Media pozostające na usługach ideologii panującej pełne są narzekań
na to, jak państwo tłamsi biznes, wymuszając wysokie „koszty pracy”.
Pod tym pojęciem rozumie się to, co przedsiębiorca musi wydać z własnych
zasobów w związku z zatrudnianiem pracownika. Chodzi o składkę na
ubezpieczenie emerytalne (dokładniej połowę składki, bo drugą połowę
finansuje pracownik z własnych środków), rentowe, wypadkowe, fundusz
pracy, fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych i może jeszcze
wynagrodzenie przypadające na część czasu niezdolności pracownika do
pracy. Do tego oczywiście należy jeszcze doliczyć samą płacę pracownika.
Nie chodzi tu o szczegóły czy wyliczenia bo nie mam zamiaru prowadzić
tu wykładu z naliczania płac. Chodzi po prostu o to, że przedsiębiorca
zatrudniając pracownika, ponosi zgodnie z prawem pewne koszty dodatkowe,
nie tylko dotyczące wynagrodzenia a wynagrodzenie (w przypadku
zatrudnienia na umowę o pracę a tylko to zasługuje na miano
zatrudnienia) jest określone w przepisach prawa jako „nie mniej niż 1600
zł brutto” za pełny wymiar czasu pracy w miesiącu.
Wśród nieuczciwych propagandystów panuje maniera porównywania tych
kosztów z pensją (wypłatą) pracownika, to znaczy – wyliczają ile
pracodawca musi zapłacić ze swoich zasobów by pracownik mógł dostać
określone wynagrodzenie brutto (czy nawet netto, biorąc pod uwagę
jedynie standardowe i obligatoryjne odliczenia). Jest to efektowne i
trzeba przyznać, ze zaskakuje, robi wrażenie.
Jest to niczym innym, jak cwanym chwytem propagandowym, a to dlatego,
że pracownik nie jest przecież zatrudniany po to by sobie siedział i
„kosztował” a raczej po to, by wydajnie pracował i wypracowywał
maksymalny przychód swojemu pracodawcy, od którego odlicza się potem
wspomniany wcześniej koszt pracy.
Nie zapominajmy więc, że to pracownik sam wypracowuje środki na pokrycie
kosztu swojego zatrudnienia a także i dużo więcej. Ale to zależy już od
pracodawcy.
Sama kwota jaką ktoś rzuci w eter, np. 2800 zł albo i 2850 zł – i
powie że to „koszty pracy” zupełnie niczego nie mówi, a by ocenić czy to
dużo czy mało – trzeba ją z czymś porównać. Pojęcia służące ocenie
muszą mieć jakiś określony punkt odniesienia. Podobnie więc jak jest
idiotyczne mówienie że coś „wynosi 23%” nie określając przy tym co jest
wielkością odniesienia (tymi stoma procentami czyli całością), inaczej –
od czego ten procent jest liczony, tak i rzucanie kwot „kosztów pracy”
wraz z interpretacją, że to „bardzo dużo” – jest idiotyczne bez
właściwej skali porównania.
A skalą porównania jest nie pensja pracownika a przychód przez niego
wypracowany. Jeśli zatrudnienie kogoś związane było z „kosztem pracy”
np. 4800 zł a wypracował on przychód wielokrotnie większy, to znaczy, że
zatrudnienie go było dla pracodawcy bardzo opłacalne i narzekanie tu na
„wysokie koszty pracy” jest absurdalne i nieuczciwe. Oczywiście –
zawsze są dranie, którym nigdy dość zysku, dlatego niezależnie od
efektów pracy pracownika, koszty będą dla nich zawsze zbyt duże i będą
się starali choć złotówkę jeszcze urwać pracownikowi z jego zarobku,
narzekać nieustannie na zus czy podatek itp.
Oczywiste jest, że jeśli np. kiełbasa zwyczajna kosztuje 20 zł za
kilogram przy naszej pensji 2000 zł miesięcznie, to gdyby kosztowała 40
zł za kilogram – będzie dużo tańsza niż w pierwszym przypadku – jeśli
zaczniemy zarabiać 8000 zł miesięcznie. Dokładnie – będzie dwukrotnie tańsza pomimo, że kwota ceny jest dwa razy wyższa.
Ktoś powie: 40 złotych? – jaka to droga kiełbasa! Nie! Kosztuje
zaledwie 5 promille mojej pensji. Po prostu – taniocha. Ktoś może
kombinować i porównywać cenę tej kiełbasy do cen innych kiełbas, ale
każda kiełbasa jest inna, z innej jakości surowca i są one w zasadzie
nieporównywalne, możemy je co najwyżej porównać z zawartością naszego
portfela. Ktoś inny zacznie porównywać cenę kiełbasy z kosztem jej
produkcji, ale to w wolnorynkowej gospodarce jest herezją; klienta nie
powinno to obchodzić, gdy nie istnieją „słuszne” lub „niesłuszne” ceny
towarów a ustala je jedynie popyt.
Tak jak ocena czy coś jest tanie czy drogie nie dotyczy samej
kwoty (jej wysokości bezwzględnej) a relacji do innych cen i dochodów,
tak i ocena kosztu pracy pracownika nie dotyczy samej kwoty płacy i
składek a relacji do zysku jaki jego zatrudnienie przyniosło pracodawcy.
Jeśli jeszcze ktoś tego nie zrozumiał z powyższego "łopatologicznego" wykładu - to proponuję zakończyć na tym czytanie…
Z drugiej strony trzeba by było wziąć pod uwagę, jaki jest cel owych
składek, także i tych pokrywanych przez pracodawcę. Trzeba uwzględnić społeczną funkcję pracy. Trzeba uwzględnić społeczny wymiar systemu emerytalnego
a przecież wielu z drobnych przedsiębiorców także płaci swoje składki
emerytalne i liczą w przyszłości na uzyskanie świadczenia z powszechnego
systemu emerytalnego, podobnie jak ich pracownicy.
Państwo nie ma prawa rezygnować ze swojej funkcji regulatora i
interwenta, ma być postronnym, obiektywnym i bacznym obserwatorem
relacji pomiędzy biznesem a resztą społeczeństwa i odpowiednio reagować
na konflikty interesów. W tym przypadku powinno promować nie narzekania
na koszty pracy i dążenie do ich obniżenia kosztem interesu pracowników,
a działania dokładnie przeciwne: zmierzające do zwiększenia wydajności
tego pracownika i maksymalizacji efektu ekonomicznego jego zatrudnienia
(oczywiście w ramach prawa pracy i zawartych tam ograniczeń).
Pracownicy w tym kraju są bardzo mało wydajni, ale to przecież jest
sprawa organizacji pracy i nadzoru, a nie „świadomej dyscypliny” – jaką
promowano w czasach budowy ustroju socjalistycznego. Nie chodzi o to by
pracownika pozbawiać coraz to innych świadczeń, by pracował za „miskę
ryżu” a potem już tylko za „pół miski ryżu”. Tak było 200 lat temu.
Teraz nie chodzi o to, by nędzarze i niewolnicy pracowali dla elity
panów a raczej o to, by pracowali dla siebie, dla swojego dobrobytu, by
byli także klientami banków i usług, nabywcami dóbr, posiadaczami…
Budowanie zdrowej gospodarki ma się opierać na rozwoju a nie redukcji, a
rozwój to wzrost skuteczności, wydajności, optymalizacja kosztów
operacyjnych i minimalizacja strat.
Szukanie coraz tańszych pracowników i naciskanie na zmniejszanie
kosztów poprzez odbieranie czegoś pracownikom – zmierza do upadku
gospodarczego, jest prymitywne i barbarzyńskie, choć na krótki okres
może być skuteczne. To rodzaj gospodarki rabunkowej zasobami
społeczeństwa.
Polskim nuworyszom oszalałym w pogoni za zyskiem, z obłędem w oczach
goniącym za zarobkiem i gromadzeniem majątku za wszelką cenę to jednak
nie przeszkadza i tu jest właśnie niezaprzeczalna rola państwa. Rola –
której państwo obecnie nie spełnia, gdyż jest państwem nuworyszów,
prymitywnych chciwców bez poczucia społecznego i prostackiej „uże –
elity”. Obawiam się także iż państwo jest już ZAKŁADNIKIEM potwora, którego samo wyhodowało na ideologii "neoliberalnej" i być może to jest źródłem tzw. "afery taśmowej"...