BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą premier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą premier. Pokaż wszystkie posty

23/03/2014

Co za upierdliwi ludzie…! Ciągle coś chcą, nie dadzą spokojnie poharatać w gałę…

Pertraktacje z Prezesem na korytarzu w Sejmie na temat podwyższenia zasiłku na opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi – zakończyły się dziś bez rozstrzygnięcia.



















Demotywator nr 45.

Obecnie rodzic, który sam opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem w domu, otrzymuje jedynie 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego na dziecko i 820 zł zasiłku pielęgnacyjnego z tytułu całkowitej rezygnacji z pracy. Renta socjalna dla dorosłej osoby niepełnosprawnej wynosi 611 zł.

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

20/12/2013

Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?

Pierwsza i niejako oczywista odpowiedź jaka się nasuwa, to że służą one, tak jak i inne instytucje państwowe (w tym przypadku realizowane przez samorządy lokalne na podstawie prawa państwowego) – do realizacji zadań państwa, określonych w Konstytucji. Bo państwo ma pewien określony katalog zadań, który ma realizować dla dobra społeczeństwa dzięki finansowaniu niezależnemu od interesów poszczególnych jednostek – czyli z budżetu państwa. W maksymalnym skrócie wspomnę (bo nie o tym jest niniejszy felieton), że są zadania, które ze względu na interes społeczny muszą być realizowane niezależnie od tego czy to się opłaca przedsiębiorcom, niezależnie od opłacalności w ogóle, niezależnie nawet od woli poszczególnych jednostek i ich zdania na ten temat.
W państwie demokratycznym, państwo poprzez trój-władzę ma realizować wolę demokratycznej większości, nie zapominając jednakże o ochronie poszczególnych grup społecznych przed niekorzystnymi skutkami decyzji większości demokratycznej. Najlepszą ilustracją tego jest zasada, iż zakres (granica) wolności jednostki jest wyznaczana wolnością innych jednostek, czego tylko państwo – stojąc ponad jednostką i grupami jednostek – może być skutecznym realizatorem.
Tak więc zgodnie z istniejącą i obowiązującą Konstytucją (*) państwo ma urzeczywistniać zasady sprawiedliwości społecznej. Sprawiedliwość społeczną definiuje się (**) natomiast jako taką organizacje systemu ekonomicznego państwa, w którym każdy ma równe szanse na uzyskanie takiego dostępu do dóbr materialnych – który umożliwia godne życie, oraz co za tym idzie – brak grup społecznych zepchniętych na margines nędzy (wykluczonych) i pozbawionych szansy na poprawę swojej sytuacji materialnej a więc i społecznej. Konstytucja stanowi też, że obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego na wypadek choroby, inwalidztwa oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego a także w sytuacji gdy bez własnej woli pozostaje bez pracy i nie ma innych źródeł utrzymania.
Określenia „zabezpieczenie społeczne” oznacza system świadczeń pieniężnych i pozamaterialnych, realizowanych poprzez powołane do tego celu przez państwo instytucje, których celem jest zaspokojenie podstawowych potrzeb członków danego społeczeństwa. Wreszcie Konstytucja jednoznacznie określa, że władze publiczne mają prowadzić politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez walkę z przyczynami bezrobocia, realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych (interwencji w rynek). Władza, niezależnie z jakiego „rodowodu” się wywodzi – ma wiec walczyć z bezrobociem (z jego przyczynami) oraz jego skutkami i jest to narzucone Ustawą Zasadniczą jako najwyższym aktem prawnym. Inaczej – jeśli nie ma prawa Konstytucji zmienić – ma ją realizować w takiej postaci w jakiej ona istnieje. Natomiast gdy ma w jakiejś chwili prawo do zmiany Konstytucji – to także nie znosi obowiązku realizowania Ustawy Zasadniczej w tej jej nowej, zmienionej wersji.
Konstytucja obowiązuje niezależnie od wyników normalnych wyborów parlamentarnych, może być legalnie zmieniona jedynie poprzez specjalną procedurę określoną w samej Konstytucji.
Władza powstała w wyniku wyborów, nie spełniająca jednak wymagań procedury zmiany Konstytucji – ma przestrzegać postanowień Konstytucji obowiązującej i realizować obowiązki z niej wynikające.
Wspomniane zapisy Konstytucji są wiec podstawą między innymi do istnienia i funkcjonowania właśnie urzędów pracy, powołanych dzięki ustawom przyjętym na podstawie upoważnienia konstytucyjnego do realizowania określonych w Ustawie Zasadniczej obowiązków państwa. Urzędy Pracy są narzędziem do realizacji obowiązków konstytucyjnych państwa. I to jest w zasadzie kompletna odpowiedź na zadane w tytule pytanie.
Władza może realizować zadania wynikające z Konstytucji w różny sposób – jeśli chodzi o organizację i podział zadań itp. Urzędy pracy nie muszą się wiec tak nazywać ani funkcjonować w takiej strukturze organizacyjnej jak to obserwujemy; jest to sprawą pomysłu władzy wywodzącego się z jej profilu politycznego, ale to też nie powinno mieć zasadniczego znaczenia, gdyż Konstytucja opisując profil działania państwa w tym zakresie – odnosi się do pożądanego skutku a nie środków do niego prowadzących. Władza jest „rozliczana” ze skutku a nie ze sposobów osiągnięcia go, chyba że owe sposoby zostały określone lub przynajmniej ogólnie uwarunkowane przez jakieś zapisy Konstytucji.
Innym pytaniem natomiast jest, czy w praktyce urzędy pracy, a właściwie władza poprzez urzędy pracy – realizuje wspomniane zadania Konstytucyjne państwa.
Moim zdaniem – nie.
Władza lekceważy w wielu punktach Konstytucję, co prowadzi do niejako „programowej” niekonstytucyjności wielu zapisów ustawowych, kwestionowanych potem przez Trybunał Konstytucyjny o ile znajdą się siły chętne i zdolne do tego, by badać i negować kontrowersyjne zapisy ustawowe, kierując je następnie pod osąd Trybunału. Władza liczy tu na zasadniczą rozwlekłość czasową tych działań oraz na nieuwagę społeczeństwa i jego przedstawicieli, po prostu bawi się ze społeczeństwem pod tym względem w „kotka i myszkę”, usiłując przeforsować rozwiązania nie mieszczące się w treści Konstytucji.
Urzędy Pracy działające dziś w strukturze władz samorządowych – nie spełniają zadań o tyle, że nie zostaje osiągnięty skutek opisany w Konstytucji, ale też są one ograniczone treścią ustaw i przepisów wykonawczych, które nie dają urzędom wystarczających „narzędzi” do tego działania. Władza niejako „udaje” działania zgodne z Konstytucją, pilnując przy tym, aby przypadkiem nie dały one skutku przez Konstytucję wymaganego, a to dlatego – że byłby on sprzeczny z założeniami ideologicznymi partii tworzącej rząd, stanowiącej większość parlamentarną w obu izbach Parlamentu, organizującej instytucje kontrolne i sądownicze lub starającej się uzyskać na nie formalny lub nieformalny wpływ.
Mam wrażenie, że jest to coraz powszechniej rozumiane, stąd coraz powszechniejsza negatywna ocena tej władzy.
Uzupełnienie do tego tekstu zawarłem w artykule pt.">Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy”.

_________________________________________________________________________
(*) Podkreślam to, gdyż coraz częściej zapomina się, że Konstytucja istnieje i obowiązuje, ma być realizowana przez władze pod nadzorem odpowiednich instytucji państwa. Absurdalnie – najbardziej zdaje się to dziś kwestionować właśnie Rząd – tworzony obecnie przez Platformę Obywatelską w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym.
(**) Istnieją różne definicje uzależnione od perspektywy ujęcia tematu, niektóre komentarze do Konstytucji zawężają znaczenie tego określenia jedynie do problemu prawa i związanego z nim rozumienia sprawiedliwości.

29/09/2013

Nie zasiłek a odszkodowanie za brak zatrudnienia !

Ustawa „o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” jest podstawą programową działania powiatowych (miejskich) urzędów pracy.

Uważa się dość powszechnie, że urzędy te są powołane do „walki z bezrobociem” a więc ich działalność ma to bezrobocie zmniejszyć. Nic bardziej mylnego.
Już pierwsze zdanie tejże ustawy stwierdza, że dotyczy ona zadań państwa w zakresie promocji zatrudnienia, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej. To bardzo ważne przede wszystkim dlatego, że jest tam przyznanie wprost, iż w ogóle państwo ma jakieś zadania związane z tym problemem; jest to ważne gdyż wiele osób taki obowiązek państwa dziś neguje a czyni tak z pobudek ideowych lub dla usprawiedliwienia bezczynności.

Nota bene – obowiązek ten ma podstawy konstytucyjne, jest określony w Konstytucji a wspomniana ustawa jedynie to potwierdza oraz bardziej szczegółowo konkretyzuje. Żadne „niewidzialne ręce”, żadna „samoregulacja”; po prostu obowiązek aktywnego działania w konkretnym kierunku. Konstytucja w sposób oczywisty stanowi bezdyskusyjne, obligatoryjne obowiązki państwa, lecz władza wykonawcza jaką jest dziś rząd chłopów i milionerów zupełnie się tym nie przejmuje.

Oczekiwanie więc, że minister pracy swoimi działaniami zmniejszy czy zlikwiduje bezrobocie jest bezsensowne, bo bezrobocie wynika z zasadniczych błędów zarządzania gospodarką w latach dziewięćdziesiątych oraz w pierwszych latach obecnego wieku, z okresu „błędów i wypaczeń” postsolidarnościowej, złodziejskiej „prywatyzacji”, z późniejszego ideologicznego założenia nieingerencji w gospodarkę czyli uchylania się od zarządzania nią, podporządkowania wielu dziedzin gospodarki obcemu kapitałowi działającemu w kierunku służenia swojej, rodzimej gospodarce a nie Polsce. Dodatkowym elementem zewnętrznym jest tu tzw. kryzys gospodarczy Unii Europejskiej jako reperkusje światowych zawirowań powstałych na bazie tzw. kreatywnej księgowości.
Bezrobocie jest związane z drastycznym niedoborem miejsc pracy oraz jednocześnie niedostosowaniem dawnych kwalifikacji pracowników poszukujących zatrudnienia do potrzeb formułowanych przez obecnych pracodawców. Minister pracy ilości miejsc pracy jednak nie zwiększy a inni ministrowie robić tego nie mają zamiaru.

Ponieważ powstał stały i trwały niedobór miejsc pracy, musiała zostać wyłoniona grupa ludzi w wieku produkcyjnym, którzy przestaną być zatrudniani. Dla usprawiedliwienia tego wykonano wielki wysiłek stworzenia skomplikowanej i rozbudowanej, normalnie całkowicie zbędnej, czasem wręcz absurdalnej, idiotycznej procedury „rekrutacji”, odgradzającej „szklaną ścianą” pracodawców od ludzi poszukujących zatrudnienia.

W ten sposób stworzono sytuację całkowitej uznaniowości po stronie pracodawców, wybierających sobie kandydatów do pracy jak rodzynki z ciasta, robiących z poszukujących pracy – petentów pozbawionych jakichkolwiek praw prócz proszenia, przymilania się, rezygnowania z kolejnych własnych oczekiwań, warujących jak pieski pod urzędami pracy na jakikolwiek „kąsek” w postaci choć doraźnej pracy dającej choć minimalne wynagrodzenie.
W ten sposób powstała także i grupa osób całkowicie wykluczonych z tak zwanego nie wiedzieć czemu „rynku pracy” – na przykład osób w wieku produkcyjnym mających już około pięćdziesięciu i więcej lat. Ktoś uznał najwyraźniej, że osoby te, posiadające przeważnie rodziny (pracujące, wykształcone dzieci) przy braku pracy a więc własnych dochodów siłą rzeczy przejdą niejako na utrzymanie właśnie tych rodzin, co zwolni państwo od interesowania się ich losem.
Oczywiście stanowi to coś w rodzaju skandalicznego, pozaprawnego, nielegalnego, dodatkowego „podatku” dla obywateli, ale ta władza nie ma zwyczaju przejmować się Konstytucją jako ustawą nadrzędną (zasadniczą) powstałą wcześniej i obowiązującą, czy prawem wykonawczym, nawet tym przez siebie stanowionym.

Szacuje się, że w przypadku nieco ponad połowy osób zaliczanych do tej grupy wiekowej rzeczywiście się tak stało, osoby te stały się trwale nieaktywne zawodowo, całkowicie zaprzestając już poszukiwania pracy zarobkowej, przejmując jakieś role w rodzinach i pozostając na ich utrzymaniu. Pozostali nadal próbują zdobyć zatrudnienie, staczając się stopniowo coraz bliżej bezdomności i przysłowiowego śmietnika.
Trzeba pamiętać i stale powtarzać, że powodem tego jest systemowa odmowa zatrudnienia, bez podania jakichkolwiek racjonalnych powodów. Osoby te w znakomitej większości pozbawione są zasiłku dla osób bezrobotnych lub nigdy go nie otrzymywały; zasiłek otrzymuje przez okres do 6 miesięcy średnio 15 na 100 osób zarejestrowanych jako bezrobotne. Nie można więc mówić tu o „pomocy bezrobotnym” – bo ludzie ci chcą i mogą pracować tak, by zdobyć samodzielnie podstawowe środki do życia. W tym kraju proponowanie pomocy najczęściej jest odbierane negatywnie.

Odsyłanie tych osób do ośrodków pomocy społecznej także jest szczytem podłości, gdyż nie są to osoby należące do grona stałych klientów tego rodzaju instytucji, ubliżające jest dla nich stawianie ich na równi z cwaniakami, alkoholikami czy oszustami traktującymi pomoc społeczną jak wygodną dla nich alternatywę dla pracy zarobkowej. Ludzie ci przeważnie sami unikają wszelkich kontaktów z ośrodkami pomocy społecznej jako skrajnie ubliżającej godności ludzkiej, odzierającej z szacunku do samego siebie, wszelkiej intymności, prywatności itp.

Tak zwana pomoc społeczna jest sama w sobie skrajna patologią, wymagającą poważnego i kompleksowego zreformowania.


Dlatego w przypadku osób z grupy zwanej „50 +” nadal poszukujących zatrudnienia, nie wystarczy domagać się dla nich zasiłku czy zapomóg. 

Osoby te moim zdaniem powinny otrzymywać od państwa

ODSZKODOWANIE ZA BRAK ZATRUDNIENIA!


Odszkodowanie od Państwa, albo finansowane przez pracodawców z ich składek, w wysokości minimalnej ustawowo określonej płacy.

04/09/2013

Potrzebna ustawa o PFROS (Państwowy Fundusz Ratowania Osób Starszych)

Demografowie od jakiegoś już czasu zapowiadają, że badania statystyczne wskazują na nieuchronne starzenie się społeczeństwa, przez co należy rozumieć coraz większy udział ludzi starszych w społeczeństwie a zmniejszanie się liczby ludzi młodych.

Przyznam, że nie uznaję tej „nieuchronności” za dowiedzioną; zawsze można coś zrobić, aby wpłynąć na strukturę społeczeństwa na taką skalę i w taki sposób, który zmieni kierunek rozwoju wypadków. Ale pomijając już to i przyjmując prezentowaną przez demografów wizję, wypada zacząć się przygotowywać do tego, by tak zmienione społeczeństwo nadal funkcjonowało poprawnie.

Konsekwencją przewidywanego stanu będzie między innymi i to, że ludzie starsi będą musieli pełnić coraz większą rolę w gospodarce, w produkcji, usługach czy zarządzaniu. Skoro będą w przewadze liczebnej ogólnie, w społeczeństwie – to będą w takiej przewadze przeciętnie także i na rynku pracy oraz we wszystkich pozostałych sferach aktywności ludzkiej. Nietrudno zauważyć, że to sytuacja odwrotna do obecnej. By więc odwrócić dzisiejsze tendencje, trzeba natychmiast podjąć odpowiednie działania; badania, planowanie oraz realizację, szczególnie że chodzi tu o konieczność działań długoterminowych.
Dziś ludzie starsi są „w odstawce”. Są lekceważeni, wypychani wręcz siłą z rynku pracy, głównie poprzez sprzeczną z prawem a tolerowaną przez władzę odmowę zatrudniania, bez podania powodów. Lawinowo pogarsza się stan zdrowia ludzi starszych z powodu niesprawności tak zwanej „ochrony zdrowia”, chronicznego braku pieniędzy na podstawową ochronę zdrowia – co także łamie podstawową zasadę prawną zawartą w Konstytucji. Jak widać więc – tendencje są dokładnie przeciwne niż pożądane, bo przecież w związku z narastającym niżem demograficznym społeczeństwo we własnym interesie powinno stworzyć warunki do lepszej niż dotychczas ochrony zdrowia ludzi starszych, jeśli mają oni wziąć na siebie dużo większe niż dotychczas zadania. Podobnie i z zatrudnieniem: z tego co powyżej powodu społeczeństwo musi przełamać tendencję do odmowy zatrudniania osób starszych a wręcz wygenerować tendencję odwrotną, bo będzie ona i tak nieunikniona w przyszłości. Jak dotychczas nic nie wskazuje na zrozumienie tego w kręgach władzy, z lubością bawiącej się w przepychankę Tusk – Kaczyński, PIS – PO, II RP – IV RP i tak dalej.

Tendencja do odrzucania ludzi starszych, swoista „moda na młodość” nie jest polskim wynalazkiem, to tendencja światowa od wielu lat. Jednak wielkie społeczeństwa już dawno się z tym uporały, w odniesieniu do rynku pracy poprzez celowe i długofalowe działania skierowane do przedsiębiorców, managerów, polityków i administracji. Nie do bezrobotnych. Po pierwsze, tam rzeczywiście a nie fikcyjnie działa prawo, w tym zakaz szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem. W „naszym kraju” też takie prawo obowiązuje, ale jest przez władzę „liberałów” ignorowane, tak jak i wiele innych zasad konstytucyjnych; Polska jest państwem bezprawia.

Po drugie – podjęto i przeprowadzono wobec przedsiębiorców wielkie działania uświadamiające, promocyjne, doradcze, na temat – jak zarządzać wiekiem pracowników w gospodarce, ale przede wszystkim – promujące zatrudnianie osób starszych, promujące modę na to. I to jest dobry kierunek: zatrudnianie osób starszych powinno się stać dowodem nowoczesności firmy, powodem do chluby i przedmiotem reklamy tej firmy; odpowiednimi działaniami władza może do tego doprowadzić dość szybko. Może lecz tego nie robi, bo nie chce. Dziś u nas jeszcze królują „młode, dynamiczne zespoły”.
W poprzednim tekście pisałem o idei Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i ustawie go wprowadzającej. Okazało się to dość skuteczne, radykalnie polepszając sytuację osób niepełnosprawnych a bazą do tego okazała się… banalna OPŁACALNOŚĆ. Polski przedsiębiorca rozumie tylko argument opłacalności i to przeważnie jedynie w odniesieniu do własnego zysku netto.

Podobnie więc jak w tym przypadku – powinien zostać stworzony fundusz zasilany z obowiązkowych składek przedsiębiorców, przeznaczony na odszkodowania dla osób starszych którym odmówili oni zatrudnienia pomimo spełnienia wymogów rekrutacyjnych. Rolę taką mógłby pełnić i Fundusz Pracy, z tym że należałoby zwiększyć wysokość składki na ten fundusz i jednocześnie poważnie zredukować wypływ pieniędzy z tego funduszu na jakieś cele drugorzędne, by posiadane tam środki wystarczały na finansowanie odszkodowań za brak zatrudnienia. Od płacenia składek na ów fundusz pracodawca będzie mógł się uwolnić jedynie poprzez zatrudnienie i utrzymanie odpowiedniego, wyznaczonego przepisami procentu zatrudnienia osób starszych. Gdy ma „przemawiać” opłacalność to niechaj istnieje wybór: albo utrzymują osobę starszą płacąc jej odszkodowanie, albo ją zatrudniają i utrzymuje ona sama siebie a także zarabia dla pracodawcy.

Jak nie prośbą, to groźbą – tendencja do rugowania osób w wieku produkcyjnym z grupy tzw. 50 plus z rynku pracy a więc i z życia – musi zostać odwrócona. Ma to także i wymiar społeczny, cywilizacyjny, bo pozwoli tym ludziom żyć i poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Obecna tendencja eksterminacyjna, rugująca tych ludzi z pracy i z życia – jest na wskroś barbarzyńska, nie ma nic wspólnego z liberalizmem, tak jak i nie ma nic wspólnego z kapitalizmem, katolicyzmem czy solidarnością społeczną.

22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


18/07/2013

Handel pracą – czy gra z oszustem.

Jest rzeczywista nierównowaga na tak zwanym "rynku pracy", która powoduje, że rynek pracy nie jest rynkiem pracy a raczej bardziej przypomina targ czarnoskórych niewolników. Wynika to z "utajnionych" przed społeczeństwem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej oraz jej koalicjanta.
Sytuacja w rzeczywistości wygląda inaczej.

Przedsiębiorcy potrzebują pracowników.

Prócz działalności drobnej, wykonywanej osobiście – jak w przypadku drobnych rzemieślników usługowych pracujących osobiście, osób wykonujących tzw. „wolne zawody” albo artystów (twórców), w pozostałych wypadkach przedsiębiorca musi zatrudnić pracowników, jednego lub większą ich liczbę, po to, aby móc wypracować optymalny zysk. Często sama technologia pracy (produkcji) wymaga współdziałania wielu osób, obowiązują pewne przepisy BHP, poza tym – istnieje zawsze bariera kompetencji; wiedza potrzebna do wykonywania różnych zadań jest zbyt różnorodna i obszerna, by mógł ją posiadać jeden człowiek.
Słowem – przedsiębiorca przeważnie musi być pracodawcą, by przedsiębiorstwo rozwijać, to znaczy pracownicy najemni są mu absolutnie niezbędni.
Świadomość „bycia niezbędnym” powoduje z kolei wzrost oczekiwań potencjalnego pracownika, głównie oczekiwań dotyczących płacy – bo to płaca, pieniądze pochodzące z wynagrodzenia za pracę są tym, co napędza aktywność człowieka objawiającą się w podejmowaniu pracy.
Tak jak przedsiębiorca podejmuje wysiłek prowadzenia działalności gospodarczej dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb – materialnych, ambicjonalnych, intelektualnych – tak i pracownik podejmuje pracę najemną faktycznie dla siebie, dla zdobycia wynagrodzenia pieniężnego za pomocą którego może zaspokoić swoje własne potrzeby – materialne, ambicjonalne czy intelektualne.

Pracownicy potrzebują przedsiębiorców.

Świadomość „bycia potrzebnym pracodawcy” wraz ze świadomością swoich umiejętności – wzmacnia poczucie wartości, w tym i „wartości rynkowej”, co wpływa na oczekiwania; na poziom wynagrodzenia jakie może przez pracownika zostać uznane za wystarczające. Pracodawca z tego powodu – poniekąd wbrew faktom – nie jest skłonny nigdy przyznać, że potrzebuje pracowników, w szczególności – pewnych konkretnych osób. Odwrotnie: im bardziej potrzebuje - tym skrzętniej to oficjalnie ukrywa.
Atutem pracodawcy jest tu podaż pracy zazwyczaj przewyższająca popyt na nią; konkurencja wśród nadmiernej ilości potencjalnych pracowników o miejsce pracy. Jeśli poczucie wartości pracownika wzrasta ponad pewien poziom możliwy do zaakceptowania, objawia się nadmiernym oczekiwaniem wzrostu płacy – pracodawca sięga do argumentu konkurencji, strasząc szukaniem lub po prostu szukając pracownika o mniejszych wymaganiach, ale podobnych kwalifikacjach. Najczęściej wolałby pracownika nie zmieniać z uwagi na jego kompetencje, wydajność itp., zewnętrznie jednak demonstruje dużo gorszą ocenę pracownika, zbijając tym jego argumenty na rzecz wzrostu płacy.
Pracownik wie również, że płaca jest przedmiotem pewnej umowy którą można do pewnej granicy negocjować, lecz wie też, że pewnej granicy nie należy przekraczać, dlatego oczekuje wzrostu płacy, ale przeważnie nie może swojego zatrudnienia od tego bezwzględnie uzależnić. Jest tu po prostu pewna dość skomplikowana gra zwana „grą rynkową”. Dokładniej – byłaby, gdyby nie działania niszczące „rynek”.
Pracodawcy ostentacyjnie udają brak zainteresowania roszczeniami pracowników, udając że „robią łaskę” zatrudniając ich, pracownicy poszukują wyższego wynagrodzenia za swoją pracę, udając się do innych pracodawców, często konkurujących biznesowo z ich dotychczasowym pracodawcą.
Pracodawcy dla wspólnego interesu umawiają się ze sobą w sposób nieformalny co do wartości poszczególnych rodzajów pracy, po to by ograniczyć presję na podwyżki płac pod groźbą odejścia pracownika do innego pracodawcy, do „konkurencji”.
Pracownicy natomiast zrzeszają się w organizacje walczące w sposób prawny lub nawet „siłowy” o zapewnienie wzrostu płac, zachowania praw wynikających z przepisów regulujących sprawy zatrudnienia.
Tak więc – sprawa zatrudnienia i pracy najemnej jest „polem nieustannej bitwy” stron w wyniku której istnieje określony stan praw i obowiązków po obu stronach.
„Bitwa” ta jest starciem przeciwstawnych interesów.
Pracownik chce możliwie dużo zarobić, ale kosztem czasu pracy ograniczonego, nieprzekraczającego granicy maksymalnego obciążenia organizmu, nie wywołującego trwałych negatywnych skutków zdrowotnych, dającego dość czasu na odpoczynek i życie rodzinne. Pracodawca chce natomiast uzyskać maksymalną różnicę pomiędzy przychodem a kosztem, by dało to możliwie największy zysk, kosztem zwiększania wymagań, obciążenia pracowników, likwidacji ich uprawnień – czyli swoich obowiązków.
Na ten zysk zasadniczy wpływ – prócz konstrukcji samego biznesplanu i wydajności pracy – mają koszty pracy, a na koszty pracy wpływa zasadniczo typ umowy łączący strony. Zatrudnienie czyli stosunek pracy niesie za sobą spore korzyści ale i duże obowiązki dla pracodawcy a wynika to z przepisów Kodeksu Pracy, któremu są podporządkowane takie umowy. Z kolei umowa cywilna np. zlecenie – nie niesie ze sobą większości z tych obowiązków, bo zupełnie nie podlega przepisom Kodeksu Pracy, ale też i efekt pracy jest inny.

Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że nie istnieje prawnie dopuszczalny dylemat w odniesieniu do danego zadania jakie ma być wykonane – czy ma być do tego zastosowana umowa-zlecenie czy zatrudnienie; umowa-zlecenie i umowa o pracę dotyczą zasadniczo zupełnie innych rodzajów zadań, innych warunków ich wykonywania, dlatego umowy te nie dają się nawzajem zastępować w zgodzie z prawem. To są po prostu zasadniczo inne rodzaje umów przystosowane do zupełnie innych rodzajów zadań, jakie są do wykonania.

W związku jednak z niższymi kosztami związanymi prawnie z umową zlecenia – pracodawcy usiłują stosować ten rodzaj umów w sytuacjach, w których typ i warunki wykonywania zadań jednoznacznie wymagają stosowania umowy o pracę. Usiłują pomimo wszystko zastępować umowę o pracę – umową zlecenia, umową o działo albo nawet i umową agencyjną.

To oczywiście działanie absolutnie bezprawne, w sposób oczywisty przepisami prawa zabronione.

Praworządność polska ma jednak to do siebie, że niezmiernie zależy od ludzi nie tylko na etapie ustalania zasad, ale też – ich respektowania. Pojęcie praworządności zawiera założenie istnienia jakiegoś obiektywnego arbitra, który miałby rozstrzygać o zgodności wszelkich działań z prawem. Takim arbitrem mogłaby być na Państwowa Inspekcja Pracy lub wydziały pracy sądów rejonowych. Tymczasem obecnie – rozstrzygnięcie to na etapie egzekwowania prawa nie jest obiektywne; daje jednoznaczną przewagę stronie pracodawców. To skutek działania ideologii władzy. Oznacza to w praktyce – pewien stopień praktyczniej niemożności wyegzekwowania prawa, pewien stopień tolerowania samowoli, swobodę ignorowania prawa, postępowania wykorzystującego nieuprawnione „interpretacje” przepisów – wypaczające ich właściwy, pierwotny sens.
Działania tak „uzbrojonych” pracodawców już dawno przestały być jedynie „grą” mającą przechytrzyć pracownika. System wyłączenia mechanizmów rynkowych dla interesu przedsiębiorców poszedł już dziś dużo dalej. Od ustalenia zasad gry przez jedną ze stron, zmuszenia osób potrzebujących zatrudnienia jako źródła podstawowego dochodu - do „tańczenia jak im się gra” w myśl jakichś niepisanych albo pisanych nieformalnie zasad "rekrutacji" na wolne stanowiska pracy. Wykształciła się konkretna grupa „wyrobników” tego "przemysłu podporządkowania" w postaci elity „zawodowych rekruterów” działających w imieniu tego „kto płaci” i rozwijających twórczo cały idiotyczny na pozór system nacisków, manipulacji, niezdrowej konkurencji,okłamywania i dezinformowania. Wymyślono całą niemalże ideologię „sztuki pisania życiorysów” i zasad pisania podań o przyjęcie do pracy – idiotycznie zwanych „Listami Motywacyjnymi”.
Nastąpił też etap nasilonej kampanii uczącej tak na prawdę ludzi poszukujących pracy – podświadomego ustawiania się na pozycji petenta, klienta,kogoś kto o coś prosi i ma prosić ładnie, ma się wdzięczyć, troszkę łgać ale sprytnie, ma się sam traktować jak „lekko nieświeży towar” – który trzeba sprytnie wcisnąć przygłupiemu klientowi.

Ten etap już jest za nami.
Dziś mamy do czynienia ze świetnie już zorganizowanym „syndykatem” pracodawców, z zaawansowanym przemysłem wprowadzania stopniowych zmian w przepisach prawa, tak aby nie wywołać nadmiernego oporu czy zaniepokojenia społecznego a stale zmierzać w docelowym kierunku. Na horyzoncie zaś jest tam społeczeństwo zamienione w bezładną i niezorganizowaną masę niewolników, trzymanych na niewidzialnych smyczach i zachowujących się w dokładnie przewidziany sposób a jednocześnie – ufających w legendę „liberalizmu” i cieszących się ze swojej pożałowania godnej „wolności”…

13/07/2013

Polska codzienność – łamanie prawa pracy, samowola i bezkarność. Z chciwości. Za zgodą pracowników i polityków.

Trzeba przypomnieć podstawowe pojęcia.
Pracownikiem – jest osoba która ukończyła 18 lat i został z nią nawiązany stosunek pracy (umowa o pracę oparta na KP). Na zasadzie szczególnej – pracownikiem może być także osoba w wieku poniżej 18 lat, lecz nie mniej niż ukończone 16 lat, ale można tu stosować jedynie i konkretnie „umowę o pracę w celu przygotowania zawodowego”, w formie nauki zawodu lub w formie przyuczenia do wykonywania określonej pracy.
Stosunek pracy zostaje nawiązany poprzez zawarcie umowy o pracę na zasadach Kodeksu Pracy. Stosunek pracy opiera się na przepisach prawa pracy, czyli ustawy Kodeks Pracy i przypisach wykonawczych.
„Opiera się” – to znaczy, że treść umowy o pracę nie może być w żadnym szczególe sprzeczna z przepisami Kodeksu Pracy.
„Nie może być sprzeczna” – to znaczy, że nie może „zaprzeczać treści”, choć może być różna, bo KP zawiera jedynie skrajne, graniczne warunki a pracodawca zawsze może zastosować rozwiązania bardziej dla pracownika korzystne. O tym – dalej.
Należy to określić jeszcze bardziej szczegółowo: w Polsce obowiązuje ogólna zasada swobody nawiązywania umów i kształtowania ich treści, lecz jednocześnie pewne zagadnienia, które stają się przedmiotem umów – są mniej lub bardziej szczegółowo regulowane przepisami prawa. Krótko: umowa może być formułowana dowolnie, ale nie może przy tym łamać obowiązującego prawa (być sprzeczna z przepisami prawa). Istnieje też nadal pojęcie „zasad współżycia społecznego” które mają być dopełnieniem prawa w jego szczegółowych przypadkach.
To absolutnie oczywiste.

W myśl zasady podstawowej prawa w ogóle – obowiązek jednej ze stron jest jednocześnie uprawnieniem drugiej, np. pracodawca ma obowiązek udzielić pracownikowi płatnego urlopu w postaci okresu wolnego od pracy za który należy się wynagrodzenie nie niższe, niż gdyby okres ten był przepracowany, a więc z drugiej strony pracownik także „ma prawo” do uzyskania takiego urlopu. Przepisy prawa określają w danym przypadku, jak długi ma być to urlop (ile dni roboczych lub roboczogodzin), ale jest to wielkość minimalna. Oznacza to, że urlop nie może być krótszy niż podano w KP, co nie oznacza – że nie może być dłuższy, jeśli taka byłaby wola pracodawcy.
Wszelkie normy podane w Kodeksie Pracy należy więc traktować jako normy minimum – jeśli chodzi o prawa, oraz jako normy maksimum – gdy chodzi o obowiązki, np. obciążenie pracą. Normy obciążenia pracą – to maksymalny wymiar czasu pracy liczony w godzinach w ciągu doby pracowniczej, godzinach w tygodniu jako przeciętna w ramach okresu rozliczeniowego. Zasadniczą normą graniczną (maksimum) w Kodeksie Pracy jest 8 godzin pracy i 11 godzin nieprzerwanego odpoczynku w dobie pracowniczej, przeciętnie 40 godzin pracy tygodniowo w ramach okresu rozliczeniowego. Przy tym doba pracownicza nie jest tożsama z dobą zegarową. Oczywiście to tylko ogólny przykład, bo w rzeczywistości, tej „legalnej” rzeczywistości – pracodawca ma spore możliwości manewru i sporą elastyczność.
Nie wolno pracownikowi „dać” mniej (praw, świadczeń itp.) niż określają to jego prawa (ale więcej zawsze można), ani od pracownika nie wolno oczekiwać więcej – niż określają to jego prawne obowiązki (ale zawsze można mniej).
W praktyce więc, Kodeks Pracy zawiera określenie obowiązków pracodawcy wobec pracownika i umowa o pracę nie może naruszać praw tego pracownika, to znaczy – nie może ich jedynie ograniczać. Analogicznie jest z prawami i obowiązkami pracodawcy. Pracodawca prócz obowiązków ma też odpowiednie prawa.
Jednocześnie dla umów w różnych sprawach zawieranych pomiędzy obywatelami czy podmiotami a opartych o Kodeks Cywilny – także obowiązuje zasada swobody kształtowania treści tychże umów, pod warunkiem pozostawania jej w generalnej zgodności z prawem. Ktoś więc mógłby uważać, że skoro tak – to można zawrzeć umowę zlecenie o treści umowy o pracę i będzie to zgodne z prawem. Tak jednak nie jest. Dokładniej – „tak jest”, bo taka praktyka jest stosowana i nie jest dziś ścigana, ale też i „tak nie jest” – bo nie jest to zgodne z prawem. Jest to karalne. Ale… nie zawsze dziś jest karane. To specyfika ideologii PO; może i karalne (bo sprzeczne z prawem), ale nie karane (bo zgodne z "ideologią chciwości" PO).

Definicja stosunku pracy oznacza, że osoba wykonująca zlecenie – nie jest pracownikiem. Nie jest pracownikiem dlatego, że zlecenie, czy „umowa zlecenie” opisująca relacje pomiędzy zleceniodawcą a wykonującym (czyli zleceniobiorcą) – nie podlega w żadnym szczególe przepisom prawa pracy, z wszystkimi tego konsekwencjami praktycznymi. Podział ten jest jednoznaczny i przyjęto go dla porządku:

pracodawca -> zatrudnienie -> ”umowa o pracę” -> Kodeks Pracy

albo:
zleceniodawca -> wykonywanie zlecenia -> ”umowa –zlecenia” -> Kodeks Cywilny.

dokładnie: albo to – albo to.

Umowa zlecenie oraz umowa o dzieło – to tak zwane umowy cywilno-prawne, to znaczy – umowy oparte na przepisach prawa cywilnego (Kodeksu cywilnego) a nie prawa pracy (Kodeksu pracy).
Osobę wykonującą umowę zlecenie – nazywamy zleceniobiorcą lub wykonawcą zlecenia a nie pracownikiem. Tego kto daje komuś zlecenie wykonania jakiejś czynności i poszukuje do tego wykonawcy – nie nazywa się pracodawcą - a zleceniodawcą.
Relacji łączącej zleceniodawcę z realizującym zlecenie (wykonawcą) – nie nazywamy stosunkiem pracy.
Tu nie chodzi tylko o banalne nazwy: relacji tej nie nazywamy stosunkiem pracy, bo ona stosunkiem pracy nie jest!
Zleceniodawca nie ma obowiązków – narzuconych i określonych wobec pracodawców w Kodeksie Pracy, bo go Kodeks Pracy nie obowiązuje, choć nikt mu też i nie zabrania w podobny sposób ukształtować treść umowy zlecenia (podobny lecz nie identyczny!). Generalnie jednak – umowa zlecenia zawsze będzie się różniła od umowy o pracę, bo po prostu zupełnie czego innego dotyczy. Właśnie te różnice są sensem istnienia różnych form relacji łączącej różne podmioty. Zlecenie stosuje się (powinno się stosować) w zupełnie innych sytuacjach niż umowę o pracę. Rozpatrzę to dokładniej na przykładach w kolejnym felietonie, by osoby zainteresowane nauczyły się odróżniać wykonanie zlecenia od realizacji stosunku pracy.

Nikomu nie można nakazać uczciwości… ani też zabronić jej.

Już na podstawie powyższych informacji należałoby stwierdzić, że wszelkie ogłoszenia o pracę formułowane w stylu „zatrudnię na umowę-zlecenie…” są po prostu ewidentną deklaracją zamiaru złamania prawa i wszystkie one powinny trafiać do Państwowej Inspekcji Pracy – jako zgłoszenia konieczności dokonania tam kontroli legalności zatrudnienia.
Rzeczą najważniejszą jest jednak, że każda umowa musi być dobrowolna, dobrowolnie zaakceptowana i podpisana przez obie strony. Każda ze stron musi widzieć tam swój zysk i koszt, prawa i obowiązki, zaakceptować ich równowagę. Swoboda zawierania umów dotyczy nie tylko ich treści ale i samego faktu ich zawierania; nikt nie musi zawierać umowy z której treścią się nie zgadza, bo uważa ją np. za dla siebie niekorzystną.

Wyjaśniam to wszystko dlatego, że nieuczciwi przedsiębiorcy, spora ich część lecz bynajmniej nie wszyscy – tworzą celowo ogromne zamieszanie pojęciowe w tej sprawie, manipulują potem niewiedzą czy dezorientacją osób poszukujących pracy, ewidentnie manipulują przepisami prawa stosując „kruczki” po to, by nikt nie mógł im zarzucić ewidentnego świadomego naruszania przepisów. A jeśli już są nieostrożni i wychodzi na jaw ich wykroczenie, tłumaczą się „niezrozumieniem” z powodu bałaganu pojęciowego (który sami wcześniej wywołali). Jest też ogromna liczba normalnych pracodawców, nie polujących na każdą możliwość „nagięcia” prawa na swoją stronę kosztem pracownika, rozumiejących po co pracownik podejmuje pracę – pilnujących jedynie wzajemności takiej uczciwej relacji.

Taka sytuacja zmierzająca coraz bardziej w stronę „niewolnictwa pracowniczego” jest przy „programowej” bezczynności PIP w praktyce nie do opanowania, dlatego tytuł przytoczonego powyżej tekstu trzeba uważać za mój prowokacyjny apel do pracownika:

Człowieku! Tylko ty możesz powstrzymać swój wyzysk. Swój – i poprzez solidarność pracowniczą – nie tylko swój. Masz prawa, ale nikt cię nie zastąpi w chronieniu twoich praw i korzystaniu z nich – wymaganiu ich przestrzegania przez innych. Nikt cię nie zastąpi w obronie twoich praw, zapobieganiu ich zmianie na dużo mniej korzystne. Jeśli nie będziesz korzystał ze swoich praw, na przykład z powodu niewiedzy – będziesz zawsze na pozycji przegranego, wykorzystanego, oszukanego, poszkodowanego. Będziesz niewolnikiem na własne życzenie. Łatwiej jest bronić swoich praw – w grupie, nie samodzielnie. Im większa grupa, lepiej zorganizowana – tym skuteczniejsza. Ci – co cię chcą wykorzystać, oszukać, okraść – wiedzą to; też łączą się w „grupy” i są bardzo skuteczni (np. ZPP). Jeśli poczujesz się niewolnikiem i sam zgodzisz się nim być – sam jesteś winien swojej biedy, beznadziejności, uzależnienia, cierpienia psychicznego i fizycznego. Nikt cię nie zmusi do korzystania z twoich praw. Wręcz przeciwnie: jeśli nie będziesz z nich korzystał – utracisz je.

27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

15/04/2013

Minister Pracy – z szabelką na czołg.

Wiele wskazuje na to, że nadal – a może nawet coraz bardziej – brak jakiegokolwiek spójnego planu czy programu rządowego dotyczącego bezrobocia. Bezrobocia albo czegokolwiek innego. Dziś rząd to kilku indywidualistów, paru celebrytów, jeden macho i dwóch kandydatów do Brukseli. Rząd w swojej dezorganizacji wewnętrznej przekroczył już dopuszczalne granice nonsensu. Rząd to dziś premier – jak kukła nie pojawiająca się „medialnie” całymi tygodniami, nie wiadomo czym się zajmująca prócz oczywiście haratania w gałę i podróżowania pomiędzy Sopotem a Warszawą. Reszta – to pewna liczba ministrów indywidualistów, robiących „swoje” i nie kontaktujących się poważnie z innymi ministrami. Każdy minister na swój strój, jak w orkiestrze zebranej przez przypadek, złożonej z samych solistów-wirtuozów.

W sprawie „walki z bezrobociem” działa i wypowiada się ostatnio często minister pracy. Ale przecież bezrobocie w swej istocie polega na ogromnej nadwyżce podaży pracy w stosunku do popytu na nią a to jest sprawa stanu gospodarki i ideologii kierowania nią (lub przyglądania się z boku z założonymi rękami – jeśli wierzymy w niewidzialną rękę rynku dokonującą samoregulacji gospodarki). Walka z bezrobociem jako niedoborem miejsc pracy najemnej – polega na takim sterowaniu gospodarką aby ilość miejsc pracy zwiększyła się i jest to zadanie resortów gospodarczych rządu a nie ministra pracy. Być może komuś nie mieści się w głowie, że to co dotyczy pracy – nie dotyczy wbrew pozorom w głównej mierze ministra pracy. Po prostu: taka głowa… nieszczęście…

Dopiero gdy tak się zaczyna dziać w gospodarce, minister pracy może zadbać o maksymalne dopasowanie „jakościowe” czyli maksymalne możliwe przystosowanie kompetencji osób bezrobotnych do potrzeb pracodawców tworzących nowe miejsca pracy, by bezrobotni poszukujący pracy – znajdywali coraz liczniej takie oferty pracy, których oczekiwania mogą przynajmniej w podstawowym stopniu spełnić; tu dopiero jest miejsc na kursy dokształcające, przekwalifikowania zawodowe, pomoc studentom kończącym takie kierunki które mają odzwierciedlenie w powstającym zapotrzebowaniu na pracowników, oraz zastosowanie do tych działań dofinansowania unijnego.
Tak się jednak nie dzieje.

Kompletnie brakuje jak się wydaje właśnie takiej koordynacji i uzgodnienia działań pomiędzy resortami.
Działania w gospodarce opierają się dziś o… ideologicznie uzasadniany brak działań, bo „politykom wara od gospodarki”; tu raczej władza zachowuje się jak bierny „zboczeniec – podglądacz, gapiący się ukradkiem przez dziurkę od klucza, co robią przedsiębiorcy, ale „gołej prawdy” w ten sposób z pewnością w ogóle nie zobaczy…

Dotychczasowy a już od dawna nie funkcjonujący program szkoleń bezrobotnych właśnie dlatego między innymi był skandalicznym marnotrawstwem środków unijnych, że nie towarzyszyły mu żadne działania na rzecz realnego wzrostu ilości miejsc pracy. Wydano gigantyczne pieniądze na szkolenia i przekwalifikowania a tymczasem znakomita większość szkolonych bezrobotnych po tych szkoleniach także nie otrzymała żadnej oferty zatrudnienia, jak i ich własne wysiłki znalezienia zatrudnienia z wykorzystaniem nabytych nowych kompetencji – nie dały żadnego rezultatu; po prostu ilość wolnych miejsc pracy wówczas nie tylko nie zwiększała się ale wręcz odwrotnie; padały kolejne zakłady i szykowano kolejne zwolnienia grupowe.

Sprawa ta woła o pomstę – nawet nie do nieba a do Komisji Europejskiej i jej organów kontrolnych; jako „absolwent” kilku takich bezskutecznych kursów i szkoleń uważam, że powinno to zostać poddane wnikliwej kontroli unijnej i spotkać się z kolejnym skierowanym do Polski żądaniem zwrotu przez Polskę do kasy unijnej gigantycznych środków w taki sposób zmarnowanych. Trzeba tu jedynie przesłania odpowiedniej informacji do odpowiednich instytucji unijnych…

Ktoś się wreszcie najwyraźniej opamiętał, albo może przestraszył i… kursy i szkolenia uzupełniające brakujące kwalifikacje lub przekwalifikowujące wybranych bezrobotnych w ogóle przestały być organizowane, i to jest także tragiczne w skutkach, bo wielu osobom bezrobotnym bardzo niewiele brakuje do uzyskania stanu w którym mogliby zaspokoić oczekiwania jakiegoś pracodawcy, niestety nie posiadają żadnych środków na szkolenia „komercyjne”.
Tymczasem to co jak się wydaje jest najczęstszym „brakiem” kandydatów do zatrudnienia i powodem ich odrzucenia, to znaczy brak podstawowej choćby znajomości języka obcego, brak prawa jazdy lub brak pisemnego potwierdzenia pewnych umiejętności lub uprawnień – zostało czyjąś idiotyczną decyzją całkowicie wyłączone z zakresu pomocy bezrobotnym możliwej do uzyskania od urzędu pracy, a stało się wyłącznie przedmiotem działalności komercyjnej wielu firm i agencji szkoleniowych.
Jest to co prawda zgodne z „ideologią chciwości” Platformy Obywatelskiej, ale diametralnie rozmija się z zapotrzebowaniem społecznym związanym z walką z bezrobociem…
Działania ministra pracy przypominają w dużym stopniu przysłowiowe „przelewanie z pustego w próżne” nie z jego winy, bo nic przecież nie da irytujące ględzenie o „aktywizacji bezrobotnych” jeśli inne resorty nie połączą działań na rzecz aktywizacji gospodarki.

Obecnie głośno się stało na temat zmian planowanych przez ministra pracy w ustawie o promocji zatrudnienia. Propozycje te są na różnym etapie opracowania i wdrażania, ale wzbudzają już wiele komentarzy, także wiele nieporozumień i niezrozumień, niepokoju. W kolejnych tekstach chciałbym się odnieść do najbardziej istotnych z nich.

30/01/2013

Szykuje się nowe „dotacjobranie”, ale stopa bezrobocia z pewnością będzie nadal rosła. Tak chce władza.

Systematyczne przeglądanie ofert zatrudnienia coraz jaskrawiej dowodzi, że jedynym – a co najmniej najważniejszym mechanizmem działającym w sprawie zatrudniania – jest tzw. koszt zatrudnienia.
Jest to dla rządzących konkretną wskazówką. Zatrudniony pracownik jest zatrudniony po to, by generował jakiś określony przychód, bezpośrednio lub jako członek grupy, zespołu, wykonujący sprawnie swoje funkcje i przyczyniający się w ten sposób bezpośrednio do powstania przychodu firmy. Ostatecznie; – przecież po to został on wraz z innymi zatrudniony, by wytworzył przychód. Nie można jednak zapominać, że jego, pracownika, motywacją nie jest sama działalność dla jakiejś firmy a bezpośrednio – jego własny zarobek, jako ekwiwalent pieniężny za świadczoną pracę. Z owego wypracowanego z zasady sporego przychodu pracodawca pokrywa wszelkie obowiązkowe płatności związane z tym zatrudnieniem (jak ZUS, Fundusz Pracy, Fundusz wypadkowy, PFRON itp.) oraz płacę pracownika ustaloną w umowie. Pozostała nadwyżka jest dochodem firmy, z którego pokrywa się inne koszty, realizuje rozliczenia, amortyzację itp. aż wreszcie na końcu pozostaje kwota stanowiąca zysk własny przedsiębiorcy.
To – w jaki sposób to wszystko jest zorganizowane, jak funkcjonuje organizacyjnie i finansowo – zależy od przedsiębiorcy. Efekt – w dużej mierze zależy też od pracowników. Jak się wydaje – „interes” jest tu wspólny. Od pracownika zależy wyłącznie realizacja założonego planu wydajności bądź skuteczności i jeśli planu takiego nie wykonuje, najczęściej jest, a w każdym razie – może być – wymieniony na bardziej wydajnego lub skutecznego, – co także leży w gestii przedsiębiorcy. Podobnie jak cała konstrukcja biznesu, jego założenia, zaplecze, sensowność ekonomiczna pomysłu, itp.

Chcę z naciskiem podkreślić, że to przedsiębiorca planuje i realizuje swój biznesplan, realizuje go posługując się pracownikami najemnymi. Natomiast klimat, realia w jakich to wszystko jest osadzone i jakim podlega – tworzy władza państwowa.

W medialnym rozpatrywaniu tej sprawy wiele jest demagogii (po stronie przedsiębiorców oraz pracowników) i niekompetencji (po stronie dziennikarzy), ponadto mamy do czynienia z różnymi „zagrywkami psychologicznymi”.
Jedną z nich jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na „wysokie koszty pracy”, biadolenie – ile to przedsiębiorca musi odprowadzać do skarbu państwa. Jednak nie można dać się zwieść pozorom: przedsiębiorcy (może prócz jakiegoś „marginesu”) doskonale wiedzą i rozumieją, na czym polega społeczna rola ich działalności, społeczna rola pracy najemnej, ubezpieczeń społecznych, funduszu pracy itp. W tym widać wyraźne znamiona cwanego szantażu, nacisku na wymuszenie ulg, obniżek, dotacji, upustów, odliczeń – mających zmaksymalizować ten końcowy, ostateczny zysk właściciela.
Tak buduje się chorą, felerną, śmieciową gospodarkę „na glinianych nogach” funkcjonującą w dużej części dzięki dotacjom zewnętrznym oraz maksymalnemu wyzyskowi pracowników. W ten sposób – chciwość i pazerność przedsiębiorców tworzy fałszywy klimat „kryzysu”; bez przerwy rozlegają się narzekania, ostrzeżenia, groźby zaprzestania działalności i masowych zwolnień a wszystko to by wyłudzić dotacje i tym samym zwiększyć ostateczny zysk przedsiębiorcy.

Nie twierdzę tu oczywiście, że kryzysu nie ma, ale przedsiębiorcy jakby „z natury” gotowi są na wszystko, byle zwiększyć swój zysk; to jest jak choroba, zaburzenie umysłu o charakterze nerwicowo – psychotycznym. W pewnym sensie przenośnym i nieco złośliwie – można nawet śmiało powiedzieć, że największym kosztem pracy jest zysk pracodawcy.
Zależność tę widać właśnie w dostępnych ofertach pracy. Znaczną część rzeczywiście funkcjonujących ofert zatrudnienia (nie fikcyjnych) stanowią oferty dla osób młodych, do 26 roku życia. Dlaczego? Bo przy zastosowaniu umowy „śmieciowej”, czyli umowy-zlecenia w okolicznościach, gdy praca faktycznie spełnia kryteria zatrudnienia – przedsiębiorca w takim przypadku nie musi odprowadzać za tego zatrudnionego żadnych składek do ZUS. Proponowane wynagrodzenie poza kilkoma największymi miastami i tak nie przekracza 1600 zł brutto, więc efektem jest wzrost zysku z działalności. Pracodawcy skwapliwie korzystali w przypadku ludzi młodych zaczynających dopiero pracę, z możliwości pomniejszenia wynagrodzenia w pierwszym i drugim roku pracy – znacznie poniżej ustawowo określonego wynagrodzenia minimalnego (w przypadku umów o pracę), bo w przypadku umów cywilnych nic tego wynagrodzenia – prócz zgody samego kandydata – nie limituje.

Drugi najczęściej spotykany dziś rodzaj ofert zatrudnienia, to oferty pracy adresowane do osób niepełnosprawnych. Tu – efekt związany jest z ustawą o PFRON, która nakłada na przedsiębiorców obowiązek opłacania dość wysokiej składki na fundusz. Składka obowiązkowa danego pracodawcy maleje wraz z liczbą osób niepełnosprawnych zatrudnionych przez niego, w proporcji do liczebności załogi przedsiębiorstwa i ustawowego limitu. Ponadto zatrudnienie niepełnosprawnego nie tylko zmniejsza obciążenie składką, ale i daje wiele innych możliwości zdobycia dofinansowania, dopłat, refundacji wydatków itp. Efektem jest znaczna liczba ofert zatrudnienia wyłącznie dla osób posiadających orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, (jako warunek kandydowania).
Obecnie daje to więc wyraźnie widoczne preferencje w zatrudnieniu dla studentów i ludzi do 26 roku życia oraz dla osób niepełnosprawnych a dokładniej – dla osób posiadających orzeczenie o niepełnosprawności. Podkreślam to celowo, bo niejednokrotnie wierzyć się nie chce, że przykładowa starsza pani z dużym czy średnim orzeczonym na piśmie stopniem niepełnosprawności, daje sobie radę ze sprzątaniem biur, myciem nieraz bardzo dużych i wysokich okien sięgając do nich po składanej drabince… nasuwa to niestety podejrzenie, że w części przypadków orzeczenia takie mogą być „na wyrost”; nie podejrzewam tu komisji właściwych do orzekania a raczej – samych zainteresowanych.
To zresztą oczywiste i banalne: w tym kraju zawsze tak było, że potrzeba sterowała zachowaniem ludzi: trzeba było (opłacało się) być partyjnym – to miliony szły do partii, nagle się zmieniło – to miliony członków i członkiń „znikły”, niemalże z dnia na dzień… Skoro więc „bycie niepełnosprawnym” znacznie dziś przybliża do uzyskania jakiegoś zatrudnienia, a nikt przecież nie będzie sobie robił krzywdy celowo tylko z tego powodu, to… „krzywda” może pojawiać się na papierze…

Sytuacja nosi w zasadzie znamiona powszechnej dyskryminacji w zatrudnieniu – ludzi sprawnych , oraz dyskryminacji osób po okresie nauki czy studiów, a to jest przecież jednoznacznie zabronione. Podobnie jak dyskryminacja ze względu na wiek, jaka dotyka osoby starsze w wieku produkcyjnym.
Władza (partia rządząca i obsadzone przez nią "większościowo" organa państwa) jest z ramienia społecznego organizatorem życia gospodarczego i społecznego choćby pod względem tworzenia pewnego „środowiska” prawnego, organizacyjnego, klimatu społecznego itp.
Władza ma być przecież gwarantem ale i jakby przeciwwagą dla wolnego rynku, wolności gospodarczej. Nie może jednak – zniewolona własną ideologią – ulegać dyktatowi gospodarki wbrew interesowi społecznemu. W takiej sytuacji – mamy klimat skłaniający do budowy chorej gospodarki opartej w dużym stopniu o dotowanie zatrudnienia, zatrudnianie ludzi bez doświadczenia nie dające im ani doświadczenia, ani zabezpieczenia społecznego, uprawnień emerytalnych oraz zatrudnianie ludzi głównie niepełnosprawnych. To prowadzi do absurdu.
To jest właśnie „rozdawnictwo” publicznych pieniędzy, tyle że tym razem na rzecz przedsiębiorców a nie pracowników.
Szczególnie duża ilość ofert pracy dla niepełnosprawnych jest dostępna w dziedzinie prac niefachowych, ale bardzo obciążających fizyczne; im bardziej praca wymaga sprawności, wręcz sprawności podwyższonej, ponadprzeciętnej, dobrego poczucia równowagi do prac na wysokości ponad 2 m (drabina) i to ze względu na bezpieczeństwo samego zatrudnionego – tym więcej jest ofert proponujących tę pracę wyłącznie osobom niepełnosprawnym. To absurd – ilustrujący jak bardzo nieopanowana chęć maksymalizacji zysku przedsiębiorcy wpływa na życie społeczne. Bo niestety w ten sposób z grupy pozostałych osób, tych w wieku produkcyjnym, pracę mogą znaleźć tylko prawdziwi fachowcy, korpus urzędniczy administracji państwowej, samorządowej i organizacji pozarządowych oraz instytucji edukacji i kultury – zwany ogólnie „wielką rodziną”; pozostała część społeczeństwa to znaczy osoby o niskich kwalifikacjach formalnych (udokumentowanych) oraz osoby w wieku powyżej 45 czy 50 lat – na zatrudnienie szanse mają bardzo niewielkie.
Skoro więc warunki prawne stwarzane przez władzę sterują w opisany wyżej sposób zachowaniem przedsiębiorców w sprawach zatrudnienia, to należy to wykorzystać do upowszechnienia zatrudnienia.
[Na marginesie: Może i przyświecało to kiedyś projektodawcom "ustawy o promocji zatrudnienia", lecz mogło w procesie legislacyjnym zostać doprowadzone niezliczonymi poprawkami do absurdu. No bo komu ustawodawca miał zamiar "promować zatrudnienie" ? - ludziom bezrobotnym przymierającym głodem i szukającym jakiejkolwiek płatnej pracy, po to żeby przeżyć? Jeśli tak - to zadanie takie jest z zasady absurdalne. Jeśli natomiast promocja zatrudnienia miała dotyczyć pracodawców, przedsiębiorców - to minęła się z celem bowiem ustawa nie zawiera żadnych istotnych działań ani nie daje wystarczających środków służących takiej promocji. Ustawę trzeba po prostu o te zadania i środki uzupełnić.]
Zatrudnianie powinno się opłacać przedsiębiorcy w sposób bezpośredni. Równocześnie opłacalność ta nie może się wywodzić z dotowania; dotowania należy w zasadzie zaprzestać.
Przede wszystkim, upowszechnić by trzeba obowiązek płacenia składek społecznych i innych obowiązkowych składek, (być może z jedynym wyjątkiem; odpowiednich programów zatrudniania dla osób niepełnosprawnych, których bez tego nikt nigdy by nie zatrudnił, lecz nie w dzisiejszy „janosikowy” sposób a’la PFRON).

Rejestrowane w urzędach pracy powinny być wyłącznie osoby bezrobotne faktycznie szukające zatrudnienia i wszystkie te osoby powinny mieć zasiłek dla bezrobotnych, w wysokości pozwalającej żyć, mieszkać i tego zatrudnienia skutecznie szukać.
Zasiłek powinien być przyznawany na odpowiednio długi okres czasu, podzielony na krótsze okresy kontrolne, np. jak w Danii – do skutku ale nie dłużej jak do 2 lat.
Osoba bezrobotna powinna mieć osobisty kontakt na co dzień ze swoim pośrednikiem pracy, zawsze tym samym, znającym ją co najmniej z widzenia (w osiedlowych czy dzielnicowych punktach kontaktowych), poszukiwanie pracy powinno być tam rejestrowane i dokumentowane.
Każdy bezrobotny powinien być traktowany indywidualnie przez swojego pośrednika pracy.
Środki na zasiłki dla tych rzeczywiście bezrobotnych powinny pochodzić bezpośrednio z obowiązkowych składek przedsiębiorców; to pracodawcy muszą utrzymywać szukających pracy tak, by bardziej im się zaczęło opłacać zatrudnić ich, niż utrzymywać jako bezrobotnych.
Wysokość składki powinna pozwalać na pokrycie zasiłków w realnej wysokości, pozwalającej na utrzymanie się w gotowości i zdolności do podjęcia pracy.
Powinna być stanowczo zlikwidowana wszelka „praca na czarno”, nielegalne zatrudnienie, łamanie prawa pracy i uchylanie się od obowiązku podatkowego powinno być bezwzględnie ścigane, podobnie jak uchylanie się od płacenia składek do ZUS, który trzeba natychmiast uszczelnić i wydzielić w finansach państwa. Tymczasem jest odwrotnie; – władza umorzyła właśnie zadłużenie bardzo wielu firm w ZUS z powodu niewpłacania składek, co należy rozumieć jako pokrycie tychże składek z budżetu państwa.
Oczywiście – to wszystko nie jest możliwe, bo to by zaprzeczyło podstawom ideologicznym Platformy Obywatelskiej.

Bezrobocie na koniec 2012 roku przerosło nawet te niekorzystne prognozy rządowe i wyniosło 13,3%, przy czym prognozuje się jego dalszy wzrost, w pesymistycznych wersjach nawet do 16% na koniec bieżącego roku. Ma to konkretne dramatyczne skutki społeczne rzutujące na stan państwa. Rząd jednak głównie prognozuje i przygląda się, czy prognozy się spełniają… Głównie tym się zajmuje, jeśli nie liczyć rozniecanych afer medialnych mających ukryć przed opinią publiczną fakt, że nie zajmuje się tym co potrzeba.

Generalnie – znakomita większość osób wypowiadających się na ten temat roztacza katastroficzne wizje, epatuje czarnowidztwem, ostrzega przed nadchodzącym kryzysem i zapaścią, ale nikt się nie zająknie w sprawie zapobieżenia temu, środków przeciwdziałania, zrozumienia powodu nieskuteczności działań dotychczasowych..
Rozumiem, że ludziom niezależnym tak bardzo od spełnienia się lub niespełnienia ich wizji, przepowiedni – zależy wyłącznie na satysfakcji osobistej, jaką spodziewają się odczuć, gdy ich przewidywania okażą się trafne. Na zasadzie: wiedziałem, że tak będzie i ostrzegałem, jestem wielkim ekonomistą, politykiem, dziennikarzem, analitykiem i wiedziałem wcześniej, że tak się stanie. A że to jest równoznaczne z tysiącami czy setkami tysięcy ofiar wśród osób zależnych od codziennej pracy najemnej – cóż, to nie ich, ekonomistów – czarnowidzów wina przecież…
Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz nadal rozwija działania wychodzące naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców; to oczywiście zupełnie nie dziwi biorąc pod uwagę ideologię tej władzy, dającą bezwzględną „wolną rękę” biznesowi nawet wbrew konstytucji, prawu czy interesowi społecznemu. Nie Polska jest najważniejsza: najważniejsze jest „róbta co chceta”… adresowane do elity. I zabobonna wiara w „niewidzialną rękę” samoregulacji.

Minister Pracy przedstawił właśnie kilka dni temu (24.01) nowy projekt ingerencji w zatrudnienie – za pomocą dotacji: projekt Ustawy „O szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców”.
Zakłada on wdrożenie działań finansowanych ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co oznacza, że przeznaczony faktycznie na walkę z bezrobociem Fundusz Pracy, na którym ciężką rękę nie do końca legalnie położył Minister Finansów – jest tymczasem nie do odzyskania.
Ochrona miejsc pracy miałaby być realizowana poprzez częściowe dotowanie pensji pracowniczych w okresie skrócenia przez pracodawcę wymiaru pracy w firmie, na czas zastoju w jej działalności, częściowe dotowanie wynagrodzeń za czas całkowitego przestoju firmy pracodawcy zamiast likwidacji miejsc pracy, dotowanie przedsiębiorstw poprzez rekompensowanie im obciążeń z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne od wypłacanych wynagrodzeń. Pomoc miałaby mieć charakter czasowy (6 a w wyjątkowych sytuacjach 12 lub 18 miesięcy) a jej wysokość odpowiadałaby zasiłkowi dla osoby bezrobotnej określonej w ustawie.
Tak więc obywatel zatrudniony na umowę o pracę otrzymywałby zasiłek taki jak gdyby był bezrobotny oraz częściową wypłatę wynagrodzenia od pracodawcy. Pracodawca byłby też zobowiązany do nierozwiązywania stosunku pracy i nielikwidowania dotowanych stanowisk pracy w okresie do 3 miesięcy po zakończeniu okresu pobierania pomocy. Pomoc ta stanowiłaby dla pracodawcy pomoc publiczną „de minimis”.
Nie da się wykluczyć, że z punktu widzenia przeciętnego bezrobotnego bezskutecznie poszukującego dziś zatrudnienia, pomoc taka mogłaby zapobiec upadkowi wielu osób do poziomu kloszarda, dając jakieś minimalne środki pozwalające egzystować (i tylko tyle), pod warunkiem uzyskania jeszcze jakiejś pomocy np. rzeczowej także i z funduszu Pomocy Społecznej. Ogólnie jednak pomysł ten idzie w tym, co zawsze kierunku: nie dotyka sedna problemu, jego przyczyny a – tak jak to opisałem powyżej – zostanie doskonale wykorzystany przez przedsiębiorców dla maksymalizacji swojego własnego zysku, kosztem czerpania z funduszy publicznych. Nie wiadomo, jakie zainteresowanie wzbudzi on wśród pracodawców; minister powoli, bardzo powoli, ale jednak uczy się, zadziała też biurokratyczny przymus samo-ochrony urzędników przed ewentualną odpowiedzialnością, co w procesie realizacji wszelkich zapisów ustawowych skutkuje takim zagmatwaniem szczegółowych rozwiązań, zasad, wyjątków od zasad i wyjątków od tychże wyjątków – że sprowadzają one wszystko do kompletnego absurdu.
Im bardziej szczegółowo projekt będzie zabezpieczał realizację swoich założonych z góry celów, tym mniej przedsiębiorców się nim zainteresuje: nie da się „zakombinować” dla zwiększenia własnego zysku – to znaczy, że to jest nieprzydatne.
Obawiam się, że realizacja tego projektu da nowy impuls żerowaniu na pomocy publicznej a po wyczerpaniu pieniędzy wszystko powróci w najlepszym wypadku do stanu obecnego. Skończą się dotacje – skończy się zatrudnianie a zacznie znów straszenie masowymi zwolnieniami, redukcją zatrudnienia, likwidacją działalności lub przeniesieniem jej za granice, – czyli ta sama szopka, co obecnie… wyłącznie w celu maksymalizacji zysku własnego.

Uważam, że jedyne rzeczywiste rozwiązanie problemu bezrobocia i kłopotów, z jakimi spotyka się gospodarka – musi się zacząć od całkowitej zmiany „opcji politycznej” w tym kraju, albo co najmniej od zasadniczych przekształceń w koalicji rządzącej, polegających na całkowitym odrzuceniu obecnej ideologii, która jest praprzyczyną wszystkich problemów.

24/06/2012

"Stara szkoła" informacji niejakiego dr Paula Josepha G.

Tu już nawet nie chodzi o to, że „klasyk” ów był głównym źródłem propagandy bałwochwalczego uwielbienia dla swojego „genialnego wodza” i w tym swoim zapędzie potrafił całkowicie przestać liczyć się z podstawowymi prawami nie tylko obcych, ale nawet swoich współobywateli – wprowadzając w służbie dla „wodza” 60-godzinny tydzień pracy albo powszechny zakaz wszelkich form rozrywki. Nie chodzi o to, że potrafił zdradzić swoje własne socjalistyczne przekonania, że gotów był wprowadzić nawet siłą nową dla siebie ideologię, przejętą od „wodza”.
Chodzi o to, że robił to niezależnie od ilości ofiar, czy cierpienia ludzi – także własnych współobywateli.

Skupmy się może tylko na anegdotycznej już dziś, wypracowanej przez niego zasadzie funkcjonowania „informacji” – zasadzie mówiącej, że jeśli największą nawet bzdurę (plotkę, przeciek kontrolowany, hasło propagandowe lub ideologiczne) wystarczająco długo i wystarczająco powszechnie powtarzać, to ostatecznie zostanie ona uznana za prawdę. Prawda jest więc nie sprawą widzialnej, sprawdzalnej rzeczywistości a pewnym „produktem”, wytworem któremu nadaje się potrzebne w danej chwili własności i kształt, na wzór kawałka gliny czy plasteliny. Dzięki odpowiedniej manipulacji i perswazji prawdą może stać się dowolne twierdzenie.

Zmory przeszłości dawno odeszły w ciemność – gdzie ich miejsce, ale zasada ta jest cały czas z lubością realizowana przez władzę, wszelką władzę – za pomocą swoich „przydupaśnych”, usłużnych propagandystów, funkcjonariuszy i pracowników.
Na przykład – na początku czerwca opublikowane zostały oficjalne dane na temat rejestrowanego w Polsce bezrobocia. Oficjalna propaganda natychmiast ukuła jedynie słuszną tezę: BEZROBOCIE SPADA – i zaczęła ją uparcie lansować, pracując mocno dla poprawy nadszarpniętych notowań swojego „wodza”.
Tymczasem twierdzenie takie jest kłamstwem, mającym jedynie w pewnym sensie nieco z prawdy. Inaczej – należałoby powiedzieć, że w chwili ogłoszenia takie stwierdzenie – odniesione do minionego miesiąca może być prawdą, ale jego uogólnienie, poprzez zatajenie faktu iż mówimy jedynie o minionym miesiącu – jest fałszem, kłamstwem propagandowym.

Nawiasem mówiąc – to także jest zgodne z metodyką dr Paula Josepha G.; ludzie nie są wbrew pozorom tak kompletnie głupi, potrafią rozpoznać oczywistą nieprawdę i wtedy tracą zaufanie do następnych, kolejnych podawanych im spreparowanych, nieprawdziwych wiadomości. Nie można więc niestety mówić ludziom dowolnych bzdur – chcąc odwoływać się do zaufania ludzi a nie do terroru, do siły. Sztuką jest zyskać i podtrzymywać ich zaufanie, a w tym celu trzeba od czasu do czasu podać im jakąś prawdziwą i łatwo sprawdzalną wiadomość na dowód własnej wiarygodności tego, kto jest jej źródłem. Nie da się manipulować „twardymi” danymi ale można manipulować ich kontekstem, niuansami znaczeniowymi, niedomówieniami, naciąganymi statystykami dopasowanymi do z góry założonej tezy.

Doskonale to rozumie także obecny minister pracy "z PSL rodem".

W tym przypadku także: faktem jest, że bezrobocie z końca kwietnia 2012 – w stosunku do końca maja 2012 – spadło o 0,3 punktu procentowego. Stopa bezrobocia w analogicznym okresie kolejnych lat zawsze nieco spada, gdyż jest to moment intensywnego samoczynnego rozruchu prac sezonowych np. związanych nie tylko z budownictwem i rolnictwem (pogoda, temperatura, sezon wegetacyjny roślin) ale i z obsługą ruchu turystycznego w rozpoczynającym się okresie urlopowym (wakacyjnym). W 2008 roku ten niewielki spadek związany z rozpoczęciem prac sezonowych wyniósł 0,5 punktu procentowego; w 2009 – 0,2 pp; w 2010 – 0,4 pp; w 2011 – 0,4 pp a w 2012 – 0,3 pp. To drobne, mało istotne zjawisko – choć powtarzalne. Po prostu: co roku na wiosnę na przełomie kwietnia i maja bezrobocie maleje chwilowo o kilka dziesiątych części punktu procentowego, po czym ponownie rośnie, jak dotychczas szybko przekraczając dotychczasowe wartości.
Natomiast bezrobocie obserwowane ogólniej – całościowo i w dłuższym okresie czasu niewątpliwie cały czas rośnie, patrząc na tendencję; dla przykładu wg stanu na dzień 1 maja – w 2010 roku było 1.907.900 zarejestrowanych osób bezrobotnych, w 2011 roku – 1.962.600 osób, w 2012 roku – 2.072.600 osób. Jak więc widać – liczba osób niezatrudnionych stale z roku na rok rośnie, z niewielkimi spadkami corocznie np. w okresie rozpoczęcia prac sezonowych, po czym następuje dalszy wzrost bezrobocia. W 2012 roku na przykład – z 2.072.600 osób na koniec kwietnia – liczba bezrobotnych spadła do 2.015.000 na koniec maja, ale nie zaprzecza to ogólnej stałej tendencji wzrostowej; poprzedni stan szybko powraca i jest przekraczany. Być może w danych za czerwiec wyjątkowo utrzyma się spadek bezrobocia gdyż chodzi o czas Mistrzostw Europy w Polsce przy których sporo szczególnie młodych ludzi znalazło jakieś odpłatne zajęcie i zrezygnowało chwilowo z rejestrowania się w PUP. To jest jednak wyłącznie incydentalny efekt, a tendencja ogólna jest nieubłaganie wzrostowa. Eksperci zapowiadają poważny i totalny wzrost bezrobocia, już nie w dziesiątych częściach punktu procentowego – na jesień br.

To rzekome „spadanie bezrobocia” które dziś się rozgłasza i eksploatuje propagandowo -to po prostu drobne coroczne załamanie linii – pnącej się od lat w górę, jakbyśmy to przedstawili graficznie, na wykresie.
W związku z tym – twierdzenie dziś, że „bezrobocie spada” – jest tylko bezczelnym chwytem propagandowym mającym sugerować opinii publicznej błędny obraz rzeczywistości i w domyśle – ogłasza (zmyślony) sukces a zasługę za to ma przypisać rządzącej koalicji i samemu premierowi osobiście.
To co najmniej nadużycie.

Nie poświęcałbym nawet i tych kilkunastu minut na napisanie tego co powyżej, gdyby chodziło tu o tzw. „politykę” to znaczy o to – co ci głupcy, nieudacznicy, złodzieje i cwaniacy rozumieją pod tym pojęciem.
Nie zajmowałbym się tym, gdyby chodziło tu jedynie o jakąś gówniarską wojenkę „ugrupowania Tuska” z „ugrupowaniem Kaczyńskiego” – co przecież z polityką sensu stricte nie ma nic wspólnego.
Chodzi mi o to, że tego typu zakłamania propagandowe, choć mogą mieć znaczenie doraźne dla zwalczających się ugrupowań – w efekcie zakłamują prawdę o rzeczywistej sytuacji społecznej. Zatajają prawdę o losie konkretnych, żywych jeszcze ludzi, szczególnie tych którzy wpadli w „pułapkę bezrobocia” – stając się zakładnikami w jakichś dziwacznych działaniach lub zaniechaniach „polityków” oraz „biznesmenów” – wyzutych z wszelkich ludzkich uczuć i odpowiedzialności. Trzeba uznać za „normalne” – że tzw. politycy polscy „grają” danymi statystycznymi, starając się oddziaływać nimi na potencjalnych wyborców. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, choć się na to nie zgadzamy. Ale dane, fakty i liczby – opisując stan gospodarki i co za tym idzie – stan społeczeństwa – nie są materiałem do walki propagandowej opartej na kłamstwach, manipulacji i przeinaczeniu – wzorem wspomnianego „klasyka” – a mają służyć za podstawę do podejmowania poważnych i trafnych decyzji mających służyć społeczeństwu, chronić ludzi a szczególnie najsłabsze choć wartościowe jednostki. To nie zabawa ani gra w ambicyjki buców ze wsi lub bufonów "ze stolycy"; tu chodzi o życie, o los konkretnych, żyjących ludzi.
Nie mam więc pretensji do propagandystów „sukcesu Tuska w zwalczaniu bezrobocia” – że tym kłamstwem osiągają przewagę nad opozycją, a mam do nich pretensje o to, że zakłamują prawdziwy obraz rzeczywistości, prowokując zaniechanie potrzebnych działań państwa lub jeśli nawet generują działania – to głównie zbędne lub szkodliwe.

Patrzę na to wyłącznie ze społecznego punktu widzenia, bo jestem przekonany, że wszystko – wraz z całym systemem politycznym i wszystkimi osobami w to zaangażowanymi – ma docelowo służyć społeczeństwu demokratycznie rozumianemu, czyli wszystkim ale i każdemu z osobna na zasadzie niezbędnego, demokratycznego kompromisu. Nie jest mi do niczego potrzebne, by „Tusk nie miał racji” a raczej – by osoby chcące pracować na swoje utrzymanie, mogły to robić. Stopa tak zwanego „bezrobocia naturalnego” odpowiada liczbie obywateli w wieku produkcyjnym i zdolnych do pracy – którzy pracy najemnej nie podejmują i nie szukają (bo mają własny „patent” na zdobycie środków niezbędnych do życia, choćby – „służą” swojej rodzinie i przez nią są utrzymywani). Stopa tego „bezrobocia naturalnego” została określona na 3,5 – 4% ogółu osób w wieku produkcyjnym. W Polsce jest obecnie trzy razy większa, co oznacza wyrugowanie z zatrudnienia i z rynku pracy ok. 8 – 9% liczby obywateli chętnych i zdolnych do pracy. Odebranie im środków do życia a więc i prawa do życia.

Tak więc – reasumując na zakończenie:

BEZROBOCIE NIE ZMALAŁO!
BEZROBOCIE JEST BARDZO WYSOKIE, UTRZYMUJĄC STAŁĄ TENDENCJĘ WZROSTU!

Tego nie można, nie wolno zakłamywać propagandowo. Trzeba to zmienić. Na przykład uruchomić środki z Funduszu Pracy – z założenia przeznaczone na walkę ze skutkami bezrobocia poprzez tworzenie nowych miejsc pracy.



Do tekstu dodałem prosty rysunek, po pierwsze dlatego, że uważam go za dość zabawny, po drugie - za dość złośliwy wobec autorów propagandy sukcesu a po trzecie i ostatnie - ilustruje on także do pewnego stopnia główną myśl tego tekstu...


Odwiedziny: