W informacjach płynących z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej
jest od dawna jakaś dziwaczna nielogiczność, której nie potrafię
zinterpretować pozytywnie. Jako osoba szczególnie „zainteresowana”,
chciałbym raczej widzieć tam wszelkie możliwe pozytywy zamiast
doszukiwać się nielogiczności czy wręcz niekonsekwencji, ale… nie da
się.
Po prostu: nie da się. Z jednej strony – zgoda: pozytywne informacje
dodają optymizmu wszystkim podmiotom od których zależy dalszy rozwój
sytuacji; zarówno pracodawcom, jak i osobom pozbawionym zatrudnienia
oraz pracownikom Ministerstwa czy też tak zwanych nie wiedzieć czemu
Powszechnych Służb Zatrudnienia – którzy jak się wydaje powinni starać
się w ramach wspomnianej „służby” jakoś skojarzyć tych pierwszych z tymi
drugimi. Jest jednak w tym dążeniu do „optymizmu” pewna granica, za
którą jest już po prostu kłamstwo, propaganda sukcesu lub ideologii,
tworzenie rzeczywistości „wirtualnej” na potrzeby przypodobania się
zwierzchnikom… Ja wierzę, że Minister Pracy lepiej niż ja zna kaszubską
mentalność swojego pryncypała, ale dążenie takie nie usprawiedliwia
naciągania faktów, stosowania języka propagandy, manipulacji informacją
czy pseudo-psychologicznych sztuczek by „nie drażnić” tego „lwa”…
W kilku wcześniejszych tekstach wyrażałem pogląd, że Minister Pracy
najprawdopodobniej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż ma w istocie
bardzo niewielki wpływ na stopę bezrobocia, która jednak jest mimo to w
odbiorze społecznym jakby „miernikiem” skutków jego działania i jego
dorobku bądź braku tego. Zdaje sobie sprawę, jednak robić coś przecież
musi, stąd przeróżne działania i projekty dla wnikliwego obserwatora
śmieszne, irytujące lub co najmniej trzeciorzędne, nietrafione co do
czasu, wagi, kolejności realizacji czy opłacalności prakseologicznej.
Wydaje się, że w tym rządzie, pozbawionym pomysłów ale ideologicznie
odrzucającym wszelkie pomysły „obce” – wystarczy po prostu „coś robić” a
nie „coś zrobić” – bo dziś brak pozytywnego efektu ostatecznego łatwo
jest jeszcze zrzucić na „kryzys”, „globalizację” lub „prawa rynku”.
Minister Pracy – robi więc „coś”; strona ministerstwa
pełna jest informacji o spotkaniach, dyskusjach, szkoleniach,
konferencjach, konsultacjach, projektach – w tym niektórych nawet
pilotażowych itp.
A tak praktycznie, w rzeczywistości…
Aby zilustrować jakoś moje zadziwienie informacjami ze strony
Ministerstwa, przytoczę coś z „aktualności”: informację dotyczące
sytuacji na tak zwanym umownie „rynku pracy” w listopadzie br.
W listopadzie pracodawcy zgłosili do (PSZ?) 55.000 wolnych miejsc pracy i
miejsc aktywizacji zawodowej. Stopa bezrobocia na koniec listopada
wynosiła 13,2% i była wyższa o 0,2 punktu procentowego niż miesiąc
wcześniej, co oznacza 2.115.800 osób zarejestrowanych w urzędach pracy –
dla których zatrudnienia nie było, i liczba ta od października wzrosła o
40.600 osób (w ciągu miesiąca). Liczba bezrobotnych na koniec listopada
br. była o 58.000 wyższa niż na koniec listopada 2012.
Słowem – stopa bezrobocia wzrosła i to aż w piętnastu województwach,
liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła, jednocześnie ministerstwo
chwali się przekazaniem w listopadzie do urzędów pracy dodatkowo kwoty
niemalże 100 milionów zł na dodatkowe „wsparcie” dla bezrobotnych
(wzrosły koszty obsługi bezrobocia).
W tym czasie jednak dla przykładu Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie
ogłosił… wstrzymanie naboru wniosków od pracodawców dotyczących
organizacji prac interwencyjnych, organizacji robót publicznych oraz
organizacji staży dla osób bezrobotnych – czyli podstawowych form
wsparcia osób bezrobotnych, związanych z czasowym, dotowanym, odpłatnym
zatrudnieniem lub – jak w przypadku stażu – pomocą finansową w postaci
„stypendium stażowego” (odpowiadającego mniej więcej wysokości zasiłku).
Te „instrumenty” Służb Zatrudnienia – już w roku bieżącym „nie grają”.
Na co wiec zostaną spożytkowane te dodatkowe pieniądze?
Wiadomo zresztą, że urzędy pracy pod koniec roku „wygaszają” całą swoją
działalność, by dokonać rozliczenia poprzedniego budżetu i z nowymi
działaniami stratują dopiero w lutym lub marcu – kiedy ustalony zostanie
ich kolejny budżet na nowy rok.
Ktoś doszukujący się pozytywów będzie jednak podkreślał inne aspekty
sprawy: Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie o 0,2 punktu procentowego
w stosunku do października, ale dynamika tego wzrostu w porównaniu do
analogicznego okresu roku ubiegłego – spadła i to o połowę. Czyli jest
źle, ale – „mniej źle”.
Pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy ale
jest to o 12% więcej, niż przed rokiem; liczba wolnych miejsc (ofert)
pracy rośnie. Liczba osób bezrobotnych w listopadzie też wzrosła, ale
wzrost ten był mniejszy niż przed rokiem (zmniejszenie amplitudy wahań
świadczy o stabilizacji ?). Bezrobocie wzrosło we wszystkich
województwach (prócz Mazowieckiego, w którym nie zmieniło się) ale także
i wzrosła we wszystkich województwach ilość ofert pracy.
Akurat wzrost liczby wolnych miejsc pracy i jednoczesny wzrost liczby
osób bezrobotnych wbrew pozorom nie są ze sobą sprzeczne, ale też nie
muszą nieść ze sobą informacji pozytywnej; świadczą o pogłębianiu się
bezrobocia strukturalnego a więc o pogarszaniu się sytuacji. O coraz
większym rozdźwięku pomiędzy potrzebami pracodawców (dotyczącymi
kwalifikacji, zawodów, specjalności i doświadczenia kandydatów do
zatrudnienia (czyli ludzi szukających pracy) z tym co oni mają do
zaoferowania w rzeczywistości a nie w swoich naciąganych „listach
motywacyjnych”. To z kolei dowodzi klęski działań PSZ zmierzających do
zmiany charakteru strukturalnego bezrobocia i wynika, albo ma
przynajmniej moim zdaniem bezpośredni związek z rezygnacją od prawie
dwóch lat z działań szkoleniowych dotyczących przekwalifikowywania
bezrobotnych lub uaktualniania ich dotychczasowych kwalifikacji – gdy
należą one do tych uznanych za potrzebne na rynku pracy. Poza tym – cóż w
takim razie robią prócz generowania kosztów – Wojewódzkie Urzędy Pracy a
w nich – tak zwane „Obserwatoria Rynku Pracy” mające z założenia
tworzyć wiarygodną informację o potrzebach pracodawców, informację
potrzebną do właściwego ukierunkowania działań PSZ a nawet i całej
edukacji narodowej właśnie po to, by unikać sytuacji jaka ma dziś
miejsce.
Nie jestem przekonany, czy należy cieszyć się ze stabilizowania się
stopy bezrobocia na poziomie około 13%; mimo mniejszych krótkookresowych
wahań szczególnie w górę – jest to po prostu o wiele za dużo.
Dokładniej – o 10%, bo tak zwana „naturalna stopa bezrobocia” (czyli ta
nieunikniona i w gruncie rzeczy korzystna) jest obecnie określana na ok.
2 – 3%.
Ministerstwo podaje, że pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000
wolnych miejsc pracy co należy chyba rozumieć jako liczbę aktualnych
ofert zatrudnienia. Nasuwają się tu jednak nieodwołalnie kolejne
pytania: ile z tych ofert pracy „zwolniło się” na skutek zwolnienia
(rozwiązania umów o pracę) z osobami wcześniej zatrudnionymi na tych
stanowiskach. Jeśli 55 tysięcy pracowników zostało zwolnionych, to
pojawiło się tyle samo „wolnych miejsc pracy”, ale bezrobocie też
zwiększyło się o podobną liczbę. Bo przecież liczba ofert pracy wcale
bezrobocia nie zmniejszy, gdyż mamy tu do czynienia jedynie z wymianą
pracowników na istniejących już stanowiskach pracy, która jest
jednoznaczna z podobną „wymianą” osób zarejestrowanych w urzędach pracy.
W tym sensie liczba tak zdefiniowanych ofert nie ma żadnego znaczenia
dla rozpatrywania bezrobocia i dlatego też pozornie duża liczba ofert
bynajmniej nie koliduje z jednoczesnym wzrostem bezrobocia.
Parametrem określającym rzeczywistą zmianę sytuacji byłaby dziś raczej liczba
powstających, nowych (wcześniej nie istniejących) miejsc pracy, oraz
liczba osób przekwalifikowanych zgodnie z potrzebami pracodawców
i zatrudnionych (bo strukturalny charakter bezrobocia polega przecież na BRAKU
(niedoborze) miejsc pracy oraz na niedostosowaniu kwalifikacji
bezrobotnych do potrzeb rynku pracy. Takich danych jednak Ministerstwo
nie podaje.
Ponad tym wszystkim są jednak wnioski ogólne; nadal brak działań
rzeczywiście mogących coś zmienić w sytuacji bezrobocia. Po pierwsze –
chodziłoby tu o działania Ministerstwa Gospodarki skoordynowane z
odpowiednią polityką Ministerstwa Finansów, tymczasem co do bezrobocia –
wszyscy patrzą na ręce Ministrowi Pracy, tak jakby on mógł stworzyć
brakujący milion miejsc pracy lub choćby – jakby ich brak był wynikiem
jego działania czy zaniechania. Minister Pracy nie tworzy ani też nie
likwiduje miejsc pracy, jeśli brak ich np. milion to tego żadne
działania Ministra Pracy nie zrekompensują. Brak działań resortów
gospodarczych natomiast zdaje się wynikać z założeń ideologicznych tej
władzy, to znaczy z programowego założenia powstrzymania się od
wszelkiej ingerencji polityków w zarządzanie gospodarką, ze ślepej wiary
w „samoregulację” i samoczynnie następujące procesy kontrolowane
wyłącznie przez przedsiębiorców. Dlatego jest tak – jak jest.
Sytuacja jest bardzo pesymistyczna, gdyż zbyt wielu ludziom jest „na
rękę” to, że pewna część obywateli została wypchnięta z rynku pracy a
pewna część – stała się zakładnikami dotacji, zasiłku, krótkoterminowych
umów okresowych, codziennej walki o przetrwanie na poziomie absolutnego
minimum. Władza PO obudziła najgorsze demony i uaktywniła najbardziej
prymitywne reakcje ludzkie dotyczące chciwości, bezwzględności; przykro
to stwierdzić dziś, przed zbliżającą się rocznicą Wydarzeń Grudniowych
oraz rocznicą zdławienia „Solidarności” przez wprowadzenie stanu
wojennego.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSZ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSZ. Pokaż wszystkie posty
29/12/2013
W sprawie bezrobocia – nadal mało optymistycznie.
Etykiety:
bezrobocie,
Kosiniak-Kamysz,
MPiPS,
PO,
praca,
PSZ,
rynek pracy,
rząd,
Tusk,
walka z bezrobociem
01/10/2013
Powiatowe Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy.
Urzędy Pracy zatrudniają pracowników – pośredników pracy do obsługi
osób zarejestrowanych jako bezrobotne lub jako poszukujące zatrudnienia.
I słusznie, gdyż powinny one zajmować się pośrednictwem pracy. A cóż to
jest pośrednictwo dotyczące pracy?
Przede wszystkim – dotyczyć ono ma zarówno pracodawców jak i bezrobotnych.
Należy zdobyć ofertę zatrudnienia.
Urzędy pracy muszą ściśle trzymać się prawa a w tym celu muszą wymagać całkowitej zgodności ofert zatrudnienia z prawem, w tym przypadku z ustawą Kodeks Pracy, ustawą o promocji zatrudnienia oraz każdym innym przepisem obowiązującego prawa, w tym i regulacji Unijnych. Jeśli wiec pracodawca chciałby poszukiwanemu pracownikowi zapłacić mniej za pracę na pełny wymiar czasu pracy niż wynosi ustalone prawem minimalne wynagrodzenie – to jego oferta nie zostanie w Urzędzie Pracy przyjęta, gdyż urząd pracy będąc instytucją samorządu terytorialnego nie może współpracować w działaniach łamiących prawo.
Jeśli pracodawca chciałby na stanowisko swojej sekretarki czy asystentki koniecznie zatrudnić kobietę w wieku do 35 lat, bezdzietną i nie planującą dziecka, blondynkę o „atrakcyjnym wyglądzie” płynnie posługującą się co najmniej dwoma językami obcymi już nie mówiąc o własnym – to także taka oferta nie zostanie przyjęta w urzędzie pracy z wyżej wymienionych powodów. Łamie ona tyle przepisów prawa, że nadaje się jedynie do prokuratury lub co najmniej do Państwowej Inspekcji Pracy.
To niewątpliwie ogranicza liczbę ofert jakimi dysponują urzędy pracy, bo świadomość prawa jest dziś wśród przedsiębiorców wypierana przez podejście anarchistyczne i poczucie bezkarności pod „parasolem ochronnym” syndykatu biznesowo-politycznego z PO.
Z drugiej strony wiele instytucji ma obowiązek korzystania z pośrednictwa urzędów pracy przy poszukiwaniu pracowników.
Prowadząc pośrednictwo dla pracodawcy, pracownik urzędu powinien przede wszystkim zbadać, czy w bazie danych osób zarejestrowanych ma osobę lub osoby odpowiadające oczekiwaniom tego pracodawcy a jeśli tak – to zaproponować pracodawcy te osoby jako kandydatury, oczekując wyboru tych z nich, z którymi pracodawca chciałby porozmawiać bezpośrednio na temat zatrudnienia. Urząd Pracy posiada przecież bardzo dużo informacji o osobach rejestrowanych, w zasadzie może posiadać ich więcej jeśli tylko nie jest to zabronione, więc może każdej ofercie przyporządkować osoby spełniające wymagania pracodawców. Z wybranymi w ten sposób kandydatami urząd powinien skontaktować się, wzywając ich do przyjęcia skierowania na rozmowę kwalifikacyjną, bo urząd ma prawo w takim przypadku kierować osoby bezrobotne do poszczególnych pracodawców a osoby te muszą i najczęściej chcą jak najszybciej podjąć odpowiednią dla nich pracę i po to przecież dobrowolnie zarejestrowały się w urzędzie pracy.
Zakładam, że zmniejszanie bezrobocia, czy też „walkę z bezrobociem” należy utożsamić z działaniami skutkującymi zmniejszaniem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w ten sposób, by spowodować ich zatrudnienie, najlepiej trwałe zatrudnienie. To dość logiczne: jeśli osoby zarejestrowane będą zatrudniane, to będzie się zmniejszała ich liczba w rejestrze PUP czyli bezrobocie będzie malało, przynajmniej to rejestrowane bezrobocie. Ustawy jednakże nic nie mówią o bezrobociu nierejestrowanym.
Na tym polega pośrednictwo: na kojarzeniu podmiotu poszukującego pracownika z osobami poszukującymi pracy będącymi w rejestrze osób bezrobotnych.
Nic takiego jednak w urzędach pracy nie dzieje się.
Urząd pracy po prostu publikuje uzyskane oferty zatrudnienia na portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia – przesyłając je do wspólnej bazy danych z wyszukiwarką, działającej na serwerach w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Publikuje je także na własnej stronie internetowej oraz wewnątrz urzędu – na tablicach ogłoszeń, ewentualnie na wyświetlaczach (ekranach) umieszczonych w urzędzie w części dostępnej dla bezrobotnych. I na tym koniec działań urzędu pracy.
Bezrobotny który zapozna się z takim ogłoszeniem (a praktycznie – pierwsze kilka osób) i sam uważa się za spełniającego oczekiwania pracodawcy – ma się zgłosić do pośrednika pracy a ten wyda mu albo nie wyda skierowanie do kontaktu z pracodawcą.
Dzieje się tak miedzy innymi zgodnie z zasadą powszechnej dostępności ofert pracy a także pełnej dobrowolności usług oferowanych przez urzędy pracy.
Patrząc na to z drugiej strony, urząd który miałby świadczyć usługi pośrednictwa pracy dla osób bezrobotnych zarejestrowanych w tym urzędzie, powinien także każdą uzyskaną ofertę zatrudnienia porównywać z danymi osób zarejestrowanych dla określenia kandydatów do pracy spośród tychże właśnie osób pozostających w rejestrze bezrobotnych. W wyniku tego osoby spełniające wymagania pracodawcy uzyskiwałyby skierowanie do kontaktu z tym pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Generalnie – urzędy pracy powinny starać się zmniejszyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych poprzez uzyskanie zatrudnienia dla jak największej ich liczby. Jak widać – pośrednictwo pracy dla pracodawców jak i dla bezrobotnych jest w zasadzie tym samym działaniem, da się połączyć a skutkiem tego ma być zatrudnienia osoby która była zarejestrowana jako bezrobotna.
Urzędy pracy zachowują się tak, jak prywatne agencje pośrednictwa, przy czym agencje prywatne wykazują więcej starań i aktywności – bo na tym zarabiają (od pracodawców), natomiast marazm w urzędach pracy wynika także i z tego, że nie muszą one zabiegać o pieniądze na płace i na działalność, bo te – niezależnie od wyników pracy urzędu mierzonych zatrudnianiem bezrobotnych – są gwarantowane przez władzę ze środków publicznych.
Jest wiele portali publikujących oferty zatrudnienia dostępne za darmo dla każdego przy finansowaniu np. z reklam, więc takie działanie urzędów pracy jak opisano powyżej, sporym kosztem środków publicznych – prowadzi do absurdu, marnotrawstwa, niegospodarności.
Przede wszystkim – dotyczyć ono ma zarówno pracodawców jak i bezrobotnych.
Należy zdobyć ofertę zatrudnienia.
Urzędy pracy muszą ściśle trzymać się prawa a w tym celu muszą wymagać całkowitej zgodności ofert zatrudnienia z prawem, w tym przypadku z ustawą Kodeks Pracy, ustawą o promocji zatrudnienia oraz każdym innym przepisem obowiązującego prawa, w tym i regulacji Unijnych. Jeśli wiec pracodawca chciałby poszukiwanemu pracownikowi zapłacić mniej za pracę na pełny wymiar czasu pracy niż wynosi ustalone prawem minimalne wynagrodzenie – to jego oferta nie zostanie w Urzędzie Pracy przyjęta, gdyż urząd pracy będąc instytucją samorządu terytorialnego nie może współpracować w działaniach łamiących prawo.
Jeśli pracodawca chciałby na stanowisko swojej sekretarki czy asystentki koniecznie zatrudnić kobietę w wieku do 35 lat, bezdzietną i nie planującą dziecka, blondynkę o „atrakcyjnym wyglądzie” płynnie posługującą się co najmniej dwoma językami obcymi już nie mówiąc o własnym – to także taka oferta nie zostanie przyjęta w urzędzie pracy z wyżej wymienionych powodów. Łamie ona tyle przepisów prawa, że nadaje się jedynie do prokuratury lub co najmniej do Państwowej Inspekcji Pracy.
To niewątpliwie ogranicza liczbę ofert jakimi dysponują urzędy pracy, bo świadomość prawa jest dziś wśród przedsiębiorców wypierana przez podejście anarchistyczne i poczucie bezkarności pod „parasolem ochronnym” syndykatu biznesowo-politycznego z PO.
Z drugiej strony wiele instytucji ma obowiązek korzystania z pośrednictwa urzędów pracy przy poszukiwaniu pracowników.
Prowadząc pośrednictwo dla pracodawcy, pracownik urzędu powinien przede wszystkim zbadać, czy w bazie danych osób zarejestrowanych ma osobę lub osoby odpowiadające oczekiwaniom tego pracodawcy a jeśli tak – to zaproponować pracodawcy te osoby jako kandydatury, oczekując wyboru tych z nich, z którymi pracodawca chciałby porozmawiać bezpośrednio na temat zatrudnienia. Urząd Pracy posiada przecież bardzo dużo informacji o osobach rejestrowanych, w zasadzie może posiadać ich więcej jeśli tylko nie jest to zabronione, więc może każdej ofercie przyporządkować osoby spełniające wymagania pracodawców. Z wybranymi w ten sposób kandydatami urząd powinien skontaktować się, wzywając ich do przyjęcia skierowania na rozmowę kwalifikacyjną, bo urząd ma prawo w takim przypadku kierować osoby bezrobotne do poszczególnych pracodawców a osoby te muszą i najczęściej chcą jak najszybciej podjąć odpowiednią dla nich pracę i po to przecież dobrowolnie zarejestrowały się w urzędzie pracy.
Zakładam, że zmniejszanie bezrobocia, czy też „walkę z bezrobociem” należy utożsamić z działaniami skutkującymi zmniejszaniem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w ten sposób, by spowodować ich zatrudnienie, najlepiej trwałe zatrudnienie. To dość logiczne: jeśli osoby zarejestrowane będą zatrudniane, to będzie się zmniejszała ich liczba w rejestrze PUP czyli bezrobocie będzie malało, przynajmniej to rejestrowane bezrobocie. Ustawy jednakże nic nie mówią o bezrobociu nierejestrowanym.
Na tym polega pośrednictwo: na kojarzeniu podmiotu poszukującego pracownika z osobami poszukującymi pracy będącymi w rejestrze osób bezrobotnych.
Nic takiego jednak w urzędach pracy nie dzieje się.
Urząd pracy po prostu publikuje uzyskane oferty zatrudnienia na portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia – przesyłając je do wspólnej bazy danych z wyszukiwarką, działającej na serwerach w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Publikuje je także na własnej stronie internetowej oraz wewnątrz urzędu – na tablicach ogłoszeń, ewentualnie na wyświetlaczach (ekranach) umieszczonych w urzędzie w części dostępnej dla bezrobotnych. I na tym koniec działań urzędu pracy.
Bezrobotny który zapozna się z takim ogłoszeniem (a praktycznie – pierwsze kilka osób) i sam uważa się za spełniającego oczekiwania pracodawcy – ma się zgłosić do pośrednika pracy a ten wyda mu albo nie wyda skierowanie do kontaktu z pracodawcą.
Dzieje się tak miedzy innymi zgodnie z zasadą powszechnej dostępności ofert pracy a także pełnej dobrowolności usług oferowanych przez urzędy pracy.
Patrząc na to z drugiej strony, urząd który miałby świadczyć usługi pośrednictwa pracy dla osób bezrobotnych zarejestrowanych w tym urzędzie, powinien także każdą uzyskaną ofertę zatrudnienia porównywać z danymi osób zarejestrowanych dla określenia kandydatów do pracy spośród tychże właśnie osób pozostających w rejestrze bezrobotnych. W wyniku tego osoby spełniające wymagania pracodawcy uzyskiwałyby skierowanie do kontaktu z tym pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Generalnie – urzędy pracy powinny starać się zmniejszyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych poprzez uzyskanie zatrudnienia dla jak największej ich liczby. Jak widać – pośrednictwo pracy dla pracodawców jak i dla bezrobotnych jest w zasadzie tym samym działaniem, da się połączyć a skutkiem tego ma być zatrudnienia osoby która była zarejestrowana jako bezrobotna.
Urzędy pracy zachowują się tak, jak prywatne agencje pośrednictwa, przy czym agencje prywatne wykazują więcej starań i aktywności – bo na tym zarabiają (od pracodawców), natomiast marazm w urzędach pracy wynika także i z tego, że nie muszą one zabiegać o pieniądze na płace i na działalność, bo te – niezależnie od wyników pracy urzędu mierzonych zatrudnianiem bezrobotnych – są gwarantowane przez władzę ze środków publicznych.
Jest wiele portali publikujących oferty zatrudnienia dostępne za darmo dla każdego przy finansowaniu np. z reklam, więc takie działanie urzędów pracy jak opisano powyżej, sporym kosztem środków publicznych – prowadzi do absurdu, marnotrawstwa, niegospodarności.
Powiatowe (Miejskie) Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy, dlatego mają tak mierne osiągnięcia.
Etykiety:
Donbald Tusk,
Duda,
Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
minister pracy,
oferty pracy,
PO,
pośrednictwo pracy,
praca,
prawo,
PSZ,
PUP,
Tusk,
ustawy,
zatrudnienie
22/09/2012
Opozycja ni w pięć, ni w dziewięć…
Prezes PiS dowodzi systematycznie choć pośrednio swojego społecznego
wyobcowania. A w takim stanie nie tylko nie może być liderem opozycji,
ale i wręcz wizerunkowi opozycji szkodzi.
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym, w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste, że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem – zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy wręcz zawadza jej.
Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba, pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać, choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury – tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców, elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli” którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…
Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy „elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie do doskonałej mistyfikacji.
Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy – natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy „przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości” jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód” poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.
Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej. Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.
Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi to w odniesieniu właśnie do opozycji.
Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik – Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi, odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców, spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi – czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę, faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć „drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem, kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów. Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna, kompetentna i wiarygodna…
Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym” prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego „gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę. Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem, nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków, gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami. Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy, niezrozumienia.
Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła. Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się, kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście „biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO – bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach, dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.
Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i „elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją, czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań, uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są na to fundusze celowe.
Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych, objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki bezrobocia.
Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS, ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku – wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…
W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza różnica…
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym, w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste, że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem – zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy wręcz zawadza jej.
Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba, pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać, choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury – tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców, elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli” którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…
Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy „elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie do doskonałej mistyfikacji.
Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy – natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy „przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości” jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód” poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.
Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej. Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.
Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi to w odniesieniu właśnie do opozycji.
Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik – Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi, odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców, spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi – czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę, faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć „drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem, kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów. Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna, kompetentna i wiarygodna…
Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym” prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego „gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę. Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem, nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków, gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami. Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy, niezrozumienia.
Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła. Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się, kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście „biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO – bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach, dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.
Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i „elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją, czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań, uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są na to fundusze celowe.
Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych, objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki bezrobocia.
Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS, ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku – wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…
W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza różnica…
Subskrybuj:
Posty (Atom)