BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NFZ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NFZ. Pokaż wszystkie posty

27/08/2013

Mamy w pup'ie czynownictwo.

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie stał się znany za sprawą swojego dyrektora – pana Kolbiarza.
Pisałem już o tym w felietonie "Kuglarstwo czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi".

To zapewne przyszły bohater „Tuskowego liberalizmu” – który postanowił udowodnić, że minister pracy miał rację – podejrzewając połowę zarejestrowanych bezrobotnych o niechęć do pracy „w ogóle”. Przy okazji zaś postanowił zawalczyć o zarobki swoje i swoich podwładnych, w związku z reformą urzędów pracy mające zależeć wreszcie od wydajności, czy może raczej skuteczności urzędu w zwalczaniu lokalnego bezrobocia.
Postanowił on w Nysie, niewielkim Opolskim miasteczku, gdzie stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 24% – zmniejszyć bezrobocie o połowę, czyli do 12%. Żyje tam niespełna 46.000 mieszkańców, z których 10.000 było zarejestrowanych jako bezrobotni w Powiatowym Urzędzie Pracy. Dzięki posiadanym na ten cel pieniądzom, uruchomiono tam wielki program prac interwencyjnych i robót publicznych, które jak wiadomo określić można jako pracę w 50% dotowaną przez władzę z Funduszu Pracy, na umowę o pracę na czas określony (do 6 miesięcy) w pełnym wymiarze czasu pracy, wyłącznie za minimalne ustawowo określone wynagrodzenie. Program ruszył w kwietniu br. i do końca czerwca spowodował spadek stopy bezrobocia o 4 punkty procentowe.

Dyrektor Kolbiarz zapowiada kontynuację tego działania aż do końca 2014 roku i osiągnięcia założonego przez niego spadku stopy bezrobocia do 12%. To oczywiście jest realne; w taki sposób można doprowadzić w zasadzie do dowolnego założonego z góry wyniku redukcji stopy bezrobocia „na papierze” – co nie ma nic wspólnego z realiami życia, czyli ze smutną rzeczywistością.
Przygotowano w tym okresie 900 ofert pracy w ramach wspomnianej interwencji w rynek pracy i rozesłano adresowane do bezrobotnych skierowania. Na skutek tego 38 osób natychmiast zrezygnowało dobrowolnie ze statusu bezrobotnego, 91 osób przedstawiło zwolnienia lekarskie poświadczające czasową niezdolność do pracy, 328 osób utraciło czasowo zgodnie z ustawą status osoby bezrobotnej za nieuzasadnioną odmowę przyjęcia oferty pracy a pozostałe 443 osoby podjęły zaproponowaną im pracę. Projekt jest kontynuowany, to znaczy osoby bezrobotne nadal są i będą kierowane przez PUP do prac interwencyjnych a przy nieuzasadnionej odmowie przyjęcia takiej oferty – wykreślane z rejestru bezrobotnych na przewidziany ustawą o promocji zatrudnienia – okres. Na co (prócz podwyżki swojej pensji) liczy Dyrektor Kolbiarz? Liczy na to, że przy stopie 12% jego Urząd zaoszczędzi na zasiłkach – pobieranych wówczas przez mniejszą liczbę osób a ponadto – przy stopie bezrobocia 12% – wypłacanych już jedynie przez 6 a nie jak dotychczas 12 miesięcy(bo maksymalny czas wypłacania zasiłku zależy od stosunku lokalnej stopy bezrobocia do średniej krajowej). Podstawowa kwota zasiłku wynosi przez pierwsze 3 miesiące 823,60 a w następnych po 646,70 zł, ale jest to kwota brutto, od której bezrobotny ma zapłacić podatek dochodowy oraz swoją składkę ubezpieczenia zdrowotnego, co daje netto (do wypłaty dla bezrobotnego) odpowiednio 711,48 oraz 568,50 zł. Jak widać są to kwoty śmieszne przy dzisiejszych kosztach życia, z pewnością niewystarczające do podstawowego utrzymania nawet dla pojedynczej osoby, nie mającej na utrzymaniu dzieci.
Jako dyrektor urzędu pracy – myśli on więc wyłącznie w kategoriach urzędniczego interesu swojej instytucji. To drastyczny przykład „urzędniczej walki z bezrobociem”; urzędniczej i dlatego ogólnie w rzeczywistych objawach tak nieskutecznej.

To walka o efektowne statystyki do sprawozdań, raczej bardziej walka z bezrobotnymi niż z bezrobociem jako takim.
Zasadniczym „nieporozumieniem” w sprawie bezrobocia jest to, że urzędnicy i politycy uważają, iż osoba niezatrudniona posiadająca status bezrobotnej nie potrzebuje pieniędzy. Tak można wytłumaczyć „zaporowe” rozwiązania ustawowe w ustawie o promocji zatrudnienia, sztucznie minimalizujące liczbę osób bezrobotnych spełniających warunki do przyznania zasiłku. Liczba ta stale maleje i wynosi średnio 15% co oznacza, że zasiłek otrzymuje tylko 15 na 100 osób zarejestrowanych. Widocznie zdaniem ustawodawców i urzędników bezrobotny w ogóle ich nie potrzebuje, skoro ustawa pozbawia go możliwości osiągania dochodów z wynagrodzeń (pod sankcją pozbawienia statusu) wyższych, niż połowa najniższego wynagrodzenia, oraz innych przychodów z jakichkolwiek źródeł prócz… oprocentowania lokat i depozytów bankowych. Już to widzę, jak osoba posiadająca dajmy na to milion złotych ulokowane na lokatach bankowych dających istotny zysk z oprocentowania – stara się o zarejestrowanie jako bezrobotna…
Natomiast spory jest katalog oczekiwań i wymagań: bezrobotny ma być stale zdolny i gotowy do podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ma zatrudnienia dla siebie sam aktywnie szukać między innymi kontaktując się bezpośrednio z pracodawcami, czyli ma też zachowywać co najmniej „schludny” wygląd i ubiór itp. A za co? Skąd pieniądze na utrzymanie dachu nad głową, ogrzewanie, wodę, gaz, prąd, ubiór, leki, jedzenie… tu już urzędas i biurwa cholerna wzrusza ramionami: ich to nie obchodzi, zresztą oni po prostu realizują ustawę gdyż mają taki obowiązek, a nie są przecież jej autorami. W ostateczności, w przypływie dobrego humoru, doradzą bezrobotnemu by udał się do… pomocy społecznej. Jeśli to zrobi – tam spotka się z pogardą, podejrzliwością posuniętą do paranoi, odarciem z wszelkiej ludzkiej intymności i godności osobistej oraz z propozycją „pomocy”; 200 – a najwyżej 400 złotych.

Jest tu ewidentna luka w ustawie – lecz konwencja nakazuje udawać, że jej nie ma, by nie urazić nieobeznanych z problematyką durniów czy osłów którzy to wymyślili. Nie da się żyć „za darmo”, więc człowiek postawiony przez społeczeństwo w takiej sytuacji – szuka alternatywnych form i źródeł doraźnego zarobkowania, które przy latami trwającym bezrobociu i braku pomocy – przekształcić się mogą w źródła skutecznie zastępujące pracę za minimalnym wynagrodzeniem. Jest to także wylęgarnia patologii prawnej i moralnej, która podnosi koszt społeczny tego stanu.
Brak pracy niesie za sobą degradację nie tylko ekonomiczną ale głównie psychiczną. Człowiek w okresie liczonym dziś na średnio dwa lata bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia – staje się niezdolny do narzucenia sobie dyscypliny wewnętrznej potrzebnej do tego, aby wstać o 5.00 czy 6.00 umyć się i ubrać w uprzednio przygotowane ubranie, zdążyć na autobus czy tramwaj do pracy, w pracy poddać się podporządkowaniu przełożonego który nakazuje co, kiedy i jak ma robić, itp. Jest to tym bardziej aktualne im bardziej dotyczy osób starszych, których się dziś z zasady nie zatrudnia – z powodu „bo nie”. Upadek do poziomu kloszarda wcale nie jest uzależniony jedynie ekonomicznie, niezależnie od tego odbywa się także w sferze psychologicznej, desocjalizacji, trwałej utraty zdolności do pracy jedynie z powodu długotrwałego odrzucenia przez społeczeństwo. Po pewnym czasie człowiek taki nadaje się już tylko do resocjalizacji, wymaga długiego i kosztownego procesu przywracania do społeczeństwa. Konieczność zdobycia środków na życie i zdolności przystosowawcze człowieka są jednym z wyjaśnień przyczyn opisanej sytuacji; że większość długotrwale bezrobotnych zaczyna w pewnym stadium wyobcowania unikać pracy najemnej a pozostają bezrobotni jedynie dla ubezpieczenia zdrowotnego.
Lecz przecież to społeczeństwo ich takimi uczyniło!

Trudno się dziwić, że urzędnik stara się działać metodami urzędniczymi; chce poprawić statystyki manipulując danymi zamiast zająć się przyczyną problemów z którymi walczy – dokładnie jak dyrektor Kolbiarz. Wszyscy dziś wiedzą, że prawdziwa przyczyna tego i wielu innych problemów ma podłoże ideologiczne usytuowane w umysłach przywództwa Platformy Obywatelskiej, a z tym – jak za poprzedniej „jedynie słusznej” ideologii oraz jedynie słusznej partii – nikt nie śmie dyskutować, bo nie chce zostać zaszczuty przez tabuny „aktywistów medialnych” posługujących się z wprawą mową nienawiści. Skoro nie da się usunąć przyczyn a trzeba coś robić – to pozoruje się takie działania jak to zrobił Kolbiarz. Wiadomo przecież, że praca dotowana na kilka miesięcy szybko się skończy i osoby tak zatrudnione stawią się ponownie do PUP w Nysie – celem zarejestrowania jako bezrobotne, że osoby czasowo pozbawione statusu – po upłynięciu okresu karencji znów powrócą do rejestru bezrobotnych. Dokładnie tak samo było przecież z tak zwanymi „szkoleniami bezrobotnych” za pieniądze Unii (EFS); wszyscy wiedzieli wówczas, że to niczego nie zmieni, bo jak pracodawca przed szkoleniem nie chciał zatrudniać osób w wieku 50+ z sobie tylko znanych przyczyn, tak i po szkoleniu podania o pracę tych osób pozostawały bez odpowiedzi z powodów znanych jedynie pracodawcom. Kilka miliardów euro wydano na stworzenie fikcji „walki z bezrobociem” oraz fikcji „solidarności pokoleń”, przy okazji wiele instytucji szkoleniowych nieźle się dorobiło, fundusze zostały „sprywatyzowane” – czyli wszystko zgodnie z „ideologią chciwości” naszych „liberałów” z KLD rodem…
Co do ubezpieczenia zdrowotnego – wiadomo, że zgodnie z obowiązującą w tym kraju Konstytucją wszyscy obywatele mają prawo do nieodpłatnej podstawowej opieki zdrowotnej, więc co to za różnica – kto, jaka instytucja będzie tą, która zgłosi obywatela do tego ubezpieczenia; urząd pracy, fundusz zdrowia, urząd gminy czy jeszcze ktoś inny. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jest jednak dla Donalda Tuska i koalicji partii rządzących fikcją, nie maja prawa jej zmienić ale i też nie mają najmniejszego zamiaru przestrzegać jej postanowień czy realizować ich.
Kto ma finansować składki ubezpieczenia zdrowotnego? Dyrektor Kolbiarz mówi: nie ja. Nie ja, bo mi to obniża zarobki. Dlatego zaczyna walkę z bezrobotnymi zamiast walki z przyczynami ich bezrobocia. Zresztą; dużo łatwiej jest znaleźć „haka” na bezrobotnego, by go choć na kilka miesięcy pozbawić statusu czyli UKRYĆ przed opinią publiczną, niż odbudować zrujnowaną gospodarkę krajową, odbudować przemysł produkujący krajowe wyroby na rynek wewnętrzny za pomocą lokalnej siły roboczej, zastosować prawdziwy program przekwalifikowań i aktualizacji kwalifikacji, by zbliżyć jak największą liczbę kandydatów do zatrudnienia – do oczekiwań pracodawców itp. Dla czynownika jedynie ważne jest jego biurowe podwóreczko, by „u mnie było w sprawozdaniach dobrze”. Bezrobotny skierowany na prace interwencyjne jest tam traktowany „jak obcy” czy jak pracownik tymczasowy i po upływie terminu umowy o pracę na czas określony – powróci do rejestru bezrobotnych by zapewnić pracę urzędnikom z PUP i dać im alibi na nagrody i premie. A od reszty spraw – jest zwierzchność.
Ale „zwierzchność” tego chyba nie wie, że „jest od reszty spraw”…

Zwierzchność harata w gałę…


28/04/2013

Kuglarstwo, czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi "n"?

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie, korzystając zapewne z możliwości otrzymania wyższych kwot na walkę ze skutkami bezrobocia, wygospodarował większą niż zwykle liczbę miejsc pracy dotowanej – na zasadach interwencji w rynek pracy.
To zjawisko ostatnio dość powszechne w całym kraju, bo wynikające z dyrektyw Ministerstwa Pracy; można oczywiście się spierać czy motywowanych jedynie nakazem zmniejszenia statystyk bezrobocia – dla efektu propagandowego potrzebnego Premierowi, czy też może obudziły się w urzędnikach jakieś ślady drzemiącej w nich solidarności międzyludzkiej, zrozumienia i współczucia… (no, tu chyba już przesadziłem…).
Chodzi o to, że w sytuacji wysokiego bezrobocia (w Nysie – rzędu 24%) urzędy pracy mogą interweniować w rynek pracy poprzez pomoc organizacyjną i finansowanie miejsc pracy dotowanej (do 50% kosztu wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne) na okres do 6 a w niektórych przypadkach 12 lub 18 miesięcy. Tego typu zatrudnienie ustawa nazywa pracami interwencyjnymi oraz robotami publicznymi, zależnie od tego kto jest ich organizatorem. Możliwość ubiegania się jednostek organizacyjnych gmin, instytucji budżetowych, urzędów, instytucji kultury i edukacji – istnieje zawsze, zależnie jedynie od ilości środków jakie poszczególne powiaty mogą czy chcą przeznaczyć na ten cel; gdy są na to środki – powiatowe urzędy pracy ogłaszają także konkursy dla organizatorów staży dla osób bezrobotnych płatnych dla stażysty w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, co także jest formą pomocy w postaci aktywizacji bezrobotnego dotowanej na rzecz organizatora stażu. Jednak, gdy staże są formą skierowania na praktykę bez wykreślania bezrobotnego z ewidencji (bez utraty statusu osoby bezrobotnej), trwają 3 – 6 miesięcy i są obliczone na uzyskanie praktyki wykonywania jakiejś pracy i zwiększenia dzięki temu szansy na trwalsze zatrudnienie dzięki poznaniu przez pracodawcę konkretnego stażysty, to prace interwencyjne oraz roboty publiczne są już normalną formą zatrudnienia.
Dotychczas oferty pracy w formie robót publicznych ukazywały się wraz z wszystkimi innymi ofertami za pośrednictwem centralnej wyszukiwarki Powszechnych Służb Zatrudnienia, obecnie często są dostępne lokalnie w PUP. Tego typu praca to zatrudnienie na umowę o pracę na czas określony, z wynagrodzeniem w wysokości najniższej płacy (obecnie 1600 brutto).
Dla osoby bardzo długo nieraz bezskutecznie starającej się o pracę, nie otrzymującej żadnych ofert od PUP lub mimo ofert systematycznie odrzucanej przez pracodawców podczas rekrutacji (np. pod jakimkolwiek pretekstem a w rzeczywistości – ze względu na wiek), zdobycie takiej pracy jest wielkim szczęściem, bo fakt dotowania zatrudnienia daje jej szansę na pracę a więc i dochód, przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy wysokim bezrobociu ludzie pozbawieni pracy bardzo sobie cenią i walczą o takie zatrudnienie, bo jest ono bardziej dostępne (jako że kosztuje pracodawcę dużo mniej), zresztą zdają sobie oni sprawę, że przy ewentualnym „normalnym” zatrudnieniu także ich umowa najprawdopodobniej miałaby charakter czasowy a wynagrodzenie także wynosiłoby „najmniej ile tylko prawo pozwala” czyli 1600 brutto za pełny wymiar czasu pracy.

Podkreślę to szczególnie jeszcze raz: dla osoby przymierającej głodem i zadłużającej się by utrzymać dach nad głową (czynsz), osób które „polują” w PUP na każdą okazję pracy – wywalczenie skierowania na rozmowę rekrutacyjną do pracodawcy przyjmującego na roboty publiczne lub prace interwencyjne oraz pozytywny wynik tej rozmowy – przyjęcie do pracy – to wielka radość i szczęście. Piszę to z własnego doświadczenia, zarówno jako były „stażysta” PUP oraz pracownik zatrudniony na zasadzie robót publicznych.
Jeśli więc ktoś jest zarejestrowany jako bezrobotny w Nysie od 1996 roku – to znaczy że urząd nie zaoferował mu od tego czasu ani razu żadnej stałej pracy… albo pomimo ofert, żaden pracodawca nie zdecydował się tej osoby zatrudnić? Pytanie – dlaczego. W urzędzie nikt sobie ani pracodawcom tego pytania nie zadał? Przecież przez ten czas człowiek ten zdążyłby skończyć nawet dwie szkoły by się przekwalifikować na inny zawód. Jeśli natomiast to człowiek z pogranicza środowiska patologicznego, to można go było skierować na zatrudnienie socjalne, do CIS czy w ramach przyuczenia do jakichś prostych prac. Jedno jest pewne: człowiek ten nie jest bezrobotny w rozumieniu ustawy a jeśli jest – to znaczy co najwyżej, że ta ustawa jest do niczego.
Wydaje mi się jednak, że chyba żyję w jakimś innym świecie czy wymiarze, a to za sprawą „afery” wokół Dyrektora PUP w Nysie – Kordiana Kolbiarza i jego poczynań.

Powiat Nyski boryka się ze sporym kryzysem lokalnego rynku pracy, bezrobocie rejestrowane sięga tam już prawie do 24% choć to nic nie mówi o bezrobociu rzeczywistym. Istotna jest tu liczba ofert zatrudnienia: na przykład w dniu dzisiejszym jest ich łącznie 23 – zebranych z okresu minionych 30 dni. Dla porównania – w Koszalinie w tym samym czasie jest ich 82 a w Warszawie – 319 ofert. Pojawia się ich w Nysie co najwyżej kilka na dzień, natomiast zarejestrowanych bezrobotnych jest tam ponad jedenaście tysięcy, w tym wielu od bardzo dawna, nawet podobno od 1996 roku. Strona PUP lub PSZ wprowadza tu w błąd, gdyż oferty tam publikowane są przez PUP uważane za ważne przez okres 30 dni, natomiast najprawdopodobniej przy tak wielkim bezrobociu przestają być rzeczywiście aktualne już w dniu pierwszej publikacji lub w ostateczności następnego dnia rano. Pojawia się ogłoszenie, natychmiast zgłaszają się do pośredników pracy w PUP osoby bezrobotne oraz osoby poszukujące pracy, kilka z nich jest kierowanych na rozmowę do tego pracodawcy poszukującego pracownika i najczęściej jedną z nich ten pracodawca wybiera, powiadamiając o tym urząd pracy. Oferta w rzeczywistości w tym momencie przestaje być aktualna, przestaje już być aktualna gdy urząd skieruje tam 5 – 6 osób i pozostałym każe czekać na efekt, ale w PUP „wisi” ona na wykazie ofert jeszcze przez miesiąc. Żaden pracodawca nie będzie czekał aż miesiąc z faktycznym zatrudnieniem wybranego kandydata, jedynie po to, by spełnić jakieś biurokratyczne standardy PUP. Oceniając ilość ofert trzeba to uwzględnić, więc okazuje się, że jest ich w Nysie bardzo mało.
Wracając do problemu „udawanych” bezrobotnych, jak pisałem powyżej; by zweryfikować bezrobotnego należy go wezwać do urzędu i wręczyć ofertę pracy, z obowiązkiem poinformowania urzędu następnego dnia o wyniku rozmowy z pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Pracodawca nie ma obowiązku przyjąć kandydata skierowanego przez PUP i wówczas bezrobotny czeka na kolejną ofertę, albo decyduje się zatrudnić go (np. na okres próbny) informując o tym PUP.
Otóż dyrektor Kolbiarz wykorzystując zapewne dodatkowe pieniądze na zwalczanie bezrobocia jakie są do dyspozycji od początku br. – współpracując z lokalnymi instytucjami zorganizował pewną ilość miejsc pracy dotowanej na zasadach robót publicznych i skierował na nie (z inicjatywy urzędu) osoby bezrobotne najdłużej pozostające w rejestrze. Jak pisałem – normalnie ludzie starają się o te skierowania, bo to jest po prostu płatna praca, chociaż tylko czasowa; w tym przypadku bezrobotni nie musieli o to walczyć a dostali skierowania do pracy na zasadach robót publicznych z inicjatywy urzędu pracy.
Okazało się, że 70% wezwanych osób nie stawiło się w urzędzie i nie stawiło się do pracy jaką im zaoferowano.
Na dodatek, działania dyrektora Kolbiarza zostały skrytykowane zarówno przez dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego, wielkie wątpliwości wyrażał też w tej sprawie dyrektor innego PUP – w Opolu.

W odniesieniu do treści ustawy – sprawa jest oczywista; bezrobotny otrzymał ofertę pracy, odmówił bez wystarczającego uzasadnienia, skwitował milczeniem, okazało się że jest nieobecny, bo pracuje za granicą (bez wiedzy urzędu) lub „jakoś tam” się utrzymuje (na czarno?) i nie potrzebuje takiej oferty – to traci status osoby bezrobotnej oraz związane z tym ubezpieczenie zdrowotne na okres 4 miesięcy po czym, jeśli sam chce, może się ponownie zarejestrować, jeśli tylko będzie wówczas spełniał wymogi ustawowe niezbędne do rejestracji. Podobno są plany wydłużenie tego okresu do 9 miesięcy. To absolutnie oczywiste i szkoda się nad tym rozwodzić.
Czy jednak był to ktoś kto świadomie wyłudza jedynie składkę ubezpieczenia?
To już nie jest takie oczywiste.
Urzędnicy nie rozumieją sprawy najprostszej, o której już niejednokrotnie pisałem: człowiek który został zwolniony z pracy ma początkowo jakieś niewielkie oszczędności, być może 2 – 3 tysiące odprawy czy odszkodowania, ale przy braku dochodów kwoty te niezmiernie szybko się wyczerpują i zostaje bez środków do życia (jeśli nie należy do tych 16% otrzymujących przez kilka miesięcy zasiłek dla bezrobotnych). Byłoby inaczej, gdyby urzędy pracy działały bardzo szybko i posiadały dużo ofert zatrudnienia, ale tak nie jest. Człowiek któremu skończą się posiadane zasoby, by utrzymać dach nad głową, by móc poszukiwać pracy i rozmawiać z pracodawcami – musi mieć wystarczające środki finansowe; oceniam je dziś, poza największymi ośrodkami, na 1450 – 1500,- netto, czyli rzędu 1900 – 2000,- brutto. Tymczasem zasiłek dla szczęśliwców którzy wykażą prawo do jego otrzymywania (16% bezrobotnych) wynosi ok. 800,- zł a najniższe wynagrodzenie na pełnowymiarową pracę – 1600,- brutto czyli 1180,- netto.
Człowiek nie może żyć bez pieniędzy, miesiącami czekając na jakąś ofertę pracy – jak tego od niego oczekuje ustawa czy dyrektor PUP – Kolbiarz czy jakikolwiek inny. Człowiek, gdy nie widzi szansy na ofertę pracy – sam szuka WSZELKICH MOŻLIWOŚCI zarobienia na podstawowe utrzymanie; wyjeżdża do pracy dorywczej do innego województwa albo za granicę, nie chcą go zatrudnić „normalnie” to zarabia „na czarno” – bo po prostu CHCE ŻYĆ – czyli MUSI ZAROBIĆ!.
Oczywiście; zadeklarowani oszuści czy lenie zdarzają się, to pewien margines, ale można wiele wspomnianych przypadków wyjaśnić po prostu opieszałością urzędu pracy, która wynika z kolei z zastoju gospodarczego, złej polityki gospodarczej lub jej braku – zastąpionym ślepym zdaniem się władzy na zarządzenia Komisji Europejskiej i jej dyrektywy. Człowiek po prostu nie chciał się stoczyć na śmietnik, oczekując bezskutecznie miesiącami na ofertę pracy z urzędu, więc podjął jakieś działania, choćby doraźne i nie jest niczym uzasadnione oskarżać go o próbę oszustwa czy wyłudzenia. Jeśli mógł zarobić na życie jedynie pracując nieoficjalnie i tracąc przy tym wiele choćby na IKE – to zrobił to, ale czy to można rozpatrywać w kategoriach jego winy?
To po prostu nienormalne, chore – przy statystycznym okresie poszukiwania zatrudnienia przez bezrobotnych sięgającym 1,5 roku – by oczekiwać, że będą oni szukać pracy albo choćby tylko żyć – bez pieniędzy.
Wspomniane wyżej osoby krytykujące, w działaniach dyrektora Kolbiarza dopatrywały się jedynie chęci manipulowania przy danych liczbowych, danych statystycznych.
Nie chodzi już nawet o dyspozycje władzy (rządu) by zmniejszyć bezrobocie rejestrowane (poprawić statystyki) z powodów politycznych. Nie zapominajmy, że minister pracy wprowadza także zmiany sposobu oceny poszczególnych PUP, łącznie z wpływem efektów pracy PUP na płace zatrudnionych w nim urzędników. Urzędy Pracy mają być rozliczane indywidualnie z efektów „aktywizowania bezrobotnych”, dlatego walka o korzystne dane statystyczne będzie narastała w całym kraju, nie tylko w Nysie.
Oczywiście, że można dość szybko, sztywno trzymając się treści ustawy, doprowadzić do zmniejszenia ilości osób zarejestrowanych w PUP o połowę czy nawet dwie – trzecie, ale ludzie ci w większości nadal pozostaną bezrobotni.

Obawy przed manipulacją danymi choćby dla celów kampanii wyborczej nie są tak nieuzasadnione, jakby się wydawało; ostatecznie był już okres „administracyjnego zmniejszania bezrobocia” na polecenie władzy, za czasów Jolanty Fedak z PO, będącej od 2007 roku ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Urzędy Pracy praktykowały wówczas np. wręczanie bezrobotnym po 2 – 3 oferty pracy jednocześnie, w taki sposób by nie byli oni w stanie choćby pod względem czasowym stawić się w ciągu jednego dnia na rozmowy u wskazanych 2 – 3 pracodawców, by potem właśnie za niestawienie się u któregoś z nich „z winy bezrobotnego” – karnie wykreślać ich z rejestru PUP. Są to jak najbardziej metody godne władzy z PO, stąd i dziś poważne obawy i zastrzeżenia nie tylko bezrobotnych, ale i osób odpowiedzialnych na wysokich stanowiskach.
Sprawy rejestru i tzw. „fikcyjnych bezrobotnych” trzeba uregulować, to oczywiste.
Jedyną jednak metodą rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia jest zwiększenie ilości miejsc pracy np. poprzez odbudowę niektórych zniszczonych w latach 90-tych gałęzi przemysłu, zmniejszenia importu wyrobów gotowych (np. z Niemiec) w zamian za zwiększenie krajowej produkcji, czasowe ograniczenie napływu pracowników najemnych ze wschodu i uruchomienie odpowiednich i celowych instrumentów pomocowych.
Dotowanie zatrudnienia choćby we wspomnianych stażach, pracach interwencyjnych czy robotach publicznych jest „majstrowaniem przy statystykach” i to na krótką skalę, gdyż nie wiąże się z powstaniem nowego trwałego miejsca pracy, ale wiąże się z wykreśleniem bezrobotnego z ewidencji na czas tego zatrudnienia. Oczywiste jest, że osoba zatrudniona w ramach prac interwencyjnych czy robót publicznych z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych po zakończeniu tej czasowej umowy o pracę a to nie jest „walką z bezrobociem” a właśnie „walka ze statystykami” tylko na krótki okres, na przykład – na czas wyborów…

_______________________________
Tekst zainspirowany artykułem: 
Arkadiusz Kuglarz: „Walka z bezrobociem czy statystyką bezrobocia”.

17/04/2013

Minister Pracy – z szabelką na czołg (cz. II)

Przedmiotem zainteresowania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – jest osoba niezatrudniona spełniająca konkretne wymogi dość rozbudowanej definicji w tej ustawie zawartej.
Tak więc nie każda osoba niezatrudniona ma prawo do miana bezrobotnej. Mimo że nie jest zatrudniona, jeśli nie spełnia choćby jednego z wymogów ustawy dotyczących definicji osoby bezrobotnej – nie jest osobą bezrobotną, gdyż „osoba bezrobotna” to status konkretnych osób, wyselekcjonowanych spośród niepracujących, które decyzją administracyjną wpisano do rejestru konkretnego Powiatowego Urzędu Pracy i nadano im uprawnienia i obowiązki wynikające z ustawy a dotyczące osób o takim statusie.
Tak więc nie każdy kto nie pracuje – jest bezrobotny.
Osoba bezrobotna to osoba która nie jest zatrudniona, nie czerpie także dochodów z wynagrodzenia, nie osiąga dochodów z jakichkolwiek innych źródeł – wyższych niż połowa najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia, nie prowadzi działalności gospodarczej itp. Tych warunków na „nie” jest sporo.
Wiedzę o powyższych okolicznościach urząd pracy czerpie głównie z oświadczeń składanych na piśmie przez osobę występującą o zarejestrowanie jej i nadanie statusu osoby bezrobotnej, pod rygorem odpowiedzialności za podawanie danych niezgodnych z prawdą dla np. wyłudzenia nienależnych świadczeń.

Chcę tu podkreślić dwie okoliczności; urząd pracy nie ma możliwości sprawdzić natychmiast wielu z tych danych, dlatego musi przyjąć i przyjmuje je jako zgodne z prawdą. Na tym zresztą polegał populistyczny pomysł słynnego zastąpienia „kultury zaświadczeń” przez „kulturę oświadczeń”; na większym zaufaniu do obywatela. Było niejako oczywiste, że w jakimś okresie początkowym następującym po tej zmianie, niektórzy ludzie zupełnie nie będą się liczyli z prawdą i nie będą się liczyli z ewentualną odpowiedzialnością, bo taki jest stan rozwoju cywilizacyjnego tego społeczeństwa. Nie da się przejść natychmiast od biurokratycznego zamordyzmu do wiary w prawdomówność i uczciwość wolnych obywateli. Oparcie wielu dziedzin życia społecznego na fałszywych danych było więc oczywistą od początku dla wszystkich myślących ceną, jaką przyjdzie zapłacić za taki impuls rozwojowy.

Piszę to w związku z jednym z praktycznych aspektów tego, ujawniającym się w Powiatowych Urzędach Pracy: istnieniem pewnej liczby osób udających bezrobotnych oraz pozostałych – tych bezrobotnych rzeczywiście. Jaka jest różnica: osoby rzeczywiście bezrobotne złożyły oświadczenia w pełni zgodne z prawdą i otrzymały status osób bezrobotnych dzięki spełnianiu wszystkich kryteriów ustawowych od których przyznanie tego statusu zależy. Inne natomiast osoby ukryły pewne fakty albo złożyły oświadczenia rejestracyjne pod innym względem odbiegające od stanu faktycznego i w ten sposób uzyskały status osób bezrobotnych (na skutek oszustwa).
Podobnie o uzyskanych przez nie świadczeniach takich jak zasiłek dla bezrobotnych lub składka na ubezpieczenia zdrowotne – można z uzasadnieniem powiedzieć, że zostały one wyłudzone oszustwem, stwierdzeniem nieprawdy w pisemnych oświadczeniach.
Jak się dziś okazuje, z powodu tego że nie istniała centralna baza danych osób bezrobotnych, część osób złożyła wniosek o rejestrację do kilku różnych Powiatowych Urzędów Pracy (w różnych powiatach), co także przecież w oczywisty sposób jest oszustwem i wyłudzeniem, bo wiązało się z podaniem nieprawdziwych danych, np. o miejscu zamieszkania.
Gdybyśmy chcieli obciążać za to odpowiedzialnością Urzędy Pracy, to trudno byłoby znaleźć podstawy formalne a poza tym, działanie taki powodowałoby wzrost biurokracji w Urzędach Pracy, odwrót w praktyce od polityki otwarcia i zaufania, mnożenie biurokratycznych procedur kontrolnych itp. Nie tędy droga.

Mam taki przykład z rowerem: ktoś przyjeżdża rowerem, stawia go pod ścianą lub opiera o drzewo i idzie do domu i ten rower po prostu ma tam stać, nawet i do końca świata. Jeśli ów rower „zniknie” to znajdą się zawsze tacy, którzy będą za to obwiniać nie tyle złodzieja, co właściciela, szczególnie o brak zabezpieczenia, rower nie przypięty do drzewa łańcuchem itp. Prawda jest jednak taka, że rower powinien tam stać nie dlatego, że został przywiązany łańcuchami i zamknięty na kłódki, nie dlatego że ktoś go dla zabezpieczenia przed kradzieżą podłączył do sieci 220 Volt albo zaminował odpowiednim ładunkiem wybuchowym. Powinien tam stać, dlatego że jest czyjś, że ma właściciela, że się szanuje cudzą własność tak jak swoją, oraz oczywiście dlatego że kraść nie wolno, że to jest prawnie zabronione i karalne.
Chcę powiedzieć, że działania w celu zabezpieczenia przed nieuczciwością powinny dotyczyć ludzi a nie rowerów. Nie ma takiego zabezpieczenia technicznego, fizycznego, którego nie można by usunąć, przechytrzyć lub „obejść”. Chodzi o to, by nikt po prostu nie chciał, albo w ostateczności – nie odważał się – kraść. Jedynym sensownym zabezpieczeniem roweru jest poziom cywilizacyjny społeczeństwa oraz realna i adekwatna odpowiedzialność ewentualnego złodzieja.

Wracając do spraw bezrobocia: widocznie jednak oszustom opłaca się oszukiwać Urzędy Pracy a więc i całe społeczeństwo. W tym przypadku mam tu na myśli jeden ale za to duży problem: tak zwaną pracę „na czarno”. Można też na to spojrzeć i z innej strony: może to nie jest oszustwo pracowników – a przedsiębiorców będących pracodawcami?
Z pracą „na czarno” mamy do czynienia wówczas, gdy przedsiębiorca całkowicie ukrywa fakt zatrudnienia pracowników; nie zgłasza ich do ZUS i NFZ, nie ujawnia faktu płacenia im i nie odprowadza podatku, nie zgłasza zatrudnienia do Inspekcji Pracy i tak dalej, słowem od takiej osoby pracującej (świadomie nie nazywam jej pracownikiem) oczekuje tylko wykonania zadania oraz dyskrecji a daje tej osobie wyłącznie pewna kwotę jaką chce dać „do reki”, to jest bez świadków, bez pośrednictwa banków itp. Dla takiego przedsiębiorcy jedynym kosztem ma być właśnie ta zapłata dla wykonującego pracę a fakt ten ma pozostać całkowicie nieznany państwu i jego wszelkim instytucjom. Jak z tego widać – osoba tak pracująca nie ma płaconych składek ubezpieczenia społecznego (emerytalna, rentowa, chorobowa), nie jest ubezpieczona w NFZ w związku z czym nie ma prawa korzystania ze społecznej służby zdrowia (lekarze rodzinni, refundacja leków itp.). W związku z nielegalnością przychodów nie płaci od nich podatku PIT (od dochodu osób fizycznych), nie ma opłacanej składki na Fundusz Pracy (co skutkuje często w przyszłości brakiem prawa do zasiłku dla bezrobotnych), nie ma zasiłku chorobowego (zapłaty za początkowy czas choroby), zwolnień lekarskich itp.
Dla przedsiębiorcy oznacza to rzeczywistą minimalizację kosztów oraz wejście do „szarej strefy” działań naruszających obowiązujące prawo.
Dla pracującego oznacza to cały szereg niebezpieczeństw, ryzyko, ale także i konkretny, realny, comiesięczny dochód, zarobek. Gdyby tak nie postępował, byłby uczciwym bezrobotnym – bez dochodów oraz najczęściej i bez zasiłku dla bezrobotnych.

Wspomniana szarża z szabelką na czołg jest właśnie próbą usunięcia z rejestru bezrobotnych tych, którzy faktycznie mają jakąś pracę i nie szukają innej za pośrednictwem PUP, natomiast potrzebują rejestracji w PUP jedynie dla uzyskania prawa do składki na ubezpieczenie zdrowotne, opłacanej z pieniędzy publicznych wszystkim osobom posiadającym status bezrobotnego.
Jedyną metodą weryfikacji rzeczywistych intencji osoby ubiegającej się o zarejestrowanie w PUP, to znaczy jedyną metodą sprawdzenia, czy poszukuje ona oferty odpowiedniej pracy i (lub) innych rodzajów pomocy pośredniej do tego zmierzających – czy jedynie udaje bezrobotnego, oczekując od PUP opłacenia na jej rzecz składki na NFZ – jest… zaproponowanie jej takiego zatrudnienia. Skierowanie do konkretnego pracodawcy, który składał ofertę pracy dla osoby o podobnych kwalifikacjach. Wynika to z obecnej treści wspomnianej ustawy. Osoba bezrobotna to jedynie taka osoba, która rzeczywiście spełnia warunki rejestracji, rzeczywiście nie ma pracy i poszukuje zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy oraz jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy, gdy otrzyma ofertę zatrudnienia a pracodawca po rozmowie z nią zgodzi się ją zatrudnić. Jeśli wiec ktoś będąc bezrobotnym odmawia przyjęcia oferty pracy, dowodzi tym samym iż nie spełnia kryteriów bycia osobą bezrobotną w sensie definicji ustawowej, dlatego tez ustawa upoważnia do wykreślenia go z rejestru bezrobotnych wraz z odebraniem statusu osoby bezrobotnej na 120 dni (po pierwszej odmowie), co oznacza, że traci ona prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych (jeśli takie prawo posiadała) oraz traci prawo do opłacania na jej rzecz składki na ubezpieczenie zdrowotne (po upływie 30 dni od dnia wykreślenia traci prawo do nieodpłatnego korzystania ze społecznej służby zdrowia, refundacji leków itp. – jeśli źródłem tego prawa jest status bezrobotnego).

Chciałbym zaznaczyć, że to nie jest „kara” za nieprzyjęcie oferty, a jedynie reakcja na stwierdzenie faktu, że osoba ta przestała spełniać warunki ustawowe pozostawania w rejestrze bezrobotnych i jest to faktycznie decyzja tej osoby (urząd tylko realizuje konsekwencje tej decyzji).
Po upłynięciu wspomnianych 120 dni osoba ta może ponownie zgłosić się do przynależnego terytorialnie PUP celem rejestracji i uzyskania statusu osoby bezrobotnej, jej prawo do zasiłku dla bezrobotnych bada się wówczas ponownie. Po ponownej (drugiej) ewentualnej odmowie przyjęcia oferty pracy – pozbawienie statusu osoby bezrobotnej z wszelkimi tego konsekwencjami następuje na okres 180 dni a za trzecim i kolejnymi takimi przypadkami – na 270 dni.

Wracając do poprzedniego stwierdzenia – jedyną wiarygodną formą weryfikacji intencji osoby ubiegającej się o status bezrobotnego i otrzymującej go jest szybkie dostarczenie jej odpowiedniej oferty pracy; wówczas albo tę ofertę przyjmie, albo odmówi jej przyjęcia a skutek w obu wypadkach jest w zasadzie taki sam: przestaje ona być bezrobotna, gdyż albo zaczyna pracować albo traci status osoby bezrobotnej na skutek odrzucenia oferty pracy bez dostatecznego powodu.
Trzeba też tu zaznaczyć wyraźnie, że jest to także jedyny sposób odróżnienia rzeczywistych bezrobotnych od tych którzy potrzebowali statusu osoby bezrobotnej tylko dla uzyskania prawa do składki na ubezpieczenie zdrowotne. A dla ministra pracy to jest właśnie ten docelowy problem do rozwiązania, czyli nawiązując do tytułu – ten „czołg”.
Otóż minister Kosiniak Kamysz stwierdził, że szacuje liczbę tych „udawanych” bezrobotnych na „jedną-trzecią zarejestrowanych”. To szacunki samego ministerstwa, nie wypowiadającego się na temat metodologii badań będących podstawą do takich twierdzeń.
Jak bardzo jest to bezpodstawne, świadczą szacunki samych urzędów pracy, które dopatrzyły się aż 65% osób zarejestrowanych podejrzanych o zainteresowanie jedynie składką zdrowotną. Ale na jakiej podstawie? Czy aż 65% osób bezrobotnych odmówiło przyjęcia oferty pracy? Nie. Oczywiście że nie, bo tylu ofert pracy urząd nigdy nie miał i nadal nie ma.

W rzeczywistości jak znam życie – to Premier widocznie z powodów pi-ar-owych nakazał „zmniejszyć bezrobocie o jedną trzecią” i oto cała „metodologia”… Bezrobocie nie może być tak duże, to godzi w wizerunek Premiera. Staczanie się na śmietnik i wymieranie bezrobotnych także nie postępuje tak szybko, jakby Premier sobie życzył dla poprawy statystyk. No właśnie: czy rząd walczy z bezrobociem czy ze statystykami? A przecież „walka z bezrobociem” to odpowiednia polityka wobec gospodarki krajowej a nie chocholi taniec ministra pracy.

Pomijając to; minister uważa, że co trzeci bezrobotny tylko udaje bezrobotnego, w rzeczywistości pracując „na czarno” a od PUP wyłudzając jedynie składkę NFZ. Zrozumiałe, że to stawia w zupełnie innym świetle kwestię bezrobocia w Polsce. Tak na marginesie – jak to by świadczyło o skandalicznym stanie pracy resortów finansów i gospodarki i spraw wewnętrznych, jeśli skala podziemia gospodarczego i fiskalnego byłaby tak ogromna… I to podziemia tolerowanego najwyraźniej przez rząd Tuska z przyczyn ideologicznych (… a niech sobie kradną byle na mnie głosowali a nie na Kaczyńskiego)…
Wracając jednak do spraw pracy; podobno ministerstwo chce zaostrzyć ustawowe skutki odmowy przyjęcia oferty pracy przez bezrobotnego, wprowadzając zasadę pozbawiania statusu osoby odmawiającej przyjęcia oferty pracy od razu na 270 dni (9 miesięcy), czyli rezygnacji z dotychczas obowiązującej powyżej omówionej gradacji skutku. Praktycznie oznacza to wykreślenie osoby bezrobotnej z rejestru, bez prawa do zarejestrowania się przez 9 następujących po tym miesięcy, wraz z odebraniem zasiłku i ubezpieczenia w NFZ z tytułu bezrobocia. Skutkiem odebrania statusu byłoby oczywiście odebranie zasiłku dla bezrobotnych oraz wyrejestrowanie z ubezpieczenia zdrowotnego należnego bezrobotnym.
Przyznam, że dla osoby rzeczywiście bezrobotnej i rzeczywiście pozbawionej środków do życia – ta zmiana nie ma żadnego znaczenia, bo osoba taka zawsze przyjmie ofertę pracy, jeśli tylko będzie w stanie tę pracę wykonywać. Otrzymanie oferty pracy jest dla niej szczęściem, radością i szansą na uzyskanie źródła środków niezbędnych do życia. Miałoby to natomiast duże znaczenie dla osób pracujących „na czarno” i unikających wszelkiego kontaktu z PUP, gdy chodzi im jedynie o składkę ubezpieczenia zdrowotnego. Widać tu proste przeciwieństwo pozwalające na dość proste rozróżnienie: osoby rzeczywiście bezrobotne chcą jak najszybciej przestać być bezrobotne, natomiast takie osoby pracujące na czarno – odwrotnie: chcą jak najdłużej korzystać z „darmowych” składek ubezpieczenia których ich „pracodawca” im odmawia.
Poza tym – skutek mogłoby odnieść selektywne zwiększenie częstotliwości obowiązkowych wizyt w PUP dla takich osób, bo dziś terminy takich wizyt ustalane są raz na 2 lub 3 miesiące. I tu znowu: osoba rzeczywiście szukająca pracy jest w PUP dużo częściej, zależnie od tego czy ma dostęp do Internetu czy nie, natomiast dla tych drugich – i raz na trzy miesiące jest zbyt często.

Walka z patologią i oszustwem zawsze jest dobra. Weryfikacja liczby bezrobotnych zarejestrowanych ma dać wiedzę o rzeczywistej skali potrzeb, bo minister uważa dziś najwyraźniej, że takiej wiedzy nie posiada. Praca „na czarno” jest możliwa dlatego, że są na nią chętni po stronie podażowej rynku pracy (bo po tej popytowej zawsze są i to wynika chyba z natury człowieka no i z ideologii). Jest ona skutkiem straszliwego rządowego lenistwa co do uporządkowania tej sfery życia publicznego.
Państwo nie walczy dotychczas dość energicznie z tymi patologiami, gdyż władza boi się skutków tego na współczynniki poparcia koalicji rządzącej w stosunku do PiS. Oznacza to ni mniej ni więcej, że podział na PO z koalicjantami i PiS z koalicjantami – niszczy Polskę, choć podział musi istnieć ale nie musi być tak niszczycielski. Walka z „szarą strefą” jako sferą kryminalną rozkładającą budżet państwa mogłaby być wykorzystana do zarzutu zwalczania przedsiębiorczości, tłamszenia prywatnej inicjatywy a nawet szkodzenia rynkowi pracy; cóż z tego że byłyby to zarzuty absurdalne, jeśli w praktyce rzeczywiście mogłyby wpłynąć w sposób istotny na układ sił.

25/03/2013

Irytują mnie mity o niszczących gospodarkę „kosztach pracy”.

Media pozostające na usługach ideologii panującej pełne są narzekań na to, jak państwo tłamsi biznes, wymuszając wysokie „koszty pracy”.
Pod tym pojęciem rozumie się to, co przedsiębiorca musi wydać z własnych zasobów w związku z zatrudnianiem pracownika. Chodzi o składkę na ubezpieczenie emerytalne (dokładniej połowę składki, bo drugą połowę finansuje pracownik z własnych środków), rentowe, wypadkowe, fundusz pracy, fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych i może jeszcze wynagrodzenie przypadające na część czasu niezdolności pracownika do pracy. Do tego oczywiście należy jeszcze doliczyć samą płacę pracownika.
Nie chodzi tu o szczegóły czy wyliczenia bo nie mam zamiaru prowadzić tu wykładu z naliczania płac. Chodzi po prostu o to, że przedsiębiorca zatrudniając pracownika, ponosi zgodnie z prawem pewne koszty dodatkowe, nie tylko dotyczące wynagrodzenia a wynagrodzenie (w przypadku zatrudnienia na umowę o pracę a tylko to zasługuje na miano zatrudnienia) jest określone w przepisach prawa jako „nie mniej niż 1600 zł brutto” za pełny wymiar czasu pracy w miesiącu.

Wśród nieuczciwych propagandystów panuje maniera porównywania tych kosztów z pensją (wypłatą) pracownika, to znaczy – wyliczają ile pracodawca musi zapłacić ze swoich zasobów by pracownik mógł dostać określone wynagrodzenie brutto (czy nawet netto, biorąc pod uwagę jedynie standardowe i obligatoryjne odliczenia). Jest to efektowne i trzeba przyznać, ze zaskakuje, robi wrażenie.

Jest to niczym innym, jak cwanym chwytem propagandowym, a to dlatego, że pracownik nie jest przecież zatrudniany po to by sobie siedział i „kosztował” a raczej po to, by wydajnie pracował i wypracowywał maksymalny przychód swojemu pracodawcy, od którego odlicza się potem wspomniany wcześniej koszt pracy.
Nie zapominajmy więc, że to pracownik sam wypracowuje środki na pokrycie kosztu swojego zatrudnienia a także i dużo więcej. Ale to zależy już od pracodawcy.
Sama kwota jaką ktoś rzuci w eter, np. 2800 zł albo i 2850 zł – i powie że to „koszty pracy” zupełnie niczego nie mówi, a by ocenić czy to dużo czy mało – trzeba ją z czymś porównać. Pojęcia służące ocenie muszą mieć jakiś określony punkt odniesienia. Podobnie więc jak jest idiotyczne mówienie że coś „wynosi 23%” nie określając przy tym co jest wielkością odniesienia (tymi stoma procentami czyli całością), inaczej – od czego ten procent jest liczony, tak i rzucanie kwot „kosztów pracy” wraz z interpretacją, że to „bardzo dużo” – jest idiotyczne bez właściwej skali porównania.
A skalą porównania jest nie pensja pracownika a przychód przez niego wypracowany. Jeśli zatrudnienie kogoś związane było z „kosztem pracy” np. 4800 zł a wypracował on przychód wielokrotnie większy, to znaczy, że zatrudnienie go było dla pracodawcy bardzo opłacalne i narzekanie tu na „wysokie koszty pracy” jest absurdalne i nieuczciwe. Oczywiście – zawsze są dranie, którym nigdy dość zysku, dlatego niezależnie od efektów pracy pracownika, koszty będą dla nich zawsze zbyt duże i będą się starali choć złotówkę jeszcze urwać pracownikowi z jego zarobku, narzekać nieustannie na zus czy podatek itp.

Oczywiste jest, że jeśli np. kiełbasa zwyczajna kosztuje 20 zł za kilogram przy naszej pensji 2000 zł miesięcznie, to gdyby kosztowała 40 zł za kilogram – będzie dużo tańsza niż w pierwszym przypadku – jeśli zaczniemy zarabiać 8000 zł miesięcznie. Dokładnie – będzie dwukrotnie tańsza pomimo, że kwota ceny jest dwa razy wyższa. Ktoś powie: 40 złotych? – jaka to droga kiełbasa! Nie! Kosztuje zaledwie 5 promille mojej pensji. Po prostu – taniocha. Ktoś może kombinować i porównywać cenę tej kiełbasy do cen innych kiełbas, ale każda kiełbasa jest inna, z innej jakości surowca i są one w zasadzie nieporównywalne, możemy je co najwyżej porównać z zawartością naszego portfela. Ktoś inny zacznie porównywać cenę kiełbasy z kosztem jej produkcji, ale to w wolnorynkowej gospodarce jest herezją; klienta nie powinno to obchodzić, gdy nie istnieją „słuszne” lub „niesłuszne” ceny towarów a ustala je jedynie popyt.

Tak jak ocena czy coś jest tanie czy drogie nie dotyczy samej kwoty (jej wysokości bezwzględnej) a relacji do innych cen i dochodów, tak i ocena kosztu pracy pracownika nie dotyczy samej kwoty płacy i składek a relacji do zysku jaki jego zatrudnienie przyniosło pracodawcy.

Jeśli jeszcze ktoś tego nie zrozumiał z powyższego "łopatologicznego" wykładu -  to proponuję zakończyć na tym czytanie…

Z drugiej strony trzeba by było wziąć pod uwagę, jaki jest cel owych składek, także i tych pokrywanych przez pracodawcę. Trzeba uwzględnić społeczną funkcję pracy. Trzeba uwzględnić społeczny wymiar systemu emerytalnego a przecież wielu z drobnych przedsiębiorców także płaci swoje składki emerytalne i liczą w przyszłości na uzyskanie świadczenia z powszechnego systemu emerytalnego, podobnie jak ich pracownicy.
Państwo nie ma prawa rezygnować ze swojej funkcji regulatora i interwenta, ma być postronnym, obiektywnym i bacznym obserwatorem relacji pomiędzy biznesem a resztą społeczeństwa i odpowiednio reagować na konflikty interesów. W tym przypadku powinno promować nie narzekania na koszty pracy i dążenie do ich obniżenia kosztem interesu pracowników, a działania dokładnie przeciwne: zmierzające do zwiększenia wydajności tego pracownika i maksymalizacji efektu ekonomicznego jego zatrudnienia (oczywiście w ramach prawa pracy i zawartych tam ograniczeń).
Pracownicy w tym kraju są bardzo mało wydajni, ale to przecież jest sprawa organizacji pracy i nadzoru, a nie „świadomej dyscypliny” – jaką promowano w czasach budowy ustroju socjalistycznego. Nie chodzi o to by pracownika pozbawiać coraz to innych świadczeń, by pracował za „miskę ryżu” a potem już tylko za „pół miski ryżu”. Tak było 200 lat temu. Teraz nie chodzi o to, by nędzarze i niewolnicy pracowali dla elity panów a raczej o to, by pracowali dla siebie, dla swojego dobrobytu, by byli także klientami banków i usług, nabywcami dóbr, posiadaczami…
Budowanie zdrowej gospodarki ma się opierać na rozwoju a nie redukcji, a rozwój to wzrost skuteczności, wydajności, optymalizacja kosztów operacyjnych i minimalizacja strat.
Szukanie coraz tańszych pracowników i naciskanie na zmniejszanie kosztów poprzez odbieranie czegoś pracownikom – zmierza do upadku gospodarczego, jest prymitywne i barbarzyńskie, choć na krótki okres może być skuteczne. To rodzaj gospodarki rabunkowej zasobami społeczeństwa.

Polskim nuworyszom oszalałym w pogoni za zyskiem, z obłędem w oczach goniącym za zarobkiem i gromadzeniem majątku za wszelką cenę to jednak nie przeszkadza i tu jest właśnie niezaprzeczalna rola państwa. Rola – której państwo obecnie nie spełnia, gdyż jest państwem nuworyszów, prymitywnych chciwców bez poczucia społecznego i prostackiej „uże – elity”. Obawiam się także iż państwo jest już ZAKŁADNIKIEM potwora, którego samo wyhodowało na ideologii "neoliberalnej" i być może to jest źródłem tzw. "afery taśmowej"...

24/03/2013

Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?

Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej „szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.

Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.

Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:

1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…) 


Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.

Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.

28/02/2013

Objaw kompletnej bezradności, czy jakaś sztuczna mgła, tym razem nad bezrobociem.

Jak w słynnym cyrku Monty Pythona – trwa festiwal „nierozważnych kroków” w kamyszowym ministerstwie.
Wielce zabawny wyraz przyjmuje on w blogu rządowym, jednak ludziom o słabych nerwach, impulsywnym i krewkim jak Kargul z Pawlakiem, a zwłaszcza jak niejaki Cyba, szczególnie mającym zbyt łatwy dostęp do niebezpiecznych narzędzi typu broń palna lub choćby łuk i strzały – nie polecam…
Otóż ministerstwo zagubiło się ostatecznie w gąszczu i niespodziewanie zadało sobie ostatnio zasadnicze pytanie: ilu tak właściwie jest tych bezrobotnych. Bo – że są, na szczęście wątpliwości nie ma; tylko – ilu.
Dość łatwo było stwierdzić, że na koniec stycznia liczba osób zarejestrowanych w powiatowych czy miejskich urzędach pracy wyniosła 2.295.700 osób. Po porównaniu z danymi z grudnia 2012 oznacza to napływ 317.900 nowych zarejestrowanych w tym miesiącu bezrobotnych, przy jednoczesnych wyrejestrowaniu 159.000 osób z ewidencji PUP. Ten napływ nowych bezrobotnych stanowi gwałtowny wzrost ilościowy w porównaniu do grudnia ub. r., natomiast liczba ofert pracy jakimi dysponowały urzędy pracy w styczniu gwałtownie spadła – do zaledwie 37.000 i zapewne w większości były to oferty pracy specjalistycznej, wysoko kwalifikowanej, wymagającej wcześniejszego doświadczenia i dorobku zawodowego (jak np. programiści i inni specjaliści branży IT) a więc nie obejmujące specyfiki zasadniczego bezrobocia.
W takiej sytuacji – w ministerstwie zrodziły się zasadnicze wątpliwości, czy aby nie za dużo tych bezrobotnych? Bo może to wyglądać dla laików, że ministerstwo sobie nie daje rady, a z ministerstwem i cały rząd innych ministrów z głównym na czele.
Wątpliwości zasadne, bo faktycznie – za dużo, skandalicznie dużo, ale… nie o taki wniosek chodzi władzy; władza poszukuje jakiegoś wyjaśnienia czy rozwiązania, które pozwoliłoby coś robić ale nie naruszyć „generalnej linii partii” czyli Platformy zwanej Obywatelską – w sensie doktrynalnym, ideologicznym. Minister jeden z drugim też przecież nie chce się stać bezrobotny…
Więc – ilu jest bezrobotnych.

Ogłoszono, że według „analiz urzędów pracy” – około 65% zarejestrowanych nie jest zainteresowanych podjęciem pracy.
Tu kilka zdań komentarza:
Władza stała się ofiarą własnej ideologii, zgodnie z którą urzędy pracy są instytucjami usługowymi, świadczącymi usługi dla chętnych (no i spełniających najpierw ma się rozumieć wymogi definicji ustawowej). Wszelkie kontakty osób chcących się zarejestrować lub zarejestrowanych w urzędzie pracy – z urzędem, mają charakter dobrowolny, bo tak stanowi ustawa. Dotyczy to zwłaszcza tych 84% zarejestrowanych, którzy nie uzyskali lub już nie posiadają prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Nieliczni posiadający takie prawo i pobierający zasiłek są w sytuacji w której można im coś odebrać, pozbawić ich czegoś, dlatego są traktowani praktycznie nieco „ostrzej”.
To władza ustanowiła zasady, zgodnie z którymi obywatel uzyskuje status osoby bezrobotnej na zasadzie decyzji administracyjnej, po złożeniu kilku oświadczeń na piśmie. Oświadczeń tych nie ma jak sprawdzić, bo nie ma kto tego robić ani też nie ma źródeł niezależnych informacji, poza tym oświadczeniom takim nadano status wiarygodności z uzasadnieniem ideologicznym, nie po to by je następnie sprawdzać.
Urzędy pracy zdobyte przez siebie nieliczne oferty zatrudnienia po prostu publikują; w ogłoszeniach (papierowych) umieszczanych na tablicach wewnątrz urzędu, czasem są one także wyświetlane na wewnętrznych dużych ekranach plazmowych, są też przekazywane do wspólnej bazy internetowej prowadzonej przez portal Powszechnych Służb Zatrudnienia, z możliwością ich sortowania i wyszukiwania. W miejscach o lokalnie dużym bezrobociu urzędy wyznaczają termin obowiązkowego stawiennictwa osoby zarejestrowanej – w odstępach czasu raz na dwa a nawet raz na trzy miesiące, po to by rozładować kolejki wewnątrz urzędów. Osoba zarejestrowana ma więc obowiązek przyjść do urzędu 4 do 5 razy w roku, podpisać przy tej okazji kolejne oświadczenie (którego także nikt nie sprawdzi) o spełnianiu podstawowych wymogów, od których uzależnione jest prawo do statusu osoby bezrobotnej, po czym – jeśli sama nie zgłosi zainteresowania jakąś konkretną ofertą pracy (dobrowolność) – będzie miała wyznaczony termin kolejnego obowiązkowego stawiennictwa za kolejne 2 – 3 miesiące. Z chwilą zarejestrowania osoba taka uzyskuje prawo do ubezpieczenia zdrowotnego opłacanego na jej rzecz przez urząd pracy i zachowuje to prawo aż do wyrejestrowania. Urzędy pracy nigdy nie proponują nikomu z własnej inicjatywy żadnej pracy ani też innych usług. Wszystko to wymaga wniosku osoby zarejestrowanej. A jeśli brak wniosku – nic się nie dzieje.
Teoretycznie istnieje obowiązek ustalania tak zwanego indywidualnego planu działania dla osób długotrwale bezrobotnych, będących w szczególnie niekorzystnej sytuacji na „rynku pracy”, ale tego się w rzeczywistości nigdy nie robi, zresztą i dobrze, bo urzędy pracy nie mają przy tym żadnych innych „narzędzi” działania, niż te ogólnie stosowane i będące dla każdego do dyspozycji. Nic nie jest w stanie wpłynąć na odmowę zatrudniania wyrażaną przez pracodawców, bo z punktu widzenia systemu to oni tworzą państwo i zarządzają nim pośrednio, kierując się jedynym sobie znanym i dla siebie zrozumiałym kryterium: zyskiem. Wszystko jest podporządkowane im i ich interesowi czyli w ostatecznym rozrachunki – ich zyskowi materialnemu.
W związku z tym, nasuwa się zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie urzędy pracy dokonały „analiz” mówiących o tym, że 65% zarejestrowanych faktycznie tylko udaje bezrobotnych? Po czym – w sytuacji nakreślonej powyżej – można było to stwierdzić: Po minie – podczas podpisywania oświadczenia stwierdzającego nieprawdę? Intuicyjnie?
Po długości nosa?
Po oczach?
... „Czy te oczy mogą kłamać?
… chyba nie…”

Jeśli nawet tak jest jak twierdzą owe analizy – to w ten sposób urzędy pracy udokumentowały zarzut skandalicznego marnotrawstwa środków, niegospodarności wobec gospodarowania pieniędzmi publicznymi.
Chodzi o to, że jeśli ci „fałszywi” bezrobotni nie otrzymują nawet zasiłku dla bezrobotnych, to skarb państwa a więc społeczeństwo finansuje im ich składki na ubezpieczenie zdrowotne. Inaczej – grubo ponad półtora miliona osób nie płacąc podatków ani składek – dostaje ubezpieczenia zdrowotne na koszt państwa.
Jeśli 65% bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wcale nie jest bezrobotna i pracy nie szuka – to w normalnym kraju ten kto wymyślił i wdrożył taki system powinien resztę życia po prostu przesiedzieć w pierdlu! Czyli w tym wypadku to najwyraźniej nie minister pracy? Co więcej: urzędy pracy stwierdziły w swoich analizach, że te 65% bezrobotnych rejestrowało się w urzędach nie dla poszukiwania pracy czy pomocy w jej znalezieniu a wyłącznie dla uzyskania właśnie tych składek na ubezpieczenie, czyli uzyskania prawa do leczenia się na zasadach dotowanych z NFZ, bo opłacenie składki na ich rzecz przez urzędy pracy daje im prawo korzystania z publicznej służby zdrowia, czyli inicjuje w konsekwencji także dalsze koszty pokrywane z budżetu.
Jeśli ci ludzie nie szukają pracy, to znaczy, że prawdopodobnie już pracują i nieźle zarabiają, tyle że z punktu widzenia prawa – całkowicie nielegalnie. Pracują w tak zwanej „szarej strefie” czyli znanym i uznanym przez władzę systemie oszukiwania i okradania społeczeństwa przez przedsiębiorców i osoby stawiane najczęściej przed trudnym wyborem: albo „na czarno” – albo wcale…
Piszę tu o systemie „znanym i uznanym” bo praca „na czarno” jest niemalże oczywistym jednym z systemów pracy, wszyscy o nim wiedzą, władza nawet sili się na szacowanie jego wielkości. To oczywisty skandal, ale jak najbardziej zgodny z ideologią PO. Oszuści ci prowadzą normalną, choć nigdzie nie rejestrowaną działalność gospodarczą, nie płacą przy tym ani podatków ani też świadczeń na rzecz pracowników – innych niż zapłata za pracę „netto” czyli „z rączki do raczki” i pod stołem; nie opłacają nie tylko składki zdrowotnej ale i składek ubezpieczenia społecznego (emerytalnej), chorobowego oraz wypadkowego. Pracownik taki także nigdzie nie zgłasza uzyskiwanych dochodów, nie płaci od nich podatku PIT, w urzędzie pracy składając kłamliwe oświadczenia w taki sposób, by spełniać wymogi rejestracji i przynajmniej uzyskać prawo do leczenia z dofinansowaniem z NFZ. Jako zarejestrowany „bezrobotny” może też uzupełnić kwalifikacje na kursach i szkoleniach finansowanych z budżetu lub współfinansowanych przez Unię, czym odciąża koszty nie tylko swoje, ale i swojego rzeczywistego choć niejawnego (nielegalnego) pracodawcy.
Oznacza to po pierwsze – kolejne potwierdzenie, że przedsiębiorcy stoją ponad prawem, bo de facto to oni tworzą prawo i sterują w jakiś sposób funkcjonowaniem państwa, by możliwie jak najdłużej czerpać z tej sytuacji maksymalne zyski – prawdopodobnie przygotowane do natychmiastowego przerzucenia za granicę Unii, gdyby coś się miało zmienić. Oznacza to też, że władza stała się niejako więźniem swojej własnej, naiwnej ideologii rodem chyba jeszcze z czasów KLD i ówczesnej anarchizującej ideologii wolności „róbta co chceta”. Wszystko to jest skrajnym absurdem, kojarzącym się raczej z jakimiś pogrążonymi w korupcji i bezładzie państewkami afrykańskimi a nie z państwem demokratycznym w centrum Europy w XXI wieku. Oto „liberalizm” Platformy Obywatelskiej.
Rząd chciałby zdaje się jakoś opanować tę sytuację, jednak nie jest w stanie tego zrobić na bazie aktualnej ideologii; by to się udało – trzeba by było sięgnąć do bardziej restrykcyjno – nakazowej polityki wobec osób chcących się zarejestrować w Urzędzie Pracy oraz szczególnie już tych zarejestrowanych, choćby przynajmniej na wzór duński a to by się niektórym kojarzyło nieodwołalnie z pewnym powrotem do tego co było „za komuny”. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy władza po latach bałaganiarskich kombinacji powróciłaby do dawniejszych rozwiązań jako niemożliwych do zastąpienia, praktycznie najlepszych z możliwych.
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” proponowała w tej sytuacji, by rząd po prostu przyznał wszystkim bezwarunkowe prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, bo liczba osób całkowicie nim nie objętych jest stosunkowo niewielka a działania takie mogłyby wyeliminować przyczynę „fałszywego” rejestrowania się, ujawniając rzeczywisty stan bezrobocia i rzeczywiste potrzeby interwencji w jego zmniejszanie.
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to nagłe zmniejszenie bezrobocia rejestrowanego i to nawet o… 65%, jeśli wierzyć wspomnianym analizom urzędów pracy.
Jak można cokolwiek zaplanować czy podejmować jakieś sensowne działania – nie znając stanu obecnego, rzeczywistego?
Rząd jednak zdaje się skłaniać do walki z oszustwami „siłowo”, poprzez kontrole i dotkliwe kary; tyle że próby kontrolowania i ścigania niezgodnych z prawdą oświadczeń i innych oszustw dotyczących statusu bezrobotnego będą też kosztowały i to kto wie czy nie więcej niż finansowanie ubezpieczenia zdrowotnego tym, którzy mu jeszcze nie podlegają.
Okazuje się więc, że w tym całym cyrku urzędy pracy nie przestrzegają unormowań ustawowych, albo ustawa jest kompletnie nieadekwatna do rzeczywistości społecznej.
Niestety jest też możliwe inne wyjaśnienie i tego bym się najbardziej obawiał: że zamieszanie wokół już nawet liczby bezrobotnych a nie tylko przyczyn – jest działaniem celowym, niczym produkcja sztucznej mgły – by zaciemnić obraz tragedii szalejącego bezrobocia, nędzy i upadku. Działanie takie byłoby tyleż podłe co niebezpieczne, bo tuszujące rzeczywisty obraz jedynie z powodów politycznych, wyłącznie na potrzeby walki ze spadającymi rankingami poparcia społecznego. Już i dawniej stosowano znaną ubecji technikę dezawuowania bezrobotnych jako leni, nierobów, winnych własnej sytuacji, alkoholików, typów aspołecznych nie nadających się do żadnej pracy itp. Teraz z kolei – stawianie znaku zapytania nawet nad liczbą bezrobotnych idzie w tym samym kierunku; bezrobocie tylko wydaje się takim wielkim problemem a w rzeczywistości to obraz fałszywy, po prostu nieporozumienie… no żadnego bezrobocia nie ma…
To nic, że to zwykłe podłe skurwysyństwo – ale jakie skuteczne…
Podłe wobec tych co rzeczywiście są krzywdzeni i potrzebują pomocy państwa…
Jeśli rzeczywiście ponad połowę bezrobotnych zarejestrowano pomimo niespełniania przez nich wymogów ustawowych dotyczących statusu osoby bezrobotnej, oznacza to gigantyczny bałagan i niegospodarność: żądam pociągnięcia wszystkich winnych do odpowiedzialności za składanie oświadczeń majątkowych niezgodnych z prawdą. Żądam wyegzekwowania za pomocą tytułów wykonawczych zwrotu wszystkich bezprawnie, na podstawie oszustwa przyznanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i wartości innych uzyskanych świadczeń i pomocy z urzędów pracy. Żądam pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej i służbowej wszystkich winnych temu urzędników ministerstwa pracy, starostów oraz urzędników urzędów pracy.
Smutne jest to, że władza najwyraźniej po prostu nie przejmuje się tym; ludzie „zaradni” są promowani i jakoś sobie radzą, nawet oszust jako „zapobiegliwy” jest jakoś tolerowany, przedsiębiorcy zarabiają… o cóż więc chodzi? Jest tak – jak miało być: wolność…
Chodzi o tych, którzy są rzeczywiście bezrobotni. Którym się odmawia zatrudnienia bez podania powodu, na przykład z powodu wieku. Którzy ściśle spełniają wymogi definicji ustawowej osoby bezrobotnej. Których się po prostu na siłę ruguje, wypycha z „rynku pracy” – o ile uznać że coś takiego w tym kraju istnieje. Chodzi o rzeczywistych bezrobotnych, walczących o przetrwanie każdego dnia i liczących na jakiekolwiek legalne, płatne zajęcie dające środki do życia.
Chodzi o tych, którzy praworządnie, porządnie i uczciwie… zdychają dziś z głodu.

Odwiedziny: