Jak w słynnym cyrku Monty Pythona – trwa festiwal „nierozważnych kroków” w kamyszowym ministerstwie.
Wielce zabawny wyraz przyjmuje on w blogu rządowym, jednak ludziom o
słabych nerwach, impulsywnym i krewkim jak Kargul z Pawlakiem, a
zwłaszcza jak niejaki Cyba, szczególnie mającym zbyt łatwy dostęp do
niebezpiecznych narzędzi typu broń palna lub choćby łuk i strzały – nie
polecam…
Otóż ministerstwo zagubiło się ostatecznie w gąszczu i
niespodziewanie zadało sobie ostatnio zasadnicze pytanie: ilu tak
właściwie jest tych bezrobotnych. Bo – że są, na szczęście wątpliwości
nie ma; tylko – ilu.
Dość łatwo było stwierdzić, że na koniec stycznia liczba osób
zarejestrowanych w powiatowych czy miejskich urzędach pracy wyniosła
2.295.700 osób. Po porównaniu z danymi z grudnia 2012 oznacza to napływ
317.900 nowych zarejestrowanych w tym miesiącu bezrobotnych, przy jednoczesnych wyrejestrowaniu
159.000
osób z ewidencji PUP. Ten napływ nowych bezrobotnych stanowi gwałtowny
wzrost ilościowy w porównaniu do grudnia ub. r., natomiast liczba ofert
pracy jakimi dysponowały urzędy pracy w styczniu gwałtownie spadła – do
zaledwie
37.000 i zapewne w większości były to oferty
pracy specjalistycznej, wysoko kwalifikowanej, wymagającej
wcześniejszego doświadczenia i dorobku zawodowego (jak np. programiści i
inni specjaliści branży IT) a więc nie obejmujące specyfiki
zasadniczego bezrobocia.
W takiej sytuacji – w ministerstwie zrodziły się zasadnicze
wątpliwości, czy aby nie za dużo tych bezrobotnych? Bo może to wyglądać
dla laików, że ministerstwo sobie nie daje rady, a z ministerstwem i
cały rząd innych ministrów z głównym na czele.
Wątpliwości zasadne, bo faktycznie – za dużo, skandalicznie dużo, ale…
nie o taki wniosek chodzi władzy; władza poszukuje jakiegoś wyjaśnienia
czy rozwiązania, które pozwoliłoby coś robić ale nie naruszyć
„generalnej linii partii” czyli Platformy zwanej Obywatelską – w sensie
doktrynalnym, ideologicznym. Minister jeden z drugim też przecież nie
chce się stać bezrobotny…
Więc – ilu jest bezrobotnych.
Ogłoszono, że według „analiz urzędów pracy” – około 65% zarejestrowanych nie jest zainteresowanych podjęciem pracy.
Tu kilka zdań komentarza:
Władza stała się ofiarą własnej ideologii, zgodnie z którą urzędy pracy
są instytucjami usługowymi, świadczącymi usługi dla chętnych (no i
spełniających najpierw ma się rozumieć wymogi definicji ustawowej).
Wszelkie kontakty osób chcących się zarejestrować lub zarejestrowanych w
urzędzie pracy – z urzędem, mają charakter dobrowolny, bo tak stanowi
ustawa. Dotyczy to zwłaszcza tych 84% zarejestrowanych, którzy nie
uzyskali lub już nie posiadają prawa do zasiłku dla bezrobotnych.
Nieliczni posiadający takie prawo i pobierający zasiłek są w sytuacji w
której można im coś odebrać, pozbawić ich czegoś, dlatego są traktowani
praktycznie nieco „ostrzej”.
To władza ustanowiła zasady, zgodnie z którymi obywatel uzyskuje status
osoby bezrobotnej na zasadzie decyzji administracyjnej, po złożeniu
kilku oświadczeń na piśmie. Oświadczeń tych nie ma jak sprawdzić, bo nie
ma kto tego robić ani też nie ma źródeł niezależnych informacji, poza
tym oświadczeniom takim nadano status wiarygodności z uzasadnieniem
ideologicznym, nie po to by je następnie sprawdzać.
Urzędy pracy zdobyte przez siebie nieliczne oferty zatrudnienia po
prostu publikują; w ogłoszeniach (papierowych) umieszczanych na
tablicach wewnątrz urzędu, czasem są one także wyświetlane na
wewnętrznych dużych ekranach plazmowych, są też przekazywane do wspólnej
bazy internetowej prowadzonej przez portal Powszechnych Służb
Zatrudnienia, z możliwością ich sortowania i wyszukiwania. W miejscach o
lokalnie dużym bezrobociu urzędy wyznaczają termin obowiązkowego
stawiennictwa osoby zarejestrowanej – w odstępach czasu raz na dwa a
nawet raz na trzy miesiące, po to by rozładować kolejki wewnątrz
urzędów. Osoba zarejestrowana ma więc obowiązek przyjść do urzędu 4 do 5
razy w roku, podpisać przy tej okazji kolejne oświadczenie (którego
także nikt nie sprawdzi) o spełnianiu podstawowych wymogów, od których
uzależnione jest prawo do statusu osoby bezrobotnej, po czym – jeśli
sama nie zgłosi zainteresowania jakąś konkretną ofertą pracy
(dobrowolność) – będzie miała wyznaczony termin kolejnego obowiązkowego
stawiennictwa za kolejne 2 – 3 miesiące. Z chwilą zarejestrowania osoba
taka uzyskuje prawo do ubezpieczenia zdrowotnego opłacanego na jej rzecz
przez urząd pracy i zachowuje to prawo aż do wyrejestrowania. Urzędy
pracy nigdy nie proponują nikomu z własnej inicjatywy żadnej pracy ani
też innych usług. Wszystko to wymaga wniosku osoby zarejestrowanej. A
jeśli brak wniosku – nic się nie dzieje.
Teoretycznie istnieje obowiązek ustalania tak zwanego indywidualnego
planu działania dla osób długotrwale bezrobotnych, będących w
szczególnie niekorzystnej sytuacji na „rynku pracy”, ale tego się w
rzeczywistości nigdy nie robi, zresztą i dobrze, bo urzędy pracy nie
mają przy tym żadnych innych „narzędzi” działania, niż te ogólnie
stosowane i będące dla każdego do dyspozycji. Nic nie jest w stanie
wpłynąć na odmowę zatrudniania wyrażaną przez pracodawców, bo z punktu
widzenia systemu to oni tworzą państwo i zarządzają nim pośrednio,
kierując się jedynym sobie znanym i dla siebie zrozumiałym kryterium:
zyskiem. Wszystko jest podporządkowane im i ich interesowi czyli w
ostatecznym rozrachunki – ich zyskowi materialnemu.
W związku z tym, nasuwa się zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie
urzędy pracy dokonały „analiz” mówiących o tym, że 65% zarejestrowanych
faktycznie tylko udaje bezrobotnych? Po czym – w sytuacji nakreślonej
powyżej – można było to stwierdzić: Po minie – podczas podpisywania
oświadczenia stwierdzającego nieprawdę? Intuicyjnie?
Po długości nosa?
Po oczach?
... „Czy te oczy mogą kłamać?
… chyba nie…”
Jeśli nawet tak jest jak twierdzą owe analizy – to w ten sposób
urzędy pracy udokumentowały zarzut skandalicznego marnotrawstwa środków,
niegospodarności wobec gospodarowania pieniędzmi publicznymi.
Chodzi o to, że jeśli ci „fałszywi” bezrobotni nie otrzymują nawet
zasiłku dla bezrobotnych, to skarb państwa a więc społeczeństwo
finansuje im ich składki na ubezpieczenie zdrowotne. Inaczej – grubo
ponad półtora miliona osób nie płacąc podatków ani składek – dostaje
ubezpieczenia zdrowotne na koszt państwa.
Jeśli 65% bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy
wcale nie jest bezrobotna i pracy nie szuka – to w normalnym kraju ten
kto wymyślił i wdrożył taki system powinien resztę życia po prostu
przesiedzieć w pierdlu! Czyli w tym wypadku to najwyraźniej nie minister pracy? Co więcej: urzędy pracy stwierdziły w
swoich analizach, że te 65% bezrobotnych rejestrowało się w urzędach nie
dla poszukiwania pracy czy pomocy w jej znalezieniu a wyłącznie dla
uzyskania właśnie tych składek na ubezpieczenie, czyli uzyskania prawa
do leczenia się na zasadach dotowanych z NFZ, bo opłacenie składki na
ich rzecz przez urzędy pracy daje im prawo korzystania z publicznej
służby zdrowia, czyli inicjuje w konsekwencji także dalsze koszty
pokrywane z budżetu.
Jeśli ci ludzie nie szukają pracy, to znaczy, że prawdopodobnie już
pracują i nieźle zarabiają, tyle że z punktu widzenia prawa – całkowicie
nielegalnie. Pracują w tak zwanej „szarej strefie” czyli znanym i
uznanym przez władzę systemie oszukiwania i okradania społeczeństwa
przez przedsiębiorców i osoby stawiane najczęściej przed trudnym
wyborem: albo „na czarno” – albo wcale…
Piszę tu o systemie „znanym i uznanym” bo praca „na czarno” jest
niemalże oczywistym jednym z systemów pracy, wszyscy o nim wiedzą,
władza nawet sili się na szacowanie jego wielkości. To oczywisty
skandal, ale jak najbardziej zgodny z ideologią PO. Oszuści ci prowadzą
normalną, choć nigdzie nie rejestrowaną działalność gospodarczą, nie
płacą przy tym ani podatków ani też świadczeń na rzecz pracowników –
innych niż zapłata za pracę „netto” czyli „z rączki do raczki” i pod
stołem; nie opłacają nie tylko składki zdrowotnej ale i składek
ubezpieczenia społecznego (emerytalnej), chorobowego oraz wypadkowego.
Pracownik taki także nigdzie nie zgłasza uzyskiwanych dochodów, nie
płaci od nich podatku PIT, w urzędzie pracy składając kłamliwe
oświadczenia w taki sposób, by spełniać wymogi rejestracji i
przynajmniej uzyskać prawo do leczenia z dofinansowaniem z NFZ. Jako
zarejestrowany „bezrobotny” może też uzupełnić kwalifikacje na kursach i
szkoleniach finansowanych z budżetu lub współfinansowanych przez Unię,
czym odciąża koszty nie tylko swoje, ale i swojego rzeczywistego choć
niejawnego (nielegalnego) pracodawcy.
Oznacza to po pierwsze – kolejne potwierdzenie, że przedsiębiorcy
stoją ponad prawem, bo de facto to oni tworzą prawo i sterują w jakiś
sposób funkcjonowaniem państwa, by możliwie jak najdłużej czerpać z tej
sytuacji maksymalne zyski – prawdopodobnie przygotowane do
natychmiastowego przerzucenia za granicę Unii, gdyby coś się miało
zmienić. Oznacza to też, że władza stała się niejako więźniem swojej
własnej, naiwnej ideologii rodem chyba jeszcze z czasów KLD i ówczesnej
anarchizującej ideologii wolności „róbta co chceta”. Wszystko to jest
skrajnym absurdem, kojarzącym się raczej z jakimiś pogrążonymi w
korupcji i bezładzie państewkami afrykańskimi a nie z państwem
demokratycznym w centrum Europy w XXI wieku. Oto „liberalizm” Platformy
Obywatelskiej.
Rząd chciałby zdaje się jakoś opanować tę sytuację, jednak nie jest w
stanie tego zrobić na bazie aktualnej ideologii; by to się udało –
trzeba by było sięgnąć do bardziej restrykcyjno – nakazowej polityki
wobec osób chcących się zarejestrować w Urzędzie Pracy oraz szczególnie
już tych zarejestrowanych, choćby przynajmniej na wzór duński a to by
się niektórym kojarzyło nieodwołalnie z pewnym powrotem do tego co było
„za komuny”. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy władza po latach
bałaganiarskich kombinacji powróciłaby do dawniejszych rozwiązań jako
niemożliwych do zastąpienia, praktycznie najlepszych z możliwych.
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” proponowała w tej
sytuacji, by rząd po prostu przyznał wszystkim bezwarunkowe prawo do
ubezpieczenia zdrowotnego, bo liczba osób całkowicie nim nie objętych
jest stosunkowo niewielka a działania takie mogłyby wyeliminować
przyczynę „fałszywego” rejestrowania się, ujawniając rzeczywisty stan
bezrobocia i rzeczywiste potrzeby interwencji w jego zmniejszanie.
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to nagłe zmniejszenie bezrobocia
rejestrowanego i to nawet o… 65%, jeśli wierzyć wspomnianym analizom
urzędów pracy.
Jak można cokolwiek zaplanować czy podejmować jakieś sensowne działania – nie znając stanu obecnego, rzeczywistego?
Rząd jednak zdaje się skłaniać do walki z oszustwami „siłowo”,
poprzez kontrole i dotkliwe kary; tyle że próby kontrolowania i ścigania
niezgodnych z prawdą oświadczeń i innych oszustw dotyczących statusu
bezrobotnego będą też kosztowały i to kto wie czy nie więcej niż
finansowanie ubezpieczenia zdrowotnego tym, którzy mu jeszcze nie
podlegają.
Okazuje się więc, że w tym całym cyrku urzędy pracy nie przestrzegają
unormowań ustawowych, albo ustawa jest kompletnie nieadekwatna do
rzeczywistości społecznej.
Niestety jest też możliwe inne wyjaśnienie i tego bym się
najbardziej obawiał: że zamieszanie wokół już nawet liczby bezrobotnych a
nie tylko przyczyn – jest działaniem celowym, niczym produkcja
sztucznej mgły – by zaciemnić obraz tragedii szalejącego bezrobocia,
nędzy i upadku. Działanie takie byłoby tyleż podłe co niebezpieczne, bo
tuszujące rzeczywisty obraz jedynie z powodów politycznych, wyłącznie na
potrzeby walki ze spadającymi rankingami poparcia społecznego.
Już i dawniej stosowano znaną ubecji technikę dezawuowania bezrobotnych
jako leni, nierobów, winnych własnej sytuacji, alkoholików, typów
aspołecznych nie nadających się do żadnej pracy itp. Teraz z kolei –
stawianie znaku zapytania nawet nad liczbą bezrobotnych idzie
w tym samym kierunku; bezrobocie tylko wydaje się takim wielkim
problemem a w rzeczywistości to obraz fałszywy, po prostu
nieporozumienie… no żadnego bezrobocia nie ma…
To nic, że to zwykłe podłe skurwysyństwo – ale jakie skuteczne…
Podłe wobec tych co rzeczywiście są krzywdzeni i potrzebują pomocy państwa…
Jeśli rzeczywiście ponad połowę bezrobotnych zarejestrowano pomimo
niespełniania przez nich wymogów ustawowych dotyczących statusu osoby
bezrobotnej, oznacza to gigantyczny bałagan i niegospodarność: żądam
pociągnięcia wszystkich winnych do odpowiedzialności za składanie
oświadczeń majątkowych niezgodnych z prawdą. Żądam wyegzekwowania za
pomocą tytułów wykonawczych zwrotu wszystkich bezprawnie, na podstawie
oszustwa przyznanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i wartości
innych uzyskanych świadczeń i pomocy z urzędów pracy. Żądam pociągnięcia
do odpowiedzialności dyscyplinarnej i służbowej wszystkich winnych temu
urzędników ministerstwa pracy, starostów oraz urzędników urzędów pracy.
Smutne jest to, że władza najwyraźniej po prostu nie przejmuje się
tym; ludzie „zaradni” są promowani i jakoś sobie radzą, nawet oszust
jako „zapobiegliwy” jest jakoś tolerowany, przedsiębiorcy zarabiają… o
cóż więc chodzi? Jest tak – jak miało być: wolność…
Chodzi o tych, którzy są rzeczywiście bezrobotni. Którym się odmawia
zatrudnienia bez podania powodu, na przykład z powodu wieku. Którzy
ściśle spełniają wymogi definicji ustawowej osoby bezrobotnej. Których
się po prostu na siłę ruguje, wypycha z „rynku pracy” – o ile uznać że
coś takiego w tym kraju istnieje. Chodzi o rzeczywistych bezrobotnych,
walczących o przetrwanie każdego dnia i liczących na jakiekolwiek
legalne, płatne zajęcie dające środki do życia.
Chodzi o tych, którzy praworządnie, porządnie i uczciwie… zdychają dziś z głodu.