Z pewną satysfakcją ale i przerażeniem przeczytałem niedawno wywiad z
ekonomistą Witoldem Kieżunem, jaki przeprowadził Rafał Woś z Dziennika –
Gazety Prawnej;
Polski ekonomista o transformacji: nas wtedy po prostu okradziono!
Rozmowa dotyczyła oceny tak zwanej „transformacji ekonomicznej” po
1989 roku w Polsce. Transformacji ekonomicznej mającej oczywiście swoje
podstawy polityczne. Jest to bardzo ciekawy materiał, choć bynajmniej
nie sensacja czy odkrycie – jednak bardzo namawiam do przeczytania tego
tekstu. Chciałbym zwrócić uwagę szczególnie na jeden interesujący mnie
aspekt tej sprawy.
Wspomniałem o pewnej mojej satysfakcji, gdyż relacja ta, pochodząca
„z pierwszej ręki” potwierdza wcześniej w tym blogu wyrażane moje
przypuszczenia czy wnioski. Z tego samego powodu – odczułem coś w
rodzaju przerażenia, ale szczególnie dotyczy to sprawy bezrobocia.
Kim jest prof. Kieżun – można się dowiedzieć z jego prywatnej strony:
www.witoldkiezun.com
albo np. z Wikipedii
http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_kieżun
We wspomnianym wywiadzie stwierdził on, że był autorem pierwszego
planu transformacji ekonomicznej na długo przed Balcerowiczem,
odrzuconego przez ówczesnego ministra z ekipy Edwarda Gierka – Tadeusza
Wrzaszczyka (ministra przemysłu maszynowego a potem – ministra
planowania przy RM) uważanego wówczas za eksperta ekonomicznego.
Ocena przebiegu i skutków polskiej „transformacji”, tej którą
przeprowadzono – jest po prostu druzgocąca, co stoi w sprzeczności z
dzisiejszym, powszechnym dość przekonaniem akurat odwrotnym. Ot – siła
propagandy…
Otóż Profesor mimochodem stwierdził we wspomnianym wywiadzie, iż
jednym z elementów jego planu transformacji z 1972 roku było celowe i
świadome „wytworzenie” bezrobocia; jak się wyraził prof. Kieżun –
„stutysięcznej armii bezrobotnych”.
NALEŻY TO ROZUMIEĆ JAKO CELOWE I ŚWIADOME DZIAŁANIA ZMIERZAJĄCE DO
WYWOŁANIA BEZROBOCIA, CZYLI STWORZENIA NIERÓWNOWAGI NA RYNKU PRACY NA
RZECZ PRACODAWCÓW.
Eksponuje to stwierdzenie w sposób maksymalny, bo ono poraża cynizmem, choć nie dziwi gdy
pada ze strony ekonomisty. Epatuje cynizmem każdego, kto wie co się w
praktyce (w rzeczywistości życiowej) kryje za słówkiem bezrobocie, dla
ekonomisty - będącym tylko określeniem z języka zawodowego.
Operacja ta miała po prostu wywołać obawę o utratę pracy, stworzyć
konkurencję pracowników o miejsca pracy a to w celu przeciwstawienia się
„powszechnie panującemu” jak twierdzi Kieżun przekonaniu, że „czy się
stoi, czy się leży dwa tysiące się należy”. Chodziło po prostu o
wytworzenie atmosfery strachu przed zwolnieniem, o argument na rzecz
zwiększenia wydajności a zmniejszenia roszczeniowości pracowników, czyli
po prostu „bat” na pracowników.
Wspomniane wyżej nastawienie czy postawy „roszczeniowe” nie były
wówczas wcale tak powszechne (początek lat 70-tych); to mit. Ocena
późniejszej „transformacji Balcerowicza” dokonana przez prof. Kieżuna
jest ważna i ciekawa, bo mówi bardzo wiele o ewentualnych przyczynach
dzisiejszego bezrobocia, powstałego w związku z bezmyślnym lub celowym
zniszczeniem pewnych działów gospodarki, zmarnowaniem potencjału
rozwojowego istniejących gałęzi przemysłu, patologią prywatyzacji,
głupotą i naiwnością ówczesnych decydentów zapatrzonych w „zachód” jak
sroka w świecidełko. To wyjaśnienie – dlaczego dziś brak ok. dwóch
milionów miejsc pracy.
Natomiast ja chciałbym zwrócić tu uwagę na ten jeden aspekt sprawy; ekonomista zaplanował stworzenie bezrobocia o założonej z góry wysokości, w jakimś celu ekonomicznym.
Chodzi o to, że wspomniany pomysł na bezrobocie może być wyjaśnieniem
nie tylko przyczyn dzisiejszego bezrobocia, ale i w pewnym sensie –
przyczyn utrzymywania go, niechęci do jego zmniejszenia, udawanej,
fikcyjnej „walki z bezrobociem” jaką obserwujemy i odczuwamy na sobie.
Plan ten został wówczas odrzucony ze względów politycznych; był on nie
do zaakceptowania dla władzy ściśle powiązanej z aparatem partyjnym
konkretnej partii, o konkretnej linii politycznej i tradycji, oficjalnie
kierującej się „dobrem człowieka”, w szczególności pracownika,
szacunkiem dla pracy itp.
Dziś nie ma takiej siły politycznej, prezentującej takie nastawienie –
która mogłaby być tamą dla takich pomysłów, generalnie – myślenie o
człowieku nie jest „w modzie”.
Czy to ma oznaczać, że po 1989 roku podobny plan mógłby uzyskać akceptację? Moim zdaniem – jak najbardziej.
Zaszokowało mnie, mimo że nie zaskoczyło – że ekonomiści mogą być aż
tak cyniczni. Może jednak ekonomista ma prawo myśleć TYLKO kategoriami
ekonomii i nie zwracać uwagi na cokolwiek innego? Na przykład na to, że
ekonomia tak jak i państwo – ma być „dla ludzi”? Jak można powiedzieć:
„zróbmy sobie stutysięczne bezrobocie” nie myśląc jednocześnie o
tragicznych skutkach tego dla życia konkretnych ludzi, i to zupełnie nie
tych – którzy prezentowali postawy roszczeniowe lub nie szanowali
pracy?
Przywodzi to na myśl słynne powiedzenie chirurgów, że „operacja się
udała a pacjent zmarł”. Czy ekonomista nie jest człowiekiem, nie musi
nim być, jest z tego zwolniony? Czy ekonomia nie powinna być pojęciem
humanistycznym…
Mimo iż chodziło tam o zupełnie inne czasy, dość trudno porównywalne
do dzisiejszych, zadałem sobie pytanie, czy podobny sposób myślenia nie
jest dziś powodem istnienia i utrzymywania (się) bezrobocia na poziomie
ok. 13%. Sam fakt zaplanowania bezrobocia na poziomie 100.000 jest dla
mnie szokujący, bo ja wiem po prostu – co się za tym kryja, jakie to
wywołuje skutki dla jednostki. Wówczas ekonomiści nie decydowali jednak o
zasadniczych dla społeczeństwa sprawach samodzielnie, ale dziś –
decydują. Stają się niemal nieformalnymi dyktatorami.
Jestem przekonany, że ustalenie w sposób możliwie jak najbardziej
obiektywny przyczyny dzisiejszego bezrobocia jest sprawą zasadniczą dla
przyszłości tego kraju. Sprawą zasadniczą jest też realizacja
postanowień Konstytucji a w niej – gwarancji odpowiedniego
zabezpieczenia społecznego dla osób niepracujących bez swojej winy oraz
osób nieposiadających innego osobistego źródła utrzymania niż praca
zarobkowa.
Państwo nieludzkie, opresyjne, głuche i ślepe – jak państwo Tuska –
jest po prostu swoim własnym zaprzeczeniem, wypaczeniem; jest szkodliwym
i gorszącym absurdem.