Minister Pracy – obecnie Władysław Kosiniak Kamysz z PSL
poinformował w połowie lutego br. o przekazaniu do „konsultacji
społecznych” projektu zmian w ustawie „o promocji zatrudnienia i
instytucjach rynku pracy”.
Na stronie MPiPS ukazała się dość lakoniczna wzmianka na ten temat,
bardziej nastawiona jak rozumiem na to, by wykazać, że w ministerstwie w
ogóle coś się robi (w okresie przewidywanej wówczas ewentualnej
„rekonstrukcji” rządu), niż na faktyczne poinformowanie społeczeństwa o
celach, planach i kierunkach zmian, głównie oczywiście poinformowanie
samych zainteresowanych.
Ogólnie trzeba stwierdzić, że nic w tym nie ma nadzwyczajnego; strona
internetowa ministerstwa była i nadal jest niezwykle irytująca i
demotywująca dla zainteresowanych, szczególnie dla bezrobotnych, gdyż
bardziej niż informatorem – jest miejscem autopromocji i na dodatek
denerwującą kroniką spokojnego i wesołego „życia korporacyjnego” nieźle
się chyba bawiących urzędników ministerstwa, bez żadnego odniesienia do
rzeczywistości, do problemów życia.
Projekty nowelizacji przekazano więc „do konsultacji społecznych” i
proszę o wybaczenie czytających to – ale nie mam pojęcia co to znaczy i
nie mam wręcz ochoty tego sprawdzać. Procedura konsultacji społecznych
jest gdzieś pewnie opisana w jakiejś ustawie lub przepisach
wykonawczych, być może chodzi o rozmowy w ramach tzw. Komisji
Trójstronnej, ale… to nie ma żadnego znaczenia. Ta władza traktuje
„konsultacje społeczne” jedynie jako wymóg formalny któremu trzeba
sprostać i który tylko opóźnia prace a i tak ma od początku zamiar
zrobić wyłącznie to, co sama wcześniej postanowiła. Władza działa na
zasadzie: jest wymóg „konsultacji” i nie da się go ominąć – to trudno;
zrobimy konsultacje, może się dadzą przekonać i zgodzą się z nami, a
jeśli nie – to i tak przecież zrobimy to co sami chcemy… Pominięcie,
zbagatelizowanie i wręcz wyszydzenie poprzez usłużnych, przydupnych
dziennikarzy, wyślizganych radców i blogerów dwóch milionów głosów
obywatelskich w sprawie wydłużenia czasu oczekiwania na nabycie
uprawnień emerytalnych jest tu jedynie spektakularnym przykładem.
Zrozumiałe wiec, że zajmowanie się tu przeze mnie takimi „konsultacjami”
byłoby stratą czasu. Niech to robią ci, co zbierają i gromadzą dowody
dla przyszłego Trybunału Stanu…
Przykład: inny projekt – zmian w prawie pracy dotyczących np.
wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy z jednoczesną zgodą na
brak unormowanych stałych godzin pracy. Projekt został wysłany do Sejmu w
celu przegłosowania pomimo braku porozumienia co do jego treści ze
strony „partnera społecznego” jakim jest centrala związkowa Solidarność.
W blogu rządowym minister Kosiniak Kamysz pisze na ten temat tak:
„(…) Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami –
brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu
ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy
porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko
pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego
zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia
ze strony związkowców. Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne
Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To
dobre i sprawdzone rozwiązania.(…)”
Jak widać – „ekspert” z ministerstwa najlepiej wie wszystko i
wszystko najlepiej rozumie; bo jest po prostu bezrefleksyjny. Co to
właściwie znaczy: nie mogliśmy już dłużej czekać?! Czekać na
co: na to aż związkowcy dadzą się przekonać do wersji rządowej? To
zdaniem ministra – konsultacje społeczne nie polegają na tym, że się
słucha społeczeństwa i uwzględnia słuszne uwagi, tylko na tym, by
próbować „po dobroci” narzucić społeczeństwu swoją wersję?
To po prostu
hucpa.
Dowód na całkowitą rzeczywistą niedemokratyczność tej władzy. Tendencje
totalitarne „jedynie słusznych” racji. W normalnych warunkach
demokratycznej, prospołecznej władzy – niemożność uzyskania porozumienia
po tak długich dyskusjach oznaczałaby, że projekt jest zły (społecznie
nieakceptowany) i należy go radykalnie zmienić.
Skoro więc „konsultacje społeczne” odbywają się w zdziczałym państwie
Platformy Obywatelskiej na takich zasadach, szkoda mi czasu na
zajmowanie się nimi także i w sprawie wspomnianej kolejnej nowelizacji
prawa pracy, o której chciałbym napisać.
Wszystko co wychodzi z Ministerstwa Pracy ma wymiar magiczny i
teoretyczny, bo zajmują się tam sprawami bezrobotnych osoby chyba nie
mające w rzeczywistości pojęcia o realiach bezrobocia. Gdyby statki miał
projektować ktoś, kto nigdy nie był w stoczni ani nie widział żadnego
statku w rzeczywistości i nigdy też nie był na „pełnym morzu” w czasie
sztormu, gdzie ten statek ma być eksploatowany – a posługiwał się
jedynie inżynierską wiedzą teoretyczną oraz danymi statystycznymi – nie
mielibyśmy wątpliwości, że produkt będzie po prostu ułomny. Pływająca
trumna. Jeśli natomiast tacy – nieźle się przy tym bawiący „teoretycy” –
zajmują się bezrobociem, nie widzimy w tym niczego dziwacznego.
Ja widzę i pisałem o tym niejednokrotnie.
Nie jest to domeną ministerstwa; takie objawy widoczne są już na
poziomie wojewódzkich urzędów pracy, żyjących własnym życiem wewnętrznym
i całkowicie oddzielonych od tego co się dzieje w urzędach powiatowych,
nawet patrzących na to z pewnym dystansem czy wręcz obrzydzeniem, mimo
że fizycznie usytuowanych – jak np. w Szczecinie – po sąsiedzku.
Ponadto i nade wszystko – stosunek władzy do bezrobocia ma ścisły wymiar ideologiczny.
Nie może to nie oddziaływać na organizację i funkcjonowanie tego, co
władza nazywa „służbami zatrudnienia” a co w rzeczywistości odpowiada
temu – jak bezrobocie służy tej władzy. Dlatego trudno dziś o
jakiekolwiek dokładne i praktyczne informacje o wspomnianej nowelizacji
ustawy, dotyczącej sposobów funkcjonowania urzędów pracy.
Znane są jedynie założenia teoretyczne tej zmiany:
1. Poprawa usług świadczonym osobom bezrobotnym stosownie do ich potrzeb.
Bardzo piękny i efektowny punkt programu.
Przede wszystkim ważne jest tu, że władza absolutnie odżegnuje się od
bezrobocia jako swojej winy czy efektu będącego następstwem konkretnych
działań lub ich zaniechania. Pozwalają na to magiczne słowa – wytrychy:
„kryzys” i „globalizacja”. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa
liberalnego, ale władza się za taką uważa, dlatego się konstytucją po
prostu zbytnio nie przejmuje – powołując przepisy z konstytucją
sprzeczne w nadziei, że nikt ich nie podważy a ewentualne podważenie nie
da szybkiego efektu.
Bezrobocie jako wynik wielu lat chaotycznego i bezmyślnego niszczenia i
burzenia tego co pozostało po gospodarce PRL – bez zastąpienia tego
czymkolwiek innym – nie jest efektem „naturalnym” niezależnym od władzy.
Oczywiście zawsze można powiedzieć: to przecież nie my, to inni, nasi
poprzednicy; generalnie wspomniani przydupni dziennikarze i wyślizgani
prawnicy są w stanie wszystko „wyjaśnić” czyli zawsze usprawiedliwić
władze.
Brak pracy czyli nadwyżka podaży pracy nad popytem na nią po prostu
istnieje. Władza twierdzi, że jej nic do tego. Człowiek pozbawiony
zatrudnienia a co za tym idzie – pozbawiony możliwości zdobycia środków
do życia, jest w zasadzie pozostawiony sam sobie, jak w jakimś
gigantycznym, absurdalnym survivalu, do którego przecież sam i z własnej
woli nie przystępował. Ma sam sobie „dać radę” i to jest uważane za
jego sprawę prywatną.
Państwo – choć całkowicie winne temu, poczuwa się do tego, że może
bezrobotnemu trochę pomóc, świadcząc usługi dla niego przeznaczone.
Osoba pozbawiona pracy może jeśli chce dodatkowo (prócz własnych
skazanych na niepowodzenie wysiłków) zarejestrować się dobrowolnie w
urzędzie pracy i skorzystać z usług jakie PUP świadczy dobrowolnie na
rzecz bezrobotnych. Wysiłki bezrobotnego będącego w wieku rzędu 45 – 50
lat i więcej (ale mniej niż wiek emerytalny) są skazane na
niepowodzenie, dlatego że władza i cały system jest nastawiony
ideologicznie na całkowitą swobodę przedsiębiorców i eksploatowaniu
zasobów ludzkich i materialnych tego społeczeństwa dla budowanie
własnego, prywatnego majątku. Sprawia to wrażenie zamachu stanu
„biznesu” na państwo, osłabione zamętem, bałaganem i zniechęceniem czasu
stanu wojennego oraz czasu niszczenia i rozkradania jaki nastąpił
potem, za rządów Mazowieckiego i następców.
Urząd pracy może więc zaoferować dziś usługi – jak zakład fryzjerski
albo dom publiczny (o przepraszam: agencja towarzyska). Zestawienie tych
usług można znaleźć na stronach instytucji, nie będę tego tu przytaczał
bo to i tak bez znaczenia; jedno jest wszakże jasne: bezrobocie
dramatycznie rośnie, co oznacza, że te „usługi” są absolutnie
nieskuteczne, nie mają istotnego wpływu na los ludzi pozbawionych
zatrudnienia.
Zmiana zaproponowana przez ministra Kosiniak Kamysza ma polegać na
tym, że owe usługi mają być teraz świadczone stosownie do potrzeb osób
bezrobotnych. Dotychczas potrzebami osób bezrobotnych nikt się nie
przejmował ani nawet nie interesował. „Pomoc bezrobotnym” świadczono
stosownie do potrzeb biznesmenów mających na tym „pomaganiu” zarobić.
Dlatego zmarnowano ogromne kwoty pomocy unijnej przeznaczonej na
działania zmniejszające bezrobocie, o czym pisałem wcześniej.
Wracając do wspomnianej „poprawy jakości usług” jako pomysłu na walkę
z bezrobociem – ma ona w projekcie ministerstwa zostać uzyskana
poprzez odbiurokratyzowanie niektórych działań czyli jakąś zmianę
procedur stosowanych w urzędach, tak zwane „profilowanie bezrobotnych”
mające dać odpowiedź na pytanie co konkretnej osobie rejestrującej się
jest potrzebne oczywiście w ramach katalogi „usług” oferowanych przez
urzędy pracy – by ułatwić jej znalezienie zatrudnienia, włączenie do
działań także wybranych agencji zatrudnienia przejmujących część zadań
urzędów pracy wobec niektórych osób oraz integrację usług wobec
potrzebujących pomocy.
Integracja usług ma jak się zdaje objąć jedynie poradnictwo i
informacja zawodowa oraz pomoc w aktywnym poszukiwaniu pracy. Moim
zdaniem jest to o tyle zbędne, że zagadnienia te w dość dużym zakresie
powinny stać się natychmiast częścią obowiązkowego programu nauczania w
szkołach wszystkich typów; usługi tego typu muszą być przeniesione już
do szkół, by zapobiegać w miarę możności sytuacji konieczności
rejestrowania się absolwenta jako osoby bezrobotnej. Chodzi mi właśnie o
rolę prewencyjną wobec bezrobocia także i za pomocą szerzenia
konkretnej i poważnie traktowanej w szkołach i uczelniach wiedzy o rynku
pracy, jego aktualnym stanie i tendencjach. Ponadto – jeśli dobrze
rozumiem intencje projektu – to profilowanie bezrobotnych ma mieć jako
swoje logiczne następstwo – właśnie integrację potrzebnych działań i to
nakierowanych na potrzeby konkretnej osoby indywidualnie. Rzecz jasna –
mowa o osobach rzeczywiście poszukujących zatrudnienia i wykazujących tu
właściwą determinację, aktywność i zdecydowanie.
2. Poprawa efektywności działania samych urzędów pracy.
Ministerstwo chce tu przenieść ciężar walki z bezrobociem i
zwalczanie jego skutków właśnie na lokalne społeczności; województwa,
powiaty i gminy. Przede wszystkim dostrzeżono już całkowitą martwotę
funkcjonujących w Wojewódzkich Urzędach Pracy tzw. Centrów Informacji i
Planowania Kariery Zawodowej. Centra te istnieją, kosztują ale nie
posiadają adekwatnych zadań do spełnienia.
Walka z bezrobociem ma być sprawą regionalną, bliską konkretnym lokalnym
rynkom pracy, poprzez tworzenie i wdrażanie regionalnych programów
łagodzenia skutków bezrobocia oraz badania ich lokalnych skutków.
Tak na marginesie: to uderzające: istnieją i działają podobno
Wojewódzkie i Powiatowe Rady Zatrudnienia, istnieją tak zwane
„obserwatoria rynku pracy” więc wszystkie te działania POWINNY być
dotychczas prowadzone. Jeśli minister pracy zamierza wprowadzić je w
ramach tej reformy, to znaczy że dotychczasowe funkcjonowanie tych ciał i
instytucji było fikcją, skandaliczną niegospodarnością. A przecież
zatrudnieni byli tam pracownicy, ponoszone były konkretne koszty.
W miejsce Wojewódzkich i Powiatowych Rad Zatrudnienia minister chce
powołać Wojewódzkie i Powiatowe Rady Rynku Pracy: czy coś prócz nazwy
zmieni się w związku z tym?
Pisałem już wielokrotnie o patologii pozorowanej „walki z bezrobociem”
będącej de facto żerowaniem na funduszach pomocowych przeznaczonych dla
bezrobotnych, poprzez pozorowane działania szkoleniowe stanowiące
faktycznie transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. A
wszystko to było przecież pod nadzorem właściwych instytucji. Dopiero
teraz, proponując te zmiany – minister przyznał rację tym, którzy się
ich od dawna domagali, widząc i opisując patologię i sami z ledwością
broniąc się przed skutkami barku zatrudnienia.
Wreszcie w propozycjach zmian znalazło się badanie efektywności
konkretnych urzędów wraz z odpowiednim do niej przyznawaniem środków nie
tylko na działalność operacyjną ale także i na wynagrodzenia. Urzędnik
to jednak „sprytne bydlę” potrafiące wiele zrobić by oszwabić swojego
pryncypała dla spodziewanej nagrody. Obawiam się, że efekt tej
propozycji może się obrócić zdecydowanie przeciwko bezrobotnym; urząd
może dojść do wniosku, że da się zarobić na jednym bezrobotnym kilka
razy a przecież w interesie tego człowieka jest jak najszybciej zdobyć w
miarę stabilne zatrudnienie i zapomnieć o traumatycznym przeżyciu
kontaktu z urzędem pracy.
Przykładem niech będą roboty publiczne czy prace interwencyjne.
Bezrobotny który starał się o jakąkolwiek pracę ale jego podania były
notorycznie i z nieokreślonych powodów odrzucane (w rzeczywistości – ze
względu na wiek 50+ co jest ewidentnym złamaniem prawa), może zostać
przyjęty do pracy w 50 procentach dotowanej z FP w ramach np. robót
publicznych; jest to dla instytucji miejskich i samorządowych znaczna
oszczędność. Jest to praca czasowa po której najczęściej człowiek ten
powraca do rejestrów bezrobotnych; kończy się dotacja – kończy się też i
zatrudnianie.
To ciekawy efekt, że osoba zdaniem pracodawców nie nadająca się do
żadnej pracy bo mająca nieco ponad 50 lat, z chwilą rozpoczęcia
dotowania jej zatrudnienia zaczyna się do pracy natychmiast nadawać,
pracuje dobrze i jest nawet chwalona a gdy tylko kończy się okres
dotowania, znów do pracy przestaje się nadawać… To po prostu cyniczne
„polowanie na dotacje” kosztem „zakładników” jakimi stają się ludzie
uzależnieni od pracy najemnej.
Ważne jednak jest to, że z chwilą takiego zatrudnienia jest
wykreślana z rejestrów bezrobotnych a urząd pracy – przy zatrudnieniu
(dotowaniu) powyżej 3 miesięcy – odnotowuje swój sukces w postaci
„zwalczenia bezrobocia” tej osoby, mimo że ona jest skazana niejako z
góry na powrót do rejestru bezrobotnych po minięciu okresu dotowanego
zatrudnienia. W ten na przykład sposób można, traktując tego biednego
człowieka instrumentalnie – zarobić na nim kilka razy, wykorzystując
rzekomy „sukces” w działaniach urzędu pracy. Zarobić – przedstawiając
chwilowe wykreślenie go z ewidencji PUP jako sukces w zwalczaniu
bezrobocia i domagając się za to od ministerstwa pieniędzy na
działalność i na płace.
W swoich nowych propozycjach minister także proponuje jakieś
dodatkowe „wsparcie pracodawców zatrudniających osoby w wieku 50+” –
jednak bez określania na czym by ono miało polegać poza istniejącymi już
formami dotowanego zatrudnienia; stażu, prac interwencyjnych i robót
publicznych. propozycje te nie są upublicznione w całości.
Odnotować może jeszcze warto projekt utworzenia oddzielnego nowego
Krajowego Funduszu Szkoleniowego jednak brak tu dostatecznej ilości
szczegółów by cokolwiek o tym sądzić.
Wymieniłem tu tylko moim zdaniem najciekawsze z propozycji czy
zamiarów ministerstwa, jest tam jeszcze wiele szczegółowych zadań oraz
pakiet działań o charakterze porządkowym.
Brak tu odniesienia do zasadniczych problemów, takich jak nielegalna sfera pracy
poza wszelką ewidencją i opodatkowaniem, z jednej strony nielegalna ale
z drugiej strony jakby ochraniana parasolem przez władzę w imię
solidarności biznesu albo ideologii bogacenia się za wszelką cenę.
Związana jest z tym konieczność weryfikacji spełniania wymogów
ustawowych przez osoby zarejestrowane lub chcące się zarejestrować w
PUP, czyli określenia faktycznej, rzeczywistej skali bezrobocia. Ta
kwestia jest kluczowa dla całego państwa.
Drugi problem to dziwna tendencja do działań wyłącznie nakierowanych na osoby poszukujące pracy oraz na urzędy pracy.
Bezrobocie polega na braku miejsc pracy i minister pracy tych miejsc nie
stworzy. To minister gospodarki ma zwalczać bezrobocie poprzez aktywne
kreowanie i sterowanie wzrostem gospodarczym. Inaczej – poprzez celowe
działania wzmacniać popyt na pracę. Tymczasem latami już, ciągle się
„aktywizuje” ludzi bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, zamiast
aktywizować przedsiębiorców czy w ogóle gospodarkę, by powstały wreszcie
miejsca pracy dla tych którzy tego zatrudnienia poszukują. Władza – jak
durny akwarysta siedzi i gapi się na gospodarkę i przedsiębiorców jak
na rybki w akwarium; co zrobią przedsiębiorcy… jak zareaguje gospodarka…
To oczywiście ten mit „samoregulacji” przez jakąś „niewidzialną rękę”…
ale skutki wskazują, że to nie jest polska ręka. To po prostu
horrendalne.
Wszelkie działania skupiają się tymczasem na bezrobotnych, czyli po
stronie podaży pracy, co przypomina przelewanie z pustego w próżne,
natomiast ideologia polityczna tej władzy powoduje, że gospodarkę się
jedynie biernie obserwuje zamiast nią aktywnie zarządzać a to jest
przecież pole działalności państwa, które może w efekcie dać
stabilizację społeczną i sprowadzenie bezrobocia do wielkości
naturalnej.
Wszelkie próby „usadzenia” trzech milionów pracowników na dwóch
milionach miejsc pracy skończą się niepowodzeniem – panie ministrze.
Wadą projektu nowelizacji jest całkowity brak działań nakierowanych
na przedsiębiorców jako odbiorców, choćby działań szkoleniowych
przeciwstawiających się panującym wśród przedsiębiorców mitom, między
innymi dotyczącym osób z grupy „50+”, promującym konieczność wdrażania
„polityki gospodarowaniem wiekiem” pracowników itp.
Na zakończenie nawiążę do tytułu odnośnej ustawy: „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zawsze zadaję sobie pytanie: KOMU ustawodawca miał zamiar „promować
zatrudnienie”. Komu; – Ludziom żyjącym tylko z pracy, czyli uzależnionym od
zatrudnienia, od pracy najemnej, błyskawicznie staczającym się bez
zatrudnienia do poziomu kloszarda i umierającym na śmietnikach?
Chyba nie, bo przecież ludzie ci sami wiedzą doskonale, że zatrudnienie i
pochodzące z tego dochody są ich jedyną szansą na przeżycie. Więc co:
promować głodnemu – chleb?!
A więc może to przedsiębiorcom miało być promowane zatrudnianie ludzi?
Jeśli miało być – to dlaczego nie jest; ustawa nie zawiera żadnych
takich istotnych zapisów, jeśli nie liczyć np. zwolnienia od płacenia
składki 2,40 zł miesięcznie, zresztą zatrudnianie wynika z konstrukcji
biznesu, z biznesplanu i analizy ekonomicznej, czyli jako takie – nie
poddaje się „promocji”…
Ot – po prostu jakiś wybryk jakiegoś bezmyślnego
polityka lub urzędnika, żeby tytuł ustawy był dostojny, efektowny i robił wrażenie.
I robi.