BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

13/05/2014

Wybory do PE: Wyższy poziom „polskiego piekła”; kabaret polski w UE.

Gdzieś ponad poziomem własnych problemów, wątpliwości czy codziennych zmartwień; własnych w tym sensie – że bezpośrednich, egzystencjalnych i osobistych – niektórzy potrafią spojrzeć też na „całość”, na sytuację ogólniejszą i sprawy może nie tak bezpośrednio już dziś nas dotyczące, ale ważne. Ważne przez to, że prędzej czy później mogące nas bezpośrednio dotyczyć, te które bez wątpienia „dopadną” nas. Efekt tego – zależy od indywidualnego dostępu do informacji, czyli do wiedzy o rzeczywistym i faktycznym stanie spraw, gdyż wiedza o nierzeczywistym stanie spraw informacją nie jest. Może raczej odwrotnie powinienem napisać: efekt tego zależy od indywidualnego dostępu do wiedzy, czyli do informacji o rzeczywistym stanie spraw, gdyż informacja o nierzeczywistym stanie spraw wiedzą nie jest. Z pewnego punktu widzenia oba te stwierdzenia znaczą to samo…

Na tej właśnie zasadzie, im bliżej do wyborów polskich euro-parlamentarzystów – tym bardziej rośnie moja ciekawość, oczywiście nie dotycząca tego, kto zostanie wybrany w sensie personalnym a raczej tego, jaką to stworzy sytuację polityczną i jakie będzie miało reperkusje w sytuacji społecznej. Przy braku wpływu na bieg zdarzeń – można sobie pozwolić na to, by pozostać jedynie przy obserwacji; biernej… choć z zaciekawieniem.

Zmiana władzy w tym kraju w sensie ideologii środowiska politycznego tworzącego władzę lub koalicję rządzącą wydaje się bardzo prawdopodobna i wręcz konieczna. Po prostu niezbędna i to najlepiej natychmiast. Prawdopodobieństwo to wynika nie tyle ze „zwodniczych” badań opinii publicznej, które manipulują zaplanowanym wynikiem zależnie od tego – kto je wykonuje i na czyje zamówienie to robi. Takie „badanie” opinii publicznej ma na celu kształtowanie jej. Dużo bardziej prawdopodobieństwo to widać po zmianie postaw wielu osób publicznie znanych ze swoich poglądów zdecydowanie poro-PO-wskich; dla mnie takim przykładem mogłaby być droga jaka przeszedł Jacek Żakowski: dziennikarz kojarzący się co prawda niestety z „Gazetą Wyborczą”, ale dla mnie to przede wszystkim znany dziennikarz radiowy Radia Tok-FM; drugiej – obok „Polityki” – swoistej „gadzinówki” władzy.
Stopniowe w miarę rozwoju przejście od bałwochwalczego, bezrefleksyjnego stosunku do Platformy „Obywatelskiej”, bezrefleksyjnej w minionych 3 – 4 latach obrony jej „grajdoła politycznego” – do konkluzji iż stworzyła ona państwo nieludzkie, jego skrajnie wypaczoną namiastkę – jest dla mnie godne szacunku i to wcale nie dlatego, że sam podzielam ten pogląd i wygłaszałem go dużo wcześniej. Bynajmniej nie daje mi satysfakcji iż nazywałem pewne zjawiska bez ogródek już dwa lata temu. Tak „oświeconych” stopniowo przybywa, co może pozostać nie bez wpływu na przyszłe wyniki wyborów krajowych. Ideologię która stworzyła to wypaczone, nieludzkie państwo dobrze by było odsunąć jak najszybciej od jakiegokolwiek wpływu na realną rzeczywistość, pod warunkiem wszakże, iż ta siła polityczna która tego dokona – sama ma zamiar wdrożyć normalniejsze, bardziej „ludzkie”, jednolite standardy…

Jak się to jednak ma do najbliższych wyborów europejskich?
Środowisko aktywistów PO prawdopodobnie zdaje sobie sprawę ze zbliżającego się „rozliczenia” przez wyborców, być może dlatego partia desygnowała na kandydatów do Parlamentu Europejskiego na pierwszych miejscach list wyborczych swoich najlepszych, sprawdzonych „towarzyszy” – jak były minister Vincent Rostowski czy urzędujący minister Władysław Kosiniak Kamysz, Bogdan Zdrojewski; jeśli się urzędujących dziś ministrów wystawia do wyborów, czyli w intencji – wysyła do Brukseli, to dowodzi po prostu świadomości, iż długo oni by tu i tak już nie pourzędowali…
Jest tam na pierwszych miejscach list właśnie i Bogdan Zdrojewski, i niesławny Michał Boni, Janusz Lewandowski, Dariusz Rosati, Barbara Kudrycka, Danuta Huebner, Julia Pitera, Jacek Saryusz Wolski, Róża Thun, Jerzy Buzek… słowem towarzystwo faktycznie „doborowe”, niezwykle w swoim „liberalnym” odczłowieczeniu społecznym kompetentne.

Załóżmy więc przez chwilę na użytek eksperymentu myślowego, że wszystkie te osoby wraz z wystawionymi obok nich celebrytami i innymi „figurantami” mającymi co najwyżej „zajmować miejsca mądrzejszym od siebie wrogom – a tym wyżej wymienionym nie przeszkadzać, ludźmi całkowicie im praktycznie podporządkowanymi w zamian za „ciepłą wodę w kranach”, dobrze płatną i miłą posadkę na co najmniej pięć lat – dostają się do Parlamentu Europejskiego.
Załóżmy, że większość z polskiej puli 51 mandatów w PE obejmują tego typu sprawni politycy Platformy Obywatelskiej mający kontakty zawodowe, polityczne, dobre rozeznanie w tym jak się w PE poruszać wśród wytrawnych polityków zachodnioeuropejskich, mający szerokie kontakty osobiste zdobyte w minionych latach swojej aktywności itp. Głos Polski na forum międzynarodowym w Unii – przynajmniej w PE – byłby więc nadal głosem Platformy Obywatelskiej i jej ideologii.
Mają oni – wraz z działającym do końca kadencji rządem PO w kraju jeszcze rok na przygotowanie się do skutków zmiany władzy w Polsce.

Latem 2015 roku odbywają się wybory prezydenckie i parlamentarne w Polsce i załóżmy, że w ich wyniku władzę obejmuje partia „Prawo i Sprawiedliwość”, która utworzy rząd. Ale kto będzie rządził? Kto wówczas rządzi „tak naprawdę”? Nie można przecież zapominać, że prawo Unijne a raczej dyrektywy będące w rzeczywistości instrukcjami obligatoryjnego modyfikowania prawa na szczeblu krajowym – ma właśnie pierwszeństwo prawne, czyli rząd musi poniekąd ciągle wdrażać zmiany prawa krajowego pod dyktando dyrektyw unijnych.
To jest zrozumiałe i logiczne z punktu widzenia konieczności dążenia do jego unifikacji, ale w aspekcie powyższego pytania zastanawiać się można – kto miałby większy wpływ na sytuację w kraju; ci co tworzą prawo unijne i kierunki jego zmian na poziomie krajów unii czy ci którzy zarządzają państwem pod dyktando tychże dyrektyw, musząc prawo krajowe do nich dostosowywać.

Obawiam się, że niewiele osób w pełni rozumie rzeczywistą rolę poszczególnych instytucji Unii Europejskiej w procesie kształtowania Unii i zarządzania nią na szczeblu kontynentalnym. A przecież jest i szczebel globalny na którym dokonywane są zmiany przez „globalnych graczy” do których Polska przecież nie należy. Bardzo niewielkie zainteresowanie wyborami naszych reprezentantów w Parlamencie Europejskim (a przewiduje się w Polsce frekwencję na poziomie 20%) wynika nie tylko z braku łatwego dostępu do wspomnianej wiedzy; to pewnie i zbytnie rozbicie interesów narodowych poszczególnych krajów, istniejący od początku „podskórnie” rzeczywisty podział na „lobby” tzw. starej unii i jej siłę w porównaniu z nowymi członkami, zapewne i początkowy zwyczaj gremialnego wysyłania tam (wystawiania kandydatur) osób niekompetentnych, artystów, celebrytów, pożytecznych idiotów którzy będą zbyt głupi by przeszkadzać elicie tych co „wiedzą o co chodzi” – wszystko to przyczyniło się do społecznego nastawienia lekceważącego, uznawania tych wyborów za mało istotne. Parlamentarzyści europejscy nie działają zresztą w ramach „reprezentacji” narodowych a w ramach podziału całego PE na większe struktury polityczne; być może nie jest bez znaczenia każda osoba zasilająca konkretną opcję polityczną w ramach struktury PE, nawet i kilkadziesiąt głosów tu się liczy, lecz oddala to psychologicznie PE od „przeciętnego” obywatela kraju członkowskiego.

Oczywiście sytuacja w Unii a co za tym idzie i rola parlamentarzystów powoli zmienia się, ale nastawienie zwykłych obywateli, jakby „metka” tych wyborów – zmienia się jeszcze wolniej.
Szczególną rolę należy przypisać głównie czterem instytucjom; Komisji Europejskiej, Radzie Unii Europejskiej, Radzie Europejskiej oraz Parlamentowi Europejskiemu; instytucji europejskich jest znacznie więcej i wcale nie są one drugorzędne w ramach przysłowiowej już unijnej biurokracji. Te cztery stanowią jednak główny trzon odpowiadający funkcjonalnie parlamentowi i rządowi.

Komisja Europejska i jej przewodniczący jest powoływana przez Radę Europejską. Składa się z Przewodniczącego, komisarzy (po jednym z każdego kraju) oraz grupy pracowników Komisji; tłumaczy itp. – obecnie ok. dwudziestu pięciu tysięcy pracowników działających na rzecz komisarzy. Rada Europejska powołuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej a ten desygnuje kandydatów na Komisarzy – którzy są po przesłuchaniach w komisjach PE następnie także formalnie powoływani przez Radę Europejską i PE. Komisja odpowiada za interes Unii jako całości, zajmuje się polityką Unii we wszelkich jej obszarach działania. To Komisja ma prawo do inicjatywy ustawodawczej, decyduje o konsultacjach społecznych, określa długofalową politykę finansową Unii, przygotowuje do zatwierdzenia propozycję rocznego budżetu Unii oraz rozdzielania środków finansowych, pilnuje też wykonywania prawa europejskiego przez rządy krajowe, także wspomnianej implementacji dyrektyw. Każdy z komisarzy zajmuje się inną dziedziną gospodarki unijnej, powierzoną mu przez Przewodniczącego zgodnie z kompetencjami.
Zajmuję się tu jednak głównie oceną wpływu rozlokowania polityków PO jako przyszłej opozycji i ich możliwego wpływu na możliwości realizacji przez nowy Rząd jego programu wyborczego; jednego w przypadku Komisji Europejskiej nie wiem: kto i na podstawie jakich przesłanek nominuje poszczególne osoby na kandydatów na Komisarzy; firmuje to swoim nazwiskiem powołany wcześniej Przewodniczący Komisji, ale jaki jest „klucz” doboru tych kandydatów? Czy aby tylko kompetencyjny?
Komisarze ponoszą odpowiedzialność nie przed tym ciałem które ich powołało a wyłącznie przed Parlamentem Europejskim. Odpowiedzialność tę Parlamentowi Europejskiemu z natury dużo trudniej jest wyegzekwować niż Komisji Europejskiej i być może dlatego tak to zorganizowano. Listę Komisarzy ustala Rada Unii Europejskiej w porozumieniu z Przewodniczącym Komisji i uwzględniając opinie rządów krajów członkowskich. To jasne, gdyż Rada Unii Europejskiej składa się z ministrów rządów państw członkowskich. Problem jest jednak z terminarzem: kadencja Komisji Europejskiej trwa 5 lat, rozpoczęła się na początku lutego 2010 roku a więc czy może ona upłynąć przed terminem wyborów parlamentarnych w Polsce; czyżby to oznaczało, że to obecny Rząd miałby na kilka miesięcy przed przegranymi przez siebie wyborami ustalić skład Komisji Europejskiej? (a w niej polskiego komisarza). Powiązanie składu Komisji z wynikami wyborów krajowych musi przecież istnieć jednak do jakiego stopnia można nim manipulować. Tu trzeba przyznać, że środowisko PO jako opozycyjne wobec rządu krajowego byłoby dużo bardziej „sprawne” niż obecna opozycja w Polsce.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne, ale nie można nie uwzględniać, iż nie ma on prawa inicjatywy ustawodawczej; jest on ogromną machiną biurokratyczną o bardzo rozbitym oddziaływaniu, natomiast ciała unijnej administracji które mają największy wpływ na cała sytuację Unii – nie pochodzą z bezpośrednich wyborów, proces ich wyłaniania jest dość niejednoznaczny.

Generalnie trudno jest o rzetelne informacje szczegółowe o organizacji i funkcjonowaniu Unii jako całości, gdyż wiele źródeł wzajemnie sobie zaprzecza; dla przykładu strona internetowa Unii Europejskiej i poświęcona Unii strona w tak popularnej dziś Wikipedii. Odnoszę wrażenie że stan małego rozpowszechnienia rzetelnej wiedzy nie jest tu przypadkowy.
Chodzi o materię dość złożoną, o skomplikowane zależności i masę szczegółów posiadających swoje różne „dna”… jakże więc się nie dziwić niechęci jaką „przeciętny obywatel” Unii darzy wybory do PE. Unia jest zbyt skomplikowana dla „Kowalskiego” więc koncentruje się on na wojence personalnej zastępującej politykę w swoim kraju, ale rzeczywista sytuacja w kraju – zależy w dużej mierze od Unii; czy to aby sprawa jedynie przypadku?

To, że Unię trudno zrozumieć nie znaczy, że łatwiej ją lekceważyć.
Generalnie trudno jest określić ewentualny hipotetyczny wpływ przyszłych przegranych przez PO wyborów parlamentarnych pomimo wygrania wyborów europejskich – na sytuację i możliwości nowego polskiego rządu. Wiele też zapewne zależy od jego postawy, stopnia samodzielności, od definicji bieżącej „interesu polskiego” i skłonności do poświęcania tegoż na rzecz integracji – choćby i ze stratą, czy na rzecz własnej kariery politycznej lub finansowej.
Jedno jest pewne: w nominowaniu znanych polityków PO takich jak Rostowski, w tym i urzędujących ministrów – jako kandydatów w wyborach do PE – jest coś niepokojącego. Byłoby pożałowania godne, gdyby obecna walka ideologiczna i personalna ze szczebla krajowego przeniosła się po wyborach parlamentarnych w Polsce na szczebel Instytucje UE – Rząd.

21/03/2014

Rządzenie Platformy Obywatelskiej – to nie jest domena ekspertów.

Jarosław Kaczyński jaki jest – każdy widzi, ale jego racja merytoryczna lub jej brak od tego przecież nie zależy!
Uważam jednak, że trafił w sedno nazywając Tuskową propozycję „debaty” w stylu „amerykańskim” – USTAWKĄ!

Oczywiście, że tak to zostało pomyślane! W tylu kibolskim haratających w gałę.
To klasyczna ustawka, żer dla paparazzich i wszelakiej politycznej i dziennikarskiej hołoty. Tusk nadal nie może sobie darować, że to się nie uda, nadal podjudza tych „honorowych” kiboli – oczekujących idiotycznych spektakli zamiast rzeczywistej dyskusji.

W tej swojej demagogii Tusk zapędził się jednak sam w „kozi róg”; powiedział dziś (w wersji Dziennik.pl), że „rządzenie nie jest domeną ekspertów” i że chodzi mu o „pojedynek twarzą w twarz” (czyli ustawkę).
Dla każdego przeciętnego człowieka to jest oczywiste i nawet łatwo dziś da się wręcz osobiście odczuć, że rządzenie ekipy Platformy Obywatelskiej „nie jest domeną ekspertów”; ci co rządzą – mają ekspertów w d… no bo i tak przecież „ma być tak jak ma być, jak nakazują założenia ideologiczne i zobowiązania biznesowe, więc co tu do rzeczy ma wiedza ekspercka”…
Faktycznie; w takiej sytuacji… ekspertem jest ten, kto potwierdza, przytakuje, zgadza się.

Dziś nam jednak, zwyczajnym obywatelom, chodzi o dyskusję o Polsce, o gospodarce i o polityce społecznej a nie o „igrzyska”. Chodzi o to, dokładniej – NAM chodzi o to, by wyborcy mogli sobie wyrobić zdanie o różnych propozycjach i pomysłach na dalsze rządzenie, bo naprawdę wszystko można zmienić, inaczej zaprojektować, możliwości politycznych jest wiele. Taka dyskusja jest z natury dyskusją ekspercką, publiczną dyskusją fachowców a nie „pojedynkiem” na garnitury, na bezczelność i arogancję, na „europejskość” i cynizm. Myślę, że w takiej konkurencji Jarosław Kaczyński mógłby rzeczywiście przegrać z Donaldem Tuskiem, ale to przecież tylko dobrze świadczy o Jarosławie Kaczyńskim…

Oczekujemy pełnego, kompletnego programu wyborczego Platformy Obywatelskiej, by móc go porównać z opublikowanym programem Prawa i Sprawiedliwości. Ale Donald Tusk takiego programu nie ma i nie jest w stanie go stworzyć ze względów merytorycznych ani politycznych, dlatego widocznie woli „ustawki”…

15/02/2014

Jest już uaktualniony program partii Prawo i Sprawiedliwość.

W związku z tym, że szczególnie interesuje mnie obecnie sprawa stosunku PIS do problemu pracy, rynku pracy, roli państwa w tej sprawie – zacytuję poniżej fragment bardzo obszernego programu PIS bezpośrednio tego dotyczący.
_____________________________________________________________________________
PROGRAM PARTII PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ – 2014
Rozdział III – RODZINA
2. PRACA
Praca zapewniająca godne i dostatnie życie musi być dobrem powszechnie dostępnym. Bez dobrze wykształconych, zatrudnionych na stabilnych, zapewniających bezpieczeństwo, zasadach i godziwie wynagradzanych pracowników trwały rozwój gospodarczy, który uczyni z Polski prawdziwie kraj nowoczesny, nie jest możliwy. Tymczasem niezwykle dotkliwym dla wielu rodzin w Polsce jest brak pracy lub niewspółmiernie niskie wynagrodzenie otrzymywane za jej wykonywanie. Bezrobocie dotyka dziś 13,4% zdolnych do pracy – tj. blisko 2,2 mln ludzi (grudzień 2013r.), z czego ponad milion stanowią osoby do 35 roku życia, a ponad 500 tys. bezrobotnych to ludzie powyżej 50. roku życia. Zwiększa się liczba osób długotrwale bezrobotnych, tj. powyżej 12 miesięcy, których jest obecnie ponad 1,2 mln. Dramatycznie spada liczba bezrobotnych z prawem do zasiłku, który otrzymuje tylko 13,8% uprawnionych, (tj. co siódmy bezrobotny). Umowy o pracę na czas nieokreślony zastępuje się coraz częściej umowami cywilno-prawnymi (tzw. śmieciówkami). Umowy te nie gwarantują prawa do urlopu czy gwarancji minimalnego wynagrodzenia, są ucieczką od płacenia składek na ZUS, niszczą system ochrony zdrowia i emerytalny, obniżają również siłę nabywczą tej grupy społecznej. Problemem są też umowy na czas określony, mamy dziś najwyższy wskaźnik (ok. 30%) zawierania takich umów na poziomie Unii Europejskiej.
Niskie wynagrodzenia za pracę często nie pozwalają rodzinie na normalne wychowanie potomstwa. Jest nie tylko wysoce nieracjonalnym, ale także niemoralnym zabieranie rodzicom dochodu z pracy na cele publiczne wówczas, gdy rodzina nie jest w stanie wypełnić obowiązków wobec swoich niezdolnych do pracy członków rodziny. Odebrany przez podatki dochód z pracy uzupełnia się później przez różnego rodzaju zasiłki i zapomogi (jedna grupa urzędników zabiera rodzinie dochód, a druga rozdaje zasiłki i zapomogi). Niszczy się w ten sposób podmiotowość, odbiera samodzielność ekonomiczną, ingeruje w autonomię rodziny.

Wymierny wzrost wynagrodzeń pracowniczych.
Systemowa zmiana podejścia do wzrostu płac jest zatem, po pierwsze kwestią sprawiedliwości społecznej, po drugie, bardzo istotnym elementem strategii pobudzania wyższego wzrostu i wychodzenia z pułapki średniego rozwoju, po trzecie, kwestią cywilizacyjną, hamującą rozwarstwienie społeczeństwa i pogłębianie obszarów biedy w Polsce. Polska gospodarka nie może być budowana na założeniu jej konkurencyjności wynikającej z niskich kosztów pracy. Proponujemy przyjęcie „paktu dla wzrostu wynagrodzeń”. Stronami paktu będą: strona społeczna, pracodawcy oraz rząd. Pracodawcy, przyjmujący zasady paktu będą korzystać z premii inwestycyjnych, których strona rządowa będzie gwarantem. Pracodawcy przystępujący do „paktu” będą korzystali z rządowych programów wsparcia.

Ponad 1 mln 200 tys. nowych miejsc pracy dla ludzi młodych.
Pobudzenie popytu wewnętrznego będzie z jednej strony następowało poprzez zwiększanie wynagrodzeń, a z drugiej z wprowadzenia programów, które umożliwią tworzenie nowych miejsc pracy. Pro-zatrudnieniowy charakter będzie miał nowy system podatkowy oraz programy rządowe. Do ich uruchomienia zostaną skierowane przede wszystkim środki unijne.
Jednym z takich programów jest Narodowy Program Zatrudnienia, który będzie promował zatrudnienie ludzi młodych, zwłaszcza na terenach wiejskich oraz w małych ośrodkach miejskich, ale także w sytuacji zatrudniania ich w małych i średnich przedsiębiorstwach czy tworzeniu z ich udziałem nowych przedsiębiorstw. Ponadto bezpośrednie wsparcie ekonomiczne otrzymają absolwenci zatrudniani w gminach i miastach zdegradowanych ekonomicznie, zwłaszcza we wsiach popegeerowskich, miastach o zniszczonym przemyśle oraz regionach zagrożonych wyludnieniem.
Chcąc osiągnąć tak znaczny wzrost miejsc pracy wprowadzimy konkretne mechanizmy i narzędzia finansowe. I tak m.in., obniżymy wysokość składki na ubezpieczenia społeczne na obszarze gmin zdegradowanych ekonomicznie. Zmniejszymy o 50% wysokość składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w części finansowanej przez pracodawcę, będącego płatnikiem w przypadku zatrudnienia młodych pracowników w pełnym wymiarze czasu pracy przez okres pierwszych dwunastu miesięcy ich zatrudnienia.
Przedsiębiorcy z terenu gmin zdegradowanych ekonomicznie otrzymują z budżetu państwa, za pośrednictwem organu gminy, pomoc finansową na pokrycie kosztów praktyki szkoleniowej absolwentów. W przypadku, kiedy praktyka będzie nieodpłatna, miesięczna kwota pomocy wyniesie do 50% minimalnego wynagrodzenia za pracę, w przypadku praktyki odpłatnej do 25%. Maksymalny czas trwania umowy o praktykę szkoleniową będzie wynosił 3 miesiące.
Fundusz Wspomagania Zatrudnienia i Funduszu Wspierania Przedsiębiorczości ludzi młodych udzielać będzie pożyczek i kredytów na dogodnych warunkach. Pierwszeństwo w otrzymaniu pożyczki bądź kredytu będą mieli bezrobotni absolwenci, którzy chcą podjąć działalność gospodarczą. Warunkiem będzie zobowiązanie wnioskodawcy do utworzenia najmniej dwóch miejsc pracy dla ludzi młodych, zatrudnionych na pełnym etacie, na okres co najmniej 1 roku. Pożyczki i kredyty mogą być umarzane, w przypadku stworzenia stabilnych miejsc pracy, a spłata kredytu wraz z odsetkami zawieszana, jeżeli sytuacja ekonomiczna przedsiębiorcy ulegnie pogorszeniu. Przedsiębiorca, będący podatnikiem będzie mógł odliczyć od podstawy opodatkowania w podatku dochodowym, kwotę stanowiącą zryczałtowaną wartość kosztu utworzenia nowo utworzonego miejsca pracy, bądź odroczyć termin płatności podatku dochodowego – zarówno podatnik podatku od osób fizycznych jak też podatnik podatku dochodowego od osób prawnych.
Ponadto: zmniejszymy do 50% stawki maksymalnej podatku od nieruchomości związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej dla przedsiębiorców zatrudniających określoną liczbę osób do 35 roku życia; zmniejszymy do 50% stawki maksymalnej w podatku od środków transportu; wprowadzimy nową kategorię podatnika – młody przedsiębiorca, który miałby zmniejszoną wysokość płaconych zaliczek w podatku dochodowym do 50%; dla osób rozpoczynających wykonywanie działalności gospodarczej, przedłużymy o dodatkowe 12 miesięcy możliwości stosowania obniżonej o 50% podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne; w ustawie o zryczałtowanym podatku dochodowym wprowadzimy nową kategorię – młody przedsiębiorca, który będzie objęty preferencją w postaci odrębnej stawki podatkowej w wysokości 3,5%. Stawkę karty podatkowej dla małych przedsiębiorców obniżymy o 30%.

Ułatwienie dla rozpoczynających działalność gospodarczą.
Osoby prowadzące pierwszą w życiu działalność gospodarczą korzystają obecnie przez pierwsze dwa lata z preferencyjnych stawek ZUS na poziomie 30% minimalnego wynagrodzenia, aby już w następnym roku płacić 100% stawkę. Wprowadzimy tzw. łagodne przechodzenie z „małego ZUS” na zwykły stosując przez kolejne lata preferencyjną stawkę, podwyższając ją każdego roku o 25%.

Działania chroniące prawa pracownika.
Oprócz walki z bezrobociem i dążeniem do zwiększenia realnego wynagrodzenia rodzin będziemy również zabiegać o godne warunki pracy dla wszystkich pracowników, niezależnie od sposobu ich zatrudnienia.
Podejmiemy działania w celu ograniczenia stosowania umów na czas określony i umów cywilno- prawnych. Zmienimy przepisy Kodeksu Pracy, tak aby ograniczyć patologię w zatrudnianiu. W tym celu wprowadzimy jednolite zasady opłacania składek na ubezpieczenie społeczne bez względu na rodzaj umowy, ograniczymy ilość i czas trwania takich umów, przywrócimy dotychczasowe zasady rozliczania czasu pracy, wprowadzimy zasadę potwierdzania zawarcia umowy o pracę na piśmie przed przystąpieniem do pracy, ograniczymy ilość wyjątków dopuszczających prace w niedziele i święta.
Będziemy dążyć do wprowadzona zasady, że płaca minimalna nie może być mniejsza niż 50% średniej płacy w gospodarce narodowej. Zlikwidujemy przepis ograniczający do 80% wysokość minimalnego wynagrodzenia dla osób młodych, po raz pierwszy wchodzących na rynek pracy, tak aby wszyscy zatrudniani otrzymywali co najmniej pełne minimalne wynagrodzenie.
Utrzymamy ochronę przed zwolnieniem z pracy na 4 lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Zmienimy zasady funkcjonowania i zatrudniania przez Agencje Pracy Tymczasowej, tak aby zawierane umowy miały charakter tymczasowy i krótkotrwały i nie zastępowały umów o pracę. Wynagrodzenie za prace musi być pod szczególną ochroną państwa. Wprowadzimy przepisy gwarantujące ochronę wypłaty wynagrodzeń pracownikom. Usprawnimy funkcjonowanie Państwowej Inspekcji Pracy i Sądów Pracy.

Usprawnienia w funkcjonowaniu rynku pracy.
Rynek pracy cechują duże przepływy osób między bezrobociem, zatrudnieniem i biernością zawodową. Wiele rozwiązań, które stosuje się w Polsce to w rozwiniętym świecie zamierzchła przeszłość. Państwo powinno mieć wpływ na politykę finansowania rynku pracy, szczególnie, uwzględniając zróżnicowaną stopę bezrobocia w kraju. Walka z bezrobociem wymaga zracjonalizowania, zlikwidowania pozornych działań w tej dziedzinie, nie przynoszących istotnych efektów. Pomimo sporych wydatków publicznych na wsparcie kształcenia ustawicznego (3-4 mld złotych rocznie; czyli 4-5 razy więcej niż przed akcesją do UE), wciąż zaledwie 5-6 proc. dorosłych Polaków podejmuje naukę po ukończeniu kształcenia (w UE ok. 10-13 proc.). Przy czym szkolenia te często są mało przydatne z punktu widzenia rozwoju zawodowego. Wydajemy coraz więcej pieniędzy, uzyskując niewielkie efekty.
Upowszechnimy dostęp do kształcenia ustawicznego przez indywidualny fundusz edukacyjny (IFE), kierowany dla każdego zatrudnionego. Zmienimy charakter tego kształcenia tak, by rzeczywiście było ono powiązane z wymogami rynku pracy. Konieczne są zmiany w funkcjonowaniu publicznych służb zatrudnienia, aby poprawić ich skuteczność działań. Ważnym ogniwem powinny też być prywatne firmy usługowe wspomagające lokalne rynki pracy. Zmianie ulec musi cel i podział środków odprowadzanych przez pracodawców na Fundusz Pracy, który służyć musi realizacji polityki zatrudnienia, a nie wspieraniu budżetu państwa. Poprawimy efektywność i zwiększymy środki z Funduszu Pracy na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. Kontrolę nad nim powinien sprawować minister odpowiedzialny za sprawy rynku pracy przy współudziale partnerów społecznych. Pracodawcy, którzy odprowadzają 2,45% składki wraz pracownikami powinni mieć możliwość współdecydowania o przeznaczeniu środków Funduszu Pracy na działania aktywizujące.
______________________________________________________________________
Cały obszerny, uaktualniony program tej partii jest od dziś dostępny na stronie Internetowej PIS
Z całą pewnością warto się z tym dokumentem zapoznać, szczególne wrażenie zrobił na mnie opis stanu obecnego Polski oraz analiza, jak do tego doszło.

23/06/2013

Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…

Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.

Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.

Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.

Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.

Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,

09/04/2013

Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?

Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli „zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia, spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.

Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...

Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.

Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".

http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209

Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.

http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html

Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…

Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.

Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.

Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.

24/03/2013

Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?

Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej „szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.

Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.

Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:

1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…) 


Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.

Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.

10/03/2013

My(d)lenie bezrobotnym…

Minister Pracy – obecnie Władysław Kosiniak Kamysz z PSL poinformował w połowie lutego br. o przekazaniu do „konsultacji społecznych” projektu zmian w ustawie „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Na stronie MPiPS ukazała się dość lakoniczna wzmianka na ten temat, bardziej nastawiona jak rozumiem na to, by wykazać, że w ministerstwie w ogóle coś się robi (w okresie przewidywanej wówczas ewentualnej „rekonstrukcji” rządu), niż na faktyczne poinformowanie społeczeństwa o celach, planach i kierunkach zmian, głównie oczywiście poinformowanie samych zainteresowanych.

Ogólnie trzeba stwierdzić, że nic w tym nie ma nadzwyczajnego; strona internetowa ministerstwa była i nadal jest niezwykle irytująca i demotywująca dla zainteresowanych, szczególnie dla bezrobotnych, gdyż bardziej niż informatorem – jest miejscem autopromocji i na dodatek denerwującą kroniką spokojnego i wesołego „życia korporacyjnego” nieźle się chyba bawiących urzędników ministerstwa, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości, do problemów życia.
Projekty nowelizacji przekazano więc „do konsultacji społecznych” i proszę o wybaczenie czytających to – ale nie mam pojęcia co to znaczy i nie mam wręcz ochoty tego sprawdzać. Procedura konsultacji społecznych jest gdzieś pewnie opisana w jakiejś ustawie lub przepisach wykonawczych, być może chodzi o rozmowy w ramach tzw. Komisji Trójstronnej, ale… to nie ma żadnego znaczenia. Ta władza traktuje „konsultacje społeczne” jedynie jako wymóg formalny któremu trzeba sprostać i który tylko opóźnia prace a i tak ma od początku zamiar zrobić wyłącznie to, co sama wcześniej postanowiła. Władza działa na zasadzie: jest wymóg „konsultacji” i nie da się go ominąć – to trudno; zrobimy konsultacje, może się dadzą przekonać i zgodzą się z nami, a jeśli nie – to i tak przecież zrobimy to co sami chcemy… Pominięcie, zbagatelizowanie i wręcz wyszydzenie poprzez usłużnych, przydupnych dziennikarzy, wyślizganych radców i blogerów dwóch milionów głosów obywatelskich w sprawie wydłużenia czasu oczekiwania na nabycie uprawnień emerytalnych jest tu jedynie spektakularnym przykładem.
Zrozumiałe wiec, że zajmowanie się tu przeze mnie takimi „konsultacjami” byłoby stratą czasu. Niech to robią ci, co zbierają i gromadzą dowody dla przyszłego Trybunału Stanu…

Przykład: inny projekt – zmian w prawie pracy dotyczących np. wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy z jednoczesną zgodą na brak unormowanych stałych godzin pracy. Projekt został wysłany do Sejmu w celu przegłosowania pomimo braku porozumienia co do jego treści ze strony „partnera społecznego” jakim jest centrala związkowa Solidarność. W blogu rządowym minister Kosiniak Kamysz pisze na ten temat tak:

„(…) Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców. Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania.(…)”


Jak widać – „ekspert” z ministerstwa najlepiej wie wszystko i wszystko najlepiej rozumie; bo jest po prostu bezrefleksyjny. Co to właściwie znaczy: nie mogliśmy już dłużej czekać?! Czekać na co: na to aż związkowcy dadzą się przekonać do wersji rządowej? To zdaniem ministra – konsultacje społeczne nie polegają na tym, że się słucha społeczeństwa i uwzględnia słuszne uwagi, tylko na tym, by próbować „po dobroci” narzucić społeczeństwu swoją wersję?
To po prostu hucpa.
Dowód na całkowitą rzeczywistą niedemokratyczność tej władzy. Tendencje totalitarne „jedynie słusznych” racji. W normalnych warunkach demokratycznej, prospołecznej władzy – niemożność uzyskania porozumienia po tak długich dyskusjach oznaczałaby, że projekt jest zły (społecznie nieakceptowany) i należy go radykalnie zmienić.
Skoro więc „konsultacje społeczne” odbywają się w zdziczałym państwie Platformy Obywatelskiej na takich zasadach, szkoda mi czasu na zajmowanie się nimi także i w sprawie wspomnianej kolejnej nowelizacji prawa pracy, o której chciałbym napisać.

Wszystko co wychodzi z Ministerstwa Pracy ma wymiar magiczny i teoretyczny, bo zajmują się tam sprawami bezrobotnych osoby chyba nie mające w rzeczywistości pojęcia o realiach bezrobocia. Gdyby statki miał projektować ktoś, kto nigdy nie był w stoczni ani nie widział żadnego statku w rzeczywistości i nigdy też nie był na „pełnym morzu” w czasie sztormu, gdzie ten statek ma być eksploatowany – a posługiwał się jedynie inżynierską wiedzą teoretyczną oraz danymi statystycznymi – nie mielibyśmy wątpliwości, że produkt będzie po prostu ułomny. Pływająca trumna. Jeśli natomiast tacy – nieźle się przy tym bawiący „teoretycy” – zajmują się bezrobociem, nie widzimy w tym niczego dziwacznego.
Ja widzę i pisałem o tym niejednokrotnie.
Nie jest to domeną ministerstwa; takie objawy widoczne są już na poziomie wojewódzkich urzędów pracy, żyjących własnym życiem wewnętrznym i całkowicie oddzielonych od tego co się dzieje w urzędach powiatowych, nawet patrzących na to z pewnym dystansem czy wręcz obrzydzeniem, mimo że fizycznie usytuowanych – jak np. w Szczecinie – po sąsiedzku.

Ponadto i nade wszystko – stosunek władzy do bezrobocia ma ścisły wymiar ideologiczny.
Nie może to nie oddziaływać na organizację i funkcjonowanie tego, co władza nazywa „służbami zatrudnienia” a co w rzeczywistości odpowiada temu – jak bezrobocie służy tej władzy. Dlatego trudno dziś o jakiekolwiek dokładne i praktyczne informacje o wspomnianej nowelizacji ustawy, dotyczącej sposobów funkcjonowania urzędów pracy.

Znane są jedynie założenia teoretyczne tej zmiany:

1. Poprawa usług świadczonym osobom bezrobotnym stosownie do ich potrzeb.
Bardzo piękny i efektowny punkt programu.
Przede wszystkim ważne jest tu, że władza absolutnie odżegnuje się od bezrobocia jako swojej winy czy efektu będącego następstwem konkretnych działań lub ich zaniechania. Pozwalają na to magiczne słowa – wytrychy: „kryzys” i „globalizacja”. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, ale władza się za taką uważa, dlatego się konstytucją po prostu zbytnio nie przejmuje – powołując przepisy z konstytucją sprzeczne w nadziei, że nikt ich nie podważy a ewentualne podważenie nie da szybkiego efektu.
Bezrobocie jako wynik wielu lat chaotycznego i bezmyślnego niszczenia i burzenia tego co pozostało po gospodarce PRL – bez zastąpienia tego czymkolwiek innym – nie jest efektem „naturalnym” niezależnym od władzy. Oczywiście zawsze można powiedzieć: to przecież nie my, to inni, nasi poprzednicy; generalnie wspomniani przydupni dziennikarze i wyślizgani prawnicy są w stanie wszystko „wyjaśnić” czyli zawsze usprawiedliwić władze.
Brak pracy czyli nadwyżka podaży pracy nad popytem na nią po prostu istnieje. Władza twierdzi, że jej nic do tego. Człowiek pozbawiony zatrudnienia a co za tym idzie – pozbawiony możliwości zdobycia środków do życia, jest w zasadzie pozostawiony sam sobie, jak w jakimś gigantycznym, absurdalnym survivalu, do którego przecież sam i z własnej woli nie przystępował. Ma sam sobie „dać radę” i to jest uważane za jego sprawę prywatną.
Państwo – choć całkowicie winne temu, poczuwa się do tego, że może bezrobotnemu trochę pomóc, świadcząc usługi dla niego przeznaczone. Osoba pozbawiona pracy może jeśli chce dodatkowo (prócz własnych skazanych na niepowodzenie wysiłków) zarejestrować się dobrowolnie w urzędzie pracy i skorzystać z usług jakie PUP świadczy dobrowolnie na rzecz bezrobotnych. Wysiłki bezrobotnego będącego w wieku rzędu 45 – 50 lat i więcej (ale mniej niż wiek emerytalny) są skazane na niepowodzenie, dlatego że władza i cały system jest nastawiony ideologicznie na całkowitą swobodę przedsiębiorców i eksploatowaniu zasobów ludzkich i materialnych tego społeczeństwa dla budowanie własnego, prywatnego majątku. Sprawia to wrażenie zamachu stanu „biznesu” na państwo, osłabione zamętem, bałaganem i zniechęceniem czasu stanu wojennego oraz czasu niszczenia i rozkradania jaki nastąpił potem, za rządów Mazowieckiego i następców.
Urząd pracy może więc zaoferować dziś usługi – jak zakład fryzjerski albo dom publiczny (o przepraszam: agencja towarzyska). Zestawienie tych usług można znaleźć na stronach instytucji, nie będę tego tu przytaczał bo to i tak bez znaczenia; jedno jest wszakże jasne: bezrobocie dramatycznie rośnie, co oznacza, że te „usługi” są absolutnie nieskuteczne, nie mają istotnego wpływu na los ludzi pozbawionych zatrudnienia.
Zmiana zaproponowana przez ministra Kosiniak Kamysza ma polegać na tym, że owe usługi mają być teraz świadczone stosownie do potrzeb osób bezrobotnych. Dotychczas potrzebami osób bezrobotnych nikt się nie przejmował ani nawet nie interesował. „Pomoc bezrobotnym” świadczono stosownie do potrzeb biznesmenów mających na tym „pomaganiu” zarobić. Dlatego zmarnowano ogromne kwoty pomocy unijnej przeznaczonej na działania zmniejszające bezrobocie, o czym pisałem wcześniej.

Wracając do wspomnianej „poprawy jakości usług” jako pomysłu na walkę z bezrobociem – ma ona w projekcie ministerstwa zostać uzyskana poprzez odbiurokratyzowanie niektórych działań czyli jakąś zmianę procedur stosowanych w urzędach, tak zwane „profilowanie bezrobotnych” mające dać odpowiedź na pytanie co konkretnej osobie rejestrującej się jest potrzebne oczywiście w ramach katalogi „usług” oferowanych przez urzędy pracy – by ułatwić jej znalezienie zatrudnienia, włączenie do działań także wybranych agencji zatrudnienia przejmujących część zadań urzędów pracy wobec niektórych osób oraz integrację usług wobec potrzebujących pomocy.


Integracja usług ma jak się zdaje objąć jedynie poradnictwo i informacja zawodowa oraz pomoc w aktywnym poszukiwaniu pracy. Moim zdaniem jest to o tyle zbędne, że zagadnienia te w dość dużym zakresie powinny stać się natychmiast częścią obowiązkowego programu nauczania w szkołach wszystkich typów; usługi tego typu muszą być przeniesione już do szkół, by zapobiegać w miarę możności sytuacji konieczności rejestrowania się absolwenta jako osoby bezrobotnej. Chodzi mi właśnie o rolę prewencyjną wobec bezrobocia także i za pomocą szerzenia konkretnej i poważnie traktowanej w szkołach i uczelniach wiedzy o rynku pracy, jego aktualnym stanie i tendencjach. Ponadto – jeśli dobrze rozumiem intencje projektu – to profilowanie bezrobotnych ma mieć jako swoje logiczne następstwo – właśnie integrację potrzebnych działań i to nakierowanych na potrzeby konkretnej osoby indywidualnie. Rzecz jasna – mowa o osobach rzeczywiście poszukujących zatrudnienia i wykazujących tu właściwą determinację, aktywność i zdecydowanie.

2. Poprawa efektywności działania samych urzędów pracy.
Ministerstwo chce tu przenieść ciężar walki z bezrobociem i zwalczanie jego skutków właśnie na lokalne społeczności; województwa, powiaty i gminy. Przede wszystkim dostrzeżono już całkowitą martwotę funkcjonujących w Wojewódzkich Urzędach Pracy tzw. Centrów Informacji i Planowania Kariery Zawodowej. Centra te istnieją, kosztują ale nie posiadają adekwatnych zadań do spełnienia.
Walka z bezrobociem ma być sprawą regionalną, bliską konkretnym lokalnym rynkom pracy, poprzez tworzenie i wdrażanie regionalnych programów łagodzenia skutków bezrobocia oraz badania ich lokalnych skutków.
Tak na marginesie: to uderzające: istnieją i działają podobno Wojewódzkie i Powiatowe Rady Zatrudnienia, istnieją tak zwane „obserwatoria rynku pracy” więc wszystkie te działania POWINNY być dotychczas prowadzone. Jeśli minister pracy zamierza wprowadzić je w ramach tej reformy, to znaczy że dotychczasowe funkcjonowanie tych ciał i instytucji było fikcją, skandaliczną niegospodarnością. A przecież zatrudnieni byli tam pracownicy, ponoszone były konkretne koszty.
W miejsce Wojewódzkich i Powiatowych Rad Zatrudnienia minister chce powołać Wojewódzkie i Powiatowe Rady Rynku Pracy: czy coś prócz nazwy zmieni się w związku z tym?
Pisałem już wielokrotnie o patologii pozorowanej „walki z bezrobociem” będącej de facto żerowaniem na funduszach pomocowych przeznaczonych dla bezrobotnych, poprzez pozorowane działania szkoleniowe stanowiące faktycznie transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. A wszystko to było przecież pod nadzorem właściwych instytucji. Dopiero teraz, proponując te zmiany – minister przyznał rację tym, którzy się ich od dawna domagali, widząc i opisując patologię i sami z ledwością broniąc się przed skutkami barku zatrudnienia.

Wreszcie w propozycjach zmian znalazło się badanie efektywności konkretnych urzędów wraz z odpowiednim do niej przyznawaniem środków nie tylko na działalność operacyjną ale także i na wynagrodzenia. Urzędnik to jednak „sprytne bydlę” potrafiące wiele zrobić by oszwabić swojego pryncypała dla spodziewanej nagrody. Obawiam się, że efekt tej propozycji może się obrócić zdecydowanie przeciwko bezrobotnym; urząd może dojść do wniosku, że da się zarobić na jednym bezrobotnym kilka razy a przecież w interesie tego człowieka jest jak najszybciej zdobyć w miarę stabilne zatrudnienie i zapomnieć o traumatycznym przeżyciu kontaktu z urzędem pracy.

Przykładem niech będą roboty publiczne czy prace interwencyjne. Bezrobotny który starał się o jakąkolwiek pracę ale jego podania były notorycznie i z nieokreślonych powodów odrzucane (w rzeczywistości – ze względu na wiek 50+ co jest ewidentnym złamaniem prawa), może zostać przyjęty do pracy w 50 procentach dotowanej z FP w ramach np. robót publicznych; jest to dla instytucji miejskich i samorządowych znaczna oszczędność. Jest to praca czasowa po której najczęściej człowiek ten powraca do rejestrów bezrobotnych; kończy się dotacja – kończy się też i zatrudnianie.
To ciekawy efekt, że osoba zdaniem pracodawców nie nadająca się do żadnej pracy bo mająca nieco ponad 50 lat, z chwilą rozpoczęcia dotowania jej zatrudnienia zaczyna się do pracy natychmiast nadawać, pracuje dobrze i jest nawet chwalona a gdy tylko kończy się okres dotowania, znów do pracy przestaje się nadawać… To po prostu cyniczne „polowanie na dotacje” kosztem „zakładników” jakimi stają się ludzie uzależnieni od pracy najemnej.
Ważne jednak jest to, że z chwilą takiego zatrudnienia jest wykreślana z rejestrów bezrobotnych a urząd pracy – przy zatrudnieniu (dotowaniu) powyżej 3 miesięcy – odnotowuje swój sukces w postaci „zwalczenia bezrobocia” tej osoby, mimo że ona jest skazana niejako z góry na powrót do rejestru bezrobotnych po minięciu okresu dotowanego zatrudnienia. W ten na przykład sposób można, traktując tego biednego człowieka instrumentalnie – zarobić na nim kilka razy, wykorzystując rzekomy „sukces” w działaniach urzędu pracy. Zarobić – przedstawiając chwilowe wykreślenie go z ewidencji PUP jako sukces w zwalczaniu bezrobocia i domagając się za to od ministerstwa pieniędzy na działalność i na płace.

W swoich nowych propozycjach minister także proponuje jakieś dodatkowe „wsparcie pracodawców zatrudniających osoby w wieku 50+” – jednak bez określania na czym by ono miało polegać poza istniejącymi już formami dotowanego zatrudnienia; stażu, prac interwencyjnych i robót publicznych. propozycje te nie są upublicznione w całości.

Odnotować może jeszcze warto projekt utworzenia oddzielnego nowego Krajowego Funduszu Szkoleniowego jednak brak tu dostatecznej ilości szczegółów by cokolwiek o tym sądzić.
Wymieniłem tu tylko moim zdaniem najciekawsze z propozycji czy zamiarów ministerstwa, jest tam jeszcze wiele szczegółowych zadań oraz pakiet działań o charakterze porządkowym.

Brak tu odniesienia do zasadniczych problemów, takich jak nielegalna sfera pracy poza wszelką ewidencją i opodatkowaniem, z jednej strony nielegalna ale z drugiej strony jakby ochraniana parasolem przez władzę w imię solidarności biznesu albo ideologii bogacenia się za wszelką cenę. Związana jest z tym konieczność weryfikacji spełniania wymogów ustawowych przez osoby zarejestrowane lub chcące się zarejestrować w PUP, czyli określenia faktycznej, rzeczywistej skali bezrobocia. Ta kwestia jest kluczowa dla całego państwa.

Drugi problem to dziwna tendencja do działań wyłącznie nakierowanych na osoby poszukujące pracy oraz na urzędy pracy.
Bezrobocie polega na braku miejsc pracy i minister pracy tych miejsc nie stworzy. To minister gospodarki ma zwalczać bezrobocie poprzez aktywne kreowanie i sterowanie wzrostem gospodarczym. Inaczej – poprzez celowe działania wzmacniać popyt na pracę. Tymczasem latami już, ciągle się „aktywizuje” ludzi bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, zamiast aktywizować przedsiębiorców czy w ogóle gospodarkę, by powstały wreszcie miejsca pracy dla tych którzy tego zatrudnienia poszukują. Władza – jak durny akwarysta siedzi i gapi się na gospodarkę i przedsiębiorców jak na rybki w akwarium; co zrobią przedsiębiorcy… jak zareaguje gospodarka… To oczywiście ten mit „samoregulacji” przez jakąś „niewidzialną rękę”… ale skutki wskazują, że to nie jest polska ręka. To po prostu horrendalne.
Wszelkie działania skupiają się tymczasem na bezrobotnych, czyli po stronie podaży pracy, co przypomina przelewanie z pustego w próżne, natomiast ideologia polityczna tej władzy powoduje, że gospodarkę się jedynie biernie obserwuje zamiast nią aktywnie zarządzać a to jest przecież pole działalności państwa, które może w efekcie dać stabilizację społeczną i sprowadzenie bezrobocia do wielkości naturalnej.
Wszelkie próby „usadzenia” trzech milionów pracowników na dwóch milionach miejsc pracy skończą się niepowodzeniem – panie ministrze.
Wadą projektu nowelizacji jest całkowity brak działań nakierowanych na przedsiębiorców jako odbiorców, choćby działań szkoleniowych przeciwstawiających się panującym wśród przedsiębiorców mitom, między innymi dotyczącym osób z grupy „50+”, promującym konieczność wdrażania „polityki gospodarowaniem wiekiem” pracowników itp.

Na zakończenie nawiążę do tytułu odnośnej ustawy: „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zawsze zadaję sobie pytanie: KOMU ustawodawca miał zamiar „promować zatrudnienie”. Komu; – Ludziom żyjącym tylko z pracy, czyli uzależnionym od zatrudnienia, od pracy najemnej, błyskawicznie staczającym się bez zatrudnienia do poziomu kloszarda i umierającym na śmietnikach?
Chyba nie, bo przecież ludzie ci sami wiedzą doskonale, że zatrudnienie i pochodzące z tego dochody są ich jedyną szansą na przeżycie. Więc co: promować głodnemu – chleb?!
A więc może to przedsiębiorcom miało być promowane zatrudnianie ludzi?
Jeśli miało być – to dlaczego nie jest; ustawa nie zawiera żadnych takich istotnych zapisów, jeśli nie liczyć np. zwolnienia od płacenia składki 2,40 zł miesięcznie, zresztą zatrudnianie wynika z konstrukcji biznesu, z biznesplanu i analizy ekonomicznej, czyli jako takie – nie poddaje się „promocji”…

Ot – po prostu jakiś wybryk jakiegoś bezmyślnego polityka lub urzędnika, żeby tytuł ustawy był dostojny, efektowny i robił wrażenie.
I robi.

16/01/2013

Władza nie może służyć własnej ideologii. Ma służyć równowadze i współpracy.

Pisząc „pracodawca” – mamy na myśli podmiot lub osobę fizyczną prowadzącą działalność gospodarczą i w związku z tą działalnością – zatrudniającą inne osoby fizyczne poprzez zawieranie umów o pracę.
Słowo „pracodawca” oczywiście nie może być rozumiane dosłownie: przedsiębiorca nie daje nikomu pracy i nie po to prowadzi swoją działalność gospodarczą by zaspokoić czyjeś zapotrzebowanie na „źródło dochodu” czyli zarobek. Przedsiębiorca nie jest działaczem społecznym a działalność gospodarcza nie jest służbą społeczną; przedsiębiorca prowadzi działalność gospodarczą dlatego, że chce, że lubi i potrafi, widzi w tym pewien „smak życia”, dąży do samodzielności, ma ciekawe pomysły i chce je sprawdzić w praktyce – osiągając osobisty sukces, a nade wszystko – chce w ten sposób osiągać własny dochód zwany zyskiem netto, dający mu środki do zaspokojenia swoich potrzeb.

By prowadzić i rozwijać działalność gospodarczą poważniejszą niż jednoosobowa działalność osoby fizycznej jako przedsiębiorcy, trzeba prędzej czy później zatrudnić pracowników; to wynika z zasad ekonomii. Przedsiębiorca nie po to jednak rozpoczyna swoją działalność by kogoś zatrudniać a raczej jest to konieczność ekonomiczna wynikająca z zasad przedsiębiorczości i mechanizmów generowania zysku. Działalność gospodarcza nie po to jest podejmowana by „ludzie mieli pracę” a po to by móc realizować własne plany dotyczące dochodu i aktywności. Przedsiębiorca ma prawo i musi mieć prawo kierować się własną, sobie właściwą motywacją działania.
Jednocześnie jednak faktem jest, rozpatrując to z innego punktu widzenia, że prowadzenie działalności gospodarczej generuje często powstawanie miejsc pracy a te miejsca pracy zaspokajają zapotrzebowanie społeczne na uzyskiwanie dochodu za swoją „sprzedaną” pracę najemną. Przedsiębiorczość prócz znaczenia indywidualnego dla przedsiębiorcy, ma więc także ogromne znaczenie – niejako przy okazji – dla całego społeczeństwa a zaspokojenie potrzeb ekonomicznych społeczeństwa ma w swoim efekcie dobroczynny wpływ na sytuację przedsiębiorcy, poprzez generowanie czy podtrzymywanie popytu na wszelkie produktu i usługi, możliwości nabywcze społeczeństwa itp. To zamknięty system zjawisk połączonych, i rozpatrywanie tego jedynie z jednego punktu widzenia jest bezsensowne, obarczone zasadniczym błędem. I tu obojętne jest czy rozpatrywalibyśmy to zagadnienie wyłącznie od strony przedsiębiorców, czy wyłącznie od strony pracowników; błąd w obu wypadkach jest zasadniczy.

Ale też kierując się wyżej zarysowanymi perspektywami patrzenia na to samo otoczenie, nie wolno nie docenić wspomnianej różnicy nastawienia i doraźnego interesu. Gospodarka powinna być tak zorganizowana (bo sama się nie zorganizuje), by przedsiębiorca mógł myśleć o swoim dochodzie, swoim rozwoju, działać z maksymalną dopuszczalną swobodą, by mógł działać przede wszystkim dla siebie, realizując swoje ambicje i plany – a jednocześnie, by wypełniał rolę jaką przedsiębiorcy mają do spełnienia w społeczeństwie dla ogółu.
Przedsiębiorca sam jest w stanie zadbać o siebie i swoją firmę, nie można mu narzucać jakichś obowiązków społecznych, innych niż te które w sposób naturalny stanowią skutek jego działalności, dla niego być może „skutek uboczny”. To władza publiczna jest od tego, by dobrze prowadzona działalność gospodarcza wypełniała także swoją rolę społeczną.
Władza (szeroko rozumiana) tworzy przecież otoczenie prawne i organizacyjne w którym działa przedsiębiorca i tu właśnie jest miejsce zarówno na stwarzanie dobrych (optymalnych) warunków przedsiębiorcom, jak i na zadbanie o interes pracowników i ich rodzin, bo z całą pewnością jest możliwy taki stan w którym wszystkie strony zyskują i wszystkie mogą być zadowolone. Wymaga to pewnego minimalnego kompromisu, a kompromis może mieć swoje oparcie w działaniach bezstronnego pośrednika, organizatora.

Czas stanowczo odrzucić teorie ideologiczne o wiecznym, naturalnym i nieuniknionym konflikcie pomiędzy „kapitalistą” a „robotnikiem” – jakie stanęły u podstaw ideologii „walki klas”. Niestety jak dotychczas władza najczęściej przez jedną ze stron była powoływana, stawała zawsze po jednej stronie i służyła interesom jednej z nich, to znaczy albo przedsiębiorcom, albo pracownikom – co rodziło drastyczne konflikty. Ma to swoje źródła w wypaczeniu demokracji, sprzeniewierzaniu się zasadom etyki i uleganiu nienasyconej, absurdalnej chciwości ludzi.

Władza powinna jednak bezstronnie służyć równowadze, organizować to co służy współpracy, zajmować się wyłącznie tym, by wszyscy byli tak samo zadowoleni i dając coś, korzystali – jednocześnie zaspokajając swoje własne potrzeby.
Taka równowaga jest możliwa, przy zrozumieniu działania „całości” i moim zdaniem jest to szansa na przyszłość gospodarki światowej i przyszłości świata w ogóle. Świat ma szanse przetrwać wówczas, gdy przyjmie tę zmianę: wybierze wejście w okres współpracy, poszanowania i zrozumienia a nie antagonizmu, rywalizacji i egoistycznego zamknięcia w sobie.
Ten nowy czas – gdy nadejdzie – będzie okresem ogromnego wzrostu, rozwoju i dobrobytu.
I odwrotnie: zablokowanie tego kierunku przemian doprowadzi do upadku i nędzy, niepokojów społecznych, ofiar i zniszczenia.

30/12/2012

Luksusy dla bezrobotnych.

Uczciwy człowiek – nie może dziś milczeć, a milczący człowiek – nie jest dziś uczciwy!.
Im dłużej żyję – tym bardziej się dziwię. A wydawałoby się, że powinno być odwrotnie. Bardziej się dziwię oczywiście – nie tym, że jeszcze żyję a raczej tym, co widzę wokół siebie.

Bo też i trudno pojąć, jak w ciągu zaledwie kilkunastu lat, które przeminęły nie wiedzieć kiedy na codziennym borykaniu się z narastającymi trudnościami – można było tak dokładnie zniszczyć to co było, tworząc w zamian coś tak zdziczałego, nieludzkiego i chorego.
A ile jeszcze przed nami – bo może być jeszcze gorzej.
Nigdy bym nie przypuszczał, że przyjdzie mi żyć w takiej Polsce, dlatego zapewne zupełnie nie jestem na to przygotowany. To nie jest moja Polska.
Ale to jest zdziwienie jeśli tak można rzec – mniejsze.

Większe – dotyczy tego – dlaczego prawie nikomu to nie przeszkadza. Dlaczego nikt nie protestuje, nikt nic nie mówi. Mam na myśli jakieś głosy istotne, mające przynajmniej potencjalnie szansę sprowokować jakąś zmianę; w związku z pozycją tych co mówią, w związku z nasileniem protestu albo z siłą argumentacji. Nie jakieś pojedyncze "wyskoki" albo „poszczekiwanie” anonimów na forach internetowych.
Na przykład – Kościół. Praktycznie – milczy. Modli się w skupieniu za dusze zmarłych bezrobotnych, bezdomnych zmarłych z powodu zamarznięcia?
Na argumentację władza jest uodporniona. Na autorytety – też; ma swoje, nieuczone a wierne, przywiązane do apanaży. Więc może znów trzeba „protestu społecznego” – jaki niegdyś zapowiadał nasz „chłopek-roztropek” z MB w klapie i klapą w życiorysie. Tyle, że społeczeństwo jest całkowicie rozbite, niezorganizowane, na dodatek obecna władza miała zbyt dobrych „nauczycieli” w dawnych przeciwnikach z Partii czy Ubecji. Robi to, czego sama dawniej doświadczała od rządzących, tylko lepiej. Solidarność jest „na cenzurowanym” – trochę z własnej winy a trochę na skutek celowych, degenerujących działań władzy.
Najbardziej irytują „przepowiadacze”, ostrzegający o nadchodzącej katastrofie. Choćby znani, popularni dziś profesorowie – „genialni” ekonomiści z doskonale zapowiadającą się przyszłością; niczym Pytia wieszczący gospodarczy koniec świata… wiedzą ale nie powiedzą – jak temu zaradzić. Jak dyrygent orkiestry z Titanica – będzie taki do końca machał łapami czy batutą, zamiast powiedzieć: toniemy, rzućcie te idiotyczne instrumenty i wy – do szalup a wy – do pomp… Coraz więcej osób wie „z całą pewnością”, że będzie recesja, katastrofa, będzie „bardzo źle”, ale nikt się nie zająknie – jak się przed tym bronić, jak temu zaradzić w praktyce. To nie tylko zadziwiające ale wręcz przerażające – stopniem zobojętnienia, odczłowieczenia.
Tylko Tusk wszystkiemu zaprzecza; jak zwykle z głupawym uśmieszkiem: – będzie dobrze, na pewno nie będzie recesji, ja was obronię…Polska jest OK.

To coś niezrozumiałego; tak jakby wszyscy siedzieli i tylko patrzyli, przyglądali się i tylko to mieli do zrobienia. A przecież rządzenie nie na tym polega. Życie także.

Rząd potwierdził dalszy wzrost stopy bezrobocia rejestrowanego, do 12,9 – 13% do końca bieżącego roku. Co z tym nierejestrowanym? Ponad połowa osób w wieku produkcyjnym będących po 50 rokiem życia, ale przed emeryturą – już zaprzestała całkowicie poszukiwania pracy i rejestrowania się w Urzędach Pracy. To kilkaset tysięcy ludzi, całkowicie i trwale wypchniętych już „na zawsze” z rynku pracy. Ci szczęśliwcy – którzy mają tak korzystne warunki rodzinne, mogli sobie na to pozwolić – przejmując jakieś role wewnątrz swojej rodziny i pozostając na jej utrzymaniu. Co z pozostałymi?
Rząd przewiduje na przyszły rok dalszy wzrost bezrobocia, nawet do ponad 14%.

Ale – powtórzę to jeszcze raz: rząd to nie wróżka ani ewangelista Jan: nie jest od przewidywania, od opisywania „apokalipsy” a od zapobiegania. Pewnie: trzeba wiedzieć czemu zapobiegać, ale przewidywania są a na nich się kończy, wszyscy siedzą z założonymi rękami i czekają, czy się sprawdzi czy nie… a gdy się sprawdzi – tacy jak ja będą musieli „odejść” a oni – pokiwają głowami ze zrozumieniem; no – tak przypuszczaliśmy, że tak się stanie…
Każdemu badaniu z którego wynika, że coś idzie w złym kierunku – musi towarzyszyć automatycznie natychmiastowe badanie, jak temu zapobiec, albo choć złagodzić skutek. Niestety, nic takiego się nie dzieje: wielu tylko wie, że będzie źle i… no pewnie w takiej sytuacji będzie.

Ledwie 16 na 100 zarejestrowanych bezrobotnych dla których nie ma ofert pracy – otrzymuje zasiłek. Za co żyje tych statystycznych pozostałych osiemdziesięciu czterech? W krajach starej Unii – to 70% bezrobotnych ma zasiłek i dzięki temu łatwiej im skutecznie szukać zatrudnienia.
Jeśli rośnie bezrobocie, nie wystarczy to przewidywać, trzeba coś robić aby złagodzić skutki, ale jednocześnie i zapobiegać. Tymczasem w Ministerstwie Pracy Władysława Kosiniak Kamysza kwitnie działalność teoretyczno – korporacyjna: sympozja, konferencje, spotkania, programy pilotażowe… Minister bardzo zmartwił się przewidywanym wzrostem bezrobocia, i dlatego opracowano program, by… bezrobotni mogli się szybciej rejestrować w Urzędach Pracy, przez Internet. Zasiłku co prawda nie dostaną, pracy też nie – ale jaka wygoda… nowoczesność…

Dalej: że będzie mniej dokumentów do wypełnienia… takie ułatwienia już są…
Sytuacja staje się idealna dla małych przedsiębiorców: mają praktycznie pełną kontrolę nad rynkiem pracy, praktycznie całkowitą swobodę. W Hiszpanii rząd dąży do wprowadzenia horrendalnych kar dla przedsiębiorców za zatrudnianie „na czarno” osób pobierających jednocześnie zasiłki dla bezrobotnych – co stało się zjawiskiem nagminnym. W Polsce – nie: tu zatrudnianie „na czarno” – czyli po prostu nielegalne – jest normalne. To takie „tolerowane przestępstwo”, bo władza ma w dupie skarb państwa, budżet ZUS itp..: ważne by biznesmen zarobił maksymalnie dużo, zbił kapitał i stał się milionerem. O skarb państwa nie potrzeba przecież dbać, bo wystarczy że się powie: nie ma pieniędzy – i to już wszystko usprawiedliwia, zadowala wszelkich malkontentów. Ważne by biznes prywatny się rozwijał.

No przepraszam: jeszcze jedną bardzo ważną sprawę minister pracy załatwił; Jak ktoś będzie się chciał koniecznie zarejestrować jako bezrobotny w Urzędzie Pracy – to będą sprawdzać, czy nie jest już zarejestrowany w jakimś innym urzędzie pracy, w innej miejscowości. Postęp – ogromny, no i szansa na dodatkowe miejsca pracy urzędniczej (dla rodzin?).

Może jestem dziwny, ale mnie to dziwi…

Odwiedziny: