BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty

18/07/2013

Handel pracą – czy gra z oszustem.

Jest rzeczywista nierównowaga na tak zwanym "rynku pracy", która powoduje, że rynek pracy nie jest rynkiem pracy a raczej bardziej przypomina targ czarnoskórych niewolników. Wynika to z "utajnionych" przed społeczeństwem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej oraz jej koalicjanta.
Sytuacja w rzeczywistości wygląda inaczej.

Przedsiębiorcy potrzebują pracowników.

Prócz działalności drobnej, wykonywanej osobiście – jak w przypadku drobnych rzemieślników usługowych pracujących osobiście, osób wykonujących tzw. „wolne zawody” albo artystów (twórców), w pozostałych wypadkach przedsiębiorca musi zatrudnić pracowników, jednego lub większą ich liczbę, po to, aby móc wypracować optymalny zysk. Często sama technologia pracy (produkcji) wymaga współdziałania wielu osób, obowiązują pewne przepisy BHP, poza tym – istnieje zawsze bariera kompetencji; wiedza potrzebna do wykonywania różnych zadań jest zbyt różnorodna i obszerna, by mógł ją posiadać jeden człowiek.
Słowem – przedsiębiorca przeważnie musi być pracodawcą, by przedsiębiorstwo rozwijać, to znaczy pracownicy najemni są mu absolutnie niezbędni.
Świadomość „bycia niezbędnym” powoduje z kolei wzrost oczekiwań potencjalnego pracownika, głównie oczekiwań dotyczących płacy – bo to płaca, pieniądze pochodzące z wynagrodzenia za pracę są tym, co napędza aktywność człowieka objawiającą się w podejmowaniu pracy.
Tak jak przedsiębiorca podejmuje wysiłek prowadzenia działalności gospodarczej dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb – materialnych, ambicjonalnych, intelektualnych – tak i pracownik podejmuje pracę najemną faktycznie dla siebie, dla zdobycia wynagrodzenia pieniężnego za pomocą którego może zaspokoić swoje własne potrzeby – materialne, ambicjonalne czy intelektualne.

Pracownicy potrzebują przedsiębiorców.

Świadomość „bycia potrzebnym pracodawcy” wraz ze świadomością swoich umiejętności – wzmacnia poczucie wartości, w tym i „wartości rynkowej”, co wpływa na oczekiwania; na poziom wynagrodzenia jakie może przez pracownika zostać uznane za wystarczające. Pracodawca z tego powodu – poniekąd wbrew faktom – nie jest skłonny nigdy przyznać, że potrzebuje pracowników, w szczególności – pewnych konkretnych osób. Odwrotnie: im bardziej potrzebuje - tym skrzętniej to oficjalnie ukrywa.
Atutem pracodawcy jest tu podaż pracy zazwyczaj przewyższająca popyt na nią; konkurencja wśród nadmiernej ilości potencjalnych pracowników o miejsce pracy. Jeśli poczucie wartości pracownika wzrasta ponad pewien poziom możliwy do zaakceptowania, objawia się nadmiernym oczekiwaniem wzrostu płacy – pracodawca sięga do argumentu konkurencji, strasząc szukaniem lub po prostu szukając pracownika o mniejszych wymaganiach, ale podobnych kwalifikacjach. Najczęściej wolałby pracownika nie zmieniać z uwagi na jego kompetencje, wydajność itp., zewnętrznie jednak demonstruje dużo gorszą ocenę pracownika, zbijając tym jego argumenty na rzecz wzrostu płacy.
Pracownik wie również, że płaca jest przedmiotem pewnej umowy którą można do pewnej granicy negocjować, lecz wie też, że pewnej granicy nie należy przekraczać, dlatego oczekuje wzrostu płacy, ale przeważnie nie może swojego zatrudnienia od tego bezwzględnie uzależnić. Jest tu po prostu pewna dość skomplikowana gra zwana „grą rynkową”. Dokładniej – byłaby, gdyby nie działania niszczące „rynek”.
Pracodawcy ostentacyjnie udają brak zainteresowania roszczeniami pracowników, udając że „robią łaskę” zatrudniając ich, pracownicy poszukują wyższego wynagrodzenia za swoją pracę, udając się do innych pracodawców, często konkurujących biznesowo z ich dotychczasowym pracodawcą.
Pracodawcy dla wspólnego interesu umawiają się ze sobą w sposób nieformalny co do wartości poszczególnych rodzajów pracy, po to by ograniczyć presję na podwyżki płac pod groźbą odejścia pracownika do innego pracodawcy, do „konkurencji”.
Pracownicy natomiast zrzeszają się w organizacje walczące w sposób prawny lub nawet „siłowy” o zapewnienie wzrostu płac, zachowania praw wynikających z przepisów regulujących sprawy zatrudnienia.
Tak więc – sprawa zatrudnienia i pracy najemnej jest „polem nieustannej bitwy” stron w wyniku której istnieje określony stan praw i obowiązków po obu stronach.
„Bitwa” ta jest starciem przeciwstawnych interesów.
Pracownik chce możliwie dużo zarobić, ale kosztem czasu pracy ograniczonego, nieprzekraczającego granicy maksymalnego obciążenia organizmu, nie wywołującego trwałych negatywnych skutków zdrowotnych, dającego dość czasu na odpoczynek i życie rodzinne. Pracodawca chce natomiast uzyskać maksymalną różnicę pomiędzy przychodem a kosztem, by dało to możliwie największy zysk, kosztem zwiększania wymagań, obciążenia pracowników, likwidacji ich uprawnień – czyli swoich obowiązków.
Na ten zysk zasadniczy wpływ – prócz konstrukcji samego biznesplanu i wydajności pracy – mają koszty pracy, a na koszty pracy wpływa zasadniczo typ umowy łączący strony. Zatrudnienie czyli stosunek pracy niesie za sobą spore korzyści ale i duże obowiązki dla pracodawcy a wynika to z przepisów Kodeksu Pracy, któremu są podporządkowane takie umowy. Z kolei umowa cywilna np. zlecenie – nie niesie ze sobą większości z tych obowiązków, bo zupełnie nie podlega przepisom Kodeksu Pracy, ale też i efekt pracy jest inny.

Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że nie istnieje prawnie dopuszczalny dylemat w odniesieniu do danego zadania jakie ma być wykonane – czy ma być do tego zastosowana umowa-zlecenie czy zatrudnienie; umowa-zlecenie i umowa o pracę dotyczą zasadniczo zupełnie innych rodzajów zadań, innych warunków ich wykonywania, dlatego umowy te nie dają się nawzajem zastępować w zgodzie z prawem. To są po prostu zasadniczo inne rodzaje umów przystosowane do zupełnie innych rodzajów zadań, jakie są do wykonania.

W związku jednak z niższymi kosztami związanymi prawnie z umową zlecenia – pracodawcy usiłują stosować ten rodzaj umów w sytuacjach, w których typ i warunki wykonywania zadań jednoznacznie wymagają stosowania umowy o pracę. Usiłują pomimo wszystko zastępować umowę o pracę – umową zlecenia, umową o działo albo nawet i umową agencyjną.

To oczywiście działanie absolutnie bezprawne, w sposób oczywisty przepisami prawa zabronione.

Praworządność polska ma jednak to do siebie, że niezmiernie zależy od ludzi nie tylko na etapie ustalania zasad, ale też – ich respektowania. Pojęcie praworządności zawiera założenie istnienia jakiegoś obiektywnego arbitra, który miałby rozstrzygać o zgodności wszelkich działań z prawem. Takim arbitrem mogłaby być na Państwowa Inspekcja Pracy lub wydziały pracy sądów rejonowych. Tymczasem obecnie – rozstrzygnięcie to na etapie egzekwowania prawa nie jest obiektywne; daje jednoznaczną przewagę stronie pracodawców. To skutek działania ideologii władzy. Oznacza to w praktyce – pewien stopień praktyczniej niemożności wyegzekwowania prawa, pewien stopień tolerowania samowoli, swobodę ignorowania prawa, postępowania wykorzystującego nieuprawnione „interpretacje” przepisów – wypaczające ich właściwy, pierwotny sens.
Działania tak „uzbrojonych” pracodawców już dawno przestały być jedynie „grą” mającą przechytrzyć pracownika. System wyłączenia mechanizmów rynkowych dla interesu przedsiębiorców poszedł już dziś dużo dalej. Od ustalenia zasad gry przez jedną ze stron, zmuszenia osób potrzebujących zatrudnienia jako źródła podstawowego dochodu - do „tańczenia jak im się gra” w myśl jakichś niepisanych albo pisanych nieformalnie zasad "rekrutacji" na wolne stanowiska pracy. Wykształciła się konkretna grupa „wyrobników” tego "przemysłu podporządkowania" w postaci elity „zawodowych rekruterów” działających w imieniu tego „kto płaci” i rozwijających twórczo cały idiotyczny na pozór system nacisków, manipulacji, niezdrowej konkurencji,okłamywania i dezinformowania. Wymyślono całą niemalże ideologię „sztuki pisania życiorysów” i zasad pisania podań o przyjęcie do pracy – idiotycznie zwanych „Listami Motywacyjnymi”.
Nastąpił też etap nasilonej kampanii uczącej tak na prawdę ludzi poszukujących pracy – podświadomego ustawiania się na pozycji petenta, klienta,kogoś kto o coś prosi i ma prosić ładnie, ma się wdzięczyć, troszkę łgać ale sprytnie, ma się sam traktować jak „lekko nieświeży towar” – który trzeba sprytnie wcisnąć przygłupiemu klientowi.

Ten etap już jest za nami.
Dziś mamy do czynienia ze świetnie już zorganizowanym „syndykatem” pracodawców, z zaawansowanym przemysłem wprowadzania stopniowych zmian w przepisach prawa, tak aby nie wywołać nadmiernego oporu czy zaniepokojenia społecznego a stale zmierzać w docelowym kierunku. Na horyzoncie zaś jest tam społeczeństwo zamienione w bezładną i niezorganizowaną masę niewolników, trzymanych na niewidzialnych smyczach i zachowujących się w dokładnie przewidziany sposób a jednocześnie – ufających w legendę „liberalizmu” i cieszących się ze swojej pożałowania godnej „wolności”…

17/04/2013

Minister Pracy – z szabelką na czołg (cz. II)

Przedmiotem zainteresowania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – jest osoba niezatrudniona spełniająca konkretne wymogi dość rozbudowanej definicji w tej ustawie zawartej.
Tak więc nie każda osoba niezatrudniona ma prawo do miana bezrobotnej. Mimo że nie jest zatrudniona, jeśli nie spełnia choćby jednego z wymogów ustawy dotyczących definicji osoby bezrobotnej – nie jest osobą bezrobotną, gdyż „osoba bezrobotna” to status konkretnych osób, wyselekcjonowanych spośród niepracujących, które decyzją administracyjną wpisano do rejestru konkretnego Powiatowego Urzędu Pracy i nadano im uprawnienia i obowiązki wynikające z ustawy a dotyczące osób o takim statusie.
Tak więc nie każdy kto nie pracuje – jest bezrobotny.
Osoba bezrobotna to osoba która nie jest zatrudniona, nie czerpie także dochodów z wynagrodzenia, nie osiąga dochodów z jakichkolwiek innych źródeł – wyższych niż połowa najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia, nie prowadzi działalności gospodarczej itp. Tych warunków na „nie” jest sporo.
Wiedzę o powyższych okolicznościach urząd pracy czerpie głównie z oświadczeń składanych na piśmie przez osobę występującą o zarejestrowanie jej i nadanie statusu osoby bezrobotnej, pod rygorem odpowiedzialności za podawanie danych niezgodnych z prawdą dla np. wyłudzenia nienależnych świadczeń.

Chcę tu podkreślić dwie okoliczności; urząd pracy nie ma możliwości sprawdzić natychmiast wielu z tych danych, dlatego musi przyjąć i przyjmuje je jako zgodne z prawdą. Na tym zresztą polegał populistyczny pomysł słynnego zastąpienia „kultury zaświadczeń” przez „kulturę oświadczeń”; na większym zaufaniu do obywatela. Było niejako oczywiste, że w jakimś okresie początkowym następującym po tej zmianie, niektórzy ludzie zupełnie nie będą się liczyli z prawdą i nie będą się liczyli z ewentualną odpowiedzialnością, bo taki jest stan rozwoju cywilizacyjnego tego społeczeństwa. Nie da się przejść natychmiast od biurokratycznego zamordyzmu do wiary w prawdomówność i uczciwość wolnych obywateli. Oparcie wielu dziedzin życia społecznego na fałszywych danych było więc oczywistą od początku dla wszystkich myślących ceną, jaką przyjdzie zapłacić za taki impuls rozwojowy.

Piszę to w związku z jednym z praktycznych aspektów tego, ujawniającym się w Powiatowych Urzędach Pracy: istnieniem pewnej liczby osób udających bezrobotnych oraz pozostałych – tych bezrobotnych rzeczywiście. Jaka jest różnica: osoby rzeczywiście bezrobotne złożyły oświadczenia w pełni zgodne z prawdą i otrzymały status osób bezrobotnych dzięki spełnianiu wszystkich kryteriów ustawowych od których przyznanie tego statusu zależy. Inne natomiast osoby ukryły pewne fakty albo złożyły oświadczenia rejestracyjne pod innym względem odbiegające od stanu faktycznego i w ten sposób uzyskały status osób bezrobotnych (na skutek oszustwa).
Podobnie o uzyskanych przez nie świadczeniach takich jak zasiłek dla bezrobotnych lub składka na ubezpieczenia zdrowotne – można z uzasadnieniem powiedzieć, że zostały one wyłudzone oszustwem, stwierdzeniem nieprawdy w pisemnych oświadczeniach.
Jak się dziś okazuje, z powodu tego że nie istniała centralna baza danych osób bezrobotnych, część osób złożyła wniosek o rejestrację do kilku różnych Powiatowych Urzędów Pracy (w różnych powiatach), co także przecież w oczywisty sposób jest oszustwem i wyłudzeniem, bo wiązało się z podaniem nieprawdziwych danych, np. o miejscu zamieszkania.
Gdybyśmy chcieli obciążać za to odpowiedzialnością Urzędy Pracy, to trudno byłoby znaleźć podstawy formalne a poza tym, działanie taki powodowałoby wzrost biurokracji w Urzędach Pracy, odwrót w praktyce od polityki otwarcia i zaufania, mnożenie biurokratycznych procedur kontrolnych itp. Nie tędy droga.

Mam taki przykład z rowerem: ktoś przyjeżdża rowerem, stawia go pod ścianą lub opiera o drzewo i idzie do domu i ten rower po prostu ma tam stać, nawet i do końca świata. Jeśli ów rower „zniknie” to znajdą się zawsze tacy, którzy będą za to obwiniać nie tyle złodzieja, co właściciela, szczególnie o brak zabezpieczenia, rower nie przypięty do drzewa łańcuchem itp. Prawda jest jednak taka, że rower powinien tam stać nie dlatego, że został przywiązany łańcuchami i zamknięty na kłódki, nie dlatego że ktoś go dla zabezpieczenia przed kradzieżą podłączył do sieci 220 Volt albo zaminował odpowiednim ładunkiem wybuchowym. Powinien tam stać, dlatego że jest czyjś, że ma właściciela, że się szanuje cudzą własność tak jak swoją, oraz oczywiście dlatego że kraść nie wolno, że to jest prawnie zabronione i karalne.
Chcę powiedzieć, że działania w celu zabezpieczenia przed nieuczciwością powinny dotyczyć ludzi a nie rowerów. Nie ma takiego zabezpieczenia technicznego, fizycznego, którego nie można by usunąć, przechytrzyć lub „obejść”. Chodzi o to, by nikt po prostu nie chciał, albo w ostateczności – nie odważał się – kraść. Jedynym sensownym zabezpieczeniem roweru jest poziom cywilizacyjny społeczeństwa oraz realna i adekwatna odpowiedzialność ewentualnego złodzieja.

Wracając do spraw bezrobocia: widocznie jednak oszustom opłaca się oszukiwać Urzędy Pracy a więc i całe społeczeństwo. W tym przypadku mam tu na myśli jeden ale za to duży problem: tak zwaną pracę „na czarno”. Można też na to spojrzeć i z innej strony: może to nie jest oszustwo pracowników – a przedsiębiorców będących pracodawcami?
Z pracą „na czarno” mamy do czynienia wówczas, gdy przedsiębiorca całkowicie ukrywa fakt zatrudnienia pracowników; nie zgłasza ich do ZUS i NFZ, nie ujawnia faktu płacenia im i nie odprowadza podatku, nie zgłasza zatrudnienia do Inspekcji Pracy i tak dalej, słowem od takiej osoby pracującej (świadomie nie nazywam jej pracownikiem) oczekuje tylko wykonania zadania oraz dyskrecji a daje tej osobie wyłącznie pewna kwotę jaką chce dać „do reki”, to jest bez świadków, bez pośrednictwa banków itp. Dla takiego przedsiębiorcy jedynym kosztem ma być właśnie ta zapłata dla wykonującego pracę a fakt ten ma pozostać całkowicie nieznany państwu i jego wszelkim instytucjom. Jak z tego widać – osoba tak pracująca nie ma płaconych składek ubezpieczenia społecznego (emerytalna, rentowa, chorobowa), nie jest ubezpieczona w NFZ w związku z czym nie ma prawa korzystania ze społecznej służby zdrowia (lekarze rodzinni, refundacja leków itp.). W związku z nielegalnością przychodów nie płaci od nich podatku PIT (od dochodu osób fizycznych), nie ma opłacanej składki na Fundusz Pracy (co skutkuje często w przyszłości brakiem prawa do zasiłku dla bezrobotnych), nie ma zasiłku chorobowego (zapłaty za początkowy czas choroby), zwolnień lekarskich itp.
Dla przedsiębiorcy oznacza to rzeczywistą minimalizację kosztów oraz wejście do „szarej strefy” działań naruszających obowiązujące prawo.
Dla pracującego oznacza to cały szereg niebezpieczeństw, ryzyko, ale także i konkretny, realny, comiesięczny dochód, zarobek. Gdyby tak nie postępował, byłby uczciwym bezrobotnym – bez dochodów oraz najczęściej i bez zasiłku dla bezrobotnych.

Wspomniana szarża z szabelką na czołg jest właśnie próbą usunięcia z rejestru bezrobotnych tych, którzy faktycznie mają jakąś pracę i nie szukają innej za pośrednictwem PUP, natomiast potrzebują rejestracji w PUP jedynie dla uzyskania prawa do składki na ubezpieczenie zdrowotne, opłacanej z pieniędzy publicznych wszystkim osobom posiadającym status bezrobotnego.
Jedyną metodą weryfikacji rzeczywistych intencji osoby ubiegającej się o zarejestrowanie w PUP, to znaczy jedyną metodą sprawdzenia, czy poszukuje ona oferty odpowiedniej pracy i (lub) innych rodzajów pomocy pośredniej do tego zmierzających – czy jedynie udaje bezrobotnego, oczekując od PUP opłacenia na jej rzecz składki na NFZ – jest… zaproponowanie jej takiego zatrudnienia. Skierowanie do konkretnego pracodawcy, który składał ofertę pracy dla osoby o podobnych kwalifikacjach. Wynika to z obecnej treści wspomnianej ustawy. Osoba bezrobotna to jedynie taka osoba, która rzeczywiście spełnia warunki rejestracji, rzeczywiście nie ma pracy i poszukuje zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy oraz jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy, gdy otrzyma ofertę zatrudnienia a pracodawca po rozmowie z nią zgodzi się ją zatrudnić. Jeśli wiec ktoś będąc bezrobotnym odmawia przyjęcia oferty pracy, dowodzi tym samym iż nie spełnia kryteriów bycia osobą bezrobotną w sensie definicji ustawowej, dlatego tez ustawa upoważnia do wykreślenia go z rejestru bezrobotnych wraz z odebraniem statusu osoby bezrobotnej na 120 dni (po pierwszej odmowie), co oznacza, że traci ona prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych (jeśli takie prawo posiadała) oraz traci prawo do opłacania na jej rzecz składki na ubezpieczenie zdrowotne (po upływie 30 dni od dnia wykreślenia traci prawo do nieodpłatnego korzystania ze społecznej służby zdrowia, refundacji leków itp. – jeśli źródłem tego prawa jest status bezrobotnego).

Chciałbym zaznaczyć, że to nie jest „kara” za nieprzyjęcie oferty, a jedynie reakcja na stwierdzenie faktu, że osoba ta przestała spełniać warunki ustawowe pozostawania w rejestrze bezrobotnych i jest to faktycznie decyzja tej osoby (urząd tylko realizuje konsekwencje tej decyzji).
Po upłynięciu wspomnianych 120 dni osoba ta może ponownie zgłosić się do przynależnego terytorialnie PUP celem rejestracji i uzyskania statusu osoby bezrobotnej, jej prawo do zasiłku dla bezrobotnych bada się wówczas ponownie. Po ponownej (drugiej) ewentualnej odmowie przyjęcia oferty pracy – pozbawienie statusu osoby bezrobotnej z wszelkimi tego konsekwencjami następuje na okres 180 dni a za trzecim i kolejnymi takimi przypadkami – na 270 dni.

Wracając do poprzedniego stwierdzenia – jedyną wiarygodną formą weryfikacji intencji osoby ubiegającej się o status bezrobotnego i otrzymującej go jest szybkie dostarczenie jej odpowiedniej oferty pracy; wówczas albo tę ofertę przyjmie, albo odmówi jej przyjęcia a skutek w obu wypadkach jest w zasadzie taki sam: przestaje ona być bezrobotna, gdyż albo zaczyna pracować albo traci status osoby bezrobotnej na skutek odrzucenia oferty pracy bez dostatecznego powodu.
Trzeba też tu zaznaczyć wyraźnie, że jest to także jedyny sposób odróżnienia rzeczywistych bezrobotnych od tych którzy potrzebowali statusu osoby bezrobotnej tylko dla uzyskania prawa do składki na ubezpieczenie zdrowotne. A dla ministra pracy to jest właśnie ten docelowy problem do rozwiązania, czyli nawiązując do tytułu – ten „czołg”.
Otóż minister Kosiniak Kamysz stwierdził, że szacuje liczbę tych „udawanych” bezrobotnych na „jedną-trzecią zarejestrowanych”. To szacunki samego ministerstwa, nie wypowiadającego się na temat metodologii badań będących podstawą do takich twierdzeń.
Jak bardzo jest to bezpodstawne, świadczą szacunki samych urzędów pracy, które dopatrzyły się aż 65% osób zarejestrowanych podejrzanych o zainteresowanie jedynie składką zdrowotną. Ale na jakiej podstawie? Czy aż 65% osób bezrobotnych odmówiło przyjęcia oferty pracy? Nie. Oczywiście że nie, bo tylu ofert pracy urząd nigdy nie miał i nadal nie ma.

W rzeczywistości jak znam życie – to Premier widocznie z powodów pi-ar-owych nakazał „zmniejszyć bezrobocie o jedną trzecią” i oto cała „metodologia”… Bezrobocie nie może być tak duże, to godzi w wizerunek Premiera. Staczanie się na śmietnik i wymieranie bezrobotnych także nie postępuje tak szybko, jakby Premier sobie życzył dla poprawy statystyk. No właśnie: czy rząd walczy z bezrobociem czy ze statystykami? A przecież „walka z bezrobociem” to odpowiednia polityka wobec gospodarki krajowej a nie chocholi taniec ministra pracy.

Pomijając to; minister uważa, że co trzeci bezrobotny tylko udaje bezrobotnego, w rzeczywistości pracując „na czarno” a od PUP wyłudzając jedynie składkę NFZ. Zrozumiałe, że to stawia w zupełnie innym świetle kwestię bezrobocia w Polsce. Tak na marginesie – jak to by świadczyło o skandalicznym stanie pracy resortów finansów i gospodarki i spraw wewnętrznych, jeśli skala podziemia gospodarczego i fiskalnego byłaby tak ogromna… I to podziemia tolerowanego najwyraźniej przez rząd Tuska z przyczyn ideologicznych (… a niech sobie kradną byle na mnie głosowali a nie na Kaczyńskiego)…
Wracając jednak do spraw pracy; podobno ministerstwo chce zaostrzyć ustawowe skutki odmowy przyjęcia oferty pracy przez bezrobotnego, wprowadzając zasadę pozbawiania statusu osoby odmawiającej przyjęcia oferty pracy od razu na 270 dni (9 miesięcy), czyli rezygnacji z dotychczas obowiązującej powyżej omówionej gradacji skutku. Praktycznie oznacza to wykreślenie osoby bezrobotnej z rejestru, bez prawa do zarejestrowania się przez 9 następujących po tym miesięcy, wraz z odebraniem zasiłku i ubezpieczenia w NFZ z tytułu bezrobocia. Skutkiem odebrania statusu byłoby oczywiście odebranie zasiłku dla bezrobotnych oraz wyrejestrowanie z ubezpieczenia zdrowotnego należnego bezrobotnym.
Przyznam, że dla osoby rzeczywiście bezrobotnej i rzeczywiście pozbawionej środków do życia – ta zmiana nie ma żadnego znaczenia, bo osoba taka zawsze przyjmie ofertę pracy, jeśli tylko będzie w stanie tę pracę wykonywać. Otrzymanie oferty pracy jest dla niej szczęściem, radością i szansą na uzyskanie źródła środków niezbędnych do życia. Miałoby to natomiast duże znaczenie dla osób pracujących „na czarno” i unikających wszelkiego kontaktu z PUP, gdy chodzi im jedynie o składkę ubezpieczenia zdrowotnego. Widać tu proste przeciwieństwo pozwalające na dość proste rozróżnienie: osoby rzeczywiście bezrobotne chcą jak najszybciej przestać być bezrobotne, natomiast takie osoby pracujące na czarno – odwrotnie: chcą jak najdłużej korzystać z „darmowych” składek ubezpieczenia których ich „pracodawca” im odmawia.
Poza tym – skutek mogłoby odnieść selektywne zwiększenie częstotliwości obowiązkowych wizyt w PUP dla takich osób, bo dziś terminy takich wizyt ustalane są raz na 2 lub 3 miesiące. I tu znowu: osoba rzeczywiście szukająca pracy jest w PUP dużo częściej, zależnie od tego czy ma dostęp do Internetu czy nie, natomiast dla tych drugich – i raz na trzy miesiące jest zbyt często.

Walka z patologią i oszustwem zawsze jest dobra. Weryfikacja liczby bezrobotnych zarejestrowanych ma dać wiedzę o rzeczywistej skali potrzeb, bo minister uważa dziś najwyraźniej, że takiej wiedzy nie posiada. Praca „na czarno” jest możliwa dlatego, że są na nią chętni po stronie podażowej rynku pracy (bo po tej popytowej zawsze są i to wynika chyba z natury człowieka no i z ideologii). Jest ona skutkiem straszliwego rządowego lenistwa co do uporządkowania tej sfery życia publicznego.
Państwo nie walczy dotychczas dość energicznie z tymi patologiami, gdyż władza boi się skutków tego na współczynniki poparcia koalicji rządzącej w stosunku do PiS. Oznacza to ni mniej ni więcej, że podział na PO z koalicjantami i PiS z koalicjantami – niszczy Polskę, choć podział musi istnieć ale nie musi być tak niszczycielski. Walka z „szarą strefą” jako sferą kryminalną rozkładającą budżet państwa mogłaby być wykorzystana do zarzutu zwalczania przedsiębiorczości, tłamszenia prywatnej inicjatywy a nawet szkodzenia rynkowi pracy; cóż z tego że byłyby to zarzuty absurdalne, jeśli w praktyce rzeczywiście mogłyby wpłynąć w sposób istotny na układ sił.

10/01/2013

Bezrobotni – w podłym państwie Platformy Obywatelskiej.

Już samo określenie „bezrobotny” – jest patologiczne; to paskudny rusycyzm, kojarzący się nieodwołalnie z negatywną jak dotychczas, paskudnie „ruską” konotacją cywilizacyjną, jakby to była jakaś rasa czy gatunek „podludzi”, albo nawet jakieś zwierzątka…
Mam tu jednak na myśli głównie osoby w wieku produkcyjnym, zdolne i chętne do pracy a pozbawione zatrudnienia, będące w wieku od około 45 lat – do wieku emerytalnego.

Nieodpowiednia polityka władzy wytworzyła jednak przez dziesięciolecia konkretny i dość negatywny obraz osoby niezatrudnionej (bezrobotnej); stereotyp istnieje, funkcjonuje i straszy do dziś, pomimo że w sposób oczywisty jest dziś błędny. W powiatowych lub miejskich urzędach pracy nie widzi się dziś osób wyglądających na alkoholików nadających się tylko do leczenia, ale stereotyp: bezrobotny to pijak który wcale nie chce pracować – nadal tkwi w indoktrynowanych przez komunę a ostatnio – przez prasę tabloidową – umysłach.
Niestety bardzo mało widzi się tam także i osób starszych. Statystyki potwierdzają to, co wynika z logiki i musiało być oczywiste dla władzy, prędzej czy później musiało się stać; już około połowa osób bezrobotnych w tym przedziale wiekowym stała się nieaktywna zawodowo w sposób trwały. Po prostu przestali szukać „tego czego nie ma” czyli pracy najemnej, przestali już rejestrować się „tam gdzie ich nie chcą” czyli w urzędach pracy, przestali oczekiwać czegokolwiek od tego państwa, a zwłaszcza – pomocy. Przypuszczam, że osoby takie w większości przyjęły po prostu jakieś określone obowiązki w swoich rodzinach, pozostając na ich utrzymaniu, być może „dorabiając” sobie doraźnie i okazjonalnie, nie całkiem oficjalnie…
Trudno się dziwić; to po prostu racjonalne przy takim stanie państwa, przy tej władzy i jej obowiązującej ideologii. Racjonalne z ich osobistego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia interesu całego społeczeństwa. Dlaczego to jednak „pojedynczy” obywatel zagrożony w swoim istnieniu ma się bardziej przejmować „interesem ogólnospołecznym” niż władza, która od tego jest. Mimo to – zarejestrowanych osób dla których nie ma zatrudnienia jest ponad dwa miliony. To już 13% ludności w wieku produkcyjnym. Władza oczekuje dalszego wzrostu tej liczby – do 14, 15 a może i nawet 16% na koniec bieżącego roku. Nikt się nie zastanawia a już z pewnością nie władza, co zrobić, by te prognozy nie spełniły się. Nikt nie umie powiedzieć a już z pewnością nie władza, czy wszyscy ci ludzie zarejestrowani spełniają idiotyczne wymogi dla posiadania statusu bezrobotnego, sformułowane przez „ustawę o promocji zatrudnienia”, za co ci ludzie w rzeczywistości żyją itp. Władzy to zresztą najwyraźniej zupełnie nie obchodzi. Z danych statystycznych wynika, że średnio tylko 16 na 100 bezrobotnych otrzymuje czasowy zasiłek dla bezrobotnych, pozwalający nadal szukać pracy. A pozostałe 84%? Łatwo wyliczyć, że 84% z dwóch milionów zarejestrowanych – to 1.680.000 osób, które nie otrzymują zasiłku, nie wolno im też w myśl ustawy zarobić więcej niż 556 zł miesięcznie netto, ale muszą aktywnie szukać zatrudnienia, być stale w dyspozycji PUP itp.
Dla społeczeństwa to ogromna strata, ale państwo jest w rękach konkretnej władzy a władza ma to w konkretnej przysłowiowej…

Czasy się zmieniły, zmienił się obraz bezrobotnych ale stereotyp pozostał i skierowanie do pracy jakie daje PUP – jest najgorszą z możliwych rekomendacji wobec przedsiębiorcy zatrudniającego. Władza (ministerstwo, wojewódzkie urzędy pracy) bawi się w programy, projekty badawcze, programy pilotażowe, przedsięwzięcia szczodrze i ochoczo finansowane z funduszy unijnych, kwitnie przy tym życie towarzyskie, korporacyjne, bardzo wielu ludzi – oczywiście spoza grupy tych bezrobotnych – ma przy tym niezły dochód, zajęcie zarobkowe, etat, premie, nagrody… A bezrobocie – rośnie, narasta nędza i apatia… pogłębia się obszar nędzy i wykluczenia społecznego, coraz trudniej jest już choćby zarejestrować się w urzędzie pracy.
Europejski Fundusz Społeczny finansuje różne programy operacyjne, a wśród nich Program Operacyjny – Kapitał Ludzki (PO-KL). Wiele wskazuje na to, że to… kryptonim programu zbijania „kapitału” przez „ludzi”, tak zwanych „swoich” – czyli „elitę” – na funduszach oficjalnie publicznych i oficjalnie – pomocowych. Tak twierdzą złośliwcy, ale z drugiej strony – tłumaczy się, że to rzekomo człowiek, obywatel, mieszkaniec w tym kraju jest „kapitałem”, w który należy inwestować – a pomaga w tym Europejski Fundusz Społeczny. To bardzo piękne i wzniosłe – jak flaga i hymn europejski…

Ponieważ wszelkie tradycyjne działania przeciwdziałające bezrobociu zawodzą, PO-KL wyłonił odrębną grupę tzw. projektów innowacyjnych, mających stworzyć nowe, bardziej skuteczne metody i narzędzia do walki z bezrobociem. Idea była taka: niech powstanie wiele projektów działań innowacyjnych, które zostaną poddane procedurze konkursowej jak wszystkie projekty PO-KL pretendujące do finansowania unijnego, pozwoli to wyłonić pewną liczbę najlepszych projektów do realizacji. Chodzi jednak o takie, których realizacji miałaby cechę nowego standardu, powtarzalności, stanowiłaby po prostu nowe, wcześniej nie istniejące narzędzie, sprawdzone w konkretnych warunkach i możliwe do zastosowania przez różne ośrodki zajmujące się „zmniejszaniem bezrobocia”. Program Innowacyjności ruszył w 2009 roku. W jego wyniku powstała seria „produktów” czyli takich właśnie standardów metod działania, coś jak przepis na oryginalne, jeszcze nie znane a pożywne naleśniki – sprawdzony praktycznie przez kucharkę która go wymyśliła, dający powtarzalne wynik w różnych kuchniach, barach, stołówkach.

Otrzymałem właśnie część 2 tego przeglądu, oczywiście przepięknie wydaną, na najwyższej jakości satynowym papierze kredowanym, w pełnym kolorze i z miejscowymi wybłyszczeniami na matowo-jedwabistej okładce… no cudo sztuki drukarskiej. Pieniądze jak widać – są (w tym wypadku – były). A to się bezrobotni tracący wszelką nadzieję i przymierający głodem ucieszą, że tak pięknie się dla nich pisze… zamiast pomóc…
Dostępne są dziś katalogi owych produktów, podzielone na cztery przyjęte obszary działań: Adaptacyjność; Dobre rządzenie; Edukacja i szkolnictwo wyższe; Zatrudnienie i integracja społeczna.
Każdy z takich produktów określa przeznaczenie, beneficjenta ostatecznego, cel, charakterystykę działań i kontakt do twórców tego narzędzia. Najczęściej zawiera „podręcznik użytkownika”, materiały dodatkowe, film promocyjno – instruktażowy itp.
Wśród opisanych tam narzędzi uwagę moją zwrócił model zatrudnienia wspomaganego, indywidualnej ścieżki kariery dla osób w wieku produkcyjnym powyżej 45 lat, czyli ogólnie dotychczas określanych jako „50+”.
Twórcy projektu zmierzającego do stworzenia gotowego narzędzia dla publicznych i niepublicznych instytucji „rynku pracy” włożyli wiele wysiłku w rozwiązanie problemu bezrobocia w tej grupie pracowniczej… za wyjątkiem sięgnięcia do jego przyczyny. Mottem tego projektu było stwierdzenie, że osoby w wieku produkcyjnym powyżej 45 lat są rugowane z rynku pracy, traktowane jako „kłopot” przez samych pracodawców oraz instytucje obsługi rynku pracy. Posłużono się tu analogią do angielskiego określenia: „to be like a hot potato”, – dosłownie – „być jak gorący ziemniak”. Domyślnie – chodzi o – parzący każdego chętnego w ręce – ziemniak pieczony, właśnie wyciągnięty z ogniska. Tak określono problem zatrudniania ludzi w tym wieku jako przez wszystkich odrzucany, niejako „parzący w ręce”, problem którego nie da się rozwiązać i najlepiej go podrzucić, właśnie jak gorącego ziemniaka – komuś innemu, byle się jak najszybciej pozbyć i nie mieć z nim już do czynienia.
Problem tak właśnie jest traktowany i dlatego od lat nie jest załatwiony. Określenie jest trafne jako obserwacja, choć dość nieprzyjemne…

Wynikałoby stąd, że załatwienie tego problemu musiałoby odrzucić na wstępie takie podejście i zająć się wreszcie tą sprawą dokładnie, metodycznie i „od początku do końca”. Dlatego projektodawca zaangażował spory aparat badawczy w ciągu 4 miesięcy początkowego etapu prac, jak i później. Były to trzy etapy: prace planistyczne, badania terenowe – głównie w postaci wywiadów oraz prace sprawozdawcze mające sformułować wnioski z tych badań. W drugim etapie powołano grupę roboczą, przeprowadzono warsztaty robocze, następnie zorganizowano konferencję inaugurującą, przeprowadzono serię konsultacji, następnie zorganizowano czterodniową konferencję roboczą w Finlandii w celu zasięgnięcia z doświadczeń i zdobyczy fińskich służb zatrudnienia w związku z tym problemem, po tym pracowano nad roboczą wersją „produktu” już w kraju ale z udziałem fińskich ekspertów. I wreszcie – nad strategią wdrożeniową.
W dalszym etapie powołany został zespół wdrażający, który wysłany został do Finlandii na tygodniowy staż „celem nabycia doświadczenia w pracy operacyjnej” u fińskiego partnera projektu…
    … nie, nie; w tym co piszę nie ma intencji ekstra krytycznych, jakiegoś szyderstwa, choć czytający zapewne od dłuższej chwili zadaje sobie – znając przecież efekt – proste pytanie: ile to wszystko kosztowało.
To projekt innowacyjny w dużym stopniu dofinansowany przez Europejski Fundusz Społeczny. Może i kosztowało, ale jak sądzę nie szkoda byłoby tych pieniędzy, gdyby to miało autentycznie coś dać, dać skuteczne narzędzie do rozwiązania ogromnego problemu społecznego a nawet dla niektórych (już tylko niektórych) – problemu etycznego.
Nie będę już opisywał dalszego procesu wstępnego wdrożenia lokalnego (warmińsko-mazurskie), tworzenia produktu finalnego, upowszechniania i wdrażania.
Ostateczna ewaluacja odbyła się pod koniec ubiegłego roku.
Czy ktoś słyszał o nagłym wzroście zatrudnienia osób ze wspomnianego przedziału wiekowego – w tamtym regionie lub tym bardziej – w całym kraju?
Nie.
Odwrotnie; problem narasta, rośnie bezrobocie, rośnie procent osób całkowicie wycofujących się z rynku pracy i z aktywności zawodowej.

Ktoś zapyta: dlaczego tak się dzieje?
Przypomina mi to sytuację w tym kraju z lat siedemdziesiątych a nawet i jeszcze później, tuż po „rozmyciu się” stanu wojennego – gdy pojawiały się często przeróżne inicjatywy działania albo choćby dyskusji o różnych problemach i wszystkie one prędzej czy później … rozbijały się o mur nie do przebycia. Tym murem była tak zwana „generalna linia partii” – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej; linia poniekąd dość gruba by wprawni mogli na niej swobodnie „balansować”, ale jednak dla reszty jaskrawa i sztywna.
W opisanym tu przypadku – nie zadano sobie po prostu na wstępie jednego zasadniczego pytania: dlaczego problem osób 45+ jest „jak gorący ziemniak”! Jeśli nie chodziło tu od początku o cyniczne żerowanie na EFS pod pozorem „pomocy bezrobotnym”, to zabrakło podstawowej refleksji: problem ten jest nierozwiązywalny bo wynika on z podstawowych założeń polityki Platformy Obywatelskiej. Każdy kto się do jego rozwiązania przymierzał, wreszcie rozumiał, że tego się zmienić nie da, bo tak ma być! Po prostu – taka jest „generalna linia” partii Donalda Tuska. Takie są nienaruszalne założenia ideologiczne PO. Pokolenie to jest „spisane na straty” przez władzę, no bo jeśli pracodawca ma mieć całkowitą swobodę, nie być niepokojonym nawet przez prawo – to ktoś musi być bezrobotny, musi walczyć o przetrwanie, stoczyć się na poziom śmietnika i zamarznąć zimą w kontenerze na śmieci lub zginąć w inny podobny podły sposób. Władza nie chce tego rozwiązać i zainteresowani to widzą; wyłącznie dlatego problem jest uznawany za zasadniczo nierozwiązywalny… co jednak nie oznacza, że nie można zarobić na jego badaniu i tworzeniu „produktów innowacyjnych”.

Powiedzmy jasno: nie ma żądnych podstaw do oskarżania inicjatorów takich projektów o cynizm, nieuczciwość, ale faktem jest, że nie widać też – może poza samym Elblągiem – efektów. Wręcz przeciwnie – jest coraz gorzej.
Problemem zasadniczym dla tej sprawy autorzy projektu nie zajęli się wcale a jest nim odmowa zatrudniania osób w tych granicach wiekowych przez pracodawców, oraz „zwijanie” gospodarki wraz z likwidacją zatrudnienia w całych jej gałęziach, bez zastąpienia go czymkolwiek innym. Jest to problem polityczny, ideologiczny i dlatego „parzy w ręce” przy dotknięciu. Żeby go rozwiązać – może trzeba po prostu zmienić opcję polityczną i jest to jedyna droga. Ale tego się nie zrobi programem operacyjnym kapitał ludzki finansowanym z unii. Wszelkie nie wiedzieć jak wymyślne i kosztowne pomysły, badanie i projekty będą tylko i wyłącznie marnotrawstwem albo żerowaniem na bezrobociu – dopóki przedsiębiorcy będą mogli mówić: nie zatrudniam nikogo w wieku powyżej 45 lat i już, bo tak mi się widzi. I na dodatek – będą tak mogli bezkarnie mówić z pełną świadomością łamania w ten sposób obowiązującego prawa, które zakazuje uzależniania zatrudnienia kogokolwiek od wieku (nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na wiek).
Pracodawcy nie potrafią lub nie chcą wyjaśnić, dlaczego odmawiają zatrudniania tych osób no i też nie muszą; do takich wyjaśnień prawo ich także nie obliguje. Absurdalnie w tym przypadku tak jak i w wielu dotychczasowych, cała aktywność poszukujących rozwiązania problemu skupiła się nie na gospodarce i pracodawcach, czyli u jego źródła; skupiła się na bezrobotnych nie mogących znaleźć zatrudnienia a nie na tych, którzy im z nieznanych powodów zatrudnienia z zasady odmawiają.
A mogą odmawiać, mogą w ogóle robić co chcą, nie obowiązuje ich obowiązujące prawo (umowy śmieciowe) a jeśli już – to ciągle domagają się jego natychmiastowej zmiany. Konfederacja Pracodawców Lewiatan – czuwa!
Walka z bezrobociem nakierowana jedynie na samych bezrobotnych będzie przegrana i musi być przegrana, gdy nie obejmie również praworządności, mentalności i interesu pracodawców oraz stymulowania szybkiego odtworzenia potrzebnej ilości miejsc pracy, polityki gospodarczej, zagranicznej i fiskalnej na to nakierowanej.
Wszystko ideologia polityczna Platformy Obywatelskiej rzuciła „pod nogi” przedsiębiorcom, rezygnując z niezbędnego jak dotychczas interwencjonizmu państwowego, także i te kilkaset tysięcy (ok. pół miliona) ludzi w wieku „50+” czyli wieku najlepszej wydajności i aktywności, najwyższej harmonii pomiędzy możliwościami a doświadczeniem. Oczywiście nie ma nigdzie oficjalnych zaleceń czy instrukcji władzy dla pracodawców w tym względzie; wystarczyło danie przyzwolenia: jest wolność -„róbta co chceta”.
„Tera k… my!”

Gospodarka ma charakter rynkowy, ale przy tym właśnie niezbędne są czasem zdecydowane i celowe interwencje państwa (w interesie społecznym), natomiast państwo – milczy. Tusk zajmuje się Kaczyńskim i harataniem w gałę. Kaczyński natomiast – Smoleńskiem i harataniem w Tuska… czas leci, ludzie się staczają, bezrobocie rośnie… Jak będzie tragedia, to się zrzuci winę na „kryzys” i na „niewidzialną rękę”…
Wydaje się więc, że istotnie „najlepszy” pomysł na to, co zrobić z ludźmi w wieku „gorącego kartofla” – wymyślił sam Donald Tusk; poczekać… aż sami… ostygną… † † † † † † † † † † † †

Im drożej - tym lepiej...

21/07/2012

Światełko w tunelu…?

Minister Finansów zgodził się – na wniosek Ministra Pracy Władysława Kosiniak – Kamysza na uruchomienie części środków Funduszu Pracy (od ponad roku „zamrożonego”) w kwocie 500 milionów zł na potrzeby przeciwdziałania bezrobociu. Kwota ta jest przeznaczona dla powiatów o najwyższej stopie bezrobocia, na pomoc w zdobyciu zatrudnienia dla grup wymagających priorytetowego wsparcia. Za takie grupy uznaje się bezrobotne osoby w wieku do 30 lat oraz w wieku powyżej 50 lat, tzw. osoby w „szczególnie niekorzystnej sytuacji na rynku pracy”.
Niestety informacje prasowe jak zwykle świadczą o niezrozumieniu sytuacji. Na przykład artykuł w Dzienniku – Gazecie prawnej:

http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/634162,fundusz_pracy_dostanie_z_budzetu_dodatkowe_0_5_mld_zl.html

Przede wszystkim – już tytuł artykułu jest tu idiotyczny. Chodzi tu przecież o pieniądze należące do Funduszu Pracy – które minister Finansów zawłaszczył – traktując je jak część budżetu i „zamroził” na potrzeby Ministerstwa Finansów. Kwota 500 milionów to część środków pochodzących z FP oddana (zwrócona) ponownie do dyspozycji Funduszu a nie żadne „dodatkowe środki” z budżetu. Funduszem Pracy w myśl ustawy zarządza Minister Pracy wraz z Komisją Trójstronną, nie wiadomo więc co ma tu w ogóle do powiedzenia Minister Rostowski…
Minister Pracy szacuje, że środki te powinny pomóc w przywróceniu do pracy ok. 80 tysięcy osób. Skuteczność planowaną wykorzystania tych środków minister szacuje na poziomie 50%, co jest po prostu dyktowane treścią oficjalnych danych trafiających do ministerstwa. Kierując się realizmem – niestety trzeba zastrzec, że tego rzędu skuteczność instytucji rynku pracy (traktowanych łącznie) – jest niemożliwa do uzyskania przy takim jak dziś podejściu ideologicznym władzy, choć wykazywana jest w sprawozdaniach od lat.

Ciekaw jednak jestem, czy Minister Pracy zdaje sobie sprawę, że jest to fikcja, dane „naciągane” do granic przyzwoitości.

Ale rzeczywista skuteczność w dokładnym rozumieniu tego określenia jest dużo niższa. Podawałem już taki przykład co do skuteczności szkoleń zawodowych jako formy przekwalifikowań mających doprowadzić do trwałego zatrudnienia osób szkolonych. Jeśli kobieta jest kierowana na kurs księgowości, po 6 a czasem i 20 tygodniach szkolenia oraz zdaniu końcowego testu dostaje dyplom po czym wraca do rejestru bezrobotnych, a po dalszych kilku miesiącach samodzielnego poszukiwania zatrudnienia – udaje się jej dostać pracę sprzątaczki – to skuteczność tego szkolenia powinna być wykazana w ustalonym okresie kontrolnym jako zerowa. Skuteczność działań polegających na kursie księgowości dla bezrobotnych może być mierzona wyłącznie ilością osób przeszkolonych na tym kursie, które następnie uzyskały „trwałe” zatrudnienie w dziedzinie księgowości (w tej dziedzinie której dotyczył kurs). Tymczasem urzędnicy celowo ukrywają ten prawdziwy obraz, wykazując odrębnie ilość szkoleń czy wartość pomocy bezrobotnym w formie szkoleń, w innym miejscu – ilość osób spośród biorących udział w szkoleniach – które w okresie kontrolnym znalazły zatrudnienie (i tu ilość ta oscyluje wokół 50%) ale świadomie pomija fakt, czy ta praca ma cokolwiek wspólnego z tymi konkretnie szkoleniami. To po prostu kwestia definicji, która musi zostać urzędnikom PUP narzucona. Dla urzędnika celem kursu jest odbycie kursu i wydanie uczestnikom papierków (zaświadczeń o ukończeniu) z którymi powracają oni do rejestru bezrobotnych a urzędnik – idzie wtedy do kasy po wynagrodzenie „za szkolenie bezrobotnych” – zadowolony ze swojej wspaniałej działalności.

Skandalem jednak – pomijając już fakt wyżej wspomnianego oszustwa sprawozdawczego – jest, że zgodnie z zamiarami ministerstwa – środki te zostaną przyznane głównie Urzędom Pracy o najwyższej skuteczności. Przecież oczywiste jest, że należy to rozpatrywać z punktu widzenia potrzeb konkretnego człowieka pozbawionego pracy a nie – urzędników. Bezrobotny nie jest winien że PUP w którym jest zarejestrowany ma słabą skuteczność, bo to zależy od urzędników i samorządu powiatu. Jeśli mielibyśmy go uznać za winnego, to chyba tylko tego, że dotychczas nie złapał „kałacha” i nie wystrzelał tych wszystkich urzędasów jak nie przymierzając jeden Jakub Szela kosą – chłopskich ciemiężycieli. Bezrobotny nie dość że poszkodowany tą niską skutecznością nie znalazł zatrudnienia, to jeszcze teraz drugi raz zostanie ukarany nie za swoje winy, bo nie będzie miał żadnej korzyści z tych środków. Nie tylko nie wolno karać bezrobotnych za niską skuteczność urzędników – bo to Minister powinien rozliczać kanałami służbowymi – drogą kontroli wewnętrznej z przyczyn niskiej skuteczności urzędów, a nawet wręcz przeciwnie: po wyciągnięciu wniosków służbowych, zmianie dyrektorów PUP – przekazać tam wyższe środki by pomóc w uzyskaniu zatrudnienia wcześniej poszkodowanym przez urzędników ludziom.
Równocześnie z ukazaniem się tej informacji – rozpoczęły się przewidywane, trwające już od pewnego czasu „manewry” sił zainteresowanych dobraniem się w jakiś sposób do tej „skarbony”.

Niektórzy mówią, że “pieniądze nie śmierdzą” co nie jest prawdą, ale nawet gdyby – to widocznie wydają z siebie jednak jakiś zapach na który coraz więcej ludzi w tym kraju reaguje amokiem. Na zapach takiego “szmalu” zaczynają spływać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki „dobre rady” dla Pana Ministra Pracy – na co najlepiej przeznaczyć, wydać te pieniądze. Zasada jest prosta: na co najlepiej wydać to ja najlepiej wiem, więc najlepiej dajcie je mi (mojej organizacji pozarządowej, firmie doradczej, agencji pracy) do dyspozycji…
Ktoś już namawia, by wydać tę kwotę na „programy pilotujące, poszukujące nowych innowacyjnych rozwiązań dla rynku pracy…” no i łatwo sobie wyobrazić skutki: żadnych nowych miejsc pracy, bezrobocie jeszcze wyższe niż było, setki broszur i biuletynów psu na budę z bezczelnym biurokratycznym bełkotem o innowacyjności w programach pilotażowych, wydanych w najdroższej drukarni na najlepszym kredowanym papierze a gdy się pieniądze skończą to się pilot katapultuje…

Dla bezrobotnych – żadnego rzeczywistego pożytku.

Zgłaszają się idąc za oparem szmalu różne agencje i organizacje „do walki z bezrobociem” – która polega chyba tylko na tym, że tylko dzięki takiej pozorowanej działalności ludzie tam zatrudnieni sami nie stają się bezrobotni, choć powinni.

Z kolei słynny już we wszech mediach Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan – raczej widziałby miejsce utopienia tych pieniędzy w dotowaniu tworzenia miejsc pracy. Skutek byłby jak najbardziej dla pracodawców korzystny; pieniądze te – pochodzące jak by nie było z ich składek – powróciłyby w ten sposób do ich kieszeni, w postaci opłacania im przez jakiś czas pracownika „za darmo” (czyli na koszt Funduszu Pracy stworzonego ze składek przez nich wpłacanych). Bezrobotny przestałby być bezrobotny na specjalnie dla niego stworzonym stanowisku pracy, na całkowity koszt dotacji z Funduszu Pracy i tam mógłby pracować za najniższe możliwe wynagrodzenie, na chwałę konta bankowego swojego dobrodzieja, a po wyczerpaniu się dotacji – stanowisko byłoby zlikwidowane, bezrobotny zwolniony i zarejestrowany ponownie w PUP i znów bezrobocie… znów „brak pieniędzy na aktywizację bezrobotnych”… ale już tym razem brak i w ministerstwie i w Funduszu Pracy.
Przebija z tego nie tylko kompletny brak jakiegokolwiek długofalowego programu gospodarczego rządu. Przebija – wspomniany „amok” wyrażający się skrajnym cynizmem, psychopatycznym stosunkiem do pieniędzy, zarobku,interesu,zysku, także i odczłowieczeniem w tym się objawiającym.

Premier milczy… Premier Tusk bardzo nie lubi robić błędów, a wiadomo, że – jak mówi stare przysłowie – nie myli się tylko ten, co nic nie robi, więc…

Ciekawe jest więc mimo wszystko – jak Minister Pracy sobie poradzi z manewrowaniem wśród tych wszystkich egoistycznych interesów i cynicznych ludzi – hien cmentarnych widzących oczyma wyobraźni wyłącznie swój ewentualny przyszły zysk, zdobyty nawet i na grobach bezrobotnych. Mam nadzieję, że Pan Kosiniak Kamysz zdaje sobie sprawę wśród jakich ludzi pracuje, z jaka ideologią ma do czynienia w tym kraju.

Platforma Obywatelska ze swoją ideologią – rzeczywiście zbudziła w Polakach demony…

Jestem zainteresowany rzeczywistą i skuteczną pomocą osobom pozbawionym zatrudnienia. Szczególnie osobom w wieku po 50 roku życia, które zostały całkowicie bez szans i bez pomocy – takim jak ja. Będę się przyglądał na los tych 500 milionów, ale tym razem moje wnioski przekażę Komisji Europejskiej w odpowiedniej skardze lub petycji, komisji kontrolnej Europejskiego Funduszu Społecznego oraz Parlamentowi Europejskiemu.

17/04/2012

Dlaczego baran nie beczy… !?

… oto jest pytanie! Niemalże Hamletowskie. Także chodzi przecież o "być albo nie być"...
Nie będę ukrywał, że mam na myśli tego przysłowiowego barana prowadzonego na rzeź. Idzie ale jakoś cicho, ni beknie...
Ale dlaczego? To raczej nie jest normalne zachowanie w takiej szczególnej sytuacji.
Może nie zdaje sobie sprawy, że na koniec „beknie” właśnie za to, że nie beczał, gdy należało… Zupełnie jak ludzie bezrobotni, dziś w wieku jeszcze przedemerytalnym, których nikt nie chce zatrudniać a którzy są zupełnie nieobecni w mediach z tym swoim problemem.
No może prócz jednego…

Wysłuchałem z uwagą całej debaty sejmowej na temat obywatelskiego wniosku o referendum w sprawie utrzymania dotychczasowego wieku emerytalnego. Od początku do końca. Oczywiście nieźle się ubawiłem, a nie stać mnie na kupowanie biletów na występy kabaretowe, więc jak było nie skorzystać z darmowej rozrywki. Dużo tam mówiono, bredzono i pyskowano, lecz nikt nie wspomniał o kilku sprawach dotyczących tej właśnie grupy osób.
Dożyliśmy ciekawych czasów, gdy rzeczywistość nas otaczająca ma pewną warstwę groteskową, chciałoby się powiedzieć – jest tak zła, że to aż zabawne.
Mam jednak na myśli humor raczej wisielczy… bo ani mnie ani co najmniej dwóm milionom Polaków zupełnie nie do śmiechu...

Otóż jest grupa osób w wieku – w którym nikt ich (zapewne z powodu wieku) nie chce zatrudnić. Czy z powodu wieku… właściwie nie wiadomo, a że nierówne traktowanie kandydatów do pracy ze względu na wiek, stan cywilny czy płeć jest prawnie zabronione, to też i nikt tego oficjalnie nie potwierdzi. Niejaki Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” twierdzi uparcie, że „pracodawcy się boją”. Właściwie wszystkiego się boją.
Pracodawcy się boją, że taki zatrudniony u nich człowiek "wejdzie im" w wiek, w którym podlega prawnej ochronie przed rozwiązaniem z nim stosunku pracy. Jak wiadomo w obecnym stanie prawnym osoba zatrudniona na umowę o pracę, na cztery lata przed osiągnięciem wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę zaczyna być objęta ochroną stosunku pracy przed jego rozwiązaniem. Chodzi o nieszczęsny i przeklęty - najbardziej dziś chyba przez pracowników Art. 39 ustawy Kodeks Pracy, zmieniony przez Art. 13 ustawy z dnia 30 kwietnia 2004 roku o świadczeniach przedemerytalnych, który mówi, że pracodawca nie może wypowiedzieć umowy po pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeśli okres zatrudnienia umożliwiłby mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku.
Jeśli pominąć wymóg posiadania minimalnego stażu ubezpieczeniowego 20/25 lat którego po prostu trudno dziś nie posiadać w wieku przedemerytalnym (choć bywają sytuacje wyjątkowe), to uprawnienie do emerytury nie zależy dziś od stażu pracy a wyłącznie od wieku i o tyle ten przepis "ochronny" jest niczym nie uzasadniony. Ot po prostu jakaś grupa polityków chciała się widocznie wówczas przypodobać populistycznie swoim wyborcom i „dała im ochronę” a dziś wszyscy ją przeklinają, gdyż pracodawcy pozbywają się pracowników starszych właśnie tuż przed wejściem w ten okres ochronny, by nie dopuścić do zadziałania tego przepisu wobec pracowników. Tworzy to "studnię" na 4 lata przed emeryturą zamiast ochrony, czyli działa odwrotnie niż się wydawało projektodawcy.
Nie sposób zresztą zaprzeczyć, że z punktu widzenia przedsiębiorcy prywatnego przepis ten to jest absolutnie niedopuszczalne ograniczenie swobody prowadzenia działalności gospodarczej, bez uzasadnienia w zasadach funkcjonowania gospodarki.

Tyle, że jest na to sposób: przepis ów mówi o rozwiązywaniu stosunku pracy opartego na umowie, funkcjonującej na zasadach Kodeksu Pracy. A Kodeks przewiduje także umowy na czas określony, które rozwiązują się z terminem przewidzianym w treści umowy, bez żadnych warunków. Można więc zatrudniać starszych pracowników na odpowiednio przygotowanych umowach na czas określony, których data zakończenia przypada w odpowiednio dobranym dniu. Nie ma wówczas już kwestii "bania się" na kilka lat przed wejściem w wiek ochronny pracownika. Tyle, że pracodawcy, bardzo aktywni poprzez liczne swoje konfederacje, w tym przypadku dziwnie słabo optują za likwidacją tego fikcyjnego okresu ochronnego. Nasuwa to przypuszczenie, że wyjaśnienie to jest pozorne, fikcyjne, że to wyłącznie pretekst.
Z innych zgłaszanych czasem "powodów" spotyka się w wypowiedziach następujące: kwalifikacje tych osób nie odpowiadają potrzebom i wymagają uzupełniania, rozwijania – podobnie jak i ludzi młodych. Pracodawcy oczekują gotowych specjalistów z wysokim doświadczeniem za te proponowane 1700 złotych miesięcznie. Dalej – wśród pracodawców dominuje przekonanie, że osoby starsze mają wysokie oczekiwania płacowe. Może wystarczyłoby ich spytać? Po 2 - 3 latach wegetacji w nędzy wymagania płacowe bardzo spadają, a zresztą płaca wynika ze stanu "interesów" pracodawcy wobec czego i tak jest tylko taka, jaka może być... więc cóż tu mają do rzeczy czyjekolwiek oczekiwania?

Liczba osób starszych a bezrobotnych w ciągu ostatniego roku wzrosła o 13,2% w stosunku do roku ubiegłego. Na dodatek prawie 60 000 osób z tej grupy jest bezrobotnymi już ponad dwa lata (z powodu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia) i ta liczba (długotrwale bezrobotnych) wzrosła w ciągu ostatniego roku aż o 31%. Po prostu powstaje ogromna grupa ludzi na trwałe wykluczanych z pracy, z aktywności i w konsekwencji – rugowanych z życia. Jestem pewien, że ludzie ci przyjmą z wdzięcznością każdą odpowiednią (*) pracę nawet za najniższą płacę określoną ustawowo. A jeśli nie przyjmą, muszą być wykluczeni z rejestru bezrobotnych. Wobec tego - ten powód niezatrudniania to także fikcja.
Dalej – pracodawcy są podobno przekonani, że ludzie starsi są mniej wydajni i trudniej im oswoić się z używaniem nowoczesnych urządzeń. To stereotyp i uogólnienie.
To także pogląd subiektywny, nie uwzględniający dużo większej fluktuacji kadrowej w grupie pracowników młodszych. Poza tym zawsze mówi się o „pracy odpowiedniej” - tak jak to definiuje ustawa, więc po co starszy człowiek ma obsługiwać supernowoczesne urządzenia sterowane cyfrowo, skoro są prace pomocnicze, biurowe, administracyjne, kancelaryjne, także lekkie prace manualne wykorzystujące atuty doświadczenia życiowego i zawodowego osób starszych bez potrzeby zmuszania ich do akceptacji zbytnich "nowości".
Kolejnym spotykanym często wytłumaczeniem, jest błędne przeświadczenie, że tylko ludzie młodzi dobrze kreują wizerunek firmy. Czas durnej, prostackiej mody na „młode, dynamiczne zespoły” na szczęście powoli już mija wraz z napływem z zachodu jakiejś zasadniczej kultury organizacyjnej o niepolskich tradycjach i podstawowej ogłady managerskiej. Dziś firmy zatrudniające ludzi starszych na odpowiednich stanowiskach są uważane za bardzo nowoczesne, jak choćby świetne delikatesy sieci "Alma"... i wiele innych.

Niestety; jestem przekonany o pozorności wszystkich tych powyżej przytaczanych powodów. Prawdziwy powód leży w kosztach pracy. Podstawową zasadą stosowaną do zatrudniania, jeśli oczywiście pominiemy nepotyzm, kolesiostwo, prywatę, znajomości i swoisty handel miejscami pracy i pracą jako „przysługą” świadczoną ważnemu znajomemu z nadzieją na powstanie „długu” który będzie można kiedyś odebrać – są koszty pracy, głównie odnoszące się w tym przypadku do składek na ubezpieczenie społeczne, zdrowotne, PFRON. A pod tym względem są grupy „tańsze” czyli zwalniające pracodawcę od pewnych obciążeń finansowych, oraz droższe – wymagające pełnej ustawowo określonej płatności i to w określonych ściśle terminach. Ma się rozumieć że ci ostatni zawsze przegrywają z tymi „tańszymi” i to jest cała „tajemnica” polityki zatrudniania, do której dorabiane są różne przykrywki by ukryć prozaiczną prawdę.

Nie wiem, czy gdyby istniało nadal – niedawno powołane i równie szybko zlikwidowane – stanowisko doradcy czy pełnomocnika Premiera do spraw zapobiegania zjawisku wykluczenia społecznego, sytuacja byłaby lepsza.
Faktem jednak jest, że powstała i nieodwołalnie rośnie grupa osób spychanych w kierunku całkowitego wykluczenia społecznego. To ludzie w wieku 45 – 60 czy 50 – 65 lat, a więc starsze osoby w wieku przedemerytalnym, które zostały wyrugowane z rynku pracy i często od 2 – 3 lat nie mogą znaleźć żadnego zatrudnienia a więc tym samym – zdobyć jakichkolwiek środków pochodzących z zapłaty za pracę. W całej „dyskusji” o reformie wieku emerytalnego nie zostało to zauważone. Osoby te – jeśli miały prawo do zasiłku dla bezrobotnych - obwarowanego tak restrykcyjnymi warunkami, że spełnia je nie więcej jak 20% bezrobotnych – szybko go utraciły, bo przecież zasiłek dla bezrobotnych ma charakter przemijający i krótkoterminowy (maksymalnie 12 miesięcy) a nam błyskawicznie rośnie grupa osób bezowocnie poszukujących pracy od 24 i więcej miesięcy.
Pomijając już dramatyczną sytuację materialną tych osób, trzeba w aspekcie uprawnień do ewentualnej projektowanej emerytury cząstkowej stwierdzić, że okres bezrobocia bez pobierania zasiłku nie liczy się do okresów składkowych od których może być uzależnione to prawo. A są osoby z tek grupy, które już ponad trzy lata bezskutecznie poszukuję zatrudnienia bez pobierania zasiłku. Osoby te więc bez swojej winy nigdy mogą nie osiągnąć wymaganego okresy stażu niezbędnego dla nabycia prawa do emerytury cząstkowej, już nie wspominając o wpływie okresu bezrobocia na stan IKE tych osób - bez ich winy. Z tego powodu z emerytur cząstkowych nie będą mogły skorzystać osoby najbardziej tego potrzebujące, by jakkolwiek przetrwać jeszcze te dwa lata dłużej – do wieku emerytalnego.
Dla osób z tej szczególnej a zapomnianej przez Rząd grupy bezrobotnych – przesunięcie wieku nabycia uprawnień do emerytury na 67 lat będzie często oznaczało jedynie konieczność dwa lata dłuższego oczekiwania na to prawo, tułania się na zapomogach, zasiłkach z opieki społecznej, korzystania z ewentualnej pomocy rodziny – by dożyć do swojego wieku emerytalnego, a otrzymana po latach bezrobocia emerytura także będzie głodowa z powodu małej kwoty uzbieranej na IKE.
To nic innego, jak poświęcenie przez władzę grupy obywateli w imię „kryzysu” i na koszt ofiar reformy emerytalnej. A chodzi tu o osoby które często były aktywne w walce z władzami PRL o wolność polityczną i gospodarczą. Osoby zasłużone dla walki o wolność Polski.
Jednak powracając do wstępu tego felietonu, zapytam jeszcze raz: jeśli można porównać tę dużą przecież grupę obywateli, co najmniej kilkudziesięciotysięczną, prowadzoną dziś „jak barany na rzeź” przez władzę z Platformy Obywatelskiej, to trudno zrozumieć, dlaczego nie protestują. Dlaczego milczą. Władza reaguje dziś wyłącznie na argument siły. Kieruje się dziś wyłącznie interesem wyborczym mierzonym w prognozach poparcia społecznego. Zasady etyki, sprawiedliwości, moralności, solidarności społecznej są tylko na papierze na którym wydrukowano Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, zaczynającą się od słów: RZECZPOSPOLITA POLSKA JEST DOBREM WSPÓLNYM WSZYSTKICH OBYWATELI, (…) DEMOKRATYCZNYM PAŃSTWEM PRAWNYM URZECZYWISTNIAJĄCYM ZASADY SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ…

(*) określenie "odpowiednia" stosowane wobec propozycji pracy oferowanej bezrobotnym przez PUP zostało dodane do ustawy już jako poprawka na etapie jej procedowania i jest zdefiniowane w treści "ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy".

29/03/2012

48.
Cud „życia za darmo” i eksterminacja ze względu na wiek.

POLSKA NIE JEST OK - PANIE TUSK!
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy wymaga natychmiastowej nowelizacji.

Ostatnio co prawda częściej pisze się o bezrobociu, szkoda - że tylko PÓŁ PRAWDY! Najbardziej w tej chwili newralgiczna jest sprawa środków do życia dla osób w wieku po 40 roku życia, bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, od nieraz 2 – 3 lat zarejestrowanych jako bezrobotne a nieotrzymujących zasiłków.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że czasowe zasiłki dla bezrobotnych - są tylko dla niektórych bezrobotnych! Średnio (statystycznie) - dla ok. 20% z nich. Aby mieć prawo do zasiłku trzeba na wstępie spełnić rygorystyczny warunek działający jako „sito” bezdusznie ograniczające ilość osób uprawnionych; trzeba wykazać się przepracowanymi łącznie 12 miesiącami w ciągu 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania w PUP. Na dodatek – trzeba wykazać, że praca ta generowała wpłacanie przez pracodawcę składek na Fundusz Pracy przez owe 12 miesięcy. Nawet jeśli ktoś wcześniej pracował i generował składki na FP przez 25 lat a teraz nie spełnia dokładnie powyższego wymogu ustawowego – prawa do zasiłku nie otrzyma.
Dlaczego tak? Jakie uzasadnienie merytoryczne ma ten warunek? – trudno dociec. To jakaś pozostałość w przepisach po czasach PRL-u. A już z pewnością – nie powinno to mieć miejsca teraz, w sytuacji aż takiego wielkiego kryzysu. Jeśli warunek ten ma uzasadnienie, to w czasie takiego kryzysu powinno być ono bez znaczenia.

Wszystko wskazuje na to, że to prawo musi zostać choćby tymczasowo zmienione. Potrzeba do tego prawdopodobnie co najmniej nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. To żaden kłopot: władza udowodniła już nie raz, że jeśli tylko chce – jest w stanie przeprowadzić taką nowelizację w ciągu kilku tygodni.

Bardzo wiele osób z różnych powodów już w chwili rejestrowania się nie spełnia tego warunku ustawowego i dlatego zasiłku w ogóle nie otrzymują. Powodem niespełniania tego warunku podstawowego może być na przykład długo ciągnąca się w sądzie pracy sprawa o przywrócenie do pracy. W przypadku odmowy przywrócenia do pracy – może się okazać, że przerwa w zatrudnieniu przekracza łącznie 6 miesięcy co powoduje utratę prawa do przyznania czasowego zasiłku. W zasadzie każdy obywatel który zostaje zwolniony z pracy w jakiejś firmie, powinien natychmiast i samodzielnie rozpocząć starania o zatrudnienie w nowym miejscu pracy. To oczywiste; chce pracować w swoim zawodzie, musi pracować na utrzymanie, to bez ceregieli rozgląda się natychmiast za nową pracą. Pośrednictwo w tym Urzędu Pracy nie jest obowiązkowe, wręcz przeciwnie: jest nie tylko zbędne ale i szkodliwe, bo w dość powszechnie spotykanym rozumieniu wielu pracodawców – jakikolwiek kontakt z Urzędem Pracy negatywnie świadczy o kandydacie. Tak więc - najpierw i przede wszystkim – samodzielnie. Urzędy pracy są dla tych którym w ten sposób nie udało się znaleźć zatrudnienia a nie mają już środków utrzymania.

Należy tu zwrócić uwagę na faktyczne skutki wspomnianego przepisu ustawy; powoduje on, że ludzie zwolnieni z pracy zamiast poszukiwać nowego zatrudnienia najpierw rejestrują się w PUP, nieraz zupełnie niepotrzebnie a powodem jest tylko obawa o utratę ewentualnego prawa do zasiłku. W ten sposób państwo nakręca bezrobocie zamiast promować samodzielność, przynajmniej w pierwszym okresie po rozwiązaniu stosunku pracy.

A więc tylko co piąty statystyczny bezrobotny ma uprawnienia do zasiłku. Za co żyje pozostałe 80% bezrobotnych? Dlaczego dziennikarze o to nie pytają, nie interesują się problemem tak naprawdę! Ci z bezrobotnych którzy mają prawo do zasiłku - otrzymują go przez nie dłużej jak 6 miesięcy (osoby w wieku po 50 roku życia - nie dłużej jak 12 miesięcy) po czym prawo do zasiłku tracą, niezależnie od szans na pracę. Zasada tak naprawdę jest następująca: przychodzi bezrobotny, nie ma dla niego oferty pracy a spełnia restrykcyjne wymogi przyznania zasiłku - to dostaje prawo do zasiłku - do terminu następnej wizyty. I tak aż do 6 (12) miesięcy. Potem zasiłek jest mu decyzją administracyjną odbierany, ale bezrobotnym jest nadal i ma nadal spełniać wszystkie wymogi definicji bezrobotnego. Średni czas poszukiwania zatrudnienia wynosi dużo więcej niż 6 (lub 12) miesięcy.
Więc za co ci ludzie wówczas żyją!? Ktoś powie - że z zasiłku z pomocy społecznej... Ale z tego źródła pojedyncza osoba może otrzymać w zasadzie nie więcej jak dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Za to się nie da przeżyć! Z pewnością nie da się utrzymać „dachu nad głową”. To fikcyjna pomoc a w zasadzie gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych zamiast pomocy!
Niestety najczęściej przedstawia się w mediach sprawę tak, jakby to każdy bezrobotny z zasady otrzymywał zasiłek i to na dodatek przez dowolnie długi okres, dotąd - aż zostanie zatrudniony. Tak być może powinno być ale tak nie jest! Tworzy się w ten sposób szkodliwy mit, wprowadzający w błąd opinię publiczną oraz być może też i władzę (?). Trudno mieć pretensję do Prezydenta Miasta, Starosty czy Rady miejskiej (Rady Powiatu) za bezczynność podczas gdy być może ludzie ci nie zdają sobie sprawy z faktycznego stanu sprawy. Wszystko tonie w mitach i wyobrażeniach ludzi, którzy o tym decydują, ale nie znają prawdy, bo ich to nie dotyczy i nigdy ich osobiście nie dotyczyło, leży poza zakresem ich osobistego doświadczenia.

Sytuacja staje się dramatyczna, bo zbyt wielu ludzi nie ma ani zasiłku ani żadnych szans na jakiekolwiek zatrudnienie, a to jest jakieś wypaczenie czy może nawet zdziczenie społeczne. Jest to po prostu niepojęte, że w XXI wieku w środku Europy państwo stawia człowieka w takiej sytuacji. Szkoda już nawet wspominać o tak banalnej okoliczności, ze to jest jaskrawo sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Ponadto niezwykle ważne jest, że sytuacja ta jest skrajnie sprzeczna z odnośną ustawą. Jakiś dochód o wysokości zbliżonej do zasiłku dla bezrobotnych jest niezbędny do tego, by bezrobotny był rzeczywiście bezrobotnym to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji. Przede wszystkim musi on być od chwili zarejestrowania zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w wymiarze pełnego etatu, ale bez dochodów pozwalających na zaspokojenie absolutnie podstawowych potrzeb życiowych taka gotowość jest fikcją.

Wynika z tego prosty wniosek: bezrobotny, każdy bezrobotny musi mieć zasiłek po to by był rzeczywiście bezrobotny, to znaczy spełniał podstawowe wymogi definicji bezrobotnego. Inaczej - popadamy w fikcję, jak w chwili obecnej, gdy statystycznie cztery piąte bezrobotnych nie ma dochodów. Trzeba tu zauważyć, że bezrobotny z definicji nie może zarabiać, definicja ustalona w ustawie zabrania mu osiągania dochodu z wynagrodzenia, stałego zasiłku z pomocy społecznej bezrobotny także nie może mieć, bo wtedy traci status bezrobotnego. Wymogi ustawowe zdają się być skrajnie absurdalne: w myśl przepisów większość bezrobotnych musi żyć za darmo, nie posiadając żadnych środków i za darmo utrzymywać się w gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy - a to jest fikcja! Jedyny legalny zdaniem PUP dochód bezrobotnego - to odsetki od zgromadzonego na rachunkach bankowych kapitałów czy "oszczędności", ale jeśli bezrobotny posiada takie oszczędności na oprocentowanych lokatach, w wysokości generującej odsetki pozwalające zaspokajać podstawowe potrzeby życiowe, to może nie powinien korzystać z zasiłku dla bezrobotnych. Piszę o tym oczywiście kierując się "logiką kryzysu"; być może byłoby to niesprawiedliwe, ale kryzysy w ogóle nie są sprawiedliwe a chodzi tu o pomoc w pierwszej kolejności najbardziej potrzebującym. Pomijając to - wszelkie dochody bezrobotnego, których źródłem nie może być "wynagrodzenie" oraz wiele innych źródeł (np. nie może to być stały zasiłek z pomocy społecznej) nie mogą przekroczyć dziś 750 zł miesięcznie brutto (50% najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia) a to zbyt mało na utrzymanie się.

Każdy rzeczywisty bezrobotny musi otrzymywać zasiłek i to aż do chwili zatrudnienia. Tylko wówczas będzie rzeczywiście zdolny do podjęcia zatrudnienia. Jednocześnie każdy oszust udający bezrobotnego na przykład w porozumieniu ze swoim pracodawcą, po to by korzystać z zasiłku lub (i) "darmowych" składek na ubezpieczenia zdrowotne, płaconych przez skarb państwa zamiast jego pracodawcy - musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności wraz z wymogiem zwrotu wszystkich bezprawnie pobranych świadczeń (zabezpieczenie roszczenia na mieniu posiadanym w chwili ujawnienia oszustwa). Do odpowiedzialności muszą być także pociągani urzędnicy rejestrujący jako bezrobotnych oraz przyznający świadczenia ludziom którzy bezrobotni nie są. Tolerowanie oszustw w tej dziedzinie, nijakość i nieudolność państwa - szkodzi rzeczywiście bezrobotnym, gdyż nie tylko obraża tych uczciwych ludzi postawionych bez swojej winy w dramatycznym położeniu przez państwo, to jeszcze na dodatek negatywnie ich stygmatyzuje, poprzez prymitywny stereotyp: bezrobotny - to obibok i pijak - co utrudnia im dodatkowo uzyskanie upragnionego zatrudnienia. Dlatego trzeba żądać pociągania do odpowiedzialności urzędników rejestrujących obiboków i pijaków jako bezrobotnych, zamiast jako pensjonariuszy leczenia odwykowego czy zorganizowanej resocjalizacji. To urzędnicy PUP tworzą parszywy stereotyp o ludziach pozbawionych zatrudnienia np. ze względu na wiek. Ludzie pozbawieni pracy a aktywnie jej poszukujący powinni mieć priorytet w urzędzie pracy.
Teraz jest jednak odwrotnie - cwaniacy zawsze mają się dobrze; to ludzie faktycznie bezrobotni są "karani" obojętnością, wyzwiskami, stereotypami i pomówieniami, obrywają za oszustów - od urzędników - z winy tych samych urzędników. Bo obecnie wszyscy oszuści i biurokraci żyją sobie nieźle a "karani" są wyłącznie ci prawdziwi, uczciwi bezrobotni, utrzymujący się najczęściej z pomocy rodzin i faktycznie poszukujący pracy. Z tego powodu wpadają w nędzę całe rodziny a nie obejmują tego żadne statystyki ani dane trafiające potem do władzy jako podstawa oceny stanu bezrobocia i jego skutków. Jeśli krewni przejmują utrzymanie bezrobotnego, biednieje cała rodzina i stanowi to rodzaj bezprawnego, nielegalnego i nigdzie nie ujętego opodatkowania osób w tejże rodzinie mających pracę czy dochody. Jeśli nie zasiłek bezrobotnym - to tym rodzinom powinno być wypłacone jakieś odszkodowanie czy rekompensata za przejęcie na siebie konstytucyjnych obowiązków państwa w tej sprawie. Bo istnieje coś takiego jak Konstytucja i zawiera ona obowiązujące zapisy określające obowiązki państwa. Tego faktu nie zmieni udawanie, że nic takiego nie istnieje, że żadnych obowiązków nie ma bo działa jakaś "niewidzialna ręka"! Rząd w sposób zasadniczy nie realizuje Konstytucji, mimo że nie ma takiego poparcia społecznego, by tę Konstytucję zmienić.
Nie wystarczy tu stwierdzić, że z zasady osoby po pięćdziesiątce nie mogą liczyć na żadną pracę. Jak wiadomo - nie mogą też w większości liczyć na żaden zasiłek ani na realną wystarczającą pomoc w podstawowym utrzymaniu się. Stwierdzając to, trzeba odpowiedzieć na pytanie: za co ci ludzie mają żyć...

... czy też może nie mają żyć a raczej przenieść się szybko na "tamten" świat albo co niektórzy - na "łono..." - to trzeba wyraźnie, otwarcie ogłosić:

"Obywatelu bezrobotny, bądź patriotą i zdechnij cicho na śmietniku przed terminem, bo Polska musi się wydawać "OK."! Pan Tusk tak sobie zażyczył na czas "Euro 2012"! Dla dobrej propagandy i Pi Ar. Koleżanka Kanclerz go za to pochwali..."

Władza nie może tak sobie wzruszyć ramionami i nie odpowiadać na to pytanie „za co żyć”.
Poza tym - narzuca się pytanie kolejne: na co ci ludzie maja czekać! Ludzie są cierpliwi. Potrafią poczekać, ale muszą mieć perspektywę, nadzieję. Trzeba coś energicznie przedsięwziąć, aby zaczęły pilnie powstawać miejsca pracy dostosowane do lokalnej podaży pracowników na rynku pracy, także co do ich wykształcenia i umiejętności.

Stan rejestrowanego bezrobocia w Szczecinie przekroczył 18.000 osób, więc potrzeba bardzo dużo nowych miejsc pracy lub jakiegoś innego rozwiązania systemowego.
Tylko dla rozwiązania tego ogromnego problemu nie wolno zamydlać oczu władzy i udawać, że problemu nie ma. Nie powinno się poświęcać prawdy dla uzyskania efektu propagandowego. Pisanie prawdy to rola dziennikarzy a nie "zwykłych" obywateli - występujących w roli komentatorów informacji dziennikarskich lub wręcz zastępujących dziennikarzy w reagowaniu na stan rzeczywisty. Nie bez powodu dziennikarstwo nazywa się czasem "czwartą władzą".

25/03/2012

43.
Walka z bezrobociem – planowo przegrana.

W oczekiwaniu na przyznanie budżetu na 2012 rok, Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie rozpoczął przyjmowanie wniosków osób bezrobotnych o sfinansowanie szkoleń w trybie indywidualnym.

To jedna z usług (!) jakie świadczą dla ludności Powiatowe Urzędy Pracy, wynikających z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Bo Urzędy Pracy są instytucjami usługowymi. Polega ona na tym, że PUP (starosta) może skierować bezrobotnego na jego indywidualny wniosek, na szkolenie wskazane przez bezrobotnego a nieujęte w planie organizacji szkoleń grupowych opracowanym przez PUP na dany rok – jeśli wnioskodawca wykaże i wiarygodnie uzasadni celowość tego szkolenia, dla uzyskania przez niego zatrudnienia. Koszt takiego szkolenia nie może przekroczyć w ciągu roku równowartości 300% przeciętnego wynagrodzenia.

Wiarygodnym uzasadnieniem dla PUP jest oświadczenie na piśmie konkretnego pracodawcy o zamiarze przyjęcia do pracy bezrobotnego – wnioskodawcy, pod warunkiem ukończenia wskazanego szkolenia.
Innym uzasadnieniem może być złożenie przez bezrobotnego oświadczenia o zamiarze podjęcia konkretnej (opisanej we wniosku) działalności gospodarczej z własnych środków, po ukończeniu wskazanego szkolenia indywidualnego, jeśli ukończenie szkolenia jest warunkiem rozpoczęcia wspomnianej działalności.
Wniosek taki może osoba bezrobotna uzasadnić dokonaną przez siebie analizą zapotrzebowania na pracowników w danym zawodzie czy z danymi umiejętnościami jakie ma osiągnąć poprzez szkolenie o którego finansowanie się ubiega.

Warunkiem skierowania na takie szkolenie jest okres pozostawania w rejestrze bezrobotnych co najmniej 3 miesiące przed złożeniem wniosku, oraz spełnienie co najmniej jednego z warunków:

- bezrobotny w wieku do 26 lat;
- bezrobotny długotrwale, to znaczy co najmniej 12 miesięcy;
- bezrobotny po zakończeniu kontraktu socjalnego;
- kobieta, która nie podjęła pracy po urodzeniu dziecka;
- bezrobotny w wieku powyżej 50 lat;
- bezrobotny bez kwalifikacji zawodowych, bez wykształcenia średniego lub bez doświadczenia zawodowego;
- bezrobotny samotnie wychowujący dziecko (dzieci) w wieku do 18 roku życia;
- bezrobotny po odbyciu kary pozbawienie wolności;
- bezrobotny niepełnosprawny;

W zasadzie moglibyśmy tylko przyklasnąć, że istnieje i taka możliwość poprawienia swojej sytuacji na tak zwanym „rynku pracy”, i to możliwość wymagająca dużej determinacji i zaangażowania ze strony zainteresowanego. Trzeba jednak przyznać, że uzyskanie takiego oświadczenia pracodawcy przy obecnej nadwyżce podaży pracy nad popytem na nią - jest niezwykle mało prawdopodobne. Stwarza to sytuację po części fikcyjną.

Tak fajnie by było, gdyby… nie chodziło o Polskę. W Polsce jednak każdy pomysł po prostu musi być doprowadzony do absurdu, wypaczony i ośmieszony.

W tym przypadku - każdy kto ma lub miał do czynienie z obecnym bezrobociem – (oprócz dyrektora i pracowników PUP kompletnie tego nie rozumiejących) – wie, że dla wszystkich, albo co najmniej znakomitej większości tych powyżej wymienionych przypadków, dla bezrobotnych pozostających w powyżej opisanej sytuacji - zachodzą następujące okoliczności: podstawowym i najczęściej występującym bezpośrednim powodem niemożności uzyskania zatrudnienia – jest brak prawa jazdy, nieznajomość choćby jednego języka obcego w stopniu choćby podstawowym, komunikatywnych i ogólnym.
Jednocześnie - najczęściej osoby wcześniej wymienione nie posiadają już własnych zasobów finansowych na komercyjne, w pełni płatne szkolenia.
Szczególnie dotyczy to bezrobotnych do 26 roku życia, po 50 roku życia i bezrobotnych długotrwale.

Oczekiwanie prawa jazdy na samochód osobowy jest najpowszechniej dziś występującym warunkiem stawianym kandydatom do zatrudnienia. A wbrew pozorom najczęściej nie ma to nic wspólnego z treścią oferty, charakterem pracy itp. Nie chodzi nawet o to, że coraz częściej widzi się oferty z których wynika, że pracodawca oczekuje od kandydata do pracy używania prywatnego samochodu osobowego do wykonywania pracy, na potrzeby jego działalności gospodarczej, beż najmniejszej wzmianki o wylizingowaniu pojazdu od pracownika, rekompensacie zużycia pojazdu czy nawet kosztów paliwa. W wielu przypadkach wymóg prawa jazdy podawany przez „buraczanego” pracodawcę jest tak absurdalny, trudny do wyjaśnienia w powiązaniu z ofertą pracy, że zainteresowali się tym dziennikarze, prosząc kilku ogłoszeniodawców o jego uzasadnienie merytoryczne. Wówczas następowało zdziwienie, rozpaczliwe poszukiwanie możliwości jakiegokolwiek uzasadnienia którego nie było… a w jednym przypadku pracodawca stwierdził dobitnie, że co prawda wymóg posiadania prawa jazdy nie ma rzeczywiście żadnego uzasadnienia w proponowanej przez niego pracy, ale on uważa po prostu posiadanie prawa jazdy na dowód „odpowiedniego” poziomu rozwoju osobistego i kultury człowieka i tylko z takimi kandydatami chce rozmawiać o zatrudnieniu (chodziło o proste prace fizyczne).

Także powszechny staje się wymóg posiadania podstawowych kompetencji językowych, czemu towarzyszy stała „makaronizacja” języka polskiego mimo jego rzekomej ustawowej ochrony. Niestety młodzież do 26 roku życia oraz osoby po 50 roku życia często tej umiejętności nie posiadają. Osoby młode mogą ją posiadać, lecz jeszcze w zbyt niskim stopniu (szkolnym), a starsze - w już zbyt niskim stopniu, co wymaga szkolenia uzupełniającego.
W chwili obecnej nauka języka obcego doprowadzająca do uzyskania podstawowego certyfikatu jest wyłącznie domeną zamkniętego biznesu, odbywa się wyłącznie na zasadach komercyjnych (odpłatnie). Dokładnie tak samo jest z kursami prowadzącymi do uzyskania prawa jazdy: to biznes. Nie jest to objęte żadną pomocą PUP.

Wiele osób bezrobotnych i to zarówno młodych jak i z grupy „50+” ratowało się - staraniem się o pracę jako pracownik ochrony np. w dużych sklepach, hipermarketach itp. Jest to praca bardzo nisko płatna ( 5 – 7,5 zł/h), ale jest; można w przyszłości wykazać się jakąkolwiek pracą (stażem) a te 700 zł miesięcznie to także „więcej niż zero”. Coraz rzadziej jednak można uzyskać taką pracę bez kwalifikacji wynikających ze szkolenia specjalistycznego pracowników ochrony (kwalifikacje I stopnia).

Dlaczego ja to piszę?

Dlatego, nawiązując do tego co na wstępie - że Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie odmawia finansowania indywidualnych szkoleń na prawo jazdy, finansowania podstawowych kursów językowych a także finansowania szkoleń na kwalifikowanego pracownika ochrony. PUP nie przyjmuje nawet takich wniosków. Jednocześnie w planie szkoleń grupowych na rok 2012 opracowanych przez PUP nie ma ani szkoleń na prawo jazdy, ani kursów językowych ani szkoleń podstawowych dla pracowników ochrony.

Nieuchronnie prowadzi to do następujących wniosków:

1. Celem Urzędów Pracy nie jest skuteczne zmniejszenie stopy bezrobocia. Urzędy widocznie potrzebują bezrobocia dla uzasadnienia własnego istnienia, stanu zatrudnienia, budżetu na koszty działalności. Urzędy Pracy by istnieć muszą coś robić więc symulują działania "zmniejszające bezrobocie" ale tak by ono w żadnym przypadku nie zmalało w stopniu im zagrażającym.

2. Istnieje jakaś forma zmowy biznesowej, wyłączająca pewne obszary biznesowe z innych działań a już szczególnie z działań pomocowych, nieodpłatnych. Dlatego zrobić prawo jazdy oraz uczyć się języka obcego można w Polsce wyłącznie odpłatnie a jednocześnie powszechne i nie zawsze uzasadnione wymagania pracodawców wobec kandydatów - napędzają ten interes.

To oczywiście moje prywatne, nieco przewrotne wnioski, być może nieco prowokacyjne, ale jedyne jakie mi przychodzą do głowy i posiadają przy tym znamiona pewnej logiczności. Logiczność która powinna stać się przedmiotem zainteresowania właściwych instytucji kontrolnych.

03/03/2012

41.
Bezrobocie z definicji.

Bezrobocie polega na powstaniu nadwyżki „podaży” pracy, czyli ilości osób zdolnych i gotowych natychmiast podjąć pracę zawodową, nad „popytem na pracę najemną” czyli potrzebami przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą i zatrudniających do realizacji tej działalności - pracowników.
Nadwyżka ta (czyli bezrobocie) istnieje stale, jednak normalny, tak zwany naturalny jej poziom nie przekracza 2 – 3 % i problemy z tym związane rozwiązywane są automatycznie w procesie tak zwanej fluktuacji kadr. Oznacza to, że w każdej chwili niewielka części pracowników jest akurat zwalniana lub sami zwalniają się ze stosunku pracy z dotychczasowym zatrudniającym a inni w tym czasie niejako na ich miejsce pracę tę podejmują. Jest to po prostu jakby „strefa zmiany” dotycząca z jednej strony pracowników a z drugiej – zatrudniających . Pewien niewielki niedobór ilości miejsc pracy najemnej powoduje atmosferę zdrowej rywalizacji, stabilizując zatrudnienie z korzyścią dla płynności pracy firm. Czas poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest stosunkowo krótki, z łatwością zanik dochodu z pracy rekompensowany jest zasobami własnymi pracownika lub w ostateczności – zasiłkiem dla osób poszukujących pracy, pobieranym co najwyżej kilka miesięcy. To wszystko jeszcze mieści się w granicach normalnych zjawisk w dziedzinie pracy.
Bezrobocie przewyższające ten stan naturalny nazywa się bezrobociem nadmiernym i podlega ustawowemu obowiązkowi zwalczania (przeciwdziałania).
Pojęcie bezrobocia wiąże się ściśle z pojęciem bezrobotnego.

Osobą bezrobotną w Polsce jest osoba która nie jest zatrudniona, ani nie wykonuje żadnej innej pracy zarobkowej a jednocześnie jest chętna, zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy zawodowej w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie. Jest to osoba w wieku powyżej 18 lat ale nie powyżej 60 (kobiety) lub 65 (mężczyźni) lat, nieucząca się ani niestudiująca na studiach stacjonarnych, nieposiadająca emerytury, renty socjalnej, renty zdrowotnej, renty szkoleniowej, zasiłku przedemerytalnego, chorobowego, macierzyńskiego, nie jest posiadaczem gospodarstwa rolnego o powierzchni powyżej 2 ha, nie ma wpisu do ewidencji działalności gospodarczej lub działalność jest zawieszona, nie podlega na podstawie jakichkolwiek obowiązujących przepisów obowiązkowi ubezpieczenia społecznego i nieosiągająca dochodów miesięcznych przekraczających połowy minimalnego ustawowego wynagrodzenia za pracę z jakichkolwiek źródeł z wyłączeniem odsetek lub innych przychodów od środków zgromadzonych na rachunkach bankowych.

To nie jest jeszcze pełna definicja ale zawiera główne wyznaczniki pojęcia osoby bezrobotnej. Jakiekolwiek osoby niespełniające wymogów wynikających z definicji ustawowej – nie są osobami bezrobotnymi w Polsce.

Stosownie więc do tego – bezrobocie określa się jako stosunek pomiędzy całkowitą ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki i jednocześnie zatrudnionych – a ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki a niezatrudnionych – wyrażoną w procentach.

W myśl zasad ustawowych obowiązujących powszechnie – nie jest osobą bezrobotną :
- osoba która nie ukończyła 18 lat;
- osoba które nie jest zdolna do natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze;
- osoba która osiągnęła wiek emerytalny (niezależnie od tego czy ma decyzję o przyznaniu emerytury);
- osoba która jest rencistą z tytułu niezdolności do pracy;
- pobiera stały zasiłek z pomocy społecznej;
- ma wpis o działalności gospodarczej a działalność nie jest zawieszona (niezależnie od tego czy działalność przynosi dochód).
- osoba aresztowana lub odbywająca karę pozbawienia wolności;
- osoba która jest uczniem szkoły nie dla dorosłych lub studentem studiów stacjonarnych;
- osoba która osiąga z jakichkolwiek źródeł prócz odsetek od sum zgromadzonych na koncie bankowym dochód miesięczny większy niż 690 zł (750 zł po wejściu w życie ustawy o podwyższeniu minimalnej płacy do 1500 zł brutto).

Oprócz osób bezrobotnych wyróżnia się jeszcze osoby bierne zawodowo.

Osoby bierne zawodowo nie są osobami bezrobotnymi.

Do osób biernych zawodowo należą:

Emeryci
Renciści
Osoby na urlopie wychowawczym
Osoby na urlopie macierzyńskim
Osoby odbywające karę więzienia
Zakonnicy i zakonnice
Osoby przebywający w domach opieki
Rentierzy

Pomijając szczegóły, najważniejsze jest jednak to co wyróżnia szczególnie osoby uznane za bezrobotne. To że taka osoba poszukuje możliwości uzyskania zatrudnienia, oraz że jest praktycznie gotowa i zdolna do podjęcia pracy w pełnym wymiarze dla danego zawodu.

Ma to swoje realne i logiczne konsekwencje: jeśli na przykład bezrobotny zachoruje i uzyska krótkotrwałe zwolnienie lekarskie – korzysta ze zwolnienia na zasadach analogicznych jak pracownik. Jeśli jednak choruje długotrwale, otrzymuje zasiłek chorobowy z ZUS i wówczas traci prawo do statusu osoby bezrobotnej, ponieważ przestaje być zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście ukrywanie przez kogoś faktów lub okoliczności dla uzyskania statusu osoby bezrobotnej, podczas gdy w rzeczywistości nie spełnia on warunków lub przekracza je – jest pospolitym oszustwem, wiąże się z przestępstwem wyłudzenia nienależnego zasiłku i podlega ściganiu w przypadku ujawnienia. Pospolite oszustwa zdarzają się w wielu okolicznościach i wszędzie więc nie stanowią one cechy charakterystycznej bezrobocia.

Inną konsekwencją jest to, że najczęściej alkoholik, osoba uzależniona od spożycia alkoholu nie jest zdolna i gotowa natychmiast podjąć pracę. Osoby o znacznie ograniczonym stopniu zrozumienia treści im przekazywanych, otoczenia, osoby w widocznie złym stanie psychicznym – także nie mogą być uznane za spełniające ten warunek. Oczywiście zarówno w tym jak i w poprzednim przypadku odnoszę się do praktyki urzędów pracy polegającej na bezmyślnym i nieodpowiedzialnym stosowaniu przepisów w sposób wyłącznie formalny.
Prowadzi to do szkodzenia osobom poszukującym pracy, gdyż powoduje nieudzielenie im potrzebnej pomocy, obniżenie wiarygodności urzędu pracy jako pośrednika pracy czyli szkodzi wszystkim.

Urzędy pracy działają na podstawie ustawy i przepisów wykonawczych. Mają wszelkie narzędzia dla odpowiedniego zapobiegania oszustwom, wyłudzeniom albo wykrywania ich i przekazywania do organów ścigania. Nie czynią tego jednak, dlatego status osoby bezrobotnej jest statusem niezwykle niskim. Z powodu złej polityki i praktyki, osoby nieuczciwe albo niezdolne do pracy zbyt łatwo uzyskują status osoby bezrobotnej, a następnie – wysłane do pracodawcy w celu podjęcia pracy – kompromitują Urząd jako pośrednika, siebie ale przy okazji także i ogół, sam status osoby bezrobotnej, powodując efekt uogólnienia obrazu, wytworzenia negatywnego stereotypu. Jest to ewidentna wina Urzędów Pracy, a więc zarządzających nimi dyrektorów, powołujących ich starostów (prezydentów miast) czyli ogólnie mówiąc – władzy. Władza lokalna w większości wywodzi się ze środowiska politycznego partii rządzącej. Z pewnością nie jest to wina osób rzeczywiście bezrobotnych. To wynik działania złej ustawy, a ustawa stworzona została przez parlament, który reprezentuje większość parlamentarną skupioną wokół siły politycznej jaka wygrała wybory i utworzyła rząd. A więc w konsekwencji – za opisaną tu sytuację odpowiada Rząd. Akurat w tym wypadku – Rząd Donalda Tuska, co stwierdzam absolutnie bez satysfakcji.

Sytuację pod tym względem powinno poprawić działanie polegające na restrykcyjnym stosowaniu w praktyce wymogów definicji osoby bezrobotnej oraz ściganiu oszustw jak i kierowaniu do właściwej pomocy osób uczciwych lecz niespełniających podstawowego wymogu definicji; zdolności do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście te wszystkie dywagacje wiążą się z tym, że dotyczą istniejącej liczby miejsc pracy. Jest ich zbyt mało. O ile za mało, tego tak naprawdę nie wiadomo, gdyż ewidencyjne dane o ilości osób bezrobotnych nie są do końca wiarygodnie, a to dlatego, że obejmują one także pewną część osób np. pracujących „na czarno” jak i osób absolutnie w rzeczywistości niezdolnych do podjęcia jakiejkolwiek zorganizowanej pracy, np. czynnych alkoholików, osoby znacznie ograniczone umysłowo a nieposiadające statusu osoby niepełnosprawnej itp.
Panuje system wrzucający „do jednego worka” wszystkich którzy mogą wykazać formalne spełnienie wymogów i składają oświadczenie o innych okolicznościach – oświadczenie którego nikt potem nie sprawdza.
Formalistyczne podejście urzędników do treści ustawy objawia się tym na przykład, że osobie wykazującej pełne typowe cechy zewnętrzne zaawansowanego alkoholika i to na wygląd i na "wyczucie" - najwyraźniej bezdomnego - podsuwa się pod nos druk oświadczenia, że "jest zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy" po czym staje się on bezrobotnym, otrzymuje np. zasiłek dla bezrobotnych który oczywiście pogrąża go jeszcze bardziej w alkoholizmie, jest wzywany co dwa miesiące do obowiązkowej wizyty w Urzędzie by podpisać kolejny taki sam papierek, i tak przez półtorej roku. Urząd Pracy nie daje nikomu ofert, nie proponuje nikomu konkretnej pracy, jeśli ktoś sam nie szuka i nie pyta. Urząd Pracy w najlepszym przypadku zdobywa oferty pracy i je publikuje w centralnej bazie ofert oraz w formie papierowych ogłoszeń na tablicach informacyjnych w siedzibie urzędu. Be4zrobotny ma sam znaleźć sobie ofertę i o nią zapytać w Urzędzie - czy zechcą go tam skierować. A w tym przypadku - alkoholik nie pyta i nie szuka. Chce jak najdłużej dostawać od Państwa na wódkę.
Podobnie z osobami normalnie pracującymi na pełnym etacie, tyle że "na czarno". Formalnie spełniają one wszystkie wymogi, jeśli ukryją nigdzie nie notowany fakt posiadania stałej pracy i osiągania dochodów. Do osiąganych dochodów dołączą sobie jeszcze i zasiłek, a co... należy się...
Przy obowiązkowym stawiennictwie raz na dwa miesiące w z góry ustalonych terminach - z łatwością można pogodzić te obowiązki ze stałą pracą. Nie byłoby to możliwe, gdyby stawiennictwo było częstsze, nieregularne, w różnych godzinach i gdyby delikwent otrzymywał często oferty odpowiedniej pracy z obowiązkiem stawienia się do pracodawcy i udokumentowania tego. Inaczej pewnie też by było, gdyby wyłudzenia nienależnego zasiłku było surowo karane, nie tylko obowiązkiem jego zwrotu na zasadach podobnych do egzekucji obowiązku alimentacyjnego ale i odpowiedzialnością karną oraz upublicznieniem. Kara ma mieć działanie odstręczające od zamiaru przestępczego, wyłudzenie np. zasiłku nie może się w żadnym przypadku opłacać.

Jeśli urząd pracy wyśle alkoholika do pracodawcy jako kandydata do pracy poszukiwanego przez tego pracodawcę, to ośmiesza nie tylko Urząd jako pośrednika ale psuje wizerunek wszystkich kandydatów kierowanych przez urzędy pracy. Rodzi się w ten sposób stereotyp bardzo szkodliwy i niesprawiedliwy dla tych rzeczywistych, prawdziwych bezrobotnych.
Jeśli Urząd skieruje do pracodawcy osobę już gdzieś na czarno pracującą, to będzie się ona tam broniła rękami i nogami przed zatrudnieniem jej, co rodzi stereotyp że bezrobotni to lenie wcale nie chcący pracować, stereotyp bardzo szkodzący opinii ogólnej o bezrobotnych a więc głównie tym prawdziwym bezrobotnym, rzeczywiście poszukującym zatrudnienia.

Na dodatek: to co opisałem powyżej - to nie jest wina rzeczywistych bezrobotnych. Nie mają oni na to żadnego wpływu. To wina głupiej ustawy, biurokracji w Urzędzie, a więc wina Władzy. Wina Rządu. I owszem: wina Tuska. Jako premiera i szefa partii rządzącej.
Osoby rzeczywiście bezrobotne chcą pracować, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy, głównie dotyczącej przekonania pracodawcy do realizacji zamiaru zatrudnienia ich> Osoby bezrobotne nie życzą sobie być "wrzucane do jednego worka" z alkoholikami, oszustami, osobami niepełnosprawnymi umysłowo czy bezdomnymi. Dla tych wymienionych osób potrzebna jest inna, specjalistyczna pomoc i zasługują one na nią; alkoholicy na leczenia a potem resocjalizację, oszuści na odpowiedzialność za próbę wyłudzenia - co także należy uznać za pomoc; pomoc w zrozumieniu zasad funkcjonowania społeczeństwa praworządnego. Osoby nie w pełni sprawne umysłowo, na odpowiednią opiekę i pomoc ale nie z Urzędu Pracy a z Opieki społecznej. Urzędy pracy powinny selektywnie zajmować się tylko rzeczywiście bezrobotnymi.

Cały istniejący system jest straszliwie niefunkcjonalny i marnuje ogromne środki publiczne, nie osiągając podstawowego i głównego celu. Równolegle z przeciwdziałaniem skutkom bezrobocia muszą towarzyszyć działania zapobiegające przyczynom bezrobocia, a więc rozkładowi gospodarki, zastępowaniu likwidowanej produkcji własnej, lokalnej – importem obcych wyrobów, rozwijaniu i promowaniu turystyki do Polski dającej lokalnie wiele miejsc pracy (obsługi turystycznej) wraz z działaniami ekologicznymi, odbudową części przemysłu zniszczonego w latach 90-tych, właściwej polityce edukacji zawodowej i szkolnictwa wyższego itp. To wszystko jest konstytucyjnym obowiązkiem siły politycznej jaka przyjęła władzę i stworzyła Rząd Rzeczypospolitej Polskiej.

12/02/2012

29.
Prace Interwencyjne i Roboty Publiczne – świetne pomysły… wypaczone i skompromitowane.

Na początku lutego (jak ten czas leci...) pisałem o stażach dla osób bezrobotnych, finansowanych ze środków Funduszu Pracy, a zwłaszcza o fatalnym wypaczeniu i zniszczeniu tego pomysłu, doprowadzeniu go do absurdu przez Urząd Pracy, tak jak ja to widzę i rozumiem.

Rozpoczęły się działania pozorowane w Urzędach Pracy

Kolejnym „instrumentem rynku pracy” są prace interwencyjne i roboty publiczne.
Jest to forma interwencji Państwa w tak zwany „rynek pracy”, polegającej na częściowym dotowaniu zatrudnienia dla osób, które dzięki temu powinny uzyskać trwałe zatrudnienie i wyjść z sytuacji bezrobocia. Można to w zasadzie traktować jako formę potrzebnej kontynuacji działania poprzez staże w pełni dotowane, jakie opisałem wcześniej, ale niestety także i kontynuacji wypaczenia jakie opisywałem w odniesieniu do staży, a więc kontynuację w całym tego słowa znaczeniu.

Ma to szczególne znaczenia dla osób posiadających pewną wiedzę i umiejętności ale bez żadnego doświadczenia zawodowego (stażu pracy), gdyż właśnie ten brak doświadczenia praktycznego bardzo często powoduje niechęć do ich zatrudniania. Pracodawcy poszukują przecież kandydatów idealnych, już doświadczonych i wdrożonych do pracy przez innego pracodawcę. Ma to więc znaczenia dla aktualnych absolwentów studiów i szkół zawodowych, ale także dla osób przekwalifikowanych z powodu potrzeby dopasowania ich umiejętności do lokalnych potrzeb. Wśród tychże osób przekwalifikowanych najczęściej są ludzie starsi niż absolwenci, często w wieku tzw. „50+”. Uzyskali oni nową wiedzę w ramach kursów i szkoleń na jakie uczęszczali jako bezrobotni, ale nie mają praktyki w stosowaniu tej wiedzy; zresztą do każdej pracy trzeba się najpierw dopasować, „wpracować się w nią” jak to się potocznie określa i dotyczy to absolutnie każdego.

Otóż idea była świetna: w takiej sytuacji osoba chętna i zdeterminowana, zdecydowanie starająca się o to, powinna być kierowana najpierw na staż (3 – 6 miesięcy) który jest dla zachęty pracodawcy w pełni dotowany z FP i w jego trakcie osoba ta wykonuje pod nadzorem „opiekuna stażysty” konkretną, weryfikowalną pracę na zasadach „wpracowania się”, otrzymując za to stypendium stażowe z FP, pracuje z wykorzystaniem nabytej wiedzy teoretycznej i jej samodzielnym uzupełnieniem w razie potrzeby. Po zakończeniu takiego stażu pracodawca może zatrudnić taka osobę czasowo lub na czas nieokreślony, albo zawrzeć z nią umowę cywilną. Jeśli to nie wystarczy do uzyskania trwałego zatrudnienia, natychmiast po stażu osoba ta może być skierowana do zatrudnienia na zasadach prac interwencyjnych, w połowie dotowanych z FP a w połowie – płatnych przez pracodawcę, gdzie także pracuje na zasadach samodzielnej pracy za wynagrodzeniem, na okres np. 12 miesięcy. Refundacja około połowy kosztów zatrudnienia (płaca i składki na ub. społ.) niewątpliwie jest oszczędnością i zachętą dla pracodawcy a także nieocenioną pomocą dla osoby bezrobotnej, pozwala rzeczywiście nabyć doświadczenie i pewność w wykonywaniu nowej pracy.
Jeśli nawet instytucja zatrudniająca taką osobę nie jest zainteresowana kontynuowaniem jej zatrudniania po okresie prac interwencyjnych, bez dotacji, to osoba ta powinna być już na tyle samodzielna zawodowo i psychicznie „utwierdzona” w swoim poczuciu wartości (utraconym z powodu bezrobocia), że powinna szybko samodzielnie uzyskać jakieś inne zatrudnienie… chyba że należy do grupy „50+”, która jest bezwzględnie wypychana z rynku pracy, irracjonalnie i bez względu na umiejętności i kompetencje; jest po prostu eksterminowana przez rząd Platformy Obywatelskiej. W ostateczności, w najgorszym przypadku osób młodszych - sporym kosztem społecznym daje to dodatkowe 1,5 roku pracy i powrót do rejestru bezrobotnych.

Ustalanie zasad nie należy jednak do Urzędów Pracy; urzędy jedynie są ich realizatorami.
Pomijając to, co wymaga oddzielnego omówienia, jest to ważna propozycja. Pozwala to (teoretycznie) pracodawcy czasowo obniżyć koszty wykonywania realnych prac w zamian za umożliwienie nabycia doświadczenia zawodowego. Pozwala sprawdzić konkretną osobę jako kandydata do trwałego zatrudnienia, wdrożyć ją do konkretnych standardów organizacyjnych i jakościowych w firmie (korporacji) stosunkowo minimalnym kosztem własnym.

Wszystko to by było bardzo piękne, gdyby nie wypaczenia. O wypaczeniach staży dla osób bezrobotnych pisałem w poprzednim, przywołanym na wstępie artykule.
Prace interwencyjne także zostały wypaczone i to dokładnie z tego samego powodu: upoważnienia instytucji występujących o zgodę na zorganizowanie prac interwencyjnych lub robót publicznych – na imienne wskazanie osoby zarejestrowanej w Urzędzie Pracy, dla której chcą te prace zorganizować. Okazało się przez to, że ta forma pomocy zupełnie nie jest dostępna dla „zwykłych” osób zarejestrowanych jako bezrobotne, że ich starania czy inicjatywa na nic się nie zdaje. Poszczególne instytucje czy firmy po prostu zaczęły dokładnie korzystać ze swojego uprawnienia; najpierw ktoś „ważny” w firmie – organizatorze, na zasadach protekcji, prywaty czy nepotyzmu ustalał osobę dla której będą zorganizowane prace interwencyjne, następnie osoba ta rejestrowała się w PUP po to by móc skorzystać z tej formy pomocy Państwa (gdyby nie to, osoba ta nigdy by się nie ubiegała o status bezrobotnej) i była zatrudniana, często też na specjalnie dla niej stworzonym stanowisku, z dotacją Funduszu Pracy.

W tym znaczeniu też, całkowicie zneutralizowano wpływ tego „instrumentu” na stan bezrobocia. Oferty „organizacji prac interwencyjnych” były zawsze w PUP publikowane jako powszechnie dostępne oferty pracy, dopiero zgłaszające się zainteresowane osoby od dawna zarejestrowane jako bezrobotne otrzymywały za każdym razem odpowiedź, że oferta dotyczy konkretnie i imiennie wskazanych osób, czyli była praktycznie zajęta zanim się ukazała w PUP. Pieczono w ten sposób „dwie pieczenie przy jednym ogniu” a może nawet i „trzy pieczenie”, bo środki na dotacje szły do tych „do których trzeba”, czyli do „swoich”, córeczek i wnuczków ważnych osobistości a nie do jakiejś hołoty bezrobotnej, po drugie Urząd Pracy tworzył sobie dane do sprawozdań ilościowych oraz nabijał sobie liczbę publikowanych ofert pracy, mimo że publikował oferty - przed publikacją już zajęte, a po trzecie i najważniejsze – nie zmniejszało to stanu bezrobocia, czyli nie zagrażało interesom ogromnej armii ludzi żyjących z tego że bezrobocie jest i żerujących na nim.
W ten sposób znane są przypadki nawet i kilkuletniego bezrobocia - bez zasiłku, które nie doczekało się ANI JEDNEJ OFERTY ZATRUDNIENIA ze strony Urzędu Pracy.

Urzędy Pracy boją się znacznego zmniejszenia bezrobocia, ale jeszcze bardziej boją się oskarżenia o marnotrawstwo czy niegospodarność, wpadki lub pomyłki, a jak wiadomo "nie myli się jedynie ten co nic nie robi", więc... Urzędy Pracy z tego powodu nastawione są nie na pomoc bezrobotnym w wychodzeniu z bezrobocia, ale na „obronę przed oszustami”. Są jak warowne zamczyska, zabezpieczone ze wszystkich stron murami "procedur", biurokratycznych warunków do spełnienia, zastrzeżeń, dokumentów, zaświadczeń, formularzy itp. To oczywiście nie jest wina PUP a raczej głupiej ustawy, wrzucającej „do jednego worka” i faktycznych bezrobotnych i alkoholików niezdolnych do pracy i cwaniaków udających bezrobocie dla uzyskania zasiłku lub składek ubezpieczenia zdrowotnego. Urzędy boją się afer ale nie bardzo też im zależy na realizacji faktycznych zadań czy osiąganiu wymiernych skutków wobec potrzebujących, bo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze pogarda dla ludzi przychodzących tu po pomoc, może na zasadzie psychicznej bariery samoobronnej. Lepiej więc zdaniem PUP nie pomóc faktycznemu bezrobotnemu, niż przez nieuwagę pomóc osobie do pomocy nieuprawnionej, szczególnie gdyby to się miało "wydać". Jasne jest, że przez zasadę "wrzucenia do jednego worka" wszystkich "chętnych na zasiłek" wraz z poszukującymi zatrudnienia, w imię jakiejś idiotycznej, dogmatycznej "równości" i "wolności" wyznawanej niczym religię przez "sektę" neoliberałów - tracą tylko ci faktycznie szukający zatrudnienia, rzeczywiści bezrobotni zdolni i chętni do podjęcia odpowiedniej pracy i pozbawieni dochodów. Alkoholicy niezdolni do żadnej pracy a uznani za bezrobotnych na podstawie ich oświadczenia, oraz oszuści udający niepracujących dla zasiłku i składek ubezpieczenia - zyskują, a Urzędy pomimo "obwarowania się" nie są w stanie temu przeciwdziałać z winy durnej ustawy.
Urzędy pracy w takiej sytuacji są zainteresowane jedynie formalnymi wskaźnikami dającymi się łatwo i ładnie „sprzedać” w sprawozdaniach i opracowaniach, dlatego taka sytuacja dotycząca prac interwencyjnych prawdopodobnie im podpowiada, jest dla Urzędu w miarę bezpieczna. Taka organizacja nic nie daje bezrobotnym ale daje poczucie bezpieczeństwa urzędnikom i to jest dla nich najważniejsze.

Odwiedziny: