Tragiczne wrażenie na osobach mających dziś ogromne problemy życiowe z
powodu wypaczenia albo zminimalizowania funkcji państwa przez obecną
władzę, robią wszelkie próby uzasadniania tego (w sensie
usprawiedliwienia lub uprawomocnienia) jak i inne głosy skrajne –
negujące potrzebę istnienia państwa w ogóle..
Trudno się dziwić: to tak jakby ktoś czekający na przyjazd lekarza do
obłożnie chorego miał zamiast o potrzebie przyspieszenia interwencji
lekarskich – słuchać o ich całkowitej nieopłacalności a nawet o
potrzebie (zamiarach) zaprzestania wizyt lekarskich w takich
przypadkach.
Trudno w takim przypadku o równowagę i optymizm a pesymizm i brak
pozytywnych perspektyw zazwyczaj wzbudzają lęk i agresję. W normalnych
warunkach państwo ma dużo do zrobienia i nie jest w tym możliwe do
zastąpienia. Szczególnie chodzi tu o niezbędne interwencje mające na
względzie interes społeczny w sytuacjach jakie mogą wyniknąć z wolnego
rynku i swobody działalności gospodarczej – a są nie do zaakceptowania z
punktu widzenia społecznego.
Przykładem z życia mogłoby tu być bezrobocie w grupie osób w wieku
produkcyjnym mających ponad 45 czy 50 lat, ale mniej niż wiek
uprawniający do zakończenia aktywności zawodowej dzięki nabyciu prawa i
otrzymywaniu emerytury. Osoby takie muszą i najczęściej przecież wówczas
– chcą - być zatrudnione po to, by wypracowywać sobie środki na
zaspokojenie codziennych potrzeb, oraz opłacenie składek obowiązkowych
od których będzie zależała w przyszłości ich emerytura.
By żyć w tym kraju trzeba zarabiać na swoje a czasem nawet nie tylko
swoje utrzymanie; praca i zarabianie jako jej następstwo – jest
niezbędne.
Praca jest niezbędna także i z wielu innych powodów, ale o tym napiszę oddzielnie.
Działalność gospodarcza jest prowadzona w oparciu o obowiązujące
regulacje prawne jej dotyczące. Cóż jednak, gdy na skutek zasady swobody
organizowania i prowadzenia działalności gospodarczej pracodawcy
stwierdzą gremialnie, że wspomnianych osób nie będą zatrudniać „z
zasady”. Taką sytuację właśnie obserwujemy i uczestniczymy w niej; jest
ona skrajnie niekorzystna społecznie i to na bardzo wielu płaszczyznach i
po to jest państwo, by w tej sytuacji skutecznie interweniować w
gospodarkę i rynek pracy, modyfikując obowiązujące zasady tak, by
przynajmniej minimalizować owe niekorzystne skutki. Taką interwencją
jest inicjowanie organizowania zatrudnienia dotowanego, w formie np. tak
zwanych „prac interwencyjnych”, licząc na to, że dotacja obejmująca
około połowę podstawowych kosztów zatrudniania (płacy i składek
obowiązkowych) zmieni nastawienie pracodawców i zapobiegnie w ten sposób
– przynajmniej doraźnie – katastrofalnym skutkom społecznym.
Interwencja państwa może też na przykład dotyczyć produkcji lub usług,
które w danym, chwilowym stanie gospodarki są uważane za nieopłacalne,
ale też są społecznie niezbędne i muszą być dostępne ze względu na
interes społeczny.
Mamy właśnie teraz wspomnianą wyżej sytuację; ogromne bezrobocie z
nieokreślonych powodów w grupie osób w wieku produkcyjnym określanych
jako „50+” oraz interwencję państwa ratująca wielu z tych ludzi przed
ostatecznym upadkiem, licząc na zmianę sytuacji po kilku miesiącach
pracy tymczasowo dotowanej.
Tymczasem różni ludzie bez wstydu i godności oraz adepci „nauk” tego
dość znanego, śmiesznego fircyka we fraczku i cylinderku, tego znanego
polskiego walczącego „rojalisty” – któremu się we łbie roją różne
ciekawe pomysły tyleż słuszne, co całkowicie abstrakcyjne, jeżdżącego po
Polsce z „wykładami” i robiącego sobie z tego niezły pomysł na łatwe i
wygodne życie – zaczynają nerwowo reagować i chwytają się manipulacji
znaczeniami słów, byle wywiązać się ze swojego podłego zadania.
A ich zadanie, to właśnie ukrycie przed większością społeczeństwa
ideologicznego charakteru władzy sprawowanej i tworzonej dziś przez PO,
tak jak i oczywiście – w przypadku każdej innej władzy. Chcieliby
także jakoś zneutralizować rosnącą powoli, odbudowującą się świadomość
ludzką dotyczącą tego, że wszystko co się w Polsce dzieje, wynika z
założeń politycznych, dziś – z ideologii Platformy Obywatelskiej a nie z
jakichś obiektywnych i apolitycznych „zasad nauki” i wiedzy
eksperckiej.
Jeszcze do niedawna ludzie tracili miejsca pracy, biedowali,
marnowali lata życia swoje i swoich dzieci, czasem staczali się w
bezdomność, albo popadali w alkoholizm by nie myśleć, by się nie
wstydzić, albo z kolei myśleli i wstydzili się bardziej popaść w
alkoholizm niż zdechnąć na śmietniku… a wszystko to z przekonaniem, że
to jest WOLNOŚĆ !, oczekiwany POWRÓT DO NORMALNOŚCI !. Że to wszystko
wynika z nauki, ze sprawdzonych i zweryfikowanych w kapitalizmie zasad
ekonomii, zarządzania, że tak ma być i jest to jedyna słuszna droga. No i
oczywiście, że politycy powinni się od gospodarki trzymać z daleka – bo
przecież „niewidzialna ręka” sama wszystko wyreguluje…
Nawet prosta do uzyskania informacja, że dziwnie – ani Niemcy, ani
Francja a już szczególnie Wielka Brytania tą drogą jakoś nie idzie a ma
się całkiem dobrze – nie wzbudzała niczyich zastrzeżeń.
To jednak nie jest jak się okazuje żaden sygnał ostrzegawczy dla ćwoka
czy prostaczka z czarnym podniebieniem, poklepanego protekcjonalnie
przez sąsiadkę po plecach i dumnie idącego tam, gdzie mu „mądrzejsi”
powiedzieli, że należy iść, by być przez nich uznanym za „Prawdziwego
Europejczyka”.
Niestety, zmiany minionych dwudziestu lat to nie był powrót do
normalności a odejście od niej, tylko odejście w nieco innym kierunku
niż za czasów wdrażania ideologii Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. Pod tym względem PO niczym się nie różni od PZPR, tak jak
zresztą i od innych; jak każda partia ma program, który deklarowała
zrealizować, zabiegając o głosy poparcia. Program ten nie jest tym,
czego Polscy oczekiwali po zmianach wynikłych z Sierpnia.
W działaniach socjotechnicznych jako czynnik oddziaływania
wykorzystuje się i to, że media a zwłaszcza prasa opanowana jest teraz
przez „nowy narybek” tak zwanych „dziennikarzy”, którzy starają się coś
pisać pomimo rozlicznych „dys…”, zasadniczych braków wiedzy i niechęci
do jej uzupełniania, ale najczęściej pozostają przy plotach, maglu,
wodolejstwie pseudonaukowym „zrzynanym” z Internetu oraz niedokładnym
cytowaniu rzeczników prasowych.
Drugi czynnik – to korzystanie z faktu odmienności języka kolokwialnego
oraz języka oficjalnego, dotychczas uznawanego za dziennikarski. Jeszcze
całkiem niedawno było tak, że język dziennikarski był najbardziej
precyzyjną formą wypowiedzi, oczywiście jeśli taki był zamiar autorów.
Język prasy, radia i telewizji był normą poprawności. Coś co zostało
napisane – musiało być jednoznaczne i precyzyjne przynajmniej o tyle, że
nie zawierało kolokwialnych, potocznych twierdzeń, uproszczeń, skrótów
myślowych – czytelnych dla „ulicy” ale niedopuszczalnych w wypowiedziach
oficjalnych, rejestrowanych i archiwizowanych. Niestety czasy te w
ramach „ulepszania” Polski już dawno odeszły do historii i język
prasowy, dziennikarski staje się jeszcze mniej zrozumiały, rzetelny i
precyzyjny, niż potoczny język „ulicy”. Oliwy do tego ognia dolewa
jeszcze powszechne pozbywanie się korektorów w wydawnictwach prasowych –
jako „zbędnego kosztu”.
Na przykład słyszy się na ulicy, że „chleb podnieśli” albo że „od
dziś benzyna poszła w górę” i wszyscy rozumieją iż chodzi o podwyższenie
CENY chleba lub benzyny; nikt normalny nie będzie raczej zadzierał
głowy do góry by ujrzeć tę „idącą do góry” benzynę, czy fruwający gdzieś
tam na większej niż normalnie wysokości – chleb…
Właśnie takie różnice wykorzystują różne szuje do mieszania ludziom w głowach.
Dlaczego?
Coraz większym problemem dla władzy jest narastająca fala bezrobocia i
jej skutki, przy tym narastająca fala świadomości, niezadowolenia,
zniecierpliwienia. Obawiam się, że ludzie jeszcze do końca nie
zrozumieli, że jest tak na skutek realizacji konkretnej ideologii, na
którą oni w akcie wyborczym podobno, mniej lub bardziej świadomie dali
zgodę. Problem dla władzy wynika stąd, że jedyna droga zwalczenia tak na
prawdę a nie „medialnie” bezrobocia i innych poważnych problemów –
wiedzie przez zakwestionowanie założeń politycznych, partyjnych tego
wszystkiego. By się uporać z problemami – PO musiałaby przestać być PO, a
wtedy straciłaby głosy (47 – 50% poparcia) tych, co poważnie kiedyś
wzięli zaproszenie do bogacenia się za wszelką cenę i obietnicę
„parasola ochronnego władzy” za wszelką cenę – nad biznesem.
Wracając do przykładu bezrobocia: oczywiście, że stwierdzenie „brak
pracy” jest kolokwialne i należy do „języka ulicy”; jest po prostu
wielkim skrótem i uproszczeniem myślowym – tak jak wspomniane
podwyższenie benzyny czy podnoszenie chleba.
Jeśli przyjąć terminologię stosowną dla pojęcia rynku w odniesieniu
do pracy (co generalnie uważam za bezprzedmiotowe bo w tym kraju rynek
pracy sensu stricte nie funkcjonuje), to należy mówić tu o popycie na
pracę jako „towarze rynkowym” oraz o „podaży pracy”. Popyt na pracę
ludzką to zapotrzebowanie przedsiębiorstw jako pracodawców na pracę
najemną, związaną np. z prowadzoną produkcją, albo z jej rozszerzeniem
ilościowym lub asortymentowym. Popyt na pracę wyraża się ilością wolnych
miejsc pracy oraz ilością ofert zatrudnienia pracownika. Stwierdzam
tak, bo sama ilość wolnych miejsc pracy, bez woli zatrudnienia na nich
nowych pracowników – nie jest „popytem na pracę”, jak też i ilość ofert
zatrudnienia ale bez istniejących stosownie do nich, nowych i wolnych
miejsc pracy – także nie jest popytem na pracę ludzką. Popyt na pracę
istnieje tylko wówczas, gdy istnieją wolne miejsca pracy oraz
jednocześnie pracodawcy zgłaszają chęć zatrudnienia na tych miejscach
pracy nowych pracowników (oprócz tych dotychczas zatrudnionych). Nie
jest popytem na pracę zwolnienie tysiąca zatrudnionych i przyjęcie na
ich miejsce tysiąca innych, nowych pracowników, pomimo że związane by to
było z tysiącem ofert i tysiącem praktycznie „wolnych” wówczas miejsc
pracy.
Podaż pracy – to ludzie zdolni i gotowi do podjęcia się wykonywania
zadań potrzebnych pracodawcy, określonych przez niego w ofercie
zatrudnienia a potem w umowie o pracę.
W konwencji rynkowej, praca rozumiana jako wykonywanie dla kogoś
potrzebnych mu czynności – jest towarem, tak jak węgiel, woda lub kruche
ciasteczka posypane cukrem. Pracownik zapewnia podaż pracy i sprzedaje
ją a pracodawca zapewnia popyt na pracę i kupuje ją – w formie
zatrudniania pracowników.
Niektórzy ludzie udają jednak, że tego nie rozumieją i celowo zastępują
pojęcie tak rozumianej pracy – pojęciem „pracy” w sensie fizycznym, bez
uwzględnienia jej rynkowego charakteru.
Ktoś taki nagle gotów dojść publicznie do wniosku, że żadnego bezrobocia
nie ma. Jest praca, czeka na każdym kroku. Jest wszędzie tyle do
zrobienia. Powie na przykład: … A jak to jest w ogóle możliwe że
ktoś nie ma pracy? Przecież to właściwie jest niewyobrażalne! Co to
właściwie znaczy że ktoś nie ma pracy? Dookoła tyle rzeczy do zrobienia a
ludzie nie mają pracy? Przecież to jakiś absurd! Paranoja!
Przecież wszędzie jest praca; O!: na przykład chodnik na mojej ulicy
jest cały do wymiany bo płytki popękały… Tylko się nierobom nie chce
pracować, bo czekają aż im „państwo” da zasiłek.
Faktycznie: paranoja.
Wszędzie jest do wykonania jakaś „praca” w znaczeniu fizycznym tego
określenia, jest to „praca nie do przerobienia”, ale żeby to była praca w
znaczeniu rynkowym, rynku pracy – to musi być ktoś kto ją
„zapotrzebuje” za konkretną zapłatę, czyli ktoś kto zechcę wykonanie jej
kupić. Zakładam przy tym, że ktoś kto ją zechce wykonać, czyli
sprzedać własną pracę – zawsze się znajdzie, bo tym się charakteryzuje
rynek pracy; zawsze popyt na pracę jest mniejszy niż jej podaż, czyli
inaczej mówiąc – zawsze jest mniej ofert zatrudnienia (i zapłacenia) niż
chętnych do podjęcia pracy. W normalnej sytuacji dobrze zarządzanej i
dobrze funkcjonującej gospodarki – liczba niezatrudnionych stanowi 1 –
2% osób w wieku produkcyjnym (tzw. naturalna stopa bezrobocia) a obecnie
mamy w tym kraju takich osób zarejestrowanych ponad dwa miliony sto
tysięcy, co stanowi ponad 14% liczby osób w wieku produkcyjnym (tzw.
klęska bezrobocia). W ten sposób propaguje się mylny wniosek: wszystko
jest dobrze, praca jest, tylko się ludziom robić nie chce… Wszelkie
próby zorganizowania społeczeństwa są przedstawiane jako szkodliwe, bo
przecież w sposób naturalny dąży ono do powrotu do jaskiń. Zaczyna się
tu zrzucanie winy za wszystko co złe – na państwo, nie na konkretną
władzę realizującą swoje konkretne programy polityczne. Winne
wszystkiemu jest to, że państwo w ogóle istnieje. Przy tym fakt, że
istnieją setki innych państw i niektóre – doskonale a inne – całkiem
dobrze się mają – nic nie znaczy…
Tu zresztą także mamy niejednoznaczność: państwo jako takie nie jest złe
co wcale nie znaczy, że ono zawsze dobrze funkcjonuje, że jest dobrze
zarządzane. Tak jak np. biskup–pedofil nie świadczy źle o Bogu, tak i
błędna ideologia władzy psująca funkcjonowanie państwa – nie świadczy
przeciwko państwu a wyłącznie przeciwko tej władzy.
Czasem wydaje się, że ludzie owładnięci jakąś ideą, ideą cudzą – bo
przecież najczęściej nie oni są jej odkrywcami, przyczyniają się do
postępu, bo wspierają badania teoretyczne pozwalające poznać lepiej
prawa rządzące społeczeństwami i gospodarką. Tak jak naukowe dociekania
są dobre, to próba wdrożenia ich, jakiejś teorii – w życie zazwyczaj
kończy się tak jak próba wdrożenia prac naukowych Karola Marksa. Tego
typu podjudzanie, propagowanie może i pozornie efektownych, ale
praktycznie niemożliwych do przyjęcia eksperymentów robi wiele szkody ,
bo zagłusza tematy ważne, dramatycznie pilne i decydujące o losie wielu
ludzi.
Tak zwane „życie” czyli realna, otaczająca nas rzeczywistość wymyka się
wszelkim teoriom, które są co prawda niezbędne i świadczą o dążeniu
człowieka do pełnej świadomości i niezależności, ale nie są w stanie
odtworzyć warunków realnego świata. Państwo działające i imieniu
interesu społecznego jest zwolnione z ograniczeń narzucanych przez
wszelkie teorie czy modele naukowe dotyczące ekonomii, nie jest
ograniczone ani opłacalnością ekonomiczną, ani zasadami samoregulacji.
Opiera się raczej na pojęciach nieekonomicznych, takich jak godność,
szacunek, solidarność, sprawiedliwość. Dzięki temu – dziś nie musimy
przyznać po prostu, że ludzie w wieku 50+ wypchnięci poza „rynek pracy” –
są przez państwo skazani na śmierć, co należałoby przyznać – kierując
się jedynie prawami ekonomii realnie funkcjonującej.
Niezłym przykładem interwencji państwa jest ustawa o PFRON,
stawiająca interes społeczny dotyczący zatrudniania osób
niepełnosprawnych (aby zdobywali sami środki do życia oraz korzystali z
innych funkcji pracy) – ponad zasadami prostej czy chciałoby się
powiedzieć – prostackiej – opłacalności, stwarzająca platformę zrównania
szans ponad pojęciami dobroczynności czy po prostu jałmużny, bez tego
osoby poszkodowane przez los byłyby jeszcze bardziej poszkodowane. Są
jednak ludzie, którym jest zbyt łatwo powiedzieć komuś: jesteś
„nieopłacalny”, dlatego musisz umrzeć; to rodzaj zboczenia
psychicznego, psychopatii – gdy dotyczy realnego życia.
Państwo to forma
organizacji stojąca ponad takimi ograniczającymi własnościami jak
opłacalność i jest dlatego społecznie niezbędne, stwarza ono środowisko,
w którym funkcjonują przedsiębiorcy i wszyscy inni, zapobiegając
skrajnym „ekscesom” i konfliktom, godząc konflikty w obszarze wolności –
wolność prowadzenia działalności gospodarczej z wolnością np. człowieka
w wieku 50+ albo niepełnosprawnego objawiającą się jego prawem do życia
POMIMO że przedsiębiorcy skazali go na śmierć – wykluczając z rynku
pracy. Zdobywając środki operacyjne np. poprzez prawo fiskalne, państwo
może spowodować, że respektowane będzie także jego prawo do wolności –
wyrażające się prawem do zdobycia poprzez pracę środków potrzebnych do utrzymania.
Dzięki interwencji państwa dostępne są np. leki, których by nie było w
dyspozycji – gdyby kierowano się przy tym wyłącznie zasadami ekonomii
jako nauki, że przeprowadzane są operacje i inne działania lecznicze
pomimo ich ogromnego kosztu i materialnej „nieopłacalności” z punktu
widzenia medycyny jako biznesu, gdy stanowią „jedynie” wydatek. Wydatek
jednak niewielki w porównaniu z wartością życia ludzkiego i jego prawa
do wolności.
Skandalicznym wypaczeniem jest państwo zarządzane czy wręcz
organizowane przez przedsiębiorców, przez „biznesmenów” niejako pod ich
potrzeby, czyniące z biznesu rodzaj współczesnego bałwana, któremu się
wszystko podporządkowuje, także życie i śmierć zwykłych, prostych ludzi
uzależnionych od pracy najemnej. To ogromne barbarzyństwo pochłaniające
wiele ofiar. Niestety elementy tego właśnie obserwujemy poprzez
„sztuczną mgłę” propagandowego zaciemnienia.