BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłki. Pokaż wszystkie posty

23/03/2014

Co za upierdliwi ludzie…! Ciągle coś chcą, nie dadzą spokojnie poharatać w gałę…

Pertraktacje z Prezesem na korytarzu w Sejmie na temat podwyższenia zasiłku na opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi – zakończyły się dziś bez rozstrzygnięcia.



















Demotywator nr 45.

Obecnie rodzic, który sam opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem w domu, otrzymuje jedynie 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego na dziecko i 820 zł zasiłku pielęgnacyjnego z tytułu całkowitej rezygnacji z pracy. Renta socjalna dla dorosłej osoby niepełnosprawnej wynosi 611 zł.

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

30/10/2013

Znany ekonomista: „Zróbmy sobie armię bezrobotnych…”

Z pewną satysfakcją ale i przerażeniem przeczytałem niedawno wywiad z ekonomistą Witoldem Kieżunem, jaki przeprowadził Rafał Woś z Dziennika – Gazety Prawnej;

Polski ekonomista o transformacji: nas wtedy po prostu okradziono! 

Rozmowa dotyczyła oceny tak zwanej „transformacji ekonomicznej” po 1989 roku w Polsce. Transformacji ekonomicznej mającej oczywiście swoje podstawy polityczne. Jest to bardzo ciekawy materiał, choć bynajmniej nie sensacja czy odkrycie – jednak bardzo namawiam do przeczytania tego tekstu. Chciałbym zwrócić uwagę szczególnie na jeden interesujący mnie aspekt tej sprawy.
Wspomniałem o pewnej mojej satysfakcji, gdyż relacja ta, pochodząca „z pierwszej ręki” potwierdza wcześniej w tym blogu wyrażane moje przypuszczenia czy wnioski. Z tego samego powodu – odczułem coś w rodzaju przerażenia, ale szczególnie dotyczy to sprawy bezrobocia.
Kim jest prof. Kieżun – można się dowiedzieć z jego prywatnej strony:

www.witoldkiezun.com
albo np. z Wikipedii
http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_kieżun

We wspomnianym wywiadzie stwierdził on, że był autorem pierwszego planu transformacji ekonomicznej na długo przed Balcerowiczem, odrzuconego przez ówczesnego ministra z ekipy Edwarda Gierka – Tadeusza Wrzaszczyka (ministra przemysłu maszynowego a potem – ministra planowania przy RM) uważanego wówczas za eksperta ekonomicznego.
Ocena przebiegu i skutków polskiej „transformacji”, tej którą przeprowadzono – jest po prostu druzgocąca, co stoi w sprzeczności z dzisiejszym, powszechnym dość przekonaniem akurat odwrotnym. Ot – siła propagandy…
Otóż Profesor mimochodem stwierdził we wspomnianym wywiadzie, iż jednym z elementów jego planu transformacji z 1972 roku było celowe i świadome „wytworzenie” bezrobocia; jak się wyraził prof. Kieżun – „stutysięcznej armii bezrobotnych”.

NALEŻY TO ROZUMIEĆ JAKO CELOWE I ŚWIADOME DZIAŁANIA ZMIERZAJĄCE DO WYWOŁANIA BEZROBOCIA, CZYLI STWORZENIA NIERÓWNOWAGI NA RYNKU PRACY NA RZECZ PRACODAWCÓW.

Eksponuje to stwierdzenie w sposób maksymalny, bo ono poraża cynizmem, choć nie dziwi gdy pada ze strony ekonomisty. Epatuje cynizmem każdego, kto wie co się w praktyce (w rzeczywistości życiowej) kryje za słówkiem bezrobocie, dla ekonomisty - będącym tylko określeniem z języka zawodowego.
Operacja ta miała po prostu wywołać obawę o utratę pracy, stworzyć konkurencję pracowników o miejsca pracy a to w celu przeciwstawienia się „powszechnie panującemu” jak twierdzi Kieżun przekonaniu, że „czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy”. Chodziło po prostu o wytworzenie atmosfery strachu przed zwolnieniem, o argument na rzecz zwiększenia wydajności a zmniejszenia roszczeniowości pracowników, czyli po prostu „bat” na pracowników.

Wspomniane wyżej nastawienie czy postawy „roszczeniowe” nie były wówczas wcale tak powszechne (początek lat 70-tych); to mit. Ocena późniejszej „transformacji Balcerowicza” dokonana przez prof. Kieżuna jest ważna i ciekawa, bo mówi bardzo wiele o ewentualnych przyczynach dzisiejszego bezrobocia, powstałego w związku z bezmyślnym lub celowym zniszczeniem pewnych działów gospodarki, zmarnowaniem potencjału rozwojowego istniejących gałęzi przemysłu, patologią prywatyzacji, głupotą i naiwnością ówczesnych decydentów zapatrzonych w „zachód” jak sroka w świecidełko. To wyjaśnienie – dlaczego dziś brak ok. dwóch milionów miejsc pracy.

Natomiast ja chciałbym zwrócić tu uwagę na ten jeden aspekt sprawy; ekonomista zaplanował stworzenie bezrobocia o założonej z góry wysokości, w jakimś celu ekonomicznym.
Chodzi o to, że wspomniany pomysł na bezrobocie może być wyjaśnieniem nie tylko przyczyn dzisiejszego bezrobocia, ale i w pewnym sensie – przyczyn utrzymywania go, niechęci do jego zmniejszenia, udawanej, fikcyjnej „walki z bezrobociem” jaką obserwujemy i odczuwamy na sobie.
Plan ten został wówczas odrzucony ze względów politycznych; był on nie do zaakceptowania dla władzy ściśle powiązanej z aparatem partyjnym konkretnej partii, o konkretnej linii politycznej i tradycji, oficjalnie kierującej się „dobrem człowieka”, w szczególności pracownika, szacunkiem dla pracy itp.
Dziś nie ma takiej siły politycznej, prezentującej takie nastawienie – która mogłaby być tamą dla takich pomysłów, generalnie – myślenie o człowieku nie jest „w modzie”.

Czy to ma oznaczać, że po 1989 roku podobny plan mógłby uzyskać akceptację? Moim zdaniem – jak najbardziej.

Zaszokowało mnie, mimo że nie zaskoczyło – że ekonomiści mogą być aż tak cyniczni. Może jednak ekonomista ma prawo myśleć TYLKO kategoriami ekonomii i nie zwracać uwagi na cokolwiek innego? Na przykład na to, że ekonomia tak jak i państwo – ma być „dla ludzi”? Jak można powiedzieć: „zróbmy sobie stutysięczne bezrobocie” nie myśląc jednocześnie o tragicznych skutkach tego dla życia konkretnych ludzi, i to zupełnie nie tych – którzy prezentowali postawy roszczeniowe lub nie szanowali pracy?
Przywodzi to na myśl słynne powiedzenie chirurgów, że „operacja się udała a pacjent zmarł”. Czy ekonomista nie jest człowiekiem, nie musi nim być, jest z tego zwolniony? Czy ekonomia nie powinna być pojęciem humanistycznym…

Mimo iż chodziło tam o zupełnie inne czasy, dość trudno porównywalne do dzisiejszych, zadałem sobie pytanie, czy podobny sposób myślenia nie jest dziś powodem istnienia i utrzymywania (się) bezrobocia na poziomie ok. 13%. Sam fakt zaplanowania bezrobocia na poziomie 100.000 jest dla mnie szokujący, bo ja wiem po prostu – co się za tym kryja, jakie to wywołuje skutki dla jednostki. Wówczas ekonomiści nie decydowali jednak o zasadniczych dla społeczeństwa sprawach samodzielnie, ale dziś – decydują. Stają się niemal nieformalnymi dyktatorami.

Jestem przekonany, że ustalenie w sposób możliwie jak najbardziej obiektywny przyczyny dzisiejszego bezrobocia jest sprawą zasadniczą dla przyszłości tego kraju. Sprawą zasadniczą jest też realizacja postanowień Konstytucji a w niej – gwarancji odpowiedniego zabezpieczenia społecznego dla osób niepracujących bez swojej winy oraz osób nieposiadających innego osobistego źródła utrzymania niż praca zarobkowa.

Państwo nieludzkie, opresyjne, głuche i ślepe – jak państwo Tuska – jest po prostu swoim własnym zaprzeczeniem, wypaczeniem; jest szkodliwym i gorszącym absurdem.

27/08/2013

Mamy w pup'ie czynownictwo.

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie stał się znany za sprawą swojego dyrektora – pana Kolbiarza.
Pisałem już o tym w felietonie "Kuglarstwo czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi".

To zapewne przyszły bohater „Tuskowego liberalizmu” – który postanowił udowodnić, że minister pracy miał rację – podejrzewając połowę zarejestrowanych bezrobotnych o niechęć do pracy „w ogóle”. Przy okazji zaś postanowił zawalczyć o zarobki swoje i swoich podwładnych, w związku z reformą urzędów pracy mające zależeć wreszcie od wydajności, czy może raczej skuteczności urzędu w zwalczaniu lokalnego bezrobocia.
Postanowił on w Nysie, niewielkim Opolskim miasteczku, gdzie stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 24% – zmniejszyć bezrobocie o połowę, czyli do 12%. Żyje tam niespełna 46.000 mieszkańców, z których 10.000 było zarejestrowanych jako bezrobotni w Powiatowym Urzędzie Pracy. Dzięki posiadanym na ten cel pieniądzom, uruchomiono tam wielki program prac interwencyjnych i robót publicznych, które jak wiadomo określić można jako pracę w 50% dotowaną przez władzę z Funduszu Pracy, na umowę o pracę na czas określony (do 6 miesięcy) w pełnym wymiarze czasu pracy, wyłącznie za minimalne ustawowo określone wynagrodzenie. Program ruszył w kwietniu br. i do końca czerwca spowodował spadek stopy bezrobocia o 4 punkty procentowe.

Dyrektor Kolbiarz zapowiada kontynuację tego działania aż do końca 2014 roku i osiągnięcia założonego przez niego spadku stopy bezrobocia do 12%. To oczywiście jest realne; w taki sposób można doprowadzić w zasadzie do dowolnego założonego z góry wyniku redukcji stopy bezrobocia „na papierze” – co nie ma nic wspólnego z realiami życia, czyli ze smutną rzeczywistością.
Przygotowano w tym okresie 900 ofert pracy w ramach wspomnianej interwencji w rynek pracy i rozesłano adresowane do bezrobotnych skierowania. Na skutek tego 38 osób natychmiast zrezygnowało dobrowolnie ze statusu bezrobotnego, 91 osób przedstawiło zwolnienia lekarskie poświadczające czasową niezdolność do pracy, 328 osób utraciło czasowo zgodnie z ustawą status osoby bezrobotnej za nieuzasadnioną odmowę przyjęcia oferty pracy a pozostałe 443 osoby podjęły zaproponowaną im pracę. Projekt jest kontynuowany, to znaczy osoby bezrobotne nadal są i będą kierowane przez PUP do prac interwencyjnych a przy nieuzasadnionej odmowie przyjęcia takiej oferty – wykreślane z rejestru bezrobotnych na przewidziany ustawą o promocji zatrudnienia – okres. Na co (prócz podwyżki swojej pensji) liczy Dyrektor Kolbiarz? Liczy na to, że przy stopie 12% jego Urząd zaoszczędzi na zasiłkach – pobieranych wówczas przez mniejszą liczbę osób a ponadto – przy stopie bezrobocia 12% – wypłacanych już jedynie przez 6 a nie jak dotychczas 12 miesięcy(bo maksymalny czas wypłacania zasiłku zależy od stosunku lokalnej stopy bezrobocia do średniej krajowej). Podstawowa kwota zasiłku wynosi przez pierwsze 3 miesiące 823,60 a w następnych po 646,70 zł, ale jest to kwota brutto, od której bezrobotny ma zapłacić podatek dochodowy oraz swoją składkę ubezpieczenia zdrowotnego, co daje netto (do wypłaty dla bezrobotnego) odpowiednio 711,48 oraz 568,50 zł. Jak widać są to kwoty śmieszne przy dzisiejszych kosztach życia, z pewnością niewystarczające do podstawowego utrzymania nawet dla pojedynczej osoby, nie mającej na utrzymaniu dzieci.
Jako dyrektor urzędu pracy – myśli on więc wyłącznie w kategoriach urzędniczego interesu swojej instytucji. To drastyczny przykład „urzędniczej walki z bezrobociem”; urzędniczej i dlatego ogólnie w rzeczywistych objawach tak nieskutecznej.

To walka o efektowne statystyki do sprawozdań, raczej bardziej walka z bezrobotnymi niż z bezrobociem jako takim.
Zasadniczym „nieporozumieniem” w sprawie bezrobocia jest to, że urzędnicy i politycy uważają, iż osoba niezatrudniona posiadająca status bezrobotnej nie potrzebuje pieniędzy. Tak można wytłumaczyć „zaporowe” rozwiązania ustawowe w ustawie o promocji zatrudnienia, sztucznie minimalizujące liczbę osób bezrobotnych spełniających warunki do przyznania zasiłku. Liczba ta stale maleje i wynosi średnio 15% co oznacza, że zasiłek otrzymuje tylko 15 na 100 osób zarejestrowanych. Widocznie zdaniem ustawodawców i urzędników bezrobotny w ogóle ich nie potrzebuje, skoro ustawa pozbawia go możliwości osiągania dochodów z wynagrodzeń (pod sankcją pozbawienia statusu) wyższych, niż połowa najniższego wynagrodzenia, oraz innych przychodów z jakichkolwiek źródeł prócz… oprocentowania lokat i depozytów bankowych. Już to widzę, jak osoba posiadająca dajmy na to milion złotych ulokowane na lokatach bankowych dających istotny zysk z oprocentowania – stara się o zarejestrowanie jako bezrobotna…
Natomiast spory jest katalog oczekiwań i wymagań: bezrobotny ma być stale zdolny i gotowy do podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ma zatrudnienia dla siebie sam aktywnie szukać między innymi kontaktując się bezpośrednio z pracodawcami, czyli ma też zachowywać co najmniej „schludny” wygląd i ubiór itp. A za co? Skąd pieniądze na utrzymanie dachu nad głową, ogrzewanie, wodę, gaz, prąd, ubiór, leki, jedzenie… tu już urzędas i biurwa cholerna wzrusza ramionami: ich to nie obchodzi, zresztą oni po prostu realizują ustawę gdyż mają taki obowiązek, a nie są przecież jej autorami. W ostateczności, w przypływie dobrego humoru, doradzą bezrobotnemu by udał się do… pomocy społecznej. Jeśli to zrobi – tam spotka się z pogardą, podejrzliwością posuniętą do paranoi, odarciem z wszelkiej ludzkiej intymności i godności osobistej oraz z propozycją „pomocy”; 200 – a najwyżej 400 złotych.

Jest tu ewidentna luka w ustawie – lecz konwencja nakazuje udawać, że jej nie ma, by nie urazić nieobeznanych z problematyką durniów czy osłów którzy to wymyślili. Nie da się żyć „za darmo”, więc człowiek postawiony przez społeczeństwo w takiej sytuacji – szuka alternatywnych form i źródeł doraźnego zarobkowania, które przy latami trwającym bezrobociu i braku pomocy – przekształcić się mogą w źródła skutecznie zastępujące pracę za minimalnym wynagrodzeniem. Jest to także wylęgarnia patologii prawnej i moralnej, która podnosi koszt społeczny tego stanu.
Brak pracy niesie za sobą degradację nie tylko ekonomiczną ale głównie psychiczną. Człowiek w okresie liczonym dziś na średnio dwa lata bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia – staje się niezdolny do narzucenia sobie dyscypliny wewnętrznej potrzebnej do tego, aby wstać o 5.00 czy 6.00 umyć się i ubrać w uprzednio przygotowane ubranie, zdążyć na autobus czy tramwaj do pracy, w pracy poddać się podporządkowaniu przełożonego który nakazuje co, kiedy i jak ma robić, itp. Jest to tym bardziej aktualne im bardziej dotyczy osób starszych, których się dziś z zasady nie zatrudnia – z powodu „bo nie”. Upadek do poziomu kloszarda wcale nie jest uzależniony jedynie ekonomicznie, niezależnie od tego odbywa się także w sferze psychologicznej, desocjalizacji, trwałej utraty zdolności do pracy jedynie z powodu długotrwałego odrzucenia przez społeczeństwo. Po pewnym czasie człowiek taki nadaje się już tylko do resocjalizacji, wymaga długiego i kosztownego procesu przywracania do społeczeństwa. Konieczność zdobycia środków na życie i zdolności przystosowawcze człowieka są jednym z wyjaśnień przyczyn opisanej sytuacji; że większość długotrwale bezrobotnych zaczyna w pewnym stadium wyobcowania unikać pracy najemnej a pozostają bezrobotni jedynie dla ubezpieczenia zdrowotnego.
Lecz przecież to społeczeństwo ich takimi uczyniło!

Trudno się dziwić, że urzędnik stara się działać metodami urzędniczymi; chce poprawić statystyki manipulując danymi zamiast zająć się przyczyną problemów z którymi walczy – dokładnie jak dyrektor Kolbiarz. Wszyscy dziś wiedzą, że prawdziwa przyczyna tego i wielu innych problemów ma podłoże ideologiczne usytuowane w umysłach przywództwa Platformy Obywatelskiej, a z tym – jak za poprzedniej „jedynie słusznej” ideologii oraz jedynie słusznej partii – nikt nie śmie dyskutować, bo nie chce zostać zaszczuty przez tabuny „aktywistów medialnych” posługujących się z wprawą mową nienawiści. Skoro nie da się usunąć przyczyn a trzeba coś robić – to pozoruje się takie działania jak to zrobił Kolbiarz. Wiadomo przecież, że praca dotowana na kilka miesięcy szybko się skończy i osoby tak zatrudnione stawią się ponownie do PUP w Nysie – celem zarejestrowania jako bezrobotne, że osoby czasowo pozbawione statusu – po upłynięciu okresu karencji znów powrócą do rejestru bezrobotnych. Dokładnie tak samo było przecież z tak zwanymi „szkoleniami bezrobotnych” za pieniądze Unii (EFS); wszyscy wiedzieli wówczas, że to niczego nie zmieni, bo jak pracodawca przed szkoleniem nie chciał zatrudniać osób w wieku 50+ z sobie tylko znanych przyczyn, tak i po szkoleniu podania o pracę tych osób pozostawały bez odpowiedzi z powodów znanych jedynie pracodawcom. Kilka miliardów euro wydano na stworzenie fikcji „walki z bezrobociem” oraz fikcji „solidarności pokoleń”, przy okazji wiele instytucji szkoleniowych nieźle się dorobiło, fundusze zostały „sprywatyzowane” – czyli wszystko zgodnie z „ideologią chciwości” naszych „liberałów” z KLD rodem…
Co do ubezpieczenia zdrowotnego – wiadomo, że zgodnie z obowiązującą w tym kraju Konstytucją wszyscy obywatele mają prawo do nieodpłatnej podstawowej opieki zdrowotnej, więc co to za różnica – kto, jaka instytucja będzie tą, która zgłosi obywatela do tego ubezpieczenia; urząd pracy, fundusz zdrowia, urząd gminy czy jeszcze ktoś inny. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jest jednak dla Donalda Tuska i koalicji partii rządzących fikcją, nie maja prawa jej zmienić ale i też nie mają najmniejszego zamiaru przestrzegać jej postanowień czy realizować ich.
Kto ma finansować składki ubezpieczenia zdrowotnego? Dyrektor Kolbiarz mówi: nie ja. Nie ja, bo mi to obniża zarobki. Dlatego zaczyna walkę z bezrobotnymi zamiast walki z przyczynami ich bezrobocia. Zresztą; dużo łatwiej jest znaleźć „haka” na bezrobotnego, by go choć na kilka miesięcy pozbawić statusu czyli UKRYĆ przed opinią publiczną, niż odbudować zrujnowaną gospodarkę krajową, odbudować przemysł produkujący krajowe wyroby na rynek wewnętrzny za pomocą lokalnej siły roboczej, zastosować prawdziwy program przekwalifikowań i aktualizacji kwalifikacji, by zbliżyć jak największą liczbę kandydatów do zatrudnienia – do oczekiwań pracodawców itp. Dla czynownika jedynie ważne jest jego biurowe podwóreczko, by „u mnie było w sprawozdaniach dobrze”. Bezrobotny skierowany na prace interwencyjne jest tam traktowany „jak obcy” czy jak pracownik tymczasowy i po upływie terminu umowy o pracę na czas określony – powróci do rejestru bezrobotnych by zapewnić pracę urzędnikom z PUP i dać im alibi na nagrody i premie. A od reszty spraw – jest zwierzchność.
Ale „zwierzchność” tego chyba nie wie, że „jest od reszty spraw”…

Zwierzchność harata w gałę…


22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


16/02/2013

Nie prawa autorskie a gospodarka polska jest dziś ważna!

Może ktoś mi zarzuci, że się powtarzam w moich tekstach, obracających się wokół dość wąskiej tematyki, ale dlaczego właściwie nie powtarzać się, skoro mijają miesiące i lata a w tych sprawach nic się nie zmienia.

A dlaczego nic się nie zmienia?

Nasuwają się trzy możliwości;
pierwsza – że „ci co trzeba” doskonale znają realia, ale nigdy się do tego nie przyznają, gdyż to mogłoby być odebrane przez „tych co nie trzeba” jako negowanie linii ideologicznej Platformy Obywatelskiej, założeń politycznych prowadzących społeczeństwo do wielkiego krachu a w każdym razie do ogromnych choć niewymiernych ofiar, tak niewymiernych jak zmarnowane bez winy lata najlepszych potencjalnych możliwości, zmarnotrawione na bezowocnym poszukiwaniu zatrudnienia mimo że „w wieku 50+ już się nie zatrudnia”;
druga – że w wytworzonym na fali rzekomej „wolności” rozgardiaszu, na fali bełkotu młodej kadry niedouczonych „dziennikarzy” z różnego rodzaju „dys….”, po prostu już nikt a zwłaszcza władza nie wie już co się dzieje, co jest rzeczywistością a co wytworem propagandy jakiejś „opcji” i dlatego np. minister pracy błąka się na oślep jak dziecko we mgle, chcąc się wykazać „robieniem czegoś” – robi cokolwiek, widząc spoza „końskich klapek” swojego stanowiska i swojego resortu kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości;
trzecia – że polska władza w Polsce jest już obecnie władzą marionetkową, a zarządza tym wszystkim ktoś inny i to zarządza w sposób wrogi;

W zasadzie można by zaryzykować i możliwość czwartą a mianowicie, że wszystkie te trzy wcześniej wymienione możliwości – są rzeczywiste i aktualne jednocześnie i funkcjonują w tym kraju.
Jedno jest pewne: władza w sposób skuteczny manipuluje opinią publiczną i tematyką publicznie funkcjonującą i ostatecznie nic w tym dziwnego; mieli za nauczycieli doskonałych fachowców od tych spraw a niektórych (po weryfikacji) zapewne „odziedziczyli w spadku” po PRL.

Zastanawiałem się właśnie: co też ta nasza nieszczęsna władzuchna wymyśli by skanalizować zainteresowanie społeczne w bezpiecznym dla siebie kierunku.
Słupki poparcia w rankingach spadają, stopień poparcia PiS dorównuje lub nawet czasem nieznacznie przekracza poparcie PO – w zależności od tego, kto robi sondaż i jaki został zamówiony (opłacony) jego wynik, wzrasta niezadowolenie i krytyka ze strony wszystkich, prócz buraczanych biznesmenów robiących mająteczki na szalejącym bezhołowiu (nadal poparcie dla PO w tej grupie – około 50%), niezadowolenie rolników z wyników unijnych negocjacji budżetowych, jeszcze na dodatek zapowiadane od dawna i już właśnie oficjalnie złożone propozycje zmiany rządu na apolityczny rząd fachowców nastawionych na walkę z kryzysem gospodarczym, złożone przez PiS itp.
No i mamy; wiadomo, że w takiej sytuacji sięga się do tematów zastępczych wzbudzających duże emocje społeczne. Takim tematem była sprawa praw autorskich i słynnego projektu ACTA. Więc nagle wyskoczył jak Filip z konopi minister Michał Boni ze swoimi propozycjami uwolnienia zasobów powstałych dzięki finansowaniu ze środków publicznych, zakotłowało się w środowisku intelektualistów i artystów, twórców, producentów… no i o to przecież chodziło…
Ale to może dziś nie wystarczyć.
Już nie.
Ludzie w coraz większym stopniu rozumieją co jest ważne.

Ważna jest gospodarka polska. Ważna jest możliwość sterowania nią i realna samodzielność w sprawach kluczowych, sprawach bezpośrednio skutkujących negatywnym wpływem na sytuację społeczną. Ważne jest selektywne stosowanie zaleceń administracji unijnej tak by nie dać sobie psuć tego, co jeszcze jako tako funkcjonuje. Tak robi Francja, Wielka Brytania i Niemcy i tak też musi do sprawy podchodzić Polska. Kraje tak zwanej „Unii” stosują protekcjonizm gospodarczy, interweniują jeśli trzeba w rzekomo „wolny” rynek, narzucają reszcie Unii własne warunki i indywidualne zasady ich tylko dotyczące, chronią własne społeczeństwa przed bezrobociem – szukając rynków zbytu własnych towarów i zwalczając konkurencję wytwórczą i handlową tak, by to ich towary miały zbyt na innych rynkach. Trwa bezwzględna walka o zbyt własnej produkcji w czasie nadprodukcji, bo od tego zależą miejsca pracy i stopa bezrobocia.
Polska musi działać podobnie i dlatego musi się pozbyć nastawienia służebnego. Nastawienie to jednak jest, jak się wydaje, preferowane przez reprezentantów Polski, dla których ich interes osobisty, prywatny – stał się ważniejszy. Polska jak rączy chłop pańszczyźniany znów „służy panom”… ?

Nie chodzi o jakąś obstrukcję czy brak solidaryzmu a raczej o zachowywanie do końca tej nienaruszalnej odrobiny zdrowego rozsądku czy odpowiedzialności przede wszystkim przed własnym społeczeństwem. Niestety jak się wydaje – kryteria wyboru kandydatów na europarlamentarzystów były całkowicie chybione, znalazło się tam wielu ludzi przypadkowych, bezmyślnych, dbających wyłącznie o własne interesiki i kariery, zabiegających teraz o unijne gaże jako pieniądze których w Polsce – jako artyści, naukowcy czy „ludzie pióra” – nigdy by nie zarobili.
Ważne jest zadbanie o gospodarkę, o własny rozwój, ale w takich dziedzinach które generują nowe (odtworzenie niedawno zlikwidowanych) miejsca pracy szczególnie w produkcji i przetwórstwie, bo tylko to pozwoli zmniejszyć bezrobocie do granicy tzw. naturalnego czyli przynajmniej zapobiec wielkiemu, nadciągającemu dziś protestowi społecznemu.

30/01/2013

Szykuje się nowe „dotacjobranie”, ale stopa bezrobocia z pewnością będzie nadal rosła. Tak chce władza.

Systematyczne przeglądanie ofert zatrudnienia coraz jaskrawiej dowodzi, że jedynym – a co najmniej najważniejszym mechanizmem działającym w sprawie zatrudniania – jest tzw. koszt zatrudnienia.
Jest to dla rządzących konkretną wskazówką. Zatrudniony pracownik jest zatrudniony po to, by generował jakiś określony przychód, bezpośrednio lub jako członek grupy, zespołu, wykonujący sprawnie swoje funkcje i przyczyniający się w ten sposób bezpośrednio do powstania przychodu firmy. Ostatecznie; – przecież po to został on wraz z innymi zatrudniony, by wytworzył przychód. Nie można jednak zapominać, że jego, pracownika, motywacją nie jest sama działalność dla jakiejś firmy a bezpośrednio – jego własny zarobek, jako ekwiwalent pieniężny za świadczoną pracę. Z owego wypracowanego z zasady sporego przychodu pracodawca pokrywa wszelkie obowiązkowe płatności związane z tym zatrudnieniem (jak ZUS, Fundusz Pracy, Fundusz wypadkowy, PFRON itp.) oraz płacę pracownika ustaloną w umowie. Pozostała nadwyżka jest dochodem firmy, z którego pokrywa się inne koszty, realizuje rozliczenia, amortyzację itp. aż wreszcie na końcu pozostaje kwota stanowiąca zysk własny przedsiębiorcy.
To – w jaki sposób to wszystko jest zorganizowane, jak funkcjonuje organizacyjnie i finansowo – zależy od przedsiębiorcy. Efekt – w dużej mierze zależy też od pracowników. Jak się wydaje – „interes” jest tu wspólny. Od pracownika zależy wyłącznie realizacja założonego planu wydajności bądź skuteczności i jeśli planu takiego nie wykonuje, najczęściej jest, a w każdym razie – może być – wymieniony na bardziej wydajnego lub skutecznego, – co także leży w gestii przedsiębiorcy. Podobnie jak cała konstrukcja biznesu, jego założenia, zaplecze, sensowność ekonomiczna pomysłu, itp.

Chcę z naciskiem podkreślić, że to przedsiębiorca planuje i realizuje swój biznesplan, realizuje go posługując się pracownikami najemnymi. Natomiast klimat, realia w jakich to wszystko jest osadzone i jakim podlega – tworzy władza państwowa.

W medialnym rozpatrywaniu tej sprawy wiele jest demagogii (po stronie przedsiębiorców oraz pracowników) i niekompetencji (po stronie dziennikarzy), ponadto mamy do czynienia z różnymi „zagrywkami psychologicznymi”.
Jedną z nich jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na „wysokie koszty pracy”, biadolenie – ile to przedsiębiorca musi odprowadzać do skarbu państwa. Jednak nie można dać się zwieść pozorom: przedsiębiorcy (może prócz jakiegoś „marginesu”) doskonale wiedzą i rozumieją, na czym polega społeczna rola ich działalności, społeczna rola pracy najemnej, ubezpieczeń społecznych, funduszu pracy itp. W tym widać wyraźne znamiona cwanego szantażu, nacisku na wymuszenie ulg, obniżek, dotacji, upustów, odliczeń – mających zmaksymalizować ten końcowy, ostateczny zysk właściciela.
Tak buduje się chorą, felerną, śmieciową gospodarkę „na glinianych nogach” funkcjonującą w dużej części dzięki dotacjom zewnętrznym oraz maksymalnemu wyzyskowi pracowników. W ten sposób – chciwość i pazerność przedsiębiorców tworzy fałszywy klimat „kryzysu”; bez przerwy rozlegają się narzekania, ostrzeżenia, groźby zaprzestania działalności i masowych zwolnień a wszystko to by wyłudzić dotacje i tym samym zwiększyć ostateczny zysk przedsiębiorcy.

Nie twierdzę tu oczywiście, że kryzysu nie ma, ale przedsiębiorcy jakby „z natury” gotowi są na wszystko, byle zwiększyć swój zysk; to jest jak choroba, zaburzenie umysłu o charakterze nerwicowo – psychotycznym. W pewnym sensie przenośnym i nieco złośliwie – można nawet śmiało powiedzieć, że największym kosztem pracy jest zysk pracodawcy.
Zależność tę widać właśnie w dostępnych ofertach pracy. Znaczną część rzeczywiście funkcjonujących ofert zatrudnienia (nie fikcyjnych) stanowią oferty dla osób młodych, do 26 roku życia. Dlaczego? Bo przy zastosowaniu umowy „śmieciowej”, czyli umowy-zlecenia w okolicznościach, gdy praca faktycznie spełnia kryteria zatrudnienia – przedsiębiorca w takim przypadku nie musi odprowadzać za tego zatrudnionego żadnych składek do ZUS. Proponowane wynagrodzenie poza kilkoma największymi miastami i tak nie przekracza 1600 zł brutto, więc efektem jest wzrost zysku z działalności. Pracodawcy skwapliwie korzystali w przypadku ludzi młodych zaczynających dopiero pracę, z możliwości pomniejszenia wynagrodzenia w pierwszym i drugim roku pracy – znacznie poniżej ustawowo określonego wynagrodzenia minimalnego (w przypadku umów o pracę), bo w przypadku umów cywilnych nic tego wynagrodzenia – prócz zgody samego kandydata – nie limituje.

Drugi najczęściej spotykany dziś rodzaj ofert zatrudnienia, to oferty pracy adresowane do osób niepełnosprawnych. Tu – efekt związany jest z ustawą o PFRON, która nakłada na przedsiębiorców obowiązek opłacania dość wysokiej składki na fundusz. Składka obowiązkowa danego pracodawcy maleje wraz z liczbą osób niepełnosprawnych zatrudnionych przez niego, w proporcji do liczebności załogi przedsiębiorstwa i ustawowego limitu. Ponadto zatrudnienie niepełnosprawnego nie tylko zmniejsza obciążenie składką, ale i daje wiele innych możliwości zdobycia dofinansowania, dopłat, refundacji wydatków itp. Efektem jest znaczna liczba ofert zatrudnienia wyłącznie dla osób posiadających orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, (jako warunek kandydowania).
Obecnie daje to więc wyraźnie widoczne preferencje w zatrudnieniu dla studentów i ludzi do 26 roku życia oraz dla osób niepełnosprawnych a dokładniej – dla osób posiadających orzeczenie o niepełnosprawności. Podkreślam to celowo, bo niejednokrotnie wierzyć się nie chce, że przykładowa starsza pani z dużym czy średnim orzeczonym na piśmie stopniem niepełnosprawności, daje sobie radę ze sprzątaniem biur, myciem nieraz bardzo dużych i wysokich okien sięgając do nich po składanej drabince… nasuwa to niestety podejrzenie, że w części przypadków orzeczenia takie mogą być „na wyrost”; nie podejrzewam tu komisji właściwych do orzekania a raczej – samych zainteresowanych.
To zresztą oczywiste i banalne: w tym kraju zawsze tak było, że potrzeba sterowała zachowaniem ludzi: trzeba było (opłacało się) być partyjnym – to miliony szły do partii, nagle się zmieniło – to miliony członków i członkiń „znikły”, niemalże z dnia na dzień… Skoro więc „bycie niepełnosprawnym” znacznie dziś przybliża do uzyskania jakiegoś zatrudnienia, a nikt przecież nie będzie sobie robił krzywdy celowo tylko z tego powodu, to… „krzywda” może pojawiać się na papierze…

Sytuacja nosi w zasadzie znamiona powszechnej dyskryminacji w zatrudnieniu – ludzi sprawnych , oraz dyskryminacji osób po okresie nauki czy studiów, a to jest przecież jednoznacznie zabronione. Podobnie jak dyskryminacja ze względu na wiek, jaka dotyka osoby starsze w wieku produkcyjnym.
Władza (partia rządząca i obsadzone przez nią "większościowo" organa państwa) jest z ramienia społecznego organizatorem życia gospodarczego i społecznego choćby pod względem tworzenia pewnego „środowiska” prawnego, organizacyjnego, klimatu społecznego itp.
Władza ma być przecież gwarantem ale i jakby przeciwwagą dla wolnego rynku, wolności gospodarczej. Nie może jednak – zniewolona własną ideologią – ulegać dyktatowi gospodarki wbrew interesowi społecznemu. W takiej sytuacji – mamy klimat skłaniający do budowy chorej gospodarki opartej w dużym stopniu o dotowanie zatrudnienia, zatrudnianie ludzi bez doświadczenia nie dające im ani doświadczenia, ani zabezpieczenia społecznego, uprawnień emerytalnych oraz zatrudnianie ludzi głównie niepełnosprawnych. To prowadzi do absurdu.
To jest właśnie „rozdawnictwo” publicznych pieniędzy, tyle że tym razem na rzecz przedsiębiorców a nie pracowników.
Szczególnie duża ilość ofert pracy dla niepełnosprawnych jest dostępna w dziedzinie prac niefachowych, ale bardzo obciążających fizyczne; im bardziej praca wymaga sprawności, wręcz sprawności podwyższonej, ponadprzeciętnej, dobrego poczucia równowagi do prac na wysokości ponad 2 m (drabina) i to ze względu na bezpieczeństwo samego zatrudnionego – tym więcej jest ofert proponujących tę pracę wyłącznie osobom niepełnosprawnym. To absurd – ilustrujący jak bardzo nieopanowana chęć maksymalizacji zysku przedsiębiorcy wpływa na życie społeczne. Bo niestety w ten sposób z grupy pozostałych osób, tych w wieku produkcyjnym, pracę mogą znaleźć tylko prawdziwi fachowcy, korpus urzędniczy administracji państwowej, samorządowej i organizacji pozarządowych oraz instytucji edukacji i kultury – zwany ogólnie „wielką rodziną”; pozostała część społeczeństwa to znaczy osoby o niskich kwalifikacjach formalnych (udokumentowanych) oraz osoby w wieku powyżej 45 czy 50 lat – na zatrudnienie szanse mają bardzo niewielkie.
Skoro więc warunki prawne stwarzane przez władzę sterują w opisany wyżej sposób zachowaniem przedsiębiorców w sprawach zatrudnienia, to należy to wykorzystać do upowszechnienia zatrudnienia.
[Na marginesie: Może i przyświecało to kiedyś projektodawcom "ustawy o promocji zatrudnienia", lecz mogło w procesie legislacyjnym zostać doprowadzone niezliczonymi poprawkami do absurdu. No bo komu ustawodawca miał zamiar "promować zatrudnienie" ? - ludziom bezrobotnym przymierającym głodem i szukającym jakiejkolwiek płatnej pracy, po to żeby przeżyć? Jeśli tak - to zadanie takie jest z zasady absurdalne. Jeśli natomiast promocja zatrudnienia miała dotyczyć pracodawców, przedsiębiorców - to minęła się z celem bowiem ustawa nie zawiera żadnych istotnych działań ani nie daje wystarczających środków służących takiej promocji. Ustawę trzeba po prostu o te zadania i środki uzupełnić.]
Zatrudnianie powinno się opłacać przedsiębiorcy w sposób bezpośredni. Równocześnie opłacalność ta nie może się wywodzić z dotowania; dotowania należy w zasadzie zaprzestać.
Przede wszystkim, upowszechnić by trzeba obowiązek płacenia składek społecznych i innych obowiązkowych składek, (być może z jedynym wyjątkiem; odpowiednich programów zatrudniania dla osób niepełnosprawnych, których bez tego nikt nigdy by nie zatrudnił, lecz nie w dzisiejszy „janosikowy” sposób a’la PFRON).

Rejestrowane w urzędach pracy powinny być wyłącznie osoby bezrobotne faktycznie szukające zatrudnienia i wszystkie te osoby powinny mieć zasiłek dla bezrobotnych, w wysokości pozwalającej żyć, mieszkać i tego zatrudnienia skutecznie szukać.
Zasiłek powinien być przyznawany na odpowiednio długi okres czasu, podzielony na krótsze okresy kontrolne, np. jak w Danii – do skutku ale nie dłużej jak do 2 lat.
Osoba bezrobotna powinna mieć osobisty kontakt na co dzień ze swoim pośrednikiem pracy, zawsze tym samym, znającym ją co najmniej z widzenia (w osiedlowych czy dzielnicowych punktach kontaktowych), poszukiwanie pracy powinno być tam rejestrowane i dokumentowane.
Każdy bezrobotny powinien być traktowany indywidualnie przez swojego pośrednika pracy.
Środki na zasiłki dla tych rzeczywiście bezrobotnych powinny pochodzić bezpośrednio z obowiązkowych składek przedsiębiorców; to pracodawcy muszą utrzymywać szukających pracy tak, by bardziej im się zaczęło opłacać zatrudnić ich, niż utrzymywać jako bezrobotnych.
Wysokość składki powinna pozwalać na pokrycie zasiłków w realnej wysokości, pozwalającej na utrzymanie się w gotowości i zdolności do podjęcia pracy.
Powinna być stanowczo zlikwidowana wszelka „praca na czarno”, nielegalne zatrudnienie, łamanie prawa pracy i uchylanie się od obowiązku podatkowego powinno być bezwzględnie ścigane, podobnie jak uchylanie się od płacenia składek do ZUS, który trzeba natychmiast uszczelnić i wydzielić w finansach państwa. Tymczasem jest odwrotnie; – władza umorzyła właśnie zadłużenie bardzo wielu firm w ZUS z powodu niewpłacania składek, co należy rozumieć jako pokrycie tychże składek z budżetu państwa.
Oczywiście – to wszystko nie jest możliwe, bo to by zaprzeczyło podstawom ideologicznym Platformy Obywatelskiej.

Bezrobocie na koniec 2012 roku przerosło nawet te niekorzystne prognozy rządowe i wyniosło 13,3%, przy czym prognozuje się jego dalszy wzrost, w pesymistycznych wersjach nawet do 16% na koniec bieżącego roku. Ma to konkretne dramatyczne skutki społeczne rzutujące na stan państwa. Rząd jednak głównie prognozuje i przygląda się, czy prognozy się spełniają… Głównie tym się zajmuje, jeśli nie liczyć rozniecanych afer medialnych mających ukryć przed opinią publiczną fakt, że nie zajmuje się tym co potrzeba.

Generalnie – znakomita większość osób wypowiadających się na ten temat roztacza katastroficzne wizje, epatuje czarnowidztwem, ostrzega przed nadchodzącym kryzysem i zapaścią, ale nikt się nie zająknie w sprawie zapobieżenia temu, środków przeciwdziałania, zrozumienia powodu nieskuteczności działań dotychczasowych..
Rozumiem, że ludziom niezależnym tak bardzo od spełnienia się lub niespełnienia ich wizji, przepowiedni – zależy wyłącznie na satysfakcji osobistej, jaką spodziewają się odczuć, gdy ich przewidywania okażą się trafne. Na zasadzie: wiedziałem, że tak będzie i ostrzegałem, jestem wielkim ekonomistą, politykiem, dziennikarzem, analitykiem i wiedziałem wcześniej, że tak się stanie. A że to jest równoznaczne z tysiącami czy setkami tysięcy ofiar wśród osób zależnych od codziennej pracy najemnej – cóż, to nie ich, ekonomistów – czarnowidzów wina przecież…
Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz nadal rozwija działania wychodzące naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców; to oczywiście zupełnie nie dziwi biorąc pod uwagę ideologię tej władzy, dającą bezwzględną „wolną rękę” biznesowi nawet wbrew konstytucji, prawu czy interesowi społecznemu. Nie Polska jest najważniejsza: najważniejsze jest „róbta co chceta”… adresowane do elity. I zabobonna wiara w „niewidzialną rękę” samoregulacji.

Minister Pracy przedstawił właśnie kilka dni temu (24.01) nowy projekt ingerencji w zatrudnienie – za pomocą dotacji: projekt Ustawy „O szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców”.
Zakłada on wdrożenie działań finansowanych ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co oznacza, że przeznaczony faktycznie na walkę z bezrobociem Fundusz Pracy, na którym ciężką rękę nie do końca legalnie położył Minister Finansów – jest tymczasem nie do odzyskania.
Ochrona miejsc pracy miałaby być realizowana poprzez częściowe dotowanie pensji pracowniczych w okresie skrócenia przez pracodawcę wymiaru pracy w firmie, na czas zastoju w jej działalności, częściowe dotowanie wynagrodzeń za czas całkowitego przestoju firmy pracodawcy zamiast likwidacji miejsc pracy, dotowanie przedsiębiorstw poprzez rekompensowanie im obciążeń z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne od wypłacanych wynagrodzeń. Pomoc miałaby mieć charakter czasowy (6 a w wyjątkowych sytuacjach 12 lub 18 miesięcy) a jej wysokość odpowiadałaby zasiłkowi dla osoby bezrobotnej określonej w ustawie.
Tak więc obywatel zatrudniony na umowę o pracę otrzymywałby zasiłek taki jak gdyby był bezrobotny oraz częściową wypłatę wynagrodzenia od pracodawcy. Pracodawca byłby też zobowiązany do nierozwiązywania stosunku pracy i nielikwidowania dotowanych stanowisk pracy w okresie do 3 miesięcy po zakończeniu okresu pobierania pomocy. Pomoc ta stanowiłaby dla pracodawcy pomoc publiczną „de minimis”.
Nie da się wykluczyć, że z punktu widzenia przeciętnego bezrobotnego bezskutecznie poszukującego dziś zatrudnienia, pomoc taka mogłaby zapobiec upadkowi wielu osób do poziomu kloszarda, dając jakieś minimalne środki pozwalające egzystować (i tylko tyle), pod warunkiem uzyskania jeszcze jakiejś pomocy np. rzeczowej także i z funduszu Pomocy Społecznej. Ogólnie jednak pomysł ten idzie w tym, co zawsze kierunku: nie dotyka sedna problemu, jego przyczyny a – tak jak to opisałem powyżej – zostanie doskonale wykorzystany przez przedsiębiorców dla maksymalizacji swojego własnego zysku, kosztem czerpania z funduszy publicznych. Nie wiadomo, jakie zainteresowanie wzbudzi on wśród pracodawców; minister powoli, bardzo powoli, ale jednak uczy się, zadziała też biurokratyczny przymus samo-ochrony urzędników przed ewentualną odpowiedzialnością, co w procesie realizacji wszelkich zapisów ustawowych skutkuje takim zagmatwaniem szczegółowych rozwiązań, zasad, wyjątków od zasad i wyjątków od tychże wyjątków – że sprowadzają one wszystko do kompletnego absurdu.
Im bardziej szczegółowo projekt będzie zabezpieczał realizację swoich założonych z góry celów, tym mniej przedsiębiorców się nim zainteresuje: nie da się „zakombinować” dla zwiększenia własnego zysku – to znaczy, że to jest nieprzydatne.
Obawiam się, że realizacja tego projektu da nowy impuls żerowaniu na pomocy publicznej a po wyczerpaniu pieniędzy wszystko powróci w najlepszym wypadku do stanu obecnego. Skończą się dotacje – skończy się zatrudnianie a zacznie znów straszenie masowymi zwolnieniami, redukcją zatrudnienia, likwidacją działalności lub przeniesieniem jej za granice, – czyli ta sama szopka, co obecnie… wyłącznie w celu maksymalizacji zysku własnego.

Uważam, że jedyne rzeczywiste rozwiązanie problemu bezrobocia i kłopotów, z jakimi spotyka się gospodarka – musi się zacząć od całkowitej zmiany „opcji politycznej” w tym kraju, albo co najmniej od zasadniczych przekształceń w koalicji rządzącej, polegających na całkowitym odrzuceniu obecnej ideologii, która jest praprzyczyną wszystkich problemów.

12/01/2013

„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.

Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.

Odwiedziny: