BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oferty pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oferty pracy. Pokaż wszystkie posty

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

01/10/2013

Powiatowe Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy.

Urzędy Pracy zatrudniają pracowników – pośredników pracy do obsługi osób zarejestrowanych jako bezrobotne lub jako poszukujące zatrudnienia. I słusznie, gdyż powinny one zajmować się pośrednictwem pracy. A cóż to jest pośrednictwo dotyczące pracy?

Przede wszystkim – dotyczyć ono ma zarówno pracodawców jak i bezrobotnych.
Należy zdobyć ofertę zatrudnienia.
Urzędy pracy muszą ściśle trzymać się prawa a w tym celu muszą wymagać całkowitej zgodności ofert zatrudnienia z prawem, w tym przypadku z ustawą Kodeks Pracy, ustawą o promocji zatrudnienia oraz każdym innym przepisem obowiązującego prawa, w tym i regulacji Unijnych. Jeśli wiec pracodawca chciałby poszukiwanemu pracownikowi zapłacić mniej za pracę na pełny wymiar czasu pracy niż wynosi ustalone prawem minimalne wynagrodzenie – to jego oferta nie zostanie w Urzędzie Pracy przyjęta, gdyż urząd pracy będąc instytucją samorządu terytorialnego nie może współpracować w działaniach łamiących prawo.
Jeśli pracodawca chciałby na stanowisko swojej sekretarki czy asystentki koniecznie zatrudnić kobietę w wieku do 35 lat, bezdzietną i nie planującą dziecka, blondynkę o „atrakcyjnym wyglądzie” płynnie posługującą się co najmniej dwoma językami obcymi już nie mówiąc o własnym – to także taka oferta nie zostanie przyjęta w urzędzie pracy z wyżej wymienionych powodów. Łamie ona tyle przepisów prawa, że nadaje się jedynie do prokuratury lub co najmniej do Państwowej Inspekcji Pracy.
To niewątpliwie ogranicza liczbę ofert jakimi dysponują urzędy pracy, bo świadomość prawa jest dziś wśród przedsiębiorców wypierana przez podejście anarchistyczne i poczucie bezkarności pod „parasolem ochronnym” syndykatu biznesowo-politycznego z PO.

Z drugiej strony wiele instytucji ma obowiązek korzystania z pośrednictwa urzędów pracy przy poszukiwaniu pracowników.
Prowadząc pośrednictwo dla pracodawcy, pracownik urzędu powinien przede wszystkim zbadać, czy w bazie danych osób zarejestrowanych ma osobę lub osoby odpowiadające oczekiwaniom tego pracodawcy a jeśli tak – to zaproponować pracodawcy te osoby jako kandydatury, oczekując wyboru tych z nich, z którymi pracodawca chciałby porozmawiać bezpośrednio na temat zatrudnienia. Urząd Pracy posiada przecież bardzo dużo informacji o osobach rejestrowanych, w zasadzie może posiadać ich więcej jeśli tylko nie jest to zabronione, więc może każdej ofercie przyporządkować osoby spełniające wymagania pracodawców. Z wybranymi w ten sposób kandydatami urząd powinien skontaktować się, wzywając ich do przyjęcia skierowania na rozmowę kwalifikacyjną, bo urząd ma prawo w takim przypadku kierować osoby bezrobotne do poszczególnych pracodawców a osoby te muszą i najczęściej chcą jak najszybciej podjąć odpowiednią dla nich pracę i po to przecież dobrowolnie zarejestrowały się w urzędzie pracy.
Zakładam, że zmniejszanie bezrobocia, czy też „walkę z bezrobociem” należy utożsamić z działaniami skutkującymi zmniejszaniem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w ten sposób, by spowodować ich zatrudnienie, najlepiej trwałe zatrudnienie. To dość logiczne: jeśli osoby zarejestrowane będą zatrudniane, to będzie się zmniejszała ich liczba w rejestrze PUP czyli bezrobocie będzie malało, przynajmniej to rejestrowane bezrobocie. Ustawy jednakże nic nie mówią o bezrobociu nierejestrowanym.

Na tym polega pośrednictwo: na kojarzeniu podmiotu poszukującego pracownika z osobami poszukującymi pracy będącymi w rejestrze osób bezrobotnych.

Nic takiego jednak w urzędach pracy nie dzieje się.

Urząd pracy po prostu publikuje uzyskane oferty zatrudnienia na portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia – przesyłając je do wspólnej bazy danych z wyszukiwarką, działającej na serwerach w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Publikuje je także na własnej stronie internetowej oraz wewnątrz urzędu – na tablicach ogłoszeń, ewentualnie na wyświetlaczach (ekranach) umieszczonych w urzędzie w części dostępnej dla bezrobotnych. I na tym koniec działań urzędu pracy.

Bezrobotny który zapozna się z takim ogłoszeniem (a praktycznie – pierwsze kilka osób) i sam uważa się za spełniającego oczekiwania pracodawcy – ma się zgłosić do pośrednika pracy a ten wyda mu albo nie wyda skierowanie do kontaktu z pracodawcą.
Dzieje się tak miedzy innymi zgodnie z zasadą powszechnej dostępności ofert pracy a także pełnej dobrowolności usług oferowanych przez urzędy pracy.

Patrząc na to z drugiej strony, urząd który miałby świadczyć usługi pośrednictwa pracy dla osób bezrobotnych zarejestrowanych w tym urzędzie, powinien także każdą uzyskaną ofertę zatrudnienia porównywać z danymi osób zarejestrowanych dla określenia kandydatów do pracy spośród tychże właśnie osób pozostających w rejestrze bezrobotnych. W wyniku tego osoby spełniające wymagania pracodawcy uzyskiwałyby skierowanie do kontaktu z tym pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Generalnie – urzędy pracy powinny starać się zmniejszyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych poprzez uzyskanie zatrudnienia dla jak największej ich liczby. Jak widać – pośrednictwo pracy dla pracodawców jak i dla bezrobotnych jest w zasadzie tym samym działaniem, da się połączyć a skutkiem tego ma być zatrudnienia osoby która była zarejestrowana jako bezrobotna.

Urzędy pracy zachowują się tak, jak prywatne agencje pośrednictwa, przy czym agencje prywatne wykazują więcej starań i aktywności – bo na tym zarabiają (od pracodawców), natomiast marazm w urzędach pracy wynika także i z tego, że nie muszą one zabiegać o pieniądze na płace i na działalność, bo te – niezależnie od wyników pracy urzędu mierzonych zatrudnianiem bezrobotnych – są gwarantowane przez władzę ze środków publicznych.

Jest wiele portali publikujących oferty zatrudnienia dostępne za darmo dla każdego przy finansowaniu np. z reklam, więc takie działanie urzędów pracy jak opisano powyżej, sporym kosztem środków publicznych – prowadzi do absurdu, marnotrawstwa, niegospodarności.

Powiatowe (Miejskie) Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy, dlatego mają tak mierne osiągnięcia.

19/06/2013

„Oferty pracy” prof. Joanny Tyrowicz: Eksperyment czy prowokacja?

Eksperyment czy prowokacja?
Takie pytanie zadał autor tekstu zamieszczonego w portalu bezrobocie.org.pl Pan Łukasz Komuda – od dawna zajmujący się problematyką bezrobocia i rynku pracy, znany z ciekawych tekstów i często oryginalnego podejścia do tematu.
Chodzi o słynny już „eksperyment” prof. Joanny Tyrowicz z WNE UW, polegający na zbadaniu reakcji Urzędów Pracy na nadesłane „testowe” ogłoszenia o chęci zatrudnienia pracowników.
Sprawa została opisana i skomentowana przez wiele tytułów, o niej też pisał we wspomnianym tekście Łukasz Komuda:

Eksperyment czy prowokacja?

Zwróciło jednak moją uwagę coś charakterystycznego, znanego mi z dawnych lat PRL-u a więc dziś – alarmującego; w żadnym ze znanych mi tekstów na ten temat nie przytoczono treści wspomnianych ogłoszeń będących najważniejszym składnikiem owego eksperymentu. A przecież nie tylko chodzi o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla sprawy; chodzi także o to, że ma ona zasadnicze znaczenie dla jakości a więc i wiarygodności zastosowanego tu aparatu badawczego, czyli de facto – dla wiarygodności samej Pani prof. Joanny Tyrowicz. To charakterystyczne dla propagandy PRL-owskiej, wyśmiewał się z tego niegdyś np. Jacek Fedorowicz w swoich programach autorskich: możemy się dowiedzieć, dlaczego jakiś fakt jest dobry lub zły, ale jak on wyglądał – tego się nigdy nie dowiemy.

Mam sporą świadomość tego, co w Urzędach Pracy jest złe. Świadomość wynikającą z obserwacji i doświadczeń jakie są dostępne świadomemu „klientowi” urzędów, a więc raczej nie dotyczące „życia wewnętrznego” instytucji. Wiele jednak wynika z analizy skutków. Jednak jako legalista bez najmniejszych ciągotek anarchistycznych, rozumiem i popieram zasadę, zgodnie z którą Urzędy Pracy wymagają od ogłoszeniodawców spełniania norm prawnych dotyczących głównie treści ogłoszeń. Urzędy Pracy nie mogą publikować ogłoszeń nielegalnych, sprzecznych z prawem a te są na porządku dziennym w ofercie pracodawców.
Na przykład nie mogą „legitymizować” nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z jakiegokolwiek w zasadzie powodu. Jakiś „Pan Prezes” może chcieć mieć zgrabną, seksownie wyglądającą „blondynę” w wieku do 35 lat, stanu wolnego, w pełni dyspozycyjna, z długimi nogami – jako asystentkę czy sekretarkę, ale NIE WOLNO MU TAK SFORMUŁOWAĆ OGŁOSZENIA O PRACĘ! Nie wolno – to znaczy że to sprzeczne z prawem w zasadzie w całej Unii Europejskiej. Nie tylko chodzi o te nogi ale nawet nie ma prawa sugerować, że tym asystentem musi być wyłącznie kobieta.
No właśnie: nie wolno – ale… jednak… chciałoby się…

Ponadto trzeba tu koniecznie przypomnieć, że Urzędy Pracy nie są „słupami ogłoszeniowymi” – a pośrednikami pracy, mającymi przedstawić ogłoszeniodawcy właściwych, już wytypowanych zgodnie z ofertą kandydatów, co oznacza, że oferta ta musi być nie tylko zgodna z prawem, ale i kompletna, zrozumiała oraz wiarygodna.

Tymczasem wspomniany „eksperyment” widzę właśnie jako atak na tę rolę PUP-ów i tę zasadę przez nie egzekwowaną. Obawiam się, że jest możliwe, iż został on spreparowany jedynie (czy może aż) po to – by wymusić niejako rezygnację PUP-ów z wymagania zgodności nadsyłanych ofert z mającym tu zastosowanie prawem. Gdyby tak miało być – byłoby to skandaliczne zarówno ze społecznego jak i naukowego punktu widzenia. A przesłanką świadczącą o tym, jest właśnie „utajnienie” treści samych wspomnianych ofert.
To bardzo ważne: dużo ważniejsze niż zegarki ministra Nowaka oraz przyszłość HGW.
Sprawa jest ciekawa i ważna dla osób zainteresowanych problemem bezrobocia i jego odniesieniami ideologicznymi, o czym często piszę w swoim blogu, dlatego bardzo zachęcam do zapoznania się z tym tekstem. Ja – odpowiadając na postawione w tytule pytanie – uznałem to za prowokację a dokładniej – za prowokację pod płaszczykiem eksperymentu.

Wyraziłem swoją opinię w formie komentarza we wspomnianym portalu, komentarz ów chciałbym i tutaj przytoczyć:

„Jestem bardzo krytycznie nastawiony do Powiatowych Urzędów Pracy, ale artykuł ten uważam mimo to za nadużycie i bełkot. Bardzo też cenię Panią prof. Tyrowicz za wiele jej wypowiedzi publicznych, lecz tą „akcją” w moim przekonaniu bardzo zaszkodziła swojemu wizerunkowi.
Po pierwsze – artykuł ma wszystkie cechy dawnej, PRL- owskiej propagandy: można się dowiedzieć, dlaczego opisane reakcje urzędów są złe, ale konkretnie NA CO urzędy reagowały – tego już nie można się dowiedzieć. Oceny – zamiast opisu faktów. Tymczasem stopień naukowy – zobowiązuje: najpierw przedstawia się fakty a potem ewentualnie – ich ocenę, analizę i wnioski. Najważniejszym tu „faktem” jest konkretna treść przedmiotowych „ofert testowych”, których nie znamy. Charakterystyczne jest, że w żadnym źródle nie podano konkretnej treści tych „testowych” ofert zatrudnienia, a przecież w tym prawdopodobnie tkwi sedno sprawy, czyli przyczyna takiej a nie innej reakcji PUP-ów. Dopóki nie podano rzeczywistego brzmienia wspomnianych ofert – cała ta gadanina o reakcji na nie jest po prostu zwykłym bełkotem, chyba że jest jeszcze gorzej: że mamy tu do czynienia z prowokacją „grubymi nićmi szytą” o podłożu ideologicznym.


Uważam za niezmiernie prawdopodobnie, że reakcja PUP-ów była wymuszona treścią tych ofert.
Urzędy Pracy – funkcjonują za pieniądze publiczne i choćby dlatego muszą się perfekcyjnie trzymać prawa, głównie ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy ale także i każdego innego przepisu mającego tu zastosowanie, np. ustawy Kodeks Pracy. Treść oferty musi odpowiadać prawu, bo nie do pomyślenia wydaje się sytuacja, bu urzędy podejmowały za pieniądze publiczne – działania jawnie sprzeczne z obowiązującym prawem. Natomiast pracodawcy generalnie zupełnie się z prawem nie liczą. I to wcale nie z powodu banalnej jego nieznajomości. To świadome i celowe ignorowanie prawa. Świadome – bo zapoznanie się dziś z obowiązującym stanem prawnym jest banalnie proste, celowe – bo chodzi o to, by prawo „nie przeszkadzało” w robieniu tego co pracodawcy chcą robić. Abstrahując więc od niewątpliwego przerostu biurokracji w PUP-ach, urzędy są i mają być w pewnym sensie „strażnikami resztek praworządności” w aspekcie prawa pracy i ustawy o promocji zatrudnienia. Tymczasem w ofertach zatrudnienia na porządku dziennym są drobne jak i zasadnicze odejścia od norm prawnych. Przede wszystkim dotyczy to prób wykorzystywania umów zlecenia tam, gdzie ewidentnie powinna być zastosowana umowa o pracę. Ponadto nagminne jest nierówne traktowanie kandydatów do zatrudnienia – co jest zabronione w całej UE. Nagminne jest też uzależnianie zatrudnienia od informacji których pracodawca na tym etapie albo i w ogóle nie ma prawa domagać się od kandydata lub pracownika. Po prostu: prawo swoje – a pracodawcy swoje, jak krnąbrne bachory nie liczące się z realiami i zasadami.
Można by na ten temat bardzo wiele napisać, ale chcę tu postawić następującą tezę właśnie w nawiązaniu do powyższych stwierdzeń: cała ta prowokacja może być po prostu próbą zdyskredytowania wspomnianej postawy i roli urzędów pracy jako strażników prawa zbyt dobrze wywiązujących się ze swojej roli. Pracodawcy zdają się być coraz bardziej zdegenerowani możliwościami jakie stwarza ideologia PO. Możliwościami ignorowania i obchodzenia prawa, szantażowania władzy dla wymuszenia „przymrużenia oka” na takie praktyki, dezaktywacją Państwowej Inspekcji Pracy z powodów ideologicznych. „Ideologii chciwości” – Platformy Obywatelskiej. Akcja ta być może ma wywołać złagodzenie nastawienia PUP-ów na praworządność, złagodzenie stosowania w praktyce norm prawnych dotyczących kandydatów do pracy lub pracowników. Już w tej chwili mamy ogromną skalę strefy kryminalnej w zatrudnieniu („szarą strefę”) związaną jeszcze dodatkowo z przestępstwami podatkowymi. Mamy prawdziwą „wolną amerykankę” w prywatnych portalach i stronach agencji zatrudnienia zupełnie nie interesujących się legalnością publikowanych ofert gdyż zastrzegają one odpowiedzialność za to wyłącznie ogłoszeniodawcy, a odpowiedzialność ta jest fikcyjna z powodu takiego stanu praworządności na jaki jest przyzwolenie polityczne PO. Chodzi tylko o to, by Urzędy Pracy przestały „się czepiać” pracodawców o sprzeczne z prawem sformułowania w ofertach pracy. Ma to usunąć ostatnie ograniczenie w budowaniu świata niewolnictwa pracowniczego, gdzie człowiek uzależniony od zdobywania pieniędzy na życie poprzez pracę najemną – nie będzie miał nic do powiedzenia i praktycznie całkowicie będzie poddany „widzi mi się” pracodawcy, bimbającego sobie z prawa w całym majestacie prawa.
Oczywiście – to prowadzi do gwałtownego wybuchu społecznego, ale zanim on nastąpi, zanim społeczeństwo się zorganizuje – będzie można zrobić majątek i wytransferować go za granicę. I o to zapewne chodzi.”


I o to zapewne chodzi.

28/04/2013

Kuglarstwo, czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi "n"?

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie, korzystając zapewne z możliwości otrzymania wyższych kwot na walkę ze skutkami bezrobocia, wygospodarował większą niż zwykle liczbę miejsc pracy dotowanej – na zasadach interwencji w rynek pracy.
To zjawisko ostatnio dość powszechne w całym kraju, bo wynikające z dyrektyw Ministerstwa Pracy; można oczywiście się spierać czy motywowanych jedynie nakazem zmniejszenia statystyk bezrobocia – dla efektu propagandowego potrzebnego Premierowi, czy też może obudziły się w urzędnikach jakieś ślady drzemiącej w nich solidarności międzyludzkiej, zrozumienia i współczucia… (no, tu chyba już przesadziłem…).
Chodzi o to, że w sytuacji wysokiego bezrobocia (w Nysie – rzędu 24%) urzędy pracy mogą interweniować w rynek pracy poprzez pomoc organizacyjną i finansowanie miejsc pracy dotowanej (do 50% kosztu wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne) na okres do 6 a w niektórych przypadkach 12 lub 18 miesięcy. Tego typu zatrudnienie ustawa nazywa pracami interwencyjnymi oraz robotami publicznymi, zależnie od tego kto jest ich organizatorem. Możliwość ubiegania się jednostek organizacyjnych gmin, instytucji budżetowych, urzędów, instytucji kultury i edukacji – istnieje zawsze, zależnie jedynie od ilości środków jakie poszczególne powiaty mogą czy chcą przeznaczyć na ten cel; gdy są na to środki – powiatowe urzędy pracy ogłaszają także konkursy dla organizatorów staży dla osób bezrobotnych płatnych dla stażysty w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, co także jest formą pomocy w postaci aktywizacji bezrobotnego dotowanej na rzecz organizatora stażu. Jednak, gdy staże są formą skierowania na praktykę bez wykreślania bezrobotnego z ewidencji (bez utraty statusu osoby bezrobotnej), trwają 3 – 6 miesięcy i są obliczone na uzyskanie praktyki wykonywania jakiejś pracy i zwiększenia dzięki temu szansy na trwalsze zatrudnienie dzięki poznaniu przez pracodawcę konkretnego stażysty, to prace interwencyjne oraz roboty publiczne są już normalną formą zatrudnienia.
Dotychczas oferty pracy w formie robót publicznych ukazywały się wraz z wszystkimi innymi ofertami za pośrednictwem centralnej wyszukiwarki Powszechnych Służb Zatrudnienia, obecnie często są dostępne lokalnie w PUP. Tego typu praca to zatrudnienie na umowę o pracę na czas określony, z wynagrodzeniem w wysokości najniższej płacy (obecnie 1600 brutto).
Dla osoby bardzo długo nieraz bezskutecznie starającej się o pracę, nie otrzymującej żadnych ofert od PUP lub mimo ofert systematycznie odrzucanej przez pracodawców podczas rekrutacji (np. pod jakimkolwiek pretekstem a w rzeczywistości – ze względu na wiek), zdobycie takiej pracy jest wielkim szczęściem, bo fakt dotowania zatrudnienia daje jej szansę na pracę a więc i dochód, przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy wysokim bezrobociu ludzie pozbawieni pracy bardzo sobie cenią i walczą o takie zatrudnienie, bo jest ono bardziej dostępne (jako że kosztuje pracodawcę dużo mniej), zresztą zdają sobie oni sprawę, że przy ewentualnym „normalnym” zatrudnieniu także ich umowa najprawdopodobniej miałaby charakter czasowy a wynagrodzenie także wynosiłoby „najmniej ile tylko prawo pozwala” czyli 1600 brutto za pełny wymiar czasu pracy.

Podkreślę to szczególnie jeszcze raz: dla osoby przymierającej głodem i zadłużającej się by utrzymać dach nad głową (czynsz), osób które „polują” w PUP na każdą okazję pracy – wywalczenie skierowania na rozmowę rekrutacyjną do pracodawcy przyjmującego na roboty publiczne lub prace interwencyjne oraz pozytywny wynik tej rozmowy – przyjęcie do pracy – to wielka radość i szczęście. Piszę to z własnego doświadczenia, zarówno jako były „stażysta” PUP oraz pracownik zatrudniony na zasadzie robót publicznych.
Jeśli więc ktoś jest zarejestrowany jako bezrobotny w Nysie od 1996 roku – to znaczy że urząd nie zaoferował mu od tego czasu ani razu żadnej stałej pracy… albo pomimo ofert, żaden pracodawca nie zdecydował się tej osoby zatrudnić? Pytanie – dlaczego. W urzędzie nikt sobie ani pracodawcom tego pytania nie zadał? Przecież przez ten czas człowiek ten zdążyłby skończyć nawet dwie szkoły by się przekwalifikować na inny zawód. Jeśli natomiast to człowiek z pogranicza środowiska patologicznego, to można go było skierować na zatrudnienie socjalne, do CIS czy w ramach przyuczenia do jakichś prostych prac. Jedno jest pewne: człowiek ten nie jest bezrobotny w rozumieniu ustawy a jeśli jest – to znaczy co najwyżej, że ta ustawa jest do niczego.
Wydaje mi się jednak, że chyba żyję w jakimś innym świecie czy wymiarze, a to za sprawą „afery” wokół Dyrektora PUP w Nysie – Kordiana Kolbiarza i jego poczynań.

Powiat Nyski boryka się ze sporym kryzysem lokalnego rynku pracy, bezrobocie rejestrowane sięga tam już prawie do 24% choć to nic nie mówi o bezrobociu rzeczywistym. Istotna jest tu liczba ofert zatrudnienia: na przykład w dniu dzisiejszym jest ich łącznie 23 – zebranych z okresu minionych 30 dni. Dla porównania – w Koszalinie w tym samym czasie jest ich 82 a w Warszawie – 319 ofert. Pojawia się ich w Nysie co najwyżej kilka na dzień, natomiast zarejestrowanych bezrobotnych jest tam ponad jedenaście tysięcy, w tym wielu od bardzo dawna, nawet podobno od 1996 roku. Strona PUP lub PSZ wprowadza tu w błąd, gdyż oferty tam publikowane są przez PUP uważane za ważne przez okres 30 dni, natomiast najprawdopodobniej przy tak wielkim bezrobociu przestają być rzeczywiście aktualne już w dniu pierwszej publikacji lub w ostateczności następnego dnia rano. Pojawia się ogłoszenie, natychmiast zgłaszają się do pośredników pracy w PUP osoby bezrobotne oraz osoby poszukujące pracy, kilka z nich jest kierowanych na rozmowę do tego pracodawcy poszukującego pracownika i najczęściej jedną z nich ten pracodawca wybiera, powiadamiając o tym urząd pracy. Oferta w rzeczywistości w tym momencie przestaje być aktualna, przestaje już być aktualna gdy urząd skieruje tam 5 – 6 osób i pozostałym każe czekać na efekt, ale w PUP „wisi” ona na wykazie ofert jeszcze przez miesiąc. Żaden pracodawca nie będzie czekał aż miesiąc z faktycznym zatrudnieniem wybranego kandydata, jedynie po to, by spełnić jakieś biurokratyczne standardy PUP. Oceniając ilość ofert trzeba to uwzględnić, więc okazuje się, że jest ich w Nysie bardzo mało.
Wracając do problemu „udawanych” bezrobotnych, jak pisałem powyżej; by zweryfikować bezrobotnego należy go wezwać do urzędu i wręczyć ofertę pracy, z obowiązkiem poinformowania urzędu następnego dnia o wyniku rozmowy z pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Pracodawca nie ma obowiązku przyjąć kandydata skierowanego przez PUP i wówczas bezrobotny czeka na kolejną ofertę, albo decyduje się zatrudnić go (np. na okres próbny) informując o tym PUP.
Otóż dyrektor Kolbiarz wykorzystując zapewne dodatkowe pieniądze na zwalczanie bezrobocia jakie są do dyspozycji od początku br. – współpracując z lokalnymi instytucjami zorganizował pewną ilość miejsc pracy dotowanej na zasadach robót publicznych i skierował na nie (z inicjatywy urzędu) osoby bezrobotne najdłużej pozostające w rejestrze. Jak pisałem – normalnie ludzie starają się o te skierowania, bo to jest po prostu płatna praca, chociaż tylko czasowa; w tym przypadku bezrobotni nie musieli o to walczyć a dostali skierowania do pracy na zasadach robót publicznych z inicjatywy urzędu pracy.
Okazało się, że 70% wezwanych osób nie stawiło się w urzędzie i nie stawiło się do pracy jaką im zaoferowano.
Na dodatek, działania dyrektora Kolbiarza zostały skrytykowane zarówno przez dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego, wielkie wątpliwości wyrażał też w tej sprawie dyrektor innego PUP – w Opolu.

W odniesieniu do treści ustawy – sprawa jest oczywista; bezrobotny otrzymał ofertę pracy, odmówił bez wystarczającego uzasadnienia, skwitował milczeniem, okazało się że jest nieobecny, bo pracuje za granicą (bez wiedzy urzędu) lub „jakoś tam” się utrzymuje (na czarno?) i nie potrzebuje takiej oferty – to traci status osoby bezrobotnej oraz związane z tym ubezpieczenie zdrowotne na okres 4 miesięcy po czym, jeśli sam chce, może się ponownie zarejestrować, jeśli tylko będzie wówczas spełniał wymogi ustawowe niezbędne do rejestracji. Podobno są plany wydłużenie tego okresu do 9 miesięcy. To absolutnie oczywiste i szkoda się nad tym rozwodzić.
Czy jednak był to ktoś kto świadomie wyłudza jedynie składkę ubezpieczenia?
To już nie jest takie oczywiste.
Urzędnicy nie rozumieją sprawy najprostszej, o której już niejednokrotnie pisałem: człowiek który został zwolniony z pracy ma początkowo jakieś niewielkie oszczędności, być może 2 – 3 tysiące odprawy czy odszkodowania, ale przy braku dochodów kwoty te niezmiernie szybko się wyczerpują i zostaje bez środków do życia (jeśli nie należy do tych 16% otrzymujących przez kilka miesięcy zasiłek dla bezrobotnych). Byłoby inaczej, gdyby urzędy pracy działały bardzo szybko i posiadały dużo ofert zatrudnienia, ale tak nie jest. Człowiek któremu skończą się posiadane zasoby, by utrzymać dach nad głową, by móc poszukiwać pracy i rozmawiać z pracodawcami – musi mieć wystarczające środki finansowe; oceniam je dziś, poza największymi ośrodkami, na 1450 – 1500,- netto, czyli rzędu 1900 – 2000,- brutto. Tymczasem zasiłek dla szczęśliwców którzy wykażą prawo do jego otrzymywania (16% bezrobotnych) wynosi ok. 800,- zł a najniższe wynagrodzenie na pełnowymiarową pracę – 1600,- brutto czyli 1180,- netto.
Człowiek nie może żyć bez pieniędzy, miesiącami czekając na jakąś ofertę pracy – jak tego od niego oczekuje ustawa czy dyrektor PUP – Kolbiarz czy jakikolwiek inny. Człowiek, gdy nie widzi szansy na ofertę pracy – sam szuka WSZELKICH MOŻLIWOŚCI zarobienia na podstawowe utrzymanie; wyjeżdża do pracy dorywczej do innego województwa albo za granicę, nie chcą go zatrudnić „normalnie” to zarabia „na czarno” – bo po prostu CHCE ŻYĆ – czyli MUSI ZAROBIĆ!.
Oczywiście; zadeklarowani oszuści czy lenie zdarzają się, to pewien margines, ale można wiele wspomnianych przypadków wyjaśnić po prostu opieszałością urzędu pracy, która wynika z kolei z zastoju gospodarczego, złej polityki gospodarczej lub jej braku – zastąpionym ślepym zdaniem się władzy na zarządzenia Komisji Europejskiej i jej dyrektywy. Człowiek po prostu nie chciał się stoczyć na śmietnik, oczekując bezskutecznie miesiącami na ofertę pracy z urzędu, więc podjął jakieś działania, choćby doraźne i nie jest niczym uzasadnione oskarżać go o próbę oszustwa czy wyłudzenia. Jeśli mógł zarobić na życie jedynie pracując nieoficjalnie i tracąc przy tym wiele choćby na IKE – to zrobił to, ale czy to można rozpatrywać w kategoriach jego winy?
To po prostu nienormalne, chore – przy statystycznym okresie poszukiwania zatrudnienia przez bezrobotnych sięgającym 1,5 roku – by oczekiwać, że będą oni szukać pracy albo choćby tylko żyć – bez pieniędzy.
Wspomniane wyżej osoby krytykujące, w działaniach dyrektora Kolbiarza dopatrywały się jedynie chęci manipulowania przy danych liczbowych, danych statystycznych.
Nie chodzi już nawet o dyspozycje władzy (rządu) by zmniejszyć bezrobocie rejestrowane (poprawić statystyki) z powodów politycznych. Nie zapominajmy, że minister pracy wprowadza także zmiany sposobu oceny poszczególnych PUP, łącznie z wpływem efektów pracy PUP na płace zatrudnionych w nim urzędników. Urzędy Pracy mają być rozliczane indywidualnie z efektów „aktywizowania bezrobotnych”, dlatego walka o korzystne dane statystyczne będzie narastała w całym kraju, nie tylko w Nysie.
Oczywiście, że można dość szybko, sztywno trzymając się treści ustawy, doprowadzić do zmniejszenia ilości osób zarejestrowanych w PUP o połowę czy nawet dwie – trzecie, ale ludzie ci w większości nadal pozostaną bezrobotni.

Obawy przed manipulacją danymi choćby dla celów kampanii wyborczej nie są tak nieuzasadnione, jakby się wydawało; ostatecznie był już okres „administracyjnego zmniejszania bezrobocia” na polecenie władzy, za czasów Jolanty Fedak z PO, będącej od 2007 roku ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Urzędy Pracy praktykowały wówczas np. wręczanie bezrobotnym po 2 – 3 oferty pracy jednocześnie, w taki sposób by nie byli oni w stanie choćby pod względem czasowym stawić się w ciągu jednego dnia na rozmowy u wskazanych 2 – 3 pracodawców, by potem właśnie za niestawienie się u któregoś z nich „z winy bezrobotnego” – karnie wykreślać ich z rejestru PUP. Są to jak najbardziej metody godne władzy z PO, stąd i dziś poważne obawy i zastrzeżenia nie tylko bezrobotnych, ale i osób odpowiedzialnych na wysokich stanowiskach.
Sprawy rejestru i tzw. „fikcyjnych bezrobotnych” trzeba uregulować, to oczywiste.
Jedyną jednak metodą rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia jest zwiększenie ilości miejsc pracy np. poprzez odbudowę niektórych zniszczonych w latach 90-tych gałęzi przemysłu, zmniejszenia importu wyrobów gotowych (np. z Niemiec) w zamian za zwiększenie krajowej produkcji, czasowe ograniczenie napływu pracowników najemnych ze wschodu i uruchomienie odpowiednich i celowych instrumentów pomocowych.
Dotowanie zatrudnienia choćby we wspomnianych stażach, pracach interwencyjnych czy robotach publicznych jest „majstrowaniem przy statystykach” i to na krótką skalę, gdyż nie wiąże się z powstaniem nowego trwałego miejsca pracy, ale wiąże się z wykreśleniem bezrobotnego z ewidencji na czas tego zatrudnienia. Oczywiste jest, że osoba zatrudniona w ramach prac interwencyjnych czy robót publicznych z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych po zakończeniu tej czasowej umowy o pracę a to nie jest „walką z bezrobociem” a właśnie „walka ze statystykami” tylko na krótki okres, na przykład – na czas wyborów…

_______________________________
Tekst zainspirowany artykułem: 
Arkadiusz Kuglarz: „Walka z bezrobociem czy statystyką bezrobocia”.

24/03/2013

Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?

Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej „szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.

Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.

Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:

1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…) 


Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.

Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.

Odwiedziny: