W informacjach płynących z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej
jest od dawna jakaś dziwaczna nielogiczność, której nie potrafię
zinterpretować pozytywnie. Jako osoba szczególnie „zainteresowana”,
chciałbym raczej widzieć tam wszelkie możliwe pozytywy zamiast
doszukiwać się nielogiczności czy wręcz niekonsekwencji, ale… nie da
się.
Po prostu: nie da się. Z jednej strony – zgoda: pozytywne informacje
dodają optymizmu wszystkim podmiotom od których zależy dalszy rozwój
sytuacji; zarówno pracodawcom, jak i osobom pozbawionym zatrudnienia
oraz pracownikom Ministerstwa czy też tak zwanych nie wiedzieć czemu
Powszechnych Służb Zatrudnienia – którzy jak się wydaje powinni starać
się w ramach wspomnianej „służby” jakoś skojarzyć tych pierwszych z tymi
drugimi. Jest jednak w tym dążeniu do „optymizmu” pewna granica, za
którą jest już po prostu kłamstwo, propaganda sukcesu lub ideologii,
tworzenie rzeczywistości „wirtualnej” na potrzeby przypodobania się
zwierzchnikom… Ja wierzę, że Minister Pracy lepiej niż ja zna kaszubską
mentalność swojego pryncypała, ale dążenie takie nie usprawiedliwia
naciągania faktów, stosowania języka propagandy, manipulacji informacją
czy pseudo-psychologicznych sztuczek by „nie drażnić” tego „lwa”…
W kilku wcześniejszych tekstach wyrażałem pogląd, że Minister Pracy
najprawdopodobniej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż ma w istocie
bardzo niewielki wpływ na stopę bezrobocia, która jednak jest mimo to w
odbiorze społecznym jakby „miernikiem” skutków jego działania i jego
dorobku bądź braku tego. Zdaje sobie sprawę, jednak robić coś przecież
musi, stąd przeróżne działania i projekty dla wnikliwego obserwatora
śmieszne, irytujące lub co najmniej trzeciorzędne, nietrafione co do
czasu, wagi, kolejności realizacji czy opłacalności prakseologicznej.
Wydaje się, że w tym rządzie, pozbawionym pomysłów ale ideologicznie
odrzucającym wszelkie pomysły „obce” – wystarczy po prostu „coś robić” a
nie „coś zrobić” – bo dziś brak pozytywnego efektu ostatecznego łatwo
jest jeszcze zrzucić na „kryzys”, „globalizację” lub „prawa rynku”.
Minister Pracy – robi więc „coś”; strona ministerstwa
pełna jest informacji o spotkaniach, dyskusjach, szkoleniach,
konferencjach, konsultacjach, projektach – w tym niektórych nawet
pilotażowych itp.
A tak praktycznie, w rzeczywistości…
Aby zilustrować jakoś moje zadziwienie informacjami ze strony
Ministerstwa, przytoczę coś z „aktualności”: informację dotyczące
sytuacji na tak zwanym umownie „rynku pracy” w listopadzie br.
W listopadzie pracodawcy zgłosili do (PSZ?) 55.000 wolnych miejsc pracy i
miejsc aktywizacji zawodowej. Stopa bezrobocia na koniec listopada
wynosiła 13,2% i była wyższa o 0,2 punktu procentowego niż miesiąc
wcześniej, co oznacza 2.115.800 osób zarejestrowanych w urzędach pracy –
dla których zatrudnienia nie było, i liczba ta od października wzrosła o
40.600 osób (w ciągu miesiąca). Liczba bezrobotnych na koniec listopada
br. była o 58.000 wyższa niż na koniec listopada 2012.
Słowem – stopa bezrobocia wzrosła i to aż w piętnastu województwach,
liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła, jednocześnie ministerstwo
chwali się przekazaniem w listopadzie do urzędów pracy dodatkowo kwoty
niemalże 100 milionów zł na dodatkowe „wsparcie” dla bezrobotnych
(wzrosły koszty obsługi bezrobocia).
W tym czasie jednak dla przykładu Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie
ogłosił… wstrzymanie naboru wniosków od pracodawców dotyczących
organizacji prac interwencyjnych, organizacji robót publicznych oraz
organizacji staży dla osób bezrobotnych – czyli podstawowych form
wsparcia osób bezrobotnych, związanych z czasowym, dotowanym, odpłatnym
zatrudnieniem lub – jak w przypadku stażu – pomocą finansową w postaci
„stypendium stażowego” (odpowiadającego mniej więcej wysokości zasiłku).
Te „instrumenty” Służb Zatrudnienia – już w roku bieżącym „nie grają”.
Na co wiec zostaną spożytkowane te dodatkowe pieniądze?
Wiadomo zresztą, że urzędy pracy pod koniec roku „wygaszają” całą swoją
działalność, by dokonać rozliczenia poprzedniego budżetu i z nowymi
działaniami stratują dopiero w lutym lub marcu – kiedy ustalony zostanie
ich kolejny budżet na nowy rok.
Ktoś doszukujący się pozytywów będzie jednak podkreślał inne aspekty
sprawy: Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie o 0,2 punktu procentowego
w stosunku do października, ale dynamika tego wzrostu w porównaniu do
analogicznego okresu roku ubiegłego – spadła i to o połowę. Czyli jest
źle, ale – „mniej źle”.
Pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy ale
jest to o 12% więcej, niż przed rokiem; liczba wolnych miejsc (ofert)
pracy rośnie. Liczba osób bezrobotnych w listopadzie też wzrosła, ale
wzrost ten był mniejszy niż przed rokiem (zmniejszenie amplitudy wahań
świadczy o stabilizacji ?). Bezrobocie wzrosło we wszystkich
województwach (prócz Mazowieckiego, w którym nie zmieniło się) ale także
i wzrosła we wszystkich województwach ilość ofert pracy.
Akurat wzrost liczby wolnych miejsc pracy i jednoczesny wzrost liczby
osób bezrobotnych wbrew pozorom nie są ze sobą sprzeczne, ale też nie
muszą nieść ze sobą informacji pozytywnej; świadczą o pogłębianiu się
bezrobocia strukturalnego a więc o pogarszaniu się sytuacji. O coraz
większym rozdźwięku pomiędzy potrzebami pracodawców (dotyczącymi
kwalifikacji, zawodów, specjalności i doświadczenia kandydatów do
zatrudnienia (czyli ludzi szukających pracy) z tym co oni mają do
zaoferowania w rzeczywistości a nie w swoich naciąganych „listach
motywacyjnych”. To z kolei dowodzi klęski działań PSZ zmierzających do
zmiany charakteru strukturalnego bezrobocia i wynika, albo ma
przynajmniej moim zdaniem bezpośredni związek z rezygnacją od prawie
dwóch lat z działań szkoleniowych dotyczących przekwalifikowywania
bezrobotnych lub uaktualniania ich dotychczasowych kwalifikacji – gdy
należą one do tych uznanych za potrzebne na rynku pracy. Poza tym – cóż w
takim razie robią prócz generowania kosztów – Wojewódzkie Urzędy Pracy a
w nich – tak zwane „Obserwatoria Rynku Pracy” mające z założenia
tworzyć wiarygodną informację o potrzebach pracodawców, informację
potrzebną do właściwego ukierunkowania działań PSZ a nawet i całej
edukacji narodowej właśnie po to, by unikać sytuacji jaka ma dziś
miejsce.
Nie jestem przekonany, czy należy cieszyć się ze stabilizowania się
stopy bezrobocia na poziomie około 13%; mimo mniejszych krótkookresowych
wahań szczególnie w górę – jest to po prostu o wiele za dużo.
Dokładniej – o 10%, bo tak zwana „naturalna stopa bezrobocia” (czyli ta
nieunikniona i w gruncie rzeczy korzystna) jest obecnie określana na ok.
2 – 3%.
Ministerstwo podaje, że pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000
wolnych miejsc pracy co należy chyba rozumieć jako liczbę aktualnych
ofert zatrudnienia. Nasuwają się tu jednak nieodwołalnie kolejne
pytania: ile z tych ofert pracy „zwolniło się” na skutek zwolnienia
(rozwiązania umów o pracę) z osobami wcześniej zatrudnionymi na tych
stanowiskach. Jeśli 55 tysięcy pracowników zostało zwolnionych, to
pojawiło się tyle samo „wolnych miejsc pracy”, ale bezrobocie też
zwiększyło się o podobną liczbę. Bo przecież liczba ofert pracy wcale
bezrobocia nie zmniejszy, gdyż mamy tu do czynienia jedynie z wymianą
pracowników na istniejących już stanowiskach pracy, która jest
jednoznaczna z podobną „wymianą” osób zarejestrowanych w urzędach pracy.
W tym sensie liczba tak zdefiniowanych ofert nie ma żadnego znaczenia
dla rozpatrywania bezrobocia i dlatego też pozornie duża liczba ofert
bynajmniej nie koliduje z jednoczesnym wzrostem bezrobocia.
Parametrem określającym rzeczywistą zmianę sytuacji byłaby dziś raczej liczba
powstających, nowych (wcześniej nie istniejących) miejsc pracy, oraz
liczba osób przekwalifikowanych zgodnie z potrzebami pracodawców
i zatrudnionych (bo strukturalny charakter bezrobocia polega przecież na BRAKU
(niedoborze) miejsc pracy oraz na niedostosowaniu kwalifikacji
bezrobotnych do potrzeb rynku pracy. Takich danych jednak Ministerstwo
nie podaje.
Ponad tym wszystkim są jednak wnioski ogólne; nadal brak działań
rzeczywiście mogących coś zmienić w sytuacji bezrobocia. Po pierwsze –
chodziłoby tu o działania Ministerstwa Gospodarki skoordynowane z
odpowiednią polityką Ministerstwa Finansów, tymczasem co do bezrobocia –
wszyscy patrzą na ręce Ministrowi Pracy, tak jakby on mógł stworzyć
brakujący milion miejsc pracy lub choćby – jakby ich brak był wynikiem
jego działania czy zaniechania. Minister Pracy nie tworzy ani też nie
likwiduje miejsc pracy, jeśli brak ich np. milion to tego żadne
działania Ministra Pracy nie zrekompensują. Brak działań resortów
gospodarczych natomiast zdaje się wynikać z założeń ideologicznych tej
władzy, to znaczy z programowego założenia powstrzymania się od
wszelkiej ingerencji polityków w zarządzanie gospodarką, ze ślepej wiary
w „samoregulację” i samoczynnie następujące procesy kontrolowane
wyłącznie przez przedsiębiorców. Dlatego jest tak – jak jest.
Sytuacja jest bardzo pesymistyczna, gdyż zbyt wielu ludziom jest „na
rękę” to, że pewna część obywateli została wypchnięta z rynku pracy a
pewna część – stała się zakładnikami dotacji, zasiłku, krótkoterminowych
umów okresowych, codziennej walki o przetrwanie na poziomie absolutnego
minimum. Władza PO obudziła najgorsze demony i uaktywniła najbardziej
prymitywne reakcje ludzkie dotyczące chciwości, bezwzględności; przykro
to stwierdzić dziś, przed zbliżającą się rocznicą Wydarzeń Grudniowych
oraz rocznicą zdławienia „Solidarności” przez wprowadzenie stanu
wojennego.