bezrobocie także najbardziej dotyka tę grupę, z tym, że dziś mają oni już po pięćdziesiąt kilka lat.
Jeszcze nie mają uprawnień do emerytur, jeszcze są pełnosprawni - więc nie mają uprawnień do rent, nie istnieją już emerytury wcześniejsze, czy specjalne emerytury dla bezrobotnych - jak w Niemczech czy Norwegii. A oni już nie mogą nigdzie uzyskać zatrudnienia, są skandalicznie szykanowani z całą obojętnością władzy i błogosławieństwem prawa, które przecież zabrania szykanowania kogokolwiek!

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii, pazernych "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy, i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo a zwłaszcza władza - nie dorosła do solidaryzmu.
Nawet zasiłki związane z rejestrowanym bezrobociem, mimo że są tylko czasowe, przyznawane na dość krótki okres czasu, przyznawane są jednie nie więcej jak 20% bezrobotnych. Jak żyją pozostali? Te 80% które zasiłków nie otrzymuje? Jak umierają?! Jakie cierpienia fizyczne i psychiczne znoszą – próbując walczyć o przetrwanie, o zachowanie przynajmniej godności do końca. Ciągle wzbudzając w sobie nadzieję i tracąc ją...

Co do wspomnianego „Programu Rządowego”, który był od początku fikcyjny i nie został zrealizowany - przygotowanego przez Platformę Obywatelską pod przewodnictwem Pana dr Michała Boniego – będę analizował tu w przyszłości bardziej szczegółowo jego elementy. Także dokument implementacyjny oraz „sprawozdanie z realizacji” jakie sprokurowało Ministerstwo Pracy Pani Minister Fedak z PSL w styczniu 2011 roku, także we współpracy z Panem dr Bonim. (Pan Boni jest doktorem kulturoznawstwa, ale specjalizował się chyba w kulturze dzikich...)
Taki program, takie działania - jeszcze powinny powstać i powinny być pilnie, natychmiast wdrożone, przynajmniej wobec tych, którzy jeszcze są w stanie podjąć normalną, odpowiednią dla nich pracę. Jest późno, ale nie za późno, przynajmniej dla części osób z tego przedziału wiekowego. Zaczną pracować, płacić składki ZUS-owskie, podatki i zarabiać na obecnych emerytów. Pozostali powinni otrzymać jakieś świadczenie pozwalające na egzystencję, bo to państwo przecież nie wykonało swojego konstytucyjnego obowiązku, odrzuciło ich, uniemożliwiło im pracę dla wypracowania dochodu narodowego i samodzielnego utrzymania się.

Trzeba być dziś skończonym sukinsynem, by tym ludziom zalecać dziś "zakładanie działalności gospodarczej" i zarzucać im, że tylko jednostkom się to udaje, albo zalecać im wyjazdy do pracy za granicę i zarzucać im brak mobilności i nieznajomość języków, a już tym bardziej kazać im sobie samodzielnie "radzić" w imię jakiejś idiotycznej lewackiej "równości" - na tak zwanym "rynku pracy" - który przecież żadnym rynkiem nie jest, a jeśli - to skrajnie wypaczonym i pogrążonym w bezprawiu... szczególnie co do "prawa pracy". Trzeba być skończonym sukinsynem, ale... jednak takich przecież nie brakuje...

Jestem przekonany, że historia kiedyś właściwie oceni ten czas, winy i zasługi konkretnych osób; polityków, teoretyków i działaczy. Że badacze życia społecznego już niedługo obiektywnie zbadają, udokumentują i opiszą to, z czym mamy do czynienia teraz. Że określą z imienia i nazwiska - winnych. Chciałbym, aby wówczas – jak dawniej w odniesieniu do ludzi, których uznano za zdrajców narodu – ich portrety były pokazywane w telewizji wraz z wielkimi napisami:

H A Ń B A !


Ofiarom to nie da satysfakcji, ale...

W Polsce brak opozycji politycznej. Nie jest nią PiS ani Pan Kaczyński, nie jest nią SLD ani Pan Miller, nie jest nią Palikot ani Pawlak. Najlepsze co może zrobić Pan Jarosław Kaczyński - to "dać sobie spokój" i zająć się wreszcie kotkiem, (broń Boże - nie pali..., no i najlepiej - swoim) pozwalając wreszcie na powstanie autentycznej opozycji zajmującej się skutecznie sytuacją społeczną wewnątrz Kraju. W Polsce brak autentycznych związków zawodowych, zajmujących się działalnością syndykalną. Panoszą się konfederacje pracodawców - lobbystów zdziczałego, zacofanego, polskiego, wypaczonego kapitalizmu...

Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii - czyli tzw. polityków, pazernych buraków i "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo dotyczące pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo ale w szczególności zwłaszcza władza - cywilizacyjnie nie dorosło do solidaryzmu.

02/10/2011

15.
Co by trzeba było zrobić, gdyby się chciało coś zrobić. (Część I)

Wyrażałem już w jednym, a może nawet i już nie jednym swoim felietonie pogląd, że ilość osób pozbawionych pracy nie jest przypadkowa. Wynika ona ze stanu gospodarki i wielu innych czynników, więc choćby z tego powodu można tak twierdzić, gdyż stan gospodarki wynika z kolei z działań lub zaniechań Rządu i Sejmu a więc ogólnie – Platformy Obywatelskiej jest także pochodną działań i zaniechań "globalnych". Słowem - przypadkowy nie jest.
Ale zupełnie nie takiego typu powody miałem na myśli. Chciałem zasugerować i taką możliwość, że owa nieprzypadkowość ma w swoim źródle celowe działania władzy. Inaczej, że brak miejsc pracy jest wynikiem celowego działania. Przykładem może być tu znana sytuacja osób w wieku 45 – 65 lat, czyli tak zwanych 45+, pozbawianych zatrudnienia ale nie posiadających jeszcze przyznanego prawa do emerytury.
W tym miejscu trzeba by może wspomnieć, że jedną z metod „zaciemnienia” prawdziwego obrazu – ulubionych przez władzę, jest rozpatrywanie wszystkiego łącznie, całościowo, ilościowo, w skali makro i według ogólnych danych statystycznych. Tak - po prostu nie można niczego zrozumieć, ani dowiedzieć się jaki jest prawdziwy stan spraw – i o to właśnie chodzi władzy.
Obojętnie nawet czy tę umowną dolną granicę ustawimy na 45 czy 50 lat, a zdarza się widzieć i tak i owak – zupełnie inna przecież jest sytuacja osób będących w „wieku produkcyjnym”, czyli do 60/65 lat - niż sytuacja osób w wieku emerytalnym, czyli po 60/65 roku życia i dalej. Rozpatruję to z punktu widzenia podstawowej zdolności do samodzielnego utrzymania się, samodzielniej egzystencji w sensie ekonomicznym a więc czynnika jak by się wydawało kluczowego z ludzkiego punktu widzenia. Nie zapominajmy jednak, ze o tym, co jest kluczowe – decyduje w tym kraju ideologia a nie logika czy zdrowy rozsądek...
Osoby posiadające przyznane już prawo do emerytury posiadają jakieś, minimalne choćby środki do życia w postaci tejże właśnie emerytury, podczas gdy osoby z tej młodszej grupy – nie zawsze. Ale władza nie rozróżnia takich szczegółów, uwielbia stosować tu termin „senior” i wówczas już zupełnie nie wiadomo „o co chodzi”. Bo „senior” to określenie potoczne, "towarzyskie" a nie - określające w sposób jednoznaczny przedział wiekowy a więc i sytuację osoby.
Tak właśnie, dzięki takim zabiegom - na kompletnego durnia wychodzi Pan Arłukowicz, bo chcąc pomagać „wykluczonym” – rozdaje darmowe bilety do kina lub teatru „seniorom” a w tym samym czasie inne osoby w podobnym wieku walczą każdego dnia o biologiczne przetrwanie, o utrzymanie skromnego dachu nad głową by nie popaść w bezdomność, co nieodwołalnie już wówczas prowadzi do stoczenia się do poziomu kloszarda. Nie wierzę, by minister – pełnomocnik, jako zawodowy lekarz nie potrafił w każdej sytuacji ocenić logicznego, właściwego pierwszeństwa działań, właściwej ich kolejności. Więc pewnie tak mu wygodniej… jako politykowi.

Inna sprawa, – co uznamy za „podstawowe środki do życia”. Najniższa emerytura, czyli tak zwana emerytura gwarantowana wynosi obecnie 728,18 zł i można postawić pytanie praktyczne: – czy są to „podstawowe środki do życia”? Podstawowe może i są, ale czy faktycznie „do życia”? Trudno mi określić, jaki procent osób z przyznanym świadczeniem emerytalnym otrzymuje je akurat w tej najniższej wysokości. Ważne jest, że taka emerytura wyklucza emeryta z ubiegania się o pomoc społeczną; jest zbyt wysoka. Prawo do ubiegania się o pomoc finansową wyznacza między innymi tak zwane „kryterium dochodowe”, które stwierdza, że pomoc może otrzymać osoba, której dochód miesięcznie nie przekracza 477 złotych, jeśli jest to tzw. „rodzina jednoosobowa” a 351 złotych na osobę, jeśli dotyczy to osoby wspólnie z innymi gospodarującej w tzw. gospodarstwie wieloosobowym. Emeryt – jaki by nie był jego status rodzinny, ze swoją gwarantowaną emeryturą przekracza ten próg, więc pomocy finansowej nie otrzyma.
Są ludzie i to wcale nie milionerzy, którzy w zasadzie nie muszą codziennie liczyć zawartości swojego portfela. Osoby, których nigdy nie ogarniają w sklepie przy codziennych zakupach żywnościowych nagłe wątpliwości, czy nie kupili czegoś, z czego mogliby zrezygnować a jeśli nie – czy im wystarczy posiadana zawartość portfela na zapłacenie za chwilę przy kasie kwoty naliczonej przez sprzedawcę, czy nie będą musieli upublicznić nagle swojej biedy, przyznając, że nie mają tyle, co potrzeba i że z czegoś zrezygnują… Takie właśnie osoby bez stresu sięgające do swojego portfela albo po kartę płatniczą mogą po prostu się nad tym nie zastanawiać, ale trzeba tu stwierdzić rzecz właśnie wcale nie oczywistą: najniższa emerytura jest zbyt niska by się samodzielnie utrzymać a wyklucza otrzymanie pomocy przeznaczonej dla najuboższych. A o wysokości najniższej emerytury decydują właśnie osoby nie mające codziennych problemów finansowych, więc ich zupełnie nie rozumiejące.

To znów nasuwa nieuchronnie pytanie – ile musi być tych osób, Polaków mających dochód poniżej 477 złotych lub 351 złotych na osobę – skoro na pomoc rodzinie przeznacza się rocznie w Polsce 40 miliardów złotych.
Biorąc nawet pod uwagę ewentualność, że prawdziwe mogą być dane opracowane przez Fundację Obywatelskiego Rozwoju (Leszka Balcerowicza), mówiące o tym, iż połowa tej kwoty trafia do osób mających dochody wyższe niż owa granica ustalona ustawą, można wysnuć tu kilka zasadniczych wątpliwości: czy mamy do czynienia z państwem żebraków? Czy raczej z państwem oszustów? Pytam tu o stronę społeczną, bo co do strony władzy - to przecież od dawna wiadomo… Ilu musi być obywateli, jaki procent dorosłej części społeczeństwa – osób posiadających miesięczny dochód poniżej 477 lub 351 złotych – by wydano na pomoc dla nich aż taką kolosalną kwotę. Z drugiej strony, – kto i na podstawie jakich przesłanek ustalił taką granicę dochodu. Przecież jest to kwota z a n i ż o n a znacznie w stosunku do zdroworozsądkowych szacowań rzeczywistych, realnych potrzeb człowieka, potrzeb podstawowych. Jesteśmy więc bardzo dziwnym krajem, o którym dawniej mawiało się, że „obywatele wydają znacznie więcej niż zarabiają”, a obecnie należałoby mówić, iż żyją za znacznie mniej niż niezbędne do życia minimum. I znowu więc mamy „cud gospodarczy”… dość przekorny: toż to cud, że żyję…
Nasuwa się wprost podejrzenie, że ustalają to osoby dla których sprawy te są po prostu abstrakcyjne. Tak jak bezrobocie - dla ministra pracy a zwłaszcza dla jego wiceministra...

Nie dziwi więc, że gdy uwaga władzy przypadkiem dotknie tego problemu, oczywiście przypadkiem - jak na przykład przy okazji lansowania (się) Pana Arłukowicza i jego nowego „wybornego” stanowiska na potrzeby wyborcze Platformy Obywatelskiej – nagle rozlega się potworny lament, wrzawa ludzi liczących na pomoc. Ale chyba nie tylko tych. Jeśli potrzebujący pomocy podnoszą hałas – trzeba ich jakoś zagłuszyć, by żadna skaza się nie ujawniała na wizerunku władzy, i od tego są fachowcy; dawni, sprawdzeni, wyszkoleni i z doświadczeniem w manipulowaniu opinią i wyciszaniu krytycznych głosów lub choćby zwykłego wołania o pomoc.
Jednym ze sposobów ich działania jest metoda odwrotna do strażackiej. Strażak, gdy się coś pali – stara się natychmiast doprowadzić do sytuacji, aby się to palić przestało a jeśli już nie może, to przynajmniej za pomocą posiadanego toporka służbowego „odrąbie to, co się pali od tego, co się nie pali, aby się nie zapaliło to, co się nie paliło od tego, co się paliło i by się przez to nie spaliło i to, co się paliło i to, co się nie paliło”. Jasne; taki nawyk. Natomiast oni – nie. Odwrotnie:, jeśli się coś pali to trzeba dolać oliwy do tego ognia, aby się paliło jeszcze bardziej. Nawet małego pożaru „społecznego” i tak nie da się ukryć a jeśli będzie dużo większy – nie będzie można przynajmniej tak łatwo ustalić; co się pali, dlaczego się pali, gdzie dokładnie się pali, kto jest podpalaczem, jak gasić i z której strony zacząć. Objawami takiego działania, widocznymi szczególnie w sytuacji, gdy każdy normalny człowiek oczekiwałby uporządkowywania spraw, rozeznawania sytuacji i ustalenia planu działania – jest właśnie tworzenie chaosu pojęciowego, mówienie o wszystkich aspektach sprawy na raz, stwarzanie nowych problemów oraz dorzucanie ich do tych jeszcze niezałatwionych itp.

Przykro to powiedzieć, ale dla wierności zasadom - trzeba, że w taki właśnie sposób działa Bartosz Arłukowicz; działa lub nie potrafi przeciwdziałać „wpuszczaniu go” w taki „kanał”, czy może pole obsiane kolczastymi krzaczkami. Skoro jest pełnomocnikiem Prezesa RM do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu, to nagle okazuje się, że w zasadzie każdy Polak jest wykluczony pod jakimś „ważnym” względem a przynajmniej się za takiego uważa. Mnożą się organizacje i komitety „wykluczonych” liczące na „skapnięcie” czegoś przy okazji tego "eksperymentu", zewsząd wyciągają się ręce po pomoc, błagania coraz dramatyczniejsze w swoim aktorskim wyrazie o „w k l u c z e n i e” na powrót do społeczeństwa… a wszystko przecież jedynie po to, aby pokazać „ludzką twarz” Platformy Obywatelskiej, omamić społeczeństwo przed wyborami rzekomą „wrażliwością społeczną” by zyskać głosy tych znów oszukanych wyborców („głosy wyborcze” ponoć nie śmierdzą, jak pieniądze). Oszukać – czego się domaga walka o kontynuację władzy, ale i niczego nie zmienić, – czego się domaga ideologia Platformy Obywatelskiej.
Czy "normalny" człowiek może jednak nie umieć odróżnić problemu trudności "seniorów" z dostępem do kultury, od podstawowych trudności życiowych z utrzymaniem "dachu nad głową w ogóle" czy fizycznym przetrwaniem osób w wieku produkcyjnym 50 - 65 lat, którym odmawia się zatrudnienia? Czy to jest normalne?

Pomijając więc kompletnie nieprzydatne określenie „senior” – zauważmy, że wspomniana grupa osób będących przed wiekiem emerytalnym jest obecnie w swojej większości pozbawiona dostępu do zatrudnienia. I to ze - w zasadzie zupełnie nieznanych - powodów. "W tym wieku się nie zatrudnia"!
Jakie to ewentualnie mogą być powody? Jakiekolwiek, nie wyłączając głupich, durnych i zabobonnych. Przedsiębiorca ma prawo. To zresztą tajemnica, gdyż żaden przepis prawa nie narzuca przedsiębiorcy obowiązku wyznania, z jakiego powodu odmówił zatrudnienia tej lub innej osobie czy grupie osób. Wręcz przeciwnie: istnieją przepisy, które zmuszają go do odmowy udzielania takiej informacji komukolwiek, a zwłaszcza zainteresowanemu. Chodzi o przepisy zakazujące nierównego traktowania w zatrudnieniu, szykanowania pod jakimkolwiek względem a zwłaszcza pod względem płci, wieku, rasy, przynależności etnicznej, wyznania, orientacji seksualnej, stanu cywilnego, stanu rodziny itp. Oczywiście dotyczą one także kandydatów do pracy, ale cóż to może obchodzić przedsiębiorcę ochranianego parasolem władzy. Wie on najczęściej, choć pewnie nie zawsze, że istnieje coś takiego jak Ustawa Sejmu RP „Kodeks Pracy” i na dodatek obowiązuje, ale… jednocześnie jest jasny sygnał od władzy by się tym zbytnio nie przejmować. „Przedsiębiorca na zagrodzie równy Wojewodzie” jak można by powiedzieć parafrazując znane staropolskie powiedzenie szlacheckie. Więc taki kandydat może być zbyt świadomy swoich praw i sposobów ich egzekwowania; może być zbyt „dostojny” ze swoimi siwymi włosami - by można go było zbesztać jak psa, zmieszać z błotem, potraktować z góry, nawrzeszczeć na niego; jest podejrzany o zbyt częste chorowanie a co za tym idzie – częste zwolnienia lekarskie opłacane do 30 dni przez pracodawcę; może mieć zbyt silne przyzwyczajenia z innej pracy; może być zbyt mądry i doliczyć się źle naliczonego zarobku; może nawet mieć kompetencje wyższe niż jego przyszły szef albo i nawet sam Pan Przedsiębiorca (a na to absolutnie nie ma zgody); może mieć "zbyt mało entuzjazmu" do układania towaru na półkach w hipermarkecie, albo machania towarem przed czujnikiem skanera kasowego… takie niestety są autentyczne powody. Swoją drogą zawsze zastanawiałem się, jak okazać pracodawcy oczekiwany entuzjazm: podskakiwać cały czas czy może głaskać z nabożeństwem półki sklepowe i prosić o prawo do pozostania dłużej w tej wspaniałej pracy… nie wiem. Inne powody są banalne: przedsiębiorca koniecznie chce zatrudnić kobietę a nie wolno mu, bo „nie wolno szykanować kandydatów ze względu na płeć”(albo oczywiście analogicznie mężczyznę), koniecznie chce zatrudnić "dziewczynę do lat 24, pannę atrakcyjną, bezdzietną i bez narzeczonego", ale nie może, bo prawo zabrania mu już nie tylko szykanować ze względu na płeć i stan rodziny, ale nawet pytać o stan rodzinny, stan cywilny, sprawy osobiste czy plany rodzinne na przyszłość. Po prostu: nie wolno, ale cóż to może obchodzić "liberalnego" przedsiębiorcę pod skrzydełkami PO; i tak zrobi swoje i żaden PIP mu nie zabroni… Nie zapyta o wiek; nie, on tylko zapyta o PESEL… "Liberalizm" dla Platformy to egzekwowanie własnych praw i niezauważanie praw innych.

Wracając jednak do sprawy: ta interesująca grupa ludzi wykluczonych z zatrudnienia, dzieli się na trzy podgrupy: osoby, które mimo wszystko znajdują jakieś, choćby „przerywane” zajęcie zarobkowe, najczęściej dzięki przypadkowi lub tak zwanym „znajomościom”, kontaktom towarzyskim poprzez rodzinę albo tak zwanemu „poleceniu przez kogoś ważnego”. To niewielka grupa, ale patologia wielka. W tym przypadku chodzi o szczególne kontakty na tyle silne, że aż mogące przełamać "blokadę" zatrudnienia, faworyzować na "rynku niedoboru pracy".
Podgrupa druga – to osoby, które pomimo braku zatrudnienia mogą jakoś egzystować z pomocą rodziny, krewnych. To na przykład któreś z rodziców zamieszkujących ze swoimi dziećmi we wspólnym gospodarstwie domowym. Nie ma dochodów, ale wykonuje jakieś zadnia domowe, otrzymując opiekę i utrzymanie w sposób po prostu „naturalny”. Nie zmienia to faktu, ze w tym przypadku Państwo przerzuca nieformalnie na część obywateli obowiązek i koszty utrzymania bezrobotnego, co należałoby uznać za rodzaj nielegalnego, nieformalnego opodatkowania, na dodatek nigdzie niewykazywanego, nierejestrowanego a tym samym - niebranego pod uwagę przy ocenie stanu finansowego tej rodziny oraz w badaniach ogólniejszych, ocenie stanu materialnego społeczeństwa na potrzeby dalszych decyzji władzy.
W przypadku bezrobocia ok. 20% z nich uzyskuje prawo do zasiłku dla bezrobotnych, na okres 18 miesięcy, w wysokości około 750 zł miesięcznie (średnio), oraz minimalną składkę ubezpieczenia zdrowotnego.
Pozostałe 80% tych osób nie otrzymuje zasiłku a jedynie składkę ubezpieczenia zdrowotnego uprawniającą do korzystania z podstawowej pomocy Publicznej Służby Zdrowia.
Podgrupa trzecia wreszcie, to osoby nieposiadające rodziny albo nieutrzymujące z nią kontaktów z ważnych przyczyn. Zasiłek z pomocy rodzinie, o ile jest przyznany i o ile ktoś ma na tyle odporności psychicznej, by o niego wystąpić w potwornie upokarzającej, obdzierającej z intymności, godności osobistej a nawet wręcz niebezpiecznej procedurze stosowanej przez Ośrodki Pomocy Rodzinie – nie przekracza 270 zł miesięcznie, pod warunkiem wszakże, iż pozostałe dochody tej osoby w miesiącu nie przekroczą 447 złotych. Za takie środki nie da się przeżyć utrzymując też jakikolwiek dach nad głową, chroniący przed bezdomnością. Jak ci ludzie żyją – takie pytanie nie przyjdzie do głowy wyznawcom kultu Platformy a jeśli nawet przychodzi – odpowiedzi znać na wszelki przypadek nie chcą.

Jedno jest pewne: pomijając teoretyków, statystyków i wybitne jednostki – jak choćby „mistrz bełkotu intelektualnego” minister Michał Boni – poważnie nie da się mówić o wszystkim jednocześnie. Trzeba dzielić problemy na zagadnienia, identyfikować grupy osób o podobnych problemach czy potrzebach i rozpatrywać je oddzielnie, – co bynajmniej nie musi wyrzucać tego rozpatrywania gdzieś na manowce rzeczywistości.

W tym odcinku pojawiły się wiec następujące hipotezy:
• Stan gospodarki oraz kondycja społeczeństwa nie jest przypadkowy i zależny od „kryzysu” a powinien być uznany za wynikający z działań lub zaniechania działań władzy.
• Można i trzeba rozważać, czy wynika on z błędów czy niepowodzeń w działaniach w „dobrej wierze”, czy jest skutkiem działań ściśle ideologicznych dokonywanych pomimo widocznych dramatycznych skutków.
• Problemy dotyczące obywateli należy rozpatrywać analitycznie i z podziałem na poszczególne grupy o takiej samej lub bardzo podobnej sytuacji, nie zaniedbując oczywiście i badania oraz prognozowania skutków całościowych i długoterminowych.
• Sytuację osób z grupy wiekowej po 45 roku życia należy rozpatrywać oddzielnie w podgrupach 45 – 60/65 lat, emerytów z przyznanym świadczeniem emerytalnym oraz ewentualnie wydzieloną podgrupą osób „starych” mających szczególne potrzeby niezaspokajane przez świadczenie emerytalne, natomiast w grupie wiekowej 45 – 60/65 – wydzielić jeszcze podgrupy osób zatrudnionych (posiadających stały dochód z zajęcia zarobkowego), pozostających na utrzymaniu przez krewnych oraz grupę posiadających dochodów ani pomocy krewnych.
• Należy precyzyjnie zdefiniować używane określenia i posługiwać się jedynie nimi, tylko w nadanym im znaczeniu a nie określeniami zwyczajowymi, niezdefiniowanymi, jak na przykład „senior”.
• Istnieje potrzeba urealnienia kwot przyjmowanych na potrzeby zarówno badania sytuacji społeczeństwa jak i rozdzielania dostępnej pomocy. Realność tych kwot musi się stać punktem wyjście dalszych rozważań i działań, być celem z góry zakładanym na każdym etapie.
• Musi powstać tymczasowy, doraźny i interwencyjny mechanizm społeczny udzielania pomocy tym, którzy jej najbardziej potrzebują i w wysokości realnej oraz w kolejności wynikającej z rzeczywistych obserwacji priorytetów społecznych.
• Jest potrzeba interwencji Państwa (władzy) w politykę zatrudnieniową pracodawców, tworzącej tym większe ułatwienie zdobycia zatrudnienia im w gorszej sytuacji znajduje się osoba poszukująca pracy (dochodu). Dokładnie analogicznie z rozwiązaniem dramatycznego problemu odmowy zatrudniania osób niepełnosprawnych poprzez Powołanie PFRON i przepisów prawnych stwarzających sytuację opłacalności ekonomicznej zatrudniania osób niepełnosprawnych w porównaniu do pełnosprawnych. Państwo (władza) ma prawo i obowiązek interweniowania instrumentami prawnymi w sytuację społeczeństwa, gdy jest to niezbędne a uchyla się od tego z nieodpowiedzialności i powodów doktrynalnych (ideologicznych).

(CDN)

24/09/2011

9.
Polska Platformy Obywatelskiej – Państwo tylko dla „zaradnych”.

W poprzednio opublikowanym tekście pt. „Nieodpowiedzialność Państwa” postawiłem tezę, mówiącą o tym, że Państwo w sposób celowy stwarza sytuację ewidentnego, motywowanego ideologicznie nacisku psychologicznego na obywateli, dotyczącego ich zachowań a zwłaszcza ich samopoczucia na tzw. „rynku pracy”. Określenie „rynek pracy” uznałem za puste, bo będące jedynie wytworem ideologii, dlatego ujmuję je w cudzysłów. Nacisk ideologiczny ma za zadanie stworzyć atmosferę paniki osób poszukujących możliwości pracy najemnej, całkowitego poddaństwa, wyzucia z poczucia godności czy własnej wartości, sztucznego napięcia skłaniającego do rezygnacji z jakichkolwiek oczekiwań, ostrej i bezwzględnej rywalizacji o „sukces”, jaki jest uzyskanie jakiegokolwiek stałego dochodu. Działania te zdają się być wprost totalne, bo obejmują i tworzenie specjalnego, celowego słownictwa w tej sprawie – oddziałującego na emocje, i sterowanie tzw. opinią społeczną, poprzez ingerencję we wszelkiego rodzaju popularne media przez najczęściej anonimowych funkcjonariuszy, często po prostu opłacanych za publikowanie wypowiedzi stwarzającymi efekt nagonki psychicznej na osoby mające zamiar podjąć pracę. Chodzi tu oczywiście o prostackie, agresywne opinie, często wyrażane językiem pozowanym na „młodzieżowy” , wrzucane masowo na wszelkie często odwiedzane fora i portale, a wyrażające oskarżenia o nieróbstwo, lenistwo, chęć życia na koszt społeczeństwa, albo wręcz o oszustwo, wyłudzanie świadczeń. Wiadomo jak może czuć się ktoś taki, poddany tego rodzaju presji: usilnie poszukując zatrudnienia tym bardziej skłonny jest do zapomnienia o wszelkich swoich prawach, celach życiowych, ambicjach a nawet skłonny do ukrywania swojej wiedzy czy kompetencji, byle tylko uzyskać jakiekolwiek zatrudnienie i nie czuć się napiętnowanym w tak agresywny sposób. mamy więc do czynienia ze zmasowanym atakiem psychologicznym – motywowanym ideologicznie.

Także i twierdzenia o rzekomym komforcie współczesnego życia, braku niebezpieczeństw wywołujących reakcję „uodpornienia” na trudności życia i nieumiejętność przewidywania – z winy rzekomych powszechnie dostępnych „pomocy”, ułatwień, nadopiekuńczości Państwa – należą niewątpliwie do katalogu takich działań aktywnej manipulacji opinią publiczną nakierowanej na agresję w stosunku do najsłabszych jednostek. Reakcje czasem przedostają się do mediów; są to wypowiedzi świadczące o całkowitym rozczarowaniu kontaktem z urzędami pracy, załamaniu poczucia wartości, upodleniu, jakie się odczuwa w takich kontaktach z urzędnikami urzędów pracy, nastawionymi na pogardę, konflikt, odgrodzenie się za wszelką cenę, „parawan” psychiczny czy sanitarny.

Reakcja ta jest często „zdrowa”, co objawia się właśnie natychmiastowym odrzuceniem zarówno opinii „publicznej” nakręcanej przez ideologię, jak i rezygnacją z jakichkolwiek kontaktów ze „służbami zatrudnienia” a czasem i z Państwem w ogóle. Ludzie rejestrują się w Urzędzie Pracy – oczekując normalnego ludzkiego potraktowania i realnej pomocy w sprostaniu oczekiwaniom zatrudniających, lecz po drugiej, trzeciej wizycie, po zorientowaniu się „o co w tym wszystkim chodzi” żądają wykreślenia swoich danych z rejestru i zapowiadają, że „więcej moja noga tu nie postanie”; często nawet nie potrzebują jeszcze pomocy psychologa mającego odbudować ich poczucie ludzkiej wartości, gdyż kontakt był na tyle nikły, że radzą sobie z tym sami.
Niestety często odwracają się od Państwa całkowicie; po jakimś czasie walki o zmianę swojej sytuacji, zabiegania o jakąkolwiek realną pomoc organizacyjną, zabiegania bezskutecznego, bo przecież ta pomoc jest de facto fikcją – dochodzą do logicznego, ale mało społecznie korzystnego wniosku, wyrażanego np. taką myślą: Skoro nie otrzymałem jakiejkolwiek pomocy Państwa – sam sobie poradzę (a jeśli nie – to moja osobista sprawa). Nic od was nie chcę, ale i wy niczego ode mnie nie dostaniecie. To niestety równoznaczne jest z tzw. emigracją wewnętrzną, z wejściem w tzw. szarą, a czasem może i „czarną” strefę gospodarczo – fiskalną. Nawet z uniknięciem jakichkolwiek kontaktów z ZUS, bo istnieją rozwiązania wymyślone i wdrożone zapewne właśnie przez tak „wychowanych” przez Państwo emigrantów do Anglii – pozwalające uniknąć płacenia składek do ZUS. Nie będę ukrywał, że uważam to za szkodliwe społecznie. Ale Państwu to nie przeszkadza…
Oczywiście piszę to z ironią, bo państwu to bardzo przeszkadza, ale nie przeszkadza władzy, która z Państwem, z polskością dość słabo się identyfikuje…
Czy rzeczywiście Państwu?

Tu chcę podzielić się następującą uwagą: to nie jest właściwie dla mnie tak do końca oczywiste. Zawsze przecież była zasadnicza różnica pomiędzy oficjalną polityką Państwa, głoszonymi założeniami a nawet i prawem z Konstytucją na czele – a praktyką, realizacją, życiem. Jeśli było tak w „socjalizmie” PRL-owskim – to dlaczego mielibyśmy przyjąć, że dziś takie zjawisko nie występuje? W Polsce nigdy nie było socjalizmu a tym bardziej komunizmu. Pomijając partyjnych oszołomów chcących zarobić na poklasku przedstawicieli „bratniego narodu” – unikano nazywania tego, co jest, a co odważniejsi naukowcy wspominali i Polsce, jako „państwie budowy ustroju socjalistycznego”. Budowy, która jak wiadomo nigdy się nie zakończyła powodzeniem. Nie ma żadnego powodu twierdzić, że dziś jest inaczej; jest wyraźna rozbieżność pomiędzy oficjalną a rzeczywistą stroną życia w Polsce. W takim razie słowa Prezesa (Rady Ministrów) o „Polsce w budowie” byłyby nawet dość uzasadnione. Pomijając jednak – co konkretnie jest budowane i jak długo ewentualnie to potrwa, musimy uwzględnić obserwację, że – jak to na budowie, polskiej budowie; – bajzel jest, materiały się marnują porozrzucane, dekarze – zachlani (inaczej na dach nie wejdą, bo się boją), majster kombinuje cement na lewo, do budowy swojej willi a rachunek za to obciąży w całości inwestora.

Pamiętam jak dziś moment ogłoszenia wyniku poprzednich wyborów, w poniedziałek rano – gdy przez włączony celowo w zakładzie pracy radioodbiornik niecierpliwie oczekiwano na pierwsze wiarygodne wyniki liczenia głosów. Pamiętam osoby z kadry kierowniczej, znane mi z genetycznie wrodzonego wręcz zamiłowania do interesów, oczekujące z napięciem na rozwój sytuacji a przecież byli oni pewni, że zwycięży PO i mimo konieczności koalicji z PiS poprowadzi Polskę do „rozwoju gospodarczego”. Pamiętam to oczekiwanie i gesty charakterystycznego zacierania rąk na „interes” – dzięki Popisowi… no i ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że w rzeczywistości będzie to PiS-PO, koalicja pod wodzą PiS z Premierem Kaczyńskim na czele Rządu… A to dla „nieograniczonego biznesu”, który był już tak blisko – tragedia… Z prawem a zwłaszcza sprawiedliwością w żaden sposób to pogodzić się nie da…
Wspominam o tym właśnie po to, by wykazać, że oficjalna strona funkcjonowania Państwa – to jedno, a nastawienie ludzi – to zupełnie co innego. Pomijam już wszystko to, co działo się z zakładami państwowymi, produkcyjnymi, ale chodzi mi tutaj raczej o „klimat psychologiczny” dla jednostek, które otrzymały sygnał, że „wolno”; zielone światło, można by rzec parafrazując starą piosenkę „Uwijaj się, raźno bierz, kopytkami ognia krzesz”, przy czym od razu wyjaśniam, że nie popełniłem tu błędu ortograficznego; w oryginale było „bież” – od „iść”, ale tutaj – do opisu sytuacji w Polsce celowo użyłem „bierz” – pochodzące od „brać”.
Tak: właśnie brać!, brać ile wlezie, bo to „państwowe”, czyli „niczyje”, nachapać się szybko ile się da; sprywatyzować – najpierw niszcząc, dla obniżenia wartości i zwalniając pracowników, by to Państwo poniosło koszty zwolnień grupowych wynikające z prawa. Zrobić łatwy i szybki majątek póki pozwalają, a pozwalają – bo sami chcą skorzystać w sposób w miarę bezpieczny, ochraniający przed odpowiedzialnością. Schronić się w tłumie, bo jak jeden kradnie – to przestępstwo, a jak większość kradnie – to prywatyzacja. Stare przysłowie mówi, że działalność gospodarcza to jedno, ale pierwszy milion i tak trzeba ukraść; czy takie rzeczywiście są genezy pierwszych posiadaczy, inwestorów, kapitalistów, którzy mogli dzięki temu zakładać nowe firmy, firmy prywatne lub oparte o prawo spółek handlowych.

Inne przysłowie natomiast mówi, że gdy głodny ukradnie bułkę w sklepie – to karygodna kradzież, ale gdy bogaty ukradnie kolejny milion – to... prywatyzacja i rozwój gospodarczy…

Wspominam o tym nie tyle w kontekście gospodarki w ogóle, a konkretnie w aspekcie czynników, jakie kształtowały i nadal kształtują realną, rzeczywistą, a nie tą oficjalną sytuację w Polsce.
Powracając więc do działań ideologicznych Państwa, można mieć wątpliwości; czy to wszystko, co kształtuje obecną sytuację – jest rzeczywiście skutkiem planowanych działań Państwa, czy też odwrotnie; jest to skutkiem niemożności zapanowania przez Państwo nad postawami i działaniami indywidualnych osób, które otrzymały ten upragniony sygnał: bogaćcie się, wszystko wolno! Państwo w tej sytuacji stałoby się jakby swoim własnym zakładnikiem, bo z jednej strony nie może i nade wszystko nie chce dać „sygnału do odwrotu” dla samowoli czy rozpasania „buraczanych biznesmenów” a z drugiej strony – musi brać za nich odpowiedzialność w sensie społecznym, bo wszelkie objawy sobiepaństwa czy pogardy dla prawa – spadają na Państwo w formie pretensji, zarzutów, opinii ludzi pokrzywdzonych.

W tym aspekcie wspomniana wcześniej aktywna działalność urabiająca opinię publiczną oraz wprowadzająca psychologiczny klimat niewolnictwa w dziedzinie pracy najemnej – służy interesowi poszczególnych osób zainteresowanych. Obecnie dzięki powstającym organizacjom pracodawców – można mówić już o grupie interesu, o zorganizowanym „bycie” a nie o poszczególnych jednostkach. Faktem jednak moim zdaniem jest, że takie zjawisko aktywnego kształtowania rzeczywistości w interesie prowadzących działalność gospodarczą istniało i istnieje nadal. Sygnał do bogacenia się wywołał niesamowitą reakcję. Wręcz pojawiły się osoby ogarnięte jakby manią (w sensie zaburzenia czy schorzenia psychicznego), nieustannie w dzień i w nocy rozmyślające nad tym – jak zarobić, za co się „wziąć”, nieustannie nawiercające całe otoczenie swoimi świdrującymi oczyma w poszukiwaniu pomysłu na jakiekolwiek wykorzystanie tegoż otoczenia do prywatnego „zarobienia”. Okoliczności jak już wspomniałem – sprzyjały.
Pracodawcy zostali objęci specyficznym „parasolem ochronnym” w działaniach Państwowej Inspekcji Pracy, która interesowała się poważnymi zagrożeniami, szczególnie w budownictwie, natomiast zupełnie bagatelizowała inne wykroczenia przeciwko prawom pracownika, nawet tym zasadniczym o szczególnym znaczeniu społecznym, jak czas pracy czy minimalne normy odpoczynku. Zapanowała totalna zgoda na łamanie prawa pracy a z drugiej strony – intensywne działania na rzecz zmiany prawa pracy w korzystny dla zatrudniających sposób, tak by – robiąc „swoje” – nie było zarzutu o łamanie prawa. Przedsiębiorca zatrudniający pracowników stał się „bałwanem” odpornym i na kontrole, i na sprawy sądowe w wydziałach pracy, i dzięki intensywnej propagandowej nagonce – na wszelkie moralne czy etyczne zarzuty. Do normy weszło to, za co przed wojną człowiek honoru palnąłby sobie w łeb, gdyby zostało ujawnione publicznie.

Klimat przyzwolenia i mania poszukiwania pomysłów stopniowo wypaczyły sens działań. Zamiast realnych działań tworzących coś społecznie nowego, zaczęły masowo pojawiać się pozorowane działania typu pośrednictwa, i to nie tam gdzie pośrednictwo było potrzebne a tam, gdzie był do tego pretekst. Do takich zaliczam np. wprowadzenie pojęcia „pracy tymczasowej” i agencji pośredniczących w zatrudnianiu na takich zasadach. Chodzi o sytuacje, gdy człowiek pracując dla konkretnej firmy, nie jest jej pracownikiem a zatrudnia go agencja pośrednicząca, wynajmująca jedynie tego pracownika innej formie lub nawet lizingująca go. Firma docelowa ma przecież zawsze własną komórkę kadrową, więc nie jest to problem operacyjny a pretekst do zarobienia; agencja żyje przecież, utrzymuje zakładające ją osoby z haraczu, jaki pobierają de facto od pracownika, kwot pomniejszających jego potencjalny zarobek, przy okazji jeszcze drastycznie ograniczając jego prawa.
Taki model jaskrawo uwidacznia się wszędzie tam, gdzie jest jakiś płatnik, jakieś źródło pieniędzy przeznaczone na konkretny cel. Przeważnie cel jest szczytny bu społecznie usprawiedliwić wydatek, ale sposób jego realizacji podlega właśnie wspomnianemu wyżej pośrednictwu, znacznie umniejszającym środki, z których znaczna część rozchodzi się na „koszty operacyjne”. Dla przykładu spójrzmy na tak zwany Program Operacyjny Kapitał Ludzki realizowany w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.
O niektórych aspektach wspomniałem w kolejnym artykule pt. „Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego”.

Jest to ogromny zasięg tematyczny pomocy unijnej, jak wielki – można stwierdzić zaglądając na strony internetowe EFS albo lokalnego Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Skupię się jednak na tym, co uważam za obecnie najistotniejsze: na szkoleniach skierowanych do osób zarejestrowanych jako „bezrobotne”. Cel teoretycznie był jasny i dobry. Skoro bezrobocie w sporej części ma najczęściej charakter strukturalny, trzeba podjąć działania zmniejszające je, działając na przyczynę, czyli organizować przekwalifikowania wybranych osób lub ich dokwalifikowanie tak by dostosować ich kompetencje do realnego a niezaspokojonego zapotrzebowania na pracowników. Wówczas pozostałe osoby – należałyby do dość jednolitej grupy takich, których nie da się przekwalifikować i rzeczywiście nie ma dla nich miejsc pracy w sensie już tylko ilościowym. W tym celu powołano program badawczy nazwany „Obserwatorium Rynku Pracy”, który miał odpowiedzieć na pytanie, jakie jest zapotrzebowanie na zawody, specjalności i jakie są tu tendencje zmian. Inaczej – wyłonienie zawodów tzw. nadmiarowych lokalnie oraz tych, które nie znajdują wystarczających kadr z lokalnego rynku pracy, są niedobory kompetentnych pracowników. Teoretycznie – świetny pomysł, choć ze względu na koszty – być może nadto rozbudowany i sformalizowany; każdy kompetentny pośrednik pracy powinien to wiedzieć z własnych obserwacji i doświadczenia. Ów program generował opracowania… hmm… przestałem się nimi interesować, gdy wyczytałem tam pewnego razu, iż zawód „sprzedawca” jest jednocześnie wymieniony jako „nadmiarowy” (czyli że więcej lokalnie jest sprzedawców niż miejsc pracy), oraz jako „niedoborowy” (co znaczy, że są oferty pracy dla sprzedawców, nie możliwe do obsadzenia kompetentnymi kandydatami do zatrudnienia).
Taki wynik badań wbrew pozorom jest możliwy, a wynika to z faktu, że nie da się metodami nauki zbadać rozbrykanego, niekompetentnego, pozaprawnego zjawiska, jakim jest „polityka zatrudnienia” wielu przedsiębiorców prywatnych pozbawionych elementarnego szacunku do prawa.
Powiatowe Urzędy Pracy na podstawie tych danych planowały w okresach rocznych ofertę szkoleń, mających zmieniać w sposób rzeczywisty sytuację osób zarejestrowanych w PUP. poprzez dostosowanie ich kompetencji do potrzeb lokalnego „rynku pracy”. Oferta nigdy nie dotyczyła grupy większej niż czterysta kilkadziesiąt osób, a w bieżącym roku, po obcięciu finansowania PUP – połowy tego, co jest liczbą bez znaczenia dal sytuacji na rynku pracy. Dlatego wygląda to bardziej na formalizm, pozorację działania by uniknąć zarzutu o brak działań w ogóle. Ale fundusze pomocowe z EFS są dostępne dla każdego podmiotu, który jest w stanie wymyślić, opracować i poprowadzić odpowiedni projekt w segmentach, na który Unia przeznaczyła dofinansowania.
Każdy – kto „umie sprostać” może sięgnąć po środki unijne jako beneficjent, organizator i realizator np. programu szkoleń zawodowych dla osób bezrobotnych, programów aktywizacji i szkoleń dla osób w wieku po 50 czy 45 roku życia itp.
Skoro może – to sięga. Ale… Państwo powinno zadbać, przy całej wolności gospodarczej jaką propaguje, by wykorzystanie tych środków miało rzeczywisty cel i osiągany sprawdzalny skutek dotyczący ostatecznego odbiorcy pomocy. Ba! Sam EFS powinien o to zadbać. Niestety tak się dotychczas nie stało, a może stało się, ale skutek aprobowany i promowany przez Państwo nie jest tożsamy ze skutkiem możliwym do zaaprobowania przez Unię a już zwłaszcza przez samych zainteresowanych, bezrobotnych.

Brak właśnie takiego podejścia zaowocował co prawda mnożeniem się podmiotów zarabiających na tym „strumieniu pieniądza” płynącym z Unii, z którego może coś „skapnąć”, ale jednocześnie brakiem skutków tych działań i wydatków dla zainteresowanych, nie tylko bezrobotnych ale i przedsiębiorców poszukujących pracowników kompetentnych. Od lat odbywają się nabory wniosków o dofinansowanie z Unii programów, nieraz bardzo szczytnie i sprytnie nazywanych by uprawdopodobnić ich zatwierdzenia przez dysponenta środkami pomocowymi, jakim w tym przypadku są Wojewódzkie Urzędy Pracy. Urzędy mają dzięki temu zajęcie, czyli zatrudniają sporo osób wyłącznie do tego, zmagających się z unijną biurokracją. Po zdobyciu dofinansowania, a w przypadku bezrobotnych jako tzw. beneficjentów ostatecznych – pokrywają one wszelkie koszty ze stypendium szkoleniowym (4 zł za 1 godzinę lekcyjną szkolenia) i kosztami dojazdu do ośrodka szkoleniowego włącznie – odbywa się szkolenie trwające najczęściej 1,5 – 3 miesiące, zakończone przeważnie egzaminem, obszernym testem wiedzy, zadaniami praktycznymi, po czym ośrodek szkoleniowy wydaje zaświadczenie na druku zatwierdzonym przez MEN. Do końca stycznia 2011 odbywało się ono „za zgodą” PUP o ile oczywiście nie było przez PUP organizowane, a od lutego – jeśli nie jest organizowane przez PUP, wymaga wyrejestrowania bezrobotnego na czas szkolenia. „Absolwent” – który dzięki temu szkoleniu zawierającemu przeważnie także elementy pracy psychologicznej, odnowy więzi społecznych, umiejętności „bycia w grupie”, aktywizacji psychicznej i fizycznej po długim nieraz okresie załamania związanego nieuchronnie z brakiem zatrudnienia – przeważnie już pod koniec kursu zaczyna poszukiwać ofert pracy obejmujących daną specjalność, ofert otwartych na wolnym rynku pracy. Okres aktywności, nadziei na poprawę jest jednak krótki: przy całkowitej bierności zarówno organizatorów szkoleń jak i PUP po ponownym zarejestrowaniu traktujących tego bezrobotnego jak „nowego” w swoich rejestrach – człowiek ten dość szybko powraca do stanu sprzed szkolenia. I do rejestru Urzędu Pracy.
Po prostu: szkolenia te są zbyt krótkie by dawały „mocne” kompetencje zarówno teoretyczne jak i praktyczne. Pracodawcy mało sobie cenią wszystko cokolwiek miało jakiś związek z urzędami pracy, tak fatalną opinię wyrobiły sobie te urzędy jako pośrednicy pracy; są po prostu niewiarygodne a jeszcze do tego straszliwie, chorobliwie i to nieuleczalnie – zbiurokratyzowane.
Pracodawcy doskonale wiedzą, że np. jakaś pani Basia, która skończyła taki 1,5 – miesięczny kurs kadrowo-płacowy albo księgowy – o ile wcześniej nie pracowała w tym samym zawodzie – kadrową albo księgowo po prostu nie jest. Jest jak absolwent bez doświadczenia, którego należałoby pod nadzorem dopiero wdrożyć do odpowiedzialnej pracy. Jeszcze – gdyby miał takie potrzeby – to ma do dyspozycji bezrobotnych absolwentów studiów po rachunkowości, ekonomii itp., w których można „zainwestować”, by zyskać długoletniego oddanego pracownika, a tu ma do czynienia z ludźmi ponad 45-letnimi… w których już nikt inwestować nie chce.
Przy całkowitej bierności organizatora, szybko okazuje się w praktyce, że ten kurs niczego nie zmienił w sytuacji tej osoby bezrobotnej; znów – nieraz już po raz kolejny – szukając zatrudnienia samodzielnie otrzymuje ona swoją potężną dawkę odmów zatrudnienia, informacji, że się nie zna, nie nadaje się, nie ma kompetencji, że ma nie tę płeć lub wiek – w związku z czym dość szybko powraca do stanu, w jakim była przed kursem. Klucz do tego problemu leży moim zdanie właśnie w tym, że organizatorzy nie odpowiadają za skutek i nikt od nich konkretnego skutku nie oczekuje. Dla nich – skutkiem jest… wydanie zaświadczeń i rozliczenie programu, w tym i swojego osobistego zarobku.

Ale sens wydatkowania pieniędzy pomocy publicznej był przecież inny. To nie miała być pomoc publiczna dla sprytnych organizatorów programów z dofinansowaniem, a głównie pomoc dla tych, do których te programy są adresowane.

W ten sposób ideologia Państwa – streszczająca się w słowach „byle się nachapać” – realizuje się w straszliwej fikcji, kosztującej setki milionów euro i nie dającej żadnego praktycznie skutku, jaki miał powstać oficjalnie. A sednem powodu tego – jest brak obowiązku uzyskania skutku w postaci faktycznej pomocy w wydobyciu się – choćby pewnej części tylko (50% , 60%, 70%) osób szkolonych – z bezrobocia. Przecież ma to także ogromne znaczenie społeczne i gospodarcze, bo to są osoby, które gdy zaczną pracować – zarabiają – a więc przynoszą dochód zamiast kosztować, kupują wyroby napędzając produkcję, płacą podatki itp.. Jeśli proces zatwierdzania takiego szkolenia przez WUP jest „konkurencyjny”, czasem zdarzają się obietnice, że „każdy absolwent na zakończenie kursu dostanie co najmniej trzy oferty pracy"
Realizacja tego – jak w jednym z WZDZ – wygląda później tak, że przychodzi jakaś pani i… odczytuje całej przeszkolonej grupie trzy oferty pracy z lokalnej, aktualnej gazety. Dla wszystkich – trzy jednakowe. Oferty publicznie dostępne, które większość tych osób już zna i nawet już zgłosili na nie swoje aplikacje, oczywiście bez skutku. Warunek formalny został jednak spełniony: „otrzymał każdy z absolwentów trzy oferty”? Otrzymał! Po prawie dokładnie 2 latach spotkałem jedną z absolwentek tego kursu – na innym , kolejnym kursie. Była nadal bezrobotna, pomimo nawet ukończonych studiów rachunkowości. Powód – wiek 45+, przerwa w pracy zawodowej… albo jakaś dowolna, najczęściej bezprawna przyczyna, której nie można oficjalnie podać za przyczynę…
Inny kurs, inny organizator – zorganizował dość dobrze aktualizowaną kolekcję ofert pracy, tych dotyczących przedmiotu organizowanych za pieniądze Unii szkoleń, kolekcję przeznaczoną dla absolwentów, ale także jedynie spośród tych powszechnie dostępnych, publicznych ofert, do których i każdy bezrobotny ma dostęp. To – mimo „dobrych chęci” – także niestety jedynie działanie pozorujące. Potrzeba natomiast aktywnego pośrednictwa pracy, promowania uczestników kursu i rozglądania się za ofertami dla nich jeszcze w trakcie szkolenia; uczestnicy robią to sami, ale jak wspomniałem jest to nieskuteczne. Firma szkoleniowa ma duże większe możliwości i autorytet. Może współuczestnikiem takich szkoleń powinny być instytucje lub urzędy automatycznie po kursie przyjmujące absolwentów na staże czy praktyki roczne a co najmniej półroczne, tak aby absolwenci kursu wykonywali rzeczywistą potrzebną pracę i nabywali praktyki, by – gdy staną samodzielnie na „rynku pracy” mieli do zaoferowania i wiedzę teoretyczną i roczną praktykę, doświadczenie. Jak wspominałem już kilkukrotnie – są na to pieniądze, jeszcze są, nikt na tym nie traci a zyskuje – człowiek i Państwo. Na dobrą sprawę – wszyscy.

Są jeszcze takie „instrumenty rynku pracy” jak staże dotowane przez FP, prace interwencyjne lub roboty publiczne, które także mogą być pracami typu biurowego. Logiczne by było, gdyby przyjąć założenie o skutku docelowym w postaci wyciągnięcia chętnego bezrobotnego z niewielką przecież pomocą, z bezrobocia na stałe – zastosowanie tych wszystkich instrumentów kolejno w miarę potrzeby, ale w jednym ciągu zadań. Kurs, aktywizujący, przywracający wiarę w siebie i poczucie wartości, odnawiający i uaktualniający wiedzę zawodową, następnie natychmiast po egzaminie – staż we wcześniej przygotowanej i wybranej instytucji, dający normalne obowiązki wykonywane pod przychylnym okiem opiekuna stażu. Jeśli prowadzone przez cały czas „w tle” tego wszystkiego pośrednictwo pracy na rzecz tej osoby jeszcze nie dałoby rezultatów na koniec stażu, to natychmiast – zatrudnienie na zasadzie prac interwencyjnych, już tylko w połowie dotowanych dla pracodawcy, tego samego lub innego – tak by następował dalszy wzrost kompetencji, pewności zawodowej i samodzielności człowieka, gdy wreszcie znajdzie się pracodawca, którego zadowolą cechy tego pracownika promowane umiejętnie przez pośrednika pracy, pośrednika który także miałby odpowiedni zysk z końcowego sukcesu. To tylko pozornie może wydać się komuś takie skomplikowane, ale to jest dziecinnie proste. Tylko w tym przypadku można by mówić o celowym zastosowaniu środków pomocowych, o tym, że się one prozaicznie nie zmarnowały, karmiąc tylko po drodze wielu pośredników, szkoleniowców i doradców.

Trzeba też jednoznacznie przyznać (by nie powstało mylne wrażenie), że samym kursom czy szkoleniom jako takim – nie można nic istotnego zarzucić; są one realizowane naprawdę profesjonalnie, rzetelnie – tyle, że całkowicie bezskutecznie. Oczywiście zawsze możliwy jest wzrost poziomu, ale ten wzrost następuje; w wielu ośrodkach wykształciły się wręcz wyspecjalizowane kadry do prowadzenia tego typu kursów. I kadry te żyją tam sobie całkiem nieźle od lat, kontynuując jeden program unijny za drugim, tyle, że… bezrobotnych dziwnie nie ubywa.
Wszystko wskazuje tu jednak nawet na pewien konflikt interesów: bezrobotny jest tu wyłącznie pretekstem do przepływu ogromnych pieniędzy, z których część trzeba doraźnie oddać bezrobotnemu (niestety) w formie stypendium, materiałów szkoleniowych itp., ale część jest zyskiem podmiotów realizujących tę „pomoc”. Po prostu – jest „złota żyła” i można na tym nieźle zarobić a to właśnie: właśnie to „Z A R O B I Ć ! „ – jest współczesnym bałwanem, któremu władza oddaje cześć – nie są nim obywatele, którzy tę władzę powołali i finansują i choćby dlatego powinni być głównym beneficjentem działań władzy!
W takim rozumieniu, nawet i ten zadziwiający brak skuteczności jest jak najbardziej wytłumaczalny i pasuje logicznie do całości: skoro bezrobotni są tak wspaniałym pretekstem do robienia interesów, to ich liczba nie może się zmniejszyć, ich sytuacja nie może się istotnie poprawić, bo to popsuje cały interes! Zwalczenie bezrobocia czy zmniejszenie go do poziomu tzw. naturalnego – to ugotowanie rosołu z kury znoszącej złote jaja. Nie liczy się człowiek, zamknięty poprzez niekorzystny dla niego zbieg okoliczności w pułapce pozorowanej pomocy a faktycznych – utrudnień.

A przecież są bardzo poważne obawy, że podobne zjawiska dotyczą i mieszkalnictwa, to znaczy dokładniej – bezdomności, dotyczą także pomocy społecznej, która jak to wykazała fundacja FOR wynosi obecnie w Polsce 40 miliardów złotych rocznie, z czego połowa w ogóle nie trafia do potrzebujących, najmniej zarabiających, poszkodowanych losowo. To także jest ogromny strumień pieniądza, przy którym nieźle sobie egzystują zastępy urzędników i działaczy, po prostu cały „przemysł pomocowy” – a dziwnym trafem pomimo upływu lat ilość biednych nie maleje…

Oczywiście, że i tu są wypaczenia po stronie „beneficjentów” tej pomocy, ale przecież nie można ich wszystkich obciążać zbiorową odpowiedzialnością za nieudolność Państwa w określaniu, kto pomocy faktycznie potrzebuje a kto nie, albo jeszcze większą nieudolność prze egzekwowaniu odpowiedzialności za wyłudzenia nienależnej pomocy, których sprawcy przeważnie pozostają bezkarni.
Jak łatwo jest tworzyć barbarzyńskie w swojej istocie opinie, w czambuł potępiające biednych za ich biedę, zrównujące ich z oszustami – tolerowanymi przez Państwo. Jak idiotycznie brzmią teksty o rzekomym współczesnym ”braku kantów, o które można się pokaleczyć w życiu, w tym również i śmiertelnie” nawołujące do powrotu do „praw dżungli” w życiu społecznym. Świetnie!
Po prostu: „trzeba sobie umieć radzić w życiu”… więc robiący interesy na pomocy publicznej dla bezrobotnych i to moim zdaniem – pomocy celowo nieskutecznej – poradzili sobie…!
Prawda?

Ci, którzy zawładnęli połową kwoty pomocy społecznej, która nie trafiła do potrzebujących – także sobie świetnie poradzili.
Także i założyciele coraz liczniejszych gangów, mafii, band, karteli – poradzą sobie: jeśli odmówiono im dostępu do pracy uczciwej, to – nie godząc się na życie w nędzy, marnowanie swojego czasu – po prostu WEZMĄ sobie to, czego im potrzeba. Poradzą sobie! Część pójdzie do więzień gdzie będą mieli zapewniony wikt i opierunek na koszt społeczeństwa, ale nie wszyscy… Wspaniały program społeczny Państwa – Platformy Obywatelskiej…
Wiele tekstów ukazujących się w prasie dokumentuje jakby – mniej lub bardziej wprost – te obserwacje, subiektywne i moje własne obserwacje, jakie tu przedstawiłem. Z aktualnych – proponuję przeczytać choćby następujący:

Firmy szkoleniowe boją się wygasania unijnych dotacji.

Również i zadziwiające kryteria, jakimi ocenia się skuteczność realizacji pomocy unijnej, a mianowicie kryteria szybkości wydawania pieniędzy z EFS w stosunku do tempa zaplanowanego. Dla urzędnika zawsze jest ważne wykonanie planu i za to się promuje – dołożeniem jeszcze większych kwot do szybkiego wydania. Pisałem o tym w poprzednim artykule. Jaki jest skutek – prócz źródła utrzymania dla armii urzędników i działaczy – nie wiadomo dokładnie. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że bardzo mizerny, ale – na wszelki przypadek – nikt tego nie sprawdza… Nie ma żadnego aparatu kontrolnego, sprawdzającego jaki procent bezrobotnych korzystających ze szkoleń finansowanych z EFS – uzyskuje trwałe zatrudnienie dzięki tymże szkoleniom. A jeśli np. pani po ukończeniu kursu księgowości i niemogąca znaleźć zatrudnienia związanego z księgowaniem – zmuszona nędzą podejmie pracę jako sprzątaczka – to nie znaczy, że pieniądze unijne nie zostały zmarnowane.
Platforma Obywatelska utworzyła rząd i dlatego odpowiada za stan Państwa, w tym również pod zarysowanymi tu względami.

Czy gdyby stało się inaczej i PiS pozostawał w Koalicji wykonując władzę – dziś byłoby inaczej? Prawdopodobnie byłoby tak samo.
I to jest właśnie najsmutniejsze.

Odwiedziny: