BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.

28/02/2013

Objaw kompletnej bezradności, czy jakaś sztuczna mgła, tym razem nad bezrobociem.

Jak w słynnym cyrku Monty Pythona – trwa festiwal „nierozważnych kroków” w kamyszowym ministerstwie.
Wielce zabawny wyraz przyjmuje on w blogu rządowym, jednak ludziom o słabych nerwach, impulsywnym i krewkim jak Kargul z Pawlakiem, a zwłaszcza jak niejaki Cyba, szczególnie mającym zbyt łatwy dostęp do niebezpiecznych narzędzi typu broń palna lub choćby łuk i strzały – nie polecam…
Otóż ministerstwo zagubiło się ostatecznie w gąszczu i niespodziewanie zadało sobie ostatnio zasadnicze pytanie: ilu tak właściwie jest tych bezrobotnych. Bo – że są, na szczęście wątpliwości nie ma; tylko – ilu.
Dość łatwo było stwierdzić, że na koniec stycznia liczba osób zarejestrowanych w powiatowych czy miejskich urzędach pracy wyniosła 2.295.700 osób. Po porównaniu z danymi z grudnia 2012 oznacza to napływ 317.900 nowych zarejestrowanych w tym miesiącu bezrobotnych, przy jednoczesnych wyrejestrowaniu 159.000 osób z ewidencji PUP. Ten napływ nowych bezrobotnych stanowi gwałtowny wzrost ilościowy w porównaniu do grudnia ub. r., natomiast liczba ofert pracy jakimi dysponowały urzędy pracy w styczniu gwałtownie spadła – do zaledwie 37.000 i zapewne w większości były to oferty pracy specjalistycznej, wysoko kwalifikowanej, wymagającej wcześniejszego doświadczenia i dorobku zawodowego (jak np. programiści i inni specjaliści branży IT) a więc nie obejmujące specyfiki zasadniczego bezrobocia.
W takiej sytuacji – w ministerstwie zrodziły się zasadnicze wątpliwości, czy aby nie za dużo tych bezrobotnych? Bo może to wyglądać dla laików, że ministerstwo sobie nie daje rady, a z ministerstwem i cały rząd innych ministrów z głównym na czele.
Wątpliwości zasadne, bo faktycznie – za dużo, skandalicznie dużo, ale… nie o taki wniosek chodzi władzy; władza poszukuje jakiegoś wyjaśnienia czy rozwiązania, które pozwoliłoby coś robić ale nie naruszyć „generalnej linii partii” czyli Platformy zwanej Obywatelską – w sensie doktrynalnym, ideologicznym. Minister jeden z drugim też przecież nie chce się stać bezrobotny…
Więc – ilu jest bezrobotnych.

Ogłoszono, że według „analiz urzędów pracy” – około 65% zarejestrowanych nie jest zainteresowanych podjęciem pracy.
Tu kilka zdań komentarza:
Władza stała się ofiarą własnej ideologii, zgodnie z którą urzędy pracy są instytucjami usługowymi, świadczącymi usługi dla chętnych (no i spełniających najpierw ma się rozumieć wymogi definicji ustawowej). Wszelkie kontakty osób chcących się zarejestrować lub zarejestrowanych w urzędzie pracy – z urzędem, mają charakter dobrowolny, bo tak stanowi ustawa. Dotyczy to zwłaszcza tych 84% zarejestrowanych, którzy nie uzyskali lub już nie posiadają prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Nieliczni posiadający takie prawo i pobierający zasiłek są w sytuacji w której można im coś odebrać, pozbawić ich czegoś, dlatego są traktowani praktycznie nieco „ostrzej”.
To władza ustanowiła zasady, zgodnie z którymi obywatel uzyskuje status osoby bezrobotnej na zasadzie decyzji administracyjnej, po złożeniu kilku oświadczeń na piśmie. Oświadczeń tych nie ma jak sprawdzić, bo nie ma kto tego robić ani też nie ma źródeł niezależnych informacji, poza tym oświadczeniom takim nadano status wiarygodności z uzasadnieniem ideologicznym, nie po to by je następnie sprawdzać.
Urzędy pracy zdobyte przez siebie nieliczne oferty zatrudnienia po prostu publikują; w ogłoszeniach (papierowych) umieszczanych na tablicach wewnątrz urzędu, czasem są one także wyświetlane na wewnętrznych dużych ekranach plazmowych, są też przekazywane do wspólnej bazy internetowej prowadzonej przez portal Powszechnych Służb Zatrudnienia, z możliwością ich sortowania i wyszukiwania. W miejscach o lokalnie dużym bezrobociu urzędy wyznaczają termin obowiązkowego stawiennictwa osoby zarejestrowanej – w odstępach czasu raz na dwa a nawet raz na trzy miesiące, po to by rozładować kolejki wewnątrz urzędów. Osoba zarejestrowana ma więc obowiązek przyjść do urzędu 4 do 5 razy w roku, podpisać przy tej okazji kolejne oświadczenie (którego także nikt nie sprawdzi) o spełnianiu podstawowych wymogów, od których uzależnione jest prawo do statusu osoby bezrobotnej, po czym – jeśli sama nie zgłosi zainteresowania jakąś konkretną ofertą pracy (dobrowolność) – będzie miała wyznaczony termin kolejnego obowiązkowego stawiennictwa za kolejne 2 – 3 miesiące. Z chwilą zarejestrowania osoba taka uzyskuje prawo do ubezpieczenia zdrowotnego opłacanego na jej rzecz przez urząd pracy i zachowuje to prawo aż do wyrejestrowania. Urzędy pracy nigdy nie proponują nikomu z własnej inicjatywy żadnej pracy ani też innych usług. Wszystko to wymaga wniosku osoby zarejestrowanej. A jeśli brak wniosku – nic się nie dzieje.
Teoretycznie istnieje obowiązek ustalania tak zwanego indywidualnego planu działania dla osób długotrwale bezrobotnych, będących w szczególnie niekorzystnej sytuacji na „rynku pracy”, ale tego się w rzeczywistości nigdy nie robi, zresztą i dobrze, bo urzędy pracy nie mają przy tym żadnych innych „narzędzi” działania, niż te ogólnie stosowane i będące dla każdego do dyspozycji. Nic nie jest w stanie wpłynąć na odmowę zatrudniania wyrażaną przez pracodawców, bo z punktu widzenia systemu to oni tworzą państwo i zarządzają nim pośrednio, kierując się jedynym sobie znanym i dla siebie zrozumiałym kryterium: zyskiem. Wszystko jest podporządkowane im i ich interesowi czyli w ostatecznym rozrachunki – ich zyskowi materialnemu.
W związku z tym, nasuwa się zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie urzędy pracy dokonały „analiz” mówiących o tym, że 65% zarejestrowanych faktycznie tylko udaje bezrobotnych? Po czym – w sytuacji nakreślonej powyżej – można było to stwierdzić: Po minie – podczas podpisywania oświadczenia stwierdzającego nieprawdę? Intuicyjnie?
Po długości nosa?
Po oczach?
... „Czy te oczy mogą kłamać?
… chyba nie…”

Jeśli nawet tak jest jak twierdzą owe analizy – to w ten sposób urzędy pracy udokumentowały zarzut skandalicznego marnotrawstwa środków, niegospodarności wobec gospodarowania pieniędzmi publicznymi.
Chodzi o to, że jeśli ci „fałszywi” bezrobotni nie otrzymują nawet zasiłku dla bezrobotnych, to skarb państwa a więc społeczeństwo finansuje im ich składki na ubezpieczenie zdrowotne. Inaczej – grubo ponad półtora miliona osób nie płacąc podatków ani składek – dostaje ubezpieczenia zdrowotne na koszt państwa.
Jeśli 65% bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wcale nie jest bezrobotna i pracy nie szuka – to w normalnym kraju ten kto wymyślił i wdrożył taki system powinien resztę życia po prostu przesiedzieć w pierdlu! Czyli w tym wypadku to najwyraźniej nie minister pracy? Co więcej: urzędy pracy stwierdziły w swoich analizach, że te 65% bezrobotnych rejestrowało się w urzędach nie dla poszukiwania pracy czy pomocy w jej znalezieniu a wyłącznie dla uzyskania właśnie tych składek na ubezpieczenie, czyli uzyskania prawa do leczenia się na zasadach dotowanych z NFZ, bo opłacenie składki na ich rzecz przez urzędy pracy daje im prawo korzystania z publicznej służby zdrowia, czyli inicjuje w konsekwencji także dalsze koszty pokrywane z budżetu.
Jeśli ci ludzie nie szukają pracy, to znaczy, że prawdopodobnie już pracują i nieźle zarabiają, tyle że z punktu widzenia prawa – całkowicie nielegalnie. Pracują w tak zwanej „szarej strefie” czyli znanym i uznanym przez władzę systemie oszukiwania i okradania społeczeństwa przez przedsiębiorców i osoby stawiane najczęściej przed trudnym wyborem: albo „na czarno” – albo wcale…
Piszę tu o systemie „znanym i uznanym” bo praca „na czarno” jest niemalże oczywistym jednym z systemów pracy, wszyscy o nim wiedzą, władza nawet sili się na szacowanie jego wielkości. To oczywisty skandal, ale jak najbardziej zgodny z ideologią PO. Oszuści ci prowadzą normalną, choć nigdzie nie rejestrowaną działalność gospodarczą, nie płacą przy tym ani podatków ani też świadczeń na rzecz pracowników – innych niż zapłata za pracę „netto” czyli „z rączki do raczki” i pod stołem; nie opłacają nie tylko składki zdrowotnej ale i składek ubezpieczenia społecznego (emerytalnej), chorobowego oraz wypadkowego. Pracownik taki także nigdzie nie zgłasza uzyskiwanych dochodów, nie płaci od nich podatku PIT, w urzędzie pracy składając kłamliwe oświadczenia w taki sposób, by spełniać wymogi rejestracji i przynajmniej uzyskać prawo do leczenia z dofinansowaniem z NFZ. Jako zarejestrowany „bezrobotny” może też uzupełnić kwalifikacje na kursach i szkoleniach finansowanych z budżetu lub współfinansowanych przez Unię, czym odciąża koszty nie tylko swoje, ale i swojego rzeczywistego choć niejawnego (nielegalnego) pracodawcy.
Oznacza to po pierwsze – kolejne potwierdzenie, że przedsiębiorcy stoją ponad prawem, bo de facto to oni tworzą prawo i sterują w jakiś sposób funkcjonowaniem państwa, by możliwie jak najdłużej czerpać z tej sytuacji maksymalne zyski – prawdopodobnie przygotowane do natychmiastowego przerzucenia za granicę Unii, gdyby coś się miało zmienić. Oznacza to też, że władza stała się niejako więźniem swojej własnej, naiwnej ideologii rodem chyba jeszcze z czasów KLD i ówczesnej anarchizującej ideologii wolności „róbta co chceta”. Wszystko to jest skrajnym absurdem, kojarzącym się raczej z jakimiś pogrążonymi w korupcji i bezładzie państewkami afrykańskimi a nie z państwem demokratycznym w centrum Europy w XXI wieku. Oto „liberalizm” Platformy Obywatelskiej.
Rząd chciałby zdaje się jakoś opanować tę sytuację, jednak nie jest w stanie tego zrobić na bazie aktualnej ideologii; by to się udało – trzeba by było sięgnąć do bardziej restrykcyjno – nakazowej polityki wobec osób chcących się zarejestrować w Urzędzie Pracy oraz szczególnie już tych zarejestrowanych, choćby przynajmniej na wzór duński a to by się niektórym kojarzyło nieodwołalnie z pewnym powrotem do tego co było „za komuny”. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy władza po latach bałaganiarskich kombinacji powróciłaby do dawniejszych rozwiązań jako niemożliwych do zastąpienia, praktycznie najlepszych z możliwych.
Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” proponowała w tej sytuacji, by rząd po prostu przyznał wszystkim bezwarunkowe prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, bo liczba osób całkowicie nim nie objętych jest stosunkowo niewielka a działania takie mogłyby wyeliminować przyczynę „fałszywego” rejestrowania się, ujawniając rzeczywisty stan bezrobocia i rzeczywiste potrzeby interwencji w jego zmniejszanie.
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to nagłe zmniejszenie bezrobocia rejestrowanego i to nawet o… 65%, jeśli wierzyć wspomnianym analizom urzędów pracy.
Jak można cokolwiek zaplanować czy podejmować jakieś sensowne działania – nie znając stanu obecnego, rzeczywistego?
Rząd jednak zdaje się skłaniać do walki z oszustwami „siłowo”, poprzez kontrole i dotkliwe kary; tyle że próby kontrolowania i ścigania niezgodnych z prawdą oświadczeń i innych oszustw dotyczących statusu bezrobotnego będą też kosztowały i to kto wie czy nie więcej niż finansowanie ubezpieczenia zdrowotnego tym, którzy mu jeszcze nie podlegają.
Okazuje się więc, że w tym całym cyrku urzędy pracy nie przestrzegają unormowań ustawowych, albo ustawa jest kompletnie nieadekwatna do rzeczywistości społecznej.
Niestety jest też możliwe inne wyjaśnienie i tego bym się najbardziej obawiał: że zamieszanie wokół już nawet liczby bezrobotnych a nie tylko przyczyn – jest działaniem celowym, niczym produkcja sztucznej mgły – by zaciemnić obraz tragedii szalejącego bezrobocia, nędzy i upadku. Działanie takie byłoby tyleż podłe co niebezpieczne, bo tuszujące rzeczywisty obraz jedynie z powodów politycznych, wyłącznie na potrzeby walki ze spadającymi rankingami poparcia społecznego. Już i dawniej stosowano znaną ubecji technikę dezawuowania bezrobotnych jako leni, nierobów, winnych własnej sytuacji, alkoholików, typów aspołecznych nie nadających się do żadnej pracy itp. Teraz z kolei – stawianie znaku zapytania nawet nad liczbą bezrobotnych idzie w tym samym kierunku; bezrobocie tylko wydaje się takim wielkim problemem a w rzeczywistości to obraz fałszywy, po prostu nieporozumienie… no żadnego bezrobocia nie ma…
To nic, że to zwykłe podłe skurwysyństwo – ale jakie skuteczne…
Podłe wobec tych co rzeczywiście są krzywdzeni i potrzebują pomocy państwa…
Jeśli rzeczywiście ponad połowę bezrobotnych zarejestrowano pomimo niespełniania przez nich wymogów ustawowych dotyczących statusu osoby bezrobotnej, oznacza to gigantyczny bałagan i niegospodarność: żądam pociągnięcia wszystkich winnych do odpowiedzialności za składanie oświadczeń majątkowych niezgodnych z prawdą. Żądam wyegzekwowania za pomocą tytułów wykonawczych zwrotu wszystkich bezprawnie, na podstawie oszustwa przyznanych składek na ubezpieczenie zdrowotne i wartości innych uzyskanych świadczeń i pomocy z urzędów pracy. Żądam pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej i służbowej wszystkich winnych temu urzędników ministerstwa pracy, starostów oraz urzędników urzędów pracy.
Smutne jest to, że władza najwyraźniej po prostu nie przejmuje się tym; ludzie „zaradni” są promowani i jakoś sobie radzą, nawet oszust jako „zapobiegliwy” jest jakoś tolerowany, przedsiębiorcy zarabiają… o cóż więc chodzi? Jest tak – jak miało być: wolność…
Chodzi o tych, którzy są rzeczywiście bezrobotni. Którym się odmawia zatrudnienia bez podania powodu, na przykład z powodu wieku. Którzy ściśle spełniają wymogi definicji ustawowej osoby bezrobotnej. Których się po prostu na siłę ruguje, wypycha z „rynku pracy” – o ile uznać że coś takiego w tym kraju istnieje. Chodzi o rzeczywistych bezrobotnych, walczących o przetrwanie każdego dnia i liczących na jakiekolwiek legalne, płatne zajęcie dające środki do życia.
Chodzi o tych, którzy praworządnie, porządnie i uczciwie… zdychają dziś z głodu.

Odwiedziny: