Nadal jesteśmy świadkami skandalicznego „spektaklu teatralnego” reżyserowanego przez Premiera i jego ekipę, pod tytułem „Walka naszego wspaniałego Rządu z bezrobociem i bohaterska pomoc osobom bezrobotnym”, jak choćby wczorajsza akcja Pana Ministra wspólnie z Premierem – na Twitterze, zatytułowana „podsumowanie minionego roku”…
Używam tu formy „my” – choć trzeba wyraźnie stwierdzić, że jednak
ogólnie traktowani „my” jesteśmy tam jakby w różnym charakterze:
znakomita większość – to nażarci i znudzeni widzowie siedzący na sali,
ci których to już nie dotyczy, którym się już nawet nie chce klaskać ani
wzruszać – reżyserom na chwałę i dla siebie na pożytek, a rozglądają
się raczej – jak i gdzie by tu czmychnąć z tego nudnego przedstawienia;
inni są tu aktorami, tyrającymi dla chleba („Śmiej się – pajacu”),
wykorzystywanymi, starającymi się po prostu dotrwać do końca, ale są i
tacy – którzy wyłącznie pilnują kasy, oczywiście pilnują jej – jak
swojej. Kasa – dominuje też ich udział i sposób patrzenia na ten
spektakl. Myślą: jak na tym zarobić… jak zarobić jeszcze więcej…
Miniony okres otrzymywania przez Polskę bardzo dużych kwot pomocy
unijnej (2007 – 2013) na ograniczenie skutków bezrobocia i jego redukcję
– był złotym okresem zarabiania na tych działaniach przez rodzimych
cynicznych cwaniaków; szczególnie spektakularna była sprawa „szkoleń dla
bezrobotnych” – które nie odnosiły prawie żadnego skutku jeśli chodzi o
ich wpływ na wielkość bezrobocia czy sytuację osób bezrobotnych, za to
pozwalały nieźle zarobić przeróżnym firmom szkoleniowym i instytucjom
będącym projektodawcami i realizatorami różnych „projektów pomocy
bezrobotnym” otrzymujących dofinansowanie unijne a polegających na
szkoleniu osób bezrobotnych; przeważnie chodziło o działania
psychologiczne, aktywizacyjne i szkolenia zawodowe potrzebne „psu na
budę”.
Same programy „aktywizacji” i wszelkie inne działania w zakresie
objętym programem – jako takie, przeprowadzane były najczęściej w sposób
dobry, profesjonalny, ale po ich zakończeniu osoba biorąca w nich
udział nadal nie otrzymywała żadnych ofert pracy, wszelkie jej wysiłki
zmierzające do uzyskania pracy zgodnej z ukończonym kursem zawodowym –
nie dawały żadnego efektu. Zaświadczenie o ukończeniu kursu, zdaniu
egzaminu – nadawało się do podtarcia… a przecież wydano na to bardzo
dużo pieniędzy. Autorzy ani tym bardziej realizatorzy tych projektów
swoje zainteresowanie i aktywność ograniczali jedynie do własnych
działań „tu i teraz”, zgodnie z planem realizacji zaprojektowanych i
dofinansowanych działań, jednak bez żadnego zainteresowania ich finalnym
skutkiem dla bezrobotnych a co za tym idzie – dla sytuacji państwa.
Tak jak i przed kursem – tak i po nim nieodmiennie taką osobę bezrobotną
spotykała odmowa zatrudnienia, szczególnie gdy chodzi o osoby w wieku
określanym jako „50 plus”. Nie można było zarzucić jej braku wiedzy (po
kursie, szkoleniu) – to się jej odmawiało doświadczenia w tym zawodzie –
byle tylko nie ujawnić rzeczywistego powodu odmowy, jako łamiącego
prawo.
Po prostu; odmowa ta dotyczyła wieku tych osób a nie ich kwalifikacji,
stąd działanie w kierunku zmiany ich kwalifikacji poprzez kursy i
szkolenia dla nich nie mogło niczego zmienić i przeważnie nie zmieniało…
Może raczej należało szkolić pracodawców z prawa pracy, by im wyjaśnić,
że prawo w całej unii zabrania odmowy zatrudnienia ze względu na wiek…
Świadomie krytykuję tu nie pomysł a jego realizację, gdyż działania
zmierzające do podwyższenia lub uaktualnienia kwalifikacji osób
poszukujących zatrudnienia – są celowe i są wręcz konieczne,
bardzo się tu też przydaje dofinansowanie z EFS. Muszą jednak one być
nakierowane na konkretne potrzeby konkretnych osób i to najlepiej w
porozumieniu z konkretnymi pracodawcami, muszą być skojarzone z aktywnym
i ciągłym pośrednictwem pracy już przed takim kursem i w jego trakcie,
tak by natychmiast po zakończeniu tego szkolenia następowało rozpoczęcie
pracy, choćby na umowę na okres próbny. Działania takie mają sens gdy
mają w realny sposób zmieniać sytuację osób im poddanych dotyczącą pracy
czyli źródła dochodu a nie – jako pomysł na „biznes” dla osób je
projektujących i realizujących, bez założenia osiągnięcia realnego
skutku dla bezrobotnych.
Takie podejście – to instrumentalne traktowanie bezrobotnych, żerowanie
na ich sytuacji, wykorzystywanie ich jako pretekstu do zarobienia na tym
– czyli działania dość podłe. Najistotniejsze jest tu jednak to, że
obie strony mają tu swój słuszny interes który da się połączyć, zamienić
w sukces obu stron jednocześnie.
Ponadto samo działanie na bezrobotnych tu niczego nie zmieni;
działania muszą dotyczyć i zdecydowanej walki z nielegalnymi formami
zatrudnienia, z nielegalną sferą gospodarki (ogromnym i nadal
rozrastającym się podziemiem gospodarczym), z łamaniem prawa pracy i
naginaniem przepisów o nawiązywaniu stosunku pracy a także z działaniem
promocyjno-informacyjnym nakierowanym na pracodawców czy ogólniej nawet –
na przedsiębiorców, mającym na celu rzeczywistą promocję zgodnego z
prawem zatrudniania. Prawo musi także stwarzać bodźce materialne
powodujące, że zatrudnienia zgodne z prawem musi się coraz bardziej
opłacać a niezgodne z prawem – opłacać coraz mniej i być związane ze
stratami (karami) finansowymi a nawet pozbawieniem wolności
(przestępstwa podatkowe).
Wreszcie działania władzy muszą skłaniać
pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy poprzez rozwój
działalności, bo miejsc pracy brak i powoduje to, że same działania
mające na celu „aktywizację” bezrobotnych do poszukiwania pracy której
nie ma – pogarszają sytuację zamiast ją poprawiać. Jak pisałem w jednym z
wcześniejszych felietonów – nie da się usadzić jedenastu osób na
dziesięciu krzesłach i wszelkie próby zrobienia tego są marnowaniem
czasu i pieniędzy, szczególnie gdy zadanie to powierzamy komuś od kogo
„ilość krzeseł” zupełnie nie zależy…
Jednym z elementów „wielkiej reformy urzędów pracy” jaka wchodzi w
życie z początkiem przyszłego roku jest pomysł, aby do aktywizacji
bezrobotnych zaangażować zewnętrzne, prywatne agencje szkoleniowe,
organizacje pozarządowe itp. Pomysł opiera się głównie na próbie
powiększenia liczby aktywnych pośredników pracy i doradców zawodowych
obsługujących bezrobotnych, bo urzędy pracy mają ogromny niedobór
pracowników na tych stanowiskach oraz nie mają funduszy na bezpośrednie
zwiększenie liczby pracowników tym się zajmujących. Pomysł ten, dość
ogólnikowy początkowo, przechodził rożne stadia i wydawał się dobry;
rzeczywiście małe NGO-sy nakierowane zgodnie z własnym profilem na
konkretne grupy osób bezrobotnych w szczególnej sytuacji – mogłyby
znacznie lepiej i skuteczniej niż urzędy pracy aktywizować ludzi
poszukujących pracy; spółdzielnie socjalne, małe prywatne agencje
zatrudnienia i szkoleniowe dobrze spełniłyby rolę aktywizacyjną, bo
przecież obecnie także urzędy pracy same nie prowadziły szkoleń i kursów
dla bezrobotnych a także zlecały ich prowadzenie firmom zewnętrznym
wyłonionym w przetargach.
W przebiegu zmian i korekt projektu ustawy pojawił się tam jednak
zapis, że urząd pracy może delegować agencjom zatrudnienia zadanie
aktywizacji bezrobotnych, jednak w grupach nie mniejszych niż 200 osób.
Dlaczego tyle – Bóg jeden raczy wiedzieć… Automatycznie eliminowałoby
to małe organizacje pozarządowe i małe firmy szkoleniowe a preferowałoby
największe agencje-kombinaty, bo mała agencja nie poradzi sobie z tak
liczną grupą w jednym czasie, nawet podzieloną na mniejsze zespoły czy
klasy. Małe agencje, spółdzielnie socjalne i NGO-sy przyjmujące np. 20 –
30 osób i uzyskujące za to skuteczność 60 – 70% z pewnością lepiej
wykonałyby wspomniane zadanie, ale… zarobiłby na tym nie ten, co powinien…
Wiadomo jest, że chodzi tu o
miliardy złotych a więc trwa po prostu walka o „przejęcie” rynku tych
„usług”, mającego dać w przyszłości tak wielkie dochody. Jak by tego nie
rozpatrywać – chodzi o prywatyzację usług szkoleniowych i
aktywizacyjnych. Bezrobocie, bezrobotni jako ludzie – nikogo tu nie
interesują; znów są tylko pretekstem.
Prywatyzacja nie miałaby tu znaczenia a wręcz stanowiłoby to szansę,
gdyby określono dość wysoki pułap wymaganej skuteczności aktywizacyjnej
dla tych firm; pisząc dość wysoki – mam na myśli skuteczność rzędu np.
70% (70% osób oddelegowanych do aktywizacji przez te agencje znajduje w
wyniku tego stabilne zatrudnienie). Tymczasem oczekiwaną skuteczność
określono na poziomie osiąganym dotychczas przez urzędy pracy
(oficjalnie nieco ponad 40%). Chodzi tu o odsetek osób, jakie po
zakończeniu działań którym zostałyby poddane w ramach tego projektu –
uzyskałyby dzięki nim trwałe zatrudnienie (zostałyby wykreślone z
ewidencji bezrobotnych). Od tego zależałaby także i wysokość
wynagrodzenia dla takiej firmy „aktywizującej”.
Zresztą; skuteczność jest tu przecież dość mało zależna od
jakichkolwiek działań aktywizacyjnych wobec bezrobotnych, bo przyczyną
tak wysokiego bezrobocia jest słaba aktywność gospodarki skutkująca
małym popytem na pracę ludzką, brak miejsc pracy w pewnych sektorach
zawodowych (struktura), brak polityki gospodarczej władzy i
przyszłościowej wizji gospodarczej kraju, zniszczenie lub marginalizacja
(likwidacja) pod wpływem decyzji unijnych lub rodzimego bałaganu –
pewnych dziedzin lub całych gałęzi gospodarki. Bezrobocie dużo bardziej
dziś zależy od działań ministra gospodarki i ministra infrastruktury
skoordynowanych z działaniami ministra finansów – niż od ministra pracy i
jego pomysłów na „przelewanie z pustego w próżne”.
Szykuje się więc nowy spektakl „żerowania” na pomocy dla
bezrobotnych, pozorowania działań i marnotrawienia gigantycznych kwot
głównie w celu ich „prywatyzacji”, zamiast poważnego zajęcia się
redukcją bezrobocia – poprzez likwidację jego przyczyn. W najlepszym
przypadku agencje te skoncentrują się na wypracowaniu oczekiwanej od
nich niewielkiej skuteczności poprzez wybieranie sobie kandydatów do
aktywizacji – tych najbardziej rokujących na sukces, najłatwiejszych do
przywrócenia do pracy, niekoniecznie zgodnie z posiadanym zawodem i
doświadczeniem – tak by uzyskać oczekiwane minimum skuteczności ok. 40%
i zainkasować idące za tym pieniądze, natomiast ani urzędy pracy ani
też agencje nie będą się przejmowały tymi „trudniejszymi” bezrobotnymi,
wymagającymi już (po kilku latach bezrobocia) większych organizacyjnie i
finansowo zabiegów, co skazuje tych ludzi na kompletną degradację i
stoczenie się lub przystosowanie się do narzuconych im nieludzkich
warunków w nieludzkim państwie Tuska; zasilą oni istniejące lub stworzą
nowe organizacje przestępcze, zasilą strefę gospodarki nielegalnej,
handel narkotykami i inne patologie społeczne, z pewnością wielu z nich
„poradzi sobie”… tylko czy społeczeństwu o to chodziło?
A wszystko to – w imię „nicnierobienia” czyli ideologicznej redukcji
naturalnej roli państwa, „liberalizmu” odbierającego wolność i prawa
najsłabszym na rzecz najsilniejszych, oraz „niewidzialnej ręki” –
której skutki działania też są niewidzialne…