BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty

13/05/2014

Wybory do PE: Wyższy poziom „polskiego piekła”; kabaret polski w UE.

Gdzieś ponad poziomem własnych problemów, wątpliwości czy codziennych zmartwień; własnych w tym sensie – że bezpośrednich, egzystencjalnych i osobistych – niektórzy potrafią spojrzeć też na „całość”, na sytuację ogólniejszą i sprawy może nie tak bezpośrednio już dziś nas dotyczące, ale ważne. Ważne przez to, że prędzej czy później mogące nas bezpośrednio dotyczyć, te które bez wątpienia „dopadną” nas. Efekt tego – zależy od indywidualnego dostępu do informacji, czyli do wiedzy o rzeczywistym i faktycznym stanie spraw, gdyż wiedza o nierzeczywistym stanie spraw informacją nie jest. Może raczej odwrotnie powinienem napisać: efekt tego zależy od indywidualnego dostępu do wiedzy, czyli do informacji o rzeczywistym stanie spraw, gdyż informacja o nierzeczywistym stanie spraw wiedzą nie jest. Z pewnego punktu widzenia oba te stwierdzenia znaczą to samo…

Na tej właśnie zasadzie, im bliżej do wyborów polskich euro-parlamentarzystów – tym bardziej rośnie moja ciekawość, oczywiście nie dotycząca tego, kto zostanie wybrany w sensie personalnym a raczej tego, jaką to stworzy sytuację polityczną i jakie będzie miało reperkusje w sytuacji społecznej. Przy braku wpływu na bieg zdarzeń – można sobie pozwolić na to, by pozostać jedynie przy obserwacji; biernej… choć z zaciekawieniem.

Zmiana władzy w tym kraju w sensie ideologii środowiska politycznego tworzącego władzę lub koalicję rządzącą wydaje się bardzo prawdopodobna i wręcz konieczna. Po prostu niezbędna i to najlepiej natychmiast. Prawdopodobieństwo to wynika nie tyle ze „zwodniczych” badań opinii publicznej, które manipulują zaplanowanym wynikiem zależnie od tego – kto je wykonuje i na czyje zamówienie to robi. Takie „badanie” opinii publicznej ma na celu kształtowanie jej. Dużo bardziej prawdopodobieństwo to widać po zmianie postaw wielu osób publicznie znanych ze swoich poglądów zdecydowanie poro-PO-wskich; dla mnie takim przykładem mogłaby być droga jaka przeszedł Jacek Żakowski: dziennikarz kojarzący się co prawda niestety z „Gazetą Wyborczą”, ale dla mnie to przede wszystkim znany dziennikarz radiowy Radia Tok-FM; drugiej – obok „Polityki” – swoistej „gadzinówki” władzy.
Stopniowe w miarę rozwoju przejście od bałwochwalczego, bezrefleksyjnego stosunku do Platformy „Obywatelskiej”, bezrefleksyjnej w minionych 3 – 4 latach obrony jej „grajdoła politycznego” – do konkluzji iż stworzyła ona państwo nieludzkie, jego skrajnie wypaczoną namiastkę – jest dla mnie godne szacunku i to wcale nie dlatego, że sam podzielam ten pogląd i wygłaszałem go dużo wcześniej. Bynajmniej nie daje mi satysfakcji iż nazywałem pewne zjawiska bez ogródek już dwa lata temu. Tak „oświeconych” stopniowo przybywa, co może pozostać nie bez wpływu na przyszłe wyniki wyborów krajowych. Ideologię która stworzyła to wypaczone, nieludzkie państwo dobrze by było odsunąć jak najszybciej od jakiegokolwiek wpływu na realną rzeczywistość, pod warunkiem wszakże, iż ta siła polityczna która tego dokona – sama ma zamiar wdrożyć normalniejsze, bardziej „ludzkie”, jednolite standardy…

Jak się to jednak ma do najbliższych wyborów europejskich?
Środowisko aktywistów PO prawdopodobnie zdaje sobie sprawę ze zbliżającego się „rozliczenia” przez wyborców, być może dlatego partia desygnowała na kandydatów do Parlamentu Europejskiego na pierwszych miejscach list wyborczych swoich najlepszych, sprawdzonych „towarzyszy” – jak były minister Vincent Rostowski czy urzędujący minister Władysław Kosiniak Kamysz, Bogdan Zdrojewski; jeśli się urzędujących dziś ministrów wystawia do wyborów, czyli w intencji – wysyła do Brukseli, to dowodzi po prostu świadomości, iż długo oni by tu i tak już nie pourzędowali…
Jest tam na pierwszych miejscach list właśnie i Bogdan Zdrojewski, i niesławny Michał Boni, Janusz Lewandowski, Dariusz Rosati, Barbara Kudrycka, Danuta Huebner, Julia Pitera, Jacek Saryusz Wolski, Róża Thun, Jerzy Buzek… słowem towarzystwo faktycznie „doborowe”, niezwykle w swoim „liberalnym” odczłowieczeniu społecznym kompetentne.

Załóżmy więc przez chwilę na użytek eksperymentu myślowego, że wszystkie te osoby wraz z wystawionymi obok nich celebrytami i innymi „figurantami” mającymi co najwyżej „zajmować miejsca mądrzejszym od siebie wrogom – a tym wyżej wymienionym nie przeszkadzać, ludźmi całkowicie im praktycznie podporządkowanymi w zamian za „ciepłą wodę w kranach”, dobrze płatną i miłą posadkę na co najmniej pięć lat – dostają się do Parlamentu Europejskiego.
Załóżmy, że większość z polskiej puli 51 mandatów w PE obejmują tego typu sprawni politycy Platformy Obywatelskiej mający kontakty zawodowe, polityczne, dobre rozeznanie w tym jak się w PE poruszać wśród wytrawnych polityków zachodnioeuropejskich, mający szerokie kontakty osobiste zdobyte w minionych latach swojej aktywności itp. Głos Polski na forum międzynarodowym w Unii – przynajmniej w PE – byłby więc nadal głosem Platformy Obywatelskiej i jej ideologii.
Mają oni – wraz z działającym do końca kadencji rządem PO w kraju jeszcze rok na przygotowanie się do skutków zmiany władzy w Polsce.

Latem 2015 roku odbywają się wybory prezydenckie i parlamentarne w Polsce i załóżmy, że w ich wyniku władzę obejmuje partia „Prawo i Sprawiedliwość”, która utworzy rząd. Ale kto będzie rządził? Kto wówczas rządzi „tak naprawdę”? Nie można przecież zapominać, że prawo Unijne a raczej dyrektywy będące w rzeczywistości instrukcjami obligatoryjnego modyfikowania prawa na szczeblu krajowym – ma właśnie pierwszeństwo prawne, czyli rząd musi poniekąd ciągle wdrażać zmiany prawa krajowego pod dyktando dyrektyw unijnych.
To jest zrozumiałe i logiczne z punktu widzenia konieczności dążenia do jego unifikacji, ale w aspekcie powyższego pytania zastanawiać się można – kto miałby większy wpływ na sytuację w kraju; ci co tworzą prawo unijne i kierunki jego zmian na poziomie krajów unii czy ci którzy zarządzają państwem pod dyktando tychże dyrektyw, musząc prawo krajowe do nich dostosowywać.

Obawiam się, że niewiele osób w pełni rozumie rzeczywistą rolę poszczególnych instytucji Unii Europejskiej w procesie kształtowania Unii i zarządzania nią na szczeblu kontynentalnym. A przecież jest i szczebel globalny na którym dokonywane są zmiany przez „globalnych graczy” do których Polska przecież nie należy. Bardzo niewielkie zainteresowanie wyborami naszych reprezentantów w Parlamencie Europejskim (a przewiduje się w Polsce frekwencję na poziomie 20%) wynika nie tylko z braku łatwego dostępu do wspomnianej wiedzy; to pewnie i zbytnie rozbicie interesów narodowych poszczególnych krajów, istniejący od początku „podskórnie” rzeczywisty podział na „lobby” tzw. starej unii i jej siłę w porównaniu z nowymi członkami, zapewne i początkowy zwyczaj gremialnego wysyłania tam (wystawiania kandydatur) osób niekompetentnych, artystów, celebrytów, pożytecznych idiotów którzy będą zbyt głupi by przeszkadzać elicie tych co „wiedzą o co chodzi” – wszystko to przyczyniło się do społecznego nastawienia lekceważącego, uznawania tych wyborów za mało istotne. Parlamentarzyści europejscy nie działają zresztą w ramach „reprezentacji” narodowych a w ramach podziału całego PE na większe struktury polityczne; być może nie jest bez znaczenia każda osoba zasilająca konkretną opcję polityczną w ramach struktury PE, nawet i kilkadziesiąt głosów tu się liczy, lecz oddala to psychologicznie PE od „przeciętnego” obywatela kraju członkowskiego.

Oczywiście sytuacja w Unii a co za tym idzie i rola parlamentarzystów powoli zmienia się, ale nastawienie zwykłych obywateli, jakby „metka” tych wyborów – zmienia się jeszcze wolniej.
Szczególną rolę należy przypisać głównie czterem instytucjom; Komisji Europejskiej, Radzie Unii Europejskiej, Radzie Europejskiej oraz Parlamentowi Europejskiemu; instytucji europejskich jest znacznie więcej i wcale nie są one drugorzędne w ramach przysłowiowej już unijnej biurokracji. Te cztery stanowią jednak główny trzon odpowiadający funkcjonalnie parlamentowi i rządowi.

Komisja Europejska i jej przewodniczący jest powoływana przez Radę Europejską. Składa się z Przewodniczącego, komisarzy (po jednym z każdego kraju) oraz grupy pracowników Komisji; tłumaczy itp. – obecnie ok. dwudziestu pięciu tysięcy pracowników działających na rzecz komisarzy. Rada Europejska powołuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej a ten desygnuje kandydatów na Komisarzy – którzy są po przesłuchaniach w komisjach PE następnie także formalnie powoływani przez Radę Europejską i PE. Komisja odpowiada za interes Unii jako całości, zajmuje się polityką Unii we wszelkich jej obszarach działania. To Komisja ma prawo do inicjatywy ustawodawczej, decyduje o konsultacjach społecznych, określa długofalową politykę finansową Unii, przygotowuje do zatwierdzenia propozycję rocznego budżetu Unii oraz rozdzielania środków finansowych, pilnuje też wykonywania prawa europejskiego przez rządy krajowe, także wspomnianej implementacji dyrektyw. Każdy z komisarzy zajmuje się inną dziedziną gospodarki unijnej, powierzoną mu przez Przewodniczącego zgodnie z kompetencjami.
Zajmuję się tu jednak głównie oceną wpływu rozlokowania polityków PO jako przyszłej opozycji i ich możliwego wpływu na możliwości realizacji przez nowy Rząd jego programu wyborczego; jednego w przypadku Komisji Europejskiej nie wiem: kto i na podstawie jakich przesłanek nominuje poszczególne osoby na kandydatów na Komisarzy; firmuje to swoim nazwiskiem powołany wcześniej Przewodniczący Komisji, ale jaki jest „klucz” doboru tych kandydatów? Czy aby tylko kompetencyjny?
Komisarze ponoszą odpowiedzialność nie przed tym ciałem które ich powołało a wyłącznie przed Parlamentem Europejskim. Odpowiedzialność tę Parlamentowi Europejskiemu z natury dużo trudniej jest wyegzekwować niż Komisji Europejskiej i być może dlatego tak to zorganizowano. Listę Komisarzy ustala Rada Unii Europejskiej w porozumieniu z Przewodniczącym Komisji i uwzględniając opinie rządów krajów członkowskich. To jasne, gdyż Rada Unii Europejskiej składa się z ministrów rządów państw członkowskich. Problem jest jednak z terminarzem: kadencja Komisji Europejskiej trwa 5 lat, rozpoczęła się na początku lutego 2010 roku a więc czy może ona upłynąć przed terminem wyborów parlamentarnych w Polsce; czyżby to oznaczało, że to obecny Rząd miałby na kilka miesięcy przed przegranymi przez siebie wyborami ustalić skład Komisji Europejskiej? (a w niej polskiego komisarza). Powiązanie składu Komisji z wynikami wyborów krajowych musi przecież istnieć jednak do jakiego stopnia można nim manipulować. Tu trzeba przyznać, że środowisko PO jako opozycyjne wobec rządu krajowego byłoby dużo bardziej „sprawne” niż obecna opozycja w Polsce.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne, ale nie można nie uwzględniać, iż nie ma on prawa inicjatywy ustawodawczej; jest on ogromną machiną biurokratyczną o bardzo rozbitym oddziaływaniu, natomiast ciała unijnej administracji które mają największy wpływ na cała sytuację Unii – nie pochodzą z bezpośrednich wyborów, proces ich wyłaniania jest dość niejednoznaczny.

Generalnie trudno jest o rzetelne informacje szczegółowe o organizacji i funkcjonowaniu Unii jako całości, gdyż wiele źródeł wzajemnie sobie zaprzecza; dla przykładu strona internetowa Unii Europejskiej i poświęcona Unii strona w tak popularnej dziś Wikipedii. Odnoszę wrażenie że stan małego rozpowszechnienia rzetelnej wiedzy nie jest tu przypadkowy.
Chodzi o materię dość złożoną, o skomplikowane zależności i masę szczegółów posiadających swoje różne „dna”… jakże więc się nie dziwić niechęci jaką „przeciętny obywatel” Unii darzy wybory do PE. Unia jest zbyt skomplikowana dla „Kowalskiego” więc koncentruje się on na wojence personalnej zastępującej politykę w swoim kraju, ale rzeczywista sytuacja w kraju – zależy w dużej mierze od Unii; czy to aby sprawa jedynie przypadku?

To, że Unię trudno zrozumieć nie znaczy, że łatwiej ją lekceważyć.
Generalnie trudno jest określić ewentualny hipotetyczny wpływ przyszłych przegranych przez PO wyborów parlamentarnych pomimo wygrania wyborów europejskich – na sytuację i możliwości nowego polskiego rządu. Wiele też zapewne zależy od jego postawy, stopnia samodzielności, od definicji bieżącej „interesu polskiego” i skłonności do poświęcania tegoż na rzecz integracji – choćby i ze stratą, czy na rzecz własnej kariery politycznej lub finansowej.
Jedno jest pewne: w nominowaniu znanych polityków PO takich jak Rostowski, w tym i urzędujących ministrów – jako kandydatów w wyborach do PE – jest coś niepokojącego. Byłoby pożałowania godne, gdyby obecna walka ideologiczna i personalna ze szczebla krajowego przeniosła się po wyborach parlamentarnych w Polsce na szczebel Instytucje UE – Rząd.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

29/01/2012

27.
Badania Lazarsfelda i Jahody nad skutkami bezrobocia na psychikę potwierdzają to co oczywiste.

Mamy do czynienia w Polsce z zadziwiającą grą pozorów, w której już nawet najbardziej cyniczni "gracze" zaczynają być zażenowani tą właśnie pozornością oraz całkowitym brakiem reakcji na ten stan rzeczy ze strony organizacji społecznych, opozycji, związków zawodowych czy nawet tzw. szerokiej opinii publicznej, czyli "ulicy". Widocznie jest możliwy taki poziom obłudy, który jest w stanie zawstydzić nawet wielkich obłudników, bo aż szczypie w oczy. Nawet tych odpornych, z samego wierzchołka Platformy Obywatelskiej.

Bez odtworzenia przynajmniej części miejsc pracy, cała ta absurdalna i kosztowna gadanina ministra Kręciny o „walce z bezrobociem” będzie wyłącznie pozoracją, mającą utrzymać stan bezrobocia na obecnym poziomie, oraz umożliwić dalsze żerowanie na pieniądzach związanych oficjalnie z działaniem mającym bezrobocie zmniejszyć. A tak naprawdę - działań karmiących jedynie rzesze "darmozjadów" symulujących jakieś działania i po cichu - podtrzymujących bezrobocie, aby dalej było z czym "walczyć", co badać i na czym żerować.

Jest to skandaliczne bo jest całkowicie jałowe. Krzywdzi jedynie dużą grupę obywateli potrzebujących pomocy państwa - z winy tego państwa a otrzymującej - jedynie pozory działań, niczego nie zmieniające namiastki pomocy gwarantujące, że tak łatwo nie wyrwą się z pułapki bezrobocia.

Nie byłoby to tak dramatyczne, gdyby nie wiązało się z autentycznymi upadkami ludzi do poziomu kloszardów, rozbijaniem i niszczeniem rodzin, ale przede wszystkim - karygodnym niewykorzystywaniem potencjału ludzkiego; potencjału potrzebnego do budowy, do rozwoju Polski. Grubo ponad dwa miliony ludzi z których większość jest gotowa podjąć pracę, płacić podatki dochodowe i lokalne, wypracowywać składki na ZUS - pozostaje bezczynna, niewielka część z nich (16%) otrzymuje zasiłek dla bezrobotnych (statystycznie – ok. 400 000 osób z ponad dwumilionowej rzeszy bezrobotnych), część otrzymuje jakieś śmieszne "zasiłki" z Pomocy Społecznej okupione koniecznością kompletnego poniżenia się, rezygnacji z samodzielności i wolności, z godności osobistej, poczucia wartości – bo tego wymaga od nich Polska - państwo Platformy Obywatelskiej - by mogli te jałmużny otrzymywać.
A reszta…?
Reszta obciąża swoim istnieniem swoje rodziny, dorabia incydentalnie po 50 -100 czy 200 złotych od okazji do okazji i to całkowicie nielegalnie oraz jednocześnie, stopniowo ale nieodwracalnie traci zdolność podjęcia normalnej pracy w swoim zawodzie, popada w socjopatię, w alkoholizm by w rezultacie trafiając ostatecznie i przedwcześnie na cmentarz albo w najlepszym przypadku na długo całkowicie uzależniając swoje istnienie wyłącznie od opieki państwa i od dobroczynności innych.

A przecież - to państwo ich takimi uczyniło! I nadal generuje dalsze pokolenia osób egzystujących wyłącznie na utrzymaniu państwa. Państwo, bo to przecież ono i tylko ono ma władzę, upoważnienie i narzędzia, by działać w skali ogólnokrajowej i międzynarodowej i to działać dla dobra własnego społeczeństwa, każdej jednostki. Bo państwo przecież po to jest, po to istnieje. Pro publico bono.

Jak to kiedyś wyśmiewał się Jan Pietrzak, że "państwo bardzo nie lubi tych do których nie dokłada", więc bardzo dba, by tacy zawsze byli. A wszystko to po to, by jakiś obcy koncern zyskał rynek zbytu na swoje wyroby i sprzedawał je tutaj w miejsce tych produkowanych kiedyś na miejscu przez rodzimą firmę, a paru „gości” dzięki temu założyło sobie nowe konta w bankach szwajcarskich lub izraelskich...

To co się dzieje z człowiekiem, który pracował zawodowo przez 20, 25 czy 30 lat i nagle został zwolniony z pracy, odepchnięty od normalnego źródła pozyskiwania środków na zaspokojenie swoich potrzeb, wyrugowany z „rynku pracy” z niewiadomych nawet do końca powodów – jest od dawna zbadane, przeanalizowane i opisane przez naukę. Jest to zadziwiająco powtarzalne, co znaczy, że ludzie reagują na taką sytuację w sposób typowy, przewidywalny i powtarzalny.
Może to kogoś w Platformie zdziwi, ale ludzie reagują w sposób... po prostu ludzki. Tylko Platforma przestaje być "ludzka".
Reakcja ta wg. modelu psychologicznego Marie Jahody i Paula Lazarsfelda ma pięć charakterystycznych faz.
Ktokolwiek był kiedyś choćby częściowo w takiej sytuacji, z łatwością rozpozna w tym swoje własne odczucia, co jeszcze raz potwierdza i tak już dawno potwierdzone badania wspomnianych wyżej psychologów.

Faza 1. Obawa utraty pracy – pobudzenie, zmiany nastroju, labilność emocjonalna;


Często czujemy „zły klimat” wokół naszej osoby, domyślamy się planowanych zmian organizacyjnych, podświadomość dużo sprawniej niż świadomość rejestruje i zestawia ze sobą niby nic nie znaczące słowa, zjawiska i fakty i formułuje z nich wnioski które najczęściej nie przedostają się od razu do świadomości, ale wpływają zasadniczo na nastrój, emocje, dyskomfort, stres. Bardzo często istnieje też wówczas jakiś konflikt pomiędzy pracownikami lub z udziałem pracownika i decyzja przełożonego ma charakter wyroku "za" lub "przeciw" faktom, prawdzie, rzeczywistości w jej subiektywnym odczuwaniu. W innych przypadkach może chodzić o zwolnienia grupowe z przyczyn gospodarczych lub strategicznych decyzji właściciela. Także wówczas często są jakieś symptomy, przecieki informacji, pogorszenie klimatu psychologicznego.

Faza 2. Szok tuż po utracie pracy – poczucie klęski, krzywdy, upokorzenie, lęk przed przyszłością, przygnębienie;


Tym bardziej ma to znaczenie jeśli zwolnienie pracownika przebiegło z jakimś konfliktem, a już szczególnie, gdy konflikt ten miał swój finał w „sądzie pracy” czyli wydziale pracy sądu rejonowego. Bardzo często zatrudniający nas nie jest w stanie podać żadnego zgodnego z prawem powodu rozwiązania stosunku pracy, ale praktyka stosowania prawa w sądach jest obecnie taka, że mimo to wygrywa w sądzie, stawia na swoim, sankcjonuje bezprawie i to równie silnie oddziałuje negatywnie na pracownika - co sam fakt straty środków utrzymania i jego implikacje praktyczne.

Faza 3. Wchodzenie w sytuację bezrobocia i optymizm – efekt urlopu, traktowanie sytuacji jako przejściowej, aktywność w poszukiwaniu nowego miejsca pracy, wiara w ostateczny sukces;


Siłą rzeczy musi nastąpić pewne pogodzenie z rzeczywistością i to jest dobra reakcja. Jest to nastawienie na to co będzie, na nowe, na przyszłość. Człowiek ma wiarę we własne możliwości i umiejętności. Wierzy, że szybko rozpocznie inną pracę w nowym środowisku, co ma mieć działanie oczyszczające wobec przeszłości.
Zaczyna aktywnie poszukiwać zatrudnienia z wiarą w siebie, poczuciem że to w zasadzie formalność, że jest pracowity, uczciwy, chętny do poznania nowych obowiązków i nowych ludzi, dlatego już wkrótce z łatwością znajdzie swoje miejsce. W tej fazie chętnie bierze się udział w szkoleniach, nawet na własny koszt, z nastawieniem, że dotychczasowe doświadczenie wraz z nowym dyplomem kilkutygodniowego kursu tym bardziej będzie docenione przez potencjalnych zatrudniających. Zarejestrowanie się w urzędzie pracy jest traktowane wówczas jedynie jako formalność (dla składek na ubezpieczenie zdrowotne) ale od tego urzędu niczego się nie oczekuje.

Faza 4. Pesymizm i rezygnacja w miarę ponoszenia niepowodzeń – negatywne reakcje emocjonalne, problemy zdrowotne i finansowe;


W miarę kolejnych niepowodzeń w poszukiwaniu zatrudnienia, nastawienie staje się pesymistyczne. Wszelkie „porady” jakie serwują tak zwani – pożal się Boże – „doradcy zawodowi” w urzędach pracy, sprowadzają się do namawiania do jak najczęstszego chodzenia do firm, wysyłania swoich podań o przyjęcie do pracy na każde ogłoszenie rekrutacji czyli narażania się na ogromną liczbę odmów, aluzji, negatywnych zachowań po stronie zatrudniających lub pośredników. Z jednej strony – trudno się dziwić, bo często takie reakcje są formą samoobrony; samoobrony psychicznej np. kadrowej przed koniecznością odmawiania zatrudnienia dziesiątkom czy setkom ludzi, z drugiej strony - z obroną fizyczną; gdy przy takim stanie bezrobocia opublikowanie jakiegokolwiek ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika powoduje w ciągu kilku godzin zablokowanie (przepełnienie) skrzynki odbiorczej e-mail firmy poszukującej pracownika albo „atak desantowy” poszukujących pracy na kadry firmy, gdy ludzie pchający się drzwiami i oknami oraz poprzez „protektorów” w zasadzie uniemożliwiają działowi kadr jakąkolwiek planową, typową pracę. Stąd - nowe zjawisko „utajniania” działu kadr przed poszukującymi zatrudnienia co do adresu i numeru pokoju, by kontakt mógł następować wyłącznie przez mail (nieczynny bo przepełniony) lub telefon (słuchawka na stałe odłożona albo wyłączony dzwonek i nikt nie odbiera).

Psychologowie kliniczni twierdzą jednak i maja rację, że normalny człowiek jest w stanie wytrzymać tylko pewną ograniczoną liczbę odmów, niepowodzeń, zawodów. Potem zaczyna popadać w depresję z jej wszystkimi objawami; zniechęceniem, rezygnacją, załamaniem, utratą poczucia własnej wartości, otępieniem, zamknięciem w kręgu własnych negatywnych myśli i przekonań, izolacją… Doskonale opisał to np. Jack Canfield w swoich książkach na temat ludzi zawodowo zajmujących się „proszeniem o pieniądze” dla różnych organizacji charytatywnych i społecznych, którzy oczywiście zazwyczaj, najczęściej spotykają się z mniej lub bardziej niekulturalną odmową.(*)

Do tego można by dodać jeszcze skutki materialne pozostawania w fazie 1 – 4, co często oznacza utratę oszczędności, wyprzedaż dorobku aby mieć w czasie długotrwałego bezrobocia na podstawowe potrzeby, świadomość staczania się i próby jej łagodzenia za pomocą alkoholu, co łatwo prowadzi do uzależnienia psychicznego i pogłębienia upadku, rozpad rodzin, małżeństw, z utratą przy tym często dachu nad głową a więc upadek do pozycji bezdomnego i bezrobotnego.

Oczywiście faza 3 i 4 mogą się powtarzać i najczęściej następują kilka razy po sobie, nim w przypadku dalszego niepowodzenia wystąpi faza 5.

Faza 5. Fatalizm i apatia, dopasowanie do sytuacji – poczucie beznadziejności, dążenie do izolacji społecznej, redukcja oczekiwań życiowych i zainteresowań.


Praktycznie oznacza to w dalszej konsekwencji utratę "dachu nad głową", życie jak za czasów "jaskiniowych", zredukowane do poszukiwania "czegoś do zjedzenia" oraz miejsca do bezpiecznego przetrwania najbliższej nocy, narastające stany chorobowe, ucieczkę psychiczną za wszelką cenę w zamroczenie alkoholowe, szybką śmierć.

Tak więc jest to mechanizm który działa w zasadzie jednakowo bezwzględnie na każdego kto się znajdzie w jego zasięgu. Owszem, można się opierać dłużej lub krócej, można wytrzymać 500 odmów i niepowodzeń albo aż 1000, zanim zacznie działać ta naukowo potwierdzona zasada. Pomoc urzędów pracy może spowodować, że ktoś będąc w fazie 4 jeszcze nie przejdzie do tej ostatniej a uda mu się cofnąć do fazy 3, by jeszcze raz z nową nadzieją i nowym dyplomem kolejnego kursu wyruszyć na poszukiwanie zatrudnienia, ale załamanie w tym przypadku przychodzi szybciej niż za pierwszym razem.

Brakuje ogromnej ilości miejsc pracy i to jest wina władzy mającej uprawnienie i obowiązek zarządzać gospodarką w sposób społecznie bezpieczny. Dziś - to wina rządu Platformy Obywatelskiej. I owszem: - wina Tuska. Nic tego nie zastąpi, by odtworzyć miejsca pracy lub stworzyć nowe w miejsce poprzednio tak bezmyślnie zniszczonych.
Pracownicy Urzędów Pracy prawdopodobnie zdają sobie sprawę z tych wyżej opisanych mechanizmów, wiedzą że nie mogą tak naprawdę nic pomóc, bo nie mogą stworzyć miejsc pracy, a tylko to dałoby właściwy skutek. Mogą robić to, co jest przewidziane w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, a tam są wyłącznie działania cząstkowe, ważne ale nie mogące dać efektu ostatecznego, na dodatek całkowicie wypaczone przez skrajnie biurokratyczną praktykę ich stosowania o czym napiszę oddzielnie. W ten sposób jednak urzędy pracy stają się instytucjami pasożytującymi, ogromnie kosztownymi a nie mającymi wpływu na stan bezrobocia. Tym bardziej jeszcze teraz – ogołocone ze środków na statutową działalność przez zdziczałego ministra finansów z Platformy Obywatelskiej.

Podobnie ośrodki szkoleniowe, tracące teraz dopływ środków na prowadzenie projektów związanych z przekwalifikowaniem lub odnowieniem kwalifikacji osób pozbawionych pracy, rozpaczliwie walczące o wzrost skuteczności kończących się aktualnie projektów, a osiągające z ledwością skuteczność kilkunastoprocentową (w rozumieniu ilości osób które w okresie 3 miesięcy po szkoleniu uzyskały zatrudnienie w stosunku do ilości przeszkolonych). Jest to skala marnotrawstwa środków – bo w ten sposób ośrodki te przechodzą do instytucji pasożytujących, a człowiek pozbawiony zatrudnienia - co najwyżej będąc w fazie 4 cofnie się dzięki temu na krótko do fazy 3 po czym dość szybko znów zadziała na niego standardowy i nieunikniony negatywny mechanizm psychiczny, jak to opisałem powyżej, przenosząc go do fazy 4, 5...
A powodem tego wszystkiego jest brak, drastyczny niedobór miejsc pracy. Powód który da się usunąć tylko w jeden sposób: zwiększając ilość miejsc pracy. Tego jednak nikt zrobić nie chce i to z przyczyn ideologicznych.

Podobnie „kombinują” i agencje zatrudnienia, żyjące z opłat uiszczanych przez pracodawców jako wynagrodzenia za skuteczne pośrednictwo w poszukiwaniu właściwego pracownika. Ale takie okoliczności zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego pojawiają się (nowy pomysł pasożytów) jakieś „fikcyjne” targi pracy, gdzie do wynajętej sali zaprasza się osoby poszukujące pracy, każdy z przybyłych dostaje cały segregator (!) ofert, ale po dokładniejszym przejrzeniu widzi tam kilka czy kilkanaście aktualnych lokalnych ofert wydrukowanych z portali internetowych lub prasy, (czyli ofert publicznych na które najprawdopodobniej już wysłał swoje zgłoszenie jeśli odpowiadał wymaganiom), a dalej ma gruby plik 100 czy 150 ofert wydrukowanych z portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia, które także przeglądał na bieżąco jeśli faktycznie szuka możliwości zatrudnienia. Ofert które w rzeczywistości są już dawno nieaktualne. Sztuczka ta polega na tym, że Urzędy Pracy publikujące lokalne oferty w centralnej bazie danych PSZ upierają się, że wszystkie owe oferty „są ważne przez miesiąc”. Kilkakrotnie podejmowane przeze mnie próby wyjaśnienia co pod tym rozumieją pracownicy PUP nie dały efektu, gdyż powtarzają oni tę formułkę jak mantrę tajemną, ale z logiki wynikałoby, że jeśli oferta ma być ważna przez miesiąc, to Urząd powinien przez miesiąc móc kierować tam kolejnych kandydatów do zatrudnienia, a firma czy instytucja poszukująca pracownika musi miesiąc czekać (do zakończenia ważności oferty), by dopiero potem wybrać któregoś z kandydatów. Oczywiście nikt tak długo nie czeka, bo to absurd przy tak wielkim zainteresowaniu i ilości kandydatów, więc po trzech dniach a najpóźniej po tygodniu wakat jest już zajęty, nowy pracownik - przyjęty (przynajmniej na zasadzie umowy ustnej, ekspektatywy) a oferta – praktycznie już nieaktualna, ale w Urzędzie Pracy uparcie uważają i publikują ją jako ważną przez całe 30 dni. Stąd w opisywanym przypadku - segregator ze 150 ofertami oficjalnie ważnymi a faktycznie już dawno nieaktualnymi (zajętymi) i trudno coś zarzucić organizatorom tych fikcyjnych „Targów Pracy”. Jeszcze kilka stoisk dla osób niepełnosprawnych (bo takie się jeszcze chętnie zatrudnia z uwagi na ustawę o PFRON), albo dla studentów do pracy czasowej na umowach cywilnych (bo za nich na umowę-zlecenie nie opłaca się składek na ubezpieczenie społeczne), i już. Były „Targi Pracy”… ? Były. Organizatorom się należy odpowiednie wynagrodzenie z funduszy na "walk z bezrobociem"… ale dla poszukujących pracy - efektu żadnego.

Dalsze przykłady fikcji dotyczącej tak zwanego „rynku pracy” jako wymysłu Platformy Obywatelskiej będę przytaczał w kolejnych felietonach.

Tymczasem zakończę powtórzeniem zasadniczej tezy: Jest drastyczny brak miejsc pracy. Miliona lub nawet ponad miliona miejsc pracy. Polska staje się ubezwłasnowolniona przez służalczość władzy wobec Unii Europejskiej, Niemiec, USA i każdego innego. Polska - jak dziwka portowa - zależy od pewnego siebie zagranicznego "alfonsa", od klienta (inwestora), który przyjdzie jeśli mu się zechce i ewentualnie zostawi jakieś pieniądze. I tego nie da się niczym zasłonić, zakłamać. To wina władzy. Nawet cwany agencik medialny platformy obywatelskiej z poleceniem i błogosławieństwem swojego oficera prowadzącego - nie da rady tego ukryć.


(*) Jack Canfield, Mark Victor Hansen: "Zrób to, o czym marzysz: jak prosić o to, czego się pragnie" wyd. Bertelsmann Media/Diogenes Warszawa 2001.

29/09/2011

12.
Sprzeciw przeciwko temu co uważamy za złe – jest dowodem dojrzałości.

W sprawie wolności wyborów.

Wraz z pojawieniem się pogłosek wynikających z sondaży (bo prawdy i tak się przecież nie dowiemy) o spadaniu poparcia dla PO a dużo szybszym wzroście poparcia wyborczego dla PiS – rozpoczęła się zmasowana akcja polityczna Platformy, nakierowana na zmaksymalizowanie frekwencji wyborczej. Akcja potwierdza alarmistyczne dla PO prognozy a ratunkiem może okazać się wzrost frekwencji ogólnej. Dlatego właśnie i programy radiowe (nie tylko "tuba propagandowa" Tok FM) zaroiły się od wypowiedzi politycznie sterowanych, już nie namawiających do takiego czy innego głosowania a do głosowania w ogóle.
To zjawisko, co zrozumiałe, przenika także do portali internetowych, w tym i tego portalu opinii.
Jakie się tu stosuje „zabiegi”?
Na przykład sugestie, że jeśli ktoś nie zamierza iść na wybory – jest niedojrzały. To oskarżenie mające zawstydzić młodego człowieka, zmitygować go; – jeśli mają mnie mieć za niedojrzałego, to już może lepiej dla "świętego spokoju" pójdę… No właśnie! I o to chodzi!
To cyniczna gra, bo przecież dla autorów takich manipulacji – ten młody człowiek natychmiast po tym, gdy jego karta wyborcza zniknie w otworze urny – przestanie się liczyć. Zrobił swoje.
„Choć to fizyce wbrew, wskazówka cofa się, niej niż zero…”

Idealizm nie jest „skażeniem”.
To chciwość, cynizm i koniunkturalizm jest skażeniem.
Wszystko co dobre w dziejach świata stało się dzięki idealistom i ich idealizmowi. To oni nie pozwalają skostnieć społeczeństwom w ich zadufaniu; To oni skonstruowali pierwszy komputer, utworzyli zaczątki sieci ogólnoświatowej. To oni doprowadzili do upadku obcego systemu, wycofania się wojsk obcego mocarstwa, przyczynili Się do upadku haniebnego muru – a przecież wówczas nikomu nie przyszło nawet do głowy, że kiedykolwiek może przestać istnieć coś takiego, jak Związek Radziecki… Ale przecież bardzo wielu wówczas nawoływało: tolerujmy ich nadal dla mniejszego zła…
Cała wartość młodych ludzi, nadzieja jaką świat w nich widzi – to właśnie to, że nie godzą się na „zło konieczne”, na wybieranie mniejszego zła – tak jakby ono było konieczne i nieuniknione. To zawsze jest argumentacja winnych. Najgorsi zbrodniarze, na przykład faszystowscy tak się właśnie tłumaczyli: to prawda, że nie byłem idealny, robiłem różne złe rzeczy, ale gdyby nie ja – to by z pewnością przyszedł ktoś GORSZY niż ja, kto by jeszcze bardziej gnębił i mordował… Byłem mniejszym złem…
To straszne, że obecnie Platforma powtarza argumentację zbrodniarzy hitlerowskich z ich procesów przed trybunałami międzynarodowymi.
Po tym następują argumenty dotyczące pieniędzy, bogactwa, majętności, PKB – jedyne argumenty, jakie mają wartość i przemawiają do „kapitalistycznych oszołomów”. Tylko pieniądze się liczą. Nie jest ważne, że ma je tylko elita, tylko część wybrańców. Liczy się „wzrost PKB i pozycja gospodarcza Polski” – nie ludzie przymierający z biedy i niewidzący dla siebie żadnych szans. Ludzie, którzy byli tym „większym złem” i dlatego ich „nie wybrano”.
Nieważne, że ludzie w wieku 50 – 65 lat są systemowo pozbawieni możliwości zatrudnienia. Nie przeszkadza im, że młodzi w ogromnej liczbie też nie maja pracy, a jeśli mają to ogłupiające, tymczasowe, "śmieciowe" zajęcia usługowe, zupełnie nie mające związku z ich wykształceniem; że nie widzą szans ani przyszłości w tym kraju a już mają na tyle rozeznania; że wiedzą doskonale, iż w jakimkolwiek innym kraju będą zawsze obcymi, przyjezdnymi, intruzami; że tylko tu można być „u siebie”, i że to właśnie znaczy - OJCZYZNA. Dla PO nie ma takiego pojęcia, to by było przecież idealistyczne, naiwne politycznie niedojrzałe i śmieszne... nade wszystko nieopłacalne no i sprzeczne z ideą unii, "rozpuszczenia" Polski w europejskiej "zupie"...
Liczy się przecież tylko szmal… prawda?
Liczy się podwójne obywatelstwo, kilka paszportów, rodzinka w USA lub Izraelu… No i możliwość zdobycia zielonej karty do USA, „dla dzieci”...
Ale Pan Prezes RM nic przecież o tym nie wiedział… Zresztą łatwo jest powiedzieć: „Rządzenie nie jest rzeczą łatwą, nie da się każdego zadowolić…” Was – młodzi ludzie – nie dało się zadowolić, ale głosujcie na nas…, bo przyjdzie gorszy… Was ludzie wyrzuceni z pracy w wieku po pięćdziesiątce, którym konsekwentnie odmawia się jakiegokolwiek zatrudnienia – nie zadowoliliśmy, ale – jeśli uda wam się dożyć do wyborów – to głosujcie na nas, jesteście przecież dojrzali…

Polityka wcale nie musi być obrzydliwa! Nie musi aż w takim stopniu opierać się na kłamstwie, nieodpowiedzialności, prywacie! Nie zgadzajcie się na to – głosując na mniejsze zło.
Wymagajcie rozliczenia czynów i słów, w tym czynów przestępczych i słów dramatycznie skutkujących, jak „dorzynanie watahy”. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście niedojrzali, że jesteście śmiesznymi romantykami, oczekującymi niemożliwego i stojącymi na drodze „dojrzałej demokracji”.
To wy jesteście NADZIEJĄ prawdziwej demokracji o ile przeciwstawicie się siłom manipulacji i oszczerstwa. Tak też i mówił do Was nasz kochany Papież Jan Paweł II w swoich przemówieniach, na przykład na Westerplatte; Przyszłość Polski zależy od Was. I musi od Was zależeć. To jest Wasza Ojczyzna. Wasze „być” i Wasze „mieć”...
Zależy od tego, czy pozostaniecie idealistami domagającymi się normalności od każdego, kto się garnie do rządzenia, czy jednak dacie się oszukać lub kupić, zagłosujecie na zło (obojętne – mniejsze czy większe).
Udział w wyborach jest prawem obywatela a nie jego obowiązkiem. Nieskorzystanie z tego prawa, też jest swoistym głosem wyborczym, głosem mówiącym NIE. O prawdę i dobro trzeba walczyć, kłamstwo, głupota i zło – przychodzą same i nieproszone. Udział w wyborach albo powstrzymanie się od niego - to zbyt mało...

23/09/2011

8.
Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Państwo ma swoją strukturę organizacyjną, w tym Rząd, w którym sprawy państwa rozłożone są w kompetencjach poszczególnych resortów, funkcjonujących pod kierownictwem Ministrów tego Rządu. Za wyjątkiem gospodarki morskiej, która „leży”, gdyż oddzielne niegdyś ministerstwo zostało zlikwidowane (zapewne w ramach wykonania jakiejś „dyrektywy” o stopniowej likwidacji wszystkiego, co w Polsce dotyczyło gospodarki morskiej). W konsekwencji więc to, co się dzieje np. w dziedzinie pracy, zatrudnienia i gospodarki – jest efektem pracy (lub zaniechania) Rządu a więc i efektem działania siły politycznej, która ten rząd stworzyła, czyli Platformy Obywatelskiej.

Ukazała się niedawno w mediach ciekawa informacja dotycząca dodatkowych funduszy unijnych przyznanych między innymi województwu Zachodniopomorskiemu na walkę ze zjawiskiem braku miejsc pracy. Potraktujmy to, jako przykładową sytuację dotyczącą przecież całego kraju. Chodzi tu o podział tzw. Krajowej Rezerwy Wykonania za 2010 rok, wynoszącej ponad 230 milionów euro. Jednak sam już sposób przedstawienia tego faktu – nasuwa najgorsze obawy o sensowność, o zasadność tego dofinansowania. Dofinansowanie jest zasadne, bo województwo zachodniopomorskie należy do kilku objętych największym wskaźnikiem bezrobocia, to przecież nie tylko Szczecin, Koszalin i kilka mniejszych miast; to ogromne obszary Pojezierza Drawskiego, Ziemia Lubuska – pozbawione przemysłu obszary zalesione, objęte także terenami parków narodowych, krajobrazowych i rezerwatów. To nie jest przecież jakiś wybryk miejscowej ludności, to wynik, działania Państwa i jego polityki wewnętrznej. Nie ma nic dziwnego w większym braku miejsc zatrudnienia tutaj – niż w Centrum.
Wydawałoby się, że to dobrze, że są dodatkowe środki finansowe i doskonale, że tutaj trafiły, choć akurat wspomniane okoliczności nie miały żadnego wpływu na ich przydział. Niepokoi podejście władz do wydatkowania tych środków, dziwaczna „filozofia” z tym związana. Przyjrzyjmy się dokładniej:

„…Dodatkowe 54 miliony euro to nagroda za to, że na walkę z bezrobociem wydaliśmy już ponad 30 procent przeznaczonych dla województwa pieniędzy. Stawia to zachodniopomorskie na drugiej pozycji w kraju po warmińsko-mazurskim i przed opolskim…”
- cytuję za informacją prasową – wywiadem z Dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie.

Walka z bezrobociem polega moim zdaniem nie tyle na sprawnym wydawaniu pieniędzy, tylko na faktycznym zmniejszaniu ilości osób zdolnych do pracy, dla których nie ma stałego i odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób pokroju Dyrektora WUP – dla których bezrobocie w jego aspekcie ludzkim jest czymś obcym, abstrakcyjnym i zrozumiałym jedynie poprzez „krzywe lustro” stanowiska i zawodowego aparatu wiedzy akademickiej (w najlepszym przypadku) – jest oczywiste, że skoro sprawnie i szybko zdołał wydać 30% pieniędzy – to należy mu dołożyć jeszcze więcej. Sukces walki z bezrobociem mierzy się dla niego ilością pieniędzy, jakie wydano i tempem tego procesu a nie skutkiem.

„… – To rodzaj premii za efektywność dotychczasowych działań – podkreśla Andrzej Przewoda. (Dyr. WUP Szczecin ) – Zainteresowanie jest tak olbrzymie, ten poziom aplikowania w różnych konkursach i przedsięwzięciach jest wysoki i nie będzie najmniejszego problemu, żeby te środki zagospodarować…”

W to wierzymy, że „nie będzie problemu”; wszak nie ma takiej kwoty, której by się nie dało zmarnować (wydać bez przewidzianego efektu dla ostatecznego odbiorcy).
Cytat ten jasno precyzuje, co Pan Dyrektor uważa za „efektywność”. Mówi o ogromnym zainteresowaniu beneficjentów… czyli autorów projektów, organizatorów różnych działań i inicjatyw – z deklarowanego przez nich założenia mających wpłynąć na zmniejszenie bezrobocia; o zainteresowaniu osób projektujących i realizujących programy finansowane lub dofinansowane ze środków publicznych i przeznaczone dla bezrobotnych, jako tzw. beneficjentów ostatecznych. Osoby te (organizatorzy) nie robią tego jako wolontariusze ani „w czynie społecznym”; zarabiają na tym. Dlaczego mieliby nie być zainteresowani, – jeśli jest bardzo dużo pieniędzy do wydania, a tym samym – dzięki temu i do zarobienia. Organizowanie pomocy dla bezrobotnych np. w formie szkoleń – to nie jest efekt oczekiwany po zaangażowaniu tak wielkich środków – nie to jest celem. Celem jest dopiero i jedynie ten ostateczny efekt w postaci radykalnej poprawy statystyk bezrobocia.
Jednak jest charakterystyczne i znamienne, że nikt ani nie pyta, ani też nie oczekuje informacji o tym ostatecznym efekcie, o skutkach. Ważne jest by był jak największy przepływ pieniądza, bo jeśli jest przepływ – to zawsze coś z tego „skapnie” w postaci wynagrodzeń a bezrobocie… nikogo nie obchodzi prócz samych bezrobotnych, zresztą ono i tak musi przecież być, bo jest narzędziem obowiązującej doktryny ekonomicznej.

„…W ciągu 4 lat ze szkoleń i dofinansowań, za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy, skorzystało ponad sto tysięcy mieszkańców i przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego…”

Dobrze. Ale z jakim skutkiem!? Jaki jest skutek – będę z uporem pytał!

Wystarczy wejść na którekolwiek z forów czy portali dotyczących pracy, by znaleźć odpowiedź: setki opinii i skarg podobnych do tej:

„…Jestem kobietą w wieku 53 lata o wyglądzie 40-latki, wyższe + 10 kursów różne branże, mogłabym pracować w szkole, w projektach jako koordynator, trener szkoleniowy itd. Jestem byłą beneficjentką programów unijnych podnoszących i wzmacniających i nadal nie ma chętnego pracodawcy (do zatrudnienia mnie)!!! Po co te raporty, dla kogo; czy zmienią naszą rzeczywistość ? – Zrezygnowana BKJ-„

Więc znowu nie tylko Dyrektor WUP, ale i jego partnerzy na wyższych szczeblach – skuteczność walki z bezrobociem widzą w ilości osób, które skorzystały z dofinansowań. Nie chodzi o korzystanie z dofinansowań a o skutek, jaki miał zostać osiągnięty a którego nie ma, w każdym razie nie w tym stopniu, jaki wynikałby z wymienianych tu kwot. Oni po prostu odpowiadają i rozliczają się z tego by wydać przewidziane do wydania pieniądze, by nie narazić się na zarzut, że „pieniądze były do dyspozycji a nie zostały wykorzystane”.
Skutek jest następujący: obecnie w naszym województwie jest ponad 110 tysięcy osób bez pracy a stopa bezrobocia wynosi ponad 16%. Niestety nie wiemy i nie dowiemy się tak łatwo, czy liczby te dotyczą tylko ilości osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy, czy różnicy liczby osób w wieku produkcyjnym – a liczby osób zatrudnionych na umowy o pracę, wg danych statystycznych. A jest to różnica zasadnicza, bo wiele osób niemających pracy – nie ma także uprawnień do uzyskania statusu osoby bezrobotnej, co uniemożliwia zarejestrowanie. Być może nowe dane statystyczne z opracowywanego właśnie spisu powszechnego dadzą jednoznaczną i aktualną informację.

Dalej Pan Dyrektor WUP stwierdza:

„… – Dodatkowe pieniądze to szansa na wielu następnych osób bezrobotnych – mówi dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy Andrzej Przewoda…”

Nie „… na wielu następnych” a chyba „… dla wielu…”? Chyba, że to nie jest przejęzyczenie i „wielu następnych bezrobotnych” zostało już zaplanowanych, wkalkulowanych w ten „biznes” i muszą oni się znaleźć by swoim istnieniem usprawiedliwić przepływ pieniądza, w tym i ten „strumyczek”, który płynie do autorów i realizatorów projektów z dofinansowaniem z EFS.

„… – To są działania samorządu w zakresie programów rozwojowych w szkołach, to jest wsparcie dla przedsiębiorców. Z całą pewnością nie będzie tak, że te pieniądze zostaną skierowane tylko na szkolenia…”

Niestety obawiam się, że dalej poruszamy się w sferze abstrakcji i absurdu.
Programy w szkołach? Uczniowie nie są bezrobotni… jeszcze. Czyżby planowanie bezrobocia dotykało już uczniów?

W ramach prewencji bezrobocia – dla absolwentów podstawówek można zrobić opracowania i informację o przewidywaniach dotyczących przyszłego zapotrzebowania na fachowców w różnych specjalnościach, nakłaniać młodzież do zainteresowania się zawodami deficytowymi a nie nadwyżkowymi. Zgoda. Powinno to być elementem przygotowania każdego człowieka do życia w „gospodarce rynkowej”. Walka z bezrobociem powinna polegać nie tylko na działaniach wobec obecnie istniejących bezrobotnych, ale i jednocześnie na zapobieganiu by nie pojawiali się nowi. Młodzi ludzie powinni już teraz, przed wyborem przyszłego zawodu mieć informacje „jak to działa”, jakie są przewidywania co do rozwoju poszczególnych branż gospodarki itp. To jest po prostu w interesie Państwa, by jak najmniej było problemów, nietrafionych decyzji życiowych. Tylko dlaczego na ten cel miałyby być przeznaczane środki potrzebne na przekwalifikowania ludzi będących dziś w wieku produkcyjnym a niemających zatrudnienia.
Szkoła, proces dydaktyczny – ma inne źródła finansowania.
Dziecko i tak nie uwierzy w "bajeczki" teoretyczne opowiadane mu w szkole przez kogoś kto sam nigdy nie był bezrobotny, gdy po powrocie do domu spotka się ze swoim bezrobotnym ojcem… Bo jego ojciec nie miał w szkole takich porad, jakiś zawód jednak musiał wybrać i wybrał, został zwolniony z pracy, gdy nagle zmieniły się standardy wymagań i oczekiwań na jego stanowisku pracy, gdy nagle władza zmieniła swoje zachowanie i zaprzestała kierować gospodarką a on nie mógł nowych wymogów spełnić natychmiast. Może jednak pieniądze te powinny być mądrze i skutecznie użyte najpierw w celu pomocy w powrocie ojca czy matki ucznia do tej lub przygotowaniu do innej pracy ?

Powyższy wywiad pochodzi sprzed kilku miesięcy a decyzja o podziale dodatkowych funduszy na województwa – z połowy stycznia br. Jest już połowa września, a nie ma żadnych informacji ani objawów, by pieniądze to zostały rozdysponowane i zaangażowane do działania a powiatach czy gminach. A tymczasem Rząd pod koniec ubiegłego roku obciął budżety Urzędów Pracy o 70% w stosunku do 2010 roku. Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie praktycznie od połowy roku nie posiada funduszy na nic prócz zasiłków. Prowadzony jest nabór na dwa kursy zawodowe dla… łącznie 30 osób spośród ogromnej liczby zarejestrowanych.

Traktuję to, co powyżej jedynie, jako pewien sygnał, zwracający uwagę na szerszy problem; jak wygląda w szerszym kontekście stosunek Władzy do pieniędzy z Unii, może raczej nawet do pieniędzy w ogóle. To kontynuacja rozważań, jakie już przedstawiłem w sprawie ideologii władzy – wywodzącej się z Platformy Obywatelskiej.
Moim zdaniem jest to sprawa ideologii więc wymaga oddzielnego omówienia.

Odwiedziny: