BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.

25/03/2013

Irytują mnie mity o niszczących gospodarkę „kosztach pracy”.

Media pozostające na usługach ideologii panującej pełne są narzekań na to, jak państwo tłamsi biznes, wymuszając wysokie „koszty pracy”.
Pod tym pojęciem rozumie się to, co przedsiębiorca musi wydać z własnych zasobów w związku z zatrudnianiem pracownika. Chodzi o składkę na ubezpieczenie emerytalne (dokładniej połowę składki, bo drugą połowę finansuje pracownik z własnych środków), rentowe, wypadkowe, fundusz pracy, fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych i może jeszcze wynagrodzenie przypadające na część czasu niezdolności pracownika do pracy. Do tego oczywiście należy jeszcze doliczyć samą płacę pracownika.
Nie chodzi tu o szczegóły czy wyliczenia bo nie mam zamiaru prowadzić tu wykładu z naliczania płac. Chodzi po prostu o to, że przedsiębiorca zatrudniając pracownika, ponosi zgodnie z prawem pewne koszty dodatkowe, nie tylko dotyczące wynagrodzenia a wynagrodzenie (w przypadku zatrudnienia na umowę o pracę a tylko to zasługuje na miano zatrudnienia) jest określone w przepisach prawa jako „nie mniej niż 1600 zł brutto” za pełny wymiar czasu pracy w miesiącu.

Wśród nieuczciwych propagandystów panuje maniera porównywania tych kosztów z pensją (wypłatą) pracownika, to znaczy – wyliczają ile pracodawca musi zapłacić ze swoich zasobów by pracownik mógł dostać określone wynagrodzenie brutto (czy nawet netto, biorąc pod uwagę jedynie standardowe i obligatoryjne odliczenia). Jest to efektowne i trzeba przyznać, ze zaskakuje, robi wrażenie.

Jest to niczym innym, jak cwanym chwytem propagandowym, a to dlatego, że pracownik nie jest przecież zatrudniany po to by sobie siedział i „kosztował” a raczej po to, by wydajnie pracował i wypracowywał maksymalny przychód swojemu pracodawcy, od którego odlicza się potem wspomniany wcześniej koszt pracy.
Nie zapominajmy więc, że to pracownik sam wypracowuje środki na pokrycie kosztu swojego zatrudnienia a także i dużo więcej. Ale to zależy już od pracodawcy.
Sama kwota jaką ktoś rzuci w eter, np. 2800 zł albo i 2850 zł – i powie że to „koszty pracy” zupełnie niczego nie mówi, a by ocenić czy to dużo czy mało – trzeba ją z czymś porównać. Pojęcia służące ocenie muszą mieć jakiś określony punkt odniesienia. Podobnie więc jak jest idiotyczne mówienie że coś „wynosi 23%” nie określając przy tym co jest wielkością odniesienia (tymi stoma procentami czyli całością), inaczej – od czego ten procent jest liczony, tak i rzucanie kwot „kosztów pracy” wraz z interpretacją, że to „bardzo dużo” – jest idiotyczne bez właściwej skali porównania.
A skalą porównania jest nie pensja pracownika a przychód przez niego wypracowany. Jeśli zatrudnienie kogoś związane było z „kosztem pracy” np. 4800 zł a wypracował on przychód wielokrotnie większy, to znaczy, że zatrudnienie go było dla pracodawcy bardzo opłacalne i narzekanie tu na „wysokie koszty pracy” jest absurdalne i nieuczciwe. Oczywiście – zawsze są dranie, którym nigdy dość zysku, dlatego niezależnie od efektów pracy pracownika, koszty będą dla nich zawsze zbyt duże i będą się starali choć złotówkę jeszcze urwać pracownikowi z jego zarobku, narzekać nieustannie na zus czy podatek itp.

Oczywiste jest, że jeśli np. kiełbasa zwyczajna kosztuje 20 zł za kilogram przy naszej pensji 2000 zł miesięcznie, to gdyby kosztowała 40 zł za kilogram – będzie dużo tańsza niż w pierwszym przypadku – jeśli zaczniemy zarabiać 8000 zł miesięcznie. Dokładnie – będzie dwukrotnie tańsza pomimo, że kwota ceny jest dwa razy wyższa. Ktoś powie: 40 złotych? – jaka to droga kiełbasa! Nie! Kosztuje zaledwie 5 promille mojej pensji. Po prostu – taniocha. Ktoś może kombinować i porównywać cenę tej kiełbasy do cen innych kiełbas, ale każda kiełbasa jest inna, z innej jakości surowca i są one w zasadzie nieporównywalne, możemy je co najwyżej porównać z zawartością naszego portfela. Ktoś inny zacznie porównywać cenę kiełbasy z kosztem jej produkcji, ale to w wolnorynkowej gospodarce jest herezją; klienta nie powinno to obchodzić, gdy nie istnieją „słuszne” lub „niesłuszne” ceny towarów a ustala je jedynie popyt.

Tak jak ocena czy coś jest tanie czy drogie nie dotyczy samej kwoty (jej wysokości bezwzględnej) a relacji do innych cen i dochodów, tak i ocena kosztu pracy pracownika nie dotyczy samej kwoty płacy i składek a relacji do zysku jaki jego zatrudnienie przyniosło pracodawcy.

Jeśli jeszcze ktoś tego nie zrozumiał z powyższego "łopatologicznego" wykładu -  to proponuję zakończyć na tym czytanie…

Z drugiej strony trzeba by było wziąć pod uwagę, jaki jest cel owych składek, także i tych pokrywanych przez pracodawcę. Trzeba uwzględnić społeczną funkcję pracy. Trzeba uwzględnić społeczny wymiar systemu emerytalnego a przecież wielu z drobnych przedsiębiorców także płaci swoje składki emerytalne i liczą w przyszłości na uzyskanie świadczenia z powszechnego systemu emerytalnego, podobnie jak ich pracownicy.
Państwo nie ma prawa rezygnować ze swojej funkcji regulatora i interwenta, ma być postronnym, obiektywnym i bacznym obserwatorem relacji pomiędzy biznesem a resztą społeczeństwa i odpowiednio reagować na konflikty interesów. W tym przypadku powinno promować nie narzekania na koszty pracy i dążenie do ich obniżenia kosztem interesu pracowników, a działania dokładnie przeciwne: zmierzające do zwiększenia wydajności tego pracownika i maksymalizacji efektu ekonomicznego jego zatrudnienia (oczywiście w ramach prawa pracy i zawartych tam ograniczeń).
Pracownicy w tym kraju są bardzo mało wydajni, ale to przecież jest sprawa organizacji pracy i nadzoru, a nie „świadomej dyscypliny” – jaką promowano w czasach budowy ustroju socjalistycznego. Nie chodzi o to by pracownika pozbawiać coraz to innych świadczeń, by pracował za „miskę ryżu” a potem już tylko za „pół miski ryżu”. Tak było 200 lat temu. Teraz nie chodzi o to, by nędzarze i niewolnicy pracowali dla elity panów a raczej o to, by pracowali dla siebie, dla swojego dobrobytu, by byli także klientami banków i usług, nabywcami dóbr, posiadaczami…
Budowanie zdrowej gospodarki ma się opierać na rozwoju a nie redukcji, a rozwój to wzrost skuteczności, wydajności, optymalizacja kosztów operacyjnych i minimalizacja strat.
Szukanie coraz tańszych pracowników i naciskanie na zmniejszanie kosztów poprzez odbieranie czegoś pracownikom – zmierza do upadku gospodarczego, jest prymitywne i barbarzyńskie, choć na krótki okres może być skuteczne. To rodzaj gospodarki rabunkowej zasobami społeczeństwa.

Polskim nuworyszom oszalałym w pogoni za zyskiem, z obłędem w oczach goniącym za zarobkiem i gromadzeniem majątku za wszelką cenę to jednak nie przeszkadza i tu jest właśnie niezaprzeczalna rola państwa. Rola – której państwo obecnie nie spełnia, gdyż jest państwem nuworyszów, prymitywnych chciwców bez poczucia społecznego i prostackiej „uże – elity”. Obawiam się także iż państwo jest już ZAKŁADNIKIEM potwora, którego samo wyhodowało na ideologii "neoliberalnej" i być może to jest źródłem tzw. "afery taśmowej"...

Odwiedziny: