Eksperyment czy prowokacja?
Takie pytanie zadał autor tekstu zamieszczonego w portalu bezrobocie.org.pl
Pan Łukasz Komuda – od dawna zajmujący się problematyką bezrobocia i
rynku pracy, znany z ciekawych tekstów i często oryginalnego podejścia
do tematu.
Chodzi o słynny już „eksperyment” prof. Joanny Tyrowicz z WNE UW,
polegający na zbadaniu reakcji Urzędów Pracy na nadesłane „testowe”
ogłoszenia o chęci zatrudnienia pracowników.
Sprawa została opisana i skomentowana przez wiele tytułów, o niej też pisał we wspomnianym tekście Łukasz Komuda:
Eksperyment czy prowokacja?
Zwróciło jednak moją uwagę coś charakterystycznego, znanego mi z
dawnych lat PRL-u a więc dziś – alarmującego; w żadnym ze znanych mi
tekstów na ten temat nie przytoczono treści wspomnianych ogłoszeń będących najważniejszym składnikiem owego eksperymentu.
A przecież nie tylko chodzi o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla
sprawy; chodzi także o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla jakości a
więc i wiarygodności zastosowanego tu aparatu badawczego, czyli de facto
– dla wiarygodności samej Pani prof. Joanny Tyrowicz. To
charakterystyczne dla propagandy PRL-owskiej, wyśmiewał się z tego
niegdyś np. Jacek Fedorowicz w swoich programach autorskich: możemy się
dowiedzieć, dlaczego jakiś fakt jest dobry lub zły, ale jak on wyglądał –
tego się nigdy nie dowiemy.
Mam sporą świadomość tego, co w Urzędach Pracy jest złe. Świadomość
wynikającą z obserwacji i doświadczeń jakie są dostępne świadomemu
„klientowi” urzędów, a więc raczej nie dotyczące „życia wewnętrznego”
instytucji. Wiele jednak wynika z analizy skutków. Jednak jako legalista
bez najmniejszych ciągotek anarchistycznych, rozumiem i popieram
zasadę, zgodnie z którą Urzędy Pracy wymagają od ogłoszeniodawców
spełniania norm prawnych dotyczących głównie treści ogłoszeń. Urzędy
Pracy nie mogą publikować ogłoszeń nielegalnych, sprzecznych z prawem a
te są na porządku dziennym w ofercie pracodawców.
Na przykład nie mogą „legitymizować” nierównego traktowania kandydatów
do zatrudnienia z jakiegokolwiek w zasadzie powodu. Jakiś „Pan Prezes”
może chcieć mieć zgrabną, seksownie wyglądającą „blondynę” w wieku do 35
lat, stanu wolnego, w pełni dyspozycyjna, z długimi nogami – jako
asystentkę czy sekretarkę, ale NIE WOLNO MU TAK SFORMUŁOWAĆ OGŁOSZENIA O
PRACĘ! Nie wolno – to znaczy że to sprzeczne z prawem w zasadzie w całej
Unii Europejskiej. Nie tylko chodzi o te nogi ale nawet nie ma prawa
sugerować, że tym asystentem musi być wyłącznie kobieta.
No właśnie: nie wolno – ale… jednak… chciałoby się…
Ponadto trzeba tu koniecznie przypomnieć, że Urzędy Pracy nie są
„słupami ogłoszeniowymi” – a pośrednikami pracy, mającymi przedstawić
ogłoszeniodawcy właściwych, już wytypowanych zgodnie z ofertą
kandydatów, co oznacza, że oferta ta musi być nie tylko zgodna z prawem,
ale i kompletna, zrozumiała oraz wiarygodna.
Tymczasem wspomniany „eksperyment” widzę właśnie jako atak na tę rolę
PUP-ów i tę zasadę przez nie egzekwowaną. Obawiam się, że jest możliwe,
iż został on spreparowany jedynie (czy może aż) po to – by wymusić
niejako rezygnację PUP-ów z wymagania zgodności nadsyłanych ofert z
mającym tu zastosowanie prawem. Gdyby tak miało być – byłoby to
skandaliczne zarówno ze społecznego jak i naukowego punktu widzenia. A
przesłanką świadczącą o tym, jest właśnie „utajnienie” treści samych
wspomnianych ofert.
To bardzo ważne: dużo ważniejsze niż zegarki ministra Nowaka oraz przyszłość HGW.
Sprawa jest ciekawa i ważna dla osób zainteresowanych problemem
bezrobocia i jego odniesieniami ideologicznymi, o czym często piszę w
swoim blogu, dlatego bardzo zachęcam do zapoznania się z tym tekstem. Ja
– odpowiadając na postawione w tytule pytanie – uznałem to za
prowokację a dokładniej – za prowokację pod płaszczykiem eksperymentu.
Wyraziłem swoją opinię w formie komentarza we wspomnianym portalu, komentarz ów chciałbym i tutaj przytoczyć:
„Jestem bardzo krytycznie nastawiony do Powiatowych Urzędów
Pracy, ale artykuł ten uważam mimo to za nadużycie i bełkot. Bardzo też
cenię Panią prof. Tyrowicz za wiele jej wypowiedzi publicznych, lecz tą
„akcją” w moim przekonaniu bardzo zaszkodziła swojemu wizerunkowi.
Po pierwsze – artykuł ma wszystkie cechy dawnej, PRL- owskiej
propagandy: można się dowiedzieć, dlaczego opisane reakcje urzędów są
złe, ale konkretnie NA CO urzędy reagowały – tego już nie można się
dowiedzieć. Oceny – zamiast opisu faktów. Tymczasem stopień naukowy –
zobowiązuje: najpierw przedstawia się fakty a potem ewentualnie – ich
ocenę, analizę i wnioski. Najważniejszym tu „faktem” jest konkretna
treść przedmiotowych „ofert testowych”, których nie znamy.
Charakterystyczne jest, że w żadnym źródle nie podano konkretnej treści
tych „testowych” ofert zatrudnienia, a przecież w tym prawdopodobnie
tkwi sedno sprawy, czyli przyczyna takiej a nie innej reakcji PUP-ów.
Dopóki nie podano rzeczywistego brzmienia wspomnianych ofert – cała ta
gadanina o reakcji na nie jest po prostu zwykłym bełkotem, chyba że jest
jeszcze gorzej: że mamy tu do czynienia z prowokacją „grubymi nićmi
szytą” o podłożu ideologicznym.
Uważam za niezmiernie prawdopodobnie, że reakcja PUP-ów była wymuszona treścią tych ofert.
Urzędy Pracy – funkcjonują za pieniądze publiczne i choćby dlatego muszą
się perfekcyjnie trzymać prawa, głównie ustawy o promocji zatrudnienia i
instytucjach rynku pracy ale także i każdego innego przepisu mającego
tu zastosowanie, np. ustawy Kodeks Pracy. Treść oferty musi odpowiadać
prawu, bo nie do pomyślenia wydaje się sytuacja, bu urzędy podejmowały
za pieniądze publiczne – działania jawnie sprzeczne z obowiązującym
prawem. Natomiast pracodawcy generalnie zupełnie się z prawem nie liczą.
I to wcale nie z powodu banalnej jego nieznajomości. To świadome i
celowe ignorowanie prawa. Świadome – bo zapoznanie się dziś z
obowiązującym stanem prawnym jest banalnie proste, celowe – bo chodzi o
to, by prawo „nie przeszkadzało” w robieniu tego co pracodawcy chcą
robić. Abstrahując więc od niewątpliwego przerostu biurokracji w
PUP-ach, urzędy są i mają być w pewnym sensie „strażnikami resztek praworządności”
w aspekcie prawa pracy i ustawy o promocji zatrudnienia. Tymczasem w
ofertach zatrudnienia na porządku dziennym są drobne jak i zasadnicze
odejścia od norm prawnych. Przede wszystkim dotyczy to prób
wykorzystywania umów zlecenia tam, gdzie ewidentnie powinna być
zastosowana umowa o pracę. Ponadto nagminne jest nierówne traktowanie
kandydatów do zatrudnienia – co jest zabronione w całej UE. Nagminne
jest też uzależnianie zatrudnienia od informacji których pracodawca na
tym etapie albo i w ogóle nie ma prawa domagać się od kandydata lub
pracownika. Po prostu: prawo swoje – a pracodawcy swoje, jak krnąbrne
bachory nie liczące się z realiami i zasadami.
Można by na ten temat bardzo wiele napisać, ale chcę tu postawić
następującą tezę właśnie w nawiązaniu do powyższych stwierdzeń: cała ta
prowokacja może być po prostu próbą zdyskredytowania wspomnianej postawy
i roli urzędów pracy jako strażników prawa zbyt dobrze wywiązujących
się ze swojej roli. Pracodawcy zdają się być coraz bardziej
zdegenerowani możliwościami jakie stwarza ideologia PO. Możliwościami
ignorowania i obchodzenia prawa, szantażowania władzy dla wymuszenia
„przymrużenia oka” na takie praktyki, dezaktywacją Państwowej Inspekcji
Pracy z powodów ideologicznych. „Ideologii chciwości” – Platformy
Obywatelskiej. Akcja ta być może ma wywołać złagodzenie nastawienia
PUP-ów na praworządność, złagodzenie stosowania w praktyce norm prawnych
dotyczących kandydatów do pracy lub pracowników. Już w tej chwili mamy
ogromną skalę strefy kryminalnej w zatrudnieniu („szarą strefę”)
związaną jeszcze dodatkowo z przestępstwami podatkowymi. Mamy prawdziwą
„wolną amerykankę” w prywatnych portalach i stronach agencji
zatrudnienia zupełnie nie interesujących się legalnością publikowanych
ofert gdyż zastrzegają one odpowiedzialność za to wyłącznie
ogłoszeniodawcy, a odpowiedzialność ta jest fikcyjna z powodu takiego
stanu praworządności na jaki jest przyzwolenie polityczne PO. Chodzi
tylko o to, by Urzędy Pracy przestały „się czepiać” pracodawców o
sprzeczne z prawem sformułowania w ofertach pracy. Ma to usunąć ostatnie
ograniczenie w budowaniu świata niewolnictwa pracowniczego, gdzie
człowiek uzależniony od zdobywania pieniędzy na życie poprzez pracę
najemną – nie będzie miał nic do powiedzenia i praktycznie całkowicie
będzie poddany „widzi mi się” pracodawcy, bimbającego sobie z prawa w
całym majestacie prawa.
Oczywiście – to prowadzi do gwałtownego wybuchu społecznego, ale zanim
on nastąpi, zanim społeczeństwo się zorganizuje – będzie można zrobić
majątek i wytransferować go za granicę. I o to zapewne chodzi.”
I o to zapewne chodzi.