BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty

08/04/2013

Mitu „wysokich kosztów pracy” ciąg dalszy… czyli rozterki prostaczka - przedsiębiorcy.

Pisałem już niedawno o micie „wysokich kosztów pracy”. Niestety; postrzeganie tego zjawiska zależy od nastawienia a nastawienie jest uwarunkowane taką ilością bzdurnych wypowiedzi jakie można znaleźć w „mediach”, że trudno się dziwić trwałości wspomnianego mitu.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.

W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.

Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.

Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.

Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.

Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.

Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…

Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…

Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…

Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…

Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.

„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…

To klęska prawdziwego człowieczeństwa.

25/03/2013

Irytują mnie mity o niszczących gospodarkę „kosztach pracy”.

Media pozostające na usługach ideologii panującej pełne są narzekań na to, jak państwo tłamsi biznes, wymuszając wysokie „koszty pracy”.
Pod tym pojęciem rozumie się to, co przedsiębiorca musi wydać z własnych zasobów w związku z zatrudnianiem pracownika. Chodzi o składkę na ubezpieczenie emerytalne (dokładniej połowę składki, bo drugą połowę finansuje pracownik z własnych środków), rentowe, wypadkowe, fundusz pracy, fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych i może jeszcze wynagrodzenie przypadające na część czasu niezdolności pracownika do pracy. Do tego oczywiście należy jeszcze doliczyć samą płacę pracownika.
Nie chodzi tu o szczegóły czy wyliczenia bo nie mam zamiaru prowadzić tu wykładu z naliczania płac. Chodzi po prostu o to, że przedsiębiorca zatrudniając pracownika, ponosi zgodnie z prawem pewne koszty dodatkowe, nie tylko dotyczące wynagrodzenia a wynagrodzenie (w przypadku zatrudnienia na umowę o pracę a tylko to zasługuje na miano zatrudnienia) jest określone w przepisach prawa jako „nie mniej niż 1600 zł brutto” za pełny wymiar czasu pracy w miesiącu.

Wśród nieuczciwych propagandystów panuje maniera porównywania tych kosztów z pensją (wypłatą) pracownika, to znaczy – wyliczają ile pracodawca musi zapłacić ze swoich zasobów by pracownik mógł dostać określone wynagrodzenie brutto (czy nawet netto, biorąc pod uwagę jedynie standardowe i obligatoryjne odliczenia). Jest to efektowne i trzeba przyznać, ze zaskakuje, robi wrażenie.

Jest to niczym innym, jak cwanym chwytem propagandowym, a to dlatego, że pracownik nie jest przecież zatrudniany po to by sobie siedział i „kosztował” a raczej po to, by wydajnie pracował i wypracowywał maksymalny przychód swojemu pracodawcy, od którego odlicza się potem wspomniany wcześniej koszt pracy.
Nie zapominajmy więc, że to pracownik sam wypracowuje środki na pokrycie kosztu swojego zatrudnienia a także i dużo więcej. Ale to zależy już od pracodawcy.
Sama kwota jaką ktoś rzuci w eter, np. 2800 zł albo i 2850 zł – i powie że to „koszty pracy” zupełnie niczego nie mówi, a by ocenić czy to dużo czy mało – trzeba ją z czymś porównać. Pojęcia służące ocenie muszą mieć jakiś określony punkt odniesienia. Podobnie więc jak jest idiotyczne mówienie że coś „wynosi 23%” nie określając przy tym co jest wielkością odniesienia (tymi stoma procentami czyli całością), inaczej – od czego ten procent jest liczony, tak i rzucanie kwot „kosztów pracy” wraz z interpretacją, że to „bardzo dużo” – jest idiotyczne bez właściwej skali porównania.
A skalą porównania jest nie pensja pracownika a przychód przez niego wypracowany. Jeśli zatrudnienie kogoś związane było z „kosztem pracy” np. 4800 zł a wypracował on przychód wielokrotnie większy, to znaczy, że zatrudnienie go było dla pracodawcy bardzo opłacalne i narzekanie tu na „wysokie koszty pracy” jest absurdalne i nieuczciwe. Oczywiście – zawsze są dranie, którym nigdy dość zysku, dlatego niezależnie od efektów pracy pracownika, koszty będą dla nich zawsze zbyt duże i będą się starali choć złotówkę jeszcze urwać pracownikowi z jego zarobku, narzekać nieustannie na zus czy podatek itp.

Oczywiste jest, że jeśli np. kiełbasa zwyczajna kosztuje 20 zł za kilogram przy naszej pensji 2000 zł miesięcznie, to gdyby kosztowała 40 zł za kilogram – będzie dużo tańsza niż w pierwszym przypadku – jeśli zaczniemy zarabiać 8000 zł miesięcznie. Dokładnie – będzie dwukrotnie tańsza pomimo, że kwota ceny jest dwa razy wyższa. Ktoś powie: 40 złotych? – jaka to droga kiełbasa! Nie! Kosztuje zaledwie 5 promille mojej pensji. Po prostu – taniocha. Ktoś może kombinować i porównywać cenę tej kiełbasy do cen innych kiełbas, ale każda kiełbasa jest inna, z innej jakości surowca i są one w zasadzie nieporównywalne, możemy je co najwyżej porównać z zawartością naszego portfela. Ktoś inny zacznie porównywać cenę kiełbasy z kosztem jej produkcji, ale to w wolnorynkowej gospodarce jest herezją; klienta nie powinno to obchodzić, gdy nie istnieją „słuszne” lub „niesłuszne” ceny towarów a ustala je jedynie popyt.

Tak jak ocena czy coś jest tanie czy drogie nie dotyczy samej kwoty (jej wysokości bezwzględnej) a relacji do innych cen i dochodów, tak i ocena kosztu pracy pracownika nie dotyczy samej kwoty płacy i składek a relacji do zysku jaki jego zatrudnienie przyniosło pracodawcy.

Jeśli jeszcze ktoś tego nie zrozumiał z powyższego "łopatologicznego" wykładu -  to proponuję zakończyć na tym czytanie…

Z drugiej strony trzeba by było wziąć pod uwagę, jaki jest cel owych składek, także i tych pokrywanych przez pracodawcę. Trzeba uwzględnić społeczną funkcję pracy. Trzeba uwzględnić społeczny wymiar systemu emerytalnego a przecież wielu z drobnych przedsiębiorców także płaci swoje składki emerytalne i liczą w przyszłości na uzyskanie świadczenia z powszechnego systemu emerytalnego, podobnie jak ich pracownicy.
Państwo nie ma prawa rezygnować ze swojej funkcji regulatora i interwenta, ma być postronnym, obiektywnym i bacznym obserwatorem relacji pomiędzy biznesem a resztą społeczeństwa i odpowiednio reagować na konflikty interesów. W tym przypadku powinno promować nie narzekania na koszty pracy i dążenie do ich obniżenia kosztem interesu pracowników, a działania dokładnie przeciwne: zmierzające do zwiększenia wydajności tego pracownika i maksymalizacji efektu ekonomicznego jego zatrudnienia (oczywiście w ramach prawa pracy i zawartych tam ograniczeń).
Pracownicy w tym kraju są bardzo mało wydajni, ale to przecież jest sprawa organizacji pracy i nadzoru, a nie „świadomej dyscypliny” – jaką promowano w czasach budowy ustroju socjalistycznego. Nie chodzi o to by pracownika pozbawiać coraz to innych świadczeń, by pracował za „miskę ryżu” a potem już tylko za „pół miski ryżu”. Tak było 200 lat temu. Teraz nie chodzi o to, by nędzarze i niewolnicy pracowali dla elity panów a raczej o to, by pracowali dla siebie, dla swojego dobrobytu, by byli także klientami banków i usług, nabywcami dóbr, posiadaczami…
Budowanie zdrowej gospodarki ma się opierać na rozwoju a nie redukcji, a rozwój to wzrost skuteczności, wydajności, optymalizacja kosztów operacyjnych i minimalizacja strat.
Szukanie coraz tańszych pracowników i naciskanie na zmniejszanie kosztów poprzez odbieranie czegoś pracownikom – zmierza do upadku gospodarczego, jest prymitywne i barbarzyńskie, choć na krótki okres może być skuteczne. To rodzaj gospodarki rabunkowej zasobami społeczeństwa.

Polskim nuworyszom oszalałym w pogoni za zyskiem, z obłędem w oczach goniącym za zarobkiem i gromadzeniem majątku za wszelką cenę to jednak nie przeszkadza i tu jest właśnie niezaprzeczalna rola państwa. Rola – której państwo obecnie nie spełnia, gdyż jest państwem nuworyszów, prymitywnych chciwców bez poczucia społecznego i prostackiej „uże – elity”. Obawiam się także iż państwo jest już ZAKŁADNIKIEM potwora, którego samo wyhodowało na ideologii "neoliberalnej" i być może to jest źródłem tzw. "afery taśmowej"...

15/01/2013

Zatrudniasz na umowę-zlecenie zamiast na umowę o pracę? Płać grzywnę 30.000 zł!


Zastanawiałem się niedawno nad tematem szalejącego szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców bezprawia, odnoszącego się do sposobu „zatrudniania” czy raczej zdobywania przez nich wykonawców pracy – pomijającego obowiązujące prawo: artykuł:
Umowy „śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.
Starałem się przeanalizować tam, na czym polega – jeśli tak można napisać – „śmieciowość” tych praktycznie (choć bezprawnie) stosowanych przez pracodawców rozwiązań.Poszukując jakiejś pra-przyczyny, niejako sedna tego problemu, doszedłem wówczas do jedynego moim zdaniem sensownego wniosku, że istota problemu leży w ideologii Platformy Obywatelskiej a szczególnie w tym, że jest to partia „krypto-ideologiczna”, to znaczy oficjalnie rozgłaszająca swoje podporządkowanie zasadom nauki, ekonomii, a w rzeczywistości – ideologiczna i wykazująca tendencje w pewnym sensie arogancji i ignorancji, co prowokuje postawy anarchizujące.
Postawa władzy opiera się na „porzuceniu” społeczeństwa, jakby ze ślepą wiarą w „samoregulację”, chyba w jakimś naiwnym naśladownictwie warunków jakie towarzyszyły początkom kapitalizmu co najmniej 200 lat temu, także specyficznego nastawienia na zarobek i zysk „za wszelką cenę” – o którym wspominałem w artykule pt. Ideologia chciwości .
Trudno powiedzieć dziś, jak długo ten eksperyment potrwa, pewne jest jednak, że przyniesie dużo bałaganu, ogromne straty „moralne”, odbije się nieodwracalnie na życiu bardzo wielu zwykłych ludzi, o czym też pisałem, choćby w tekście pt. Praca i pieniądze.
Mamy dziwaczny stan oddzielenia oficjalnej warstwy życia od tej rzeczywistej i w tym akurat władza Platformy Obywatelskiej przypomina do pewnego stopnia czasy tzw. „władzy ludowej”. Jest to tendencja moim zdaniem wprost przeciwna do potrzebnej i pożądanej, myślę że nasze społeczeństwo potrzebuje pewnego okresu spokojnej regulacji, przestawienia najpierw na zasadniczą racjonalność a z drugiej strony – wypracowania mechanizmów niezbędnego interwencjonizmu państwowego, by móc dopiero przystępować do takich jak obecny eksperymentów. Aby deregulacja odniosła właściwy skutek, najpierw wszystko musi być odpowiednio wyregulowane i działać. Wtedy można eksperymentować z rezygnacją z pewnych regulacji i bacznie obserwować jaki to daje efekt, porównując go z tym pierwotnym, wyjściowym. Jeśli ktoś natomiast chce deregulować skrajny bałagan i bezhołowie, coś co działało źle lub wcale nie działało – to wprowadza okres straszliwego zamętu pogłębiając w rzeczywistości jeszcze bardziej ten pierwotny bałagan. I coś takiego właśnie obserwujemy…
Mam tu na myśli najbardziej istotny interes przeciętnego człowieka, polegający na prawie i możliwości zdobywania pracą najemną środków niezbędnych do życia. Przy tym człowiek ten nie występuje tu, w tej sprawie, w roli petenta, klienta czy proszącego, choć do takiej roli jest spychany.
Mamy zadziwiający stan jawnego bezprawia jeśli chodzi o pracę najemną. Władza daje „cichą zgodę” na pomijanie przepisów prawa przez pracodawców lub pośredników działających z ich upoważnienia i na ich rzecz.
Wydawałoby się, że sprawa rodzajów umów o pracę lub pokrewnych i ich własności jest banalna, prosta i powszechnie znana, lecz w rezultacie mamy prawdziwą falę zjawisk patologicznych po stronie pracodawcy, jawne działania kompletnie bezprawne lub pozaprawne, parasol ochronny nad tym zarówno władzy jak i instytucji kontrolnych np. Państwowej Inspekcji Pracy – uzależnionej od koalicji rządzącej, spolegliwe dla pracodawców nastawienie sądów (wydziałów pracy w sądach rejonowych i okręgowych), zdegradowane i rozbite związki zawodowe. Jest też i nakłada się na to reakcja ze strony społecznej; ludzie zatrudnieni, wykonujący zlecenia lub poszukujący tego – widzą wokół siebie codzienną praktykę całkowicie sprzeczną z tym co by było w zgodzie z przepisami. Stąd narastający mętlik pojęciowy, szum informacyjny, ale także podejście praktyczne; jakoś żyć trzeba, nie warto walczyć o praworządność, o swoje prawa czy o normalność bo przedsiębiorca zawsze wygra…
Z kolei brak oporu zainteresowanych utwierdza dodatkowo pracodawcę, że idzie we właściwym kierunku, opierając się na zasadach „rynkowych”. Ale pracobiorcy są „pod ścianą” codziennych rachunków, potrzeb, chęci przetrwania, instynktu samozachowawczego, zwycięża u nich przeważnie „mentalność niewolnika” sprytnie podsycana przez władze hiobowymi wieściami o „narastającym kryzysie” lub nadchodzących „zwolnieniach grupowych” – dlatego „rynek pracy” jest tylko pojęciem propagandowym PO a mamy praktycznie do czynienia z absolutnym dyktatem. Mówić „rynek pracy” w Polsce – to tak, jakby mówić o „samorządzie” w obozie zagłady… Oczywiście mam na myśli najniższe stanowiska wykonawcze – czyli większość.
Tymczasem w mediach, w biuletynach organizacji lub podmiotów zajmujących się pośrednictwem pracy albo wtórnym udostępnianiem publicznych ofert zatrudnienia zbieranych z różnych miejsc, widać coraz więcej takich, które w jawny sposób ignorują przepisy prawa a nawet – jego istnienie. Stąd wyżej sformułowane wnioski ogólne; po prostu niemożliwe jest, by to zjawisko nie było zaplanowane, albo nie miało przynajmniej całościowego, ideologicznego przyzwolenia.
Najwięcej w tej chwili zastrzeżeń budzi sprawa umów związanych z zatrudnieniem. Nazywam to tak ostrożnie, bo przecież często nie są to umowy zlecenia sensu stricte ani także i umowy o pracę; to jakiś absolutnie pozaprawny konglomerat, majstrowany na zasadzie samowoli i bezkarności. Jedynie powiatowe czy miejskie urzędy pracy dbają o zasadniczą zgodność publikowanych (przyjmowanych do publikacji) ofert pracy z prawem. Już na etapie kontaktu z pracodawcą poszukującym pracownika – treść ofert jest pod tym względem weryfikowana a te wadliwe – nie są przyjmowane. Z tego powodu urzędy pracy mają zazwyczaj bardzo niewiele ofert. Najgorzej natomiast jest w prywatnych lokalnych albo i ogólnopolskich portalach ogłoszeniowych; tam przyjmuje się uniwersalną zasadę odpowiedzialności autora a nie publikującego za zgodność oferty z prawem.
Jak wiadomo umowa o pracę jest zdefiniowana przez Ustawę „Kodeks Pracy” w związku z innymi ustawami i podlega też wszystkim przepisom wykonawczym (stąd „kodeks” a nie „zwykła” ustawa).
Pracę na zasadach umowy regulowanej Kodeksem Pracy i tylko tę – nazywa się zatrudnieniem. „Praca” – nie ma tu nic wspólnego ze znaczeniem fizycznym tego słowa: praca to realizowanie umowy o pracę przez osobę zatrudnioną.
Osoba realizująca treść umowy-zlecenia nazywa się wykonawcą zlecenia lub zleceniobiorcą. Umowa-zlecenie nie podlega żadnym przepisom Kodeksu Pracy a tylko Kodeksu Cywilnego i przepisom wykonawczym do niego, stąd nazywana jest umową cywilno-prawną.
Stwierdzenie „zatrudnienie na umowę zlecenia” – jest po prostu absurdem. Np: „Przyjmę do pracy na umowę zlecenie na pełen etat, w trybie 3-zmianowym kobietę do 35 lat, najchętniej bezdzietną, w pełni dyspozycyjną, katoliczkę o miłym usposobieniu… „ – to nie oferta pracy a po prostu przyznanie się do winy pracodawcy lub „rekrutera” i normalny sąd powinien od ręki, bez rozprawy wydać w takiej sytuacji wyrok skazujący go na maksymalną grzywnę, bo to jedno zdanie łamie kilka obowiązujących zasad prawa…
O powodach preferowania umów-zlecenia pisałem już niejednokrotnie i są one powszechnie znane, ale nie niesie to za sobą żadnej zmiany ani refleksji władzy, co potwierdza jeszcze dodatkowo celowy charakter takiej sytuacji. To problem tzw. umów śmieciowych, szczególnie przy próbie stosowania umowy-zlecenia tam, gdzie powinna być umowa o pracę. Powinna być – ze względu na charakter pracy i okoliczności z nią związane. Prawo stwierdza jednoznacznie, że o faktycznym rodzaju umowy decyduje jej rzeczywisty charakter a nie forma graficzna czy nazwa.
Zatrudnienie, czyli praca na umowę o pracę ma charakterystyczne cechy których nie ma i nie może mieć umowa-zlecenie. Jest tak dlatego, ze są to inne rodzaje umów o zupełnie innym przeznaczeniu i prawnie – to wszelkie okoliczności związane ze stosunkiem stron decydują o tym a nie możliwość nieodprowadzania jakichś obowiązkowych składek, koszty po stronie przedsiębiorcy itp.
Dla umowy o pracę charakterystyczne jest:
- Konieczność osobistego świadczenia pracy;
- Wykonywanie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, pod jego kierunkiem i nadzorem (podległość służbowa, regulaminy i instrukcje, polecenia, lista obecności, dyscyplina pracy itp. – dotyczą wyłącznie umowy o pracę);
- Wykonywanie pracy na rzecz i ryzyko pracodawcy;
- Praca wyłącznie za odpłatność (za wynagrodzeniem);
- Charakter ciągły – od zawarcia do rozwiązania.
- Treść umowy wyłącznie wynikająca z Kodeksu Pracy, warunki umowy nie gorsze niż określone w KP.
Czynności lub zadanie określone w umowie-zlecenia nie mogą posiadać powyższych cech a umowa taka jest raczej przewidziana dla wykonania jednorazowego określonej czynności (zadania). Nie może w niej być odwołań do przepisów Kodeksu Pracy, charakterystycznych cech pracy jak godzina rozpoczęcia i zakończenia, potwierdzania obecności, dyscypliny pracy, wymiaru etatu, podległości i wykonywaniu poleceń itp.
Zawarcie umowy posiadającej wymienione cechy – powoduje, że umowa taka jest traktowana jak umowa o pracę, choćby nosiła wzór i nazwę umowy zlecenia. Pracodawca odpowiada wówczas za wszelkie zaniechania i szkody z tego wynikające dla zatrudnionego oraz Skarbu Państwa. Niestety: pracodawcy – czując za sobą wsparcie władzy, polityków, bezradność lub bezczynność nadzoru oraz przychylność sądów – nauczyli się tak manewrować treścią umów zlecenia zawieranych w miejsce umów o pracę, by w połączeniu z krętactwem wyślizganych prawników unikać odpowiedzialności za to.
Odpowiedzialność za wykroczenia przeciwko Kodeksowi Pracy jest w gruncie rzeczy praktycznie niewielka w porównaniu do zysków, jakie może w praktyce przynieść przedsiębiorcy. Stworzono sytuację, gdy opłaca się Łamać prawo.
Zawieranie umów-zlecenia w przypadkach, gdy okoliczności i zadania stawiane wykonawcy są charakterystyczne dla umów o pracę – jest podyktowane chęcią oszustwa o motywacji finansowej, gdy danie zlecenia pozwala na zmniejszenie opłat, np. nieodprowadzenie składek ubezpieczenia, a to ma fatalne dalsze skutki społeczne.
Umożliwienie przedsiębiorcom nieograniczonego zarabiania, nieograniczonego nawet przepisami obowiązującego prawa – jest najwyraźniej zasadą bliską Platformie Obywatelskiej.
Dewastacja zasad współżycia społecznego, szkodzenie finansom publicznym i systemowi ubezpieczenia społecznego – nie stanowi dla Platformy żadnego problemu…
Niestety narasta zamieszanie pojęciowe, niewiedza i niezrozumienie spowodowane rażącym rozdźwiękiem pomiędzy tym, co poszukujący pracy praktycznie widzi wokół siebie a tym, co czyta w ustawie, w informacjach opartych bezpośrednio na prawie pracy. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że można sprawując władzę w demokratycznym niby państwie, w centrum Europy, w XXI wieku – aż tak drwić sobie z prawa i aż tak nie szanować ludzi. Niestety; nagminność łamania prawa stawia je w oczach ludzi zasadniczo pod znakiem zapytania. Praktyka działania metodą faktów dokonanych zastępuje stan właściwy, zgodny z prawem. Jeśli jeden człowiek złamie prawo – jest przestępcą, ale jeśli bardzo wielu ludzi złamie to prawo – to… prawo jest złe… oto dewiza państwa mafijnego.
Choćby przed chwilą czytam w portalu porad prawnych: … osoba zatrudniona w firmie w oparciu o umowę zlecenie (praca od poniedziałku do piątku) przedstawiła pracodawcy zaświadczenie usprawiedliwiające jednodniową absencję w pracy. Wynikało z niego, że w czasie nieobecności uczestniczyła w charakterze świadka w rozprawie sądowej. Czy w takiej sytuacji pracodawca powinien pomniejszyć przysługujące jej wynagrodzenie, czy też ma obowiązek wypłacić je w pełnej wysokości?…
Ręce opadają…

12/01/2013

„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.

Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.

30/12/2012

Luksusy dla bezrobotnych.

Uczciwy człowiek – nie może dziś milczeć, a milczący człowiek – nie jest dziś uczciwy!.
Im dłużej żyję – tym bardziej się dziwię. A wydawałoby się, że powinno być odwrotnie. Bardziej się dziwię oczywiście – nie tym, że jeszcze żyję a raczej tym, co widzę wokół siebie.

Bo też i trudno pojąć, jak w ciągu zaledwie kilkunastu lat, które przeminęły nie wiedzieć kiedy na codziennym borykaniu się z narastającymi trudnościami – można było tak dokładnie zniszczyć to co było, tworząc w zamian coś tak zdziczałego, nieludzkiego i chorego.
A ile jeszcze przed nami – bo może być jeszcze gorzej.
Nigdy bym nie przypuszczał, że przyjdzie mi żyć w takiej Polsce, dlatego zapewne zupełnie nie jestem na to przygotowany. To nie jest moja Polska.
Ale to jest zdziwienie jeśli tak można rzec – mniejsze.

Większe – dotyczy tego – dlaczego prawie nikomu to nie przeszkadza. Dlaczego nikt nie protestuje, nikt nic nie mówi. Mam na myśli jakieś głosy istotne, mające przynajmniej potencjalnie szansę sprowokować jakąś zmianę; w związku z pozycją tych co mówią, w związku z nasileniem protestu albo z siłą argumentacji. Nie jakieś pojedyncze "wyskoki" albo „poszczekiwanie” anonimów na forach internetowych.
Na przykład – Kościół. Praktycznie – milczy. Modli się w skupieniu za dusze zmarłych bezrobotnych, bezdomnych zmarłych z powodu zamarznięcia?
Na argumentację władza jest uodporniona. Na autorytety – też; ma swoje, nieuczone a wierne, przywiązane do apanaży. Więc może znów trzeba „protestu społecznego” – jaki niegdyś zapowiadał nasz „chłopek-roztropek” z MB w klapie i klapą w życiorysie. Tyle, że społeczeństwo jest całkowicie rozbite, niezorganizowane, na dodatek obecna władza miała zbyt dobrych „nauczycieli” w dawnych przeciwnikach z Partii czy Ubecji. Robi to, czego sama dawniej doświadczała od rządzących, tylko lepiej. Solidarność jest „na cenzurowanym” – trochę z własnej winy a trochę na skutek celowych, degenerujących działań władzy.
Najbardziej irytują „przepowiadacze”, ostrzegający o nadchodzącej katastrofie. Choćby znani, popularni dziś profesorowie – „genialni” ekonomiści z doskonale zapowiadającą się przyszłością; niczym Pytia wieszczący gospodarczy koniec świata… wiedzą ale nie powiedzą – jak temu zaradzić. Jak dyrygent orkiestry z Titanica – będzie taki do końca machał łapami czy batutą, zamiast powiedzieć: toniemy, rzućcie te idiotyczne instrumenty i wy – do szalup a wy – do pomp… Coraz więcej osób wie „z całą pewnością”, że będzie recesja, katastrofa, będzie „bardzo źle”, ale nikt się nie zająknie – jak się przed tym bronić, jak temu zaradzić w praktyce. To nie tylko zadziwiające ale wręcz przerażające – stopniem zobojętnienia, odczłowieczenia.
Tylko Tusk wszystkiemu zaprzecza; jak zwykle z głupawym uśmieszkiem: – będzie dobrze, na pewno nie będzie recesji, ja was obronię…Polska jest OK.

To coś niezrozumiałego; tak jakby wszyscy siedzieli i tylko patrzyli, przyglądali się i tylko to mieli do zrobienia. A przecież rządzenie nie na tym polega. Życie także.

Rząd potwierdził dalszy wzrost stopy bezrobocia rejestrowanego, do 12,9 – 13% do końca bieżącego roku. Co z tym nierejestrowanym? Ponad połowa osób w wieku produkcyjnym będących po 50 rokiem życia, ale przed emeryturą – już zaprzestała całkowicie poszukiwania pracy i rejestrowania się w Urzędach Pracy. To kilkaset tysięcy ludzi, całkowicie i trwale wypchniętych już „na zawsze” z rynku pracy. Ci szczęśliwcy – którzy mają tak korzystne warunki rodzinne, mogli sobie na to pozwolić – przejmując jakieś role wewnątrz swojej rodziny i pozostając na jej utrzymaniu. Co z pozostałymi?
Rząd przewiduje na przyszły rok dalszy wzrost bezrobocia, nawet do ponad 14%.

Ale – powtórzę to jeszcze raz: rząd to nie wróżka ani ewangelista Jan: nie jest od przewidywania, od opisywania „apokalipsy” a od zapobiegania. Pewnie: trzeba wiedzieć czemu zapobiegać, ale przewidywania są a na nich się kończy, wszyscy siedzą z założonymi rękami i czekają, czy się sprawdzi czy nie… a gdy się sprawdzi – tacy jak ja będą musieli „odejść” a oni – pokiwają głowami ze zrozumieniem; no – tak przypuszczaliśmy, że tak się stanie…
Każdemu badaniu z którego wynika, że coś idzie w złym kierunku – musi towarzyszyć automatycznie natychmiastowe badanie, jak temu zapobiec, albo choć złagodzić skutek. Niestety, nic takiego się nie dzieje: wielu tylko wie, że będzie źle i… no pewnie w takiej sytuacji będzie.

Ledwie 16 na 100 zarejestrowanych bezrobotnych dla których nie ma ofert pracy – otrzymuje zasiłek. Za co żyje tych statystycznych pozostałych osiemdziesięciu czterech? W krajach starej Unii – to 70% bezrobotnych ma zasiłek i dzięki temu łatwiej im skutecznie szukać zatrudnienia.
Jeśli rośnie bezrobocie, nie wystarczy to przewidywać, trzeba coś robić aby złagodzić skutki, ale jednocześnie i zapobiegać. Tymczasem w Ministerstwie Pracy Władysława Kosiniak Kamysza kwitnie działalność teoretyczno – korporacyjna: sympozja, konferencje, spotkania, programy pilotażowe… Minister bardzo zmartwił się przewidywanym wzrostem bezrobocia, i dlatego opracowano program, by… bezrobotni mogli się szybciej rejestrować w Urzędach Pracy, przez Internet. Zasiłku co prawda nie dostaną, pracy też nie – ale jaka wygoda… nowoczesność…

Dalej: że będzie mniej dokumentów do wypełnienia… takie ułatwienia już są…
Sytuacja staje się idealna dla małych przedsiębiorców: mają praktycznie pełną kontrolę nad rynkiem pracy, praktycznie całkowitą swobodę. W Hiszpanii rząd dąży do wprowadzenia horrendalnych kar dla przedsiębiorców za zatrudnianie „na czarno” osób pobierających jednocześnie zasiłki dla bezrobotnych – co stało się zjawiskiem nagminnym. W Polsce – nie: tu zatrudnianie „na czarno” – czyli po prostu nielegalne – jest normalne. To takie „tolerowane przestępstwo”, bo władza ma w dupie skarb państwa, budżet ZUS itp..: ważne by biznesmen zarobił maksymalnie dużo, zbił kapitał i stał się milionerem. O skarb państwa nie potrzeba przecież dbać, bo wystarczy że się powie: nie ma pieniędzy – i to już wszystko usprawiedliwia, zadowala wszelkich malkontentów. Ważne by biznes prywatny się rozwijał.

No przepraszam: jeszcze jedną bardzo ważną sprawę minister pracy załatwił; Jak ktoś będzie się chciał koniecznie zarejestrować jako bezrobotny w Urzędzie Pracy – to będą sprawdzać, czy nie jest już zarejestrowany w jakimś innym urzędzie pracy, w innej miejscowości. Postęp – ogromny, no i szansa na dodatkowe miejsca pracy urzędniczej (dla rodzin?).

Może jestem dziwny, ale mnie to dziwi…

29/07/2012

Godzina "W".

Stopa bezrobocia podawana w komunikatach GUS i powielana przez media – nie odpowiada obiektywnej rzeczywistości.
Mam tu na myśli rzeczywistość społeczną, to znaczy rzeczywistą sytuację społeczną a nie potrzeby polityków lub partii. Trudno się dziwić, że politycy i służący im dziennikarze-wazeliniarze czy może raczej dziennikarze-propagandyści (a więc przeciwieństwo dziennikarzy sensu stricte) nie lubią danych szczegółowych a panuje moda na dane makro, im bardziej „globalne” – tym lepiej dla nich. Chcą mówić a nie powiedzieć. Najlepiej gadać o „bezrobociu w Unii Europejskiej” i w takiej skali porównywać je ze średnią krajową. Łatwo jest oszukać opinię publiczną naciąganiem faktów, podawaniem danych może i prawdziwych, ale wyizolowanych z całości obrazu, o czym wspominałem na przykład w tekście:

Stara szkoła informacji niejakiego dr Paula Josepha G.

Ale dalej oczywiście mamy tryumfujące informacje propagandystów, że „bezrobocie zmalało” w czerwcu… także i w lipcu…, choć gdy przyjrzeć się z bliska, okazuje się, że owszem; zmalało, co prawda w sumie o 0,2 punktu procentowego, lecz jest wyższe niż rok temu w tym samym czasie (czyli – rośnie). Nawet gdyby nie rosło to zmiana jest marginalna a na dodatek – zmiana dotyczy okresu, w którym zawsze jest nieco łatwiej o pracę doraźną, tymczasową, sezonową właśnie – choćby przy obsłudze ruchu turystycznego w miejscowościach letniskowych i turystycznie atrakcyjnych.
Oznacza to po prostu, że chodzi o małe i chwilowe wahnięcie wskaźnika bezrobocia, za którym nie stoi żadne działanie dotykające jego przyczyn i to przecież jest, musi być oczywiste dla władzy i jej cynicznych propagandystów.
W tym znaczeniu to jestem akurat pewien, że dane o bezrobociu wkrótce wykażą dalszy spadek, a to dlatego, że ludzie – zniechęceni bezruchem, bezwładem, brakiem pieniędzy i możliwości w Urzędach Pracy – zaczną się z nich masowo wyrejestrowywać a także i zaczną z nich uciekać dotychczasowi oszuści udający bezrobotnych, wyłudzający bezkarnie składki na Fundusz Zdrowia, o ile minister Kosiniak Kamysz znajdzie poparcia dla swojego pomysłu oddzielenia tej składki od bezrobocia i zdoła to włączyć do ustawy a następnie wdrożyć do praktyki. Wątpię, gdyż to jest całkowicie sprzeczne z ideologią Platformy „Obywatelskiej” a Pan Minister mimo że z PSL – został ministrem by realizować założenia dominującej władzy politycznej…

Na dodatek może się okazać, że udana walka z tymi oszustwami spowoduje kłopoty wielu małych firm współpracujących z „udawanymi bezrobotnymi” i egzystujących dzięki temu, że to państwo płaciło składkę ubezpieczenia zdrowotnego za zatrudnionych tam „na czarno” rzekomych bezrobotnych, praca była wykonana a podatek – „zerowy”. Koszty pracy – sprowadzone do tych paru stów wciśniętych w rękę pracującego dla nich „na lewo”, zdającego sobie sprawę że to jest niekorzystne i dla niego i dla wszystkich, ale działającego pod naciskiem biedy, odpowiedzialności za los dzieci itp. Wszystkie takie pomysły – to bezładna szamotanina mająca zastąpić spójny i całościowy plan funkcjonowania gospodarki państwa. Plan – którego nie ma, bo został zastąpiony puszczeniem wszystkiego „na żywioł” z debilną wiarą w „niewidzialną rękę” którą ktoś próbuje zastąpić własne nieuctwo, niewiedzę, jak i gorączkowym prozaicznym „nachapywaniem się „elity samych swoich”, w imię budowy za wszelką cenę „polskiego kapitalizmu”. Lecz to nie budowniczowie, nie inwestorzy płacą tę „wszelką cenę”; płacę ją ja i jeszcze kilka milionów innych podobnych mi „zwyczajnych” ludzi.

Tymczasem to nie jest dobry temat dla cyników czy pajaców zwanych politykami, gdy mają zamiar w taki sposób „ślizgać się po powierzchni” tego problemu w interesie swoich pozycji i apanaży. Do wyborów jeszcze dość daleko, więc jeszcze nie muszą udawać zainteresowania problemami i losem ludzi, wyborców. Mają wypracowany i sprawdzone metody ogłupiania więc znów, jak poprzednio – wygrają… Znów obiecają drugą Japonię ale sprzed tsunami, trzy miliony mieszkań dla bezdomnych, po sto tysięcy dla każdego jako uwłaszczenie, albo wymyślą jeszcze jakąś nową bzdurę, a w ostateczności – propaganda wraz ze służbami postraszy „kaczyńskim”… znajdzie się jakiś sprzedawczyk i jakaś „taśma PiS”…

To doskonały temat dla prawdziwych polityków, rozumiejących swoją rolę jak służbę pro publico bono, czy jednocześnie służbę pewnej racji, na którą ani oni, ani ich wyborcy nie mają monopolu, tak jak i nie maja monopolu na prawdę. Na ten problem jak i na wszystko trzeba patrzeć mając człowieka w centrum uwagi; człowieka a nie jakąś „elitę”; czy to proletariacką – jak w ideologii komunistycznej, czy to „swoich przy żłobie” jak w ideologii Platformy „Obywatelskiej”. Człowieka to znaczy tego, dla którego praca najemna jest niezbędnym do życia sposobem zdobywania środków pieniężnych potrzebnych do zaspokajania potrzeb, od tych niezbędnych, do – w miarę możności – potrzeb wyższych, jak kulturalne czy estetyczne.
By tak było, na bezrobocie trzeba patrzeć lokalnie i analitycznie, bo i człowiek pozbawiony zatrudnienia jest tam gdzie jest, żyje i poszukuje możliwości w swoim środowisku i otoczeniu, dlatego sytuacja w innym województwie – choćby była dużo lepsza – mało ma z nim wspólnego. Zresztą po to nastąpiła reforma administracji państwa, po to powołano samorząd lokalny – by to właśnie głównie on zarządzał, kierując się znajomością swoich lokalnych problemów. To jednak słabo działa gdyż politycy nie dość, że pozamykani w swoich partyjnych „grajdołach” jak w warownych zamczyskach, jeszcze na dodatek – interesują się wyłącznie władzą centralną, jeśli nie brukselską to krajową a na skalę lokalną króluje stagnacja, bezradność i brak nadziei.

Mamy jeszcze na dodatek znane od dawna zjawisko specyficznego wypaczenia tzw. „warszawskiego” punktu widzenia, z jednej strony uznającego, że „wszystko, co najlepsze musi być w mieście stołecznym a jeśli nie jest – to trzeba to do stolicy natychmiast przenieść”, z drugiej strony – Polska to Warszawa a reszta – to jakaś mało ważna „prowincja”, którą się nie należy (nie wypada) specjalnie przejmować.
Jeśli pominąć ewidentną głupotę lub złą wolę, to niestety jeszcze mamy do czynienia z niewiedzą tych, którym się wydaje, że wszędzie jest tak, jak w Stolicy – czy za nią w tym wypadku uznamy Warszawę – czy raczej Trójmiasto ze szczególnym wyróżnieniem rodzinnego dla Premiera – Sopot, do którego powraca on „po pracy” – jak do domu rodzinnego.
Chodzi o to, że w Warszawie i w Sopot stopa bezrobocia oscyluje wokół 4%, w Poznaniu – spadła nawet w pewnym okresie poniżej 4%. To bezrobocie na poziomie tzw. „naturalnego” to znaczy odpowiadającego sytuacji, gdy w zasadzie wszyscy którzy rzeczywiście chcą pracować jako pracownicy najemni i są do tego zdolni – pracują. Nie wykluczam więc, że z powyższych powodów w odczuciu powszechnym lokalnej społeczności – ogólnie „nie jest tak źle”; nie widać jakoś masowego żebractwa w tych miejscach (nawet gdyby był powód, władza nigdy by przecież do niego nie dopuściła metodami administracyjno – policyjnymi), jest bardzo dużo ofert zatrudnienia na różnym poziomie wymogów zawodowych. Na dodatek – mania krytykanctwa panująca w środowiskach opozycyjnych, nie wiedzieć czemu nazywanych „prawicowymi” oraz „katolickimi”, działających na zasadzie „im gorzej – tym lepiej” a przez to także zupełnie nie zajmujących się rzeczywistymi problemami społecznymi, za to ośmieszającymi się czepianiem się każdej najdrobniejszej okazji do rozsiewania czarnych, katastroficznych wizji rozwoju sytuacji – wszystko to powodować może osłabienie zdrowej reakcji w ośrodkach decyzyjnych. Tam po prostu widać, że nie jest tak źle jak to przedstawia opozycja, dlatego nie ma potrzeby jakoś zdecydowanie interweniować… i może to być niestety rozciągane na „prowincję”. Opozycja, głównie PiS – starając się zdyskredytować władzę bardziej niż sama władza – szkodzi ludziom, a przede wszystkim pozbywa się resztek własnej wiarygodności w kręgach innych niż radiomaryjny betonowy schron „prawdziwego człowieczeństwa”. Wszelkie rozsądne głosy sygnalizujące problem lokalny – mogą być łatwo dyskredytowane, podciąganiem do PiS-owskiego „oszołomstwa”, czyli właśnie tych grubo przesadzonych, tendencyjnych pogłosek mających wartość propagandy politycznej, a więc nie mających żadnej wartości.

Wobec środowiska zachowującego się do tego stopnia niewiarygodnie – nie wierzy się nawet prawdzie.

Tu, w Polsce - czyli poza Warszawą, jednak sytuacja bywa zupełnie inna. Na przykład w Radomiu bezrobocie wynosi około 30%, podobnie na Pojezierzu Pomorskim. Na Mazurach – na przykład w rejonie Braniewa czy Pisza – 33% a w najgorszym miejscu pod względem bezrobocia – w Szydłowcu – wg danych GUS z lutego 20102 r. – 38,2%.
Mówienie czy pisanie dziś z tryumfem, że „bezrobocie spada” podczas gdy spadło ono średnio w skali kraju z powodu sezonu letniego o 0,2% jest nie tylko podłością, ale i działaniem antyspołecznym, nie usprawiedliwiają tego żadne argumenty „polityczne”.
Wiadomo powszechnie, że latem co roku następuje pewne zwiększenie ofert pracy sezonowej, ale ma ono charakter chwilowy, bo nie wynika z żadnych celowych działań władzy, natomiast może władzę wprowadzać w błąd, odraczać potrzebne tak czy inaczej działania antykryzysowe. Prócz informacji, jakie daje stopa bezrobocia, ważne jest jeszcze rozpowszechnienie bezrobocia na terenie kraju; w ciągu minionego roku wzrosła o 8% liczba powiatów, w których stopa bezrobocia przekroczyła barierę 20%.
To także potwierdza diagnozę o totalnym wzroście bezrobocia. A nie jest to jakiś abstrakcyjny parametr „ekonomiczny” tylko wskaźnik, za którym kryje się dramat osób bezskutecznie starających się o zatrudnienie nieraz od kilku lat, żyjących w skrajnym ubóstwie od jednego przygodnego „zarobku” doraźnego do innego „okazyjnego”, najczęściej poza wszelką ewidencją, obciążających swoim istnieniem pracujących członków rodziny a w coraz częstszych przypadkach – staczających się do pozycji kloszarda, alkoholika, osoby bezdomnej, całkowicie uzależnionej od pomocy społecznej, czyli już tylko „kosztującej”. Pomijam tu już moralny charakter tej sprawy, bo to do coraz mniejszej liczby ludzi dociera, ale to się po prostu nie opłaca.

Jest dla mnie niepojęte, że coraz częściej eksperci czy komentatorzy ekonomiczni bez żenady czy nawet zdziwienia potrafią stwierdzić, że nikt co prawda w Polsce nie wie dokładnie ile osób pracuje tu nielegalnie, ale liczbę pracowników sezonowych „na czarno” szacuje się na milion czterysta tysięcy (1.400.000). Na czarno – to znaczy bez składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, bez płacenia podatków ani opłat lokalnych, bez zapewnienia warunków bezpieczeństwa itp. a często nawet bez prawa pobytu w tym kraju. To nie do pojęcia – jakby przestępstwo w całym majestacie prawa, jednak dla wszystkich oczywiste i normalne, nikogo już nawet nie dziwiące…

Jak dotychczas nie widać żadnych działań systemowych mających przeciwdziałać bezrobociu, pracy na czarno, nielegalnej pracy obcokrajowców. Docierają do nas ledwie jakieś zapowiedzi działań „po wakacjach”… niejasne pomysły…
Bezrobocie wynika z problemów gospodarczych, ale i pogłębia problemy gospodarcze. Stwarza swoiste sprzężenie zwrotne wygaszające miejscową aktywność gospodarczą. Rozwija się fala upadłości przedsiębiorstw…

Wyrażałem wielokrotnie przypuszczenie czy tezę, że taki stan tego państwa jest skutkiem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej, na których nauczyła się żerować kolejna wataha cwaniaków pozbawionych nie tylko patriotyzmu, ale i elementarnej przyzwoitości. Nauczyła się żerować pozostając bezkarną i nietykalną.


Może pierwszego sierpnia, zamiast organizować marsze, akademie i koncerty obcych nam piosenkarek – trzeba znów dać sygnał: „Godzina W”…



24/03/2012

39.
Skandaliczna niegospodarność państwa rujnuje ZUS - w imię ideologii.
Głos w dyskusji o reformie emerytalnej.

Pytania wysłane do Pana Ministra Pracy - Władysława Kosiniak Kamysza w ramach konsultacji społecznych projektu nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach.
Głos w sprawie reformy systemu emerytalnego w Polsce.

Panie Ministrze.

Przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury – do 67 lat, które jest najistotniejszym elementem projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach, jaki obecnie jest poddany konsultacjom społecznym – jest wprost tłumaczone potrzebami budżetu Państwa. Ma ono wytworzyć oszczędności, z czasem znacznie powiększające zasoby pieniężne przeznaczone na wypłaty przyszłych emerytur.
Już teraz w ZUS brakuje zasobów własnych pochodzących ze składek i stąd potrzeba finansowania wypłat emerytur pożyczkami zdobywanymi przez ZUS w bankach komercyjnych czyli kredytami o dużych kosztach ich obsługi.

Jednocześnie jednak funkcjonowanie ZUS jest dotknięte wieloma wadami typu organizacyjnego, wynikającymi zarówno z istniejącego stanu prawnego jak i ze stosowania prawa, sposobu zarządzania itp.

ZUS jest często oskarżany o przerost zatrudnienia związany także z dramatycznie niską jakością informatyzacji pracy i cyfryzacji danych.

ZUS jest - niejako w związku z powyższym – często oskarżany o ogromny przerost kosztów własnych (kosztów funkcjonowania) oraz innych kosztów obsługi systemu emerytalnego.

Na wielkość środków pozostających w dyspozycji ZUS ma ogromny i negatywny wpływ funkcjonowanie tzw. szarej strefy gospodarczej, sprowadzającej się w efekcie do nielegalnego unikania obowiązku opłacenia składek do ZUS przez nieuczciwych obywateli.Państwo nie walczy z szarą strefą gospodarki.

Szczególną i coraz bardziej niebezpieczną formą unikania obowiązków wobec ZUS jest proceder realizowany przez ogromną liczbę firm usługowych, działających w Internecie – jakie można znaleźć poprzez wyszukiwarki pod hasłem „optymalizacja ZUS”.

Oto dla przykładu kilka pierwszych z rzędu adresów tego typu stron internetowych:
http://mniejszy-zus.pl/

http://www.zus-stop.com.pl/

http://www.jakobnizyczus.pl/jak-nie-placic-zus/?gclid=CP-7lNuIs64CFYW-zAodh3rpOQ

http://www.ddconsulting.pl/

http://www.optymalizacja-zus.co.uk/

http://www.optigen.pl/prawo-i-przepisy/podstawy-prawne/skladki-zus-optymalizacja-unikanie-zus-nasze-prawo.html

http://infozus.pl/

http://www.składkizus.pl/

http://zuszagranica.net.pl/

Zasada unikania płacenia ZUS w Polsce przez polskie firmy została wyjaśniona np. na tej ostatniej z wymienionych przeze mnie powyżej przykładowych stron:


(cyt.)„…Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej każdy prowadzący działalność gospodarczą ma możliwość wyrejestrowania się z polskiego systemu ubezpieczeń społecznych i zarejestrowania w systemie innego państwa członkowskiego. Dzięki unijnemu prawu jest to możliwe bez konieczności emigracji ! Aby nie musieć opuszczać ojczyzny, należy podjąć pracę w którymkolwiek z 26 państw członkowskich, choćby na 1/20 etatu.
Będąc pracownikiem (na 1/20 etatu) w państwie x i równocześnie prowadząc działalność gospodarczą w Polsce, podlegasz pod ZUS państwa x. Twoje składki odprowadzane są wówczas tylko do ZUS-u państwa x. I to składki od 1/20 etatu czyli niskie składki, wręcz symboliczne. I co ważne! Płacąc składki tam, nabywasz uprawnienia do tamtejszych świadczeń.”(koniec cyt.)


Pośrednicy tego typu działają odpłatnie (pobierają opłaty od polskich przedsiębiorców za usługę zmierzającą do uchylenia się od opłacania składek ZUS w Polsce!).

O ile nie można mieć zastrzeżeń do zakładania przez obywateli polskich firm w UK i prowadzenia tam działalności gospodarczej na zasadach tam obowiązujących, wraz z opłacaniem w UK składek ubezpieczenia społecznego na zasadach prawa brytyjskiego, to wyrejestrowanie z ZUS firmy działającej w Polsce i opłacanie ubezpieczenia społecznego w UK pod pozorem zatrudnienia tam (zatrudnienia fikcyjnego np. jako konsultanta na 1/20 etatu, działającego na zasadzie telepracy, a w rzeczywistości przebywającego w Polsce i tu prowadzącego rzeczywistą działalność gospodarczą innego typu bez płacenia składek na ZUS w Polsce) – nosi charakter uchylania się od powszechnego obowiązku ubezpieczenia społecznego, nadużycia czy nieuczciwej nadinterpretacji prawa sprzecznej z intencją ustawodawcy, co ma znamiona wykroczenia i sprzeczności z zasadami współżycia społecznego.

Szacuje się, że przedsiębiorstw polskich działających w podobny sposób, czyli nie odprowadzających składek do ZUS pomimo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, są już setki tysięcy. Oznacza to ogromne niedobory finansowe w ZUS w porównaniu z tymi kwotami jakie teoretycznie powinny trafiać do ZUS w ramach „umowy społecznej” na której opiera się system emerytalny w Polsce. System ubezpieczenia społecznego jest jak stary dziurawy worek, w którym w taki sposób zawsze jest i będzie zbyt mało.

Działalność wspomnianych firm proponujących „optymalizację ZUS” prócz strat w zasobach środków na wypłatę emerytur może też nosić znamiona oszustwa, gdyż wiele z osób poddających się takiemu procederowi może nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie tylko szkodzą systemowi emerytalnemu w Polsce ale i sami narażają się na przyszły brak środków zarówno z ZUS jak i z brytyjskiego systemu emerytalnego.

Panie Ministrze.

Czy nie uważa Pan, ze wszystkie te sprawy należą, podobnie jak planowane przesunięcie wieku emerytalnego – do zadań niezbędnych do wykonania w ramach kompleksowej reformy systemu emerytalnego w Polsce.

Czy nie uważa Pan, że narzucenie teraz tej uczciwej części społeczeństwa większego obciążenia w postaci dłuższego okresu pracy i opłacania składek przed nabyciem prawa do emerytury, wymaga równoczesnego rozwiązania wszystkich wcześniej wymienionych problemów, w ramach pakietu ustaw i rozporządzeń łącznie opracowanych i  łącznie przeprowadzonych przez wymaganą drogę legislacyjną jako blok projektów powiązanych i zależnych.

Czy nie uważa Pan, że wielką nieuczciwością Rządu byłoby narzucanie części społeczeństwa tak wielkiego dodatkowego obciążenia jakie się obecnie proponuje, bez rozwiązania wspomnianych problemów i załatania dziur w systemie gromadzenia środków na funkcjonowanie systemu emerytalnego.

Czy w przypadku przyjęcia proponowanej noweli ustawy o emeryturach i rentach, oszczędności uzyskane przez budżet państwa na skutek przesunięcia wieku emerytalnego do 67 lat - nie zostaną – przy dotychczasowej bierności Państwa – wyprowadzone z Kraju do systemu ubezpieczeń brytyjskich albo znacznie uszczuplone przez rozkwitający wyżej opisany proceder „ucieczki z ZUS” – dla uzyskania osobistych korzyści przez przedsiębiorców, kosztem solidarności społecznej.

Czy nie uważa Pan, że nakładanie dodatkowych wielkich obciążeń na uczciwych obywateli przy całkowitej bierności Państwa wobec istniejących problemów i opisanego nieuczciwego i balansującego na krawędzi prawa procederu, jest zdradą  interesu narodowego.

19/02/2012

32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?

Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.

Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.

Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...

Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.

W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.

W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.

Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.

Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.

Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.

Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.

Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?

18/02/2012

31.
Ruszyła machina propagandy w sprawie wieku emerytalnego.

Ruszyła machina propagandy mającej zagadać, zakrzyczeć bzdurą, zniechęcić, zastraszyć, ośmieszyć każdego, kto by chciał się sprzeciwić zasadności podnoszenia wieku emerytalnego w obecnej sytuacji w Polsce.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.

Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Na reformie emerytalnej mają według Donalda Tuska zyskać kobiety. Dzięki wydłużeniu wieku emerytalnego do 67 lat, wysokość ich emerytur ma znacząco wzrosnąć - twierdzi premier Tusk. Jeżeli nie wydłużymy wieku emerytalnego, to przeciętna emerytura kobiet w 2040 r. będzie wynosiła 2062 zł, ale jeżeli kobiety będą pracowały dłużej - to średnia emerytura wyniesie 3411 zł, a jest to różnica o 65 proc. - wyliczył premier Donald Tusk.
Podobnie też wypowiadał się Minister Rostowski, którego wypowiedź słyszałem w TOK FM: (przytaczam z pamięci): Środowiska kobiece także popierają zmianę wieku emerytalnego, bo gdyby ich wiek emerytalny nie został ustalony na 67 lat – to kobiety byłyby poszkodowane z powodu otrzymywania w przyszłości mniejszych emerytur.

Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...

Premier mówił:
- Będziemy wspierać kobiety, które zdecydują się na macierzyństwo. Przy jej okazji będziemy wprowadzać przepisy, które sprawią, że obowiązki rozłożą się na ojców i matki.
Minister Pracy z kolei zwracał uwagę na plany opracowania nowych przepisów dotyczących nowego projektu rządowego wsparcia zatrudnienia, aktywizacji osób po 60 roku życia i równości płci na rynku pracy.

Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.

Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.

Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.

Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?

Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.

Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.

25/09/2011

10.
Pajac straszący emerytów.

Przysłowiowy "nagły szlag" mnie trafia, kiedy wyjdzie któryś z naszych politycznych pajaców i zaczyna „ostrzegać” społeczeństwo:

… Wy tam sobie nie myślcie, że emerytury - to będą wystarczały na normalne życie. Warunki demograficzne powodują oraz kryzys gospodarczy, że to może być 30% lub 40% pensji otrzymywanej przed uzyskaniem prawa do emerytury. Trzeba oszczędzać, samemu się starać, oddzielnie się "prywatnie" ubezpieczyć w III filarze, bo system nie wyrabia, wpłaty do ZUS maleją i nie wystarczają nawet na wypłaty bieżące dla obecnych emerytów. Ludność się kurczy, PKB spada, społeczeństwo się starzeje, emerytów przybywa – więc dlatego emerytura będzie wynosiła 500 góra 600 złotych a resztę to musicie sobie sami zaoszczędzić z tego, czego my wam nie damy rady corocznie zabierać…

Niestety. Nie wygląda to zazwyczaj na występ jakiegoś clowna… Raczej bardziej chyba - grabarza albo… jego syna – grabarczyka. Tylko - jeszcze bardziej niż grabarczyk wkurza.

Wiem - że nie wszystko wiem. To znaczy, że mechanizmy ubezpieczenia powszechnego są dość skomplikowane i działają na znacznej liczbie zmiennych, ale… przecież nie są nieznane albo niemożliwe do kontrolowania. Wszystko to przecież nie jest skazane na przypadek, ślepy traf.

Zawsze wówczas przychodzi mi na myśli porównanie:

Podobieństwo o budowie domu.
Załóżmy, że chcemy mieć na stare lata dom. Taki zwyczajny, standardowy, żadne tam wodotryski...
Co w związku z tym robimy?
Zastanawiamy się najpierw – jaki powinien być aby spełnił podstawowe założenia: niezbyt mały ale i nie duży. Optymalna wielkość w stosunku do kosztów ogrzewania i eksploatacji. Musi mieć choć jedno wejście bez schodów – bo nie wiadomo czy i jak długo jeszcze będziemy mogli po schodach wchodzić. Musi być wygodna łazienka na parterze, ale i oddzielny, mniejszy natrysk bez żadnych progów, by łatwiej było wejść pod prysznic przy trudnościach z chodzeniem, jakie ewentualnie wkrótce mogą nas dopaść. W łazience powinno być miejsce na zamontowanie dodatkowych urządzeń i uchwytów dla niepełnosprawnych, bo nie mamy gwarancji, jak długo jeszcze pełnosprawni pozostaniemy. Doświadczenie życiowe podpowiada nam jednak, że nasz stan zdrowia oraz sprawność będzie się z wiekiem raczej pogarszała a nie poprawiała. Musi mieć wydzielony pokoik z mini-łazienką także na poddaszu, aby ewentualnie miał odpowiednie miejsce pobytu ktoś (opiekunka), kto się będzie nami opiekował w czasie choroby... przydałaby się mini-klimatyzacja przynajmniej jednego pokoju – na duże upały. I tak dalej; planujemy – przewidując typowe dla sytuacji okoliczności jakie da się przewidzieć. Ostatecznie nie jest to trudne, korzystamy z doświadczenia życiowego i dostępnej powszechnie wiedzy. Następnie zamawiamy projekt, podając wszystkie nasze wymyślone wcześniej założenia i warunku do uwzględnienia w projekcie. Ustalamy górną granicę kosztu zgodnie z posiadanymi możliwościami albo rozpoczynamy intensywne gromadzenie gotówki, jeśli mamy jej zbyt mało… i tak dalej...
Ogólnie – i to jest w tym najistotniejsze – najpierw określamy co nam potrzeba, jakie są minimalne wymagania, by całe przedsięwzięcie, wysiłek i wydatek miał sens… a następnie ustalamy - co należy zrobić, by założony cel osiągnąć i realizujemy ten scenariusz, krok po kroku… Jeśli cel jest logiczny a jednocześnie rozsądny - to środki do jego realizacji należy korygować a nie tenże cel. Po to właśnie jest opisane powyżej rozsądne planowanie.

Wydaje się to aż nadto oczywiste. Logiczne nawet dla dziecka.

W związku z tym, zawsze jednak nurtuje mnie proste pytanie: dlaczego wszelka taka logika nagle wszystkich opuszcza, gdy rozmowa przechodzi na temat emerytur.
Czy w przypadku emerytur nie można tak samo? To by przecież było dokładnie tak samo oczywiste jak w przypadku domu. A nagle - założenia wstępne zmieniają się na przeciwne. Dlaczego?

Emerytura ma stanowić środki do zaspokojenia podstawowych, standardowych potrzeb człowieka, który już pracował tyle ile „się należy”, spełnił swoją część umowy ubezpieczeniowej i teraz ubezpieczenie, Dokładniej Państwowy Zakład Ubezpieczeń - ma zrealizować swoją część umowy. Jeśli emerytura ma stanowić środki do życia to musi wynosić… tyle ile musi, ile wynika z aktualnego układu cen i kosztów.
Z samej zasady – musi się dać za to żyć i opłacić standardowe koszty mieszkania, leczenia, ubrania, podstawowych potrzeb życiowych i kulturalnych. A ponieważ ludzie zarabiają bardzo różnie - w zależności od tego ile „wytwarzają”, to załóżmy że wysokość emerytury powinna odpowiadać ostatnim zarobkom, ale jednak nie mniej niż kwota potrzebna do utrzymania podstawowego standardu życia. Niechby tym minimum była choćby ustawowo określona najniższa płaca, ale traktowana jako netto. A to dlatego, że właśnie przy ustalaniu ustawowej najniższej płacy bierze się pod uwagę układ cen i kosztów, urealnia się ją do sytuacji.
Jest to odpowiednik ustaleń szczegółowych przyszłego domu – czyli skutku jaki ma zostać uzyskany.

Potem fachowcy mają się zastanowić co należy zrobić aby uzyskać taką wysokość emerytury. Podobnie jak projektant domu miał wykorzystać swoją wiedzę by uzyskać produkt odpowiadający wszystkim początkowym, wstępnym założeniom i na dodatek mieszczący się w granicach kosztu, tak i organizatorzy systemu emerytalnego mają się zastanowić, co należy zrobić aby emerytura wyszła taka jak ma być, jaka musi być.

Nie wiem, czy ta różnica ze stanem obecnym jest wystarczająco zrozumiała dla czytelnika, ale chodzi tu po postu o filozofię założenia wstępnego.
Nie – „robimy to jak robimy, jak dotychczas było a na końcu zobaczymy ile nam wyjdzie” a zupełnie odwrotnie: „robimy to co potrzeba, aby nam wyszło tyle ile musi nam wyjść”!
To – ile musi wyjść – ma być punktem wyjścia dla wszystkich następujących po tym działań.
Czy to nie jest proste i oczywiste?

Ale oczywiście zaraz sceptycy się rzucą na mnie jak te wściekłe piranie: skąd na to pieniądze… System ubezpieczenia emerytalnego ma zgromadzić na to pieniądze. Po to jest.
System musi być oszczędny, powszechny, równy, wydajny i tak skonstruowany, aby gromadził dość pieniędzy. Ubezpieczenie emerytalne jako fundusz musi być "szczelne" zarówno po stronie zobowiązanych do płacenia składek jak i zarządzających nimi a w stopniu skrajnym od dawna nie jest. Składka ma być tak ustalona w stosunku do innych kosztów, by dawała możliwość wypłacania takiej emerytury. System musi być szczelny i powszechny. Jeśli zasoby pochodzące ze składek maleją z przyczyn demograficznych, to trzeba temu przeciwdziałać "demograficznie", bo zjawiska demograficzne to nie jest jakieś fatum, ani dopust Boży. Nie tylko chodzi tu o budżet emerytalny w jego całkowitym wymiarze, a o sposób gospodarowania nim i podziału. Wreszcie to nie zasoby ubezpieczenia mają dotować potrzeby gospodarcze skarbu Państwa czy Ministerstwa Finansów a odwrotnie; może skarb Państwa coś czasem dorzucić do systemu emerytalnego, który powinien być jednocześnie ze skarbu państwa bezwzględnie wydzielony.

Wszystko da się zrobić normalnie. Tylko dlaczego się nie próbuje a wysyła cholernego "pajaca" do straszenia?

Odwiedziny: