BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EFS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EFS. Pokaż wszystkie posty

24/10/2013

Kolejne marnotrawstwo pieniędzy EFS – śliczne kursy „psu na budę”.

Pisałem niedawno o tym, że w okresie 2012/2013 wygaszono prawie całkowicie szkolenia przekwalifikowujące lub uaktualniające kwalifikacje dla osób bezrobotnych z grupy wiekowej „50+”, finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Stało się tak na fali krytyki związanej z efektami ewaluacji, ujawniania się ogromnej nieskuteczności tego programu i jednocześnie jego ogromnych kosztów. Po prostu władza przesadziła z „puszczeniem wszystkiego na żywioł” – cyniczny i zachłanny żywioł biznesowy pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej. Być może obawiano się też trochę zbytniego nagłośnienia tej sprawy i reakcji unijnych instytucji kontrolnych lub samego EFS. Nagle znikło wszelkie zainteresowanie szkoleniami dla osób niepracujących za to zaczęły mnożyć się oferty skierowane do osób pracujących i ich pracodawców, szczególnie działających w kilku wybranych branżach.

Co do ewaluacji – zadbano o to, by nie stworzono narzędzi rzeczywistej kontroli efektywności szkoleń bezrobotnych, mających dzięki temu otrzymać szansę trwałego zatrudnienia.
Jeśli przyjmuje się na przykład, że sukces szkolenia następuje wówczas, gdy uczestnik takiego kursu znajdzie w ciągu trzech miesięcy od jego zakończenia jakiekolwiek zatrudnienie, to prowadzi to do absurdu, gdyż nie bada się czy wspomniane zatrudnienie ma jakikolwiek związek z tym kursem czy szkoleniem; związek tematyczny ale i związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli np. kobieta pięćdziesięcioletnia ukończy kilkutygodniowy kurs podstaw księgowości, to księgowo po prostu nie jest, nie ma też doświadczenia praktycznego i nie ma na nie szans, gdyż nie uzyskuje żadnego zatrudnienia prawdopodobnie ze względu na wiek (niezależnie od liczby i jakości przebytych kursów). Jeśli w okresie do trzech miesięcy, przymuszona biedą, głodem, podejmie pracę np. sprzątaczki na umowę na czas określony (np. pracę tymczasową) to w myśl zasad ewaluacji szkoleń dotowanych z EFS – kurs odniósł sukces. To, że nie uzyskała pracy choć częściowo związanej z tematem kursu – księgowością (sprzątanie biur działu księgowości w jakiejś firnie – to jednak nie księgowość), że po kilku miesiącach ponownie powróci do rejestru bezrobotnych gdy minie okres jej zatrudnienia tymczasowego – już nikogo nie obchodziło a przecież to w ewidentny sposób świadczy o klęsce, o bezsensowności tak zaprojektowanego szkolenia czy wręcz o skandalicznym marnotrawstwie pieniędzy z funduszy unijnych. Sukces odniosła tu jedynie firma szkoleniowa prowadząca ów projekt; to sukces w sensie finansowym, oraz – w sensie sprawozdawczym – instytucja nadzorująca i pośrednicząca, czyli odpowiedni Wojewódzki Urząd Pracy i Ministerstwo Pracy.

W nowej perspektywie finansowej proceder ten zaczyna się odradzać, powtarzać. Widać tu, że niepowodzenie poprzedniego programu dofinansowania projektów unijnych nie było skutkiem niewiedzy czy braku doświadczeń a świadomie dopuszczonym „przekrętem” mającym jedynie „sprywatyzować” jak najwięcej z dostępnych pieniędzy a w żadnym wypadku nie zmniejszyć bezrobocia, jakie jest przykrywką dla tych działań i daje świetne alibi oszustom, rozgłaszającym na wszystkie strony o swoim zaangażowaniu społecznym i „misji”.
Jedyną różnicą jest dziś to, że oferta nie jest już skierowana bezpośrednio do bezrobotnych.
Dla przykładu; we Wrocławiu aktualnie trwa rekrutacja na kurs podstaw obsługi komputera dla osób z grupy „50+” w tym i osoby w wieku 64 lat niepracujące lecz deklarujące chęć podjęcia pracy. Różnica polega na tym, że projekt ten nie dotyczy Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki priorytetu VI, np. 6.1.1 – w którego ramach organizowane były kursy dla bezrobotnych, a priorytetu IX, mianowicie 9.6 upowszechnianie uczenia się dorosłych; 9.6.2 – upowszechnianie kompetencji osób dorosłych z zakresu ITC. Projekt ten trwa od jakiegoś czasu, cyklicznie „wypuszczając” osoby które dzięki temu po raz pierwszy zetknęły się z komputerem i oprogramowaniem i jakoś to przeżyły, wieszając sobie na ścianie swój certyfikat ECDL w złotych ramkach. Ma on duże zainteresowanie, bo jest dla uczestników absolutnie darmowy.

Czy to ma jakikolwiek związek z bezrobociem?
Wydaje się, że bezpośrednio – nie. Projekt ten nie ma na celu wpływać na stan bezrobocia. Być może firmy szkoleniowe zrozumiały już, że powodem bezrobocia w tej grupie wiekowej nie jest brak kompetencji a po prostu – nastawienie pracodawców by ludzi w tym wieku nie zatrudniać niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, no może poza pokrewieństwem i koligacjami rodzinnymi.

Bardzo dobrze, że dba się o rozwój kompetencji tak zwanych „seniorów”, z punktu widzenia społecznego to świetnie, że ktoś taki może dzięki Europejskiemu Funduszowi Społecznemu odkryć całkiem nowe dla siebie obszary życia, choćby poprzez samodzielne korzystanie z komputera jako środka dostępu do informacji, wiadomości itp. Osoby 64-letniej po takim kursie komputerowym i tak dziś nikt nie zatrudni do żadnej pracy, dokładnie tak jak i przed takim kursem. Rozumiem więc, że beneficjentami mają być tu seniorzy posiadający jakieś źródła środków na podstawowe utrzymanie, np. pozostający na utrzymaniu swoich rodzin (dzieci).

Powtórzę tu jednak po raz kolejny: moim zdaniem sytuacja niedoboru powinna powodować koncentrację środków na celach najważniejszych, najtrudniejszych, najpilniejszych. Sytuacja w której są pieniądze na rozwój umiejętności seniorów, na budowę fontann, upiększanie miast, remonty parków miejskich, na wielkie przedsięwzięcia kulturalne dla elity a jednocześnie setki tysięcy bogu ducha winnych osób z powodu systemowej odmowy zatrudnienia walczy o przetrwanie każdego dnia, by jakimś cudem utrzymać dach nad głową, zdobyć schludną odzież i zjeść choć jeden posiłek dziennie – jest sytuacją skandalicznego wypaczenia, wynaturzenia – wywodzącego się z ideologii PO.
Nie czas teraz na "zabawianie" seniorów-emerytów, urozmaicanie im nudnego życia.
Jest teraz czas na stworzenie warunków dla powstania bardzo wielu potrzebnych miejsc pracy i to nie pracy czasowej i dotowanej.
Jest teraz czas na kierowanie gospodarką przez władze publiczne, stwarzające przedsiębiorcom właściwy i jak najbardziej korzystny klimat dla działalności i inwestycji, ale także i nie zapominających o elementarnych potrzebach społecznych.
Jest czas na wielki program szkolenia przedsiębiorców mający uświadomić im niezbędną konieczność przestawienia polityki kadrowej na zatrudnianie osób starszych bo taka jest przyszłość demograficzna Polski i całego świata.
Jest wreszcie najwyższy czas na stworzenie mechanizmu finansowego skłaniającego pracodawców do zatrudnienie osób starszych na wzór mechanizmu PFRON dotyczącego osób niepełnosprawnych.

Jednego nie wolno: milczeć i udawać, że „nie ma problemu”.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

12/04/2013

Ministerstwo Picu i Pieprzniętych Sukinsynów.

Ciągle waham się jeszcze w swojej ocenie; czy mam jako obywatel uznać jednak, że obecna władza po prostu robi źle – bo chce źle, czy też robi – co potrafi, nie zdając sobie sprawy z realnych skutków i faktycznych konsekwencji. Zresztą – żadna z tych możliwości by mnie nie zdziwiła, obie są równie prawdopodobne. Żadna z tych możliwości także nie satysfakcjonuje mnie.
Piszę tu o działaniach władzy dotyczących bezrobocia, szczególnie w odniesieniu do grupy osób „starszych lecz w wieku produkcyjnym”.
Ale nie tylko.
Opisywałem na przykład niedawno instrument walki z bezrobociem, który nazywa się „przyznanie osobie bezrobotnej pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej”.
Pozornie – to bardzo ciekawe. Po prostu niezły pomysł, gdyby miałaby to być jedna z wielu pozycji na liście działań jakie można podjąć, by wydostać się z pułapki bezrobocia. Niestety mamy takie wrażenie tylko do czasu zainteresowania się szczegółami a szczegółowe wgłębianie się w ten temat odsłania coraz to inne absurdalne przeszkody i biurokratyczne ograniczenia. Na koniec jest nawet dokładna lista – na co nie można wydać pieniędzy z otrzymanej pożyczki i są tam ujęte właśnie te wszystkie pozycje – na które osobie rozpoczynającej działalność najbardziej właśnie potrzeba pieniędzy. Jeśli już dokładnie zapoznamy się z zestawieniem zakazów, ograniczeń i zastrzeżeń narzuconych naiwnemu bezrobotnemu, to wychodzi na to, że ów bezrobotny starający się o pożyczkę (pod pewnymi warunkami bezzwrotną) przede wszystkim powinien posiadać… dość własnych pieniędzy, bogatą rodzinę która urzędowi poręczy za ewentualny zwrot otrzymanego przez niego finansowania gdyby nie spełnił warunków jego umorzenia, powinien też posiadać własny lokal przeznaczony na tę działalność, pomysł wcześniej opracowany i przygotowany do realizacji (ale w żadnym razie nie oryginalny), powinien mieć zawód i doświadczenie związane z planowaną przyszłą działalnością itp. Krótko mówiąc – z ciekawego pomysłu w praktyce dodawania kolejnych zastrzeżeń i ograniczeń zrobiono coś absurdalnego, co zupełnie nie spełnia założonej i propagandowo deklarowanej roli „pomocowej”. A to dlatego, że gdyby ktoś spełniał wszystkie te warunki, to po prostu… nie byłby bezrobotny…
Po prostu: oficjalne jest ciekawe, atrakcyjne narzędzie pomocy niektórym przynajmniej bezrobotnym, a w szarej rzeczywistości, po dokładnym przyjrzeniu się – okazuje się to niemożliwe do zaakceptowania i realizacji, obwarowane biurokratycznie aż do idiotyzmu, po prostu – praktycznie fikcyjne.
Dokładnie jak za tak zwanej „komuny” (która przecież żadną komuną nie była): tak dużo się wszystkim należało, że aż niewielu tylko dostawało, no bo skąd brać…
Całość skłania raczej do wniosku, że to jest zamaskowany sposób „wyprowadzania” pieniędzy publicznych do kieszeni prywatnych przedsiębiorców, co jest w całkowitej zgodzie z ideologią chciwości Platformy Obywatelskiej.

Inna sprawa, to kompletnie irracjonalne podejście do potrzeb finansowych osób bezrobotnych, czyli osób którym odmawia się zatrudnienia. Oczekuje się, że osoba taka by mieć prawo korzystania z form pomocy oferowanych przez urząd pracy nie będzie miała dochodów z tytułu wynagrodzenia, że nie będzie miała dochodów z jakichkolwiek źródeł – przekraczających połowy minimalnego wynagrodzenia (obecnie to 800 zł brutto) itp. Trudno zresztą sobie wyobrazić, co miałoby być źródłem takich dochodów; jakieś drobne sporadyczne okazje zarobienia kilkudziesięciu złotych – pozostają nieujawniane, ale i nie mają żadnego wpływu na konieczne finansowanie niezbędnych potrzeb codziennego utrzymania. Jednocześnie w oczekiwaniu autorów i wykonawców ustawy osoba taka ma jakimś dziwnym „cudem” utrzymać mieszkanie lub co najmniej jakikolwiek „dach nad głową”, co najmniej „schludnie” wyglądać jeśli chodzi o ubranie i stan higieny, bo przecież ze śmierdzącym, bezdomnym, chorym człowiekiem w łachmanach – żaden pracodawca nie będzie rozmawiał o zatrudnieniu; musi mieć telefon (najlepiej mobilny) aby był możliwy natychmiastowy kontakt z tą osobą w sprawie pracy, bo tu czas reakcji liczy się na godziny; musi mieć się czym ogolić codziennie, ostrzyc – co najmniej raz na dwa miesiące u fryzjera itp. Dla twórców idiotycznej ustawy „o promocji zatrudnienia (…)” a zwłaszcza dla jej realizatorów, urzędników – to wszystko jest jednak jakąś „czarną magią”, rygorystyczne przepisy dają zasiłek dla bezrobotnych na nie więcej jak 25 – 26 tygodni poszukiwania pracy, uzyskuje do niego prawo zaledwie (statystycznie) 16% zarejestrowanych bezrobotnych. Zasiłek ten jest zarówno czasowo jak i co do jego wysokości – zbyt mały w stosunku do wymienionych potrzeb. Dla porównania – we Francji i w Danii zasiłek bezrobotny może otrzymywać przez okres do 2 lat (104 – 105 tygodni), w Holandii 80 tygodni a w Belgii – tak długo jak istnieje taka potrzeba. Ponadto istnieją tam podobnie jak w Niemczech stałe zapomogi socjalne dla osób nie posiadających źródła dochodu. Zasiłek duński stanowi kwotę dochodu (równowartość dziś ok. 5000 zł) od której płaci się podatki i składkę związkową, ale pozostająca kwota wystarcza na w miarę normalne życie i rzeczywiste poszukiwanie zatrudnienia.

Więc znowu mamy w tym kraju skandaliczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną (bezrobotni mają zasiłki i wszelką pomoc) a prawdą życiową – że w znakomitej większości nie mają zasiłków, nie mają prawa zarabiać ani mieć pieniędzy a maja spełniać wszelkie oczekiwania pracodawców i zachowywać aktywność w poszukiwaniu pracy jak i stałą gotowość do jej natychmiastowego podjęcia.
Sprawia to wrażenie celowej i świadomie zorganizowanej pułapki: jeśli już zostaniesz bezrobotnym a nikt „z zewnątrz” ci nie pomoże (polecenie, protekcja, nepotyzm, układ towarzyski itp.), nie znajdziesz zatrudnienia samodzielnie i zupełnie niezależnie od urzędu pracy – to nigdy się z tej pułapki nie wydostaniesz, chyba że do piachu…
To jednak potwornie barbarzyńskie, zdziczałe, nieludzkie, coś w stylu jakiegoś gigantycznego survivalu, tyle że „na poważnie” gdzie stawką jest prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć – czyli zgodnie z ideologią niedouczonej i zaćpanej trawką uże-elity „liberałów” z KLD a potem Platformy Obywatelskiej.

W poprzednim moim tekście pisałem o kolejnym picu władzy; – krótkoterminowym dotowaniu zatrudnienia i przedstawianiu go propagandowo jako sukcesu w walce z bezrobociem. Tymczasem to proceder dostarczania pracodawcom na koszt społeczny półdarmowych pracowników, gwarantujący im „oszczędności” kosztów, jakie w ostatecznym rozrachunku trafiają przecież na konto czystego zysku pracodawcy… natomiast pracownikom gwarantujący powrót do rejestru bezrobotnych, czyli do zastawionej na nich śmiertelnej pułapki.

O kolejnym choć wcale nie ostatnim przypadku takiego picu propagandowego władzy chciałbym napisać teraz: to sprawa mobilności bezrobotnych, przy czym nie mam na myśli mobilności zawodowej a raczej „geograficzną”, czyli po prostu migracje za pracą.
Człowiek ma zazwyczaj do zaoferowania na rynku pracy swoją pracę w jakiejś konkretnej specjalności lub specjalnościach (w zależności od mobilności zawodowej). Może się zdarzyć i zdarza się, że w jego miejscu dotychczasowego zamieszkania nie ma popytu na tę pracę, dlatego jest on zarejestrowany w lokalnym urzędzie pracy jako osoba bezrobotna. Jednakże w innym regionie kraju może w tym samym czasie istnieć niedobór fachowców w tej właśnie dziedzinie i tam człowiek ów mógłby znaleźć zatrudnienia z łatwością a także nieźle często (ponadprzeciętnie) zarobić, bo jest tam pracownikiem poszukiwanym, potrzebnym. Jeśli jest to miejscowość dość odległa, wchodzi więc tu w grę przeprowadzka; albo tego jednego członka rodziny, albo rodziny w całości. To stwarza oczywiście cały szereg problemów organizacyjnych, szczególnie jeśli w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym i są w trakcie nauki szkolnej, jeśli drugi członek tej rodziny ma tu niezłą pracę a w nowym miejscu już mógłby jej nie znaleźć…
W sytuacji konieczności życiowej problemy organizacyjne często są do pokonania metodą jakichś kompromisów. W ten sposób nie można jednak pokonać jednego problemu związanego z taką migracją: problemu braku pieniędzy niezbędnych na początek dla pokrycia kosztów; różnych związanych z tym kosztów, np. przeprowadzki. Osoba bezrobotna ma tę cechę, że zazwyczaj nie ma już żadnych zasobów, oszczędności a nawet i często nie ma już niczego wartościowego do sprzedania, co by mogło dać jej kwotę wystarczającą na pokrycie kosztów takiego przeniesienia się „za pracą”.
Jest tu idealna luka właśnie na pomoc finansową z urzędu, w tym przypadku tożsamą z walką z bezrobociem w dwóch regionach jednocześnie; w obecnym miejscu zamieszkania skreśla się bezrobotnego z rejestru (likwiduje zbędną podaż pracy) a w nowym – zaspokaja zapotrzebowanie na pracownika zgłaszane przez pracodawcę (zaspokaja popyt na pracę).
By pomóc w przezwyciężeniu właśnie takich trudności finansowych bezrobotnych związanych z taka migracją, władza przygotowała trzy możliwości pomocy: możliwość otrzymania jednorazowego dodatku relokacyjnego, możliwość otrzymania dopłaty do pokrycia kosztów zamieszkania w nowym miejscu albo możliwość dopłaty do kosztów dojazdu do pracy z miejscowości dotychczasowego zamieszkania (dojazdy do pracy bez zmiany miejsca zamieszkania).
Zasadą jest, że jednej osobie może być przyznany tylko jeden z tych rodzajów wsparcia.
A więc świetnie: władza pomyślała o pomocy nawet w takich sprawach… tak to wygląda w propagandzie tej władzy; „Rząd Tuska działa i pomaga ludziom jak tylko może…”
Zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości, gdy się przyjrzeć bliżej.
Jeśli chodzi o jednorazowy bon relokacyjny w wysokości 5000 zł brutto, może on być przyznany jedynie osobie, która bierze udział w lokalnym projekcie tego dotyczącym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Takich projektów nie prowadzi Powiatowy Urząd Pracy, musi powstać taka inicjatywa w lokalnych centrach tego typu działalnością się zajmujących, stających do konkursów na projekty ubiegające się o finansowanie i uzyskujących w tym konkursach wystarczającą dla zdobycia dofinansowanie ocenę punktową. Przeciętny bezrobotny może więc co najwyżej sprawdzić, czy w jego dotychczasowym rejonie zamieszkania jest realizowany taki projekt i czy jest nabór nowych uczestników – bo sam nie ma na to żadnego wpływu. Europejski Fundusz Społeczny prowadzi w tym celu stronę internetową www.projekty.efs.gov.pl
Uczestnik takiego projektu musi brać udział we wszystkich przewidzianych w nim zajęciach i sposobach oddziaływania, musi znaleźć zatrudnienie w odległości powyżej 50 km od dotychczasowego stałego miejsca zamieszkania, pieniądze te może przeznaczyć na koszty dojazdów do pracy, na pokrycie kosztów zakwaterowania w początkowym okresie zatrudnienia albo na obie te potrzeby jednocześnie, ale nie na przykład na transport związany z przeprowadzką itp. Kwota dofinansowania jest wiec związana z całym programem projektu i jest dostępna niejako na jego zakończenie a może być to kwestią kilku tygodni. Nie ma pracodawców, którzy czekaliby tak długo na najlepszego nawet kandydata do pracy, bo nie po to władza stworzyła niewolniczy rynek pracy całkowicie opanowany przez pracodawców i całkowicie podporządkowany ich oczekiwaniom, by teraz dopuszczać do takich ekscesów.
Przede wszystkim jednak – podana strona jest po prostu wyszukiwarką aktualnych projektów EFS w której należy wskazać województwo, swój status oraz wybrać z listy rozwijalnej typ projektu, tymczasem jednak na tej liście nie ma pozycji relokacja, bon relokacyjny, migracja i żadnej podobnej.
Używając jedynej choć trochę logicznie powiązanej pozycji „dofinansowanie zatrudnienia” nie udało mi się znaleźć ani jednego projektu związanego ze wspomnianym bonem relokacyjnym 5000 zł.
Wniosek jest taki, że znalezienie takiego projektu tam gdzie mieszkamy i w odpowiednim czasie, także akurat w trakcie naboru uczestników – wydaje się praktycznie niezwykle mało prawdopodobne i na dodatek zależy od przypadku. Praktycznie pozostaje śledzić na bieżąco ogłoszenia w prasie o naborze uczestników do takiego projektu w jakiejś nieznanej i niepewnej przyszłości. Czyli znów: ogólnie taka możliwość jest i tym władza się chwali, ale praktycznie takiej możliwości nie ma i tak też jest dobrze, oszczędnie…
Pozostałe dwie możliwości dotyczą instrumentów stosowanych przez powiatowe urzędy pracy i tam też należy się o nie ubiegać. Jest to zwrot kosztów dojazdu do nowej pracy albo zwrot kosztów zamieszkania w miejscu nowej pracy. Zasadą jest, że świadczenia te przysługują wyłącznie tym bezrobotnym, którzy przyjęli ofertę zatrudnienia w innej miejscowości od urzędu pracy. A dlaczego tylko w takim przypadku? Czym się różni w skutkach taka sytuacja od przypadku, gdy bezrobotny sam znalazł ofertę „otwartą” w Internecie i porozumiał się z ewentualnym przyszłym pracodawcą? Jakie są racjonalne powody by w takiej sytuacji kosztów nie zwracać?
Ponadto wynagrodzenie w nowym miejscu pracy nie może przekraczać 3200 zł brutto. Ale przecież my tu piszemy o czasie ponad miesiąc wcześniejszym, gdy trzeba przez miesiąc mieszkać i utrzymać się w obcym mieście lub do niego dojeżdżać do pracy – by dopiero po miesiącu pracy otrzymać pierwszą pensję. Bo wypłata nie jest przecież „z góry” a dopiero po przepracowaniu miesiąca – za ten miesiąc. Rozpatrujemy tu przecież problem wypełnienia luki finansowej jaka występuje przed pierwszą pensją z nowego miejsca pracy, bo ta luka właśnie skutecznie hamuje migracje za pracą.
Ktoś tu powie, że przecież jest to „zwrot kosztów” czyli najpierw trzeba je ponieść, ale dotyczy to osób bezrobotnych będących nieraz od wielu miesięcy w sytuacji narastającego niedoboru finansowego, kryzysu. Pomoc powinna przełamywać właśnie tę barierę, bo wiele osób nie przeniesie się do pracy w innym mieście właśnie dlatego, że nie mają już pieniędzy nawet na bilet kolejowy… co dopiero mówić o mieszkaniu i życiu przez miesiąc oraz pracy – by doczekać pierwszej wypłaty.
Dalej: według przepisów czas dojazdu do miejscowości nowej pracy łącznie w obie strony musi przekraczać trzy godziny. Czyli władza doszła do wniosku, że jeśli ktoś dojeżdża dwie godziny i czterdzieści pięć minut, to pomocy nie potrzebuje, może sobie jeździć „na swój koszt”. Ponadto – zakwaterowanie musi być w miejscowości w której ta osoba znalazła pracę a nie np. na przedmieściach tej miejscowości (byłoby taniej) i musi to być hotel lub mieszkanie. A dlaczego np. camping nie?
Urząd pracy sam indywidualnie ustala wysokość kwoty (czytaj – maksymalnie ją obcina aż do przekroczenia granicy absurdalności) i jeszcze na dodatek – niektóre urzędy wcale nie oferują takiego wsparcia (bo nie muszą)… Więc jak zawsze; pomoc jest (oficjalnie) ale w praktyce… jest absurdalnie, ograniczona, obwarowana biurokratycznie, niedostępna.
Po prostu – jak zwykle – zwykły pic.

26/12/2011

18.
Chory kraj… Polska.

Twierdziłem w kilku wcześniejszych felietonach, że głównym - moim zdaniem oczywiście - powodem sporego zainteresowania pieniędzmi ze składek przedsiębiorców, będącymi w dyspozycji Funduszu Pracy oraz pieniędzy z funduszy unijnych przeznaczonych na walkę z bezrobociem – jest możliwość zarobienia na samym fakcie uruchomienia i wykorzystania tych funduszy.
Po prostu; tam gdzie jest jakiś przepływ pieniędzy, tam pojawiają się „zainteresowani”, zwracający uwagę jedynie na to, co ewentualnie może dla nich przy okazji „skapnąć”…

Nie będę ukrywał, że uważam to za ohydne, niegodne, podłe, małostkowe, prostackie i barbarzyńskie.
Tak jak pojawienie się „nadzianego gościa” w okolicy stawia w stan ekscytacji wszystkie okoliczne jawne i ciche „amatorki”, doskonale wiedzące o tym, że tam gdzie jest dużo pieniędzy – łatwiej o ich wydawanie „na przyjemności” a i kwoty bywają „umownie atrakcyjne” – tak i pojawienie się pieniędzy z Europejskiego Funduszu Społecznego i funduszy przeznaczonych na zmniejszanie skutków bezrobocia, przyciągnęło osoby o podobnej mentalności, sposobie myślenia… tym razem odniesionego jednak do "biznesu".

Pisałem o tym choćby we wcześniejszym tekście pt. „Pasożytowanie na funduszach przeznaczonych dla bezrobotnych”.

Obecnie, gdy pieniądze Funduszu Pracy zostały w równie barbarzyński sposób „zamrożone” przez ministra rządu PO - Vincenta Rostowskiego, całkowicie znikły jakiekolwiek oferty zorganizowanej działalności typu szkoleniowego lub dotowania zatrudnienia – co bezpośrednio dowodzi trafności mojego wcześniejszego spostrzeżenia. Nie chodziło o ludzi, o egzystencję dwóch milionów obywateli w wieku produkcyjnym, pozbawionych obecnie możliwości pracy zarobkowej. Chodziło o przepływ „łatwego” pieniądza i możliwość „uszczknięcia” z niego pod pozorem pomocy, ale w rzeczywistości tak, aby nie pomóc a tym samym nie zlikwidować tej „żyły złota”, jaką dla nieuczciwych jest bezrobocie; oczywiście bezrobocie innych. Była szansa na "biznes szkoleniowy" dlatego jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różne instytucje "szkoleniowe"...
Z jakiegoś powodu zaczęło opłacać się zakładanie "Agencji zatrudnienia", to też masowo one zaczęły powstawać, a nawet firmy od dawna zajmujące się zupełnie czym innym, stawały się także zarejestrowanymi agencjami pracy, które... nikomu pracy nie załatwiały, może kilka osób rocznie, byle tylko spełnić minimum wymogów rejestracyjnych... mieć co napisać w obowiązkowym sprawozdaniu.
W powiatowych Urzędach Pracy panuje całkowity marazm. W okresie kwiecień – czerwiec skończyły się pieniądze na działalność inną niż wypłacanie zasiłków nielicznym „szczęściarzom”, fundusze na działania na rynku pracy - radykalnie obcięte (o 70% w stosunku do roku ubiegłego) przez rząd Donalda Tuska. Ludzie pozbawieni pracy zostali praktycznie bez pomocy...

Sytuacja staje się dramatyczna. Pocieszające jest, że dzięki owemu „zamrożeniu” – przynajmniej pieniądze te jeszcze są, jeszcze nie zostały zmarnowane na fikcyjne, nic nie dające osobom pozbawionym pracy – działania.

Wydaje się, że ich ponowne udostępnienie jest sprawą kilku decyzji; kiedy je uruchomić i czym je zastąpić - w działaniach ukrywających faktyczny stan długu publicznego państwa. Wiadomo przecież, że zablokowanie pieniędzy pracodawców (ze składek) stanowiących Fundusz Pracy przeznaczony na walkę z bezrobociem, miało służyć biurokratycznemu poprawieniu statystyk finansowych Polski w ocenie unijnych instytucji kontrolnych. Ratuje się finanse państwa kosztem tych najsłabszych, najbiedniejszych, tym których to państwo doprowadziło do takiej sytuacji i którym można pomóc - gdyby ktoś rzeczywiście chciał.

Aby to miało sens, musi nastąpić bardzo szybka nowelizacja ustawy „O promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Nowelizacja aktualizująca „instrumenty rynku pracy” oraz sposoby oceny ich skuteczności. Dotychczasowe instrumenty "nie zagrały", zostały wypaczone, użyte do niewłaściwych celów.

Obecna sytuacja zaskoczyła wiele „instytucji szkoleniowych”, które dotychczas pozorowały pomoc dla bezrobotnych – nieźle sobie przy tym żyjąc. Obecnie nie ma żadnych programów przekwalifikowań ani szkoleń dla osób niezatrudnionych. Tego typu instytucje, prowadzące szkolenia w roku bieżącym – mają ogromne kłopoty ze spełnieniem wymogu ich skuteczności; wymogu, jaki pojawił się już po zaplanowaniu tych działań i nie był w planach uwzględniony. Bo jeszcze do niedawna nikogo w ogóle nie interesowała skuteczność wydawania pieniędzy na pomoc w zmniejszaniu bezrobocia. To wina rządu PO. Przez minione 4 lata zmarnowano straszliwe kwoty, pozorując pomoc w zwalczaniu bezrobocia. A bezrobocie rosło.

Nadzieja dla urzędników jest więc jeszcze w manipulacjach danymi statystycznymi.

23/09/2011

8.
Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Państwo ma swoją strukturę organizacyjną, w tym Rząd, w którym sprawy państwa rozłożone są w kompetencjach poszczególnych resortów, funkcjonujących pod kierownictwem Ministrów tego Rządu. Za wyjątkiem gospodarki morskiej, która „leży”, gdyż oddzielne niegdyś ministerstwo zostało zlikwidowane (zapewne w ramach wykonania jakiejś „dyrektywy” o stopniowej likwidacji wszystkiego, co w Polsce dotyczyło gospodarki morskiej). W konsekwencji więc to, co się dzieje np. w dziedzinie pracy, zatrudnienia i gospodarki – jest efektem pracy (lub zaniechania) Rządu a więc i efektem działania siły politycznej, która ten rząd stworzyła, czyli Platformy Obywatelskiej.

Ukazała się niedawno w mediach ciekawa informacja dotycząca dodatkowych funduszy unijnych przyznanych między innymi województwu Zachodniopomorskiemu na walkę ze zjawiskiem braku miejsc pracy. Potraktujmy to, jako przykładową sytuację dotyczącą przecież całego kraju. Chodzi tu o podział tzw. Krajowej Rezerwy Wykonania za 2010 rok, wynoszącej ponad 230 milionów euro. Jednak sam już sposób przedstawienia tego faktu – nasuwa najgorsze obawy o sensowność, o zasadność tego dofinansowania. Dofinansowanie jest zasadne, bo województwo zachodniopomorskie należy do kilku objętych największym wskaźnikiem bezrobocia, to przecież nie tylko Szczecin, Koszalin i kilka mniejszych miast; to ogromne obszary Pojezierza Drawskiego, Ziemia Lubuska – pozbawione przemysłu obszary zalesione, objęte także terenami parków narodowych, krajobrazowych i rezerwatów. To nie jest przecież jakiś wybryk miejscowej ludności, to wynik, działania Państwa i jego polityki wewnętrznej. Nie ma nic dziwnego w większym braku miejsc zatrudnienia tutaj – niż w Centrum.
Wydawałoby się, że to dobrze, że są dodatkowe środki finansowe i doskonale, że tutaj trafiły, choć akurat wspomniane okoliczności nie miały żadnego wpływu na ich przydział. Niepokoi podejście władz do wydatkowania tych środków, dziwaczna „filozofia” z tym związana. Przyjrzyjmy się dokładniej:

„…Dodatkowe 54 miliony euro to nagroda za to, że na walkę z bezrobociem wydaliśmy już ponad 30 procent przeznaczonych dla województwa pieniędzy. Stawia to zachodniopomorskie na drugiej pozycji w kraju po warmińsko-mazurskim i przed opolskim…”
- cytuję za informacją prasową – wywiadem z Dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie.

Walka z bezrobociem polega moim zdaniem nie tyle na sprawnym wydawaniu pieniędzy, tylko na faktycznym zmniejszaniu ilości osób zdolnych do pracy, dla których nie ma stałego i odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób pokroju Dyrektora WUP – dla których bezrobocie w jego aspekcie ludzkim jest czymś obcym, abstrakcyjnym i zrozumiałym jedynie poprzez „krzywe lustro” stanowiska i zawodowego aparatu wiedzy akademickiej (w najlepszym przypadku) – jest oczywiste, że skoro sprawnie i szybko zdołał wydać 30% pieniędzy – to należy mu dołożyć jeszcze więcej. Sukces walki z bezrobociem mierzy się dla niego ilością pieniędzy, jakie wydano i tempem tego procesu a nie skutkiem.

„… – To rodzaj premii za efektywność dotychczasowych działań – podkreśla Andrzej Przewoda. (Dyr. WUP Szczecin ) – Zainteresowanie jest tak olbrzymie, ten poziom aplikowania w różnych konkursach i przedsięwzięciach jest wysoki i nie będzie najmniejszego problemu, żeby te środki zagospodarować…”

W to wierzymy, że „nie będzie problemu”; wszak nie ma takiej kwoty, której by się nie dało zmarnować (wydać bez przewidzianego efektu dla ostatecznego odbiorcy).
Cytat ten jasno precyzuje, co Pan Dyrektor uważa za „efektywność”. Mówi o ogromnym zainteresowaniu beneficjentów… czyli autorów projektów, organizatorów różnych działań i inicjatyw – z deklarowanego przez nich założenia mających wpłynąć na zmniejszenie bezrobocia; o zainteresowaniu osób projektujących i realizujących programy finansowane lub dofinansowane ze środków publicznych i przeznaczone dla bezrobotnych, jako tzw. beneficjentów ostatecznych. Osoby te (organizatorzy) nie robią tego jako wolontariusze ani „w czynie społecznym”; zarabiają na tym. Dlaczego mieliby nie być zainteresowani, – jeśli jest bardzo dużo pieniędzy do wydania, a tym samym – dzięki temu i do zarobienia. Organizowanie pomocy dla bezrobotnych np. w formie szkoleń – to nie jest efekt oczekiwany po zaangażowaniu tak wielkich środków – nie to jest celem. Celem jest dopiero i jedynie ten ostateczny efekt w postaci radykalnej poprawy statystyk bezrobocia.
Jednak jest charakterystyczne i znamienne, że nikt ani nie pyta, ani też nie oczekuje informacji o tym ostatecznym efekcie, o skutkach. Ważne jest by był jak największy przepływ pieniądza, bo jeśli jest przepływ – to zawsze coś z tego „skapnie” w postaci wynagrodzeń a bezrobocie… nikogo nie obchodzi prócz samych bezrobotnych, zresztą ono i tak musi przecież być, bo jest narzędziem obowiązującej doktryny ekonomicznej.

„…W ciągu 4 lat ze szkoleń i dofinansowań, za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy, skorzystało ponad sto tysięcy mieszkańców i przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego…”

Dobrze. Ale z jakim skutkiem!? Jaki jest skutek – będę z uporem pytał!

Wystarczy wejść na którekolwiek z forów czy portali dotyczących pracy, by znaleźć odpowiedź: setki opinii i skarg podobnych do tej:

„…Jestem kobietą w wieku 53 lata o wyglądzie 40-latki, wyższe + 10 kursów różne branże, mogłabym pracować w szkole, w projektach jako koordynator, trener szkoleniowy itd. Jestem byłą beneficjentką programów unijnych podnoszących i wzmacniających i nadal nie ma chętnego pracodawcy (do zatrudnienia mnie)!!! Po co te raporty, dla kogo; czy zmienią naszą rzeczywistość ? – Zrezygnowana BKJ-„

Więc znowu nie tylko Dyrektor WUP, ale i jego partnerzy na wyższych szczeblach – skuteczność walki z bezrobociem widzą w ilości osób, które skorzystały z dofinansowań. Nie chodzi o korzystanie z dofinansowań a o skutek, jaki miał zostać osiągnięty a którego nie ma, w każdym razie nie w tym stopniu, jaki wynikałby z wymienianych tu kwot. Oni po prostu odpowiadają i rozliczają się z tego by wydać przewidziane do wydania pieniądze, by nie narazić się na zarzut, że „pieniądze były do dyspozycji a nie zostały wykorzystane”.
Skutek jest następujący: obecnie w naszym województwie jest ponad 110 tysięcy osób bez pracy a stopa bezrobocia wynosi ponad 16%. Niestety nie wiemy i nie dowiemy się tak łatwo, czy liczby te dotyczą tylko ilości osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy, czy różnicy liczby osób w wieku produkcyjnym – a liczby osób zatrudnionych na umowy o pracę, wg danych statystycznych. A jest to różnica zasadnicza, bo wiele osób niemających pracy – nie ma także uprawnień do uzyskania statusu osoby bezrobotnej, co uniemożliwia zarejestrowanie. Być może nowe dane statystyczne z opracowywanego właśnie spisu powszechnego dadzą jednoznaczną i aktualną informację.

Dalej Pan Dyrektor WUP stwierdza:

„… – Dodatkowe pieniądze to szansa na wielu następnych osób bezrobotnych – mówi dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy Andrzej Przewoda…”

Nie „… na wielu następnych” a chyba „… dla wielu…”? Chyba, że to nie jest przejęzyczenie i „wielu następnych bezrobotnych” zostało już zaplanowanych, wkalkulowanych w ten „biznes” i muszą oni się znaleźć by swoim istnieniem usprawiedliwić przepływ pieniądza, w tym i ten „strumyczek”, który płynie do autorów i realizatorów projektów z dofinansowaniem z EFS.

„… – To są działania samorządu w zakresie programów rozwojowych w szkołach, to jest wsparcie dla przedsiębiorców. Z całą pewnością nie będzie tak, że te pieniądze zostaną skierowane tylko na szkolenia…”

Niestety obawiam się, że dalej poruszamy się w sferze abstrakcji i absurdu.
Programy w szkołach? Uczniowie nie są bezrobotni… jeszcze. Czyżby planowanie bezrobocia dotykało już uczniów?

W ramach prewencji bezrobocia – dla absolwentów podstawówek można zrobić opracowania i informację o przewidywaniach dotyczących przyszłego zapotrzebowania na fachowców w różnych specjalnościach, nakłaniać młodzież do zainteresowania się zawodami deficytowymi a nie nadwyżkowymi. Zgoda. Powinno to być elementem przygotowania każdego człowieka do życia w „gospodarce rynkowej”. Walka z bezrobociem powinna polegać nie tylko na działaniach wobec obecnie istniejących bezrobotnych, ale i jednocześnie na zapobieganiu by nie pojawiali się nowi. Młodzi ludzie powinni już teraz, przed wyborem przyszłego zawodu mieć informacje „jak to działa”, jakie są przewidywania co do rozwoju poszczególnych branż gospodarki itp. To jest po prostu w interesie Państwa, by jak najmniej było problemów, nietrafionych decyzji życiowych. Tylko dlaczego na ten cel miałyby być przeznaczane środki potrzebne na przekwalifikowania ludzi będących dziś w wieku produkcyjnym a niemających zatrudnienia.
Szkoła, proces dydaktyczny – ma inne źródła finansowania.
Dziecko i tak nie uwierzy w "bajeczki" teoretyczne opowiadane mu w szkole przez kogoś kto sam nigdy nie był bezrobotny, gdy po powrocie do domu spotka się ze swoim bezrobotnym ojcem… Bo jego ojciec nie miał w szkole takich porad, jakiś zawód jednak musiał wybrać i wybrał, został zwolniony z pracy, gdy nagle zmieniły się standardy wymagań i oczekiwań na jego stanowisku pracy, gdy nagle władza zmieniła swoje zachowanie i zaprzestała kierować gospodarką a on nie mógł nowych wymogów spełnić natychmiast. Może jednak pieniądze te powinny być mądrze i skutecznie użyte najpierw w celu pomocy w powrocie ojca czy matki ucznia do tej lub przygotowaniu do innej pracy ?

Powyższy wywiad pochodzi sprzed kilku miesięcy a decyzja o podziale dodatkowych funduszy na województwa – z połowy stycznia br. Jest już połowa września, a nie ma żadnych informacji ani objawów, by pieniądze to zostały rozdysponowane i zaangażowane do działania a powiatach czy gminach. A tymczasem Rząd pod koniec ubiegłego roku obciął budżety Urzędów Pracy o 70% w stosunku do 2010 roku. Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie praktycznie od połowy roku nie posiada funduszy na nic prócz zasiłków. Prowadzony jest nabór na dwa kursy zawodowe dla… łącznie 30 osób spośród ogromnej liczby zarejestrowanych.

Traktuję to, co powyżej jedynie, jako pewien sygnał, zwracający uwagę na szerszy problem; jak wygląda w szerszym kontekście stosunek Władzy do pieniędzy z Unii, może raczej nawet do pieniędzy w ogóle. To kontynuacja rozważań, jakie już przedstawiłem w sprawie ideologii władzy – wywodzącej się z Platformy Obywatelskiej.
Moim zdaniem jest to sprawa ideologii więc wymaga oddzielnego omówienia.

Odwiedziny: