Przedmiotem zainteresowania ustawy o promocji zatrudnienia i
instytucjach rynku pracy – jest osoba niezatrudniona spełniająca
konkretne wymogi dość rozbudowanej definicji w tej ustawie zawartej.
Tak więc nie każda osoba niezatrudniona ma prawo do miana bezrobotnej.
Mimo że nie jest zatrudniona, jeśli nie spełnia choćby jednego z wymogów
ustawy dotyczących definicji osoby bezrobotnej – nie jest osobą
bezrobotną, gdyż „osoba bezrobotna” to status konkretnych osób,
wyselekcjonowanych spośród niepracujących, które decyzją administracyjną
wpisano do rejestru konkretnego Powiatowego Urzędu Pracy i nadano im
uprawnienia i obowiązki wynikające z ustawy a dotyczące osób o takim
statusie.
Tak więc nie każdy kto nie pracuje – jest bezrobotny.
Osoba bezrobotna to osoba która nie jest zatrudniona, nie czerpie także
dochodów z wynagrodzenia, nie osiąga dochodów z jakichkolwiek innych
źródeł – wyższych niż połowa najniższego ustawowo określonego
wynagrodzenia, nie prowadzi działalności gospodarczej itp. Tych warunków
na „nie” jest sporo.
Wiedzę o powyższych okolicznościach urząd pracy czerpie głównie z
oświadczeń składanych na piśmie przez osobę występującą o
zarejestrowanie jej i nadanie statusu osoby bezrobotnej, pod rygorem
odpowiedzialności za podawanie danych niezgodnych z prawdą dla np.
wyłudzenia nienależnych świadczeń.
Chcę tu podkreślić dwie okoliczności; urząd pracy nie ma możliwości
sprawdzić natychmiast wielu z tych danych, dlatego musi przyjąć i
przyjmuje je jako zgodne z prawdą. Na tym zresztą polegał populistyczny
pomysł słynnego zastąpienia „kultury zaświadczeń” przez „kulturę
oświadczeń”; na większym zaufaniu do obywatela. Było niejako oczywiste,
że w jakimś okresie początkowym następującym po tej zmianie, niektórzy
ludzie zupełnie nie będą się liczyli z prawdą i nie będą się liczyli z
ewentualną odpowiedzialnością, bo taki jest stan rozwoju cywilizacyjnego
tego społeczeństwa. Nie da się przejść natychmiast od biurokratycznego
zamordyzmu do wiary w prawdomówność i uczciwość wolnych obywateli.
Oparcie wielu dziedzin życia społecznego na fałszywych danych było więc
oczywistą od początku dla wszystkich myślących ceną, jaką przyjdzie
zapłacić za taki impuls rozwojowy.
Piszę to w związku z jednym z praktycznych aspektów tego,
ujawniającym się w Powiatowych Urzędach Pracy: istnieniem pewnej liczby
osób udających bezrobotnych oraz pozostałych – tych bezrobotnych
rzeczywiście. Jaka jest różnica: osoby rzeczywiście bezrobotne złożyły
oświadczenia w pełni zgodne z prawdą i otrzymały status osób
bezrobotnych dzięki spełnianiu wszystkich kryteriów ustawowych od
których przyznanie tego statusu zależy. Inne natomiast osoby ukryły
pewne fakty albo złożyły oświadczenia rejestracyjne pod innym względem
odbiegające od stanu faktycznego i w ten sposób uzyskały status osób
bezrobotnych (na skutek oszustwa).
Podobnie o uzyskanych przez nie świadczeniach takich jak zasiłek dla
bezrobotnych lub składka na ubezpieczenia zdrowotne – można z
uzasadnieniem powiedzieć, że zostały one wyłudzone oszustwem,
stwierdzeniem nieprawdy w pisemnych oświadczeniach.
Jak się dziś okazuje, z powodu tego że nie istniała centralna baza
danych osób bezrobotnych, część osób złożyła wniosek o rejestrację do
kilku różnych Powiatowych Urzędów Pracy (w różnych powiatach), co także
przecież w oczywisty sposób jest oszustwem i wyłudzeniem, bo wiązało się
z podaniem nieprawdziwych danych, np. o miejscu zamieszkania.
Gdybyśmy chcieli obciążać za to odpowiedzialnością Urzędy Pracy, to
trudno byłoby znaleźć podstawy formalne a poza tym, działanie taki
powodowałoby wzrost biurokracji w Urzędach Pracy, odwrót w praktyce od
polityki otwarcia i zaufania, mnożenie biurokratycznych procedur
kontrolnych itp. Nie tędy droga.
Mam taki przykład z rowerem: ktoś przyjeżdża rowerem, stawia go pod
ścianą lub opiera o drzewo i idzie do domu i ten rower po prostu ma tam
stać, nawet i do końca świata. Jeśli ów rower „zniknie” to znajdą się
zawsze tacy, którzy będą za to obwiniać nie tyle złodzieja, co
właściciela, szczególnie o brak zabezpieczenia, rower nie przypięty do
drzewa łańcuchem itp. Prawda jest jednak taka, że rower powinien tam
stać nie dlatego, że został przywiązany łańcuchami i zamknięty na
kłódki, nie dlatego że ktoś go dla zabezpieczenia przed kradzieżą
podłączył do sieci 220 Volt albo zaminował odpowiednim ładunkiem
wybuchowym. Powinien tam stać, dlatego że jest czyjś, że ma właściciela,
że się szanuje cudzą własność tak jak swoją, oraz oczywiście dlatego że
kraść nie wolno, że to jest prawnie zabronione i karalne.
Chcę powiedzieć, że działania w celu zabezpieczenia przed nieuczciwością
powinny dotyczyć ludzi a nie rowerów. Nie ma takiego zabezpieczenia
technicznego, fizycznego, którego nie można by usunąć, przechytrzyć lub
„obejść”. Chodzi o to, by nikt po prostu nie chciał, albo w
ostateczności – nie odważał się – kraść. Jedynym sensownym
zabezpieczeniem roweru jest poziom cywilizacyjny społeczeństwa oraz
realna i adekwatna odpowiedzialność ewentualnego złodzieja.
Wracając do spraw bezrobocia: widocznie jednak oszustom opłaca się
oszukiwać Urzędy Pracy a więc i całe społeczeństwo. W tym przypadku mam
tu na myśli jeden ale za to duży problem: tak zwaną pracę „na czarno”.
Można też na to spojrzeć i z innej strony: może to nie jest oszustwo
pracowników – a przedsiębiorców będących pracodawcami?
Z pracą „na czarno” mamy do czynienia wówczas, gdy przedsiębiorca
całkowicie ukrywa fakt zatrudnienia pracowników; nie zgłasza ich do ZUS i
NFZ, nie ujawnia faktu płacenia im i nie odprowadza podatku, nie
zgłasza zatrudnienia do Inspekcji Pracy i tak dalej, słowem od takiej
osoby pracującej (świadomie nie nazywam jej pracownikiem) oczekuje tylko
wykonania zadania oraz dyskrecji a daje tej osobie wyłącznie pewna
kwotę jaką chce dać „do reki”, to jest bez świadków, bez pośrednictwa
banków itp. Dla takiego przedsiębiorcy jedynym kosztem ma być właśnie ta
zapłata dla wykonującego pracę a fakt ten ma pozostać całkowicie
nieznany państwu i jego wszelkim instytucjom. Jak z tego widać – osoba
tak pracująca nie ma płaconych składek ubezpieczenia społecznego
(emerytalna, rentowa, chorobowa), nie jest ubezpieczona w NFZ w związku z
czym nie ma prawa korzystania ze społecznej służby zdrowia (lekarze
rodzinni, refundacja leków itp.). W związku z nielegalnością przychodów
nie płaci od nich podatku PIT (od dochodu osób fizycznych), nie ma
opłacanej składki na Fundusz Pracy (co skutkuje często w przyszłości
brakiem prawa do zasiłku dla bezrobotnych), nie ma zasiłku chorobowego
(zapłaty za początkowy czas choroby), zwolnień lekarskich itp.
Dla przedsiębiorcy oznacza to rzeczywistą minimalizację kosztów oraz
wejście do „szarej strefy” działań naruszających obowiązujące prawo.
Dla pracującego oznacza to cały szereg niebezpieczeństw, ryzyko, ale
także i konkretny, realny, comiesięczny dochód, zarobek. Gdyby tak nie
postępował, byłby uczciwym bezrobotnym – bez dochodów oraz najczęściej i
bez zasiłku dla bezrobotnych.
Wspomniana szarża z szabelką na czołg jest właśnie próbą usunięcia z
rejestru bezrobotnych tych, którzy faktycznie mają jakąś pracę i nie
szukają innej za pośrednictwem PUP, natomiast potrzebują rejestracji w
PUP jedynie dla uzyskania prawa do składki na ubezpieczenie zdrowotne,
opłacanej z pieniędzy publicznych wszystkim osobom posiadającym status
bezrobotnego.
Jedyną metodą weryfikacji rzeczywistych intencji osoby ubiegającej
się o zarejestrowanie w PUP, to znaczy jedyną metodą sprawdzenia, czy
poszukuje ona oferty odpowiedniej pracy i (lub) innych rodzajów pomocy
pośredniej do tego zmierzających – czy jedynie udaje bezrobotnego,
oczekując od PUP opłacenia na jej rzecz składki na NFZ – jest…
zaproponowanie jej takiego zatrudnienia. Skierowanie do konkretnego
pracodawcy, który składał ofertę pracy dla osoby o podobnych
kwalifikacjach. Wynika to z obecnej treści wspomnianej ustawy. Osoba
bezrobotna to jedynie taka osoba, która rzeczywiście spełnia warunki
rejestracji, rzeczywiście nie ma pracy i poszukuje zatrudnienia w pełnym
wymiarze czasu pracy oraz jest zdolna i gotowa do natychmiastowego
podjęcia odpowiedniej pracy, gdy otrzyma ofertę zatrudnienia a
pracodawca po rozmowie z nią zgodzi się ją zatrudnić. Jeśli wiec ktoś
będąc bezrobotnym odmawia przyjęcia oferty pracy, dowodzi tym samym iż
nie spełnia kryteriów bycia osobą bezrobotną w sensie definicji
ustawowej, dlatego tez ustawa upoważnia do wykreślenia go z rejestru
bezrobotnych wraz z odebraniem statusu osoby bezrobotnej na 120 dni (po
pierwszej odmowie), co oznacza, że traci ona prawo do pobierania zasiłku
dla bezrobotnych (jeśli takie prawo posiadała) oraz traci prawo do
opłacania na jej rzecz składki na ubezpieczenie zdrowotne (po upływie 30
dni od dnia wykreślenia traci prawo do nieodpłatnego korzystania ze
społecznej służby zdrowia, refundacji leków itp. – jeśli źródłem tego
prawa jest status bezrobotnego).
Chciałbym zaznaczyć, że to nie jest „kara” za nieprzyjęcie oferty, a
jedynie reakcja na stwierdzenie faktu, że osoba ta przestała spełniać
warunki ustawowe pozostawania w rejestrze bezrobotnych i jest to
faktycznie decyzja tej osoby (urząd tylko realizuje konsekwencje tej
decyzji).
Po upłynięciu wspomnianych 120 dni osoba ta może ponownie zgłosić się do
przynależnego terytorialnie PUP celem rejestracji i uzyskania statusu
osoby bezrobotnej, jej prawo do zasiłku dla bezrobotnych bada się
wówczas ponownie. Po ponownej (drugiej) ewentualnej odmowie przyjęcia
oferty pracy – pozbawienie statusu osoby bezrobotnej z wszelkimi tego
konsekwencjami następuje na okres 180 dni a za trzecim i kolejnymi
takimi przypadkami – na 270 dni.
Wracając do poprzedniego stwierdzenia – jedyną wiarygodną
formą weryfikacji intencji osoby ubiegającej się o status bezrobotnego i
otrzymującej go jest szybkie dostarczenie jej odpowiedniej oferty
pracy; wówczas albo tę ofertę przyjmie, albo odmówi jej przyjęcia a
skutek w obu wypadkach jest w zasadzie taki sam: przestaje ona być
bezrobotna, gdyż albo zaczyna pracować albo traci status osoby bezrobotnej na skutek odrzucenia oferty pracy bez dostatecznego powodu.
Trzeba też tu zaznaczyć wyraźnie, że jest to także jedyny sposób
odróżnienia rzeczywistych bezrobotnych od tych którzy potrzebowali
statusu osoby bezrobotnej tylko dla uzyskania prawa do składki na
ubezpieczenie zdrowotne. A dla ministra pracy to jest właśnie ten docelowy problem do rozwiązania, czyli nawiązując do tytułu – ten „czołg”.
Otóż minister Kosiniak Kamysz stwierdził, że szacuje liczbę tych
„udawanych” bezrobotnych na „jedną-trzecią zarejestrowanych”. To
szacunki samego ministerstwa, nie wypowiadającego się na temat
metodologii badań będących podstawą do takich twierdzeń.
Jak bardzo jest to bezpodstawne, świadczą szacunki samych urzędów pracy,
które dopatrzyły się aż 65% osób zarejestrowanych podejrzanych o
zainteresowanie jedynie składką zdrowotną. Ale na jakiej podstawie? Czy
aż 65% osób bezrobotnych odmówiło przyjęcia oferty pracy? Nie.
Oczywiście że nie, bo tylu ofert pracy urząd nigdy nie miał i nadal nie
ma.
W rzeczywistości jak znam życie – to Premier widocznie z powodów
pi-ar-owych nakazał „zmniejszyć bezrobocie o jedną trzecią” i oto cała
„metodologia”… Bezrobocie nie może być tak duże, to godzi w wizerunek
Premiera. Staczanie się na śmietnik i wymieranie bezrobotnych także nie
postępuje tak szybko, jakby Premier sobie życzył dla poprawy statystyk.
No właśnie: czy rząd walczy z bezrobociem czy ze statystykami? A
przecież „walka z bezrobociem” to odpowiednia polityka wobec gospodarki
krajowej a nie chocholi taniec ministra pracy.
Pomijając to; minister uważa, że co trzeci bezrobotny tylko udaje
bezrobotnego, w rzeczywistości pracując „na czarno” a od PUP wyłudzając
jedynie składkę NFZ. Zrozumiałe, że to stawia w zupełnie innym świetle
kwestię bezrobocia w Polsce. Tak na marginesie – jak to by świadczyło o
skandalicznym stanie pracy resortów finansów i gospodarki i spraw
wewnętrznych, jeśli skala podziemia gospodarczego i fiskalnego byłaby
tak ogromna… I to podziemia tolerowanego najwyraźniej przez rząd Tuska z
przyczyn ideologicznych (… a niech sobie kradną byle na mnie głosowali a
nie na Kaczyńskiego)…
Wracając jednak do spraw pracy; podobno ministerstwo chce zaostrzyć
ustawowe skutki odmowy przyjęcia oferty pracy przez bezrobotnego,
wprowadzając zasadę pozbawiania statusu osoby odmawiającej przyjęcia
oferty pracy od razu na 270 dni (9 miesięcy), czyli rezygnacji z
dotychczas obowiązującej powyżej omówionej gradacji skutku. Praktycznie
oznacza to wykreślenie osoby bezrobotnej z rejestru, bez prawa do
zarejestrowania się przez 9 następujących po tym miesięcy, wraz z
odebraniem zasiłku i ubezpieczenia w NFZ z tytułu bezrobocia. Skutkiem
odebrania statusu byłoby oczywiście odebranie zasiłku dla bezrobotnych
oraz wyrejestrowanie z ubezpieczenia zdrowotnego należnego bezrobotnym.
Przyznam, że dla osoby rzeczywiście bezrobotnej i rzeczywiście pozbawionej środków do życia – ta zmiana nie ma żadnego znaczenia,
bo osoba taka zawsze przyjmie ofertę pracy, jeśli tylko będzie w stanie
tę pracę wykonywać. Otrzymanie oferty pracy jest dla niej szczęściem,
radością i szansą na uzyskanie źródła środków niezbędnych do życia.
Miałoby to natomiast duże znaczenie dla osób pracujących „na czarno” i
unikających wszelkiego kontaktu z PUP, gdy chodzi im jedynie o składkę
ubezpieczenia zdrowotnego. Widać tu proste przeciwieństwo
pozwalające na dość proste rozróżnienie: osoby rzeczywiście bezrobotne
chcą jak najszybciej przestać być bezrobotne, natomiast takie osoby
pracujące na czarno – odwrotnie: chcą jak najdłużej korzystać z
„darmowych” składek ubezpieczenia których ich „pracodawca” im odmawia.
Poza tym – skutek mogłoby odnieść selektywne zwiększenie
częstotliwości obowiązkowych wizyt w PUP dla takich osób, bo dziś
terminy takich wizyt ustalane są raz na 2 lub 3 miesiące. I tu znowu:
osoba rzeczywiście szukająca pracy jest w PUP dużo częściej, zależnie od
tego czy ma dostęp do Internetu czy nie, natomiast dla tych drugich – i
raz na trzy miesiące jest zbyt często.
Walka z patologią i oszustwem zawsze jest dobra. Weryfikacja liczby
bezrobotnych zarejestrowanych ma dać wiedzę o rzeczywistej skali
potrzeb, bo minister uważa dziś najwyraźniej, że takiej wiedzy nie
posiada. Praca „na czarno” jest możliwa dlatego, że są na nią chętni po
stronie podażowej rynku pracy (bo po tej popytowej zawsze są i to wynika
chyba z natury człowieka no i z ideologii). Jest ona skutkiem
straszliwego rządowego lenistwa co do uporządkowania tej sfery życia
publicznego.
Państwo nie walczy dotychczas dość energicznie z tymi patologiami, gdyż
władza boi się skutków tego na współczynniki poparcia koalicji rządzącej
w stosunku do PiS. Oznacza to ni mniej ni więcej, że podział na PO z koalicjantami i PiS z koalicjantami – niszczy Polskę,
choć podział musi istnieć ale nie musi być tak niszczycielski. Walka z
„szarą strefą” jako sferą kryminalną rozkładającą budżet państwa mogłaby
być wykorzystana do zarzutu zwalczania przedsiębiorczości, tłamszenia
prywatnej inicjatywy a nawet szkodzenia rynkowi pracy; cóż z tego że
byłyby to zarzuty absurdalne, jeśli w praktyce rzeczywiście mogłyby
wpłynąć w sposób istotny na układ sił.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dotacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dotacja. Pokaż wszystkie posty
17/04/2013
Minister Pracy – z szabelką na czołg (cz. II)
Etykiety:
agresja gospodarcza,
bezrobocie,
biznes,
Budżet Państwa,
dotacja,
eksport,
fiskus,
globalizacja,
gospodarka,
import,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
minister pracy,
na czarno,
NFZ,
PIS,
PO,
podatki
12/04/2013
Ministerstwo Picu i Pieprzniętych Sukinsynów.
Ciągle waham się jeszcze w swojej ocenie; czy mam jako obywatel uznać jednak, że obecna władza po prostu robi źle – bo chce źle, czy też robi – co potrafi, nie zdając sobie sprawy z realnych skutków i faktycznych konsekwencji. Zresztą – żadna z tych możliwości by mnie nie zdziwiła, obie są równie prawdopodobne. Żadna z tych możliwości także nie satysfakcjonuje mnie.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.
Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.
Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.
W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.
O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.
Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.
Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.
W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.
O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
bon relokacyjny,
cynizm,
DIVIDE ET IMPERA,
dochód,
dofinansowanie,
dotacja,
Duda,
EFS,
egoizm,
interwencjonizm,
Kopacz,
kosiniaczyzm-kamysizm,
Kosiniak-Kamysz,
MPiPS
Subskrybuj:
Posty (Atom)