BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MPiPS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MPiPS. Pokaż wszystkie posty

01/06/2014

Walka z dyskryminacją oraz nierównym traktowaniem.
Rozdział II. „Praca dla młodych”.

W części pierwszej wspominałem o wieku pracownika lub kandydata do zatrudnienia jako kryterium czy podłożu dyskryminacji lub nierównego traktowania. Pisałem też o tym, że źródłem przepisów mających w założeniu ochraniać przed dyskryminacją są dyrektywy unijne, konkretnie – Rady Unii Europejskiej, które mówiąc najogólniej – zakazują stosowania dyskryminacji lub nierównego traktowania w zatrudnieniu, wobec kogokolwiek i pod jakimkolwiek właściwie względem, a możliwe pewne szczególne sytuacje prawnie przewidziane, muszą być wyposażone w szczegółowe i konkretne uzasadnienie.
I tu pierwsza wątpliwość; czy jest możliwe, że to właśnie Unia, w tym przypadku Komisja Europejska sama drastycznie łamie te ustalone przez Unię zasady prawne.

Mam na myśli unijną zasadę „adresowania” różnych działań, w tym pomocy – do ściśle określonych odbiorców, wyszczególnionych spośród innych w tym wypadku przez wiek i jej ewentualną sprzeczność z prawem unijnym .
Otóż „wyskoczył” niedawno jak przysłowiowy „Filip z konopi” jeden z komisarzy, w tym wypadku jeśli dobrze pamiętam – Holender (czyli wyskoczył pewnie – z konopi indyjskich), z hasłem propagandowym „Praca dla młodych”. Oto w myśl tego nagłego oświecenia Komisarza, Unia Europejska miała natychmiast podjąć kategoryczną walkę z bezrobociem wśród osób do 30 roku życia, gdy nie dało się już ukryć iż bezrobocie wśród osób w tej grupie wiekowej jest znacznie wyższe niż średnia, wynosi lokalnie nawet blisko 70%. Było to także niewątpliwie przygotowanie do kampanii wyborczej, wzmacniające zainteresowanie instytucjami unijnymi wśród młodych wyborców.

Z jednej strony uważam za zrozumiałe, że można przedstawić wiele argumentów i to bardzo poważnych i istotnych społecznie oraz gospodarczo w skali także globalnej, że zjawisko to wymaga szczególnej interwencji która wpłynęłaby na pracodawców, aby chętniej zatrudniali ludzi młodych. Z drugiej strony – samo wręcz nasuwa się tu zasadnicze pytanie: co w takiej sytuacji z prawem; jak taki pomysł ma się do przyjętej wcześniej zasady podstawowej prawa unijnego, przetransferowanej już do prawa krajów członkowskich – że pracownicy jak i kandydaci do zatrudnienia muszą być równo traktowani ze względu na wiek ! (jak i pod każdym innym względem).

Konkretnie, można pytać, czy szczególne traktowanie młodych na rynku pracy – nie przeczy właśnie tej unijnej zasadzie prawnej, w ten sposób iż dyskryminuje osoby w średnim i starszym wieku na rynku pracy. Oczywiście to samo powiedzielibyśmy o wszelkich programach skierowanych do grupy wiekowej określanej jako „50+” czyli osób bezrobotnych w wieku przedemerytalnym (w wieku 50 – 67 lat zgodnie z obecnie tymczasowo jeszcze obowiązującymi przepisami emerytalnymi). Jakiekolwiek działania nakierowane wyłącznie na tę grupę wiekową, dyskryminują bezrobotne osoby młodsze, a więc stanowią ewidentny przykład nierównego traktowania w zatrudnieniu, w tym wypadku dotyczący już samego dostępu do zatrudnienia. Z kolei praktycznie realizowana przez pracodawców zasada pozbywania się pod jakimkolwiek pozorem pracownika tuż przed jego wejściem w okres ochrony prawnej przez rozwiązaniem stosunku pracy (cztery ostatnie lata przed emeryturą) – ewidentnie dyskryminuje osoby w tym wieku w stosunku do pozostałych pracowników, które nie są narażone na zwolnienie z pracy ze względu na wiek. Jest to dyskryminacja pracownika ze względu na wiek, z powodu jego ochrony prawnej przed dyskryminacją: czy to nie jest groteskowe?

Czy szczególne zasady dotowania przez Unię zatrudnienia osób niepełnosprawnych, powodujące powstawanie całych wielkich firm usługowych opierających się na zatrudnianiu wyłącznie osób niepełnosprawnych i pod warunkiem udokumentowania tejże niepełnosprawności – takich jak „IMPEL”, „ROKA” i wiele innych – nie stanowią przypadkiem ewidentnego przykładu nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na „stan sprawności fizycznej”, to znaczy – mówiąc wprost – dyskryminacji osób bezrobotnych w pełni sprawnych – za to, że są sprawne? Firmy te zatrudniają wyłącznie niepełnosprawnych z powodu czysto finansowego; dotacji i mniejszych kosztów pracy i osoba bezrobotna pełnosprawna nigdy tam zatrudnienia nie uzyska właśnie w związku z tym, że jej „pełnosprawność” nie przyniesie pracodawcy oszczędności na kosztach pracy…

Szczególnie zła sytuacja dotyczyłaby pod względem dyskryminacji ze względu na wiek – osób bezrobotnych w wieku 31 – 49 lat a więc osób przecież najwartościowszych ze względu na właściwą dla nich równowagę wiedzy, doświadczenia i możliwości fizycznych; byłaby to grupa stale od wielu lat dyskryminowana na rynku pracy, gdyż tak jak zdarzają się specjalne programy (choćby tylko teoretyczne – jak „szufladowy” projekt Michała Boniego „Solidarność Pokoleń z 50 plus”), skierowane do młodych, albo właśnie tylko do starszych – to nie pamiętam od lat żadnego projektu wsparcia dla tej „średniej” wiekowo grupy bezrobotnych. Także szczególne programy unijne w ramach EFS POKL w latach 2007 – 2013 nie dotyczyły tej grupy wiekowej.
Spójrzmy pod tym względem na wspomnianą nowelizację Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Niewątpliwie realizuje ona Unijne wytyczne dotyczące „szczególnej pomocy dla młodych bezrobotnych w Unii”.
Wprowadziła ona do katalogu działań PUP następujące „nowości”:
Przede wszystkim nowelizacja wprowadza zasadę obligatoryjnego „profilowania” bezrobotnych to znaczy ich bezwzględnego przydzielania do jednej z trzech grup: bezrobotnych samodzielnych i gotowych do podjęcia pracy a oczekujących jedynie oferty; bezrobotnych potrzebujących różnych działań przed podjęciem pracy, typu szkolenie, doradztwo, wstępna aktywizacja w postaci stażu, zatrudnienia dotowanego itp; bezrobotnych „oddalonych” od rynku pracy, którym nie mogą pomóc działania dostępne PUP i wymagają oni działań wstępnych takich jak podstawowa resocjalizacja, staż w Centrach Integracji Społecznej, leczenie odwykowe, przeciwdziałanie bezdomności itp. Dla tej grupy wprowadzono działania w formie programu „Aktywacja i Integracja”. Urzędy pracy zajmować się będą grupą pierwszą i drugą a grupa trzecia jest docelowo przewidziana głównie do „wydelegowania” do prywatnych agencji zatrudnienia, realizujących różne szczególne programy pomocowe za odpowiednią odpłatnością.
Pakiet bonów dla osób bezrobotnych w wieku do 30 roku życia. Jest to przeznaczone dla grupy drugiej i wymaga współpracy (i decyzji) indywidualnego doradcy zawodowego. W pakiecie tym występuje:
Bon szkoleniowy – w wysokości do 100% przeciętnego wynagrodzenia, na pokrycie kosztów potrzebnych szkoleń, egzaminów, kursów kwalifikacyjnych, przejazdów na nie i zakwaterowania.
Bon stażowy – na dojazdy do miejsca odbywania stażu dla osób skierowanych przez PUP w ramach indywidualnego planu działania, badania i testy (prócz stypendium stażowego za każdy miesiąc stażu).
Bon zatrudnieniowy – gwarantuje zwiększenie szansy na zatrudnienie dzięki refundacji pracodawcy części wynagrodzenia i składek na ubezpieczenie społeczne przez 12 miesięcy.
Bon na zasiedlenie – przeznaczony na pokrycie kosztów związanych z pracą lub podjęciem działalności gospodarczej w miejscowości innej niż miejsce dotychczasowego zamieszkania (w odległości co najmniej 80 km). Ułatwiać on ma tzw. migrację zarobkową, związaną z dojazdami do pracy w innej miejscowości lub zmianę miejsca zamieszkania w związku z podjęciem pracy. Może on mieć wartość do 8.000 zł na okres min. 6 miesięcy zatrudnienia.
Inne nowe elementy pomocy bezrobotnym opiszę w oddzielnym artykule.

W efekcie związane są z tym i szczególne świadczenia dla pracodawców zatrudniających osoby bezrobotne w wieku do 30 roku życia: refundacja części składek na ubezpieczenie społeczne, dotacje do wynagrodzenia, premia za przyjęcie stażysty, oczywiście nadal obowiązują dotychczasowe zasady dofinansowywania pracodawcom zatrudnienia w ramach prac interwencyjnych i robót publicznych itp.
Muszą się tu po prostu automatycznie nasuwać zasadnicze wątpliwości co do przyczyn dedykowania tych działań wyłącznie osobom młodym. Trudno nawet domyślić się powodu dla którego na przykład wspomniany bon zasiedleniowy ma służyć wyłącznie osobom do ukończenia 30 roku życia. Może być wiele takich przypadków ze względu na strukturalny charakter bezrobocia, że osoba w każdym wieku – w jednej miejscowości od lat bezrobotna np. w związku z likwidacją tam dużego zakładu przemysłowego z branży gospodarki polskiej którą likwidowano po 1989 roku, w innej miejscowości może być oczekiwana z otwartymi ramionami, bo wykonuje zawód tu właśnie deficytowy.
Co za różnica w jakim wieku byłaby ta osoba.

Czy nie chodzi tu przede wszystkim o zmniejszanie bezrobocia a więc o działania dzięki którym każdy bezrobotny który ponownie uzyskał trwałe zatrudnienie jest sukcesem i poprawia sytuację państwa – wytwarzając jakiś dochód oraz stając się nabywcą dóbr?
Nie do pojęcia na gruncie logiki czy zdrowego rozsądku są powody, dla których osobie bezrobotnej do ukończenia 30 roku życia można i należy pomóc w relokacji dla uzyskania trwałego zatrudnienia a osobie 31 letniej czy 40 letniej – już nie można i nie należy takiej pomocy udzielić – nawet gdy straciłaby ona w ten sposób szansę trwałego zatrudnienia w innej miejscowości w której jej praca jest potrzebna, lub nawet w odległej części kraju.
Nie do pojęcia w normalnych warunkach jest – po co w tym przepisie w ogóle określono przedział wiekowy; dlaczego osobie 40 lub 50 letniej nie można pomóc w relokacji, gdyby miało ją to wydobyć z bezrobocia. Dlaczego to może być tylko i jedynie „dla młodych”?

Wydaje się, że to raczej zmniejszanie bezrobocia wszelkimi metodami jest najważniejsze z gospodarczego i społecznego punktu widzenia, jakim powinno posługiwać się państwo. Ale jak z tego wynika – tak nie jest: ważniejsza jest IDEOLOGIA.
Jest unijne hasło ideologiczne „Praca dla młodych” wymyślone przez Komisję Europejską, więc ta ideologia jest najważniejsza a „młody” to ktoś do ukończenia 30 roku życia – bo tak zostało przyjęte w przepisach stworzonych przez biurokrację unijną. Chodzi o to, by realizować tę ideę a nie zmniejszać bezrobocie w każdy możliwy sposób a zresztą; takie bony relokacyjne czy zasiedleniowe dla młodych także nie wpłyną w sposób zasadniczy na stopę bezrobocia w tej grupie wiekowej, ani ujmowaną całościowo. Całościowo – skutek będzie marginalny, choć – co jest dla mnie najbardziej istotne – w indywidualnych przypadkach może to być pomoc na wagę życia. Bo przecież tu chodzi o ludzi i o ich życie! Abstrakcyjne naukowo może to być jedynie dla wypaczonych, zdegenerowanych moralnie biurokratów, odpornych na refleksje wykształciuchów wyobcowanych z realiów życia – jak pan wiceminister.

Zasada prawna powstrzymania się od jakiejkolwiek dyskryminacji, szykanowania czy nierównego traktowania obywateli w sprawach związanych z zatrudnieniem nie da się pogodzić z tworzeniem podobnych przepisów i ofert, dzielących w sposób jaskrawy a niczym najczęściej nieuzasadniony na różne grupy konkurujące nawzajem o środki i zainteresowanie decydentów w Unii lub w swojej ojczyźnie.
Oczywiście, że działania takie nie mają i nie mogą mieć zasadniczego wpływu na likwidację nadmiernego bezrobocia a więc nie dotykają one rzeczywistych powodów tego zjawiska, dlatego też takie jak ta „reformy urzędów pracy” i nowelizacje ustaw – niczego nie zmienią. Nie ma się więc także czym entuzjazmować. Pozostaje problem bezrobocia widziany z jedynego istotnego punktu widzenia: zasadniczej roli pracy dla indywidualnego człowieka, skutków pozbawienia go możliwości świadczenia pracy w zamian za wynagrodzenie z wszystkimi tego kolosalnymi konsekwencjami na wielu płaszczyznach. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest i zawsze będzie haniebne dla tego pokolenia i tej władzy, w naszym kraju – głównie środowiska postsolidarnościowego, oraz dziwnych ludzi którzy nagle, zaskakująco i samowolnie zastąpili wówczas dawnych polityków, aktywistów i działaczy, zmuszanych do emigracji politycznej, lub – ledwie żyjących po „pobycie” w obozach internowania wewnętrznego (obozach generała Jaruzelskiego), środowiska tak zwanego „KLD” z którego wyłoniła się obecna ekipa o histerycznie – totalitarnej mentalności, wcale nie ustępującej mentalności towarzyszy – z poprzedniej „jedynie słusznej” partii, mającej patent na „gwarantowane wygrywanie wyborów” nie 7 a 77 razy.

Obecna władza stworzyła bezrobocie w takiej wysokości i specyfice jak to odczuwamy – przy okazji tworzenia niewolnictwa pracowniczego w stylu kapitalizmu dziewiętnastowiecznego i dlatego likwidacja bezrobocia wymaga jako warunku bezwzględnego – zmiany tej władzy.

30/05/2014

Walka z dyskryminacją i nierównym traktowaniem; „równość” – kontra „wolność”.
Rozdział I.

Tak zwana „nowelizacja” tak zwanej „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – wprowadziła właśnie do praktyki kilka nowych pomysłów dotyczących działania Urzędów Pracy; efektownych ale o zupełnie jak się wydaje marginalnej możliwości wpłynięcia na sytuację osób bezrobotnych, poszukujących i potrzebujących zatrudnienia w celu uzyskiwania stałych dochodów za własną pracę najemną; zatrudnienia najchętniej angażującego ich posiadane już umiejętności, doświadczenie, kompetencje i wiedzę. W przypadku trudności oczywiście ta ostatnia przesłanka dotycząca wykorzystania posiadanych kompetencji spada na najniższe miejsce ważności, ale warto pamiętać, że generalnie ona istnieje i jest ważna zarówno dla pracowników jak i tym bardziej dla pracodawców.

Przypomnijmy, że bezrobocie polega na rzeczywistym niedoborze miejsc pracy, który można rozpatrywać zarówno w sensie ilościowym jak i w sensie niedopasowania specyfiki podaży pracy w stosunku do aktualnego zapotrzebowania na konkretne rodzaje pracy w konkretnych zawodach i specjalnościach (popytu). W tym sensie bezrobocie wynika głównie ze stanu lokalnej gospodarki, jest efektem polityki gospodarczej władzy lub efektem braku tej polityki, wynika ze stanu edukacji (szkolnictwa) i jego powiązania z planowaniem gospodarczym, do jakiegoś stopnia może mieć też powody globalne, niezależne od działań na szczeblu lokalnym, np. państwowym. Oczywiście problemy z zatrudnieniem miewają i powody indywidualne, osobiste – w sensie odpowiedzialności za przyczynę.
Bezrobotnymi nazywamy wyłącznie osoby zdolne do pracy w pełnym jej wymiarze i gotowe (chętne) do jej podjęcia, nieposiadające innego źródła dochodów – dla których ofert zatrudnienia brak lub też ich oferty podjęcia pracy są przez pracodawców odrzucane na przykład ze względu na wiek.
Sprawa wspomnianej nowelizacji ma oczywiście wiele aspektów, bo z pewnością można zastanawiać się, na ile zmiany te zadowalają ambicje osobiste czy „naukowe” samych twórców, w szczególności „naczelnego teoretyka bezrobocia” – sekretarza stanu w MPiPS, wiceministra dr hab. Jacka Męcinę a na ile – osoby potrzebujące zatrudnienia a obecnie – także wsparcia w swoich wysiłkach na rzecz jego uzyskania. Podkreślam to głównie z powodu przekonania, że te dwa podejścia diametralnie się różnią, rozchodzą się w dokładnie przeciwnych, skrajnych kierunkach.

Teoretycy coraz bardziej teoretyzują a biedacy pozbawieni pracy, czyli w efekcie – podstawowych dochodów, coraz bardziej popadają w desperację z powodu owego teoretyzowania ludzi, którzy powinni robić coś właśnie jak najbardziej praktycznego i docelowo oraz doraźnie skutecznego, rzeczywiście zmieniającego sytuację. I zgodnie z definicją – działania takie powinny dotyczyć przyczyn gospodarczych bezrobocia, czyli stanu gospodarki i jej prawno-organizacyjnych warunków, zapobieganiu poprzez planowanie gospodarki i dostosowanie do tego odpowiedniego planowania i promocji edukacji a także wpływania na właściwe zachowania pracodawców. Czyli generalnie – roli państwa, definiowanej przez władzę ustawodawczą a realizowanej przez władzę wykonawczą. Dlatego właśnie można zastanawiać się, czy wspomniane zmiany w ustawie są rzeczywistą nowelizacją, czy „nowelizacją udawaną” mającą stworzyć pozory działalności, ale jednocześnie gwarantującą zachowanie obecnej sytuacji.
Dodaniem kilku „sztuczek” w postaci jakichś efektownych pomysłów na „wspieranie bezrobotnych” niczego się tu po prostu nie załatwi. Władza wydaje się być podporządkowana naciskowi jakiegoś „lobby biznesowego”, dążącego do jak najdłuższego utrzymania warunków bezwzględnej, drapieżnej gospodarki kapitalistycznej w rozumieniu dziewiętnastowiecznym, zwalniającej ich od cywilizowanych działań a usprawiedliwiającej bezwzględny wyzysk i nieliczące się z niczym podporządkowanie wszystkiego swojej własnej zachłanności, chciwości, najbardziej prymitywnym instynktom i prostackim zachowaniom. Przedsiębiorcy w większości preferują aspołeczny stosunek do swoich praw, anarchizujący i tak zawsze w tym kraju słabiutki poziom praworządności pod pretekstem „świętego prawa własności” kapitału i powstałej na jego bazie działalności gospodarczej, podobnie jak dawna szlachta „zagrodowa” albo kolonialni „właściciele niewolników”.

Trzeba tu jasno powiedzieć, że obecna sytuacja jest bardzo trudna a często wprost dramatyczna dla wielu osób uzależnionych od pracy najemnej (od sprzedawania swojej pracy i czerpania z tego podstawowych dochodów), ale jednocześnie – że sytuacja ta została celowo i świadomie stworzona przez rządzących właśnie po to, by wywołać skrajną nierównowagę na tak zwanym „rynku pracy” działającą na rzecz interesu przedsiębiorców oraz stwarzającą warunki tak zwanego „niewolnictwa pracowniczego”. Oczywiście taki „rynek pracy” – pozbawiony równowagi – rynkiem po prostu nie jest i dlatego używam tego określenia w cudzysłowie, cytując je z propagandy rządowej.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden z aspektów; problem „równego traktowania”.
Prawo unijne wynika tu z Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE z dnia 27 listopada 2000 r. ustanawiającej ogólne warunki ramowe równego traktowania w zakresie zatrudnienia i pracy (Dziennik Urzędowy L 303 , 02/12/2000 P. 0016 – 0022).
Celem Rady UE jest walka z dyskryminacją ze względu na wiek, płeć, religię, przekonania, niepełnosprawność lub pełnosprawność lub orientację seksualną w odniesieniu do zatrudnienia i pracy. Równe traktowanie ma oznaczać brak jakichkolwiek form bezpośredniej lub pośredniej dyskryminacji ze względu na wymienione przyczyny. Dyskryminacja oznacza niekorzystny sposób traktowania w sprawach związanych z pracą lub zatrudnieniem; bezpośrednia dyskryminacja ma miejsce, gdy jakąś osobę traktuje się mniej przychylnie w związku z wymienionymi cechami, niż traktuje się, traktowano lub traktowano by inną osobę w porównywanej sytuacji, natomiast dyskryminacja pośrednia ma miejsce, gdy jakiś przepis, kryteria lub praktyka – nawet pozornie neutralna – może w efekcie doprowadzić do niekorzystnej sytuacji dla osób o danym wieku, płci, wyznaniu, poglądach, stopniu niepełnosprawności czy orientacji seksualnej. Prawo polskie Kodeks Pracy dodaje tu jeszcze inne kryteria; rasę, narodowość, przynależność związkową, przekonania polityczne, wyznanie, pochodzenie etniczne, rodzaj umowy o pracę i czas jej obowiązywania.
Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia z wszystkich tych wymienionych powyżej przyczyn – jest absolutnie niedopuszczalna, choć w przypadku dyskryminacji pośredniej sformułowano pewne istotne zastrzeżenia umożliwiające wprowadzanie pewnych różnic w ściśle określonych i uzasadnionych przypadkach.

Przedmiotowa dyrektywa szczegółowo omawia w dalszych kolejnych swoich artykułach poszczególne pola ewentualnego nierównego traktowania, coraz bardziej „rozwadniając” rozróżnienia i zalecenia i to chyba stanowi o jej słabości, wynikającej ze specyfiki składu i funkcjonowania Rady Unii Europejskiej – złożonej wyłącznie z przedstawicieli rządów państw członkowskich.

Na tym etapie, można jednak mieć wiele wątpliwości. Dla przykładu – w sprawie wieku, jako „pola” do ewentualnej dyskryminacji.

Zakaz dyskryminacji ze względu na wiek powinien oznaczać, że pracodawca nie kieruje się przy zatrudnianiu wiekiem kandydata do pracy, także już po zatrudnieniu nic związanego z pracą od wieku pracownika nie zależy. Wynikałoby z tego, że w trakcie poszukiwania pracownika wiek zgłaszających się kandydatów nie jest podawany ani nie występuje w żadnych dokumentach aplikacyjnych, podobnie i numer PESEL – który zawiera w sobie datę urodzenia czyli wiek”, ale z drugiej strony – numer ten jest jedyną przesłanką precyzyjnego rozróżnienia osób, np. o jednakowym lub podobnym nazwisku. Chodzi przecież o numer identyfikacyjny. Nie da się wieku „ukryć” przed pracodawcą lub jednostką dokonującą rekrutacji także i podczas bezpośredniej rozmowy mającej określić siłę motywacji kandydata, jego cechy charakterologiczne oraz wyobrażenia o „godziwej” płacy. W związku z tym – pracodawca pomimo wiedzy o wieku kandydata, nie powinien się tą wiedzą posługiwać w jego ocenie; tyle, że to jest zasada bardziej moralna czy etyczna a nie praktyczna, ponadto każdy prywatny przedsiębiorca będzie przecież upierał się przy swoim wyobrażeniu absolutnego braku jakichkolwiek ograniczeń w sposobie konstruowania przez siebie swojej działalności gospodarczej, a swoje własne wyobrażenie o „zasadach zatrudniania” – usprawiedliwiał będzie swoim osobistym ryzykiem majątkowym w przypadku niepowodzenia gospodarczego. Uważam, że możliwe jest stosowanie zasady, iż pracodawca ma po prostu „pracę do wykonania” i powinna ona zostać wykonana zgodnie z obowiązującymi standardami nieuwzględniającymi w ocenie tych czynników, jakie mogą być przedmiotem nierównego traktowania czy dyskryminowania osób tę pracę wykonujących lub mających ją wykonywać (po ich zatrudnieniu). Czynnikami ingerującymi w tę kwestię są przepisy np. zakazujące wykonywania pewnych prac kobietom i określające inne poziomy maksymalnego ich obciążenia wysiłkiem fizycznym, oraz działania lekarzy medycyny pracy – wydające lub odmawiające wydania konkretnej osobie orzeczenia o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania konkretnej, określonej pracy. Krótko; jeśli przychodzi człowiek o wymaganych kompetencjach i wiedzy, spełnia wcześniej określone kryteria merytoryczne, posiada orzeczenie o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania danej pracy oraz jego zatrudnienie nie koliduje z przepisami bhp – nic pracodawcy do tego, czy to jest kobieta czy mężczyzna, „homo” czy normalny, młody czy „50+”, katolik czy prawosławny, Afrykanin czy Europejczyk, związkowiec czy niezrzeszony, „lewak” czy „prawak” itp. Po prostu: nic do tego pracodawcy!
Niestety: osiągnięcie takiego stanu w Polsce wymagałoby pewnie, co najmniej dziesięciolecia intensywnej pracy instytucji państwa nad zmianą postaw i szacunku dla prawa a nie tworzenia kolejnych, nowych pozornych działań i martwych przepisów; intensywnej pracy nad poziomem etycznym pracodawców i ich postawami a nie – wyłącznie działań skierowanych do poszukujących pracy. Chodzi tu po prostu o działania i postawy dość jednak subtelne, których nie da się wymusić przepisami prawa, jeśli nie zostaną przez większość zaakceptowane i uznane za słuszne.

Zmiany realne idą tu w dokładnie odwrotnym kierunku: coraz większego skomplikowania procesu „rekrutacji na stanowisko”, coraz głębszego sięgania do szczegółowych danych osobowych czy wręcz „prześwietlania” przeszłości kandydata do pracy, a więc rozszerzania i upowszechniania dyskryminacji czy nierównego traktowania – zamiast walki z nim. Jest to wynikiem narastającej anarchizacji życia, anarchizacji jako ideologii, przyzwolenia władzy na tę anarchizację w zamian za poparcie i utrzymanie władzy oraz odpowiedniego korzystania z niej także z motywacji osobistych. Nie da się tu nic zmienić – bez radykalnej zmiany władzy, w rozumieniu oczywiście nie personalnym a raczej – zmiany ideologii. Chodzi o zmianę – w sensie zbliżenia się do normalności, dogonienia normalnego rozwoju cywilizacji, nie o jakiekolwiek ideały czy abstrakcję.

To temat obszerny, dlatego w następnym felietonie powrócę do sprawy nowelizacji ustawy ocenianej pod kątem europejskich idei powstrzymania szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem, w sprawach zatrudnienia.

29/12/2013

W sprawie bezrobocia – nadal mało optymistycznie.

W informacjach płynących z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej jest od dawna jakaś dziwaczna nielogiczność, której nie potrafię zinterpretować pozytywnie. Jako osoba szczególnie „zainteresowana”, chciałbym raczej widzieć tam wszelkie możliwe pozytywy zamiast doszukiwać się nielogiczności czy wręcz niekonsekwencji, ale… nie da się.
Po prostu: nie da się. Z jednej strony – zgoda: pozytywne informacje dodają optymizmu wszystkim podmiotom od których zależy dalszy rozwój sytuacji; zarówno pracodawcom, jak i osobom pozbawionym zatrudnienia oraz pracownikom Ministerstwa czy też tak zwanych nie wiedzieć czemu Powszechnych Służb Zatrudnienia – którzy jak się wydaje powinni starać się w ramach wspomnianej „służby” jakoś skojarzyć tych pierwszych z tymi drugimi. Jest jednak w tym dążeniu do „optymizmu” pewna granica, za którą jest już po prostu kłamstwo, propaganda sukcesu lub ideologii, tworzenie rzeczywistości „wirtualnej” na potrzeby przypodobania się zwierzchnikom… Ja wierzę, że Minister Pracy lepiej niż ja zna kaszubską mentalność swojego pryncypała, ale dążenie takie nie usprawiedliwia naciągania faktów, stosowania języka propagandy, manipulacji informacją czy pseudo-psychologicznych sztuczek by „nie drażnić” tego „lwa”…

W kilku wcześniejszych tekstach wyrażałem pogląd, że Minister Pracy najprawdopodobniej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż ma w istocie bardzo niewielki wpływ na stopę bezrobocia, która jednak jest mimo to w odbiorze społecznym jakby „miernikiem” skutków jego działania i jego dorobku bądź braku tego. Zdaje sobie sprawę, jednak robić coś przecież musi, stąd przeróżne działania i projekty dla wnikliwego obserwatora śmieszne, irytujące lub co najmniej trzeciorzędne, nietrafione co do czasu, wagi, kolejności realizacji czy opłacalności prakseologicznej. Wydaje się, że w tym rządzie, pozbawionym pomysłów ale ideologicznie odrzucającym wszelkie pomysły „obce” – wystarczy po prostu „coś robić” a nie „coś zrobić” – bo dziś brak pozytywnego efektu ostatecznego łatwo jest jeszcze zrzucić na „kryzys”, „globalizację” lub „prawa rynku”. Minister Pracy – robi więc „coś”; strona ministerstwa pełna jest informacji o spotkaniach, dyskusjach, szkoleniach, konferencjach, konsultacjach, projektach – w tym niektórych nawet pilotażowych itp.
A tak praktycznie, w rzeczywistości…

Aby zilustrować jakoś moje zadziwienie informacjami ze strony Ministerstwa, przytoczę coś z „aktualności”: informację dotyczące sytuacji na tak zwanym umownie „rynku pracy” w listopadzie br.
W listopadzie pracodawcy zgłosili do (PSZ?) 55.000 wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej. Stopa bezrobocia na koniec listopada wynosiła 13,2% i była wyższa o 0,2 punktu procentowego niż miesiąc wcześniej, co oznacza 2.115.800 osób zarejestrowanych w urzędach pracy – dla których zatrudnienia nie było, i liczba ta od października wzrosła o 40.600 osób (w ciągu miesiąca). Liczba bezrobotnych na koniec listopada br. była o 58.000 wyższa niż na koniec listopada 2012.
Słowem – stopa bezrobocia wzrosła i to aż w piętnastu województwach, liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła, jednocześnie ministerstwo chwali się przekazaniem w listopadzie do urzędów pracy dodatkowo kwoty niemalże 100 milionów zł na dodatkowe „wsparcie” dla bezrobotnych (wzrosły koszty obsługi bezrobocia).
W tym czasie jednak dla przykładu Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie ogłosił… wstrzymanie naboru wniosków od pracodawców dotyczących organizacji prac interwencyjnych, organizacji robót publicznych oraz organizacji staży dla osób bezrobotnych – czyli podstawowych form wsparcia osób bezrobotnych, związanych z czasowym, dotowanym, odpłatnym zatrudnieniem lub – jak w przypadku stażu – pomocą finansową w postaci „stypendium stażowego” (odpowiadającego mniej więcej wysokości zasiłku). Te „instrumenty” Służb Zatrudnienia – już w roku bieżącym „nie grają”. Na co wiec zostaną spożytkowane te dodatkowe pieniądze?
Wiadomo zresztą, że urzędy pracy pod koniec roku „wygaszają” całą swoją działalność, by dokonać rozliczenia poprzedniego budżetu i z nowymi działaniami stratują dopiero w lutym lub marcu – kiedy ustalony zostanie ich kolejny budżet na nowy rok.

Ktoś doszukujący się pozytywów będzie jednak podkreślał inne aspekty sprawy: Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie o 0,2 punktu procentowego w stosunku do października, ale dynamika tego wzrostu w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego – spadła i to o połowę. Czyli jest źle, ale – „mniej źle”.
Pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy ale jest to o 12% więcej, niż przed rokiem; liczba wolnych miejsc (ofert) pracy rośnie. Liczba osób bezrobotnych w listopadzie też wzrosła, ale wzrost ten był mniejszy niż przed rokiem (zmniejszenie amplitudy wahań świadczy o stabilizacji ?). Bezrobocie wzrosło we wszystkich województwach (prócz Mazowieckiego, w którym nie zmieniło się) ale także i wzrosła we wszystkich województwach ilość ofert pracy.

Akurat wzrost liczby wolnych miejsc pracy i jednoczesny wzrost liczby osób bezrobotnych wbrew pozorom nie są ze sobą sprzeczne, ale też nie muszą nieść ze sobą informacji pozytywnej; świadczą o pogłębianiu się bezrobocia strukturalnego a więc o pogarszaniu się sytuacji. O coraz większym rozdźwięku pomiędzy potrzebami pracodawców (dotyczącymi kwalifikacji, zawodów, specjalności i doświadczenia kandydatów do zatrudnienia (czyli ludzi szukających pracy) z tym co oni mają do zaoferowania w rzeczywistości a nie w swoich naciąganych „listach motywacyjnych”. To z kolei dowodzi klęski działań PSZ zmierzających do zmiany charakteru strukturalnego bezrobocia i wynika, albo ma przynajmniej moim zdaniem bezpośredni związek z rezygnacją od prawie dwóch lat z działań szkoleniowych dotyczących przekwalifikowywania bezrobotnych lub uaktualniania ich dotychczasowych kwalifikacji – gdy należą one do tych uznanych za potrzebne na rynku pracy. Poza tym – cóż w takim razie robią prócz generowania kosztów – Wojewódzkie Urzędy Pracy a w nich – tak zwane „Obserwatoria Rynku Pracy” mające z założenia tworzyć wiarygodną informację o potrzebach pracodawców, informację potrzebną do właściwego ukierunkowania działań PSZ a nawet i całej edukacji narodowej właśnie po to, by unikać sytuacji jaka ma dziś miejsce.
Nie jestem przekonany, czy należy cieszyć się ze stabilizowania się stopy bezrobocia na poziomie około 13%; mimo mniejszych krótkookresowych wahań szczególnie w górę – jest to po prostu o wiele za dużo. Dokładniej – o 10%, bo tak zwana „naturalna stopa bezrobocia” (czyli ta nieunikniona i w gruncie rzeczy korzystna) jest obecnie określana na ok. 2 – 3%.

Ministerstwo podaje, że pracodawcy zgłosili w listopadzie 55.000 wolnych miejsc pracy co należy chyba rozumieć jako liczbę aktualnych ofert zatrudnienia. Nasuwają się tu jednak nieodwołalnie kolejne pytania: ile z tych ofert pracy „zwolniło się” na skutek zwolnienia (rozwiązania umów o pracę) z osobami wcześniej zatrudnionymi na tych stanowiskach. Jeśli 55 tysięcy pracowników zostało zwolnionych, to pojawiło się tyle samo „wolnych miejsc pracy”, ale bezrobocie też zwiększyło się o podobną liczbę. Bo przecież liczba ofert pracy wcale bezrobocia nie zmniejszy, gdyż mamy tu do czynienia jedynie z wymianą pracowników na istniejących już stanowiskach pracy, która jest jednoznaczna z podobną „wymianą” osób zarejestrowanych w urzędach pracy. W tym sensie liczba tak zdefiniowanych ofert nie ma żadnego znaczenia dla rozpatrywania bezrobocia i dlatego też pozornie duża liczba ofert bynajmniej nie koliduje z jednoczesnym wzrostem bezrobocia.

Parametrem określającym rzeczywistą zmianę sytuacji byłaby dziś raczej liczba powstających, nowych (wcześniej nie istniejących) miejsc pracy, oraz liczba osób przekwalifikowanych zgodnie z potrzebami pracodawców i zatrudnionych (bo strukturalny charakter bezrobocia polega przecież na BRAKU (niedoborze) miejsc pracy oraz na niedostosowaniu kwalifikacji bezrobotnych do potrzeb rynku pracy. Takich danych jednak Ministerstwo nie podaje.

Ponad tym wszystkim są jednak wnioski ogólne; nadal brak działań rzeczywiście mogących coś zmienić w sytuacji bezrobocia. Po pierwsze – chodziłoby tu o działania Ministerstwa Gospodarki skoordynowane z odpowiednią polityką Ministerstwa Finansów, tymczasem co do bezrobocia – wszyscy patrzą na ręce Ministrowi Pracy, tak jakby on mógł stworzyć brakujący milion miejsc pracy lub choćby – jakby ich brak był wynikiem jego działania czy zaniechania. Minister Pracy nie tworzy ani też nie likwiduje miejsc pracy, jeśli brak ich np. milion to tego żadne działania Ministra Pracy nie zrekompensują. Brak działań resortów gospodarczych natomiast zdaje się wynikać z założeń ideologicznych tej władzy, to znaczy z programowego założenia powstrzymania się od wszelkiej ingerencji polityków w zarządzanie gospodarką, ze ślepej wiary w „samoregulację” i samoczynnie następujące procesy kontrolowane wyłącznie przez przedsiębiorców. Dlatego jest tak – jak jest.

Sytuacja jest bardzo pesymistyczna, gdyż zbyt wielu ludziom jest „na rękę” to, że pewna część obywateli została wypchnięta z rynku pracy a pewna część – stała się zakładnikami dotacji, zasiłku, krótkoterminowych umów okresowych, codziennej walki o przetrwanie na poziomie absolutnego minimum. Władza PO obudziła najgorsze demony i uaktywniła najbardziej prymitywne reakcje ludzkie dotyczące chciwości, bezwzględności; przykro to stwierdzić dziś, przed zbliżającą się rocznicą Wydarzeń Grudniowych oraz rocznicą zdławienia „Solidarności” przez wprowadzenie stanu wojennego.

27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

12/04/2013

Ministerstwo Picu i Pieprzniętych Sukinsynów.

Ciągle waham się jeszcze w swojej ocenie; czy mam jako obywatel uznać jednak, że obecna władza po prostu robi źle – bo chce źle, czy też robi – co potrafi, nie zdając sobie sprawy z realnych skutków i faktycznych konsekwencji. Zresztą – żadna z tych możliwości by mnie nie zdziwiła, obie są równie prawdopodobne. Żadna z tych możliwości także nie satysfakcjonuje mnie.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.

Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.

Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.

W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.

O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.

05/04/2013

Pułapka „na weksel”.

Ministerstwo Pracy zajęło wreszcie stanowisko w sprawie zmuszania pracowników przez ich pracodawców, oraz kandydatów do pracy przez poszukujących pracowników – do podpisywania weksla in blanco (czyli potwierdzenia swojej należności na rzecz pracodawcy (długu) bez wpisania kwoty, którą w dowolnej wysokości może później wpisać sam pracodawca) jako zabezpieczenia ewentualnych przyszłych roszczeń pieniężnych pracodawcy wobec tego pracownika.
Jest to stanowisko jednoznacznie negatywne, to znaczy – Ministerstwo stwierdziło jednoznacznie, że takie praktyki są sprzeczne z obowiązującym prawem.

Sama sprawa, takie działania przedsiębiorców zatrudniających pracowników są wynikiem i po prostu ilustracją panującej obecnie atmosfery samowoli, sobiepaństwa, anarchizującego podejścia do prawa i totalnego odrzucenia wartości humanistycznych oraz etycznych przez biznesmenów, czujących tu wsparcie ideologiczne Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej oraz jej koalicyjnego sojusznika. Pracodawcy – zachęceni przez ideologię polityczną obecnej władzy swoistym sygnałem „róbta co chceta” – próbowali więc nadinterpretować Art. 300 Kodeksu Pracy, co okazało się w ocenie Ministerstwa Pracy kompletnie bezprawne.
Trudno jeszcze mówić o próbie łagodzenia takiego wydźwięku obrazu władzy w tym kraju, ale niewątpliwie stanowisko Ministerstwa świadczy o zachowaniu jeszcze jakiegoś stopnia przyzwoitości przez niektórych ludzi władzy.
Odpowiedzialność pracownika wobec pracodawcy reguluje w sposób wystarczający prawo pracy i jakiekolwiek zmiany muszą być realizowane poprzez demokratyczną procedurę tworzenia i nowelizacji prawa a nie poprzez nadinterpretacje prawa przez cwanych radców prawnych opłacanych przez pracodawców.
Pogląd Ministerstwa jest także zgodny z dotychczasowym orzecznictwem Sądu Najwyższego.

Wniosek:

Każdy kandydat do zatrudnienia albo już zatrudniony – kto spotka się z oczekiwaniem rzekomo „dobrowolnego” a w rzeczywistości wymuszonego presją – podpisania weksla bez podania kwoty na zabezpieczenie ewentualnych przyszłych roszczeń, ma obywatelski obowiązek poinformować o tym właściwy Okręgowy Inspektorat Państwowej Inspekcji Pracy, najlepiej pismem poleconym. Możliwe jest tu zastrzeżenie anonimowości. Tylko zdecydowane odrzucenie tego procederu przez pracowników może wymusić respektowanie prawa i zniechęcić do jego „naginania”. Można także powiadomić związek zawodowy, można się zwrócić do dziennikarzy przynajmniej lokalnych „mediów”.

Lista Okręgowych Inspektoratów PIP: Lista i adresy Okręgowych Inspektoratów Państwowej Inspekcji Pracy 

Szczegóły stanowiska ministerstwa – na stronie MPiPS.

10/03/2013

My(d)lenie bezrobotnym…

Minister Pracy – obecnie Władysław Kosiniak Kamysz z PSL poinformował w połowie lutego br. o przekazaniu do „konsultacji społecznych” projektu zmian w ustawie „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Na stronie MPiPS ukazała się dość lakoniczna wzmianka na ten temat, bardziej nastawiona jak rozumiem na to, by wykazać, że w ministerstwie w ogóle coś się robi (w okresie przewidywanej wówczas ewentualnej „rekonstrukcji” rządu), niż na faktyczne poinformowanie społeczeństwa o celach, planach i kierunkach zmian, głównie oczywiście poinformowanie samych zainteresowanych.

Ogólnie trzeba stwierdzić, że nic w tym nie ma nadzwyczajnego; strona internetowa ministerstwa była i nadal jest niezwykle irytująca i demotywująca dla zainteresowanych, szczególnie dla bezrobotnych, gdyż bardziej niż informatorem – jest miejscem autopromocji i na dodatek denerwującą kroniką spokojnego i wesołego „życia korporacyjnego” nieźle się chyba bawiących urzędników ministerstwa, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości, do problemów życia.
Projekty nowelizacji przekazano więc „do konsultacji społecznych” i proszę o wybaczenie czytających to – ale nie mam pojęcia co to znaczy i nie mam wręcz ochoty tego sprawdzać. Procedura konsultacji społecznych jest gdzieś pewnie opisana w jakiejś ustawie lub przepisach wykonawczych, być może chodzi o rozmowy w ramach tzw. Komisji Trójstronnej, ale… to nie ma żadnego znaczenia. Ta władza traktuje „konsultacje społeczne” jedynie jako wymóg formalny któremu trzeba sprostać i który tylko opóźnia prace a i tak ma od początku zamiar zrobić wyłącznie to, co sama wcześniej postanowiła. Władza działa na zasadzie: jest wymóg „konsultacji” i nie da się go ominąć – to trudno; zrobimy konsultacje, może się dadzą przekonać i zgodzą się z nami, a jeśli nie – to i tak przecież zrobimy to co sami chcemy… Pominięcie, zbagatelizowanie i wręcz wyszydzenie poprzez usłużnych, przydupnych dziennikarzy, wyślizganych radców i blogerów dwóch milionów głosów obywatelskich w sprawie wydłużenia czasu oczekiwania na nabycie uprawnień emerytalnych jest tu jedynie spektakularnym przykładem.
Zrozumiałe wiec, że zajmowanie się tu przeze mnie takimi „konsultacjami” byłoby stratą czasu. Niech to robią ci, co zbierają i gromadzą dowody dla przyszłego Trybunału Stanu…

Przykład: inny projekt – zmian w prawie pracy dotyczących np. wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy z jednoczesną zgodą na brak unormowanych stałych godzin pracy. Projekt został wysłany do Sejmu w celu przegłosowania pomimo braku porozumienia co do jego treści ze strony „partnera społecznego” jakim jest centrala związkowa Solidarność. W blogu rządowym minister Kosiniak Kamysz pisze na ten temat tak:

„(…) Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców. Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania.(…)”


Jak widać – „ekspert” z ministerstwa najlepiej wie wszystko i wszystko najlepiej rozumie; bo jest po prostu bezrefleksyjny. Co to właściwie znaczy: nie mogliśmy już dłużej czekać?! Czekać na co: na to aż związkowcy dadzą się przekonać do wersji rządowej? To zdaniem ministra – konsultacje społeczne nie polegają na tym, że się słucha społeczeństwa i uwzględnia słuszne uwagi, tylko na tym, by próbować „po dobroci” narzucić społeczeństwu swoją wersję?
To po prostu hucpa.
Dowód na całkowitą rzeczywistą niedemokratyczność tej władzy. Tendencje totalitarne „jedynie słusznych” racji. W normalnych warunkach demokratycznej, prospołecznej władzy – niemożność uzyskania porozumienia po tak długich dyskusjach oznaczałaby, że projekt jest zły (społecznie nieakceptowany) i należy go radykalnie zmienić.
Skoro więc „konsultacje społeczne” odbywają się w zdziczałym państwie Platformy Obywatelskiej na takich zasadach, szkoda mi czasu na zajmowanie się nimi także i w sprawie wspomnianej kolejnej nowelizacji prawa pracy, o której chciałbym napisać.

Wszystko co wychodzi z Ministerstwa Pracy ma wymiar magiczny i teoretyczny, bo zajmują się tam sprawami bezrobotnych osoby chyba nie mające w rzeczywistości pojęcia o realiach bezrobocia. Gdyby statki miał projektować ktoś, kto nigdy nie był w stoczni ani nie widział żadnego statku w rzeczywistości i nigdy też nie był na „pełnym morzu” w czasie sztormu, gdzie ten statek ma być eksploatowany – a posługiwał się jedynie inżynierską wiedzą teoretyczną oraz danymi statystycznymi – nie mielibyśmy wątpliwości, że produkt będzie po prostu ułomny. Pływająca trumna. Jeśli natomiast tacy – nieźle się przy tym bawiący „teoretycy” – zajmują się bezrobociem, nie widzimy w tym niczego dziwacznego.
Ja widzę i pisałem o tym niejednokrotnie.
Nie jest to domeną ministerstwa; takie objawy widoczne są już na poziomie wojewódzkich urzędów pracy, żyjących własnym życiem wewnętrznym i całkowicie oddzielonych od tego co się dzieje w urzędach powiatowych, nawet patrzących na to z pewnym dystansem czy wręcz obrzydzeniem, mimo że fizycznie usytuowanych – jak np. w Szczecinie – po sąsiedzku.

Ponadto i nade wszystko – stosunek władzy do bezrobocia ma ścisły wymiar ideologiczny.
Nie może to nie oddziaływać na organizację i funkcjonowanie tego, co władza nazywa „służbami zatrudnienia” a co w rzeczywistości odpowiada temu – jak bezrobocie służy tej władzy. Dlatego trudno dziś o jakiekolwiek dokładne i praktyczne informacje o wspomnianej nowelizacji ustawy, dotyczącej sposobów funkcjonowania urzędów pracy.

Znane są jedynie założenia teoretyczne tej zmiany:

1. Poprawa usług świadczonym osobom bezrobotnym stosownie do ich potrzeb.
Bardzo piękny i efektowny punkt programu.
Przede wszystkim ważne jest tu, że władza absolutnie odżegnuje się od bezrobocia jako swojej winy czy efektu będącego następstwem konkretnych działań lub ich zaniechania. Pozwalają na to magiczne słowa – wytrychy: „kryzys” i „globalizacja”. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, ale władza się za taką uważa, dlatego się konstytucją po prostu zbytnio nie przejmuje – powołując przepisy z konstytucją sprzeczne w nadziei, że nikt ich nie podważy a ewentualne podważenie nie da szybkiego efektu.
Bezrobocie jako wynik wielu lat chaotycznego i bezmyślnego niszczenia i burzenia tego co pozostało po gospodarce PRL – bez zastąpienia tego czymkolwiek innym – nie jest efektem „naturalnym” niezależnym od władzy. Oczywiście zawsze można powiedzieć: to przecież nie my, to inni, nasi poprzednicy; generalnie wspomniani przydupni dziennikarze i wyślizgani prawnicy są w stanie wszystko „wyjaśnić” czyli zawsze usprawiedliwić władze.
Brak pracy czyli nadwyżka podaży pracy nad popytem na nią po prostu istnieje. Władza twierdzi, że jej nic do tego. Człowiek pozbawiony zatrudnienia a co za tym idzie – pozbawiony możliwości zdobycia środków do życia, jest w zasadzie pozostawiony sam sobie, jak w jakimś gigantycznym, absurdalnym survivalu, do którego przecież sam i z własnej woli nie przystępował. Ma sam sobie „dać radę” i to jest uważane za jego sprawę prywatną.
Państwo – choć całkowicie winne temu, poczuwa się do tego, że może bezrobotnemu trochę pomóc, świadcząc usługi dla niego przeznaczone. Osoba pozbawiona pracy może jeśli chce dodatkowo (prócz własnych skazanych na niepowodzenie wysiłków) zarejestrować się dobrowolnie w urzędzie pracy i skorzystać z usług jakie PUP świadczy dobrowolnie na rzecz bezrobotnych. Wysiłki bezrobotnego będącego w wieku rzędu 45 – 50 lat i więcej (ale mniej niż wiek emerytalny) są skazane na niepowodzenie, dlatego że władza i cały system jest nastawiony ideologicznie na całkowitą swobodę przedsiębiorców i eksploatowaniu zasobów ludzkich i materialnych tego społeczeństwa dla budowanie własnego, prywatnego majątku. Sprawia to wrażenie zamachu stanu „biznesu” na państwo, osłabione zamętem, bałaganem i zniechęceniem czasu stanu wojennego oraz czasu niszczenia i rozkradania jaki nastąpił potem, za rządów Mazowieckiego i następców.
Urząd pracy może więc zaoferować dziś usługi – jak zakład fryzjerski albo dom publiczny (o przepraszam: agencja towarzyska). Zestawienie tych usług można znaleźć na stronach instytucji, nie będę tego tu przytaczał bo to i tak bez znaczenia; jedno jest wszakże jasne: bezrobocie dramatycznie rośnie, co oznacza, że te „usługi” są absolutnie nieskuteczne, nie mają istotnego wpływu na los ludzi pozbawionych zatrudnienia.
Zmiana zaproponowana przez ministra Kosiniak Kamysza ma polegać na tym, że owe usługi mają być teraz świadczone stosownie do potrzeb osób bezrobotnych. Dotychczas potrzebami osób bezrobotnych nikt się nie przejmował ani nawet nie interesował. „Pomoc bezrobotnym” świadczono stosownie do potrzeb biznesmenów mających na tym „pomaganiu” zarobić. Dlatego zmarnowano ogromne kwoty pomocy unijnej przeznaczonej na działania zmniejszające bezrobocie, o czym pisałem wcześniej.

Wracając do wspomnianej „poprawy jakości usług” jako pomysłu na walkę z bezrobociem – ma ona w projekcie ministerstwa zostać uzyskana poprzez odbiurokratyzowanie niektórych działań czyli jakąś zmianę procedur stosowanych w urzędach, tak zwane „profilowanie bezrobotnych” mające dać odpowiedź na pytanie co konkretnej osobie rejestrującej się jest potrzebne oczywiście w ramach katalogi „usług” oferowanych przez urzędy pracy – by ułatwić jej znalezienie zatrudnienia, włączenie do działań także wybranych agencji zatrudnienia przejmujących część zadań urzędów pracy wobec niektórych osób oraz integrację usług wobec potrzebujących pomocy.


Integracja usług ma jak się zdaje objąć jedynie poradnictwo i informacja zawodowa oraz pomoc w aktywnym poszukiwaniu pracy. Moim zdaniem jest to o tyle zbędne, że zagadnienia te w dość dużym zakresie powinny stać się natychmiast częścią obowiązkowego programu nauczania w szkołach wszystkich typów; usługi tego typu muszą być przeniesione już do szkół, by zapobiegać w miarę możności sytuacji konieczności rejestrowania się absolwenta jako osoby bezrobotnej. Chodzi mi właśnie o rolę prewencyjną wobec bezrobocia także i za pomocą szerzenia konkretnej i poważnie traktowanej w szkołach i uczelniach wiedzy o rynku pracy, jego aktualnym stanie i tendencjach. Ponadto – jeśli dobrze rozumiem intencje projektu – to profilowanie bezrobotnych ma mieć jako swoje logiczne następstwo – właśnie integrację potrzebnych działań i to nakierowanych na potrzeby konkretnej osoby indywidualnie. Rzecz jasna – mowa o osobach rzeczywiście poszukujących zatrudnienia i wykazujących tu właściwą determinację, aktywność i zdecydowanie.

2. Poprawa efektywności działania samych urzędów pracy.
Ministerstwo chce tu przenieść ciężar walki z bezrobociem i zwalczanie jego skutków właśnie na lokalne społeczności; województwa, powiaty i gminy. Przede wszystkim dostrzeżono już całkowitą martwotę funkcjonujących w Wojewódzkich Urzędach Pracy tzw. Centrów Informacji i Planowania Kariery Zawodowej. Centra te istnieją, kosztują ale nie posiadają adekwatnych zadań do spełnienia.
Walka z bezrobociem ma być sprawą regionalną, bliską konkretnym lokalnym rynkom pracy, poprzez tworzenie i wdrażanie regionalnych programów łagodzenia skutków bezrobocia oraz badania ich lokalnych skutków.
Tak na marginesie: to uderzające: istnieją i działają podobno Wojewódzkie i Powiatowe Rady Zatrudnienia, istnieją tak zwane „obserwatoria rynku pracy” więc wszystkie te działania POWINNY być dotychczas prowadzone. Jeśli minister pracy zamierza wprowadzić je w ramach tej reformy, to znaczy że dotychczasowe funkcjonowanie tych ciał i instytucji było fikcją, skandaliczną niegospodarnością. A przecież zatrudnieni byli tam pracownicy, ponoszone były konkretne koszty.
W miejsce Wojewódzkich i Powiatowych Rad Zatrudnienia minister chce powołać Wojewódzkie i Powiatowe Rady Rynku Pracy: czy coś prócz nazwy zmieni się w związku z tym?
Pisałem już wielokrotnie o patologii pozorowanej „walki z bezrobociem” będącej de facto żerowaniem na funduszach pomocowych przeznaczonych dla bezrobotnych, poprzez pozorowane działania szkoleniowe stanowiące faktycznie transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. A wszystko to było przecież pod nadzorem właściwych instytucji. Dopiero teraz, proponując te zmiany – minister przyznał rację tym, którzy się ich od dawna domagali, widząc i opisując patologię i sami z ledwością broniąc się przed skutkami barku zatrudnienia.

Wreszcie w propozycjach zmian znalazło się badanie efektywności konkretnych urzędów wraz z odpowiednim do niej przyznawaniem środków nie tylko na działalność operacyjną ale także i na wynagrodzenia. Urzędnik to jednak „sprytne bydlę” potrafiące wiele zrobić by oszwabić swojego pryncypała dla spodziewanej nagrody. Obawiam się, że efekt tej propozycji może się obrócić zdecydowanie przeciwko bezrobotnym; urząd może dojść do wniosku, że da się zarobić na jednym bezrobotnym kilka razy a przecież w interesie tego człowieka jest jak najszybciej zdobyć w miarę stabilne zatrudnienie i zapomnieć o traumatycznym przeżyciu kontaktu z urzędem pracy.

Przykładem niech będą roboty publiczne czy prace interwencyjne. Bezrobotny który starał się o jakąkolwiek pracę ale jego podania były notorycznie i z nieokreślonych powodów odrzucane (w rzeczywistości – ze względu na wiek 50+ co jest ewidentnym złamaniem prawa), może zostać przyjęty do pracy w 50 procentach dotowanej z FP w ramach np. robót publicznych; jest to dla instytucji miejskich i samorządowych znaczna oszczędność. Jest to praca czasowa po której najczęściej człowiek ten powraca do rejestrów bezrobotnych; kończy się dotacja – kończy się też i zatrudnianie.
To ciekawy efekt, że osoba zdaniem pracodawców nie nadająca się do żadnej pracy bo mająca nieco ponad 50 lat, z chwilą rozpoczęcia dotowania jej zatrudnienia zaczyna się do pracy natychmiast nadawać, pracuje dobrze i jest nawet chwalona a gdy tylko kończy się okres dotowania, znów do pracy przestaje się nadawać… To po prostu cyniczne „polowanie na dotacje” kosztem „zakładników” jakimi stają się ludzie uzależnieni od pracy najemnej.
Ważne jednak jest to, że z chwilą takiego zatrudnienia jest wykreślana z rejestrów bezrobotnych a urząd pracy – przy zatrudnieniu (dotowaniu) powyżej 3 miesięcy – odnotowuje swój sukces w postaci „zwalczenia bezrobocia” tej osoby, mimo że ona jest skazana niejako z góry na powrót do rejestru bezrobotnych po minięciu okresu dotowanego zatrudnienia. W ten na przykład sposób można, traktując tego biednego człowieka instrumentalnie – zarobić na nim kilka razy, wykorzystując rzekomy „sukces” w działaniach urzędu pracy. Zarobić – przedstawiając chwilowe wykreślenie go z ewidencji PUP jako sukces w zwalczaniu bezrobocia i domagając się za to od ministerstwa pieniędzy na działalność i na płace.

W swoich nowych propozycjach minister także proponuje jakieś dodatkowe „wsparcie pracodawców zatrudniających osoby w wieku 50+” – jednak bez określania na czym by ono miało polegać poza istniejącymi już formami dotowanego zatrudnienia; stażu, prac interwencyjnych i robót publicznych. propozycje te nie są upublicznione w całości.

Odnotować może jeszcze warto projekt utworzenia oddzielnego nowego Krajowego Funduszu Szkoleniowego jednak brak tu dostatecznej ilości szczegółów by cokolwiek o tym sądzić.
Wymieniłem tu tylko moim zdaniem najciekawsze z propozycji czy zamiarów ministerstwa, jest tam jeszcze wiele szczegółowych zadań oraz pakiet działań o charakterze porządkowym.

Brak tu odniesienia do zasadniczych problemów, takich jak nielegalna sfera pracy poza wszelką ewidencją i opodatkowaniem, z jednej strony nielegalna ale z drugiej strony jakby ochraniana parasolem przez władzę w imię solidarności biznesu albo ideologii bogacenia się za wszelką cenę. Związana jest z tym konieczność weryfikacji spełniania wymogów ustawowych przez osoby zarejestrowane lub chcące się zarejestrować w PUP, czyli określenia faktycznej, rzeczywistej skali bezrobocia. Ta kwestia jest kluczowa dla całego państwa.

Drugi problem to dziwna tendencja do działań wyłącznie nakierowanych na osoby poszukujące pracy oraz na urzędy pracy.
Bezrobocie polega na braku miejsc pracy i minister pracy tych miejsc nie stworzy. To minister gospodarki ma zwalczać bezrobocie poprzez aktywne kreowanie i sterowanie wzrostem gospodarczym. Inaczej – poprzez celowe działania wzmacniać popyt na pracę. Tymczasem latami już, ciągle się „aktywizuje” ludzi bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, zamiast aktywizować przedsiębiorców czy w ogóle gospodarkę, by powstały wreszcie miejsca pracy dla tych którzy tego zatrudnienia poszukują. Władza – jak durny akwarysta siedzi i gapi się na gospodarkę i przedsiębiorców jak na rybki w akwarium; co zrobią przedsiębiorcy… jak zareaguje gospodarka… To oczywiście ten mit „samoregulacji” przez jakąś „niewidzialną rękę”… ale skutki wskazują, że to nie jest polska ręka. To po prostu horrendalne.
Wszelkie działania skupiają się tymczasem na bezrobotnych, czyli po stronie podaży pracy, co przypomina przelewanie z pustego w próżne, natomiast ideologia polityczna tej władzy powoduje, że gospodarkę się jedynie biernie obserwuje zamiast nią aktywnie zarządzać a to jest przecież pole działalności państwa, które może w efekcie dać stabilizację społeczną i sprowadzenie bezrobocia do wielkości naturalnej.
Wszelkie próby „usadzenia” trzech milionów pracowników na dwóch milionach miejsc pracy skończą się niepowodzeniem – panie ministrze.
Wadą projektu nowelizacji jest całkowity brak działań nakierowanych na przedsiębiorców jako odbiorców, choćby działań szkoleniowych przeciwstawiających się panującym wśród przedsiębiorców mitom, między innymi dotyczącym osób z grupy „50+”, promującym konieczność wdrażania „polityki gospodarowaniem wiekiem” pracowników itp.

Na zakończenie nawiążę do tytułu odnośnej ustawy: „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zawsze zadaję sobie pytanie: KOMU ustawodawca miał zamiar „promować zatrudnienie”. Komu; – Ludziom żyjącym tylko z pracy, czyli uzależnionym od zatrudnienia, od pracy najemnej, błyskawicznie staczającym się bez zatrudnienia do poziomu kloszarda i umierającym na śmietnikach?
Chyba nie, bo przecież ludzie ci sami wiedzą doskonale, że zatrudnienie i pochodzące z tego dochody są ich jedyną szansą na przeżycie. Więc co: promować głodnemu – chleb?!
A więc może to przedsiębiorcom miało być promowane zatrudnianie ludzi?
Jeśli miało być – to dlaczego nie jest; ustawa nie zawiera żadnych takich istotnych zapisów, jeśli nie liczyć np. zwolnienia od płacenia składki 2,40 zł miesięcznie, zresztą zatrudnianie wynika z konstrukcji biznesu, z biznesplanu i analizy ekonomicznej, czyli jako takie – nie poddaje się „promocji”…

Ot – po prostu jakiś wybryk jakiegoś bezmyślnego polityka lub urzędnika, żeby tytuł ustawy był dostojny, efektowny i robił wrażenie.
I robi.

Odwiedziny: