BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatrudnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatrudnienie. Pokaż wszystkie posty

01/06/2014

Walka z dyskryminacją oraz nierównym traktowaniem.
Rozdział II. „Praca dla młodych”.

W części pierwszej wspominałem o wieku pracownika lub kandydata do zatrudnienia jako kryterium czy podłożu dyskryminacji lub nierównego traktowania. Pisałem też o tym, że źródłem przepisów mających w założeniu ochraniać przed dyskryminacją są dyrektywy unijne, konkretnie – Rady Unii Europejskiej, które mówiąc najogólniej – zakazują stosowania dyskryminacji lub nierównego traktowania w zatrudnieniu, wobec kogokolwiek i pod jakimkolwiek właściwie względem, a możliwe pewne szczególne sytuacje prawnie przewidziane, muszą być wyposażone w szczegółowe i konkretne uzasadnienie.
I tu pierwsza wątpliwość; czy jest możliwe, że to właśnie Unia, w tym przypadku Komisja Europejska sama drastycznie łamie te ustalone przez Unię zasady prawne.

Mam na myśli unijną zasadę „adresowania” różnych działań, w tym pomocy – do ściśle określonych odbiorców, wyszczególnionych spośród innych w tym wypadku przez wiek i jej ewentualną sprzeczność z prawem unijnym .
Otóż „wyskoczył” niedawno jak przysłowiowy „Filip z konopi” jeden z komisarzy, w tym wypadku jeśli dobrze pamiętam – Holender (czyli wyskoczył pewnie – z konopi indyjskich), z hasłem propagandowym „Praca dla młodych”. Oto w myśl tego nagłego oświecenia Komisarza, Unia Europejska miała natychmiast podjąć kategoryczną walkę z bezrobociem wśród osób do 30 roku życia, gdy nie dało się już ukryć iż bezrobocie wśród osób w tej grupie wiekowej jest znacznie wyższe niż średnia, wynosi lokalnie nawet blisko 70%. Było to także niewątpliwie przygotowanie do kampanii wyborczej, wzmacniające zainteresowanie instytucjami unijnymi wśród młodych wyborców.

Z jednej strony uważam za zrozumiałe, że można przedstawić wiele argumentów i to bardzo poważnych i istotnych społecznie oraz gospodarczo w skali także globalnej, że zjawisko to wymaga szczególnej interwencji która wpłynęłaby na pracodawców, aby chętniej zatrudniali ludzi młodych. Z drugiej strony – samo wręcz nasuwa się tu zasadnicze pytanie: co w takiej sytuacji z prawem; jak taki pomysł ma się do przyjętej wcześniej zasady podstawowej prawa unijnego, przetransferowanej już do prawa krajów członkowskich – że pracownicy jak i kandydaci do zatrudnienia muszą być równo traktowani ze względu na wiek ! (jak i pod każdym innym względem).

Konkretnie, można pytać, czy szczególne traktowanie młodych na rynku pracy – nie przeczy właśnie tej unijnej zasadzie prawnej, w ten sposób iż dyskryminuje osoby w średnim i starszym wieku na rynku pracy. Oczywiście to samo powiedzielibyśmy o wszelkich programach skierowanych do grupy wiekowej określanej jako „50+” czyli osób bezrobotnych w wieku przedemerytalnym (w wieku 50 – 67 lat zgodnie z obecnie tymczasowo jeszcze obowiązującymi przepisami emerytalnymi). Jakiekolwiek działania nakierowane wyłącznie na tę grupę wiekową, dyskryminują bezrobotne osoby młodsze, a więc stanowią ewidentny przykład nierównego traktowania w zatrudnieniu, w tym wypadku dotyczący już samego dostępu do zatrudnienia. Z kolei praktycznie realizowana przez pracodawców zasada pozbywania się pod jakimkolwiek pozorem pracownika tuż przed jego wejściem w okres ochrony prawnej przez rozwiązaniem stosunku pracy (cztery ostatnie lata przed emeryturą) – ewidentnie dyskryminuje osoby w tym wieku w stosunku do pozostałych pracowników, które nie są narażone na zwolnienie z pracy ze względu na wiek. Jest to dyskryminacja pracownika ze względu na wiek, z powodu jego ochrony prawnej przed dyskryminacją: czy to nie jest groteskowe?

Czy szczególne zasady dotowania przez Unię zatrudnienia osób niepełnosprawnych, powodujące powstawanie całych wielkich firm usługowych opierających się na zatrudnianiu wyłącznie osób niepełnosprawnych i pod warunkiem udokumentowania tejże niepełnosprawności – takich jak „IMPEL”, „ROKA” i wiele innych – nie stanowią przypadkiem ewidentnego przykładu nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na „stan sprawności fizycznej”, to znaczy – mówiąc wprost – dyskryminacji osób bezrobotnych w pełni sprawnych – za to, że są sprawne? Firmy te zatrudniają wyłącznie niepełnosprawnych z powodu czysto finansowego; dotacji i mniejszych kosztów pracy i osoba bezrobotna pełnosprawna nigdy tam zatrudnienia nie uzyska właśnie w związku z tym, że jej „pełnosprawność” nie przyniesie pracodawcy oszczędności na kosztach pracy…

Szczególnie zła sytuacja dotyczyłaby pod względem dyskryminacji ze względu na wiek – osób bezrobotnych w wieku 31 – 49 lat a więc osób przecież najwartościowszych ze względu na właściwą dla nich równowagę wiedzy, doświadczenia i możliwości fizycznych; byłaby to grupa stale od wielu lat dyskryminowana na rynku pracy, gdyż tak jak zdarzają się specjalne programy (choćby tylko teoretyczne – jak „szufladowy” projekt Michała Boniego „Solidarność Pokoleń z 50 plus”), skierowane do młodych, albo właśnie tylko do starszych – to nie pamiętam od lat żadnego projektu wsparcia dla tej „średniej” wiekowo grupy bezrobotnych. Także szczególne programy unijne w ramach EFS POKL w latach 2007 – 2013 nie dotyczyły tej grupy wiekowej.
Spójrzmy pod tym względem na wspomnianą nowelizację Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Niewątpliwie realizuje ona Unijne wytyczne dotyczące „szczególnej pomocy dla młodych bezrobotnych w Unii”.
Wprowadziła ona do katalogu działań PUP następujące „nowości”:
Przede wszystkim nowelizacja wprowadza zasadę obligatoryjnego „profilowania” bezrobotnych to znaczy ich bezwzględnego przydzielania do jednej z trzech grup: bezrobotnych samodzielnych i gotowych do podjęcia pracy a oczekujących jedynie oferty; bezrobotnych potrzebujących różnych działań przed podjęciem pracy, typu szkolenie, doradztwo, wstępna aktywizacja w postaci stażu, zatrudnienia dotowanego itp; bezrobotnych „oddalonych” od rynku pracy, którym nie mogą pomóc działania dostępne PUP i wymagają oni działań wstępnych takich jak podstawowa resocjalizacja, staż w Centrach Integracji Społecznej, leczenie odwykowe, przeciwdziałanie bezdomności itp. Dla tej grupy wprowadzono działania w formie programu „Aktywacja i Integracja”. Urzędy pracy zajmować się będą grupą pierwszą i drugą a grupa trzecia jest docelowo przewidziana głównie do „wydelegowania” do prywatnych agencji zatrudnienia, realizujących różne szczególne programy pomocowe za odpowiednią odpłatnością.
Pakiet bonów dla osób bezrobotnych w wieku do 30 roku życia. Jest to przeznaczone dla grupy drugiej i wymaga współpracy (i decyzji) indywidualnego doradcy zawodowego. W pakiecie tym występuje:
Bon szkoleniowy – w wysokości do 100% przeciętnego wynagrodzenia, na pokrycie kosztów potrzebnych szkoleń, egzaminów, kursów kwalifikacyjnych, przejazdów na nie i zakwaterowania.
Bon stażowy – na dojazdy do miejsca odbywania stażu dla osób skierowanych przez PUP w ramach indywidualnego planu działania, badania i testy (prócz stypendium stażowego za każdy miesiąc stażu).
Bon zatrudnieniowy – gwarantuje zwiększenie szansy na zatrudnienie dzięki refundacji pracodawcy części wynagrodzenia i składek na ubezpieczenie społeczne przez 12 miesięcy.
Bon na zasiedlenie – przeznaczony na pokrycie kosztów związanych z pracą lub podjęciem działalności gospodarczej w miejscowości innej niż miejsce dotychczasowego zamieszkania (w odległości co najmniej 80 km). Ułatwiać on ma tzw. migrację zarobkową, związaną z dojazdami do pracy w innej miejscowości lub zmianę miejsca zamieszkania w związku z podjęciem pracy. Może on mieć wartość do 8.000 zł na okres min. 6 miesięcy zatrudnienia.
Inne nowe elementy pomocy bezrobotnym opiszę w oddzielnym artykule.

W efekcie związane są z tym i szczególne świadczenia dla pracodawców zatrudniających osoby bezrobotne w wieku do 30 roku życia: refundacja części składek na ubezpieczenie społeczne, dotacje do wynagrodzenia, premia za przyjęcie stażysty, oczywiście nadal obowiązują dotychczasowe zasady dofinansowywania pracodawcom zatrudnienia w ramach prac interwencyjnych i robót publicznych itp.
Muszą się tu po prostu automatycznie nasuwać zasadnicze wątpliwości co do przyczyn dedykowania tych działań wyłącznie osobom młodym. Trudno nawet domyślić się powodu dla którego na przykład wspomniany bon zasiedleniowy ma służyć wyłącznie osobom do ukończenia 30 roku życia. Może być wiele takich przypadków ze względu na strukturalny charakter bezrobocia, że osoba w każdym wieku – w jednej miejscowości od lat bezrobotna np. w związku z likwidacją tam dużego zakładu przemysłowego z branży gospodarki polskiej którą likwidowano po 1989 roku, w innej miejscowości może być oczekiwana z otwartymi ramionami, bo wykonuje zawód tu właśnie deficytowy.
Co za różnica w jakim wieku byłaby ta osoba.

Czy nie chodzi tu przede wszystkim o zmniejszanie bezrobocia a więc o działania dzięki którym każdy bezrobotny który ponownie uzyskał trwałe zatrudnienie jest sukcesem i poprawia sytuację państwa – wytwarzając jakiś dochód oraz stając się nabywcą dóbr?
Nie do pojęcia na gruncie logiki czy zdrowego rozsądku są powody, dla których osobie bezrobotnej do ukończenia 30 roku życia można i należy pomóc w relokacji dla uzyskania trwałego zatrudnienia a osobie 31 letniej czy 40 letniej – już nie można i nie należy takiej pomocy udzielić – nawet gdy straciłaby ona w ten sposób szansę trwałego zatrudnienia w innej miejscowości w której jej praca jest potrzebna, lub nawet w odległej części kraju.
Nie do pojęcia w normalnych warunkach jest – po co w tym przepisie w ogóle określono przedział wiekowy; dlaczego osobie 40 lub 50 letniej nie można pomóc w relokacji, gdyby miało ją to wydobyć z bezrobocia. Dlaczego to może być tylko i jedynie „dla młodych”?

Wydaje się, że to raczej zmniejszanie bezrobocia wszelkimi metodami jest najważniejsze z gospodarczego i społecznego punktu widzenia, jakim powinno posługiwać się państwo. Ale jak z tego wynika – tak nie jest: ważniejsza jest IDEOLOGIA.
Jest unijne hasło ideologiczne „Praca dla młodych” wymyślone przez Komisję Europejską, więc ta ideologia jest najważniejsza a „młody” to ktoś do ukończenia 30 roku życia – bo tak zostało przyjęte w przepisach stworzonych przez biurokrację unijną. Chodzi o to, by realizować tę ideę a nie zmniejszać bezrobocie w każdy możliwy sposób a zresztą; takie bony relokacyjne czy zasiedleniowe dla młodych także nie wpłyną w sposób zasadniczy na stopę bezrobocia w tej grupie wiekowej, ani ujmowaną całościowo. Całościowo – skutek będzie marginalny, choć – co jest dla mnie najbardziej istotne – w indywidualnych przypadkach może to być pomoc na wagę życia. Bo przecież tu chodzi o ludzi i o ich życie! Abstrakcyjne naukowo może to być jedynie dla wypaczonych, zdegenerowanych moralnie biurokratów, odpornych na refleksje wykształciuchów wyobcowanych z realiów życia – jak pan wiceminister.

Zasada prawna powstrzymania się od jakiejkolwiek dyskryminacji, szykanowania czy nierównego traktowania obywateli w sprawach związanych z zatrudnieniem nie da się pogodzić z tworzeniem podobnych przepisów i ofert, dzielących w sposób jaskrawy a niczym najczęściej nieuzasadniony na różne grupy konkurujące nawzajem o środki i zainteresowanie decydentów w Unii lub w swojej ojczyźnie.
Oczywiście, że działania takie nie mają i nie mogą mieć zasadniczego wpływu na likwidację nadmiernego bezrobocia a więc nie dotykają one rzeczywistych powodów tego zjawiska, dlatego też takie jak ta „reformy urzędów pracy” i nowelizacje ustaw – niczego nie zmienią. Nie ma się więc także czym entuzjazmować. Pozostaje problem bezrobocia widziany z jedynego istotnego punktu widzenia: zasadniczej roli pracy dla indywidualnego człowieka, skutków pozbawienia go możliwości świadczenia pracy w zamian za wynagrodzenie z wszystkimi tego kolosalnymi konsekwencjami na wielu płaszczyznach. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest i zawsze będzie haniebne dla tego pokolenia i tej władzy, w naszym kraju – głównie środowiska postsolidarnościowego, oraz dziwnych ludzi którzy nagle, zaskakująco i samowolnie zastąpili wówczas dawnych polityków, aktywistów i działaczy, zmuszanych do emigracji politycznej, lub – ledwie żyjących po „pobycie” w obozach internowania wewnętrznego (obozach generała Jaruzelskiego), środowiska tak zwanego „KLD” z którego wyłoniła się obecna ekipa o histerycznie – totalitarnej mentalności, wcale nie ustępującej mentalności towarzyszy – z poprzedniej „jedynie słusznej” partii, mającej patent na „gwarantowane wygrywanie wyborów” nie 7 a 77 razy.

Obecna władza stworzyła bezrobocie w takiej wysokości i specyfice jak to odczuwamy – przy okazji tworzenia niewolnictwa pracowniczego w stylu kapitalizmu dziewiętnastowiecznego i dlatego likwidacja bezrobocia wymaga jako warunku bezwzględnego – zmiany tej władzy.

30/05/2014

Walka z dyskryminacją i nierównym traktowaniem; „równość” – kontra „wolność”.
Rozdział I.

Tak zwana „nowelizacja” tak zwanej „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – wprowadziła właśnie do praktyki kilka nowych pomysłów dotyczących działania Urzędów Pracy; efektownych ale o zupełnie jak się wydaje marginalnej możliwości wpłynięcia na sytuację osób bezrobotnych, poszukujących i potrzebujących zatrudnienia w celu uzyskiwania stałych dochodów za własną pracę najemną; zatrudnienia najchętniej angażującego ich posiadane już umiejętności, doświadczenie, kompetencje i wiedzę. W przypadku trudności oczywiście ta ostatnia przesłanka dotycząca wykorzystania posiadanych kompetencji spada na najniższe miejsce ważności, ale warto pamiętać, że generalnie ona istnieje i jest ważna zarówno dla pracowników jak i tym bardziej dla pracodawców.

Przypomnijmy, że bezrobocie polega na rzeczywistym niedoborze miejsc pracy, który można rozpatrywać zarówno w sensie ilościowym jak i w sensie niedopasowania specyfiki podaży pracy w stosunku do aktualnego zapotrzebowania na konkretne rodzaje pracy w konkretnych zawodach i specjalnościach (popytu). W tym sensie bezrobocie wynika głównie ze stanu lokalnej gospodarki, jest efektem polityki gospodarczej władzy lub efektem braku tej polityki, wynika ze stanu edukacji (szkolnictwa) i jego powiązania z planowaniem gospodarczym, do jakiegoś stopnia może mieć też powody globalne, niezależne od działań na szczeblu lokalnym, np. państwowym. Oczywiście problemy z zatrudnieniem miewają i powody indywidualne, osobiste – w sensie odpowiedzialności za przyczynę.
Bezrobotnymi nazywamy wyłącznie osoby zdolne do pracy w pełnym jej wymiarze i gotowe (chętne) do jej podjęcia, nieposiadające innego źródła dochodów – dla których ofert zatrudnienia brak lub też ich oferty podjęcia pracy są przez pracodawców odrzucane na przykład ze względu na wiek.
Sprawa wspomnianej nowelizacji ma oczywiście wiele aspektów, bo z pewnością można zastanawiać się, na ile zmiany te zadowalają ambicje osobiste czy „naukowe” samych twórców, w szczególności „naczelnego teoretyka bezrobocia” – sekretarza stanu w MPiPS, wiceministra dr hab. Jacka Męcinę a na ile – osoby potrzebujące zatrudnienia a obecnie – także wsparcia w swoich wysiłkach na rzecz jego uzyskania. Podkreślam to głównie z powodu przekonania, że te dwa podejścia diametralnie się różnią, rozchodzą się w dokładnie przeciwnych, skrajnych kierunkach.

Teoretycy coraz bardziej teoretyzują a biedacy pozbawieni pracy, czyli w efekcie – podstawowych dochodów, coraz bardziej popadają w desperację z powodu owego teoretyzowania ludzi, którzy powinni robić coś właśnie jak najbardziej praktycznego i docelowo oraz doraźnie skutecznego, rzeczywiście zmieniającego sytuację. I zgodnie z definicją – działania takie powinny dotyczyć przyczyn gospodarczych bezrobocia, czyli stanu gospodarki i jej prawno-organizacyjnych warunków, zapobieganiu poprzez planowanie gospodarki i dostosowanie do tego odpowiedniego planowania i promocji edukacji a także wpływania na właściwe zachowania pracodawców. Czyli generalnie – roli państwa, definiowanej przez władzę ustawodawczą a realizowanej przez władzę wykonawczą. Dlatego właśnie można zastanawiać się, czy wspomniane zmiany w ustawie są rzeczywistą nowelizacją, czy „nowelizacją udawaną” mającą stworzyć pozory działalności, ale jednocześnie gwarantującą zachowanie obecnej sytuacji.
Dodaniem kilku „sztuczek” w postaci jakichś efektownych pomysłów na „wspieranie bezrobotnych” niczego się tu po prostu nie załatwi. Władza wydaje się być podporządkowana naciskowi jakiegoś „lobby biznesowego”, dążącego do jak najdłuższego utrzymania warunków bezwzględnej, drapieżnej gospodarki kapitalistycznej w rozumieniu dziewiętnastowiecznym, zwalniającej ich od cywilizowanych działań a usprawiedliwiającej bezwzględny wyzysk i nieliczące się z niczym podporządkowanie wszystkiego swojej własnej zachłanności, chciwości, najbardziej prymitywnym instynktom i prostackim zachowaniom. Przedsiębiorcy w większości preferują aspołeczny stosunek do swoich praw, anarchizujący i tak zawsze w tym kraju słabiutki poziom praworządności pod pretekstem „świętego prawa własności” kapitału i powstałej na jego bazie działalności gospodarczej, podobnie jak dawna szlachta „zagrodowa” albo kolonialni „właściciele niewolników”.

Trzeba tu jasno powiedzieć, że obecna sytuacja jest bardzo trudna a często wprost dramatyczna dla wielu osób uzależnionych od pracy najemnej (od sprzedawania swojej pracy i czerpania z tego podstawowych dochodów), ale jednocześnie – że sytuacja ta została celowo i świadomie stworzona przez rządzących właśnie po to, by wywołać skrajną nierównowagę na tak zwanym „rynku pracy” działającą na rzecz interesu przedsiębiorców oraz stwarzającą warunki tak zwanego „niewolnictwa pracowniczego”. Oczywiście taki „rynek pracy” – pozbawiony równowagi – rynkiem po prostu nie jest i dlatego używam tego określenia w cudzysłowie, cytując je z propagandy rządowej.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden z aspektów; problem „równego traktowania”.
Prawo unijne wynika tu z Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE z dnia 27 listopada 2000 r. ustanawiającej ogólne warunki ramowe równego traktowania w zakresie zatrudnienia i pracy (Dziennik Urzędowy L 303 , 02/12/2000 P. 0016 – 0022).
Celem Rady UE jest walka z dyskryminacją ze względu na wiek, płeć, religię, przekonania, niepełnosprawność lub pełnosprawność lub orientację seksualną w odniesieniu do zatrudnienia i pracy. Równe traktowanie ma oznaczać brak jakichkolwiek form bezpośredniej lub pośredniej dyskryminacji ze względu na wymienione przyczyny. Dyskryminacja oznacza niekorzystny sposób traktowania w sprawach związanych z pracą lub zatrudnieniem; bezpośrednia dyskryminacja ma miejsce, gdy jakąś osobę traktuje się mniej przychylnie w związku z wymienionymi cechami, niż traktuje się, traktowano lub traktowano by inną osobę w porównywanej sytuacji, natomiast dyskryminacja pośrednia ma miejsce, gdy jakiś przepis, kryteria lub praktyka – nawet pozornie neutralna – może w efekcie doprowadzić do niekorzystnej sytuacji dla osób o danym wieku, płci, wyznaniu, poglądach, stopniu niepełnosprawności czy orientacji seksualnej. Prawo polskie Kodeks Pracy dodaje tu jeszcze inne kryteria; rasę, narodowość, przynależność związkową, przekonania polityczne, wyznanie, pochodzenie etniczne, rodzaj umowy o pracę i czas jej obowiązywania.
Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia z wszystkich tych wymienionych powyżej przyczyn – jest absolutnie niedopuszczalna, choć w przypadku dyskryminacji pośredniej sformułowano pewne istotne zastrzeżenia umożliwiające wprowadzanie pewnych różnic w ściśle określonych i uzasadnionych przypadkach.

Przedmiotowa dyrektywa szczegółowo omawia w dalszych kolejnych swoich artykułach poszczególne pola ewentualnego nierównego traktowania, coraz bardziej „rozwadniając” rozróżnienia i zalecenia i to chyba stanowi o jej słabości, wynikającej ze specyfiki składu i funkcjonowania Rady Unii Europejskiej – złożonej wyłącznie z przedstawicieli rządów państw członkowskich.

Na tym etapie, można jednak mieć wiele wątpliwości. Dla przykładu – w sprawie wieku, jako „pola” do ewentualnej dyskryminacji.

Zakaz dyskryminacji ze względu na wiek powinien oznaczać, że pracodawca nie kieruje się przy zatrudnianiu wiekiem kandydata do pracy, także już po zatrudnieniu nic związanego z pracą od wieku pracownika nie zależy. Wynikałoby z tego, że w trakcie poszukiwania pracownika wiek zgłaszających się kandydatów nie jest podawany ani nie występuje w żadnych dokumentach aplikacyjnych, podobnie i numer PESEL – który zawiera w sobie datę urodzenia czyli wiek”, ale z drugiej strony – numer ten jest jedyną przesłanką precyzyjnego rozróżnienia osób, np. o jednakowym lub podobnym nazwisku. Chodzi przecież o numer identyfikacyjny. Nie da się wieku „ukryć” przed pracodawcą lub jednostką dokonującą rekrutacji także i podczas bezpośredniej rozmowy mającej określić siłę motywacji kandydata, jego cechy charakterologiczne oraz wyobrażenia o „godziwej” płacy. W związku z tym – pracodawca pomimo wiedzy o wieku kandydata, nie powinien się tą wiedzą posługiwać w jego ocenie; tyle, że to jest zasada bardziej moralna czy etyczna a nie praktyczna, ponadto każdy prywatny przedsiębiorca będzie przecież upierał się przy swoim wyobrażeniu absolutnego braku jakichkolwiek ograniczeń w sposobie konstruowania przez siebie swojej działalności gospodarczej, a swoje własne wyobrażenie o „zasadach zatrudniania” – usprawiedliwiał będzie swoim osobistym ryzykiem majątkowym w przypadku niepowodzenia gospodarczego. Uważam, że możliwe jest stosowanie zasady, iż pracodawca ma po prostu „pracę do wykonania” i powinna ona zostać wykonana zgodnie z obowiązującymi standardami nieuwzględniającymi w ocenie tych czynników, jakie mogą być przedmiotem nierównego traktowania czy dyskryminowania osób tę pracę wykonujących lub mających ją wykonywać (po ich zatrudnieniu). Czynnikami ingerującymi w tę kwestię są przepisy np. zakazujące wykonywania pewnych prac kobietom i określające inne poziomy maksymalnego ich obciążenia wysiłkiem fizycznym, oraz działania lekarzy medycyny pracy – wydające lub odmawiające wydania konkretnej osobie orzeczenia o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania konkretnej, określonej pracy. Krótko; jeśli przychodzi człowiek o wymaganych kompetencjach i wiedzy, spełnia wcześniej określone kryteria merytoryczne, posiada orzeczenie o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania danej pracy oraz jego zatrudnienie nie koliduje z przepisami bhp – nic pracodawcy do tego, czy to jest kobieta czy mężczyzna, „homo” czy normalny, młody czy „50+”, katolik czy prawosławny, Afrykanin czy Europejczyk, związkowiec czy niezrzeszony, „lewak” czy „prawak” itp. Po prostu: nic do tego pracodawcy!
Niestety: osiągnięcie takiego stanu w Polsce wymagałoby pewnie, co najmniej dziesięciolecia intensywnej pracy instytucji państwa nad zmianą postaw i szacunku dla prawa a nie tworzenia kolejnych, nowych pozornych działań i martwych przepisów; intensywnej pracy nad poziomem etycznym pracodawców i ich postawami a nie – wyłącznie działań skierowanych do poszukujących pracy. Chodzi tu po prostu o działania i postawy dość jednak subtelne, których nie da się wymusić przepisami prawa, jeśli nie zostaną przez większość zaakceptowane i uznane za słuszne.

Zmiany realne idą tu w dokładnie odwrotnym kierunku: coraz większego skomplikowania procesu „rekrutacji na stanowisko”, coraz głębszego sięgania do szczegółowych danych osobowych czy wręcz „prześwietlania” przeszłości kandydata do pracy, a więc rozszerzania i upowszechniania dyskryminacji czy nierównego traktowania – zamiast walki z nim. Jest to wynikiem narastającej anarchizacji życia, anarchizacji jako ideologii, przyzwolenia władzy na tę anarchizację w zamian za poparcie i utrzymanie władzy oraz odpowiedniego korzystania z niej także z motywacji osobistych. Nie da się tu nic zmienić – bez radykalnej zmiany władzy, w rozumieniu oczywiście nie personalnym a raczej – zmiany ideologii. Chodzi o zmianę – w sensie zbliżenia się do normalności, dogonienia normalnego rozwoju cywilizacji, nie o jakiekolwiek ideały czy abstrakcję.

To temat obszerny, dlatego w następnym felietonie powrócę do sprawy nowelizacji ustawy ocenianej pod kątem europejskich idei powstrzymania szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem, w sprawach zatrudnienia.

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

05/04/2014

Oskładkowanie tak zwanych umów „śmieciowych”.

Przede wszystkim i już na samym wstępie – trzeba stwierdzić, że określenie „umowa śmieciowa” jest idiotycznym wymysłem słowotwórczym o kompletnie niezdefiniowanym znaczeniu; w zasadzie każdy może to rozumieć inaczej.

Logicznie rzecz biorąc – umowa śmieciowa to umowa o wywóz odpadów komunalnych (zwanych śmieciami) lub ogólniej – powstających w gospodarstwach domowych i przedsiębiorstwach.
Używany jednak w sprawach dotyczący pracy – to zwrot stworzony prawdopodobnie przez jakichś niedouczonych dziennikarzy tabloidów i „brukowców” albo działaczy Solidarności (co ostatnio na jedno wychodzi) – celowo zawierający w sobie już spory ładunek emocjonalnej oceny, niemożliwej do jasnego sprecyzowania. Zadaniem dziennikarstwa jest jednak przede wszystkim bezstronny opis rzeczywistości a nie jej stronnicza ocena i wymyślanie „poetyckich” propagandowych epitetów na określenie zauważanych zjawisk. Niektórzy widzą źródło tego określenia w odniesieniu tej umowy do pracownika którego ona ma dotyczyć; traktowaniu go „jak śmieci”. Pod tym względem niektórzy do tak określanych umów włączają i umowy na czas określony oraz umowy na pracę tymczasową, zwłaszcza związane z delegowaniem pracownika przez firmę pośredniczącą do różnych prac, odbierane jako tak zwane „pomiatanie człowiekiem”. Oczywiście inaczej odbiera to starsze pokolenie – które zna „normalność” w stosunkach pracy a inaczej młodzi – którzy od kiedy stali się świadomi otoczenia widzą „to co jest”…

W związku z tymi trudnościami odrzucam całkowicie to określenie i nie będę się nim posługiwał; przyjmuję tu doraźnie na potrzeby tego tekstu, że chodzi o umowy cywilnoprawne czyli oparte na prawie cywilnym; konkretnie umowę zlecenia oraz umowę o dzieło. Miarą „zaciemnienia” powstającego (być może nieprzypadkowo) z powodu tego typu określeń jest to, że niektórzy do umów „śmieciowych” zaliczają także umowę o pracę na czas określony, która ewidentnie należy już do domeny prawa pracy i jest z tego powodu „oskładkowana”.

Przez „oskładkowanie” rozumie się istnienie obowiązku prawnego naliczania i odprowadzania przez pracodawcę do ZUS składek ubezpieczenia społecznego (emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe) a także składki ubezpieczenia zdrowotnego oraz innych, nie mających charakteru ubezpieczeniowego (fundusz pracy i fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych).

Należałoby tu też wspomnieć o tzw. leasingu pracowniczym oraz o rosnących jak przysłowiowe grzyby po deszczu firmach „pośrednictwa” zwanych „Agencjami Zatrudnienia” – w których dochód a więc i zarobki ich właścicieli i pracowników pochodzą po prostu z „pośrednictwa pracy”, ale nie jedynie w sensie dobierania kandydatów do pracy wg. kryteriów klienta jakim jest podmiot potrzebujący pracowników a – także w całym okresie pracy; firma taka negocjuje z takim klientem odpowiednie stawki miesięczne za pracę odpowiedniego pracownika po czym wyłania taką osobę w procesie rekrutacji i sama ją zatrudnia – proponując jej stawkę płacy dużo niższą niż sama wynegocjowała i „delegując” tego „swojego” pracownika do wykonywania zadań u tegoż klienta.

To jest coś dla mnie po prostu OBRZYDLIWEGO tak jak i obrzydliwi są właściciele – ludzie żyjący tam sobie jak rodzynki w cieście przez „lichwę pracy”, na garbach ciężko pracujących ludzi… a niemalże nic „twórczego” przy tym nie robiący oprócz wykorzystywania wysiłku innych… To tak bardzo „platformiane” w swojej ideologii, takie „tuskowe” – w swoim cynizmie i bezwzględności.

Nie tylko jednak o wspomniane składki tu chodzi; wrzucenie do jednego kotła umów cywilnych z umowami na czas określony wskazuje raczej, że chodzi tu o ich negatywny wpływ na sytuację pracownika; małe powiązanie z pracodawcą, brak perspektyw stabilizacji płacowej i negatywne tego skutki jak choćby brak zdolności kredytowej itp. Przy umowach na czas określony – chodzi tu o patologię polegającą na wielokrotnym ponawianiu umowy na niezbyt długi okres, rozwiązującą się automatycznie po jego upływie (bez konieczności wypowiadania).

Umowa o pracę na czas określony jest normalną umową opartą na kodeksie pracy; można tu jedynie zastanawiać się nad ograniczeniem liczby takich umów pomiędzy tymi samymi podmiotami, tak by były one stosowane zgodnie z ich przeznaczeniem. Umowa taka ma stanowić element „elastyczności” zatrudnienia, ale jest umową dobrowolnie zawieraną przez strony umową o pracę, a więc widocznie korzystną dla obu stron, w pełni opartą na przepisach kodeksu pracy – więc w tym przypadku patologiczne jest tylko nagminne jej powtarzania – mające na celu uniknięcie standardowego zatrudnienia na czas nieokreślony.
Pod pewnym względem do umów „śmieciowych” należałoby zaliczyć umowy o pracę tymczasową. Generalnie – wszystkie te rozwiązania zawierające w sobie element aspołecznego traktowania pracy, traktowania rynku pracy jak targ niewolników – którym odebrano prawa prócz prawa do „miski ryżu” i tyrania do śmierci dla wzbogacenia swojego „pana”.

Najgorsze zaś jest w tym spostrzeżenie, że takie postępowanie władzy nieuchronnie musi obudzić z lamusa naszej historii „proletariackie” postawy społeczne i całą tę ideologię, w tym wypadku – samoobronną, z ogromną szkodą dla społeczeństwa jako całości ale dziś nikt się tym nie przejmuje; kto się zdąży „nachapać” to jego a w ostateczności – wyjedzie, bo „szmal” nie ma przynależności społecznej i narodowej… pozwala się wręcz od niej uwolnić.

Sprawa „oskładkowania” czyli upowszechnienia obowiązku odprowadzania składek od wynagrodzenia wiąże się też z pojęciem prekariatu – nowym pojęciem a jednak już kwestionowanym nawet przez osoby dotychczas uważane za autorytety w sprawach pracy, jak prof. Joanna Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego tak ostatnio medialnie lansowana, odgrywająca pewną rolę w medialnej kampanii politycznej PO. Ma to także związek ze społeczną funkcją pracy, z jej rolą w życiu człowieka, z podstawowymi zasadami ekonomii humanistycznej.

To obszerna tematyka i tym właśnie będę się w najbliższym czasie zajmował.
Serdecznie zapraszam do odwiedzania mojego blogu a także do aktywnego zajmowania się tą tematyką, podejmowania tych tematów w każdym czasie – bo chodzi tu wbrew „mediom głównego nurtu” – o sprawy najistotniejsze dla nas i naszych dzieci. Dotychczas, w moim blogu także napisałem co najmniej kilkanaście tekstów, które uważam za bardzo trafnie oceniające sytuację „pracowniczą”, w szczególności sytuację pracowników bezrobotnych a w tej grupie – szczególnie pozostawionych na pastwę losu pracowników bezrobotnych w wieku po zwyczajowo przyjętym pięćdziesiątym roku życia; niektóre z nich mimo upływu czasu wcale się nie zdezaktualizowały… podobnie jak obecna władza; i może to mieć jakiś związek…

04/04/2014

Umowa zlecenia, umowa śmieciowa…

Umowa zlecenia jest umową cywilnoprawną czyli opartą na przepisach Kodeksu Cywilnego. W szczególności – nie ma ona nic wspólnego z Kodeksem Pracy (prawem pracy). Definiuje Umowę Zlecenia Art. 734 Kodeksu Cywilnego – stwierdzając, że ta forma umowy dotyczy jedynie wykonywania czynności prawnych przez jeden podmiot – na rzecz innego podmiotu, pomiędzy osobami fizycznymi lub osobami fizycznymi a osobami prawnymi.

Definicję pojęcia „czynność prawna” można znaleźć np. w Wikipedii: patrz definicja czynności prawnej
Jak więc widać, taki typ umowy absolutnie nie da się zastosować do wykonywania czynności związanych z pracą w produkcji, usługach, ochronie itp.; gdyż nie są to czynności prawne.

Furtkę dla przedsiębiorców dążących do odchodzenia przy zatrudnianiu od stosowania umów o pracę w rozumieniu Kodeksu Pracy – stanowi Art. 750 Kodeksu Cywilnego – stanowiący, iż „Do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu” (czyli artykuły k. c. zawarte w tytule XXI tej ustawy). Oznacza to, że przepisy Kodeksu Cywilnego zawarte w „Tytule XXI” Kodeksu Cywilnego – można stosować do umów o świadczenie usługi – pod warunkiem iż umowy te nie są uregulowane innymi przepisami. W szczególności – pod warunkiem, że nie są one uregulowane przepisami Kodeksu Pracy.

Mamy tu więc pierwszą istotną zasadę: umowa zlecenia może być stosowana do świadczenia usług nie mieszczących się w definicji i cechach stosunku pracy.
Nawet intuicyjnie – wyczuwamy że pewne zadania jakby „nie pasują” do istoty umowy o pracę. Dla przykładu, z autentycznych ogłoszeń na „tablica.pl”: „zlecę zamurowanie otworu okiennego…”. To jednorazowa usługa związana z czynnościami murarskimi i tynkarskimi, ewentualnie – jeśli umowa to w swojej treści obejmie – malarskimi, by doprowadzić do jednolitości wizualnej ściany w której był ten zbędny otwór okienny. Czy do wykonania tego trzeba aż zawierać umowę o pracę z murarzem, tynkarzem i malarzem ? Ustalać warunki pracy, czas pracy, dyscyplinę pracy, przydzielać kierownika lub brygadzistę, zakładać pełną dokumentację kadrową i płacową, wysyłać murarza na badania lekarskie, wydawać ubranie robocze? Zapewne byłoby to możliwe, ale niezmiernie niepraktyczne.

Wniosek: umowy zlecenia są użyteczne i potrzebne, gdy są prawidłowo stosowane.
W tym wypadku umowa zlecenia dotyczy jednorazowej usługi możliwej do samodzielnego wykonania przez zleceniobiorcę w ciągu np. tygodnia i jest jak najbardziej uzasadniona, gdyż może być z zadowoleniem obu stron umowy wykonana bez angażowania przepisów Kodeksu Pracy. To co jest istotne dla zlecającego – można (i należałoby) zawrzeć w treści umowy zlecenia, pamiętając jednak aby nie stosować regulacji właściwych dla prawa pracy ani nawet nie używać właściwej dla kodeksu pracy terminologii – gdyż jak pamiętamy – przepisy Kodeksu Cywilnego mogą być zastosowane jedynie do usług, które nie są uregulowane innymi przepisami (np. przepisami kodeksu pracy). Nie może więc w treści umowy zlecenia być mowy o podległości służbowej i kierowaniu pracą, o godzinie rozpoczęcia i zakończenia pracy, obowiązku podpisania listy obecności, usprawiedliwianiu nieobecności, wymiarze etatu, godzinach nadliczbowych itp.
Są tu możliwe dwa podejścia do tego problemu: albo po prostu rzetelnie badać okoliczności, czy konkretna sytuacja (wynikająca z realnej potrzeby) bardziej z natury pasuje do przepisów k. c. czy do k. p. – jak w powyższym przykładzie i ściśle się temu podporządkowywać, albo też, co jest ostatnio nagminnie stosowane – świadomie kształtować okoliczności tak, by je podporządkować swojemu z góry podjętemu zamiarowi zawarcia umowy zlecenia a nie umowy o pracę.
Albo zawarcie umowy zlecenia jest wyjątkiem w przypadkach gdy umowa o prace „jakoś nie pasuje” albo zawarcie umowy o pracę jest wyjątkiem od zasady zawierania zleceń, gdy nie da się w żaden sposób nagiąć okoliczności, by uzasadnić niezastosowanie umowy o pracę. Przedsiębiorca czy osoba prywatna (fizyczna) chcąca zawierać umowy zlecenia powinna bardzo dbać o zgodność tego z obowiązującymi przepisami, a to przez wzgląd na Art. 22 Kodeksu Pracy oraz powiązany z tym Art. 281 KP.
Przytoczmy wspomniane artykuły:

Kodeks Pracy Art. 22.

§ 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca – do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
§ 1/1. Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.
§ 1/2. Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.
§ 2. Pracownikiem może być osoba, która ukończyła 18 lat. Na warunkach określonych w dziale dziewiątym pracownikiem może być również osoba, która nie ukończyła 18 lat.
§ 3. Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego nawiązać stosunek pracy oraz dokonywać czynności prawnych, które dotyczą tego stosunku. Jednakże gdy stosunek pracy sprzeciwia się dobru tej osoby, przedstawiciel ustawowy za zezwoleniem sądu opiekuńczego może stosunek pracy rozwiązać.


Kodeks Pracy Art. 281:

Kto, będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu:
1) zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 § 1 powinna być zawarta umowa o pracę,
2) nie potwierdza na piśmie zawartej z pracownikiem umowy o pracę,
3) wypowiada lub rozwiązuje z pracownikiem stosunek pracy bez wypowiedzenia, naruszając w sposób rażący przepisy prawa pracy,
4) stosuje wobec pracowników inne kary niż przewidziane w przepisach prawa pracy o odpowiedzialności porządkowej pracowników,
5) narusza przepisy o czasie pracy lub przepisy o uprawnieniach pracowników związanych z rodzicielstwem i zatrudnianiu młodocianych,
6) nie prowadzi dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akt osobowych pracowników,
7) pozostawia dokumentację w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracowników w warunkach grożących uszkodzeniem lub zniszczeniem
– podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł.


Istnieje tu więc pole do konkretnego egzekwowania odpowiedzialności, przy czym Państwowa Inspekcja Pracy podległa Marszałkowi Sejmu RP – zajmuje się sprawami dotyczącymi realizacji Kodeksu Pracy posiadając kompetencje kontrolne oraz karno-nakazowe, istnieje też instancja Wydziałów Pracy w sądach każdego szczebla, natomiast sprawy objęte przepisami Kodeksu Cywilnego (np. spory w sprawach umów zlecenia) rozwiązują bezpośrednio Sądy Cywilne (Wydziały Cywilne sądów odpowiedniego szczebla).

Z powyższych przepisów można więc sformułować definicję stosunku pracy:
stosunek pracy zachodzi wtedy, gdy osoba wykonująca pracę – wykonuje pracę określonego (w umowie) rodzaju lub na określonym stanowisku, wykonuje ją na rzecz pracodawcy który z nią zawarł umowę, zobowiązana jest wykonywać pracę w wyznaczonym przez zatrudniającego miejscu i czasie (np. określonej godziny rozpoczynania i kończenia dziennej pracy, stawiania się o wyznaczonej porze dnia w wyznaczonym, miejscu, podpisywania listy obecności itp. oraz działa pod kierownictwem pracodawcy – to znaczy ma dostosowywać się do poleceń pracodawcy i wykonywać je dokładnie w polecony sposób. Praca oparta o umowę o pracę musi być wykonywana osobiście i musi być opłacona umówionym wynagrodzeniem, którego nie wolno pracownikowi nie dostarczyć, jak również pracownik nie ma prawa go nie przyjąć.
Umowa o pracę jest umową „starannego działania” pod kierownictwem pracodawcy co oznacza brak obowiązku osiągnięcia określonego skutku, natomiast umowa zlecenia jest umową skutku wykonywaną samodzielnie, co znaczy iż wykonujący zlecenie ma osiągnąć skutek określony w umowie (wykonać określoną usługę) działając samodzielnie oraz niekoniecznie osobiście, beż żadnej podległości zleceniodawcy a jedynie uwzględniając uzgodnienia i wskazówki otrzymane w chwili podpisywania umowy zlecenia, pracować w dowolnym czasie dnia lub w nocy – byle skutek przewidziany do osiągnięcia został osiągnięty w terminie końcowym wyznaczonym umową i mieścił się w normach jakościowych i technologicznych danej specjalności czy branży.
Umowa zlecenia nie służy więc do zatrudniania.
Już samo mówienie o „zatrudnieniu na umowę zlecenie” jest absurdalne i nasuwa uzasadnione podejrzenie o łamanie prawa pracy, w szczególności przytoczonego powyżej przepisu prawa mówiącego, iż zawarcie umowy zlecenia (lub innej cywilno-prawnej) w sytuacji, gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę – jest wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i podlega karze grzywny w wysokości od 1000 do 30.000 zł.

A przecież jest to sformułowanie i praktyka codzienna; świadczy to jedynie o skali bezprawia pod rządami Platformy Obywatelskiej.

Powiedzmy to wyraźnie: prawo jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia.
Znakomita większość umów zlecenia funkcjonujących obecnie – jest w rzeczywistości jednoznacznym złamaniem prawa, lub jego „naciąganiem”, czyli – jak to określał Wałęsa wobec swoich własnych działań – „balansuje na krawędzi prawa”. Jest to przez władze co najmniej tolerowane.

W praktyce stosuje się zasadę, że umowa jest umową o pracę, jeśli występują w niej cechy charakterystyczne wymienione właśnie w Art. 22 § 1 Kodeksu Pracy, przy czym zasada ta jest interpretowana w ten sposób, iż cechy te muszą wszystkie wystąpić jednocześnie – w przypadku umowy o pracę. Prowadzi to do metody omijania zakazu zawierania umów zlecenia zamiast umów o pracę; wystarczy, że faktyczny pracodawca nie stosuje w umowie terminologii charakterystycznej dla umów o pracę oraz wyeliminuje jedną ze wspomnianych cech charakterystycznych stosunku pracy – by mógł skutecznie twierdzić, iż zawarł umowę-zlecenia, uchylając się w ten sposób od wielu obowiązków pracodawcy a także zmniejszając kosztem pracownika swoje wydatki (koszty pracy). Jest to mechanizm powstawania tak zwanych „umów śmieciowych”.

Państwowa Inspekcja Pracy ma uprawnienia kontrolne i nadzorcze w sprawach stosunku pracy a więc umów opartych na przepisach Kodeksu Pracy. Uprawnienia te nie sięgają więc do spraw umów zlecenia ani innych umów cywilno-prawnych, opartych na przepisach Kodeksu Cywilnego. Wykonawca umowy zlecenia tylko z jednym zarzutem adresowanym do zleceniodawcy może się zwrócić do Państwowej Inspekcji Pracy; z zarzutem iż stosunek łączący go z zatrudniającym – jego zdaniem jest w rzeczywistości stosunkiem pracy. PIP nie czekając na zgłoszenia osób oszukiwanych ma prawo kontrolować (rzekome) umowy zlecenia – pod względem ich zgodności z ustawowym zakazem zastępowania umów pracy umowami zlecenia, czyli zawierania umów zlecenia w sytuacji gdy powinna zostać zawarta umowa o pracę.
PIP nie wykorzystuje tych możliwości jak się wydaje – w pełni, gdyż prawdopodobnie jest pod ideologicznym naciskiem „ulgowego traktowania” przedsiębiorców zatrudniających, zasadą „przymykania oczu” i powstrzymywania się do karania za nieprzestrzeganie tego przepisu – i stąd taka masa umów „śmieciowych” i ich lawinowy przyrost.
Istnieje i działa moim zdaniem coś w rodzaju „parasola ochronnego” władzy nad działaniami pracodawców, by ich chronić od skutków łamania przepisów prawa, choćby w tej sprawie. Państwowa Inspekcja Pracy podlega Marszałkowi Sejmu a ten jest przedstawicielem większości politycznej w Sejmie, w Senacie i w Rządzie – czyli „opcji rządzącej”, dlatego zmiana tych niekorzystnych społecznie tendencji jest możliwa prawdopodobnie jedynie poprzez… zmianę rządzącej „opcji politycznej” w zbliżających się wyborach.

15/02/2014

Myślmy i rozmawiajmy o Polsce i o nas – nie o podrzucanych nam „tematach zastępczych”!

Aktualny program wyborczy PIS jest dyskusyjny, ale z pewnością zasługuje na uwagę.
Przede wszystkim w związku z utrzymującą się (według większości badań opinii publicznej) przewagą poparcia dla tej partii – nad obecnie rządzącą koalicją.

Najbardziej rzucającą w oczy cechą tego programu jest to, że on jest i jest jawny – w odróżnieniu od kompletnego zaciemnienia w sprawach projektów i planów Platformy Obywatelskiej, ukrytych w cieniach gabinetów i ciemnych umysłach zasiadających tam ludzi. Dewizą Donalda Tuska jest: „Ciepła woda w kranach będzie dla większości a reszta – ma pecha; my będziemy robić „dobrze” a jak – to sami zobaczycie, gdy już wam zrobimy” co wystarcza jedynie tak zwanym „lemingom”…

W poprzednim wpisie przytoczyłem jeden z podrozdziałów obszernego programu (całość ma ok. 190 stron) – dotyczący pracy.
To oczywiście fragment wycięty z obszernej całości, a przecież wszystkie zjawiska społeczne są „w życiu” połączone ze sobą różnymi powiązaniami przyczynowo skutkowymi, dlatego o sytuacji dotyczącej pracy jako źródła podstawowego dochodu pracownika najemnego decydować będzie tak naprawdę całość polityki władzy i stopień jej rzeczywistej realizacji, który z różnych względów nigdy przecież nie wynosi 100%.
Moje drobne, naprędce nasuwające się uwagi:

Praca musi być „dobrem” powszechnie dostępnym, nawet gdyby z jakichś powodów w danym momencie rozwoju Polski, Europy czy Świata – nie mogła być środkiem zapewniającym „godne i dostatnie” życie. Jest tak także i wtedy, gdy może pozwolić na podstawowe pokonywanie codziennych trudności i zaspokajanie czasowo tylko podstawowych potrzeb. W sytuacji szczególnej – np. globalnego czy kontynentalnego kryzysu gospodarczego czy finansowego – państwo musi mieć w dyspozycji także rozwiązania „kryzysowe” – być może pozwalające doraźnie tylko przetrwać, ale zabezpieczające przed sytuacjami skrajnymi.
Wiadomo, że obecnie tak nie jest, bo „system Tuska” (jak to nazywa Jarosław Kaczyński) dopuszcza całkowite wycofanie się państwa z rozwiązywania zasadniczych problemów społecznych, pasywność władzy wynikającą z założenia „magicznej” samoregulacji, obojętność państwa na sytuację czy los „mało znaczących” grup obywateli, bezwzględność w traktowaniu niektórych problemów – jakby nie istniały, lub były tylko „sprawą prywatną” – jeśli nie dotyczą one grup faworyzowanych i w małym stopniu wpływają na sytuację polityczną (poparcie).
Wszystko to dzieje się przy jaskrawej niezgodności poczynań władzy z Konstytucją.

Oczywiste wydaje się patrzenie na „świetlaną przyszłość” i daleko posunięte ambicje, wyjście „do przodu” w definiowaniu zamiarów mające wreszcie wydostać społeczeństwo z minimalizmu „biedy w czasie kryzysu”, ale jednocześnie brak mi w tym programie odniesienia do tego „co dziś”, do natychmiastowych koniecznych działań interwencyjnych w sytuację choćby osób z grupy wykluczonych z rynku pracy ze względu na wiek (jak to nieoficjalnie tłumaczą pracodawcy). Nie wystarczy mieć dobry cel i zacząć iść w jego kierunku, ale – na czas tego marszu – także trzeba stworzyć możność zaspokojenia pewnych podstawowych potrzeb. Niejeden już „zdechł” w drodze do świetlanej przyszłości, bo nie pomyślał o „tu i teraz”…

Odnośnie liczby osób bezrobotnych z grupy określanej jako „50+” na „ponad 500 tys.” trzeba stwierdzić, że niedawno określano ją na „ponad 700 tys.”; może to być dużo więcej niż tu podano, gdyż liczba ta dotyczy bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy a jak wiadomo, przez minione kilka lat spora część osób w tym wieku, na podstawie doświadczenia własnego oraz obserwacji poczynań PUP i MPiPS – zrezygnowała z rejestrowania się w PUP albo świadomie i z własnej inicjatywy zrezygnowała ze statusu osoby bezrobotnej – widząc bezsensowność tego, praktyczną bezczynność urzędów pracy czy nawet resortu pracy. Po prostu świadomie stali się osobami całkowicie nieaktywnymi zawodowo, pomimo że początkowo chcieli i mogli pracować – przejmując jakieś role w swoich rodzinach i pozostając często na ich utrzymaniu.
Otóż osoby te powinny móc powrócić do pracy przy stworzeniu do tego właściwych warunków i zapotrzebowania, bo słusznie program podnosi także sprawę obciążenia rodzin utrzymaniem swoich bezrobotnych krewnych – jako nielegalnym czy nieformalnym dodatkowym podatkiem.

W swoich odniesieniach do problemu ubezpieczeń społecznych, program zdaje się nie dostrzegać wpływu proponowanych zmian na stan indywidualnych kont obywateli w ZUS oraz wpływu zgromadzonych tam środków na wysokość przyszłych emerytur. Program nie odnosi się także do zmian funkcjonowania ZUS pod tym względem.
Program dostrzega dramatyczny spadek liczby osób bezrobotnych posiadających w myśl obecnej ustawy prawo do zasiłku, lecz nie proponuje żadnego doraźnego działania by ten stan zmienić, zanim skutek zaczną odnosić bardziej zaawansowane zmiany zmniejszające bezrobocie. Znów więc powracam do uwagi uczynionej na wstępie; Oczekiwana byłaby zmiana obecnej ustawy znacznie poszerzająca dostęp do jakiejś formy „zasiłku” dla bezrobotnych lub zastępczych form zarabiania na doraźne podstawowe potrzeby z jednoczesnym wskazaniem źródeł finansowania tych zmian w przesunięciach przeznaczenia istniejących środków publicznych. Moim zdaniem działania te powinny być równoległe bo sobie nie przeszkadzają; władza powinna powrócić do aktywnego zarządzania gospodarką a więc i jej „środowiskiem prawnym” ale jednocześnie w oczekiwaniu na wyniki – zrobić coś doraźnie, by „dać żyć” osobom pozbawionym pracy. Można i przejąc aktywną rolę w zarządzaniu gospodarką i zacząć aktywnie oddziaływać na kształtowanie właściwych społecznie postaw pracodawców i pracowników a także i interweniować w sprawie osób pozbawianych pracy ze względu na wiek – np. przyznając im coś w rodzaju odszkodowania (z uwagi na treść Konstytucji) za brak zatrudnienia a więc – brak środków do życia.

Niestety odnosi się wrażenie, że przy realizacji tego programu będzie „tak jaj zawsze” – to znaczy najpierw wybory, brawa, plany i programy a potem – długo, długo nic; długo, długo – ta sama stara „bida”, bo jeszcze „nie weszło w życie”, bo coś „czeka w kolejce w Parlamencie”, bo nowi posłowie i senatorowie „muszą się dopiero nauczyć” – itp. Program powinien więc zawierać nie tylko ambitne plany docelowe, ale i doraźne działania „na dziś” by natychmiast dało się odczuć poprawę w najtrudniejszych społecznie sprawach, właśnie takich jak całkowite wykluczenie zawodowe a co za tym idzie i społeczne setek tysięcy osób z grupy „50 plus”.
Program PIS odnosi się bezpośrednio do ludzi młodych, co jest strategicznie i taktycznie zrozumiałe, ale rozczarowujące jest, że poza „zauważeniem problemu” nie odnosi się w szczegółach do sytuacji osób w wieku produkcyjnym, wypchniętych przez społeczeństwo z rynku pracy. Byłoby tragiczne, gdyby ta dziś poszkodowana grupa obywateli znów została uznana za „mało ważną”, „marginalną”, zbyt mało wpływającą na poparcie władzy by się opłacało zajmować ich sytuacją.

Program sprawia wrażenie ostrożnego, nieco „nadmiernie ugodowego” to znaczy unikającego zajmowania się niektórymi rzeczywistymi a dyskusyjnymi problemami.
W niektórych kwestiach wydaje się on zbyt zachowawczy; być może jest to zjawisko nakierowane na unikanie kontrowersji z założeniem późniejszym korekt planów, już po uzyskaniu władzy.

W sprawie problemu osób pozbawianych zatrudnienia ze względu na wiek – nie wnosi on niczego zasadniczo nowego, co by mogło zmienić zachowanie pracodawców na „rynku pracy”, sprawić by ten tak zwany dziś „rynek pracy” poddał się rzeczywistym prawom rynkowym a nie „ręcznemu sterowaniu ideologicznemu” jak to ma miejsce dziś dla zadowolenia „syndykatu polityczno-biznesowego”.
Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że by zmienić zachowanie pracodawców – należałoby to dziś niestety „wymusić” – oczywiście nie bezpośrednio (dlatego ująłem to określenie w cudzysłów) a raczej stwarzaniem odpowiednich bodźców ; dotyczy to nie tylko przestrzegania jakiegoś (takiego czy innego) prawa pracy, ale i prawa dotyczącego działalności gospodarczej i wynikających stąd obowiązków wobec (skarbu) państwa.
PIS nauczony doświadczeniem lat 2005 – 2007 i zwłaszcza późniejszych „przymila się” do pracodawców, co może dobrze wróżyć wynikowi wyborczemu, lecz źle moim zdaniem wróży wynikom koniecznych reform i zmian.

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

28/12/2013

Suplement do tekstu pt. „Zasadnicze pytanie: po co są urzędy pracy?”

Pisałem już o tym częściowo w poprzednim felietonie, ale może jeszcze innymi słowami wyjaśnię konsekwencje opisanego tu stanu prawnego: właściwe zrozumienie tego uważam bowiem za bardzo ważne.


Osoba która „bez własnej woli” pozostaje bez pracy (traktowanej tu domyślnie jako źródło środków do życia) ma prawo do „zabezpieczenia społecznego” ze strony państwa, gdy nie posiada innych środków do życia. Tak stanowi Art. 67 Ust. 2 obowiązującej Konstytucji.
Osoba która „bez własnej woli pozostaje bez pracy” – to sensu stricte między innymi osoba bezrobotna i tak to też definiuje „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, (także osoba np. w znacznym stopniu niepełnosprawna). Pozostawanie bez pracy „bez własnej woli” – wynika w związku z bezrobociem z braku miejsc pracy, nierównego traktowania obywateli, braku popytu na pracę itp., a to z kolei – z polityki gospodarczej władzy lub braku takiej polityki, a więc – jest „bez woli” indywidualnego bezrobotnego obywatela.
Praca w myśl Konstytucji nie jest też obowiązkiem obywateli a wynika z ich woli.
Ustawa ta (o promocji zatrudnienia…) bardzo dokładnie określa cechy osoby bezrobotnej, czyli warunki którym ma odpowiadać człowiek by mógł uzyskać status osoby bezrobotnej. Warunków tych jest bardzo wiele i są one dość szczegółowe, najważniejszym jednak z elementów definicji jest to, że osoba bezrobotna dąży do uzyskania zatrudnienia, poszukuje takiej możliwości, przede wszystkim jednak jest zdolna do pracy i pozostaje w gotowości do natychmiastowego jej podjęcia, gdyby została zatrudniona.
W tym przypadku kardynalne zasady prawa stanowią, że to odmawiający przyznania takiego statusu ma wykazać, że osoba starająca się o status bezrobotnej – nie spełnia jakichś wymogów, choćby jednego z licznych wymogów ustawowo określonych, co jest powodem tejże odmowy.
Jeśli więc ktoś ma status osoby bezrobotnej, to należy przyjąć, że spełnia wszystkie wymogi uzyskania tego status, bo inaczej by go nie uzyskał. Jeśli posiada on status osoby bezrobotnej, to po prostu – jest bezrobotny, jest tym samym w sposób oczywisty „osobą bez własnej woli pozostającą bez pracy”.
W związku więc z Konstytucją, jeśli nie ma on innego źródła środków utrzymania, państwo ma obowiązek zapewnić temu obywatelowi odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” – do czasu zmiany tego jego stanu. Zabezpieczenie społeczne – to po prostu odpowiednie świadczenie materialne i pozamaterialne ze strony państwa, zaspokajające podstawowe potrzeby uprawnionego obywatela. Świadczeniem materialnym – jest tu kwota pieniężna mająca pozwolić na zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz zapewnić możność pozostawania w gotowości do podjęcia pracy i aktywnego poszukiwania jej. Bo oczywiste powinno być, że aby to było możliwe – bezrobotny musi mieć do dyspozycji jakieś określone środki. Świadczenie niematerialne – to pomoc organizacyjna i merytoryczna urzędu pracy lub agencji pracy, nieodpłatne pośrednictwo pracy itp.
Nie jest to jakaś charytatywna „pomoc” – bo osoba ta „bez własnej woli”, a nawet wręcz „sprzecznie z własną wolą” nie może osobiście uzyskiwać środków do życia, ponadto konstytucja nie nakazuje „pomagać” obywatelowi a po prostu przyznaje mu świadczenie określone jako „zabezpieczenie społeczne”.
Idiotyczne byłoby stwierdzenie: „pomogę ci w ten sposób że zrobię dla ciebie to co i tak mam obowiązek dla ciebie zrobić”; pojęcie pomocy zakłada dobrą i nieprzymuszoną wolę osoby pomagającej, a w tym przypadku ten element nie występuje; jest nakaz konstytucyjny czyli obowiązek zapewnienia „zabezpieczenia społecznego”. Wynika on z kardynalnej zasady prawa, mówiącej że każde uprawnienie jest związane z odpowiadającym mu czyimś obowiązkiem jego zaspokojenia; stąd konstytucyjne nadanie obywatelowi prawa do zabezpieczenia społecznego jest automatycznie związane z obowiązkiem państwa przyznania mu owego zabezpieczenia.
Co więcej: to zabezpieczenie społeczne – ma rzeczywiście „zabezpieczać” i właśnie dlatego jest nazwane „zabezpieczeniem”; to jakoś stanowi o jego wartości pieniężnej (wysokości), określa ją. Idiotyczne więc także byłoby dać dziś komuś 200 czy nawet 400 zł na miesiąc i traktować to jako jego „zabezpieczenie społeczne” – bo to jest o wiele mniej, niż to co niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb – w myśl definicji pojęcia „zabezpieczenie społeczne”. A taka „oszukańcza” tendencja niestety jest dziś w tym kraju powszechna.
Konstytucja nadaje ustawodawcy (Parlamentowi) prawo do szczegółowego określenia „zakresu i form” wspomnianego zabezpieczenia społecznego – w odrębnej ustawie, a ta z kolei ustawa – w przepisach wykonawczych rangi rozporządzenia rady ministrów czy rozporządzenia ministra; jest to tak zwana delegacja ustawowa. Wynika to z samej konstrukcji prawa: Ustawa Zasadnicza ustala ogólne zasady i kierunki polityki czy działalności państwa i jego podstawowe cechy a niektóre sprawy – deleguje niejako do bardziej szczegółowego ustalenia w odrębnych ustawach i rozporządzeniach, które są rangą niższe niż Konstytucja, czyli w swoich szczegółowych regulacjach nie mogą jakiemukolwiek stwierdzeniu Konstytucji zaprzeczać, być do niej w opozycji.
Jeśli więc Konstytucja stwierdza, że to „zakres i formy” owego zabezpieczenia mają być uregulowane ustawą, to owa ustawa powinna zajmować się wyłącznie tymi cechami; zakresem i formą zabezpieczenia społecznego.  
Jeśli Konstytucja stwierdza, że „obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli ma prawo do zabezpieczenia społecznego” – to ustawa regulująca tę sprawę z upoważnienia delegacji konstytucyjnej – nie może stwierdzać, że jakiemuś obywatelowi pozostającemu w takiej sytuacji – to zabezpieczenie się nie należy z jakiegokolwiek powodu, czyli – ktoś spełniający konstytucyjny warunek – nie ma prawa do zabezpieczenia, „bo cośtam, cośtam…”. Konstytucja już stwierdziła jako nadrzędny akt prawny, że jeśli obywatel chce pracować na swoje utrzymanie a nie może – to należy mu się odpowiednie zabezpieczenie społeczne, i ustawa regulująca to szczegółowo z upoważnienia konstytucyjnego nie może nagle temu zaprzeczać, stwierdzać, że „jemu to się nie należy” – bo to byłoby naruszenie Konstytucji; obojętnie co zostałoby tu wymienione jako powód, byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.
Ustawa ma tu określić – jak stwierdzić czy obywatel faktycznie ma wolę pracy i zarabiania na swoje potrzeby, w jaki sposób przekazać wspomniane „zabezpieczenie”, jak zabezpieczyć skarb państwa przed nadużyciami obywateli w tej sprawie, jak stwierdzić czy obywatel nie ma innych źródeł zaspokojenia swoich niezbędnych potrzeb – no i do pewnego stopnia – ile to zabezpieczenie powinno wynosić.
I tutaj także: „do pewnego stopnia” , ponieważ Konstytucja już to po części przesądza, jednoznacznie mówi o „zabezpieczeniu” czyli o kwocie która „zabezpiecza” a więc pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb; w myśl ustawy powstałej na skutek delegacji konstytucyjnej to nie może być dochód 100, 200 czy nawet 400 złotych w miesiącu, bo taka kwota z pewnością nie „zabezpiecza”; nie zaspokaja podstawowych potrzeb osoby, która „bez własnej woli” nie pracuje i nie jest przez to w stanie samodzielnie swoich potrzeb zaspokoić.
Dlatego stwierdziłem powyżej, że ustawa taka jedynie do pewnego stopnia może decydować o wysokości wspomnianego zabezpieczenia, gdyż wysokość ta jest już w pewnym sensie określona w sposób niepodważalny w treści samej Konstytucji, celowym użyciem określenia „zabezpieczenie”.

Taka właśnie „konstrukcja myślowa” przy analizowaniu Konstytucji powinna być powszechnie stosowana do jej treści także i w innych sprawach.
Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, podstawą wszystkich innych przepisów prawa i jej przepisy stosuje się bezpośrednio – czyli wprost i bez żadnej interpretacji (jeśli Konstytucja nie stanowi inaczej).

W przypadku osób bezrobotnych, czyli „bez własnej woli” pozbawionych pracy zarobkowej, istnieją w „Ustawie o promocji zatrudnienia (…)” niezwykle rygorystyczne przepisy kompletnie nie posiadające logicznego uzasadnienia, stanowiące główne ograniczenie w dostępności tzw. „zasiłku dla bezrobotnych”, która to dostępność określana jest średnio w kraju na 15%. Chodzi o wymóg przepracowania co najmniej 12 miesięcy w okresie 18 miesięcy poprzedzających zarejestrowanie w urzędzie pracy – jako warunek przyznania zasiłku dla bezrobotnych (jeden z licznych warunków, lecz z powodu długotrwałości bezrobocia najbardziej wpływa on na niewielką dostępność zasiłków). Chodzi tu o czas finansowania składek na Fundusz Pracy (składki finansuje pracodawca, ale pracownik je „generuje” swoją pracą i samym faktem zatrudnienia). Choćby nawet pracownik jeszcze przed wojną oraz przez 24 powojennych lat (od 1989 r.) generował opłacanie składki, jeśli teraz przerwa w tym w ciągu minionych 18 miesięcy przekracza pół roku – zasiłku dla bezrobotnych tylko z tego powodu nie otrzyma; tak stanowi ustawa…
Powoduje to, że jedynie średnio 15 na 100 osób bezrobotnych spełnia takie kryteria przyznania tego czasowego „zabezpieczenia społecznego” i je otrzymuje. Co z pozostałymi średnio 85% bezrobotnych? W praktyce – to urzędów pracy nie interesuje; co najwyżej można spotkać się z pogardliwym odesłaniem do ośrodków pomocy społecznej…
To właśnie uważam za haniebne odstępstwo władzy od litery Konstytucji, w myśl której wszystkim osobom uznanym za bezrobotne państwo ma obowiązek przyznać „zabezpieczenie społeczne” pozwalające na zaspokojenie podstawowych potrzeb a w tym – dające możliwość realnego poszukiwania zatrudnienia, oraz umożliwiające trwanie w gotowości do jego natychmiastowego podjęcia. To nie jest jakaś „pomoc bezrobotnym”, dobroczynność, filantropia, a po prostu obowiązek konstytucyjny państwa !.
Ponadto – to urzędy pracy rejestrujące bezrobotnych i udzielające im pomocy w uzyskaniu zatrudnienia, powinny realizować wobec nich obowiązek konstytucyjny przyznania i udostępnienia im „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja – obojętnie jak miałoby ono się nazywać; zasiłkiem dla bezrobotnych czy jakkolwiek inaczej. Urzędy pracy nadają bezrobotnym status, prowadzą ich rejestr, pośrednictwo pracy itp. dlatego powinny także zajmować się realizacją obowiązków konstytucyjnych państwa dotyczących stanu materialnego bezrobotnych; powinni oni mieć możność załatwienia wszystkich swoich spraw w jednym miejscu: urzędzie pracy. Twierdzę tak, ponieważ posiadanie wystarczającego „zabezpieczenia społecznego” warunkuje w praktyce rzeczywiste spełnianie wymogów ustawowych dotyczących prawa do statusu bezrobotnego. Odsyłanie rzeczywistych bezrobotnych z urzędów pracy – do ośrodków pomocy społecznej albo „do diabła” – razem z osobami które bezrobotne nie są bo nie mają ani woli ani możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej – jest nie tylko niekonstytucyjne, ale jest dla tego państwa haniebne! Skrajnie upokarza ludzi i tak już – przez odmowę im możliwości pracy – upokorzonych.

Uważam, że opozycja – (bo przekracza to możliwości blogera amatora) powinna poważnie analizować ustawy powstające lub nowelizowane obecnie właśnie pod kątem działań sprzecznych z Konstytucją i przyszłą koniecznością udokumentowania ich na potrzeby przyszłego wyroku Trybunału Stanu. Chodzi także o poszczególne niekonstytucyjne artykuły z ustaw negowane przez Trybunał Konstytucyjny, wobec których władza miesiącami czy latami ociąga się pod każdym pretekstem z ich poprawieniem aby stały się z Konstytucją zgodne.
Uważam, ze powinna się tym zająć także Komisja Europejska i inne kontrolne instytucje unijne.

24/10/2013

Kolejne marnotrawstwo pieniędzy EFS – śliczne kursy „psu na budę”.

Pisałem niedawno o tym, że w okresie 2012/2013 wygaszono prawie całkowicie szkolenia przekwalifikowujące lub uaktualniające kwalifikacje dla osób bezrobotnych z grupy wiekowej „50+”, finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Stało się tak na fali krytyki związanej z efektami ewaluacji, ujawniania się ogromnej nieskuteczności tego programu i jednocześnie jego ogromnych kosztów. Po prostu władza przesadziła z „puszczeniem wszystkiego na żywioł” – cyniczny i zachłanny żywioł biznesowy pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej. Być może obawiano się też trochę zbytniego nagłośnienia tej sprawy i reakcji unijnych instytucji kontrolnych lub samego EFS. Nagle znikło wszelkie zainteresowanie szkoleniami dla osób niepracujących za to zaczęły mnożyć się oferty skierowane do osób pracujących i ich pracodawców, szczególnie działających w kilku wybranych branżach.

Co do ewaluacji – zadbano o to, by nie stworzono narzędzi rzeczywistej kontroli efektywności szkoleń bezrobotnych, mających dzięki temu otrzymać szansę trwałego zatrudnienia.
Jeśli przyjmuje się na przykład, że sukces szkolenia następuje wówczas, gdy uczestnik takiego kursu znajdzie w ciągu trzech miesięcy od jego zakończenia jakiekolwiek zatrudnienie, to prowadzi to do absurdu, gdyż nie bada się czy wspomniane zatrudnienie ma jakikolwiek związek z tym kursem czy szkoleniem; związek tematyczny ale i związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli np. kobieta pięćdziesięcioletnia ukończy kilkutygodniowy kurs podstaw księgowości, to księgowo po prostu nie jest, nie ma też doświadczenia praktycznego i nie ma na nie szans, gdyż nie uzyskuje żadnego zatrudnienia prawdopodobnie ze względu na wiek (niezależnie od liczby i jakości przebytych kursów). Jeśli w okresie do trzech miesięcy, przymuszona biedą, głodem, podejmie pracę np. sprzątaczki na umowę na czas określony (np. pracę tymczasową) to w myśl zasad ewaluacji szkoleń dotowanych z EFS – kurs odniósł sukces. To, że nie uzyskała pracy choć częściowo związanej z tematem kursu – księgowością (sprzątanie biur działu księgowości w jakiejś firnie – to jednak nie księgowość), że po kilku miesiącach ponownie powróci do rejestru bezrobotnych gdy minie okres jej zatrudnienia tymczasowego – już nikogo nie obchodziło a przecież to w ewidentny sposób świadczy o klęsce, o bezsensowności tak zaprojektowanego szkolenia czy wręcz o skandalicznym marnotrawstwie pieniędzy z funduszy unijnych. Sukces odniosła tu jedynie firma szkoleniowa prowadząca ów projekt; to sukces w sensie finansowym, oraz – w sensie sprawozdawczym – instytucja nadzorująca i pośrednicząca, czyli odpowiedni Wojewódzki Urząd Pracy i Ministerstwo Pracy.

W nowej perspektywie finansowej proceder ten zaczyna się odradzać, powtarzać. Widać tu, że niepowodzenie poprzedniego programu dofinansowania projektów unijnych nie było skutkiem niewiedzy czy braku doświadczeń a świadomie dopuszczonym „przekrętem” mającym jedynie „sprywatyzować” jak najwięcej z dostępnych pieniędzy a w żadnym wypadku nie zmniejszyć bezrobocia, jakie jest przykrywką dla tych działań i daje świetne alibi oszustom, rozgłaszającym na wszystkie strony o swoim zaangażowaniu społecznym i „misji”.
Jedyną różnicą jest dziś to, że oferta nie jest już skierowana bezpośrednio do bezrobotnych.
Dla przykładu; we Wrocławiu aktualnie trwa rekrutacja na kurs podstaw obsługi komputera dla osób z grupy „50+” w tym i osoby w wieku 64 lat niepracujące lecz deklarujące chęć podjęcia pracy. Różnica polega na tym, że projekt ten nie dotyczy Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki priorytetu VI, np. 6.1.1 – w którego ramach organizowane były kursy dla bezrobotnych, a priorytetu IX, mianowicie 9.6 upowszechnianie uczenia się dorosłych; 9.6.2 – upowszechnianie kompetencji osób dorosłych z zakresu ITC. Projekt ten trwa od jakiegoś czasu, cyklicznie „wypuszczając” osoby które dzięki temu po raz pierwszy zetknęły się z komputerem i oprogramowaniem i jakoś to przeżyły, wieszając sobie na ścianie swój certyfikat ECDL w złotych ramkach. Ma on duże zainteresowanie, bo jest dla uczestników absolutnie darmowy.

Czy to ma jakikolwiek związek z bezrobociem?
Wydaje się, że bezpośrednio – nie. Projekt ten nie ma na celu wpływać na stan bezrobocia. Być może firmy szkoleniowe zrozumiały już, że powodem bezrobocia w tej grupie wiekowej nie jest brak kompetencji a po prostu – nastawienie pracodawców by ludzi w tym wieku nie zatrudniać niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, no może poza pokrewieństwem i koligacjami rodzinnymi.

Bardzo dobrze, że dba się o rozwój kompetencji tak zwanych „seniorów”, z punktu widzenia społecznego to świetnie, że ktoś taki może dzięki Europejskiemu Funduszowi Społecznemu odkryć całkiem nowe dla siebie obszary życia, choćby poprzez samodzielne korzystanie z komputera jako środka dostępu do informacji, wiadomości itp. Osoby 64-letniej po takim kursie komputerowym i tak dziś nikt nie zatrudni do żadnej pracy, dokładnie tak jak i przed takim kursem. Rozumiem więc, że beneficjentami mają być tu seniorzy posiadający jakieś źródła środków na podstawowe utrzymanie, np. pozostający na utrzymaniu swoich rodzin (dzieci).

Powtórzę tu jednak po raz kolejny: moim zdaniem sytuacja niedoboru powinna powodować koncentrację środków na celach najważniejszych, najtrudniejszych, najpilniejszych. Sytuacja w której są pieniądze na rozwój umiejętności seniorów, na budowę fontann, upiększanie miast, remonty parków miejskich, na wielkie przedsięwzięcia kulturalne dla elity a jednocześnie setki tysięcy bogu ducha winnych osób z powodu systemowej odmowy zatrudnienia walczy o przetrwanie każdego dnia, by jakimś cudem utrzymać dach nad głową, zdobyć schludną odzież i zjeść choć jeden posiłek dziennie – jest sytuacją skandalicznego wypaczenia, wynaturzenia – wywodzącego się z ideologii PO.
Nie czas teraz na "zabawianie" seniorów-emerytów, urozmaicanie im nudnego życia.
Jest teraz czas na stworzenie warunków dla powstania bardzo wielu potrzebnych miejsc pracy i to nie pracy czasowej i dotowanej.
Jest teraz czas na kierowanie gospodarką przez władze publiczne, stwarzające przedsiębiorcom właściwy i jak najbardziej korzystny klimat dla działalności i inwestycji, ale także i nie zapominających o elementarnych potrzebach społecznych.
Jest czas na wielki program szkolenia przedsiębiorców mający uświadomić im niezbędną konieczność przestawienia polityki kadrowej na zatrudnianie osób starszych bo taka jest przyszłość demograficzna Polski i całego świata.
Jest wreszcie najwyższy czas na stworzenie mechanizmu finansowego skłaniającego pracodawców do zatrudnienie osób starszych na wzór mechanizmu PFRON dotyczącego osób niepełnosprawnych.

Jednego nie wolno: milczeć i udawać, że „nie ma problemu”.

06/10/2013

Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.

Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.

W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.

Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.

Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…

Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.

Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.

Odwiedziny: