Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest
niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych
potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często
absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny
zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią
zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy
ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich
pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy
doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci –
świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im
zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo
określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o
pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany
prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w
jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego
muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a
pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują
„cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny
objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw.
„niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków
kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są
tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje
gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią
chciwości”.
W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak
„fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie
chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej
kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną
natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i
samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić
pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie
doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po
1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie
innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli
dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a
więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku
maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było
kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań
informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w
ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie
oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie
technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość
niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w
realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego
doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i
obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być
zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi
takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej
liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy
technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia
odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po
części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne
niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do
kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.
Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony
odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje
pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce
zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to
znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i
przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się
wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI
wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz
kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja
przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i
zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach
pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz
szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem
się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce
„uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego
Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające
właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do
współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo
nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi
pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także
przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o
tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy
uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej
i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia
Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie
pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że
większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane,
nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia
bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet
wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.
Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną
szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni –
powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób
określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż
powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak
kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów
„unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często
nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych
kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających
ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede
wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania
lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to
całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach
statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie
dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu
środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16
osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i
nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych
(w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez
kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań
organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i
tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób
kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne
działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie
i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…
Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera
kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na
dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie
pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i
programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce
miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od
pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs
rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z
faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po
tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych
stanowiskach i za najniższą płacę.
Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych
kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak
samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na
masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci
rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano
dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś
odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób
zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy
ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na
szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest
ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo
zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do
uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam
się od rządu Tuska takiej normalności.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
06/10/2013
Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
dotacje,
EFS,
fundusze unijne,
ideologia,
kapitalizm,
Kosiniak-Kamysz,
kursy,
minister pracy,
niewolnictwo,
Pańszczyzna,
PO,
praca,
rząd,
szkolenia,
Tusk,
unia europejska,
zatrudnienie