BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.

18/07/2013

Handel pracą – czy gra z oszustem.

Jest rzeczywista nierównowaga na tak zwanym "rynku pracy", która powoduje, że rynek pracy nie jest rynkiem pracy a raczej bardziej przypomina targ czarnoskórych niewolników. Wynika to z "utajnionych" przed społeczeństwem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej oraz jej koalicjanta.
Sytuacja w rzeczywistości wygląda inaczej.

Przedsiębiorcy potrzebują pracowników.

Prócz działalności drobnej, wykonywanej osobiście – jak w przypadku drobnych rzemieślników usługowych pracujących osobiście, osób wykonujących tzw. „wolne zawody” albo artystów (twórców), w pozostałych wypadkach przedsiębiorca musi zatrudnić pracowników, jednego lub większą ich liczbę, po to, aby móc wypracować optymalny zysk. Często sama technologia pracy (produkcji) wymaga współdziałania wielu osób, obowiązują pewne przepisy BHP, poza tym – istnieje zawsze bariera kompetencji; wiedza potrzebna do wykonywania różnych zadań jest zbyt różnorodna i obszerna, by mógł ją posiadać jeden człowiek.
Słowem – przedsiębiorca przeważnie musi być pracodawcą, by przedsiębiorstwo rozwijać, to znaczy pracownicy najemni są mu absolutnie niezbędni.
Świadomość „bycia niezbędnym” powoduje z kolei wzrost oczekiwań potencjalnego pracownika, głównie oczekiwań dotyczących płacy – bo to płaca, pieniądze pochodzące z wynagrodzenia za pracę są tym, co napędza aktywność człowieka objawiającą się w podejmowaniu pracy.
Tak jak przedsiębiorca podejmuje wysiłek prowadzenia działalności gospodarczej dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb – materialnych, ambicjonalnych, intelektualnych – tak i pracownik podejmuje pracę najemną faktycznie dla siebie, dla zdobycia wynagrodzenia pieniężnego za pomocą którego może zaspokoić swoje własne potrzeby – materialne, ambicjonalne czy intelektualne.

Pracownicy potrzebują przedsiębiorców.

Świadomość „bycia potrzebnym pracodawcy” wraz ze świadomością swoich umiejętności – wzmacnia poczucie wartości, w tym i „wartości rynkowej”, co wpływa na oczekiwania; na poziom wynagrodzenia jakie może przez pracownika zostać uznane za wystarczające. Pracodawca z tego powodu – poniekąd wbrew faktom – nie jest skłonny nigdy przyznać, że potrzebuje pracowników, w szczególności – pewnych konkretnych osób. Odwrotnie: im bardziej potrzebuje - tym skrzętniej to oficjalnie ukrywa.
Atutem pracodawcy jest tu podaż pracy zazwyczaj przewyższająca popyt na nią; konkurencja wśród nadmiernej ilości potencjalnych pracowników o miejsce pracy. Jeśli poczucie wartości pracownika wzrasta ponad pewien poziom możliwy do zaakceptowania, objawia się nadmiernym oczekiwaniem wzrostu płacy – pracodawca sięga do argumentu konkurencji, strasząc szukaniem lub po prostu szukając pracownika o mniejszych wymaganiach, ale podobnych kwalifikacjach. Najczęściej wolałby pracownika nie zmieniać z uwagi na jego kompetencje, wydajność itp., zewnętrznie jednak demonstruje dużo gorszą ocenę pracownika, zbijając tym jego argumenty na rzecz wzrostu płacy.
Pracownik wie również, że płaca jest przedmiotem pewnej umowy którą można do pewnej granicy negocjować, lecz wie też, że pewnej granicy nie należy przekraczać, dlatego oczekuje wzrostu płacy, ale przeważnie nie może swojego zatrudnienia od tego bezwzględnie uzależnić. Jest tu po prostu pewna dość skomplikowana gra zwana „grą rynkową”. Dokładniej – byłaby, gdyby nie działania niszczące „rynek”.
Pracodawcy ostentacyjnie udają brak zainteresowania roszczeniami pracowników, udając że „robią łaskę” zatrudniając ich, pracownicy poszukują wyższego wynagrodzenia za swoją pracę, udając się do innych pracodawców, często konkurujących biznesowo z ich dotychczasowym pracodawcą.
Pracodawcy dla wspólnego interesu umawiają się ze sobą w sposób nieformalny co do wartości poszczególnych rodzajów pracy, po to by ograniczyć presję na podwyżki płac pod groźbą odejścia pracownika do innego pracodawcy, do „konkurencji”.
Pracownicy natomiast zrzeszają się w organizacje walczące w sposób prawny lub nawet „siłowy” o zapewnienie wzrostu płac, zachowania praw wynikających z przepisów regulujących sprawy zatrudnienia.
Tak więc – sprawa zatrudnienia i pracy najemnej jest „polem nieustannej bitwy” stron w wyniku której istnieje określony stan praw i obowiązków po obu stronach.
„Bitwa” ta jest starciem przeciwstawnych interesów.
Pracownik chce możliwie dużo zarobić, ale kosztem czasu pracy ograniczonego, nieprzekraczającego granicy maksymalnego obciążenia organizmu, nie wywołującego trwałych negatywnych skutków zdrowotnych, dającego dość czasu na odpoczynek i życie rodzinne. Pracodawca chce natomiast uzyskać maksymalną różnicę pomiędzy przychodem a kosztem, by dało to możliwie największy zysk, kosztem zwiększania wymagań, obciążenia pracowników, likwidacji ich uprawnień – czyli swoich obowiązków.
Na ten zysk zasadniczy wpływ – prócz konstrukcji samego biznesplanu i wydajności pracy – mają koszty pracy, a na koszty pracy wpływa zasadniczo typ umowy łączący strony. Zatrudnienie czyli stosunek pracy niesie za sobą spore korzyści ale i duże obowiązki dla pracodawcy a wynika to z przepisów Kodeksu Pracy, któremu są podporządkowane takie umowy. Z kolei umowa cywilna np. zlecenie – nie niesie ze sobą większości z tych obowiązków, bo zupełnie nie podlega przepisom Kodeksu Pracy, ale też i efekt pracy jest inny.

Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że nie istnieje prawnie dopuszczalny dylemat w odniesieniu do danego zadania jakie ma być wykonane – czy ma być do tego zastosowana umowa-zlecenie czy zatrudnienie; umowa-zlecenie i umowa o pracę dotyczą zasadniczo zupełnie innych rodzajów zadań, innych warunków ich wykonywania, dlatego umowy te nie dają się nawzajem zastępować w zgodzie z prawem. To są po prostu zasadniczo inne rodzaje umów przystosowane do zupełnie innych rodzajów zadań, jakie są do wykonania.

W związku jednak z niższymi kosztami związanymi prawnie z umową zlecenia – pracodawcy usiłują stosować ten rodzaj umów w sytuacjach, w których typ i warunki wykonywania zadań jednoznacznie wymagają stosowania umowy o pracę. Usiłują pomimo wszystko zastępować umowę o pracę – umową zlecenia, umową o działo albo nawet i umową agencyjną.

To oczywiście działanie absolutnie bezprawne, w sposób oczywisty przepisami prawa zabronione.

Praworządność polska ma jednak to do siebie, że niezmiernie zależy od ludzi nie tylko na etapie ustalania zasad, ale też – ich respektowania. Pojęcie praworządności zawiera założenie istnienia jakiegoś obiektywnego arbitra, który miałby rozstrzygać o zgodności wszelkich działań z prawem. Takim arbitrem mogłaby być na Państwowa Inspekcja Pracy lub wydziały pracy sądów rejonowych. Tymczasem obecnie – rozstrzygnięcie to na etapie egzekwowania prawa nie jest obiektywne; daje jednoznaczną przewagę stronie pracodawców. To skutek działania ideologii władzy. Oznacza to w praktyce – pewien stopień praktyczniej niemożności wyegzekwowania prawa, pewien stopień tolerowania samowoli, swobodę ignorowania prawa, postępowania wykorzystującego nieuprawnione „interpretacje” przepisów – wypaczające ich właściwy, pierwotny sens.
Działania tak „uzbrojonych” pracodawców już dawno przestały być jedynie „grą” mającą przechytrzyć pracownika. System wyłączenia mechanizmów rynkowych dla interesu przedsiębiorców poszedł już dziś dużo dalej. Od ustalenia zasad gry przez jedną ze stron, zmuszenia osób potrzebujących zatrudnienia jako źródła podstawowego dochodu - do „tańczenia jak im się gra” w myśl jakichś niepisanych albo pisanych nieformalnie zasad "rekrutacji" na wolne stanowiska pracy. Wykształciła się konkretna grupa „wyrobników” tego "przemysłu podporządkowania" w postaci elity „zawodowych rekruterów” działających w imieniu tego „kto płaci” i rozwijających twórczo cały idiotyczny na pozór system nacisków, manipulacji, niezdrowej konkurencji,okłamywania i dezinformowania. Wymyślono całą niemalże ideologię „sztuki pisania życiorysów” i zasad pisania podań o przyjęcie do pracy – idiotycznie zwanych „Listami Motywacyjnymi”.
Nastąpił też etap nasilonej kampanii uczącej tak na prawdę ludzi poszukujących pracy – podświadomego ustawiania się na pozycji petenta, klienta,kogoś kto o coś prosi i ma prosić ładnie, ma się wdzięczyć, troszkę łgać ale sprytnie, ma się sam traktować jak „lekko nieświeży towar” – który trzeba sprytnie wcisnąć przygłupiemu klientowi.

Ten etap już jest za nami.
Dziś mamy do czynienia ze świetnie już zorganizowanym „syndykatem” pracodawców, z zaawansowanym przemysłem wprowadzania stopniowych zmian w przepisach prawa, tak aby nie wywołać nadmiernego oporu czy zaniepokojenia społecznego a stale zmierzać w docelowym kierunku. Na horyzoncie zaś jest tam społeczeństwo zamienione w bezładną i niezorganizowaną masę niewolników, trzymanych na niewidzialnych smyczach i zachowujących się w dokładnie przewidziany sposób a jednocześnie – ufających w legendę „liberalizmu” i cieszących się ze swojej pożałowania godnej „wolności”…

Odwiedziny: