Pisałem kiedyś, że człowiek prawdopodobnie jest w stanie tak naprawdę zrozumieć jedynie to, co leży w zakresie jego osobistego doświadczenia. Może dlatego tak niewiele jest zrozumienia dla tragedii jaką jest brak zatrudnienia - dla osób praktycznie uzależnionych od pracy najemnej. Bo to jest kolejna propozycja wspomnianego w poprzednim tekście przykładowego drania czy durnia: skoro nie ma zatrudnienia – bezrobotny może rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek.
Ale to jest kolejny idiotyczny mit ideologii PO.
Człowiek zdolny do rozpoczęcia nawet w mikroskali działalności gospodarczej – nie jest przeważnie, i to nieraz latami - bezrobotny. Te kilka czy kilkanaście tysięcy złotych możliwe do uzyskania w konkursie PUP na dotacje do rozpoczynanej działalności gospodarczej to zbyt mało by mogło wystarczyć; ta pomoc jest z natury jedynie dofinansowaniem dla kogoś kto już ma możliwości lokalowe i część kapitału, a zwłaszcza ma pomysł i wiedzę.
Podstawą działalności gospodarczej jest zatrudnianie pracowników, tylko w ten sposób można osiągnąć wystarczające obroty czy przychody i osiągnąć z nich wystarczający zysk. Społeczeństwo tak czy inaczej nie może się składać z samych przedsiębiorców. Oczywiście; należy dążyć do rozwoju drobnej przedsiębiorczości. Kto ma być przedsiębiorcą, bo posiada wszystkie potrzebne cechy – z pewnością będzie nim, nawet państwo mu w tym nie przeszkodzi, ale środowisko osób bezrobotnych nie jest miejscem gdzie można by szukać masowo osób o takich cechach, bo gdyby je posiadali - nie byliby bezrobotni.
Żeby żyć, trzeba mieć pieniądze, choćby w minimalnej, ale niezbędnej ilości. Żeby być bezrobotnym sensu stricte i starać się o zatrudnienie także trzeba mieć niezbędne środki, bo utrzymanie standardu osoby gotowej i zdolnej do natychmiastowego rozpoczęcia pracy – wymaga ponoszenia ciągłych kosztów. Dlatego w rejestrze bezrobotnych powinni być tylko i wyłącznie bezrobotni, aktywnie poszukujący zatrudnienia, ściśle spełniający wymogi i wszyscy oni powinni mieć przyznany zasiłek w wystarczającej do zaspokojenia podstawowych potrzeb wysokości na czas poszukiwania zatrudnienia i z przebiegu tego poszukiwania – rozliczani.
Bezrobocie jest pochodną stanu gospodarki a ten – nie zależy od postawy tego pojedynczego potencjalnego pracownika a raczej – od założeń politycznych oraz stanu gospodarki lokalnej i światowej, który także tym bardziej od tego nieszczęsnego człowieka nie zależy. Państwo jest tworem tworzonym przez ludzi i dla ludzi, dla dobra, dla pomocy a nie niszczenia i eksterminacji, dlatego – skoro narzuca sytuację i zasady postępowania, musi wziąć na siebie obowiązek realnej pomocy w egzystencji dla osób, dla których z jakiegoś od nich niezależnego powodu brakuje miejsc pracy, czyli miejsc zdobycia środków do życia w zamian za wykonaną pracę. Przedsiębiorcy muszą pracować w konkretnym otoczeniu obowiązujących i respektowanych przepisów prawa regulujących działania gospodarcze. Przedsiębiorcy muszą mieć swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w ramach prawa, pełny wpływ na koszty i zysk. Mają prawo dbać głównie o swój zysk. Natomiast państwo ma działać tak, by ta swoboda nie obracała się przeciwko jakimś grupom społecznym innym niż przedsiębiorcy, przeciwko społeczeństwu jako całości. Na przykład – by jakieś durne mity funkcjonujące wśród przedsiębiorców nie wyłączały swoim „widzi mi się” z aktywności zawodowej całych grup wiekowych, jak teraz ludzi w wieku produkcyjnym po 45 czy 50 roku życia ale przed wiekiem emerytalnym. A jeśli już – to by owo wyłączenie z aktywności odbywało się na bezpośredni koszt pracodawców.
Państwo tworzone i zarządzane (bezpośrednio lub pośrednio) przez przedsiębiorców – to jest w rzeczywistości zamach na państwo! Jest ono skandalicznym wypaczeniem i w ostatecznym rozrachunku musi ponieść klęskę. Mamy z tym bezpośrednio do czynienia w tym kraju. Prawdopodobnie to właśnie jest przedmiotem szantażu, tzw. afery podsłuchowej czy „taśmowej”. Musi to w przyszłości stać się przedmiotem zainteresowania Trybunału Stanu.
Jednak nim to się stanie przedsiębiorcy zgromadzą tak czy inaczej swój podły zysk, zdobędą swoje majątki i w ostateczności wytransferują je za granicę, a wszelkie koszty poniesie społeczeństwo, w szczególności pewne grupy „spisane na straty” – jak dziś osoby w wieku określanym jako „50 plus”.
Obecny okres bezwzględności i bezhołowia, związane z nim nazwiska – będą kiedyś w historii tego państwa okryte hańbą i wstydem. Ofiarom to nie przywróci zmarnowanych lat, straconego życia, cierpienia fizycznego i psychicznego.
Podstawowym źródłem finansowania działań urzędów pracy, tych wymienionych w ustawie o promocji zatrudnienia - jest Fundusz Pracy. To fundusz celowy powstający z obowiązkowych składek pracodawców. Nie wiem jak wygląda obecnie sprawa dostępności i wykorzystania dofinansowania unijnego - po zmianie tzw. perspektywy finansowej i przejściu na tzw. programy regionalne. Szkolenia dla bezrobotnych były, są i w najbliższym przynajmniej czasie będą straszliwym marnotrawstwem pieniędzy i to wcale nie dlatego jakoby miały być niepotrzebne. Po prostu od początku osoby bezrobotne są w tym jedynie pretekstem do pozyskania i wydania pieniędzy przy czym zarabia organizator szkoleń, firma szkoleniowa wyłoniona w przetargu oraz zajmujący się tym urzędnicy PUP i WUP. To po prostu nowe "pole biznesowe" w którym bezrobocie i osoby bezrobotne absolutnie nie są ważne poza ich funkcją "pretekstu" czy "alibi". Cała ta machina pozyskania środków i pasożytowania na nich przez urzędników wymaga istnienia bezrobotnych i bezrobocia na poziomie powyżej "naturalnego", dlatego wszelkie działania podejmowane są przez nich w taki sposób, aby wywołać obrót pieniądza na którym żerują ale nie zmniejszyć w sposób istotny wielkości bezrobocia które to legitymizuje; nie gotuje się rosołu z kury znoszącej złote jaja. Z bezrobociem trzeba "walczyć", ale nie wolno go przecież "zwalczyć" bo z czego dalej będziemy żyli - my urzędnicy, pracownicy pomocy społecznej? Bezrobotnym trzeba pomagać, ale przecież nie wolno im pomóc, tak by przestali być bezrobotni.
A poza tym; przede wszystkim władza bezmyślnie i nieodpowiedzialnie zredukowała przemysł, najpierw dopuszczając do jego rozkradzenia a potem świadomie na podstawie unijnej "ideologii dla naiwnych" - świadomie rezygnując z całych gałęzi przemysłu "na rzecz" Chin i Azji. Dlatego mamy autentyczny niedobór co najmniej dwóch milionów miejsc pracy. Druga sprawa to rozbieżność pomiędzy wiedzą, kompetencjami, doświadczeniem pracowników dawnych zakładów a współczesnymi potrzebami; przecież mieliśmy dość gwałtowny skok technologiczny i naukowy wynikający ze stopniowego znoszenia blokady "obozu radzieckiego" po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu faktycznej niepodległości (uważam że ten proces jeszcze się nie zakończył).
Jeszcze na dodatek zlikwidowano praktycznie szkolnictwo zawodowe i wiele technicznych szkół średnich. Istnieje więc stale pewna pula "aktualnie nieobsadzonych" miejsc pracy na które trwa nabór, szacuję to na średnio kilkadziesiąt tysięcy, bo zawsze jest jakiś ruch na "rynku pracy" ale są to w większości stanowiska związane z oczekiwaniami których bezrobotni nie są w stanie spełnić nawet po kursie zawodowym; chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie w dziedzinach które do niedawna nie istniały, połączone ze znajomością co najmniej jednego języka obcego, prawem jazdy i posiadaniem własnego samochodu wykorzystywanego do pracy, doskonałym opanowaniem zaawansowanych a specjalistycznych programów komputerowych itp. Poszukuje się fachowców a nikt nie ma zamiaru umożliwić nowemu pracownikowi zdobywania wiedzy i doświadczenia już w trakcie pracy.
Tu właśnie byłoby miejsce na działania pomocowe, jako że działania pracodawców często w prostej linii zależą od ponoszonych kosztów. Rozpatrzmy konkretny przypadek jako abstrakcyjny przykład: mamy np. człowieka który był magazynierem ale w dawnych warunkach PRL-owskich, bez komputera i nowoczesnych rozwiązań technicznych. Ma sporą wiedzę ale też i braki, dlatego jest bezrobotny. (pomijam tu przyczyny gospodarcze - dla uproszczenia wywodu). Rolą pomocową urzędu pracy byłoby tak "na logikę" pomóc mu uzupełnić te braki tak by mógł być zaakceptowany przez współczesnego przedsiębiorcę jako pracownik dający szansę na pełną produktywność i bezpieczeństwo w wykonywanej dla niego pracy. Trzeba nauczyć go posługiwania się komputerem i programami magazynowymi. Powiedzmy, że trzeba nauczyć go też obsługi urządzeń magazynowych i wózków widłowych bo to teraz jest powszechnie oczekiwane. Słowem - trzeba mu pomóc spełnić podstawowe oczekiwania pracodawcy bo potem sam już będzie się doskonalił i nabierał doświadczenia - pracując, przynajmniej ma taką szansę. Człowiek bezrobotny nie ma pieniędzy na komercyjne kursy, kosztujące w tym przypadku co najmniej kilka tysięcy zł. Kursów organizowanych przez PUP na koszt FP jest bardzo mało w stosunku do ilości chętnych, widzących w tym swoją szansę. Powiedzmy jednak, że dostaje się na taki kurs i kończy go z wynikiem pozytywnym. Powraca do rejestru bezrobotnych - ponieważ pracodawcy oczekują nie tylko świadectwa nabycia wiedzy, ale i posiadania co najmniej rocznego doświadczenia praktycznego w jej stosowaniu, poświadczonego "referencjami" od poprzedniego pracodawcy.
Powracając do rejestru bezrobotnych lub podejmując przypadkową zupełnie inną prostą pracę (stróż, ochroniarz) człowiek ten szybko zapomni to czego się na owym kursie nauczył. Jest szansa, że gdyby początkowa faza zatrudnienia tego człowieka obyła się bez kosztów ponoszonych przez pracodawcę - zgodziłby się on dopuścić tego człowieka do pracy np. na pół roku, by dać mu szansę nabrania doświadczenia w posługiwaniu się wiedzą nabytą podczas kursu. Potrzebna jest tu organizacja stażu dotowanego w 100% z FP lub pieniędzy unijnych na "walkę z bezrobociem". Jeśli to jeszcze mało, to po zakończeniu tego stażu człowiek ten powinien mieć szansę dalszej pracy np. na zasadach prac interwencyjnych - dotowanych już tylko w 40 czy 50%, Po roku takiej pracy będzie miał i wiedzę i doświadczenie, najprawdopodobniej powróci do normalnej pracy zawodowej u tego lub innego pracodawcy, czyli na trwałe przestanie być bezrobotny.
Moim zdaniem ten ciąg "kurs, staż, ewentualnie dodatkowa praca dofinansowana (interwencyjna)" powinien następować automatycznie w działaniach urzędu pracy mających "walczyć z bezrobociem". Chodzi o skuteczne wyeliminowanie powodu bezrobocia tego człowieka. Dla posłanego na kurs automatycznie powinien być organizowany dalszy staż, bo inaczej brak doświadczenia zawodowego spowoduje zmarnowanie niejako wiadome już z góry pieniędzy wydanych na ten kurs. Przy braku dwóch milionów miejsc pracy innej alternatywy nie ma a inne działania będą zawsze prowadziły do marnotrawstwa środków i pozorowania pomocy w celu żerowania na jej kosztach. Gdyby bezrobocie było zbliżone do tzw. poziomu naturalnego, szacowanego na 2,5 - 3,5% to większość ludzi mogłaby samodzielnie poradzić sobie z tym problemem, gdyby oczywiście otrzymywał zasiłek pozwalający pokryć elementarne potrzeby na czas nauki i poszukiwania czy zmiany pracy. W Polsce ok.16% zarejestrowanych bezrobotnych ma prawo do zasiłku, najczęściej sześćset kilkadziesiąt zł miesięcznie maksymalnie na sześć miesięcy. Reszta bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zasiłku nie otrzymuje. Osoby w wieku powyżej czterdziestu kilku lat są bezrobotne ze względu na wiek, niezależnie nawet od wiedzy i doświadczenia; po prostu "w tym wieku (szczególnie 50+) już się nie zatrudnia" co jest ewidentnym złamaniem prawa ale na to żadne szkolenia ani dotacje nie pomogą, zresztą nie chodzi nam o budowanie chorej gospodarki opartej na dotacjach do zatrudnienia. Potrzebna jest tu całkowita zmiana a może ona nastąpić moim zdaniem tylko poprzez całkowitą zmianę władzy.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
15/03/2015
Jeśli jest szansa - to w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Etykiety:
bezrobocie,
demokracja,
Duda,
Kaczyński,
kapitalizm,
Komorowski.,
Kopacz,
liberalizm,
PIS,
PO,
Prezydent RP,
Tusk,
wybory 2015
14/03/2015
Pozostaje tylko wściekłość, bezradność i żal...
Życie przynosi mi coraz to nowe dowody na to, że sytuacja osób
pozbawionych pracy (jako formy zdobywania środków do życia) nie jest rozumiana przez innych, nawet bliskich czy
znajomych - stale od wielu lat zatrudnionych i przyzwyczajonych do
swojego stałego rozkładu dnia oraz przede wszystkim – stałego dopływu
pieniędzy, statusu ekonomicznego, poziomu dochodów. Przyzwyczajonych do pewnego poczucia podstawowego
bezpieczeństwa materialnego, wyrażającego się choćby w tej pewności, że
na koniec miesiąca, w łatwym do określenia bo wyznaczonym przez prawo dniu wpłynie na ich konto
bankowe wypłata wynagrodzenia za pracę; może nie imponująca, ale
przewyższająca znacznie podstawę zasadniczej egzystencji.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.
Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.
Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.
Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.
W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.
Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.
To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".
Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.
To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.
Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.
Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.
Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.
Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.
W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.
Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.
To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".
Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.
To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.
Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.
Etykiety:
bezrobocie,
demokracja,
Duda,
Kaczyński,
kapitalizm,
Kopacz,
liberalizm,
PIS,
PO,
Prezydent RP,
Tusk,
wybory 2015
04/09/2013
Potrzebna ustawa o PFROS (Państwowy Fundusz Ratowania Osób Starszych)
Demografowie od jakiegoś już czasu zapowiadają, że badania
statystyczne wskazują na nieuchronne starzenie się społeczeństwa, przez
co należy rozumieć coraz większy udział ludzi starszych w społeczeństwie
a zmniejszanie się liczby ludzi młodych.
Przyznam, że nie uznaję tej „nieuchronności” za dowiedzioną; zawsze można coś zrobić, aby wpłynąć na strukturę społeczeństwa na taką skalę i w taki sposób, który zmieni kierunek rozwoju wypadków. Ale pomijając już to i przyjmując prezentowaną przez demografów wizję, wypada zacząć się przygotowywać do tego, by tak zmienione społeczeństwo nadal funkcjonowało poprawnie.
Konsekwencją przewidywanego stanu będzie między innymi i to, że ludzie starsi będą musieli pełnić coraz większą rolę w gospodarce, w produkcji, usługach czy zarządzaniu. Skoro będą w przewadze liczebnej ogólnie, w społeczeństwie – to będą w takiej przewadze przeciętnie także i na rynku pracy oraz we wszystkich pozostałych sferach aktywności ludzkiej. Nietrudno zauważyć, że to sytuacja odwrotna do obecnej. By więc odwrócić dzisiejsze tendencje, trzeba natychmiast podjąć odpowiednie działania; badania, planowanie oraz realizację, szczególnie że chodzi tu o konieczność działań długoterminowych.
Dziś ludzie starsi są „w odstawce”. Są lekceważeni, wypychani wręcz siłą z rynku pracy, głównie poprzez sprzeczną z prawem a tolerowaną przez władzę odmowę zatrudniania, bez podania powodów. Lawinowo pogarsza się stan zdrowia ludzi starszych z powodu niesprawności tak zwanej „ochrony zdrowia”, chronicznego braku pieniędzy na podstawową ochronę zdrowia – co także łamie podstawową zasadę prawną zawartą w Konstytucji. Jak widać więc – tendencje są dokładnie przeciwne niż pożądane, bo przecież w związku z narastającym niżem demograficznym społeczeństwo we własnym interesie powinno stworzyć warunki do lepszej niż dotychczas ochrony zdrowia ludzi starszych, jeśli mają oni wziąć na siebie dużo większe niż dotychczas zadania. Podobnie i z zatrudnieniem: z tego co powyżej powodu społeczeństwo musi przełamać tendencję do odmowy zatrudniania osób starszych a wręcz wygenerować tendencję odwrotną, bo będzie ona i tak nieunikniona w przyszłości. Jak dotychczas nic nie wskazuje na zrozumienie tego w kręgach władzy, z lubością bawiącej się w przepychankę Tusk – Kaczyński, PIS – PO, II RP – IV RP i tak dalej.
Tendencja do odrzucania ludzi starszych, swoista „moda na młodość” nie jest polskim wynalazkiem, to tendencja światowa od wielu lat. Jednak wielkie społeczeństwa już dawno się z tym uporały, w odniesieniu do rynku pracy poprzez celowe i długofalowe działania skierowane do przedsiębiorców, managerów, polityków i administracji. Nie do bezrobotnych. Po pierwsze, tam rzeczywiście a nie fikcyjnie działa prawo, w tym zakaz szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem. W „naszym kraju” też takie prawo obowiązuje, ale jest przez władzę „liberałów” ignorowane, tak jak i wiele innych zasad konstytucyjnych; Polska jest państwem bezprawia.
Po drugie – podjęto i przeprowadzono wobec przedsiębiorców wielkie działania uświadamiające, promocyjne, doradcze, na temat – jak zarządzać wiekiem pracowników w gospodarce, ale przede wszystkim – promujące zatrudnianie osób starszych, promujące modę na to. I to jest dobry kierunek: zatrudnianie osób starszych powinno się stać dowodem nowoczesności firmy, powodem do chluby i przedmiotem reklamy tej firmy; odpowiednimi działaniami władza może do tego doprowadzić dość szybko. Może lecz tego nie robi, bo nie chce. Dziś u nas jeszcze królują „młode, dynamiczne zespoły”.
W poprzednim tekście pisałem o idei Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i ustawie go wprowadzającej. Okazało się to dość skuteczne, radykalnie polepszając sytuację osób niepełnosprawnych a bazą do tego okazała się… banalna OPŁACALNOŚĆ. Polski przedsiębiorca rozumie tylko argument opłacalności i to przeważnie jedynie w odniesieniu do własnego zysku netto.
Podobnie więc jak w tym przypadku – powinien zostać stworzony fundusz zasilany z obowiązkowych składek przedsiębiorców, przeznaczony na odszkodowania dla osób starszych którym odmówili oni zatrudnienia pomimo spełnienia wymogów rekrutacyjnych. Rolę taką mógłby pełnić i Fundusz Pracy, z tym że należałoby zwiększyć wysokość składki na ten fundusz i jednocześnie poważnie zredukować wypływ pieniędzy z tego funduszu na jakieś cele drugorzędne, by posiadane tam środki wystarczały na finansowanie odszkodowań za brak zatrudnienia. Od płacenia składek na ów fundusz pracodawca będzie mógł się uwolnić jedynie poprzez zatrudnienie i utrzymanie odpowiedniego, wyznaczonego przepisami procentu zatrudnienia osób starszych. Gdy ma „przemawiać” opłacalność to niechaj istnieje wybór: albo utrzymują osobę starszą płacąc jej odszkodowanie, albo ją zatrudniają i utrzymuje ona sama siebie a także zarabia dla pracodawcy.
Jak nie prośbą, to groźbą – tendencja do rugowania osób w wieku produkcyjnym z grupy tzw. 50 plus z rynku pracy a więc i z życia – musi zostać odwrócona. Ma to także i wymiar społeczny, cywilizacyjny, bo pozwoli tym ludziom żyć i poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Obecna tendencja eksterminacyjna, rugująca tych ludzi z pracy i z życia – jest na wskroś barbarzyńska, nie ma nic wspólnego z liberalizmem, tak jak i nie ma nic wspólnego z kapitalizmem, katolicyzmem czy solidarnością społeczną.
Przyznam, że nie uznaję tej „nieuchronności” za dowiedzioną; zawsze można coś zrobić, aby wpłynąć na strukturę społeczeństwa na taką skalę i w taki sposób, który zmieni kierunek rozwoju wypadków. Ale pomijając już to i przyjmując prezentowaną przez demografów wizję, wypada zacząć się przygotowywać do tego, by tak zmienione społeczeństwo nadal funkcjonowało poprawnie.
Konsekwencją przewidywanego stanu będzie między innymi i to, że ludzie starsi będą musieli pełnić coraz większą rolę w gospodarce, w produkcji, usługach czy zarządzaniu. Skoro będą w przewadze liczebnej ogólnie, w społeczeństwie – to będą w takiej przewadze przeciętnie także i na rynku pracy oraz we wszystkich pozostałych sferach aktywności ludzkiej. Nietrudno zauważyć, że to sytuacja odwrotna do obecnej. By więc odwrócić dzisiejsze tendencje, trzeba natychmiast podjąć odpowiednie działania; badania, planowanie oraz realizację, szczególnie że chodzi tu o konieczność działań długoterminowych.
Dziś ludzie starsi są „w odstawce”. Są lekceważeni, wypychani wręcz siłą z rynku pracy, głównie poprzez sprzeczną z prawem a tolerowaną przez władzę odmowę zatrudniania, bez podania powodów. Lawinowo pogarsza się stan zdrowia ludzi starszych z powodu niesprawności tak zwanej „ochrony zdrowia”, chronicznego braku pieniędzy na podstawową ochronę zdrowia – co także łamie podstawową zasadę prawną zawartą w Konstytucji. Jak widać więc – tendencje są dokładnie przeciwne niż pożądane, bo przecież w związku z narastającym niżem demograficznym społeczeństwo we własnym interesie powinno stworzyć warunki do lepszej niż dotychczas ochrony zdrowia ludzi starszych, jeśli mają oni wziąć na siebie dużo większe niż dotychczas zadania. Podobnie i z zatrudnieniem: z tego co powyżej powodu społeczeństwo musi przełamać tendencję do odmowy zatrudniania osób starszych a wręcz wygenerować tendencję odwrotną, bo będzie ona i tak nieunikniona w przyszłości. Jak dotychczas nic nie wskazuje na zrozumienie tego w kręgach władzy, z lubością bawiącej się w przepychankę Tusk – Kaczyński, PIS – PO, II RP – IV RP i tak dalej.
Tendencja do odrzucania ludzi starszych, swoista „moda na młodość” nie jest polskim wynalazkiem, to tendencja światowa od wielu lat. Jednak wielkie społeczeństwa już dawno się z tym uporały, w odniesieniu do rynku pracy poprzez celowe i długofalowe działania skierowane do przedsiębiorców, managerów, polityków i administracji. Nie do bezrobotnych. Po pierwsze, tam rzeczywiście a nie fikcyjnie działa prawo, w tym zakaz szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem. W „naszym kraju” też takie prawo obowiązuje, ale jest przez władzę „liberałów” ignorowane, tak jak i wiele innych zasad konstytucyjnych; Polska jest państwem bezprawia.
Po drugie – podjęto i przeprowadzono wobec przedsiębiorców wielkie działania uświadamiające, promocyjne, doradcze, na temat – jak zarządzać wiekiem pracowników w gospodarce, ale przede wszystkim – promujące zatrudnianie osób starszych, promujące modę na to. I to jest dobry kierunek: zatrudnianie osób starszych powinno się stać dowodem nowoczesności firmy, powodem do chluby i przedmiotem reklamy tej firmy; odpowiednimi działaniami władza może do tego doprowadzić dość szybko. Może lecz tego nie robi, bo nie chce. Dziś u nas jeszcze królują „młode, dynamiczne zespoły”.
W poprzednim tekście pisałem o idei Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i ustawie go wprowadzającej. Okazało się to dość skuteczne, radykalnie polepszając sytuację osób niepełnosprawnych a bazą do tego okazała się… banalna OPŁACALNOŚĆ. Polski przedsiębiorca rozumie tylko argument opłacalności i to przeważnie jedynie w odniesieniu do własnego zysku netto.
Podobnie więc jak w tym przypadku – powinien zostać stworzony fundusz zasilany z obowiązkowych składek przedsiębiorców, przeznaczony na odszkodowania dla osób starszych którym odmówili oni zatrudnienia pomimo spełnienia wymogów rekrutacyjnych. Rolę taką mógłby pełnić i Fundusz Pracy, z tym że należałoby zwiększyć wysokość składki na ten fundusz i jednocześnie poważnie zredukować wypływ pieniędzy z tego funduszu na jakieś cele drugorzędne, by posiadane tam środki wystarczały na finansowanie odszkodowań za brak zatrudnienia. Od płacenia składek na ów fundusz pracodawca będzie mógł się uwolnić jedynie poprzez zatrudnienie i utrzymanie odpowiedniego, wyznaczonego przepisami procentu zatrudnienia osób starszych. Gdy ma „przemawiać” opłacalność to niechaj istnieje wybór: albo utrzymują osobę starszą płacąc jej odszkodowanie, albo ją zatrudniają i utrzymuje ona sama siebie a także zarabia dla pracodawcy.
Jak nie prośbą, to groźbą – tendencja do rugowania osób w wieku produkcyjnym z grupy tzw. 50 plus z rynku pracy a więc i z życia – musi zostać odwrócona. Ma to także i wymiar społeczny, cywilizacyjny, bo pozwoli tym ludziom żyć i poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Obecna tendencja eksterminacyjna, rugująca tych ludzi z pracy i z życia – jest na wskroś barbarzyńska, nie ma nic wspólnego z liberalizmem, tak jak i nie ma nic wspólnego z kapitalizmem, katolicyzmem czy solidarnością społeczną.
Etykiety:
liberalizm,
młodość,
niż demograficzny,
odmowa zatrudnienia,
opłacalność,
PFRON,
PIS,
PO,
praca,
prawo,
premier,
Społeczeństwo,
starość,
Tusk,
zarządzanie wiekiem,
zatrudnienie
29/08/2013
Tajna pełnosprawność?
Żeby sprawa była jasna, od razu napiszę, że nie zazdroszczę niczego
osobom rzeczywiście niepełnosprawnym.
Osoby niepełnosprawne powinny w miarę posiadanych możliwości móc pracować, nawet nie tylko zarabiać, posiadać pewną niezależność finansową wobec choćby własnej rodziny, ale właśnie pracować, robić coś, najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego o czym myślały „przed”.
Najczęściej jakaś forma pracy (zarobku i „spełniania się” była technicznie czy fizycznie możliwa, ale sprawa trafiała na opór, niechęć, wygodnictwo tych od których zatrudnienie zależało a także i barierę finansową w sprawie „stworzenia warunków”. Skutkowało to wszystko bardzo niewielkim procentem pracujących osób niepełnosprawnych.
Państwo jakie było – to było, ale potrafiło stworzyć przepisy prawne znacznie zbliżające niepełnosprawnych do uzyskania pracy, głównie poprzez system pomocy finansowej pracodawcom w stworzeniu i zorganizowaniu stanowisk pracy dla osób niepełnosprawnych oraz znoszenia barier fizycznych, np. komunikacyjnych. Metoda była radykalna i dość charakterystyczna dla minionego systemu, ale za to – skuteczna. Powstały przepisy w formie Ustawy o PFRON, wprowadzające do facto mechanizm skutecznego nakłaniania pracodawców do zatrudnienie niepełnosprawnych; większe firmy otrzymały obowiązek płacenia składki „haraczu” na rzecz PFRON a wysokość tego obowiązkowego świadczenia mogło pomniejszyć (aż do zera) zatrudnianie osób niepełnosprawnych w liczbie wyznaczonej przepisami, proporcjonalnej do liczby wszystkich zatrudnionych. Np. firma zatrudniająca 50 osób powinna w myśl tejże ustawy zatrudnić 6 osób niepełnosprawnych, zatrudnienie każdej z nich zmniejszało haracz należny PFRON o jedną szóstą. Przy takim „janosikowym” zatrudnianie osób niepełnosprawnych zaczęło się liczyć w finansach przedsiębiorstwa tym bardziej, że oprócz zmniejszania składki w grę wchodziło wiele innych form dofinansowania pracodawcy w postaci dopłat ”celowych” na przystosowanie i wyposażenie niestandardowego stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej, na zniesienie barier komunikacyjnych a nawet na zaangażowanie asystenta stałego dla takiej osoby, na czas jej pracy zawodowej.
Powstały dzięki temu firmy specjalizujące się w zatrudnianiu głównie właśnie osób niepełnosprawnych i tu… zaczęło się ujawniać pewne zagrożenie. Polski przaśny kapitalista – nuworysz przemyślną bestią jest, więc szybko zaczął „kombinować”: z jednej strony jest oszczędność w kosztach firmy przy wykorzystaniu wszystkich propozycji przewidzianych w ustawie, ale bardzo z drugiej strony ogranicza to możliwości wykonawcze firmy. Cóż więc zrobić, by wykorzystać wszelkie możliwości obniżenia kosztów poprzez zwolnienie ze składki na PFRON i przeróżne dofinansowania, ale jednocześnie mieć krzepkich ludzi do pracy…?
Już kiedyś zwracałem uwagę w którymś ze swoich felietonów, że aktywność takich firm koncentruje się dziwnym trafem wokół rodzajów prac które wymagają właśnie ponadprzeciętnej pełnosprawności. Na przykład – sprzątanie: osobami sprzątającymi są przeważnie panie, praca jest tu bardzo obciążająca zarówno przez samą swoją specyfikę fizyczną (różne pozycje ciała, schylanie się, na kolanach, noszenie wiader z wodą, praca na wysokości w niewygodnej pozycji (mycie okien), itp. Do pracy posługują się najczęściej różnej wysokości drabinami rozkładanymi – więc istnieje tu wymóg szczególnego poczucia równowagi. Poza tym – odkurzacz, mop, szczota do szorowania…
Polski kapitalista by szybciej zarobić na tego swojego nowego mercedesa ogranicza koszty jak może maksymalnie, więc zmniejsza też liczebność pracowników co powoduje coraz większe obciążanie każdego z nich pracą fizyczną (coraz większe „rejony” do sprzątnięcia). Bardzo często jest to praca w nocy, kończąca się o 5 czy 6 rano. Taka brygada sprzątająca np. zaplecze hotelowe (kuchnie, magazyny, baseny, sauny, stołówki, restauracje, sale klubowe itp. – musi robić to niejako „w biegu” by zdążyć przez wyznaczony (wyśrubowany) czas (w którym goście hotelowi smacznie śpią) wykonać swoje zadania, i tak codziennie… codziennie… od takiej pracy nawet osoby silne i w pełni sprawne bolą mięśnie, kręgosłup, „wariuje” zegar biologiczny…
Czy to jest praca dla osób niepełnosprawnych?
Okazuje się, że tak… przynajmniej w mniemaniu niektórych pracodawców.
Znalazłem dziś akurat następujące ogłoszenie:
„(…)Wymiar zatrudnienia: Pełny etat
Forma zatrudnienia: Umowa o pracę
Pilnie zatrudnimy Panie / Panów do prac porządkowych na terenie kompleksu sportowego w centrum Szczecina.
Praca polegała będzie na utrzymaniu w czystości obiektu.
Oferujemy:
- Zatrudnienie w ramach umowy o pracę na pełen etat,
- pracę 5 dni w tygodniu (wg harmonogramu od poniedziałku do niedzieli)
- niezbędne narzędzia pracy
Wymagane:
- sprawność fizyczna umożliwiająca wykonywanie obowiązków,
- systematyczność, dokładność,
- orzeczenie o niepełnosprawności,
- predyspozycje do pracy w nocy.
Zainteresowanych proszę o przesłanie danych kontaktowych z informacją o stopniu niepełnosprawności lub dołączenie Cv…”
I właśnie: wymaganiem jest „sprawność fizyczna umożliwiająca spełnianie obowiązków” a jak to opisałem powyżej – owa sprawność przy takiej pracy najczęściej musi być PONADPRZECIĘTNA, czyli wyższa niż normalnie. Żeby wysprzątać taki obiekt sportowy (olimpijski kompleks pływacki, hala widowiskowo-sportowa?) – to trzeba okropnie „zapierniczać” niemalże „w biegu” i to przez całą noc, czyli w godzinach gdy obiekt jest wyłączony z użytkowania; do tego potrzeba OSIŁKÓW A NIE NIEPEŁNOSPRAWNYCH! A przede wszystkim – ludzi który już zostali poddani „doświadczeniu” Tuskowego liberalizmu, odczuli brak pracy, poznali głód i nędzę i są zdesperowani, by brać każdą, nawet dla nich zbyt ciężką pracę – byle jakoś przetrwać, zarobić uczciwie na swój chleb z margaryną…
Ale jednocześnie niepełnosprawni – dużo taniej się naszemu przaśnemu kapitaliście kalkulują…
Więc jak to połączyć?
Nie chcę nic sugerować w tym konkretnym przypadku, ale ogólnie – pomysł się nasuwa jeden: by „niepełnosprawni” byli jak najbardziej pełnosprawni a tylko posiadali zaświadczenia o jakimś stopniu niepełnosprawności, najlepiej tego typu przy którym nie jest to zewnętrznie widoczne. Jest tajemnicą poliszynela, że mieliśmy już w naszym kraju „afery” z różnymi „dożywotnimi rencistami” zdrowymi jak przysłowiowe byki, żyjącymi sobie spokojnie na koszt społeczeństwa na podstawie „nie do końca rzetelnych” orzeczeń lekarskich, więc sprawa być może powinna być interesująca dla CBŚ, a może dla CBA, a może i tej i tamtej służby jednocześnie.
Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości:
W proponowaniu prac szczególnie ciężkich osobom „posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności” jest jednak coś dziwnego i na to jedynie chciałem zwrócić uwagę.
Osoby niepełnosprawne powinny w miarę posiadanych możliwości móc pracować, nawet nie tylko zarabiać, posiadać pewną niezależność finansową wobec choćby własnej rodziny, ale właśnie pracować, robić coś, najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego o czym myślały „przed”.
Najczęściej jakaś forma pracy (zarobku i „spełniania się” była technicznie czy fizycznie możliwa, ale sprawa trafiała na opór, niechęć, wygodnictwo tych od których zatrudnienie zależało a także i barierę finansową w sprawie „stworzenia warunków”. Skutkowało to wszystko bardzo niewielkim procentem pracujących osób niepełnosprawnych.
Państwo jakie było – to było, ale potrafiło stworzyć przepisy prawne znacznie zbliżające niepełnosprawnych do uzyskania pracy, głównie poprzez system pomocy finansowej pracodawcom w stworzeniu i zorganizowaniu stanowisk pracy dla osób niepełnosprawnych oraz znoszenia barier fizycznych, np. komunikacyjnych. Metoda była radykalna i dość charakterystyczna dla minionego systemu, ale za to – skuteczna. Powstały przepisy w formie Ustawy o PFRON, wprowadzające do facto mechanizm skutecznego nakłaniania pracodawców do zatrudnienie niepełnosprawnych; większe firmy otrzymały obowiązek płacenia składki „haraczu” na rzecz PFRON a wysokość tego obowiązkowego świadczenia mogło pomniejszyć (aż do zera) zatrudnianie osób niepełnosprawnych w liczbie wyznaczonej przepisami, proporcjonalnej do liczby wszystkich zatrudnionych. Np. firma zatrudniająca 50 osób powinna w myśl tejże ustawy zatrudnić 6 osób niepełnosprawnych, zatrudnienie każdej z nich zmniejszało haracz należny PFRON o jedną szóstą. Przy takim „janosikowym” zatrudnianie osób niepełnosprawnych zaczęło się liczyć w finansach przedsiębiorstwa tym bardziej, że oprócz zmniejszania składki w grę wchodziło wiele innych form dofinansowania pracodawcy w postaci dopłat ”celowych” na przystosowanie i wyposażenie niestandardowego stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej, na zniesienie barier komunikacyjnych a nawet na zaangażowanie asystenta stałego dla takiej osoby, na czas jej pracy zawodowej.
Powstały dzięki temu firmy specjalizujące się w zatrudnianiu głównie właśnie osób niepełnosprawnych i tu… zaczęło się ujawniać pewne zagrożenie. Polski przaśny kapitalista – nuworysz przemyślną bestią jest, więc szybko zaczął „kombinować”: z jednej strony jest oszczędność w kosztach firmy przy wykorzystaniu wszystkich propozycji przewidzianych w ustawie, ale bardzo z drugiej strony ogranicza to możliwości wykonawcze firmy. Cóż więc zrobić, by wykorzystać wszelkie możliwości obniżenia kosztów poprzez zwolnienie ze składki na PFRON i przeróżne dofinansowania, ale jednocześnie mieć krzepkich ludzi do pracy…?
Już kiedyś zwracałem uwagę w którymś ze swoich felietonów, że aktywność takich firm koncentruje się dziwnym trafem wokół rodzajów prac które wymagają właśnie ponadprzeciętnej pełnosprawności. Na przykład – sprzątanie: osobami sprzątającymi są przeważnie panie, praca jest tu bardzo obciążająca zarówno przez samą swoją specyfikę fizyczną (różne pozycje ciała, schylanie się, na kolanach, noszenie wiader z wodą, praca na wysokości w niewygodnej pozycji (mycie okien), itp. Do pracy posługują się najczęściej różnej wysokości drabinami rozkładanymi – więc istnieje tu wymóg szczególnego poczucia równowagi. Poza tym – odkurzacz, mop, szczota do szorowania…
Polski kapitalista by szybciej zarobić na tego swojego nowego mercedesa ogranicza koszty jak może maksymalnie, więc zmniejsza też liczebność pracowników co powoduje coraz większe obciążanie każdego z nich pracą fizyczną (coraz większe „rejony” do sprzątnięcia). Bardzo często jest to praca w nocy, kończąca się o 5 czy 6 rano. Taka brygada sprzątająca np. zaplecze hotelowe (kuchnie, magazyny, baseny, sauny, stołówki, restauracje, sale klubowe itp. – musi robić to niejako „w biegu” by zdążyć przez wyznaczony (wyśrubowany) czas (w którym goście hotelowi smacznie śpią) wykonać swoje zadania, i tak codziennie… codziennie… od takiej pracy nawet osoby silne i w pełni sprawne bolą mięśnie, kręgosłup, „wariuje” zegar biologiczny…
Czy to jest praca dla osób niepełnosprawnych?
Okazuje się, że tak… przynajmniej w mniemaniu niektórych pracodawców.
Znalazłem dziś akurat następujące ogłoszenie:
„(…)Wymiar zatrudnienia: Pełny etat
Forma zatrudnienia: Umowa o pracę
Pilnie zatrudnimy Panie / Panów do prac porządkowych na terenie kompleksu sportowego w centrum Szczecina.
Praca polegała będzie na utrzymaniu w czystości obiektu.
Oferujemy:
- Zatrudnienie w ramach umowy o pracę na pełen etat,
- pracę 5 dni w tygodniu (wg harmonogramu od poniedziałku do niedzieli)
- niezbędne narzędzia pracy
Wymagane:
- sprawność fizyczna umożliwiająca wykonywanie obowiązków,
- systematyczność, dokładność,
- orzeczenie o niepełnosprawności,
- predyspozycje do pracy w nocy.
Zainteresowanych proszę o przesłanie danych kontaktowych z informacją o stopniu niepełnosprawności lub dołączenie Cv…”
I właśnie: wymaganiem jest „sprawność fizyczna umożliwiająca spełnianie obowiązków” a jak to opisałem powyżej – owa sprawność przy takiej pracy najczęściej musi być PONADPRZECIĘTNA, czyli wyższa niż normalnie. Żeby wysprzątać taki obiekt sportowy (olimpijski kompleks pływacki, hala widowiskowo-sportowa?) – to trzeba okropnie „zapierniczać” niemalże „w biegu” i to przez całą noc, czyli w godzinach gdy obiekt jest wyłączony z użytkowania; do tego potrzeba OSIŁKÓW A NIE NIEPEŁNOSPRAWNYCH! A przede wszystkim – ludzi który już zostali poddani „doświadczeniu” Tuskowego liberalizmu, odczuli brak pracy, poznali głód i nędzę i są zdesperowani, by brać każdą, nawet dla nich zbyt ciężką pracę – byle jakoś przetrwać, zarobić uczciwie na swój chleb z margaryną…
Ale jednocześnie niepełnosprawni – dużo taniej się naszemu przaśnemu kapitaliście kalkulują…
Więc jak to połączyć?
Nie chcę nic sugerować w tym konkretnym przypadku, ale ogólnie – pomysł się nasuwa jeden: by „niepełnosprawni” byli jak najbardziej pełnosprawni a tylko posiadali zaświadczenia o jakimś stopniu niepełnosprawności, najlepiej tego typu przy którym nie jest to zewnętrznie widoczne. Jest tajemnicą poliszynela, że mieliśmy już w naszym kraju „afery” z różnymi „dożywotnimi rencistami” zdrowymi jak przysłowiowe byki, żyjącymi sobie spokojnie na koszt społeczeństwa na podstawie „nie do końca rzetelnych” orzeczeń lekarskich, więc sprawa być może powinna być interesująca dla CBŚ, a może dla CBA, a może i tej i tamtej służby jednocześnie.
Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości:
W proponowaniu prac szczególnie ciężkich osobom „posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności” jest jednak coś dziwnego i na to jedynie chciałem zwrócić uwagę.
Etykiety:
bezrobocie,
CBA,
CBS,
Donald Tusk,
kapitalizm,
liberalizm,
niepełnosprawność,
orzeczenie,
oszustwa,
PFRON,
polski kapitalista,
praca,
renta,
Tusk
09/04/2013
Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?
Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli
„zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia,
spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o
bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa
Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.
Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...
Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.
Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".
http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209
Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.
http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html
Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…
Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.
Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.
Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.
Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...
Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.
Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".
http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209
Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.
http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html
Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…
Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.
Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.
Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.
Etykiety:
Kopacz,
liberalizm,
manifestacje,
minister pracy,
nędza,
niewidzialna ręka,
PO,
polityka,
praca,
pracodawca,
protesty,
Rostowski,
rynek,
rząd,
samoregulacja,
Skarb Państwa,
solidarność,
Tusk
08/04/2013
Mitu „wysokich kosztów pracy” ciąg dalszy… czyli rozterki prostaczka - przedsiębiorcy.
Pisałem już niedawno o micie „wysokich kosztów pracy”. Niestety; postrzeganie tego zjawiska zależy od nastawienia a nastawienie jest uwarunkowane taką ilością bzdurnych wypowiedzi jakie można znaleźć w „mediach”, że trudno się dziwić trwałości wspomnianego mitu.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.
W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.
Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.
Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.
Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.
Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.
Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…
Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…
Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…
Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…
Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.
„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…
To klęska prawdziwego człowieczeństwa.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.
W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.
Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.
Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.
Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.
Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.
Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…
Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…
Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…
Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…
Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.
„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…
To klęska prawdziwego człowieczeństwa.
Etykiety:
liberalizm,
minister pracy,
netto,
nędza,
patologia,
płace,
PO,
podatki,
praca,
Rostowski,
samoregulacja,
samowola,
Skarb Państwa,
składki,
Tusk,
ustawy,
ZUS,
zysk
24/03/2013
Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?
Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć
wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się
bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej
„szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.
Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.
Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:
1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…)
Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.
Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.
Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.
Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:
1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…)
Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.
Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.
Etykiety:
konstytucja,
Kosiniak-Kamysz,
Koszty pracy,
liberalizm,
minister pracy,
NFZ,
nielegalne zatrudnienie,
oferty pracy,
oszustwo,
parasol ochronny,
PIS,
platforma,
PO,
podatek,
polityka,
praca
03/03/2013
Powrót do normalności…?
Tragiczne wrażenie na osobach mających dziś ogromne problemy życiowe z
powodu wypaczenia albo zminimalizowania funkcji państwa przez obecną
władzę, robią wszelkie próby uzasadniania tego (w sensie
usprawiedliwienia lub uprawomocnienia) jak i inne głosy skrajne –
negujące potrzebę istnienia państwa w ogóle..
Trudno się dziwić: to tak jakby ktoś czekający na przyjazd lekarza do obłożnie chorego miał zamiast o potrzebie przyspieszenia interwencji lekarskich – słuchać o ich całkowitej nieopłacalności a nawet o potrzebie (zamiarach) zaprzestania wizyt lekarskich w takich przypadkach.
Trudno w takim przypadku o równowagę i optymizm a pesymizm i brak pozytywnych perspektyw zazwyczaj wzbudzają lęk i agresję. W normalnych warunkach państwo ma dużo do zrobienia i nie jest w tym możliwe do zastąpienia. Szczególnie chodzi tu o niezbędne interwencje mające na względzie interes społeczny w sytuacjach jakie mogą wyniknąć z wolnego rynku i swobody działalności gospodarczej – a są nie do zaakceptowania z punktu widzenia społecznego.
Przykładem z życia mogłoby tu być bezrobocie w grupie osób w wieku produkcyjnym mających ponad 45 czy 50 lat, ale mniej niż wiek uprawniający do zakończenia aktywności zawodowej dzięki nabyciu prawa i otrzymywaniu emerytury. Osoby takie muszą i najczęściej przecież wówczas – chcą - być zatrudnione po to, by wypracowywać sobie środki na zaspokojenie codziennych potrzeb, oraz opłacenie składek obowiązkowych od których będzie zależała w przyszłości ich emerytura.
By żyć w tym kraju trzeba zarabiać na swoje a czasem nawet nie tylko swoje utrzymanie; praca i zarabianie jako jej następstwo – jest niezbędne.
Praca jest niezbędna także i z wielu innych powodów, ale o tym napiszę oddzielnie.
Działalność gospodarcza jest prowadzona w oparciu o obowiązujące regulacje prawne jej dotyczące. Cóż jednak, gdy na skutek zasady swobody organizowania i prowadzenia działalności gospodarczej pracodawcy stwierdzą gremialnie, że wspomnianych osób nie będą zatrudniać „z zasady”. Taką sytuację właśnie obserwujemy i uczestniczymy w niej; jest ona skrajnie niekorzystna społecznie i to na bardzo wielu płaszczyznach i po to jest państwo, by w tej sytuacji skutecznie interweniować w gospodarkę i rynek pracy, modyfikując obowiązujące zasady tak, by przynajmniej minimalizować owe niekorzystne skutki. Taką interwencją jest inicjowanie organizowania zatrudnienia dotowanego, w formie np. tak zwanych „prac interwencyjnych”, licząc na to, że dotacja obejmująca około połowę podstawowych kosztów zatrudniania (płacy i składek obowiązkowych) zmieni nastawienie pracodawców i zapobiegnie w ten sposób – przynajmniej doraźnie – katastrofalnym skutkom społecznym. Interwencja państwa może też na przykład dotyczyć produkcji lub usług, które w danym, chwilowym stanie gospodarki są uważane za nieopłacalne, ale też są społecznie niezbędne i muszą być dostępne ze względu na interes społeczny.
Mamy właśnie teraz wspomnianą wyżej sytuację; ogromne bezrobocie z nieokreślonych powodów w grupie osób w wieku produkcyjnym określanych jako „50+” oraz interwencję państwa ratująca wielu z tych ludzi przed ostatecznym upadkiem, licząc na zmianę sytuacji po kilku miesiącach pracy tymczasowo dotowanej.
Tymczasem różni ludzie bez wstydu i godności oraz adepci „nauk” tego dość znanego, śmiesznego fircyka we fraczku i cylinderku, tego znanego polskiego walczącego „rojalisty” – któremu się we łbie roją różne ciekawe pomysły tyleż słuszne, co całkowicie abstrakcyjne, jeżdżącego po Polsce z „wykładami” i robiącego sobie z tego niezły pomysł na łatwe i wygodne życie – zaczynają nerwowo reagować i chwytają się manipulacji znaczeniami słów, byle wywiązać się ze swojego podłego zadania.
A ich zadanie, to właśnie ukrycie przed większością społeczeństwa ideologicznego charakteru władzy sprawowanej i tworzonej dziś przez PO, tak jak i oczywiście – w przypadku każdej innej władzy. Chcieliby także jakoś zneutralizować rosnącą powoli, odbudowującą się świadomość ludzką dotyczącą tego, że wszystko co się w Polsce dzieje, wynika z założeń politycznych, dziś – z ideologii Platformy Obywatelskiej a nie z jakichś obiektywnych i apolitycznych „zasad nauki” i wiedzy eksperckiej.
Jeszcze do niedawna ludzie tracili miejsca pracy, biedowali, marnowali lata życia swoje i swoich dzieci, czasem staczali się w bezdomność, albo popadali w alkoholizm by nie myśleć, by się nie wstydzić, albo z kolei myśleli i wstydzili się bardziej popaść w alkoholizm niż zdechnąć na śmietniku… a wszystko to z przekonaniem, że to jest WOLNOŚĆ !, oczekiwany POWRÓT DO NORMALNOŚCI !. Że to wszystko wynika z nauki, ze sprawdzonych i zweryfikowanych w kapitalizmie zasad ekonomii, zarządzania, że tak ma być i jest to jedyna słuszna droga. No i oczywiście, że politycy powinni się od gospodarki trzymać z daleka – bo przecież „niewidzialna ręka” sama wszystko wyreguluje…
Nawet prosta do uzyskania informacja, że dziwnie – ani Niemcy, ani Francja a już szczególnie Wielka Brytania tą drogą jakoś nie idzie a ma się całkiem dobrze – nie wzbudzała niczyich zastrzeżeń.
To jednak nie jest jak się okazuje żaden sygnał ostrzegawczy dla ćwoka czy prostaczka z czarnym podniebieniem, poklepanego protekcjonalnie przez sąsiadkę po plecach i dumnie idącego tam, gdzie mu „mądrzejsi” powiedzieli, że należy iść, by być przez nich uznanym za „Prawdziwego Europejczyka”.
Niestety, zmiany minionych dwudziestu lat to nie był powrót do normalności a odejście od niej, tylko odejście w nieco innym kierunku niż za czasów wdrażania ideologii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod tym względem PO niczym się nie różni od PZPR, tak jak zresztą i od innych; jak każda partia ma program, który deklarowała zrealizować, zabiegając o głosy poparcia. Program ten nie jest tym, czego Polscy oczekiwali po zmianach wynikłych z Sierpnia.
W działaniach socjotechnicznych jako czynnik oddziaływania wykorzystuje się i to, że media a zwłaszcza prasa opanowana jest teraz przez „nowy narybek” tak zwanych „dziennikarzy”, którzy starają się coś pisać pomimo rozlicznych „dys…”, zasadniczych braków wiedzy i niechęci do jej uzupełniania, ale najczęściej pozostają przy plotach, maglu, wodolejstwie pseudonaukowym „zrzynanym” z Internetu oraz niedokładnym cytowaniu rzeczników prasowych.
Drugi czynnik – to korzystanie z faktu odmienności języka kolokwialnego oraz języka oficjalnego, dotychczas uznawanego za dziennikarski. Jeszcze całkiem niedawno było tak, że język dziennikarski był najbardziej precyzyjną formą wypowiedzi, oczywiście jeśli taki był zamiar autorów. Język prasy, radia i telewizji był normą poprawności. Coś co zostało napisane – musiało być jednoznaczne i precyzyjne przynajmniej o tyle, że nie zawierało kolokwialnych, potocznych twierdzeń, uproszczeń, skrótów myślowych – czytelnych dla „ulicy” ale niedopuszczalnych w wypowiedziach oficjalnych, rejestrowanych i archiwizowanych. Niestety czasy te w ramach „ulepszania” Polski już dawno odeszły do historii i język prasowy, dziennikarski staje się jeszcze mniej zrozumiały, rzetelny i precyzyjny, niż potoczny język „ulicy”. Oliwy do tego ognia dolewa jeszcze powszechne pozbywanie się korektorów w wydawnictwach prasowych – jako „zbędnego kosztu”.
Na przykład słyszy się na ulicy, że „chleb podnieśli” albo że „od dziś benzyna poszła w górę” i wszyscy rozumieją iż chodzi o podwyższenie CENY chleba lub benzyny; nikt normalny nie będzie raczej zadzierał głowy do góry by ujrzeć tę „idącą do góry” benzynę, czy fruwający gdzieś tam na większej niż normalnie wysokości – chleb…
Właśnie takie różnice wykorzystują różne szuje do mieszania ludziom w głowach.
Dlaczego?
Coraz większym problemem dla władzy jest narastająca fala bezrobocia i jej skutki, przy tym narastająca fala świadomości, niezadowolenia, zniecierpliwienia. Obawiam się, że ludzie jeszcze do końca nie zrozumieli, że jest tak na skutek realizacji konkretnej ideologii, na którą oni w akcie wyborczym podobno, mniej lub bardziej świadomie dali zgodę. Problem dla władzy wynika stąd, że jedyna droga zwalczenia tak na prawdę a nie „medialnie” bezrobocia i innych poważnych problemów – wiedzie przez zakwestionowanie założeń politycznych, partyjnych tego wszystkiego. By się uporać z problemami – PO musiałaby przestać być PO, a wtedy straciłaby głosy (47 – 50% poparcia) tych, co poważnie kiedyś wzięli zaproszenie do bogacenia się za wszelką cenę i obietnicę „parasola ochronnego władzy” za wszelką cenę – nad biznesem.
Wracając do przykładu bezrobocia: oczywiście, że stwierdzenie „brak pracy” jest kolokwialne i należy do „języka ulicy”; jest po prostu wielkim skrótem i uproszczeniem myślowym – tak jak wspomniane podwyższenie benzyny czy podnoszenie chleba.
Jeśli przyjąć terminologię stosowną dla pojęcia rynku w odniesieniu do pracy (co generalnie uważam za bezprzedmiotowe bo w tym kraju rynek pracy sensu stricte nie funkcjonuje), to należy mówić tu o popycie na pracę jako „towarze rynkowym” oraz o „podaży pracy”. Popyt na pracę ludzką to zapotrzebowanie przedsiębiorstw jako pracodawców na pracę najemną, związaną np. z prowadzoną produkcją, albo z jej rozszerzeniem ilościowym lub asortymentowym. Popyt na pracę wyraża się ilością wolnych miejsc pracy oraz ilością ofert zatrudnienia pracownika. Stwierdzam tak, bo sama ilość wolnych miejsc pracy, bez woli zatrudnienia na nich nowych pracowników – nie jest „popytem na pracę”, jak też i ilość ofert zatrudnienia ale bez istniejących stosownie do nich, nowych i wolnych miejsc pracy – także nie jest popytem na pracę ludzką. Popyt na pracę istnieje tylko wówczas, gdy istnieją wolne miejsca pracy oraz jednocześnie pracodawcy zgłaszają chęć zatrudnienia na tych miejscach pracy nowych pracowników (oprócz tych dotychczas zatrudnionych). Nie jest popytem na pracę zwolnienie tysiąca zatrudnionych i przyjęcie na ich miejsce tysiąca innych, nowych pracowników, pomimo że związane by to było z tysiącem ofert i tysiącem praktycznie „wolnych” wówczas miejsc pracy.
Podaż pracy – to ludzie zdolni i gotowi do podjęcia się wykonywania zadań potrzebnych pracodawcy, określonych przez niego w ofercie zatrudnienia a potem w umowie o pracę.
W konwencji rynkowej, praca rozumiana jako wykonywanie dla kogoś potrzebnych mu czynności – jest towarem, tak jak węgiel, woda lub kruche ciasteczka posypane cukrem. Pracownik zapewnia podaż pracy i sprzedaje ją a pracodawca zapewnia popyt na pracę i kupuje ją – w formie zatrudniania pracowników.
Niektórzy ludzie udają jednak, że tego nie rozumieją i celowo zastępują pojęcie tak rozumianej pracy – pojęciem „pracy” w sensie fizycznym, bez uwzględnienia jej rynkowego charakteru.
Ktoś taki nagle gotów dojść publicznie do wniosku, że żadnego bezrobocia nie ma. Jest praca, czeka na każdym kroku. Jest wszędzie tyle do zrobienia. Powie na przykład: … A jak to jest w ogóle możliwe że ktoś nie ma pracy? Przecież to właściwie jest niewyobrażalne! Co to właściwie znaczy że ktoś nie ma pracy? Dookoła tyle rzeczy do zrobienia a ludzie nie mają pracy? Przecież to jakiś absurd! Paranoja!
Przecież wszędzie jest praca; O!: na przykład chodnik na mojej ulicy jest cały do wymiany bo płytki popękały… Tylko się nierobom nie chce pracować, bo czekają aż im „państwo” da zasiłek.
Faktycznie: paranoja.
Wszędzie jest do wykonania jakaś „praca” w znaczeniu fizycznym tego określenia, jest to „praca nie do przerobienia”, ale żeby to była praca w znaczeniu rynkowym, rynku pracy – to musi być ktoś kto ją „zapotrzebuje” za konkretną zapłatę, czyli ktoś kto zechcę wykonanie jej kupić. Zakładam przy tym, że ktoś kto ją zechce wykonać, czyli sprzedać własną pracę – zawsze się znajdzie, bo tym się charakteryzuje rynek pracy; zawsze popyt na pracę jest mniejszy niż jej podaż, czyli inaczej mówiąc – zawsze jest mniej ofert zatrudnienia (i zapłacenia) niż chętnych do podjęcia pracy. W normalnej sytuacji dobrze zarządzanej i dobrze funkcjonującej gospodarki – liczba niezatrudnionych stanowi 1 – 2% osób w wieku produkcyjnym (tzw. naturalna stopa bezrobocia) a obecnie mamy w tym kraju takich osób zarejestrowanych ponad dwa miliony sto tysięcy, co stanowi ponad 14% liczby osób w wieku produkcyjnym (tzw. klęska bezrobocia). W ten sposób propaguje się mylny wniosek: wszystko jest dobrze, praca jest, tylko się ludziom robić nie chce… Wszelkie próby zorganizowania społeczeństwa są przedstawiane jako szkodliwe, bo przecież w sposób naturalny dąży ono do powrotu do jaskiń. Zaczyna się tu zrzucanie winy za wszystko co złe – na państwo, nie na konkretną władzę realizującą swoje konkretne programy polityczne. Winne wszystkiemu jest to, że państwo w ogóle istnieje. Przy tym fakt, że istnieją setki innych państw i niektóre – doskonale a inne – całkiem dobrze się mają – nic nie znaczy…
Tu zresztą także mamy niejednoznaczność: państwo jako takie nie jest złe co wcale nie znaczy, że ono zawsze dobrze funkcjonuje, że jest dobrze zarządzane. Tak jak np. biskup–pedofil nie świadczy źle o Bogu, tak i błędna ideologia władzy psująca funkcjonowanie państwa – nie świadczy przeciwko państwu a wyłącznie przeciwko tej władzy.
Czasem wydaje się, że ludzie owładnięci jakąś ideą, ideą cudzą – bo przecież najczęściej nie oni są jej odkrywcami, przyczyniają się do postępu, bo wspierają badania teoretyczne pozwalające poznać lepiej prawa rządzące społeczeństwami i gospodarką. Tak jak naukowe dociekania są dobre, to próba wdrożenia ich, jakiejś teorii – w życie zazwyczaj kończy się tak jak próba wdrożenia prac naukowych Karola Marksa. Tego typu podjudzanie, propagowanie może i pozornie efektownych, ale praktycznie niemożliwych do przyjęcia eksperymentów robi wiele szkody , bo zagłusza tematy ważne, dramatycznie pilne i decydujące o losie wielu ludzi.
Tak zwane „życie” czyli realna, otaczająca nas rzeczywistość wymyka się wszelkim teoriom, które są co prawda niezbędne i świadczą o dążeniu człowieka do pełnej świadomości i niezależności, ale nie są w stanie odtworzyć warunków realnego świata. Państwo działające i imieniu interesu społecznego jest zwolnione z ograniczeń narzucanych przez wszelkie teorie czy modele naukowe dotyczące ekonomii, nie jest ograniczone ani opłacalnością ekonomiczną, ani zasadami samoregulacji. Opiera się raczej na pojęciach nieekonomicznych, takich jak godność, szacunek, solidarność, sprawiedliwość. Dzięki temu – dziś nie musimy przyznać po prostu, że ludzie w wieku 50+ wypchnięci poza „rynek pracy” – są przez państwo skazani na śmierć, co należałoby przyznać – kierując się jedynie prawami ekonomii realnie funkcjonującej.
Niezłym przykładem interwencji państwa jest ustawa o PFRON, stawiająca interes społeczny dotyczący zatrudniania osób niepełnosprawnych (aby zdobywali sami środki do życia oraz korzystali z innych funkcji pracy) – ponad zasadami prostej czy chciałoby się powiedzieć – prostackiej – opłacalności, stwarzająca platformę zrównania szans ponad pojęciami dobroczynności czy po prostu jałmużny, bez tego osoby poszkodowane przez los byłyby jeszcze bardziej poszkodowane. Są jednak ludzie, którym jest zbyt łatwo powiedzieć komuś: jesteś „nieopłacalny”, dlatego musisz umrzeć; to rodzaj zboczenia psychicznego, psychopatii – gdy dotyczy realnego życia.
Państwo to forma organizacji stojąca ponad takimi ograniczającymi własnościami jak opłacalność i jest dlatego społecznie niezbędne, stwarza ono środowisko, w którym funkcjonują przedsiębiorcy i wszyscy inni, zapobiegając skrajnym „ekscesom” i konfliktom, godząc konflikty w obszarze wolności – wolność prowadzenia działalności gospodarczej z wolnością np. człowieka w wieku 50+ albo niepełnosprawnego objawiającą się jego prawem do życia POMIMO że przedsiębiorcy skazali go na śmierć – wykluczając z rynku pracy. Zdobywając środki operacyjne np. poprzez prawo fiskalne, państwo może spowodować, że respektowane będzie także jego prawo do wolności – wyrażające się prawem do zdobycia poprzez pracę środków potrzebnych do utrzymania. Dzięki interwencji państwa dostępne są np. leki, których by nie było w dyspozycji – gdyby kierowano się przy tym wyłącznie zasadami ekonomii jako nauki, że przeprowadzane są operacje i inne działania lecznicze pomimo ich ogromnego kosztu i materialnej „nieopłacalności” z punktu widzenia medycyny jako biznesu, gdy stanowią „jedynie” wydatek. Wydatek jednak niewielki w porównaniu z wartością życia ludzkiego i jego prawa do wolności.
Skandalicznym wypaczeniem jest państwo zarządzane czy wręcz organizowane przez przedsiębiorców, przez „biznesmenów” niejako pod ich potrzeby, czyniące z biznesu rodzaj współczesnego bałwana, któremu się wszystko podporządkowuje, także życie i śmierć zwykłych, prostych ludzi uzależnionych od pracy najemnej. To ogromne barbarzyństwo pochłaniające wiele ofiar. Niestety elementy tego właśnie obserwujemy poprzez „sztuczną mgłę” propagandowego zaciemnienia.
Trudno się dziwić: to tak jakby ktoś czekający na przyjazd lekarza do obłożnie chorego miał zamiast o potrzebie przyspieszenia interwencji lekarskich – słuchać o ich całkowitej nieopłacalności a nawet o potrzebie (zamiarach) zaprzestania wizyt lekarskich w takich przypadkach.
Trudno w takim przypadku o równowagę i optymizm a pesymizm i brak pozytywnych perspektyw zazwyczaj wzbudzają lęk i agresję. W normalnych warunkach państwo ma dużo do zrobienia i nie jest w tym możliwe do zastąpienia. Szczególnie chodzi tu o niezbędne interwencje mające na względzie interes społeczny w sytuacjach jakie mogą wyniknąć z wolnego rynku i swobody działalności gospodarczej – a są nie do zaakceptowania z punktu widzenia społecznego.
Przykładem z życia mogłoby tu być bezrobocie w grupie osób w wieku produkcyjnym mających ponad 45 czy 50 lat, ale mniej niż wiek uprawniający do zakończenia aktywności zawodowej dzięki nabyciu prawa i otrzymywaniu emerytury. Osoby takie muszą i najczęściej przecież wówczas – chcą - być zatrudnione po to, by wypracowywać sobie środki na zaspokojenie codziennych potrzeb, oraz opłacenie składek obowiązkowych od których będzie zależała w przyszłości ich emerytura.
By żyć w tym kraju trzeba zarabiać na swoje a czasem nawet nie tylko swoje utrzymanie; praca i zarabianie jako jej następstwo – jest niezbędne.
Praca jest niezbędna także i z wielu innych powodów, ale o tym napiszę oddzielnie.
Działalność gospodarcza jest prowadzona w oparciu o obowiązujące regulacje prawne jej dotyczące. Cóż jednak, gdy na skutek zasady swobody organizowania i prowadzenia działalności gospodarczej pracodawcy stwierdzą gremialnie, że wspomnianych osób nie będą zatrudniać „z zasady”. Taką sytuację właśnie obserwujemy i uczestniczymy w niej; jest ona skrajnie niekorzystna społecznie i to na bardzo wielu płaszczyznach i po to jest państwo, by w tej sytuacji skutecznie interweniować w gospodarkę i rynek pracy, modyfikując obowiązujące zasady tak, by przynajmniej minimalizować owe niekorzystne skutki. Taką interwencją jest inicjowanie organizowania zatrudnienia dotowanego, w formie np. tak zwanych „prac interwencyjnych”, licząc na to, że dotacja obejmująca około połowę podstawowych kosztów zatrudniania (płacy i składek obowiązkowych) zmieni nastawienie pracodawców i zapobiegnie w ten sposób – przynajmniej doraźnie – katastrofalnym skutkom społecznym. Interwencja państwa może też na przykład dotyczyć produkcji lub usług, które w danym, chwilowym stanie gospodarki są uważane za nieopłacalne, ale też są społecznie niezbędne i muszą być dostępne ze względu na interes społeczny.
Mamy właśnie teraz wspomnianą wyżej sytuację; ogromne bezrobocie z nieokreślonych powodów w grupie osób w wieku produkcyjnym określanych jako „50+” oraz interwencję państwa ratująca wielu z tych ludzi przed ostatecznym upadkiem, licząc na zmianę sytuacji po kilku miesiącach pracy tymczasowo dotowanej.
Tymczasem różni ludzie bez wstydu i godności oraz adepci „nauk” tego dość znanego, śmiesznego fircyka we fraczku i cylinderku, tego znanego polskiego walczącego „rojalisty” – któremu się we łbie roją różne ciekawe pomysły tyleż słuszne, co całkowicie abstrakcyjne, jeżdżącego po Polsce z „wykładami” i robiącego sobie z tego niezły pomysł na łatwe i wygodne życie – zaczynają nerwowo reagować i chwytają się manipulacji znaczeniami słów, byle wywiązać się ze swojego podłego zadania.
A ich zadanie, to właśnie ukrycie przed większością społeczeństwa ideologicznego charakteru władzy sprawowanej i tworzonej dziś przez PO, tak jak i oczywiście – w przypadku każdej innej władzy. Chcieliby także jakoś zneutralizować rosnącą powoli, odbudowującą się świadomość ludzką dotyczącą tego, że wszystko co się w Polsce dzieje, wynika z założeń politycznych, dziś – z ideologii Platformy Obywatelskiej a nie z jakichś obiektywnych i apolitycznych „zasad nauki” i wiedzy eksperckiej.
Jeszcze do niedawna ludzie tracili miejsca pracy, biedowali, marnowali lata życia swoje i swoich dzieci, czasem staczali się w bezdomność, albo popadali w alkoholizm by nie myśleć, by się nie wstydzić, albo z kolei myśleli i wstydzili się bardziej popaść w alkoholizm niż zdechnąć na śmietniku… a wszystko to z przekonaniem, że to jest WOLNOŚĆ !, oczekiwany POWRÓT DO NORMALNOŚCI !. Że to wszystko wynika z nauki, ze sprawdzonych i zweryfikowanych w kapitalizmie zasad ekonomii, zarządzania, że tak ma być i jest to jedyna słuszna droga. No i oczywiście, że politycy powinni się od gospodarki trzymać z daleka – bo przecież „niewidzialna ręka” sama wszystko wyreguluje…
Nawet prosta do uzyskania informacja, że dziwnie – ani Niemcy, ani Francja a już szczególnie Wielka Brytania tą drogą jakoś nie idzie a ma się całkiem dobrze – nie wzbudzała niczyich zastrzeżeń.
To jednak nie jest jak się okazuje żaden sygnał ostrzegawczy dla ćwoka czy prostaczka z czarnym podniebieniem, poklepanego protekcjonalnie przez sąsiadkę po plecach i dumnie idącego tam, gdzie mu „mądrzejsi” powiedzieli, że należy iść, by być przez nich uznanym za „Prawdziwego Europejczyka”.
Niestety, zmiany minionych dwudziestu lat to nie był powrót do normalności a odejście od niej, tylko odejście w nieco innym kierunku niż za czasów wdrażania ideologii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod tym względem PO niczym się nie różni od PZPR, tak jak zresztą i od innych; jak każda partia ma program, który deklarowała zrealizować, zabiegając o głosy poparcia. Program ten nie jest tym, czego Polscy oczekiwali po zmianach wynikłych z Sierpnia.
W działaniach socjotechnicznych jako czynnik oddziaływania wykorzystuje się i to, że media a zwłaszcza prasa opanowana jest teraz przez „nowy narybek” tak zwanych „dziennikarzy”, którzy starają się coś pisać pomimo rozlicznych „dys…”, zasadniczych braków wiedzy i niechęci do jej uzupełniania, ale najczęściej pozostają przy plotach, maglu, wodolejstwie pseudonaukowym „zrzynanym” z Internetu oraz niedokładnym cytowaniu rzeczników prasowych.
Drugi czynnik – to korzystanie z faktu odmienności języka kolokwialnego oraz języka oficjalnego, dotychczas uznawanego za dziennikarski. Jeszcze całkiem niedawno było tak, że język dziennikarski był najbardziej precyzyjną formą wypowiedzi, oczywiście jeśli taki był zamiar autorów. Język prasy, radia i telewizji był normą poprawności. Coś co zostało napisane – musiało być jednoznaczne i precyzyjne przynajmniej o tyle, że nie zawierało kolokwialnych, potocznych twierdzeń, uproszczeń, skrótów myślowych – czytelnych dla „ulicy” ale niedopuszczalnych w wypowiedziach oficjalnych, rejestrowanych i archiwizowanych. Niestety czasy te w ramach „ulepszania” Polski już dawno odeszły do historii i język prasowy, dziennikarski staje się jeszcze mniej zrozumiały, rzetelny i precyzyjny, niż potoczny język „ulicy”. Oliwy do tego ognia dolewa jeszcze powszechne pozbywanie się korektorów w wydawnictwach prasowych – jako „zbędnego kosztu”.
Na przykład słyszy się na ulicy, że „chleb podnieśli” albo że „od dziś benzyna poszła w górę” i wszyscy rozumieją iż chodzi o podwyższenie CENY chleba lub benzyny; nikt normalny nie będzie raczej zadzierał głowy do góry by ujrzeć tę „idącą do góry” benzynę, czy fruwający gdzieś tam na większej niż normalnie wysokości – chleb…
Właśnie takie różnice wykorzystują różne szuje do mieszania ludziom w głowach.
Dlaczego?
Coraz większym problemem dla władzy jest narastająca fala bezrobocia i jej skutki, przy tym narastająca fala świadomości, niezadowolenia, zniecierpliwienia. Obawiam się, że ludzie jeszcze do końca nie zrozumieli, że jest tak na skutek realizacji konkretnej ideologii, na którą oni w akcie wyborczym podobno, mniej lub bardziej świadomie dali zgodę. Problem dla władzy wynika stąd, że jedyna droga zwalczenia tak na prawdę a nie „medialnie” bezrobocia i innych poważnych problemów – wiedzie przez zakwestionowanie założeń politycznych, partyjnych tego wszystkiego. By się uporać z problemami – PO musiałaby przestać być PO, a wtedy straciłaby głosy (47 – 50% poparcia) tych, co poważnie kiedyś wzięli zaproszenie do bogacenia się za wszelką cenę i obietnicę „parasola ochronnego władzy” za wszelką cenę – nad biznesem.
Wracając do przykładu bezrobocia: oczywiście, że stwierdzenie „brak pracy” jest kolokwialne i należy do „języka ulicy”; jest po prostu wielkim skrótem i uproszczeniem myślowym – tak jak wspomniane podwyższenie benzyny czy podnoszenie chleba.
Jeśli przyjąć terminologię stosowną dla pojęcia rynku w odniesieniu do pracy (co generalnie uważam za bezprzedmiotowe bo w tym kraju rynek pracy sensu stricte nie funkcjonuje), to należy mówić tu o popycie na pracę jako „towarze rynkowym” oraz o „podaży pracy”. Popyt na pracę ludzką to zapotrzebowanie przedsiębiorstw jako pracodawców na pracę najemną, związaną np. z prowadzoną produkcją, albo z jej rozszerzeniem ilościowym lub asortymentowym. Popyt na pracę wyraża się ilością wolnych miejsc pracy oraz ilością ofert zatrudnienia pracownika. Stwierdzam tak, bo sama ilość wolnych miejsc pracy, bez woli zatrudnienia na nich nowych pracowników – nie jest „popytem na pracę”, jak też i ilość ofert zatrudnienia ale bez istniejących stosownie do nich, nowych i wolnych miejsc pracy – także nie jest popytem na pracę ludzką. Popyt na pracę istnieje tylko wówczas, gdy istnieją wolne miejsca pracy oraz jednocześnie pracodawcy zgłaszają chęć zatrudnienia na tych miejscach pracy nowych pracowników (oprócz tych dotychczas zatrudnionych). Nie jest popytem na pracę zwolnienie tysiąca zatrudnionych i przyjęcie na ich miejsce tysiąca innych, nowych pracowników, pomimo że związane by to było z tysiącem ofert i tysiącem praktycznie „wolnych” wówczas miejsc pracy.
Podaż pracy – to ludzie zdolni i gotowi do podjęcia się wykonywania zadań potrzebnych pracodawcy, określonych przez niego w ofercie zatrudnienia a potem w umowie o pracę.
W konwencji rynkowej, praca rozumiana jako wykonywanie dla kogoś potrzebnych mu czynności – jest towarem, tak jak węgiel, woda lub kruche ciasteczka posypane cukrem. Pracownik zapewnia podaż pracy i sprzedaje ją a pracodawca zapewnia popyt na pracę i kupuje ją – w formie zatrudniania pracowników.
Niektórzy ludzie udają jednak, że tego nie rozumieją i celowo zastępują pojęcie tak rozumianej pracy – pojęciem „pracy” w sensie fizycznym, bez uwzględnienia jej rynkowego charakteru.
Ktoś taki nagle gotów dojść publicznie do wniosku, że żadnego bezrobocia nie ma. Jest praca, czeka na każdym kroku. Jest wszędzie tyle do zrobienia. Powie na przykład: … A jak to jest w ogóle możliwe że ktoś nie ma pracy? Przecież to właściwie jest niewyobrażalne! Co to właściwie znaczy że ktoś nie ma pracy? Dookoła tyle rzeczy do zrobienia a ludzie nie mają pracy? Przecież to jakiś absurd! Paranoja!
Przecież wszędzie jest praca; O!: na przykład chodnik na mojej ulicy jest cały do wymiany bo płytki popękały… Tylko się nierobom nie chce pracować, bo czekają aż im „państwo” da zasiłek.
Faktycznie: paranoja.
Wszędzie jest do wykonania jakaś „praca” w znaczeniu fizycznym tego określenia, jest to „praca nie do przerobienia”, ale żeby to była praca w znaczeniu rynkowym, rynku pracy – to musi być ktoś kto ją „zapotrzebuje” za konkretną zapłatę, czyli ktoś kto zechcę wykonanie jej kupić. Zakładam przy tym, że ktoś kto ją zechce wykonać, czyli sprzedać własną pracę – zawsze się znajdzie, bo tym się charakteryzuje rynek pracy; zawsze popyt na pracę jest mniejszy niż jej podaż, czyli inaczej mówiąc – zawsze jest mniej ofert zatrudnienia (i zapłacenia) niż chętnych do podjęcia pracy. W normalnej sytuacji dobrze zarządzanej i dobrze funkcjonującej gospodarki – liczba niezatrudnionych stanowi 1 – 2% osób w wieku produkcyjnym (tzw. naturalna stopa bezrobocia) a obecnie mamy w tym kraju takich osób zarejestrowanych ponad dwa miliony sto tysięcy, co stanowi ponad 14% liczby osób w wieku produkcyjnym (tzw. klęska bezrobocia). W ten sposób propaguje się mylny wniosek: wszystko jest dobrze, praca jest, tylko się ludziom robić nie chce… Wszelkie próby zorganizowania społeczeństwa są przedstawiane jako szkodliwe, bo przecież w sposób naturalny dąży ono do powrotu do jaskiń. Zaczyna się tu zrzucanie winy za wszystko co złe – na państwo, nie na konkretną władzę realizującą swoje konkretne programy polityczne. Winne wszystkiemu jest to, że państwo w ogóle istnieje. Przy tym fakt, że istnieją setki innych państw i niektóre – doskonale a inne – całkiem dobrze się mają – nic nie znaczy…
Tu zresztą także mamy niejednoznaczność: państwo jako takie nie jest złe co wcale nie znaczy, że ono zawsze dobrze funkcjonuje, że jest dobrze zarządzane. Tak jak np. biskup–pedofil nie świadczy źle o Bogu, tak i błędna ideologia władzy psująca funkcjonowanie państwa – nie świadczy przeciwko państwu a wyłącznie przeciwko tej władzy.
Czasem wydaje się, że ludzie owładnięci jakąś ideą, ideą cudzą – bo przecież najczęściej nie oni są jej odkrywcami, przyczyniają się do postępu, bo wspierają badania teoretyczne pozwalające poznać lepiej prawa rządzące społeczeństwami i gospodarką. Tak jak naukowe dociekania są dobre, to próba wdrożenia ich, jakiejś teorii – w życie zazwyczaj kończy się tak jak próba wdrożenia prac naukowych Karola Marksa. Tego typu podjudzanie, propagowanie może i pozornie efektownych, ale praktycznie niemożliwych do przyjęcia eksperymentów robi wiele szkody , bo zagłusza tematy ważne, dramatycznie pilne i decydujące o losie wielu ludzi.
Tak zwane „życie” czyli realna, otaczająca nas rzeczywistość wymyka się wszelkim teoriom, które są co prawda niezbędne i świadczą o dążeniu człowieka do pełnej świadomości i niezależności, ale nie są w stanie odtworzyć warunków realnego świata. Państwo działające i imieniu interesu społecznego jest zwolnione z ograniczeń narzucanych przez wszelkie teorie czy modele naukowe dotyczące ekonomii, nie jest ograniczone ani opłacalnością ekonomiczną, ani zasadami samoregulacji. Opiera się raczej na pojęciach nieekonomicznych, takich jak godność, szacunek, solidarność, sprawiedliwość. Dzięki temu – dziś nie musimy przyznać po prostu, że ludzie w wieku 50+ wypchnięci poza „rynek pracy” – są przez państwo skazani na śmierć, co należałoby przyznać – kierując się jedynie prawami ekonomii realnie funkcjonującej.
Niezłym przykładem interwencji państwa jest ustawa o PFRON, stawiająca interes społeczny dotyczący zatrudniania osób niepełnosprawnych (aby zdobywali sami środki do życia oraz korzystali z innych funkcji pracy) – ponad zasadami prostej czy chciałoby się powiedzieć – prostackiej – opłacalności, stwarzająca platformę zrównania szans ponad pojęciami dobroczynności czy po prostu jałmużny, bez tego osoby poszkodowane przez los byłyby jeszcze bardziej poszkodowane. Są jednak ludzie, którym jest zbyt łatwo powiedzieć komuś: jesteś „nieopłacalny”, dlatego musisz umrzeć; to rodzaj zboczenia psychicznego, psychopatii – gdy dotyczy realnego życia.
Państwo to forma organizacji stojąca ponad takimi ograniczającymi własnościami jak opłacalność i jest dlatego społecznie niezbędne, stwarza ono środowisko, w którym funkcjonują przedsiębiorcy i wszyscy inni, zapobiegając skrajnym „ekscesom” i konfliktom, godząc konflikty w obszarze wolności – wolność prowadzenia działalności gospodarczej z wolnością np. człowieka w wieku 50+ albo niepełnosprawnego objawiającą się jego prawem do życia POMIMO że przedsiębiorcy skazali go na śmierć – wykluczając z rynku pracy. Zdobywając środki operacyjne np. poprzez prawo fiskalne, państwo może spowodować, że respektowane będzie także jego prawo do wolności – wyrażające się prawem do zdobycia poprzez pracę środków potrzebnych do utrzymania. Dzięki interwencji państwa dostępne są np. leki, których by nie było w dyspozycji – gdyby kierowano się przy tym wyłącznie zasadami ekonomii jako nauki, że przeprowadzane są operacje i inne działania lecznicze pomimo ich ogromnego kosztu i materialnej „nieopłacalności” z punktu widzenia medycyny jako biznesu, gdy stanowią „jedynie” wydatek. Wydatek jednak niewielki w porównaniu z wartością życia ludzkiego i jego prawa do wolności.
Skandalicznym wypaczeniem jest państwo zarządzane czy wręcz organizowane przez przedsiębiorców, przez „biznesmenów” niejako pod ich potrzeby, czyniące z biznesu rodzaj współczesnego bałwana, któremu się wszystko podporządkowuje, także życie i śmierć zwykłych, prostych ludzi uzależnionych od pracy najemnej. To ogromne barbarzyństwo pochłaniające wiele ofiar. Niestety elementy tego właśnie obserwujemy poprzez „sztuczną mgłę” propagandowego zaciemnienia.
Etykiety:
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
PFRON,
PIS,
PO,
praca,
prawo,
propaganda,
solidarność,
Społeczeństwo,
teorie ekonomiczne,
Tusk,
wolność,
zarobek,
życie
28/02/2013
Objaw kompletnej bezradności, czy jakaś sztuczna mgła, tym razem nad bezrobociem.
Jak w słynnym cyrku Monty Pythona – trwa festiwal „nierozważnych kroków” w kamyszowym ministerstwie.
Wielce zabawny wyraz przyjmuje on w blogu rządowym, jednak ludziom o słabych nerwach, impulsywnym i krewkim jak Kargul z Pawlakiem, a zwłaszcza jak niejaki Cyba, szczególnie mającym zbyt łatwy dostęp do niebezpiecznych narzędzi typu broń palna lub choćby łuk i strzały – nie polecam…
Otóż ministerstwo zagubiło się ostatecznie w gąszczu i niespodziewanie zadało sobie ostatnio zasadnicze pytanie: ilu tak właściwie jest tych bezrobotnych. Bo – że są, na szczęście wątpliwości nie ma; tylko – ilu.
Dość łatwo było stwierdzić, że na koniec stycznia liczba osób zarejestrowanych w powiatowych czy miejskich urzędach pracy wyniosła 2.295.700 osób. Po porównaniu z danymi z grudnia 2012 oznacza to napływ 317.900 nowych zarejestrowanych w tym miesiącu bezrobotnych, przy jednoczesnych wyrejestrowaniu 159.000 osób z ewidencji PUP. Ten napływ nowych bezrobotnych stanowi gwałtowny wzrost ilościowy w porównaniu do grudnia ub. r., natomiast liczba ofert pracy jakimi dysponowały urzędy pracy w styczniu gwałtownie spadła – do zaledwie 37.000 i zapewne w większości były to oferty pracy specjalistycznej, wysoko kwalifikowanej, wymagającej wcześniejszego doświadczenia i dorobku zawodowego (jak np. programiści i inni specjaliści branży IT) a więc nie obejmujące specyfiki zasadniczego bezrobocia.
W takiej sytuacji – w ministerstwie zrodziły się zasadnicze wątpliwości, czy aby nie za dużo tych bezrobotnych? Bo może to wyglądać dla laików, że ministerstwo sobie nie daje rady, a z ministerstwem i cały rząd innych ministrów z głównym na czele.
Wątpliwości zasadne, bo faktycznie – za dużo, skandalicznie dużo, ale… nie o taki wniosek chodzi władzy; władza poszukuje jakiegoś wyjaśnienia czy rozwiązania, które pozwoliłoby coś robić ale nie naruszyć „generalnej linii partii” czyli Platformy zwanej Obywatelską – w sensie doktrynalnym, ideologicznym. Minister jeden z drugim też przecież nie chce się stać bezrobotny…
Więc – ilu jest bezrobotnych.
Ogłoszono, że według „analiz urzędów pracy” – około 65% zarejestrowanych nie jest zainteresowanych podjęciem pracy.
Tu kilka zdań komentarza:
Władza stała się ofiarą własnej ideologii, zgodnie z którą urzędy pracy są instytucjami usługowymi, świadczącymi usługi dla chętnych (no i spełniających najpierw ma się rozumieć wymogi definicji ustawowej). Wszelkie kontakty osób chcących się zarejestrować lub zarejestrowanych w urzędzie pracy – z urzędem, mają charakter dobrowolny, bo tak stanowi ustawa. Dotyczy to zwłaszcza tych 84% zarejestrowanych, którzy nie uzyskali lub już nie posiadają prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Nieliczni posiadający takie prawo i pobierający zasiłek są w sytuacji w której można im coś odebrać, pozbawić ich czegoś, dlatego są traktowani praktycznie nieco „ostrzej”.
To władza ustanowiła zasady, zgodnie z którymi obywatel uzyskuje status osoby bezrobotnej na zasadzie decyzji administracyjnej, po złożeniu kilku oświadczeń na piśmie. Oświadczeń tych nie ma jak sprawdzić, bo nie ma kto tego robić ani też nie ma źródeł niezależnych informacji, poza tym oświadczeniom takim nadano status wiarygodności z uzasadnieniem ideologicznym, nie po to by je następnie sprawdzać.
Urzędy pracy zdobyte przez siebie nieliczne oferty zatrudnienia po prostu publikują; w ogłoszeniach (papierowych) umieszczanych na tablicach wewnątrz urzędu, czasem są one także wyświetlane na wewnętrznych dużych ekranach plazmowych, są też przekazywane do wspólnej bazy internetowej prowadzonej przez portal Powszechnych Służb Zatrudnienia, z możliwością ich sortowania i wyszukiwania. W miejscach o lokalnie dużym bezrobociu urzędy wyznaczają termin obowiązkowego stawiennictwa osoby zarejestrowanej – w odstępach czasu raz na dwa a nawet raz na trzy miesiące, po to by rozładować kolejki wewnątrz urzędów. Osoba zarejestrowana ma więc obowiązek przyjść do urzędu 4 do 5 razy w roku, podpisać przy tej okazji kolejne oświadczenie (którego także nikt nie sprawdzi) o spełnianiu podstawowych wymogów, od których uzależnione jest prawo do statusu osoby bezrobotnej, po czym – jeśli sama nie zgłosi zainteresowania jakąś konkretną ofertą pracy (dobrowolność) – będzie miała wyznaczony termin kolejnego obowiązkowego stawiennictwa za kolejne 2 – 3 miesiące. Z chwilą zarejestrowania osoba taka uzyskuje prawo do ubezpieczenia zdrowotnego opłacanego na jej rzecz przez urząd pracy i zachowuje to prawo aż do wyrejestrowania. Urzędy pracy nigdy nie proponują nikomu z własnej inicjatywy żadnej pracy ani też innych usług. Wszystko to wymaga wniosku osoby zarejestrowanej. A jeśli brak wniosku – nic się nie dzieje.
Teoretycznie istnieje obowiązek ustalania tak zwanego indywidualnego planu działania dla osób długotrwale bezrobotnych, będących w szczególnie niekorzystnej sytuacji na „rynku pracy”, ale tego się w rzeczywistości nigdy nie robi, zresztą i dobrze, bo urzędy pracy nie mają przy tym żadnych innych „narzędzi” działania, niż te ogólnie stosowane i będące dla każdego do dyspozycji. Nic nie jest w stanie wpłynąć na odmowę zatrudniania wyrażaną przez pracodawców, bo z punktu widzenia systemu to oni tworzą państwo i zarządzają nim pośrednio, kierując się jedynym sobie znanym i dla siebie zrozumiałym kryterium: zyskiem. Wszystko jest podporządkowane im i ich interesowi czyli w ostatecznym rozrachunki – ich zyskowi materialnemu.
W związku z tym, nasuwa się zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie urzędy pracy dokonały „analiz” mówiących o tym, że 65% zarejestrowanych faktycznie tylko udaje bezrobotnych? Po czym – w sytuacji nakreślonej powyżej – można było to stwierdzić: Po minie – podczas podpisywania oświadczenia stwierdzającego nieprawdę? Intuicyjnie?
Po długości nosa?
Po oczach?
... „Czy te oczy mogą kłamać?
… chyba nie…”
Jeśli nawet tak jest jak twierdzą owe analizy – to w ten sposób urzędy pracy udokumentowały zarzut skandalicznego marnotrawstwa środków, niegospodarności wobec gospodarowania pieniędzmi publicznymi.
Chodzi o to, że jeśli ci „fałszywi” bezrobotni nie otrzymują nawet zasiłku dla bezrobotnych, to skarb państwa a więc społeczeństwo finansuje im ich składki na ubezpieczenie zdrowotne. Inaczej – grubo ponad półtora miliona osób nie płacąc podatków ani składek – dostaje ubezpieczenia zdrowotne na koszt państwa.
Jeśli 65% bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wcale nie jest bezrobotna i pracy nie szuka – to w normalnym kraju ten kto wymyślił i wdrożył taki system powinien resztę życia po prostu przesiedzieć w pierdlu! Czyli w tym wypadku to najwyraźniej nie minister pracy? Co więcej: urzędy pracy stwierdziły w swoich analizach, że te 65% bezrobotnych rejestrowało się w urzędach nie dla poszukiwania pracy czy pomocy w jej znalezieniu a wyłącznie dla uzyskania właśnie tych składek na ubezpieczenie, czyli uzyskania prawa do leczenia się na zasadach dotowanych z NFZ, bo opłacenie składki na ich rzecz przez urzędy pracy daje im prawo korzystania z publicznej służby zdrowia, czyli inicjuje w konsekwencji także dalsze koszty pokrywane z budżetu.
Jeśli ci ludzie nie szukają pracy, to znaczy, że prawdopodobnie już pracują i nieźle zarabiają, tyle że z punktu widzenia prawa – całkowicie nielegalnie. Pracują w tak zwanej „szarej strefie” czyli znanym i uznanym przez władzę systemie oszukiwania i okradania społeczeństwa przez przedsiębiorców i osoby stawiane najczęściej przed trudnym wyborem: albo „na czarno” – albo wcale…
Piszę tu o systemie „znanym i uznanym” bo praca „na czarno” jest niemalże oczywistym jednym z systemów pracy, wszyscy o nim wiedzą, władza nawet sili się na szacowanie jego wielkości. To oczywisty skandal, ale jak najbardziej zgodny z ideologią PO. Oszuści ci prowadzą normalną, choć nigdzie nie rejestrowaną działalność gospodarczą, nie płacą przy tym ani podatków ani też świadczeń na rzecz pracowników – innych niż zapłata za pracę „netto” czyli „z rączki do raczki” i pod stołem; nie opłacają nie tylko składki zdrowotnej ale i składek ubezpieczenia społecznego (emerytalnej), chorobowego oraz wypadkowego. Pracownik taki także nigdzie nie zgłasza uzyskiwanych dochodów, nie płaci od nich podatku PIT, w urzędzie pracy składając kłamliwe oświadczenia w taki sposób, by spełniać wymogi rejestracji i przynajmniej uzyskać prawo do leczenia z dofinansowaniem z NFZ. Jako zarejestrowany „bezrobotny” może też uzupełnić kwalifikacje na kursach i szkoleniach finansowanych z budżetu lub współfinansowanych przez Unię, czym odciąża koszty nie tylko swoje, ale i swojego rzeczywistego choć niejawnego (nielegalnego) pracodawcy.
Oznacza to po pierwsze – kolejne potwierdzenie, że przedsiębiorcy stoją ponad prawem, bo de facto to oni tworzą prawo i sterują w jakiś sposób funkcjonowaniem państwa, by możliwie jak najdłużej czerpać z tej sytuacji maksymalne zyski – prawdopodobnie przygotowane do natychmiastowego przerzucenia za granicę Unii, gdyby coś się miało zmienić. Oznacza to też, że władza stała się niejako więźniem swojej własnej, naiwnej ideologii rodem chyba jeszcze z czasów KLD i ówczesnej anarchizującej ideologii wolności „róbta co chceta”. Wszystko to jest skrajnym absurdem, kojarzącym się raczej z jakimiś pogrążonymi w korupcji i bezładzie państewkami afrykańskimi a nie z państwem demokratycznym w centrum Europy w XXI wieku. Oto „liberalizm” Platformy Obywatelskiej.
Rząd chciałby zdaje się jakoś opanować tę sytuację, jednak nie jest w stanie tego zrobić na bazie aktualnej ideologii; by to się udało – trzeba by było sięgnąć do bardziej restrykcyjno – nakazowej polityki wobec osób chcących się zarejestrować w Urzędzie Pracy oraz szczególnie już tych zarejestrowanych, choćby przynajmniej na wzór duński a to by się niektórym kojarzyło nieodwołalnie z pewnym powrotem do tego co było „za komuny”. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy władza po latach bałaganiarskich kombinacji powróciłaby do dawniejszych rozwiązań jako niemożliwych do zastąpienia, praktycznie najlepszych z możliwych.
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” proponowała w tej sytuacji, by rząd po prostu przyznał wszystkim bezwarunkowe prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, bo liczba osób całkowicie nim nie objętych jest stosunkowo niewielka a działania takie mogłyby wyeliminować przyczynę „fałszywego” rejestrowania się, ujawniając rzeczywisty stan bezrobocia i rzeczywiste potrzeby interwencji w jego zmniejszanie.
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to nagłe zmniejszenie bezrobocia rejestrowanego i to nawet o… 65%, jeśli wierzyć wspomnianym analizom urzędów pracy.
Jak można cokolwiek zaplanować czy podejmować jakieś sensowne działania – nie znając stanu obecnego, rzeczywistego?
Rząd jednak zdaje się skłaniać do walki z oszustwami „siłowo”, poprzez kontrole i dotkliwe kary; tyle że próby kontrolowania i ścigania niezgodnych z prawdą oświadczeń i innych oszustw dotyczących statusu bezrobotnego będą też kosztowały i to kto wie czy nie więcej niż finansowanie ubezpieczenia zdrowotnego tym, którzy mu jeszcze nie podlegają.
Okazuje się więc, że w tym całym cyrku urzędy pracy nie przestrzegają unormowań ustawowych, albo ustawa jest kompletnie nieadekwatna do rzeczywistości społecznej.
Niestety jest też możliwe inne wyjaśnienie i tego bym się najbardziej obawiał: że zamieszanie wokół już nawet liczby bezrobotnych a nie tylko przyczyn – jest działaniem celowym, niczym produkcja sztucznej mgły – by zaciemnić obraz tragedii szalejącego bezrobocia, nędzy i upadku. Działanie takie byłoby tyleż podłe co niebezpieczne, bo tuszujące rzeczywisty obraz jedynie z powodów politycznych, wyłącznie na potrzeby walki ze spadającymi rankingami poparcia społecznego. Już i dawniej stosowano znaną ubecji technikę dezawuowania bezrobotnych jako leni, nierobów, winnych własnej sytuacji, alkoholików, typów aspołecznych nie nadających się do żadnej pracy itp. Teraz z kolei – stawianie znaku zapytania nawet nad liczbą bezrobotnych idzie w tym samym kierunku; bezrobocie tylko wydaje się takim wielkim problemem a w rzeczywistości to obraz fałszywy, po prostu nieporozumienie… no żadnego bezrobocia nie ma…
To nic, że to zwykłe podłe skurwysyństwo – ale jakie skuteczne…
Podłe wobec tych co rzeczywiście są krzywdzeni i potrzebują pomocy państwa…
Jeśli rzeczywiście ponad połowę bezrobotnych zarejestrowano pomimo niespełniania przez nich wymogów ustawowych dotyczących statusu osoby bezrobotnej, oznacza to gigantyczny bałagan i niegospodarność: żądam pociągnięcia wszystkich winnych do odpowiedzialności za składanie oświadczeń majątkowych niezgodnych z prawdą. Żądam wyegzekwowania za pomocą tytułów wykonawczych zwrotu wszystkich bezprawnie, na podstawie oszustwa przyznanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i wartości innych uzyskanych świadczeń i pomocy z urzędów pracy. Żądam pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej i służbowej wszystkich winnych temu urzędników ministerstwa pracy, starostów oraz urzędników urzędów pracy.
Smutne jest to, że władza najwyraźniej po prostu nie przejmuje się tym; ludzie „zaradni” są promowani i jakoś sobie radzą, nawet oszust jako „zapobiegliwy” jest jakoś tolerowany, przedsiębiorcy zarabiają… o cóż więc chodzi? Jest tak – jak miało być: wolność…
Chodzi o tych, którzy są rzeczywiście bezrobotni. Którym się odmawia zatrudnienia bez podania powodu, na przykład z powodu wieku. Którzy ściśle spełniają wymogi definicji ustawowej osoby bezrobotnej. Których się po prostu na siłę ruguje, wypycha z „rynku pracy” – o ile uznać że coś takiego w tym kraju istnieje. Chodzi o rzeczywistych bezrobotnych, walczących o przetrwanie każdego dnia i liczących na jakiekolwiek legalne, płatne zajęcie dające środki do życia.
Chodzi o tych, którzy praworządnie, porządnie i uczciwie… zdychają dziś z głodu.
Wielce zabawny wyraz przyjmuje on w blogu rządowym, jednak ludziom o słabych nerwach, impulsywnym i krewkim jak Kargul z Pawlakiem, a zwłaszcza jak niejaki Cyba, szczególnie mającym zbyt łatwy dostęp do niebezpiecznych narzędzi typu broń palna lub choćby łuk i strzały – nie polecam…
Otóż ministerstwo zagubiło się ostatecznie w gąszczu i niespodziewanie zadało sobie ostatnio zasadnicze pytanie: ilu tak właściwie jest tych bezrobotnych. Bo – że są, na szczęście wątpliwości nie ma; tylko – ilu.
Dość łatwo było stwierdzić, że na koniec stycznia liczba osób zarejestrowanych w powiatowych czy miejskich urzędach pracy wyniosła 2.295.700 osób. Po porównaniu z danymi z grudnia 2012 oznacza to napływ 317.900 nowych zarejestrowanych w tym miesiącu bezrobotnych, przy jednoczesnych wyrejestrowaniu 159.000 osób z ewidencji PUP. Ten napływ nowych bezrobotnych stanowi gwałtowny wzrost ilościowy w porównaniu do grudnia ub. r., natomiast liczba ofert pracy jakimi dysponowały urzędy pracy w styczniu gwałtownie spadła – do zaledwie 37.000 i zapewne w większości były to oferty pracy specjalistycznej, wysoko kwalifikowanej, wymagającej wcześniejszego doświadczenia i dorobku zawodowego (jak np. programiści i inni specjaliści branży IT) a więc nie obejmujące specyfiki zasadniczego bezrobocia.
W takiej sytuacji – w ministerstwie zrodziły się zasadnicze wątpliwości, czy aby nie za dużo tych bezrobotnych? Bo może to wyglądać dla laików, że ministerstwo sobie nie daje rady, a z ministerstwem i cały rząd innych ministrów z głównym na czele.
Wątpliwości zasadne, bo faktycznie – za dużo, skandalicznie dużo, ale… nie o taki wniosek chodzi władzy; władza poszukuje jakiegoś wyjaśnienia czy rozwiązania, które pozwoliłoby coś robić ale nie naruszyć „generalnej linii partii” czyli Platformy zwanej Obywatelską – w sensie doktrynalnym, ideologicznym. Minister jeden z drugim też przecież nie chce się stać bezrobotny…
Więc – ilu jest bezrobotnych.
Ogłoszono, że według „analiz urzędów pracy” – około 65% zarejestrowanych nie jest zainteresowanych podjęciem pracy.
Tu kilka zdań komentarza:
Władza stała się ofiarą własnej ideologii, zgodnie z którą urzędy pracy są instytucjami usługowymi, świadczącymi usługi dla chętnych (no i spełniających najpierw ma się rozumieć wymogi definicji ustawowej). Wszelkie kontakty osób chcących się zarejestrować lub zarejestrowanych w urzędzie pracy – z urzędem, mają charakter dobrowolny, bo tak stanowi ustawa. Dotyczy to zwłaszcza tych 84% zarejestrowanych, którzy nie uzyskali lub już nie posiadają prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Nieliczni posiadający takie prawo i pobierający zasiłek są w sytuacji w której można im coś odebrać, pozbawić ich czegoś, dlatego są traktowani praktycznie nieco „ostrzej”.
To władza ustanowiła zasady, zgodnie z którymi obywatel uzyskuje status osoby bezrobotnej na zasadzie decyzji administracyjnej, po złożeniu kilku oświadczeń na piśmie. Oświadczeń tych nie ma jak sprawdzić, bo nie ma kto tego robić ani też nie ma źródeł niezależnych informacji, poza tym oświadczeniom takim nadano status wiarygodności z uzasadnieniem ideologicznym, nie po to by je następnie sprawdzać.
Urzędy pracy zdobyte przez siebie nieliczne oferty zatrudnienia po prostu publikują; w ogłoszeniach (papierowych) umieszczanych na tablicach wewnątrz urzędu, czasem są one także wyświetlane na wewnętrznych dużych ekranach plazmowych, są też przekazywane do wspólnej bazy internetowej prowadzonej przez portal Powszechnych Służb Zatrudnienia, z możliwością ich sortowania i wyszukiwania. W miejscach o lokalnie dużym bezrobociu urzędy wyznaczają termin obowiązkowego stawiennictwa osoby zarejestrowanej – w odstępach czasu raz na dwa a nawet raz na trzy miesiące, po to by rozładować kolejki wewnątrz urzędów. Osoba zarejestrowana ma więc obowiązek przyjść do urzędu 4 do 5 razy w roku, podpisać przy tej okazji kolejne oświadczenie (którego także nikt nie sprawdzi) o spełnianiu podstawowych wymogów, od których uzależnione jest prawo do statusu osoby bezrobotnej, po czym – jeśli sama nie zgłosi zainteresowania jakąś konkretną ofertą pracy (dobrowolność) – będzie miała wyznaczony termin kolejnego obowiązkowego stawiennictwa za kolejne 2 – 3 miesiące. Z chwilą zarejestrowania osoba taka uzyskuje prawo do ubezpieczenia zdrowotnego opłacanego na jej rzecz przez urząd pracy i zachowuje to prawo aż do wyrejestrowania. Urzędy pracy nigdy nie proponują nikomu z własnej inicjatywy żadnej pracy ani też innych usług. Wszystko to wymaga wniosku osoby zarejestrowanej. A jeśli brak wniosku – nic się nie dzieje.
Teoretycznie istnieje obowiązek ustalania tak zwanego indywidualnego planu działania dla osób długotrwale bezrobotnych, będących w szczególnie niekorzystnej sytuacji na „rynku pracy”, ale tego się w rzeczywistości nigdy nie robi, zresztą i dobrze, bo urzędy pracy nie mają przy tym żadnych innych „narzędzi” działania, niż te ogólnie stosowane i będące dla każdego do dyspozycji. Nic nie jest w stanie wpłynąć na odmowę zatrudniania wyrażaną przez pracodawców, bo z punktu widzenia systemu to oni tworzą państwo i zarządzają nim pośrednio, kierując się jedynym sobie znanym i dla siebie zrozumiałym kryterium: zyskiem. Wszystko jest podporządkowane im i ich interesowi czyli w ostatecznym rozrachunki – ich zyskowi materialnemu.
W związku z tym, nasuwa się zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie urzędy pracy dokonały „analiz” mówiących o tym, że 65% zarejestrowanych faktycznie tylko udaje bezrobotnych? Po czym – w sytuacji nakreślonej powyżej – można było to stwierdzić: Po minie – podczas podpisywania oświadczenia stwierdzającego nieprawdę? Intuicyjnie?
Po długości nosa?
Po oczach?
... „Czy te oczy mogą kłamać?
… chyba nie…”
Jeśli nawet tak jest jak twierdzą owe analizy – to w ten sposób urzędy pracy udokumentowały zarzut skandalicznego marnotrawstwa środków, niegospodarności wobec gospodarowania pieniędzmi publicznymi.
Chodzi o to, że jeśli ci „fałszywi” bezrobotni nie otrzymują nawet zasiłku dla bezrobotnych, to skarb państwa a więc społeczeństwo finansuje im ich składki na ubezpieczenie zdrowotne. Inaczej – grubo ponad półtora miliona osób nie płacąc podatków ani składek – dostaje ubezpieczenia zdrowotne na koszt państwa.
Jeśli 65% bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wcale nie jest bezrobotna i pracy nie szuka – to w normalnym kraju ten kto wymyślił i wdrożył taki system powinien resztę życia po prostu przesiedzieć w pierdlu! Czyli w tym wypadku to najwyraźniej nie minister pracy? Co więcej: urzędy pracy stwierdziły w swoich analizach, że te 65% bezrobotnych rejestrowało się w urzędach nie dla poszukiwania pracy czy pomocy w jej znalezieniu a wyłącznie dla uzyskania właśnie tych składek na ubezpieczenie, czyli uzyskania prawa do leczenia się na zasadach dotowanych z NFZ, bo opłacenie składki na ich rzecz przez urzędy pracy daje im prawo korzystania z publicznej służby zdrowia, czyli inicjuje w konsekwencji także dalsze koszty pokrywane z budżetu.
Jeśli ci ludzie nie szukają pracy, to znaczy, że prawdopodobnie już pracują i nieźle zarabiają, tyle że z punktu widzenia prawa – całkowicie nielegalnie. Pracują w tak zwanej „szarej strefie” czyli znanym i uznanym przez władzę systemie oszukiwania i okradania społeczeństwa przez przedsiębiorców i osoby stawiane najczęściej przed trudnym wyborem: albo „na czarno” – albo wcale…
Piszę tu o systemie „znanym i uznanym” bo praca „na czarno” jest niemalże oczywistym jednym z systemów pracy, wszyscy o nim wiedzą, władza nawet sili się na szacowanie jego wielkości. To oczywisty skandal, ale jak najbardziej zgodny z ideologią PO. Oszuści ci prowadzą normalną, choć nigdzie nie rejestrowaną działalność gospodarczą, nie płacą przy tym ani podatków ani też świadczeń na rzecz pracowników – innych niż zapłata za pracę „netto” czyli „z rączki do raczki” i pod stołem; nie opłacają nie tylko składki zdrowotnej ale i składek ubezpieczenia społecznego (emerytalnej), chorobowego oraz wypadkowego. Pracownik taki także nigdzie nie zgłasza uzyskiwanych dochodów, nie płaci od nich podatku PIT, w urzędzie pracy składając kłamliwe oświadczenia w taki sposób, by spełniać wymogi rejestracji i przynajmniej uzyskać prawo do leczenia z dofinansowaniem z NFZ. Jako zarejestrowany „bezrobotny” może też uzupełnić kwalifikacje na kursach i szkoleniach finansowanych z budżetu lub współfinansowanych przez Unię, czym odciąża koszty nie tylko swoje, ale i swojego rzeczywistego choć niejawnego (nielegalnego) pracodawcy.
Oznacza to po pierwsze – kolejne potwierdzenie, że przedsiębiorcy stoją ponad prawem, bo de facto to oni tworzą prawo i sterują w jakiś sposób funkcjonowaniem państwa, by możliwie jak najdłużej czerpać z tej sytuacji maksymalne zyski – prawdopodobnie przygotowane do natychmiastowego przerzucenia za granicę Unii, gdyby coś się miało zmienić. Oznacza to też, że władza stała się niejako więźniem swojej własnej, naiwnej ideologii rodem chyba jeszcze z czasów KLD i ówczesnej anarchizującej ideologii wolności „róbta co chceta”. Wszystko to jest skrajnym absurdem, kojarzącym się raczej z jakimiś pogrążonymi w korupcji i bezładzie państewkami afrykańskimi a nie z państwem demokratycznym w centrum Europy w XXI wieku. Oto „liberalizm” Platformy Obywatelskiej.
Rząd chciałby zdaje się jakoś opanować tę sytuację, jednak nie jest w stanie tego zrobić na bazie aktualnej ideologii; by to się udało – trzeba by było sięgnąć do bardziej restrykcyjno – nakazowej polityki wobec osób chcących się zarejestrować w Urzędzie Pracy oraz szczególnie już tych zarejestrowanych, choćby przynajmniej na wzór duński a to by się niektórym kojarzyło nieodwołalnie z pewnym powrotem do tego co było „za komuny”. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy władza po latach bałaganiarskich kombinacji powróciłaby do dawniejszych rozwiązań jako niemożliwych do zastąpienia, praktycznie najlepszych z możliwych.
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” proponowała w tej sytuacji, by rząd po prostu przyznał wszystkim bezwarunkowe prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, bo liczba osób całkowicie nim nie objętych jest stosunkowo niewielka a działania takie mogłyby wyeliminować przyczynę „fałszywego” rejestrowania się, ujawniając rzeczywisty stan bezrobocia i rzeczywiste potrzeby interwencji w jego zmniejszanie.
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to nagłe zmniejszenie bezrobocia rejestrowanego i to nawet o… 65%, jeśli wierzyć wspomnianym analizom urzędów pracy.
Jak można cokolwiek zaplanować czy podejmować jakieś sensowne działania – nie znając stanu obecnego, rzeczywistego?
Rząd jednak zdaje się skłaniać do walki z oszustwami „siłowo”, poprzez kontrole i dotkliwe kary; tyle że próby kontrolowania i ścigania niezgodnych z prawdą oświadczeń i innych oszustw dotyczących statusu bezrobotnego będą też kosztowały i to kto wie czy nie więcej niż finansowanie ubezpieczenia zdrowotnego tym, którzy mu jeszcze nie podlegają.
Okazuje się więc, że w tym całym cyrku urzędy pracy nie przestrzegają unormowań ustawowych, albo ustawa jest kompletnie nieadekwatna do rzeczywistości społecznej.
Niestety jest też możliwe inne wyjaśnienie i tego bym się najbardziej obawiał: że zamieszanie wokół już nawet liczby bezrobotnych a nie tylko przyczyn – jest działaniem celowym, niczym produkcja sztucznej mgły – by zaciemnić obraz tragedii szalejącego bezrobocia, nędzy i upadku. Działanie takie byłoby tyleż podłe co niebezpieczne, bo tuszujące rzeczywisty obraz jedynie z powodów politycznych, wyłącznie na potrzeby walki ze spadającymi rankingami poparcia społecznego. Już i dawniej stosowano znaną ubecji technikę dezawuowania bezrobotnych jako leni, nierobów, winnych własnej sytuacji, alkoholików, typów aspołecznych nie nadających się do żadnej pracy itp. Teraz z kolei – stawianie znaku zapytania nawet nad liczbą bezrobotnych idzie w tym samym kierunku; bezrobocie tylko wydaje się takim wielkim problemem a w rzeczywistości to obraz fałszywy, po prostu nieporozumienie… no żadnego bezrobocia nie ma…
To nic, że to zwykłe podłe skurwysyństwo – ale jakie skuteczne…
Podłe wobec tych co rzeczywiście są krzywdzeni i potrzebują pomocy państwa…
Jeśli rzeczywiście ponad połowę bezrobotnych zarejestrowano pomimo niespełniania przez nich wymogów ustawowych dotyczących statusu osoby bezrobotnej, oznacza to gigantyczny bałagan i niegospodarność: żądam pociągnięcia wszystkich winnych do odpowiedzialności za składanie oświadczeń majątkowych niezgodnych z prawdą. Żądam wyegzekwowania za pomocą tytułów wykonawczych zwrotu wszystkich bezprawnie, na podstawie oszustwa przyznanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i wartości innych uzyskanych świadczeń i pomocy z urzędów pracy. Żądam pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej i służbowej wszystkich winnych temu urzędników ministerstwa pracy, starostów oraz urzędników urzędów pracy.
Smutne jest to, że władza najwyraźniej po prostu nie przejmuje się tym; ludzie „zaradni” są promowani i jakoś sobie radzą, nawet oszust jako „zapobiegliwy” jest jakoś tolerowany, przedsiębiorcy zarabiają… o cóż więc chodzi? Jest tak – jak miało być: wolność…
Chodzi o tych, którzy są rzeczywiście bezrobotni. Którym się odmawia zatrudnienia bez podania powodu, na przykład z powodu wieku. Którzy ściśle spełniają wymogi definicji ustawowej osoby bezrobotnej. Których się po prostu na siłę ruguje, wypycha z „rynku pracy” – o ile uznać że coś takiego w tym kraju istnieje. Chodzi o rzeczywistych bezrobotnych, walczących o przetrwanie każdego dnia i liczących na jakiekolwiek legalne, płatne zajęcie dające środki do życia.
Chodzi o tych, którzy praworządnie, porządnie i uczciwie… zdychają dziś z głodu.
Etykiety:
bezrobocie,
Boni,
Duda,
ideologia,
Kaczyński,
kłamstwo,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
na czarno,
NFZ,
odpowiedzialność,
PIS,
PO,
podatki,
praca,
prawo,
propaganda,
wybory
Subskrybuj:
Posty (Atom)