Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest
niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych
potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często
absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny
zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią
zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy
ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich
pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy
doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci –
świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im
zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo
określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o
pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany
prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w
jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego
muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a
pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują
„cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny
objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw.
„niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków
kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są
tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje
gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią
chciwości”.
W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak
„fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie
chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej
kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną
natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i
samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić
pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie
doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po
1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie
innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli
dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a
więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku
maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było
kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań
informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w
ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie
oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie
technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość
niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w
realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego
doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i
obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być
zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi
takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej
liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy
technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia
odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po
części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne
niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do
kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.
Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony
odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje
pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce
zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to
znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i
przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się
wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI
wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz
kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja
przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i
zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach
pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz
szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem
się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce
„uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego
Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające
właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do
współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo
nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi
pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także
przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o
tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy
uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej
i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia
Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie
pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że
większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane,
nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia
bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet
wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.
Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną
szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni –
powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób
określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż
powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak
kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów
„unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często
nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych
kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających
ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede
wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania
lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to
całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach
statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie
dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu
środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16
osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i
nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych
(w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez
kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań
organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i
tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób
kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne
działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie
i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…
Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera
kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na
dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie
pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i
programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce
miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od
pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs
rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z
faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po
tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych
stanowiskach i za najniższą płacę.
Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych
kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak
samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na
masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci
rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano
dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś
odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób
zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy
ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na
szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest
ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo
zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do
uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam
się od rządu Tuska takiej normalności.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenia. Pokaż wszystkie posty
06/10/2013
Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
dotacje,
EFS,
fundusze unijne,
ideologia,
kapitalizm,
Kosiniak-Kamysz,
kursy,
minister pracy,
niewolnictwo,
Pańszczyzna,
PO,
praca,
rząd,
szkolenia,
Tusk,
unia europejska,
zatrudnienie
22/09/2012
Opozycja ni w pięć, ni w dziewięć…
Prezes PiS dowodzi systematycznie choć pośrednio swojego społecznego
wyobcowania. A w takim stanie nie tylko nie może być liderem opozycji,
ale i wręcz wizerunkowi opozycji szkodzi.
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym, w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste, że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem – zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy wręcz zawadza jej.
Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba, pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać, choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury – tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców, elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli” którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…
Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy „elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie do doskonałej mistyfikacji.
Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy – natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy „przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości” jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód” poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.
Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej. Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.
Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi to w odniesieniu właśnie do opozycji.
Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik – Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi, odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców, spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi – czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę, faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć „drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem, kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów. Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna, kompetentna i wiarygodna…
Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym” prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego „gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę. Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem, nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków, gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami. Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy, niezrozumienia.
Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła. Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się, kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście „biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO – bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach, dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.
Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i „elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją, czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań, uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są na to fundusze celowe.
Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych, objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki bezrobocia.
Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS, ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku – wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…
W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza różnica…
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym, w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste, że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem – zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy wręcz zawadza jej.
Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba, pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać, choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury – tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców, elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli” którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…
Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy „elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie do doskonałej mistyfikacji.
Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy – natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy „przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości” jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód” poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.
Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej. Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.
Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi to w odniesieniu właśnie do opozycji.
Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik – Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi, odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców, spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi – czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę, faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć „drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem, kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów. Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna, kompetentna i wiarygodna…
Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym” prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego „gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę. Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem, nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków, gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami. Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy, niezrozumienia.
Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła. Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się, kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście „biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO – bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach, dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.
Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i „elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją, czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań, uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są na to fundusze celowe.
Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych, objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki bezrobocia.
Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS, ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku – wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…
W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza różnica…
14/08/2012
Czekając na polskiego Jamesa Holmesa…
W Powiatowych Urzędach Pracy jest zatrudnionych łącznie około 20.100
pracowników. Z tego – jak się okazuje – zaledwie 25% – czyli 5025 osób
zajmuje się bezpośrednio „aktywizowaniem bezrobotnych” – cokolwiek by
to nie znaczyło w terminologii propagandowej. Pozostali – zajmują się po
prostu biurokracją. Urzędoleniem. Przysłowiowym przelewaniem z pustego w
próżne. Nazywa się to „wypełnianiem obowiązków ustawowych” czyli dość
ładnie się nazywa… „urzędactwo” zawsze ma ładne „kody taktyczne” w swoim
specyficznym, maskującym języku wewnętrznym.
Oznacza to, że statystycznie na jednego z takich pracowników bezpośrednio „aktywizujących” przypada więcej niż 400 bezrobotnych. W takim stanie rzeczy nie ma mowy o rzeczywistej pomocy. Nie ma na to czasu. Dla rozładowania kolejek w których stoją teraz najczęściej osoby nowo-rejestrujące się i bezrobotni „z terminem”, osobom bezrobotnym wyznacza się zaledwie pięć (5) obowiązkowych wizyt w Urzędzie w ciągu roku, czyli raz na dwa miesiące bezrobotny musi się stawić u pośrednika pracy, by wypełnić oświadczenie o swojej sytuacji majątkowej oraz spełnianiu nadal wymogów od których zależy prawo do statusu bezrobotnego, no i otrzymać nowy termin stawienia się…
Zdecydowana większość pracowników urzędów pracy to kobiety, pracownice administracyjne nie stykające się bezpośrednio z bezrobotnymi, zajmujące się wszelkimi umowami zawieranymi przez urząd z bezrobotnymi oraz przedsiębiorcami, bardzo rozległą sprawozdawczością urzędów oraz samą ewidencją bezrobotnych.
Biurokracja zawsze była i nadal jest niezmiernie charakterystyczna dla urzędów pracy a powodem tego jest powszechna biurokracja krajowa jakoś tam powiązana ze świadomym tworzeniem miejsc pracy dla „swoich” (nepotyzm, kolesiostwo), co powoduje ogólnie stały rozrost biurokracji nie tylko w Polsce; ale u nas w tym zakresie jest nadal jak za PRL-u; swoi muszą mieć pracę bo ostatecznie za to nas „lubią”, dlatego gdy potrzeba miejsc pracy dla swoich – to się je zawsze stworzy. Stąd kompletna przegrana Premiera Tuska z rozrostem biurokracji; już dwa razy ogłaszał zamiar zmniejszenia aparatu urzędniczego państwa, ale kończyło się to jedynie wymianą „nie naszych” na „naszych” oraz dalszym wzrostem liczby urzędników, bo tu nie są ważne zadania ani potrzeby administracji państwa, ale potrzeby rodzin wyższych urzędników administracji oraz nieprzejednana potrzeba walki o poparcie w wyborach. Premier Tusk jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, jest wobec niej bezsilny i bezradny.
Drugi powód rozdętej biurokracji w urzędach pracy – to nadmierna ochrona przed różnego rodzaju oszustami i cwaniakami, nieuczciwie podchodzącymi do potencjalnych świadczeń jakie może otrzymać bezrobotny. W urzędach pracy trwa po prostu codzienna, bezwzględna walka urzędników z oszustami i dlatego całkowicie zajęci nią urzędnicy nie mają już czasu na jakąkolwiek pomoc osobom rzeczywiście bezrobotnym. Stąd stale nawarstwiające się nowelizacje przepisów, regulaminy, dodatkowe wymogi i zastrzeżenia – o których pisałem np. w tekście dotyczącym dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej: rzeczywiście trudno sobie wyobrazić coś bardziej skomplikowanego i zbiurokratyzowanego a przez to bardziej doprowadzonego do absurdu:
Tymczasem bezrobotnych przybywa. Dramatycznie wydłuża się też czas pozostawania bez zatrudnienia; średnio to już 12 miesięcy a to oznacza, że dla osób młodych oraz posiadających poszukiwany zawód oraz choćby niewielkie doświadczenie – może to być 1 lub 2 miesiące poszukiwania pracy, ale dla osób w wieku 50 plus – to bardzo często już ponad trzy lata.
Nie można też zapominać, że wiąże się to z dramatycznym problemem finansowym, bo nieliczne osoby otrzymujące prawo do zasiłku dla bezrobotnych na 6 miesięcy, poszukują zatrudnienia samodzielnie najczęściej dłużej niż otrzymują zasiłek, w związku z czym nasila się problem kosztów utrzymania się w stanie gotowości do podjęcia pracy. Tym bardziej dotyczy to osób starszych, które często nie posiadają prawa do zasiłku a jeśli nawet otrzymują go maksymalnie przez okres 12 miesięcy, to po wygaśnięciu tego prawa nadal pozostają bezrobotne, bez pracy i bez zasiłku, pozostawione same sobie bez żadnej rzeczywistej pomocy.
Powoduje to – jak już pisałem we wcześniejszych felietonach – że niezbędna staje się natychmiastowa interwencja państwa, polegająca na zwiększeniu odsetka osób bezrobotnych nabywających prawo do pomocy materialnej na czas poszukiwania pracy, lub w formie specjalnego świadczenia kryzysowego dla osób długotrwale bezrobotnych pozbawionych zasiłku a nadal aktywnie poszukujących zatrudnienia. Wymaga to choćby czasowej korekty (nowelizacji) ustawy. Osoba bezrobotna – by rzeczywiście spełniała wymogi definicji zawarte w ustawie – musi posiadać stały dochód co najmniej równy zasiłkowi a oczekiwanie czegoś odwrotnego, to znaczy że osoba która przez bezrobocie utraciła dach nad głową i środki do codziennego utrzymania się będzie nadal „zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy” – jest po prostu warte zainteresowania lekarzy psychiatrów. Posłowie i Senatorowie, politycy, Wojewodowie, Starości, Dyrektorzy Urzędów Pracy – jednak nie dopatrzyli się w tym absurdu…
Przyczyną takiej sytuacji, to znaczy tak małego zaangażowania pracowników urzędów pracy w bezpośredni kontakt i współpracę z bezrobotnymi i pracodawcami, wykonywanie zadań z tym związanych – jest także sama ustawa. Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – to kompletny gniot, bełkot pozbawiony treści – zupełnie jak ci co ją uchwalali. A uchwalali ją ludzie, którzy nigdy nie zaznali biedy, głodu, bezrobocia oraz w przyszłości – już teraz także nigdy tego nie zaznają – czyli nigdy tego nie zrozumieją. Ludzie dla których to kompletna abstrakcja, patrzących na tych, których się pozbawia zatrudnienia jak na jakieś „robaki”, dziwaczne żyjątka z Marsa – obce i niezrozumiałe…
Ustawa obejmuje zbyt dużą ilość działań i tematyki, pośrednio tylko związanej z bezrobociem, wrzuca wszystko do jednego worka, dlatego siły i środki Urzędów Pracy są zbyt rozproszone, by mogły dać jakiś istotny efekt. Ustawa dotyczy osób bezrobotnych i jakichś „osób poszukujących zatrudnienia” jak należy rozumieć – nie będących osobami bezrobotnymi. Nie rozumiem, na czym polega różnica; prawdopodobnie „osoby poszukujące zatrudnienia” nie spełniają wszystkich wymogów ustawowych osoby bezrobotnej, lecz w myśl (?) Ustawy mają także prawo korzystać z usług Urzędu Pracy. Ale jest bardzo wiele agencji pracy zajmujących się (mających się zajmować) pośrednictwem pracy poza Ustawą obowiązującą Urzędy Pracy. Poza tym jest bardzo dużo portali internetowych i ogłoszeniowych oraz strony firmowe pracodawców, na których osoby poszukujące zatrudnienia a niebędące bezrobotnymi mogą samodzielnie poszukiwać ofert dla siebie. Zupełnie niepotrzebnie obciążono tym Urzędy Pracy – które powinny skupić się i posiadane środki na zarejestrowanych osobach posiadających pełen status bezrobotnego.
Podobnie jest i ze środkami finansowymi. Dlaczego Urzędy Pracy mają zajmować się finansowaniem studiów podyplomowych albo wstępnych staży lekarskich po ukończeniu akademii medycznej czy uniwersytetu medycznego. Na dodatek – finansować to ze środków Funduszu Pracy, podczas gdy nie ma nigdy dość pieniędzy na podstawowa pomoc dla długotrwale nawet bezrobotnych. Dokłada to roboty „papierkowej”, angażuje zasoby kadrowe urzędów a nie wpływa na bezpośredni spadek bezrobocia.
Jeśli Urząd zaplanuje kilka kursów zawodowych dla osób bezrobotnych wymagających przekwalifikowania lub odnowienia posiadanych kwalifikacji, każdy z nich jest przeznaczony dla kilkunastu zaledwie osób ( najczęściej grupy 15 – 16 osób) – to pomoc taka, niezwykle istotna pomoc gdyż osób tych z pewnością nie byłoby stać na takie kursy komercyjne – dotyczy w sumie 350 – 450 osób w ciągu roku a to nie jest wystarczające w powiecie jak Szczecin – z ponad 18.000 osób bezrobotnych, tym bardziej w powiatach gdzie bezrobocie sięga dziś 40% (Mazury).
Pieniądze natomiast rozchodzą się na różne dziwne działania zupełnie nie wpływające na zasadnicze powody bezrobocia, ale przewidziane w Ustawie. Tymczasem urząd pracy wcale nie musi realizować wszystkich działań jakie wymienia ustawa; po pierwsze – ma prawo realizować tylko te z nich które rokują najwyższą skutecznością, dlatego ustawa wymieniając poszczególne formy działania starostów (prezydentów miast) jako odpowiedzialnych za organizację i działanie PUP – używa formy : starosta może zrobić to, starosta może zrobić owo, a nie – że musi robić i to i tamto. Starości mają prawo decyzji na które instrumenty w danym powiecie przeznaczyć posiadane środki by uzyskać ich właściwe wykorzystanie, ale przeważnie nie robią tego by uniknąć wszelkich „kłopotów” i – trzeba czy nie – realizują wszystko co wymienia ustawa jako możliwe do stosowania. To typowo urzędnicze podejście, głównie dbające o własne bezpieczeństwo „przysłowiowa blacha na tyłek”, a nie o końcowy efekt.
Straszliwe zasoby czasowe i osobowe pochłania urzędom pracy sprawa dotacji na rozpoczynanie działalności gospodarczej, ale zupełnie nie rozumiem – dlaczego urzędy pracy muszą się tym zajmować. Przecież to jest temat idealny dla organizacji pozarządowych i różnych instytucji w tym się specjalizujących. Ponadto skuteczność tego działania jako mającego przeciwdziałać bezrobociu jest bardzo wątpliwa i problematyczna, istnieje obawa że gdyby zastosowano właściwe kryteria do zbadania skuteczności tych dotacji – wynik byłby kompromitujący. Kompromitujący ustawę i urzędy ją wykonujące. Skuteczność działań Urzędów jest generalnie po prostu nieznana a to z powodu braku jednolitej metody jej mierzenia, braku jednolitych wytycznych co do metodologii badania skuteczności walki z bezrobociem.
W rezultacie tego bywa – jak w danych sprawozdawczych Powiatowego Urzędu Pracy z powiatu Żarskiego (Województwo Lubuskie), który od lat wykazywał, że skuteczność zatrudnieniowa w tym powiecie jest rekordowa – rzędu 84 – 88%. Za 2011 rok, w sprawozdaniu podano, że w ciągu roku w Żarach skutecznie zaktywizowano ponad 9000 osób bezrobotnych (to znaczy „doprowadzono je do zatrudnienia”), mimo że ilość zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła wtedy w tym powiecie tylko ok. 6000 osób, na dodatek wykazano, że liczba bezrobotnych na skutek tej aktywizacji spadła o… 16 (szesnaście) osób i na początek 2012 roku wyniosła 5984 osoby. Toż to cud prawdziwy. W tym przypadku prawdopodobnie zawiniła całkiem różna metodologia badań w tym urzędzie oraz w Ministerstwie. Mimo to – ma to swoją silną wymowę. Stawia pod znakiem zapytania wiarygodność jakichkolwiek danych, bo metodologia nie została jeszcze praktycznie ujednolicona.
Obawiam się, że reakcją Ministerstwa Pracy na objaw rzeczywistego przeciążenia Urzędów Pracy będzie próba zwiększenia tam zatrudnienia, szczególnie w grupie pośredników pracy i doradców, podczas gdy powinno się raczej przede wszystkim odciążyć urzędy od działań które można powierzyć organizacjom pozarządowym, stowarzyszeniom zajmującym się promocją przedsiębiorczości oraz agencjom pracy, w taki sposób by dotychczas zajmujące się tym osoby mogły zająć się wyłącznie najbardziej niezbędnymi działaniami wobec osób rzeczywiście bezrobotnych, dołączając do grupy pośredników pracy bez wzrostu całkowitej liczby zatrudnionych.
Tu jednak dochodzimy znów do ściany. Tak jak w „komunie” – każda dyskusja na każdy temat wreszcie dochodziła do problemu „przewodniej roli Partii” – co natychmiast tę dyskusję kończyło, tak i teraz – każda dyskusja na temat bezrobocia dochodzi do problemu BRAKU MIEJSC PRACY i to w zasadzie także czyni dalszą dyskusję bezsensowną.
Problemem bezrobocia i nie tylko bezrobocia wydaje się być to, że to Ministerstwo Pracy próbuje ten problem samodzielnie rozwiązać, realizując jakieś zmiany i reformy wewnątrz resortu, ale wiadomo przecież, że to nic nie da bez aktywizacji gospodarki i pilnej pracy „wychowawczej” nad samymi przedsiębiorcami. Cokolwiek by Minister Pracy nie wymyślił dla zwiększenia wydajności urzędów Pracy – to się nie uda bez wzrostu ilości miejsc pracy. Będzie to tylko kosztowną sztuką dla sztuki i wspomnianym już przelewaniem z pustego w próżne. Problem zdaje się być w tym, że Premier – a konkretnie Prezes Rady Ministrów Donald Tusk zupełnie nie spełnia swojej roli, że wiele wskazuje na to iż w Polsce nie ma rzeczywistej Rady Ministrów, ze Rząd nie działa jako całość a odwrotnie – każdy minister robi sam i tylko swoje a ponieważ sam niewiele może, to i wyniki są mikre…
Zupełnie tu nie widać jakiegokolwiek spójnego programu gospodarczego choćby do końca kadencji rządu. Wspólnego programu gospodarczego rozpisanego na wszystkie resorty i realizowanego przez rząd jako całość. A przecież to jest niezbędne! W sprawie bezrobocia też nic się nie da zrobić bez ścisłej współpracy Premiera i co najmniej trzech resortów: gospodarki, finansów oraz pracy.
Wszyscy z pewnym niepokojem ale i ciekawością, z nadzieją – czekamy na zakończenie wakacji i powrót Rządu do pracy, oraz oczekiwane „drugie expose” Premiera, realizację oczekiwanych powszechnie zmian, dowód właściwego wartościowania, wagi i pilności spraw.
Bo jeśli nie, to.
(*)20 lipca 2012 24-letni James Holmes zastrzelił 12 osób, a 58 ranił podczas nocnej premiery filmu o Batmanie "Mroczny rycerz powstaje". 10 dni później przedstawiono mu w sądzie stanowym w Denver formalne zarzuty, w tym 24 zarzuty morderstwa z premedytacją. Grozi mu kara śmierci.
Adwokat Holmesa, Daniel King, twierdził, że jest on chory psychicznie i prawdopodobnie taka będzie linia obrony.
Oznacza to, że statystycznie na jednego z takich pracowników bezpośrednio „aktywizujących” przypada więcej niż 400 bezrobotnych. W takim stanie rzeczy nie ma mowy o rzeczywistej pomocy. Nie ma na to czasu. Dla rozładowania kolejek w których stoją teraz najczęściej osoby nowo-rejestrujące się i bezrobotni „z terminem”, osobom bezrobotnym wyznacza się zaledwie pięć (5) obowiązkowych wizyt w Urzędzie w ciągu roku, czyli raz na dwa miesiące bezrobotny musi się stawić u pośrednika pracy, by wypełnić oświadczenie o swojej sytuacji majątkowej oraz spełnianiu nadal wymogów od których zależy prawo do statusu bezrobotnego, no i otrzymać nowy termin stawienia się…
Zdecydowana większość pracowników urzędów pracy to kobiety, pracownice administracyjne nie stykające się bezpośrednio z bezrobotnymi, zajmujące się wszelkimi umowami zawieranymi przez urząd z bezrobotnymi oraz przedsiębiorcami, bardzo rozległą sprawozdawczością urzędów oraz samą ewidencją bezrobotnych.
Biurokracja zawsze była i nadal jest niezmiernie charakterystyczna dla urzędów pracy a powodem tego jest powszechna biurokracja krajowa jakoś tam powiązana ze świadomym tworzeniem miejsc pracy dla „swoich” (nepotyzm, kolesiostwo), co powoduje ogólnie stały rozrost biurokracji nie tylko w Polsce; ale u nas w tym zakresie jest nadal jak za PRL-u; swoi muszą mieć pracę bo ostatecznie za to nas „lubią”, dlatego gdy potrzeba miejsc pracy dla swoich – to się je zawsze stworzy. Stąd kompletna przegrana Premiera Tuska z rozrostem biurokracji; już dwa razy ogłaszał zamiar zmniejszenia aparatu urzędniczego państwa, ale kończyło się to jedynie wymianą „nie naszych” na „naszych” oraz dalszym wzrostem liczby urzędników, bo tu nie są ważne zadania ani potrzeby administracji państwa, ale potrzeby rodzin wyższych urzędników administracji oraz nieprzejednana potrzeba walki o poparcie w wyborach. Premier Tusk jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, jest wobec niej bezsilny i bezradny.
Drugi powód rozdętej biurokracji w urzędach pracy – to nadmierna ochrona przed różnego rodzaju oszustami i cwaniakami, nieuczciwie podchodzącymi do potencjalnych świadczeń jakie może otrzymać bezrobotny. W urzędach pracy trwa po prostu codzienna, bezwzględna walka urzędników z oszustami i dlatego całkowicie zajęci nią urzędnicy nie mają już czasu na jakąkolwiek pomoc osobom rzeczywiście bezrobotnym. Stąd stale nawarstwiające się nowelizacje przepisów, regulaminy, dodatkowe wymogi i zastrzeżenia – o których pisałem np. w tekście dotyczącym dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej: rzeczywiście trudno sobie wyobrazić coś bardziej skomplikowanego i zbiurokratyzowanego a przez to bardziej doprowadzonego do absurdu:
Tymczasem bezrobotnych przybywa. Dramatycznie wydłuża się też czas pozostawania bez zatrudnienia; średnio to już 12 miesięcy a to oznacza, że dla osób młodych oraz posiadających poszukiwany zawód oraz choćby niewielkie doświadczenie – może to być 1 lub 2 miesiące poszukiwania pracy, ale dla osób w wieku 50 plus – to bardzo często już ponad trzy lata.
Nie można też zapominać, że wiąże się to z dramatycznym problemem finansowym, bo nieliczne osoby otrzymujące prawo do zasiłku dla bezrobotnych na 6 miesięcy, poszukują zatrudnienia samodzielnie najczęściej dłużej niż otrzymują zasiłek, w związku z czym nasila się problem kosztów utrzymania się w stanie gotowości do podjęcia pracy. Tym bardziej dotyczy to osób starszych, które często nie posiadają prawa do zasiłku a jeśli nawet otrzymują go maksymalnie przez okres 12 miesięcy, to po wygaśnięciu tego prawa nadal pozostają bezrobotne, bez pracy i bez zasiłku, pozostawione same sobie bez żadnej rzeczywistej pomocy.
Powoduje to – jak już pisałem we wcześniejszych felietonach – że niezbędna staje się natychmiastowa interwencja państwa, polegająca na zwiększeniu odsetka osób bezrobotnych nabywających prawo do pomocy materialnej na czas poszukiwania pracy, lub w formie specjalnego świadczenia kryzysowego dla osób długotrwale bezrobotnych pozbawionych zasiłku a nadal aktywnie poszukujących zatrudnienia. Wymaga to choćby czasowej korekty (nowelizacji) ustawy. Osoba bezrobotna – by rzeczywiście spełniała wymogi definicji zawarte w ustawie – musi posiadać stały dochód co najmniej równy zasiłkowi a oczekiwanie czegoś odwrotnego, to znaczy że osoba która przez bezrobocie utraciła dach nad głową i środki do codziennego utrzymania się będzie nadal „zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy” – jest po prostu warte zainteresowania lekarzy psychiatrów. Posłowie i Senatorowie, politycy, Wojewodowie, Starości, Dyrektorzy Urzędów Pracy – jednak nie dopatrzyli się w tym absurdu…
Przyczyną takiej sytuacji, to znaczy tak małego zaangażowania pracowników urzędów pracy w bezpośredni kontakt i współpracę z bezrobotnymi i pracodawcami, wykonywanie zadań z tym związanych – jest także sama ustawa. Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – to kompletny gniot, bełkot pozbawiony treści – zupełnie jak ci co ją uchwalali. A uchwalali ją ludzie, którzy nigdy nie zaznali biedy, głodu, bezrobocia oraz w przyszłości – już teraz także nigdy tego nie zaznają – czyli nigdy tego nie zrozumieją. Ludzie dla których to kompletna abstrakcja, patrzących na tych, których się pozbawia zatrudnienia jak na jakieś „robaki”, dziwaczne żyjątka z Marsa – obce i niezrozumiałe…
Ustawa obejmuje zbyt dużą ilość działań i tematyki, pośrednio tylko związanej z bezrobociem, wrzuca wszystko do jednego worka, dlatego siły i środki Urzędów Pracy są zbyt rozproszone, by mogły dać jakiś istotny efekt. Ustawa dotyczy osób bezrobotnych i jakichś „osób poszukujących zatrudnienia” jak należy rozumieć – nie będących osobami bezrobotnymi. Nie rozumiem, na czym polega różnica; prawdopodobnie „osoby poszukujące zatrudnienia” nie spełniają wszystkich wymogów ustawowych osoby bezrobotnej, lecz w myśl (?) Ustawy mają także prawo korzystać z usług Urzędu Pracy. Ale jest bardzo wiele agencji pracy zajmujących się (mających się zajmować) pośrednictwem pracy poza Ustawą obowiązującą Urzędy Pracy. Poza tym jest bardzo dużo portali internetowych i ogłoszeniowych oraz strony firmowe pracodawców, na których osoby poszukujące zatrudnienia a niebędące bezrobotnymi mogą samodzielnie poszukiwać ofert dla siebie. Zupełnie niepotrzebnie obciążono tym Urzędy Pracy – które powinny skupić się i posiadane środki na zarejestrowanych osobach posiadających pełen status bezrobotnego.
Podobnie jest i ze środkami finansowymi. Dlaczego Urzędy Pracy mają zajmować się finansowaniem studiów podyplomowych albo wstępnych staży lekarskich po ukończeniu akademii medycznej czy uniwersytetu medycznego. Na dodatek – finansować to ze środków Funduszu Pracy, podczas gdy nie ma nigdy dość pieniędzy na podstawowa pomoc dla długotrwale nawet bezrobotnych. Dokłada to roboty „papierkowej”, angażuje zasoby kadrowe urzędów a nie wpływa na bezpośredni spadek bezrobocia.
Jeśli Urząd zaplanuje kilka kursów zawodowych dla osób bezrobotnych wymagających przekwalifikowania lub odnowienia posiadanych kwalifikacji, każdy z nich jest przeznaczony dla kilkunastu zaledwie osób ( najczęściej grupy 15 – 16 osób) – to pomoc taka, niezwykle istotna pomoc gdyż osób tych z pewnością nie byłoby stać na takie kursy komercyjne – dotyczy w sumie 350 – 450 osób w ciągu roku a to nie jest wystarczające w powiecie jak Szczecin – z ponad 18.000 osób bezrobotnych, tym bardziej w powiatach gdzie bezrobocie sięga dziś 40% (Mazury).
Pieniądze natomiast rozchodzą się na różne dziwne działania zupełnie nie wpływające na zasadnicze powody bezrobocia, ale przewidziane w Ustawie. Tymczasem urząd pracy wcale nie musi realizować wszystkich działań jakie wymienia ustawa; po pierwsze – ma prawo realizować tylko te z nich które rokują najwyższą skutecznością, dlatego ustawa wymieniając poszczególne formy działania starostów (prezydentów miast) jako odpowiedzialnych za organizację i działanie PUP – używa formy : starosta może zrobić to, starosta może zrobić owo, a nie – że musi robić i to i tamto. Starości mają prawo decyzji na które instrumenty w danym powiecie przeznaczyć posiadane środki by uzyskać ich właściwe wykorzystanie, ale przeważnie nie robią tego by uniknąć wszelkich „kłopotów” i – trzeba czy nie – realizują wszystko co wymienia ustawa jako możliwe do stosowania. To typowo urzędnicze podejście, głównie dbające o własne bezpieczeństwo „przysłowiowa blacha na tyłek”, a nie o końcowy efekt.
Straszliwe zasoby czasowe i osobowe pochłania urzędom pracy sprawa dotacji na rozpoczynanie działalności gospodarczej, ale zupełnie nie rozumiem – dlaczego urzędy pracy muszą się tym zajmować. Przecież to jest temat idealny dla organizacji pozarządowych i różnych instytucji w tym się specjalizujących. Ponadto skuteczność tego działania jako mającego przeciwdziałać bezrobociu jest bardzo wątpliwa i problematyczna, istnieje obawa że gdyby zastosowano właściwe kryteria do zbadania skuteczności tych dotacji – wynik byłby kompromitujący. Kompromitujący ustawę i urzędy ją wykonujące. Skuteczność działań Urzędów jest generalnie po prostu nieznana a to z powodu braku jednolitej metody jej mierzenia, braku jednolitych wytycznych co do metodologii badania skuteczności walki z bezrobociem.
W rezultacie tego bywa – jak w danych sprawozdawczych Powiatowego Urzędu Pracy z powiatu Żarskiego (Województwo Lubuskie), który od lat wykazywał, że skuteczność zatrudnieniowa w tym powiecie jest rekordowa – rzędu 84 – 88%. Za 2011 rok, w sprawozdaniu podano, że w ciągu roku w Żarach skutecznie zaktywizowano ponad 9000 osób bezrobotnych (to znaczy „doprowadzono je do zatrudnienia”), mimo że ilość zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła wtedy w tym powiecie tylko ok. 6000 osób, na dodatek wykazano, że liczba bezrobotnych na skutek tej aktywizacji spadła o… 16 (szesnaście) osób i na początek 2012 roku wyniosła 5984 osoby. Toż to cud prawdziwy. W tym przypadku prawdopodobnie zawiniła całkiem różna metodologia badań w tym urzędzie oraz w Ministerstwie. Mimo to – ma to swoją silną wymowę. Stawia pod znakiem zapytania wiarygodność jakichkolwiek danych, bo metodologia nie została jeszcze praktycznie ujednolicona.
Obawiam się, że reakcją Ministerstwa Pracy na objaw rzeczywistego przeciążenia Urzędów Pracy będzie próba zwiększenia tam zatrudnienia, szczególnie w grupie pośredników pracy i doradców, podczas gdy powinno się raczej przede wszystkim odciążyć urzędy od działań które można powierzyć organizacjom pozarządowym, stowarzyszeniom zajmującym się promocją przedsiębiorczości oraz agencjom pracy, w taki sposób by dotychczas zajmujące się tym osoby mogły zająć się wyłącznie najbardziej niezbędnymi działaniami wobec osób rzeczywiście bezrobotnych, dołączając do grupy pośredników pracy bez wzrostu całkowitej liczby zatrudnionych.
Tu jednak dochodzimy znów do ściany. Tak jak w „komunie” – każda dyskusja na każdy temat wreszcie dochodziła do problemu „przewodniej roli Partii” – co natychmiast tę dyskusję kończyło, tak i teraz – każda dyskusja na temat bezrobocia dochodzi do problemu BRAKU MIEJSC PRACY i to w zasadzie także czyni dalszą dyskusję bezsensowną.
Problemem bezrobocia i nie tylko bezrobocia wydaje się być to, że to Ministerstwo Pracy próbuje ten problem samodzielnie rozwiązać, realizując jakieś zmiany i reformy wewnątrz resortu, ale wiadomo przecież, że to nic nie da bez aktywizacji gospodarki i pilnej pracy „wychowawczej” nad samymi przedsiębiorcami. Cokolwiek by Minister Pracy nie wymyślił dla zwiększenia wydajności urzędów Pracy – to się nie uda bez wzrostu ilości miejsc pracy. Będzie to tylko kosztowną sztuką dla sztuki i wspomnianym już przelewaniem z pustego w próżne. Problem zdaje się być w tym, że Premier – a konkretnie Prezes Rady Ministrów Donald Tusk zupełnie nie spełnia swojej roli, że wiele wskazuje na to iż w Polsce nie ma rzeczywistej Rady Ministrów, ze Rząd nie działa jako całość a odwrotnie – każdy minister robi sam i tylko swoje a ponieważ sam niewiele może, to i wyniki są mikre…
Zupełnie tu nie widać jakiegokolwiek spójnego programu gospodarczego choćby do końca kadencji rządu. Wspólnego programu gospodarczego rozpisanego na wszystkie resorty i realizowanego przez rząd jako całość. A przecież to jest niezbędne! W sprawie bezrobocia też nic się nie da zrobić bez ścisłej współpracy Premiera i co najmniej trzech resortów: gospodarki, finansów oraz pracy.
Wszyscy z pewnym niepokojem ale i ciekawością, z nadzieją – czekamy na zakończenie wakacji i powrót Rządu do pracy, oraz oczekiwane „drugie expose” Premiera, realizację oczekiwanych powszechnie zmian, dowód właściwego wartościowania, wagi i pilności spraw.
Bo jeśli nie, to.
(*)20 lipca 2012 24-letni James Holmes zastrzelił 12 osób, a 58 ranił podczas nocnej premiery filmu o Batmanie "Mroczny rycerz powstaje". 10 dni później przedstawiono mu w sądzie stanowym w Denver formalne zarzuty, w tym 24 zarzuty morderstwa z premedytacją. Grozi mu kara śmierci.
Adwokat Holmesa, Daniel King, twierdził, że jest on chory psychicznie i prawdopodobnie taka będzie linia obrony.
Etykiety:
PO,
praca,
prezes RM,
przekwalifikowanie,
PUP,
rada ministrów,
rząd,
Sejm,
Senat,
Starosta,
statystyki,
szkolenia,
Tusk,
urząd pracy,
ustawa,
zasiłek,
zatrudnienie
25/03/2012
43.
Walka z bezrobociem – planowo przegrana.
W oczekiwaniu na przyznanie budżetu na 2012 rok, Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie rozpoczął przyjmowanie wniosków osób bezrobotnych o sfinansowanie szkoleń w trybie indywidualnym.
To jedna z usług (!) jakie świadczą dla ludności Powiatowe Urzędy Pracy, wynikających z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Bo Urzędy Pracy są instytucjami usługowymi. Polega ona na tym, że PUP (starosta) może skierować bezrobotnego na jego indywidualny wniosek, na szkolenie wskazane przez bezrobotnego a nieujęte w planie organizacji szkoleń grupowych opracowanym przez PUP na dany rok – jeśli wnioskodawca wykaże i wiarygodnie uzasadni celowość tego szkolenia, dla uzyskania przez niego zatrudnienia. Koszt takiego szkolenia nie może przekroczyć w ciągu roku równowartości 300% przeciętnego wynagrodzenia.
Wiarygodnym uzasadnieniem dla PUP jest oświadczenie na piśmie konkretnego pracodawcy o zamiarze przyjęcia do pracy bezrobotnego – wnioskodawcy, pod warunkiem ukończenia wskazanego szkolenia.
Innym uzasadnieniem może być złożenie przez bezrobotnego oświadczenia o zamiarze podjęcia konkretnej (opisanej we wniosku) działalności gospodarczej z własnych środków, po ukończeniu wskazanego szkolenia indywidualnego, jeśli ukończenie szkolenia jest warunkiem rozpoczęcia wspomnianej działalności.
Wniosek taki może osoba bezrobotna uzasadnić dokonaną przez siebie analizą zapotrzebowania na pracowników w danym zawodzie czy z danymi umiejętnościami jakie ma osiągnąć poprzez szkolenie o którego finansowanie się ubiega.
Warunkiem skierowania na takie szkolenie jest okres pozostawania w rejestrze bezrobotnych co najmniej 3 miesiące przed złożeniem wniosku, oraz spełnienie co najmniej jednego z warunków:
- bezrobotny w wieku do 26 lat;
- bezrobotny długotrwale, to znaczy co najmniej 12 miesięcy;
- bezrobotny po zakończeniu kontraktu socjalnego;
- kobieta, która nie podjęła pracy po urodzeniu dziecka;
- bezrobotny w wieku powyżej 50 lat;
- bezrobotny bez kwalifikacji zawodowych, bez wykształcenia średniego lub bez doświadczenia zawodowego;
- bezrobotny samotnie wychowujący dziecko (dzieci) w wieku do 18 roku życia;
- bezrobotny po odbyciu kary pozbawienie wolności;
- bezrobotny niepełnosprawny;
W zasadzie moglibyśmy tylko przyklasnąć, że istnieje i taka możliwość poprawienia swojej sytuacji na tak zwanym „rynku pracy”, i to możliwość wymagająca dużej determinacji i zaangażowania ze strony zainteresowanego. Trzeba jednak przyznać, że uzyskanie takiego oświadczenia pracodawcy przy obecnej nadwyżce podaży pracy nad popytem na nią - jest niezwykle mało prawdopodobne. Stwarza to sytuację po części fikcyjną.
Tak fajnie by było, gdyby… nie chodziło o Polskę. W Polsce jednak każdy pomysł po prostu musi być doprowadzony do absurdu, wypaczony i ośmieszony.
W tym przypadku - każdy kto ma lub miał do czynienie z obecnym bezrobociem – (oprócz dyrektora i pracowników PUP kompletnie tego nie rozumiejących) – wie, że dla wszystkich, albo co najmniej znakomitej większości tych powyżej wymienionych przypadków, dla bezrobotnych pozostających w powyżej opisanej sytuacji - zachodzą następujące okoliczności: podstawowym i najczęściej występującym bezpośrednim powodem niemożności uzyskania zatrudnienia – jest brak prawa jazdy, nieznajomość choćby jednego języka obcego w stopniu choćby podstawowym, komunikatywnych i ogólnym.
Jednocześnie - najczęściej osoby wcześniej wymienione nie posiadają już własnych zasobów finansowych na komercyjne, w pełni płatne szkolenia.
Szczególnie dotyczy to bezrobotnych do 26 roku życia, po 50 roku życia i bezrobotnych długotrwale.
Oczekiwanie prawa jazdy na samochód osobowy jest najpowszechniej dziś występującym warunkiem stawianym kandydatom do zatrudnienia. A wbrew pozorom najczęściej nie ma to nic wspólnego z treścią oferty, charakterem pracy itp. Nie chodzi nawet o to, że coraz częściej widzi się oferty z których wynika, że pracodawca oczekuje od kandydata do pracy używania prywatnego samochodu osobowego do wykonywania pracy, na potrzeby jego działalności gospodarczej, beż najmniejszej wzmianki o wylizingowaniu pojazdu od pracownika, rekompensacie zużycia pojazdu czy nawet kosztów paliwa. W wielu przypadkach wymóg prawa jazdy podawany przez „buraczanego” pracodawcę jest tak absurdalny, trudny do wyjaśnienia w powiązaniu z ofertą pracy, że zainteresowali się tym dziennikarze, prosząc kilku ogłoszeniodawców o jego uzasadnienie merytoryczne. Wówczas następowało zdziwienie, rozpaczliwe poszukiwanie możliwości jakiegokolwiek uzasadnienia którego nie było… a w jednym przypadku pracodawca stwierdził dobitnie, że co prawda wymóg posiadania prawa jazdy nie ma rzeczywiście żadnego uzasadnienia w proponowanej przez niego pracy, ale on uważa po prostu posiadanie prawa jazdy na dowód „odpowiedniego” poziomu rozwoju osobistego i kultury człowieka i tylko z takimi kandydatami chce rozmawiać o zatrudnieniu (chodziło o proste prace fizyczne).
Także powszechny staje się wymóg posiadania podstawowych kompetencji językowych, czemu towarzyszy stała „makaronizacja” języka polskiego mimo jego rzekomej ustawowej ochrony. Niestety młodzież do 26 roku życia oraz osoby po 50 roku życia często tej umiejętności nie posiadają. Osoby młode mogą ją posiadać, lecz jeszcze w zbyt niskim stopniu (szkolnym), a starsze - w już zbyt niskim stopniu, co wymaga szkolenia uzupełniającego.
W chwili obecnej nauka języka obcego doprowadzająca do uzyskania podstawowego certyfikatu jest wyłącznie domeną zamkniętego biznesu, odbywa się wyłącznie na zasadach komercyjnych (odpłatnie). Dokładnie tak samo jest z kursami prowadzącymi do uzyskania prawa jazdy: to biznes. Nie jest to objęte żadną pomocą PUP.
Wiele osób bezrobotnych i to zarówno młodych jak i z grupy „50+” ratowało się - staraniem się o pracę jako pracownik ochrony np. w dużych sklepach, hipermarketach itp. Jest to praca bardzo nisko płatna ( 5 – 7,5 zł/h), ale jest; można w przyszłości wykazać się jakąkolwiek pracą (stażem) a te 700 zł miesięcznie to także „więcej niż zero”. Coraz rzadziej jednak można uzyskać taką pracę bez kwalifikacji wynikających ze szkolenia specjalistycznego pracowników ochrony (kwalifikacje I stopnia).
Dlaczego ja to piszę?
Dlatego, nawiązując do tego co na wstępie - że Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie odmawia finansowania indywidualnych szkoleń na prawo jazdy, finansowania podstawowych kursów językowych a także finansowania szkoleń na kwalifikowanego pracownika ochrony. PUP nie przyjmuje nawet takich wniosków. Jednocześnie w planie szkoleń grupowych na rok 2012 opracowanych przez PUP nie ma ani szkoleń na prawo jazdy, ani kursów językowych ani szkoleń podstawowych dla pracowników ochrony.
Nieuchronnie prowadzi to do następujących wniosków:
1. Celem Urzędów Pracy nie jest skuteczne zmniejszenie stopy bezrobocia. Urzędy widocznie potrzebują bezrobocia dla uzasadnienia własnego istnienia, stanu zatrudnienia, budżetu na koszty działalności. Urzędy Pracy by istnieć muszą coś robić więc symulują działania "zmniejszające bezrobocie" ale tak by ono w żadnym przypadku nie zmalało w stopniu im zagrażającym.
2. Istnieje jakaś forma zmowy biznesowej, wyłączająca pewne obszary biznesowe z innych działań a już szczególnie z działań pomocowych, nieodpłatnych. Dlatego zrobić prawo jazdy oraz uczyć się języka obcego można w Polsce wyłącznie odpłatnie a jednocześnie powszechne i nie zawsze uzasadnione wymagania pracodawców wobec kandydatów - napędzają ten interes.
To oczywiście moje prywatne, nieco przewrotne wnioski, być może nieco prowokacyjne, ale jedyne jakie mi przychodzą do głowy i posiadają przy tym znamiona pewnej logiczności. Logiczność która powinna stać się przedmiotem zainteresowania właściwych instytucji kontrolnych.
To jedna z usług (!) jakie świadczą dla ludności Powiatowe Urzędy Pracy, wynikających z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Bo Urzędy Pracy są instytucjami usługowymi. Polega ona na tym, że PUP (starosta) może skierować bezrobotnego na jego indywidualny wniosek, na szkolenie wskazane przez bezrobotnego a nieujęte w planie organizacji szkoleń grupowych opracowanym przez PUP na dany rok – jeśli wnioskodawca wykaże i wiarygodnie uzasadni celowość tego szkolenia, dla uzyskania przez niego zatrudnienia. Koszt takiego szkolenia nie może przekroczyć w ciągu roku równowartości 300% przeciętnego wynagrodzenia.
Wiarygodnym uzasadnieniem dla PUP jest oświadczenie na piśmie konkretnego pracodawcy o zamiarze przyjęcia do pracy bezrobotnego – wnioskodawcy, pod warunkiem ukończenia wskazanego szkolenia.
Innym uzasadnieniem może być złożenie przez bezrobotnego oświadczenia o zamiarze podjęcia konkretnej (opisanej we wniosku) działalności gospodarczej z własnych środków, po ukończeniu wskazanego szkolenia indywidualnego, jeśli ukończenie szkolenia jest warunkiem rozpoczęcia wspomnianej działalności.
Wniosek taki może osoba bezrobotna uzasadnić dokonaną przez siebie analizą zapotrzebowania na pracowników w danym zawodzie czy z danymi umiejętnościami jakie ma osiągnąć poprzez szkolenie o którego finansowanie się ubiega.
Warunkiem skierowania na takie szkolenie jest okres pozostawania w rejestrze bezrobotnych co najmniej 3 miesiące przed złożeniem wniosku, oraz spełnienie co najmniej jednego z warunków:
- bezrobotny w wieku do 26 lat;
- bezrobotny długotrwale, to znaczy co najmniej 12 miesięcy;
- bezrobotny po zakończeniu kontraktu socjalnego;
- kobieta, która nie podjęła pracy po urodzeniu dziecka;
- bezrobotny w wieku powyżej 50 lat;
- bezrobotny bez kwalifikacji zawodowych, bez wykształcenia średniego lub bez doświadczenia zawodowego;
- bezrobotny samotnie wychowujący dziecko (dzieci) w wieku do 18 roku życia;
- bezrobotny po odbyciu kary pozbawienie wolności;
- bezrobotny niepełnosprawny;
W zasadzie moglibyśmy tylko przyklasnąć, że istnieje i taka możliwość poprawienia swojej sytuacji na tak zwanym „rynku pracy”, i to możliwość wymagająca dużej determinacji i zaangażowania ze strony zainteresowanego. Trzeba jednak przyznać, że uzyskanie takiego oświadczenia pracodawcy przy obecnej nadwyżce podaży pracy nad popytem na nią - jest niezwykle mało prawdopodobne. Stwarza to sytuację po części fikcyjną.
Tak fajnie by było, gdyby… nie chodziło o Polskę. W Polsce jednak każdy pomysł po prostu musi być doprowadzony do absurdu, wypaczony i ośmieszony.
W tym przypadku - każdy kto ma lub miał do czynienie z obecnym bezrobociem – (oprócz dyrektora i pracowników PUP kompletnie tego nie rozumiejących) – wie, że dla wszystkich, albo co najmniej znakomitej większości tych powyżej wymienionych przypadków, dla bezrobotnych pozostających w powyżej opisanej sytuacji - zachodzą następujące okoliczności: podstawowym i najczęściej występującym bezpośrednim powodem niemożności uzyskania zatrudnienia – jest brak prawa jazdy, nieznajomość choćby jednego języka obcego w stopniu choćby podstawowym, komunikatywnych i ogólnym.
Jednocześnie - najczęściej osoby wcześniej wymienione nie posiadają już własnych zasobów finansowych na komercyjne, w pełni płatne szkolenia.
Szczególnie dotyczy to bezrobotnych do 26 roku życia, po 50 roku życia i bezrobotnych długotrwale.
Oczekiwanie prawa jazdy na samochód osobowy jest najpowszechniej dziś występującym warunkiem stawianym kandydatom do zatrudnienia. A wbrew pozorom najczęściej nie ma to nic wspólnego z treścią oferty, charakterem pracy itp. Nie chodzi nawet o to, że coraz częściej widzi się oferty z których wynika, że pracodawca oczekuje od kandydata do pracy używania prywatnego samochodu osobowego do wykonywania pracy, na potrzeby jego działalności gospodarczej, beż najmniejszej wzmianki o wylizingowaniu pojazdu od pracownika, rekompensacie zużycia pojazdu czy nawet kosztów paliwa. W wielu przypadkach wymóg prawa jazdy podawany przez „buraczanego” pracodawcę jest tak absurdalny, trudny do wyjaśnienia w powiązaniu z ofertą pracy, że zainteresowali się tym dziennikarze, prosząc kilku ogłoszeniodawców o jego uzasadnienie merytoryczne. Wówczas następowało zdziwienie, rozpaczliwe poszukiwanie możliwości jakiegokolwiek uzasadnienia którego nie było… a w jednym przypadku pracodawca stwierdził dobitnie, że co prawda wymóg posiadania prawa jazdy nie ma rzeczywiście żadnego uzasadnienia w proponowanej przez niego pracy, ale on uważa po prostu posiadanie prawa jazdy na dowód „odpowiedniego” poziomu rozwoju osobistego i kultury człowieka i tylko z takimi kandydatami chce rozmawiać o zatrudnieniu (chodziło o proste prace fizyczne).
Także powszechny staje się wymóg posiadania podstawowych kompetencji językowych, czemu towarzyszy stała „makaronizacja” języka polskiego mimo jego rzekomej ustawowej ochrony. Niestety młodzież do 26 roku życia oraz osoby po 50 roku życia często tej umiejętności nie posiadają. Osoby młode mogą ją posiadać, lecz jeszcze w zbyt niskim stopniu (szkolnym), a starsze - w już zbyt niskim stopniu, co wymaga szkolenia uzupełniającego.
W chwili obecnej nauka języka obcego doprowadzająca do uzyskania podstawowego certyfikatu jest wyłącznie domeną zamkniętego biznesu, odbywa się wyłącznie na zasadach komercyjnych (odpłatnie). Dokładnie tak samo jest z kursami prowadzącymi do uzyskania prawa jazdy: to biznes. Nie jest to objęte żadną pomocą PUP.
Wiele osób bezrobotnych i to zarówno młodych jak i z grupy „50+” ratowało się - staraniem się o pracę jako pracownik ochrony np. w dużych sklepach, hipermarketach itp. Jest to praca bardzo nisko płatna ( 5 – 7,5 zł/h), ale jest; można w przyszłości wykazać się jakąkolwiek pracą (stażem) a te 700 zł miesięcznie to także „więcej niż zero”. Coraz rzadziej jednak można uzyskać taką pracę bez kwalifikacji wynikających ze szkolenia specjalistycznego pracowników ochrony (kwalifikacje I stopnia).
Dlaczego ja to piszę?
Dlatego, nawiązując do tego co na wstępie - że Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie odmawia finansowania indywidualnych szkoleń na prawo jazdy, finansowania podstawowych kursów językowych a także finansowania szkoleń na kwalifikowanego pracownika ochrony. PUP nie przyjmuje nawet takich wniosków. Jednocześnie w planie szkoleń grupowych na rok 2012 opracowanych przez PUP nie ma ani szkoleń na prawo jazdy, ani kursów językowych ani szkoleń podstawowych dla pracowników ochrony.
Nieuchronnie prowadzi to do następujących wniosków:
1. Celem Urzędów Pracy nie jest skuteczne zmniejszenie stopy bezrobocia. Urzędy widocznie potrzebują bezrobocia dla uzasadnienia własnego istnienia, stanu zatrudnienia, budżetu na koszty działalności. Urzędy Pracy by istnieć muszą coś robić więc symulują działania "zmniejszające bezrobocie" ale tak by ono w żadnym przypadku nie zmalało w stopniu im zagrażającym.
2. Istnieje jakaś forma zmowy biznesowej, wyłączająca pewne obszary biznesowe z innych działań a już szczególnie z działań pomocowych, nieodpłatnych. Dlatego zrobić prawo jazdy oraz uczyć się języka obcego można w Polsce wyłącznie odpłatnie a jednocześnie powszechne i nie zawsze uzasadnione wymagania pracodawców wobec kandydatów - napędzają ten interes.
To oczywiście moje prywatne, nieco przewrotne wnioski, być może nieco prowokacyjne, ale jedyne jakie mi przychodzą do głowy i posiadają przy tym znamiona pewnej logiczności. Logiczność która powinna stać się przedmiotem zainteresowania właściwych instytucji kontrolnych.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
biznes,
dofinansowanie,
interes,
Kosiniak-Kamysz,
licencja,
nauka języków,
pbaranowski,
pomoc,
praca,
prawo jazdy,
PUP,
szkolenia,
Tusk,
urząd pracy,
zatrudnienie,
zmowa
08/02/2012
28.
Rozpoczęły się kolejne „działania pozorowane” w Urzędach Pracy.
Można mieć uwagi do większości szczegółowych rozwiązań i pomysłów dotyczących pracy, lecz jest to o tyle daremne, że – jak niegdyś każdą dyskusję na dowolny temat kończył argument o „przewodniej roli Partii”, tak dziś wszystko rozbija się o idiotyczną ustawę stworzoną przez ludzi nie mających pojęcia - co robią, czyli tak zwany „Sejm” tak zwanej „Rzeczypospolitej”. Przykro to pisać ale jeszcze bardziej przykro czasem przyznać się do bycie Polakiem, gdy w „Sejmie” produkuje się knot za knotem a jednocześnie kwitnie tam pozerstwo, narcyzm, jajcarstwo, załatwianie własnych interesów, rozrost sitwy, nieustający spektakl wzajemnego obrażania się i przepraszania.
Oczywiście to jedno z możliwych wyjaśnień. Jest przesadne bo jest emocjonalne, a to z kolei - gdyż dotyczy dramatycznego stanu najbardziej istotnych dla człowieka spraw. Niektórzy coraz częściej widzą tu nie nieudolność a celowe i świadome działanie antyspołeczne, związane z jakimś dziewiętnastowiecznym pojmowaniem kapitalizmu i mechanizmów jego rozwoju. To oddzielny temat niewątpliwie wart rozważenia, zanim doprowadzi to do wybuchu społecznego na miarę tzw. "wariantu rumuńskiego".
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, bo o niej tu piszę, także jest knotem legislacyjnym, zawierającym abstrakcyjne pomysły ludzi nie mających pojęcia o realiach w tej sprawie, ludzi dla których sprawy bezrobocia są właśnie pełną abstrakcją - tonącą w „oparach” bełkotu medialnego, stereotypów, nienawistnej lub po prostu durnej gadaniny różnych mędrków ludowych albo agentów celowo wprowadzających zamieszanie na polecenie swoich mocodawców ze służb, wywiadów i grup lobbingowych.
Ustawa wymaga natychmiastowej zmiany, zarówno doraźnie – na czas nasilonego kryzysu i ogromnego bezrobocia, jak i systemowo. Musi być zmieniony cały system działania tak zwanych „służb zatrudnienia”, które dziś służą wyłącznie sobie, „kaście” urzędniczej oraz drobnym i cwanym przedsiębiorcom żerującym na tym systemie kosztem bezrobotnych.
Dochodzi już pierwsza dekada lutego. Urzędy Pracy powoli budzą się z letargu w jakim tkwiły od miesięcy w oczekiwaniu na swój tegoroczny budżet. Ukazują się pierwsze ogłoszenia o przetargach. Upubliczniane są plany szkoleń. Niestety obawiam się, że znowu pieniądze z okrojonego przez zdziczałego ministra finansów budżetu Urzędów Pracy wystarczą na niewielką symulację jedynie tych wszystkich działań, jakie powinny być podjęte, by uzyskać odczuwalny skutek. Niestety rok bieżący zapowiada się kolejnym rokiem pozorowania walki z bezrobociem, poprzez uparte i bezmyślne wdrażanie abstrakcyjnych rozwiązań obowiązującej, durnej ustawy. Pytanie; jakie negatywne skutki to wywoła, jakie dramaty na skalę społeczną. Pytanie, czy istnieją ośrodki rejestrujące rzeczywiste skutki tych działań rządu PO z punktu widzenia interesu społecznego, losów ludzi – by to wykorzystać jako przyszłe dowody oskarżenia przed Trybunałem Stanu.
Zastanówmy się, co Urzędy Pracy maja do zaproponowania a więc, co przewiduje wspomniana ustawa.
Staże dla osób bezrobotnych.
Staże są rodzajem krótkoterminowego zatrudnienia dotowanego w całości przez Urząd Pracy. Przede wszystkim należy kategorycznie zaprzeczyć, by jakikolwiek bezrobotny był kierowany przez Urząd Pracy na taki staż. Urzędy Pracy w ogóle nie dają nikomu ani propozycji pracy, ani też propozycji jakichkolwiek innych działań z zakresu instrumentów będących w ich dyspozycji. Zachowują się całkowicie biernie. Biernie i niechętnie. O skierowanie na taki staż trzeba walczyć, to znaczy starać się, domagać się zdecydowanie, pisać wnioski, podania i odwołania. To oczywiście w przypadku, gdy inicjatywa należy do osoby bezrobotnej. Niestety wprowadzono i taką możliwość, że dana instytucja czy pracodawca nie tylko chce zorganizować staż dla bezrobotnego, ale chce to zrobić dla konkretnej, wskazanej przez siebie osoby. Zdecydowanie wypaczyło to ideę oraz utrudniło osobom zarejestrowanym w PUP dostęp do tej pomocy, ponieważ większość staży stała się de facto ofertą zamkniętą, skierowaną do konkretnych osób spoza rejestru bezrobotnych, osób które rejestrowały się w PUP wyłącznie po to by skorzystać ze zorganizowanego specjalnie dla nich stażu. Staż odbywały więc osoby w zasadzie nie będące bezrobotnymi, to znaczy spełniające warunki uzyskania statusu, ale takie które nie były wcześniej zarejestrowane i nigdy by się nie rejestrowały jako bezrobotne gdyby nie wymogi formalne by skorzystać z w pełni dotowanego zatrudnienia. Z tego powodu staże miały absolutnie minimalny wpływ na wielkość bezrobocia rejestrowanego.
Jest tu i inny czynnik decydujący o braku skuteczności tego instrumentu.
Organizator stażu ma do zyskania darmowego pracownika. Darmowego to znaczy w pełni opłacanego z Funduszu Pracy, nic pracodawcę nie kosztującego a wykonującego konkretną pracę przez okres nawet sześciu miesięcy. Dlatego jest sporo chętnych a środki z Funduszu Pracy są ograniczone, i z tego powodu przyznanie prawa zatrudnienia stażysty odbywa się na zasadzie konkursu pracodawców. Istnieją tu konkretne i dla wszystkich jednakowe kryteria punktacji. istnieje też minimum punktów po przekroczeniu którego dopiero określa się ilość stażystów i czas trwania ich stażu. Niektóre instytucje występują o stażystów wręcz masowo, bo wykonując sporą część prostych prac na koszt Funduszu Pracy – oszczędzają na własnych budżetach. Głównie dotyczy to Urzędów Miejskich, Urzędów Marszałkowskich, ZUS-u, uczelni wyższych.
Decydującą ilość punktów w tymże konkursie pracodawca uzyskuje za deklarację chęci zatrudnienia stażysty po zakończeniu stażu. Preferowany jest staż jako forma przygotowania dla siebie nowego pracownika, którego niejako na koszt FP można sprawdzić i przyuczyć, ale po to by go następnie zatrudnić po zakończeniu stażu. Niektóre firmy tak się wyspecjalizowały, że wygrywają te konkursy pomimo braku deklaracji dalszego zatrudnienia stażysty. Ma to pewien potencjalny zysk, gdyż aktywizuje osobę wcześniej bezczynną na kilka miesięcy trwania stażu, daje jej doświadczenie praktyczne. Miałoby to znaczenie, gdyby pośrednicy pracy podczas trwania stażu poszukiwali dla tej konkretnej osoby innej oferty zatrudnienia i natychmiast po zakończeniu takiego stażu (po którym organizator nie zatrzymał stażysty u siebie), kierowali tę osobę bezrobotną do konkretnego innego pracodawcy, na przykład na prace interwencyjne (w połowie już tylko dotowane), albo po prostu - do zatrudnienia. Tak jednak nie jest, dlatego po takim stażu bezrobotny powraca do rejestru i po kilku miesiącach następującej bezczynności spowodowanej brakiem ofert, cały pozytywny efekt osiągnięty dzięki stażowi na koszt Funduszu Pracy – marnuje się. Bezrobotny znów traci wiarę we własna wartość, w swoje możliwości i umiejętności.
Staż dla osoby bezrobotnej jako idea jest więc wypaczany w praktyce jego stosowania. Możliwość wskazania imiennie konkretnej osoby dla której staż jest organizowany otwiera oczywiście ogromne pole dla nepotyzmu, prywaty, „kolesiostwa”, „załatwiactwa” – co ma niewiele wspólnego z rejestrem bezrobotnych oraz rynkiem pracy.
Niektóre firmy wprost i bezczelnie wykorzystują to, że bezrobotni czasem są w tak trudnej sytuacji materialnej iż nie tylko zgadzają się na „fikcyjność” stażu ale nawet współpracują w tym z nieuczciwymi pracodawcami. Staż ma mieć głównie funkcję przyuczenia, przypomnienia, uaktualnienia wiedzy zawodowej, także wprowadzenia w normalny rytm obowiązków, punktualności, wydajnej pracy z możliwym do sprawdzenia efektem itp. Najlepiej gdyby staże były stosowane przede wszystkim po szkoleniach grupowych lub indywidualnych lub wobec osób o stosunkowo krótkiej przerwie w pracy oraz posiadających w danej pracy jakieś wcześniejsze doświadczenie. Również w przypadku przekwalifikowania dostosowującego umiejętności bezrobotnego do potrzeb rynku choć z zachowaniem jego indywidualnych potrzeb i preferencji – staż powinien mieć charakter praktyki w zawodzie, będącej przedłużeniem szkolenia. Niestety część pracodawców pragnie przede wszystkim zaspokoić własne zapotrzebowanie na darmowych (z ich punktu widzenia) pracowników i – jak jeden z wielkich sklepów branży budowlanej – sadza stażystę na kilka miesięcy do pracy na stanowisku np. fakturzysty, zajmującego się wyłącznie wystawianiem klientom faktur na podstawie paragonu sprzedaży, po czym sporządza fikcyjne sprawozdania ze stażu (w których podaje wiele prac i stanowisk na jakich rzekomo stażysta pracował) a stażysta - zadowolony z otrzymywania dzięki temu przez wiele miesięcy stypendium z Funduszu Pracy – sprawozdanie takie akceptuje i przedstawia w Urzędzie jako prawdziwe. Efekt tego więc, prócz zmarnowania sporej kwoty w Funduszu Pracy – jest mizerny, gdyż taki stażysta powraca po prostu do rejestru osób bezrobotnych.
Z kolei w przypadku gdy pracodawca wygrał konkurs na przyznanie stażysty dzięki punktom otrzymanym za deklarację późniejszego jego zatrudnienia, a deklaracji tej nie zrealizował – początkowo nie ponosił za to żadnych konsekwencji a ostatnio jedyną konsekwencją jest wykluczenie z kolejnych konkursów na organizację stażu, co może jest sprawiedliwe ale pomniejsza szansę bezrobotnych na odbycie stażu.
Staże zupełnie nie sprawdzają się w przypadku osób w wieku powyżej 50 lat, gdyż osób tych pracodawcy – czy po stażu czy też bez niego – nie chcą z niewiadomych powodów zatrudniać. Wydają się one dobrym rozwiązaniem głównie dla ludzi młodych, absolwentów nie posiadających jeszcze doświadczenia zawodowego oraz dla osób przekwalifikowanych z powodów strukturalnego charakteru bezrobocia.
W takim systemie pracy tak zwanych „służb zatrudnienia” jaki obserwujemy obecnie, staże są po prostu działaniem pozornym, straszliwym marnotrawstwem środków, instrumentem bardzo nieskutecznym, elementem marnotrawstwa pieniędzy publicznych i środków unijnych (gdyż niektóre staże są finansowane z EFS a nie z FP). Powodem tego jest bylejakość postawy pracowników PUP, brak całościowego systemu nastawionego na realne zmniejszenie bezrobocia, fikcyjność działań, brak wyobraźni, brak systemowego uzależnienia oceny pracy PSZ od rzeczywistych efektów. Urząd Pracy ma po prostu „robić” a nie „zrobić” ; ma wydać pieniądze (zrealizować budżet) a nie osiągnąć coś konkretnego za pomocą tych wydanych pieniędzy.
Czasem odnosi się wrażenie, że nikomu w tym kraju nie zależy na zmniejszeniu bezrobocia a może nawet wręcz odwrotnie; zależy na utrzymaniu go na poziomie na tyle wysokim, aby usprawiedliwiał stan zatrudnienia w samych Urzędach Pracy i wielkość środków kierowanych na finansowanie samych „służb zatrudnienia” niezależnie od efektów ich pracy.
Oczywiście to jedno z możliwych wyjaśnień. Jest przesadne bo jest emocjonalne, a to z kolei - gdyż dotyczy dramatycznego stanu najbardziej istotnych dla człowieka spraw. Niektórzy coraz częściej widzą tu nie nieudolność a celowe i świadome działanie antyspołeczne, związane z jakimś dziewiętnastowiecznym pojmowaniem kapitalizmu i mechanizmów jego rozwoju. To oddzielny temat niewątpliwie wart rozważenia, zanim doprowadzi to do wybuchu społecznego na miarę tzw. "wariantu rumuńskiego".
Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, bo o niej tu piszę, także jest knotem legislacyjnym, zawierającym abstrakcyjne pomysły ludzi nie mających pojęcia o realiach w tej sprawie, ludzi dla których sprawy bezrobocia są właśnie pełną abstrakcją - tonącą w „oparach” bełkotu medialnego, stereotypów, nienawistnej lub po prostu durnej gadaniny różnych mędrków ludowych albo agentów celowo wprowadzających zamieszanie na polecenie swoich mocodawców ze służb, wywiadów i grup lobbingowych.
Ustawa wymaga natychmiastowej zmiany, zarówno doraźnie – na czas nasilonego kryzysu i ogromnego bezrobocia, jak i systemowo. Musi być zmieniony cały system działania tak zwanych „służb zatrudnienia”, które dziś służą wyłącznie sobie, „kaście” urzędniczej oraz drobnym i cwanym przedsiębiorcom żerującym na tym systemie kosztem bezrobotnych.
Dochodzi już pierwsza dekada lutego. Urzędy Pracy powoli budzą się z letargu w jakim tkwiły od miesięcy w oczekiwaniu na swój tegoroczny budżet. Ukazują się pierwsze ogłoszenia o przetargach. Upubliczniane są plany szkoleń. Niestety obawiam się, że znowu pieniądze z okrojonego przez zdziczałego ministra finansów budżetu Urzędów Pracy wystarczą na niewielką symulację jedynie tych wszystkich działań, jakie powinny być podjęte, by uzyskać odczuwalny skutek. Niestety rok bieżący zapowiada się kolejnym rokiem pozorowania walki z bezrobociem, poprzez uparte i bezmyślne wdrażanie abstrakcyjnych rozwiązań obowiązującej, durnej ustawy. Pytanie; jakie negatywne skutki to wywoła, jakie dramaty na skalę społeczną. Pytanie, czy istnieją ośrodki rejestrujące rzeczywiste skutki tych działań rządu PO z punktu widzenia interesu społecznego, losów ludzi – by to wykorzystać jako przyszłe dowody oskarżenia przed Trybunałem Stanu.
Zastanówmy się, co Urzędy Pracy maja do zaproponowania a więc, co przewiduje wspomniana ustawa.
Staże dla osób bezrobotnych.
Staże są rodzajem krótkoterminowego zatrudnienia dotowanego w całości przez Urząd Pracy. Przede wszystkim należy kategorycznie zaprzeczyć, by jakikolwiek bezrobotny był kierowany przez Urząd Pracy na taki staż. Urzędy Pracy w ogóle nie dają nikomu ani propozycji pracy, ani też propozycji jakichkolwiek innych działań z zakresu instrumentów będących w ich dyspozycji. Zachowują się całkowicie biernie. Biernie i niechętnie. O skierowanie na taki staż trzeba walczyć, to znaczy starać się, domagać się zdecydowanie, pisać wnioski, podania i odwołania. To oczywiście w przypadku, gdy inicjatywa należy do osoby bezrobotnej. Niestety wprowadzono i taką możliwość, że dana instytucja czy pracodawca nie tylko chce zorganizować staż dla bezrobotnego, ale chce to zrobić dla konkretnej, wskazanej przez siebie osoby. Zdecydowanie wypaczyło to ideę oraz utrudniło osobom zarejestrowanym w PUP dostęp do tej pomocy, ponieważ większość staży stała się de facto ofertą zamkniętą, skierowaną do konkretnych osób spoza rejestru bezrobotnych, osób które rejestrowały się w PUP wyłącznie po to by skorzystać ze zorganizowanego specjalnie dla nich stażu. Staż odbywały więc osoby w zasadzie nie będące bezrobotnymi, to znaczy spełniające warunki uzyskania statusu, ale takie które nie były wcześniej zarejestrowane i nigdy by się nie rejestrowały jako bezrobotne gdyby nie wymogi formalne by skorzystać z w pełni dotowanego zatrudnienia. Z tego powodu staże miały absolutnie minimalny wpływ na wielkość bezrobocia rejestrowanego.
Jest tu i inny czynnik decydujący o braku skuteczności tego instrumentu.
Organizator stażu ma do zyskania darmowego pracownika. Darmowego to znaczy w pełni opłacanego z Funduszu Pracy, nic pracodawcę nie kosztującego a wykonującego konkretną pracę przez okres nawet sześciu miesięcy. Dlatego jest sporo chętnych a środki z Funduszu Pracy są ograniczone, i z tego powodu przyznanie prawa zatrudnienia stażysty odbywa się na zasadzie konkursu pracodawców. Istnieją tu konkretne i dla wszystkich jednakowe kryteria punktacji. istnieje też minimum punktów po przekroczeniu którego dopiero określa się ilość stażystów i czas trwania ich stażu. Niektóre instytucje występują o stażystów wręcz masowo, bo wykonując sporą część prostych prac na koszt Funduszu Pracy – oszczędzają na własnych budżetach. Głównie dotyczy to Urzędów Miejskich, Urzędów Marszałkowskich, ZUS-u, uczelni wyższych.
Decydującą ilość punktów w tymże konkursie pracodawca uzyskuje za deklarację chęci zatrudnienia stażysty po zakończeniu stażu. Preferowany jest staż jako forma przygotowania dla siebie nowego pracownika, którego niejako na koszt FP można sprawdzić i przyuczyć, ale po to by go następnie zatrudnić po zakończeniu stażu. Niektóre firmy tak się wyspecjalizowały, że wygrywają te konkursy pomimo braku deklaracji dalszego zatrudnienia stażysty. Ma to pewien potencjalny zysk, gdyż aktywizuje osobę wcześniej bezczynną na kilka miesięcy trwania stażu, daje jej doświadczenie praktyczne. Miałoby to znaczenie, gdyby pośrednicy pracy podczas trwania stażu poszukiwali dla tej konkretnej osoby innej oferty zatrudnienia i natychmiast po zakończeniu takiego stażu (po którym organizator nie zatrzymał stażysty u siebie), kierowali tę osobę bezrobotną do konkretnego innego pracodawcy, na przykład na prace interwencyjne (w połowie już tylko dotowane), albo po prostu - do zatrudnienia. Tak jednak nie jest, dlatego po takim stażu bezrobotny powraca do rejestru i po kilku miesiącach następującej bezczynności spowodowanej brakiem ofert, cały pozytywny efekt osiągnięty dzięki stażowi na koszt Funduszu Pracy – marnuje się. Bezrobotny znów traci wiarę we własna wartość, w swoje możliwości i umiejętności.
Staż dla osoby bezrobotnej jako idea jest więc wypaczany w praktyce jego stosowania. Możliwość wskazania imiennie konkretnej osoby dla której staż jest organizowany otwiera oczywiście ogromne pole dla nepotyzmu, prywaty, „kolesiostwa”, „załatwiactwa” – co ma niewiele wspólnego z rejestrem bezrobotnych oraz rynkiem pracy.
Niektóre firmy wprost i bezczelnie wykorzystują to, że bezrobotni czasem są w tak trudnej sytuacji materialnej iż nie tylko zgadzają się na „fikcyjność” stażu ale nawet współpracują w tym z nieuczciwymi pracodawcami. Staż ma mieć głównie funkcję przyuczenia, przypomnienia, uaktualnienia wiedzy zawodowej, także wprowadzenia w normalny rytm obowiązków, punktualności, wydajnej pracy z możliwym do sprawdzenia efektem itp. Najlepiej gdyby staże były stosowane przede wszystkim po szkoleniach grupowych lub indywidualnych lub wobec osób o stosunkowo krótkiej przerwie w pracy oraz posiadających w danej pracy jakieś wcześniejsze doświadczenie. Również w przypadku przekwalifikowania dostosowującego umiejętności bezrobotnego do potrzeb rynku choć z zachowaniem jego indywidualnych potrzeb i preferencji – staż powinien mieć charakter praktyki w zawodzie, będącej przedłużeniem szkolenia. Niestety część pracodawców pragnie przede wszystkim zaspokoić własne zapotrzebowanie na darmowych (z ich punktu widzenia) pracowników i – jak jeden z wielkich sklepów branży budowlanej – sadza stażystę na kilka miesięcy do pracy na stanowisku np. fakturzysty, zajmującego się wyłącznie wystawianiem klientom faktur na podstawie paragonu sprzedaży, po czym sporządza fikcyjne sprawozdania ze stażu (w których podaje wiele prac i stanowisk na jakich rzekomo stażysta pracował) a stażysta - zadowolony z otrzymywania dzięki temu przez wiele miesięcy stypendium z Funduszu Pracy – sprawozdanie takie akceptuje i przedstawia w Urzędzie jako prawdziwe. Efekt tego więc, prócz zmarnowania sporej kwoty w Funduszu Pracy – jest mizerny, gdyż taki stażysta powraca po prostu do rejestru osób bezrobotnych.
Z kolei w przypadku gdy pracodawca wygrał konkurs na przyznanie stażysty dzięki punktom otrzymanym za deklarację późniejszego jego zatrudnienia, a deklaracji tej nie zrealizował – początkowo nie ponosił za to żadnych konsekwencji a ostatnio jedyną konsekwencją jest wykluczenie z kolejnych konkursów na organizację stażu, co może jest sprawiedliwe ale pomniejsza szansę bezrobotnych na odbycie stażu.
Staże zupełnie nie sprawdzają się w przypadku osób w wieku powyżej 50 lat, gdyż osób tych pracodawcy – czy po stażu czy też bez niego – nie chcą z niewiadomych powodów zatrudniać. Wydają się one dobrym rozwiązaniem głównie dla ludzi młodych, absolwentów nie posiadających jeszcze doświadczenia zawodowego oraz dla osób przekwalifikowanych z powodów strukturalnego charakteru bezrobocia.
W takim systemie pracy tak zwanych „służb zatrudnienia” jaki obserwujemy obecnie, staże są po prostu działaniem pozornym, straszliwym marnotrawstwem środków, instrumentem bardzo nieskutecznym, elementem marnotrawstwa pieniędzy publicznych i środków unijnych (gdyż niektóre staże są finansowane z EFS a nie z FP). Powodem tego jest bylejakość postawy pracowników PUP, brak całościowego systemu nastawionego na realne zmniejszenie bezrobocia, fikcyjność działań, brak wyobraźni, brak systemowego uzależnienia oceny pracy PSZ od rzeczywistych efektów. Urząd Pracy ma po prostu „robić” a nie „zrobić” ; ma wydać pieniądze (zrealizować budżet) a nie osiągnąć coś konkretnego za pomocą tych wydanych pieniędzy.
Czasem odnosi się wrażenie, że nikomu w tym kraju nie zależy na zmniejszeniu bezrobocia a może nawet wręcz odwrotnie; zależy na utrzymaniu go na poziomie na tyle wysokim, aby usprawiedliwiał stan zatrudnienia w samych Urzędach Pracy i wielkość środków kierowanych na finansowanie samych „służb zatrudnienia” niezależnie od efektów ich pracy.
Etykiety:
barbarzyństwo,
Ewa Kopacz,
gospodarka,
Kosiniak-Kamysz,
liberalizm,
pasożytnictwo,
PO,
premier,
PUP,
rynek pracy,
staże,
szkolenia,
Tusk,
władza,
zasiłki
26/12/2011
18.
Chory kraj… Polska.
Twierdziłem w kilku wcześniejszych felietonach, że głównym - moim zdaniem oczywiście - powodem sporego zainteresowania pieniędzmi ze składek przedsiębiorców, będącymi w dyspozycji Funduszu Pracy oraz pieniędzy z funduszy unijnych przeznaczonych na walkę z bezrobociem – jest możliwość zarobienia na samym fakcie uruchomienia i wykorzystania tych funduszy.
Po prostu; tam gdzie jest jakiś przepływ pieniędzy, tam pojawiają się „zainteresowani”, zwracający uwagę jedynie na to, co ewentualnie może dla nich przy okazji „skapnąć”…
Nie będę ukrywał, że uważam to za ohydne, niegodne, podłe, małostkowe, prostackie i barbarzyńskie.
Tak jak pojawienie się „nadzianego gościa” w okolicy stawia w stan ekscytacji wszystkie okoliczne jawne i ciche „amatorki”, doskonale wiedzące o tym, że tam gdzie jest dużo pieniędzy – łatwiej o ich wydawanie „na przyjemności” a i kwoty bywają „umownie atrakcyjne” – tak i pojawienie się pieniędzy z Europejskiego Funduszu Społecznego i funduszy przeznaczonych na zmniejszanie skutków bezrobocia, przyciągnęło osoby o podobnej mentalności, sposobie myślenia… tym razem odniesionego jednak do "biznesu".
Pisałem o tym choćby we wcześniejszym tekście pt. „Pasożytowanie na funduszach przeznaczonych dla bezrobotnych”.
Obecnie, gdy pieniądze Funduszu Pracy zostały w równie barbarzyński sposób „zamrożone” przez ministra rządu PO - Vincenta Rostowskiego, całkowicie znikły jakiekolwiek oferty zorganizowanej działalności typu szkoleniowego lub dotowania zatrudnienia – co bezpośrednio dowodzi trafności mojego wcześniejszego spostrzeżenia. Nie chodziło o ludzi, o egzystencję dwóch milionów obywateli w wieku produkcyjnym, pozbawionych obecnie możliwości pracy zarobkowej. Chodziło o przepływ „łatwego” pieniądza i możliwość „uszczknięcia” z niego pod pozorem pomocy, ale w rzeczywistości tak, aby nie pomóc a tym samym nie zlikwidować tej „żyły złota”, jaką dla nieuczciwych jest bezrobocie; oczywiście bezrobocie innych. Była szansa na "biznes szkoleniowy" dlatego jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różne instytucje "szkoleniowe"...
Z jakiegoś powodu zaczęło opłacać się zakładanie "Agencji zatrudnienia", to też masowo one zaczęły powstawać, a nawet firmy od dawna zajmujące się zupełnie czym innym, stawały się także zarejestrowanymi agencjami pracy, które... nikomu pracy nie załatwiały, może kilka osób rocznie, byle tylko spełnić minimum wymogów rejestracyjnych... mieć co napisać w obowiązkowym sprawozdaniu.
W powiatowych Urzędach Pracy panuje całkowity marazm. W okresie kwiecień – czerwiec skończyły się pieniądze na działalność inną niż wypłacanie zasiłków nielicznym „szczęściarzom”, fundusze na działania na rynku pracy - radykalnie obcięte (o 70% w stosunku do roku ubiegłego) przez rząd Donalda Tuska. Ludzie pozbawieni pracy zostali praktycznie bez pomocy...
Sytuacja staje się dramatyczna. Pocieszające jest, że dzięki owemu „zamrożeniu” – przynajmniej pieniądze te jeszcze są, jeszcze nie zostały zmarnowane na fikcyjne, nic nie dające osobom pozbawionym pracy – działania.
Wydaje się, że ich ponowne udostępnienie jest sprawą kilku decyzji; kiedy je uruchomić i czym je zastąpić - w działaniach ukrywających faktyczny stan długu publicznego państwa. Wiadomo przecież, że zablokowanie pieniędzy pracodawców (ze składek) stanowiących Fundusz Pracy przeznaczony na walkę z bezrobociem, miało służyć biurokratycznemu poprawieniu statystyk finansowych Polski w ocenie unijnych instytucji kontrolnych. Ratuje się finanse państwa kosztem tych najsłabszych, najbiedniejszych, tym których to państwo doprowadziło do takiej sytuacji i którym można pomóc - gdyby ktoś rzeczywiście chciał.
Aby to miało sens, musi nastąpić bardzo szybka nowelizacja ustawy „O promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Nowelizacja aktualizująca „instrumenty rynku pracy” oraz sposoby oceny ich skuteczności. Dotychczasowe instrumenty "nie zagrały", zostały wypaczone, użyte do niewłaściwych celów.
Obecna sytuacja zaskoczyła wiele „instytucji szkoleniowych”, które dotychczas pozorowały pomoc dla bezrobotnych – nieźle sobie przy tym żyjąc. Obecnie nie ma żadnych programów przekwalifikowań ani szkoleń dla osób niezatrudnionych. Tego typu instytucje, prowadzące szkolenia w roku bieżącym – mają ogromne kłopoty ze spełnieniem wymogu ich skuteczności; wymogu, jaki pojawił się już po zaplanowaniu tych działań i nie był w planach uwzględniony. Bo jeszcze do niedawna nikogo w ogóle nie interesowała skuteczność wydawania pieniędzy na pomoc w zmniejszaniu bezrobocia. To wina rządu PO. Przez minione 4 lata zmarnowano straszliwe kwoty, pozorując pomoc w zwalczaniu bezrobocia. A bezrobocie rosło.
Nadzieja dla urzędników jest więc jeszcze w manipulacjach danymi statystycznymi.
Po prostu; tam gdzie jest jakiś przepływ pieniędzy, tam pojawiają się „zainteresowani”, zwracający uwagę jedynie na to, co ewentualnie może dla nich przy okazji „skapnąć”…
Nie będę ukrywał, że uważam to za ohydne, niegodne, podłe, małostkowe, prostackie i barbarzyńskie.
Tak jak pojawienie się „nadzianego gościa” w okolicy stawia w stan ekscytacji wszystkie okoliczne jawne i ciche „amatorki”, doskonale wiedzące o tym, że tam gdzie jest dużo pieniędzy – łatwiej o ich wydawanie „na przyjemności” a i kwoty bywają „umownie atrakcyjne” – tak i pojawienie się pieniędzy z Europejskiego Funduszu Społecznego i funduszy przeznaczonych na zmniejszanie skutków bezrobocia, przyciągnęło osoby o podobnej mentalności, sposobie myślenia… tym razem odniesionego jednak do "biznesu".
Pisałem o tym choćby we wcześniejszym tekście pt. „Pasożytowanie na funduszach przeznaczonych dla bezrobotnych”.
Obecnie, gdy pieniądze Funduszu Pracy zostały w równie barbarzyński sposób „zamrożone” przez ministra rządu PO - Vincenta Rostowskiego, całkowicie znikły jakiekolwiek oferty zorganizowanej działalności typu szkoleniowego lub dotowania zatrudnienia – co bezpośrednio dowodzi trafności mojego wcześniejszego spostrzeżenia. Nie chodziło o ludzi, o egzystencję dwóch milionów obywateli w wieku produkcyjnym, pozbawionych obecnie możliwości pracy zarobkowej. Chodziło o przepływ „łatwego” pieniądza i możliwość „uszczknięcia” z niego pod pozorem pomocy, ale w rzeczywistości tak, aby nie pomóc a tym samym nie zlikwidować tej „żyły złota”, jaką dla nieuczciwych jest bezrobocie; oczywiście bezrobocie innych. Była szansa na "biznes szkoleniowy" dlatego jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różne instytucje "szkoleniowe"...
Z jakiegoś powodu zaczęło opłacać się zakładanie "Agencji zatrudnienia", to też masowo one zaczęły powstawać, a nawet firmy od dawna zajmujące się zupełnie czym innym, stawały się także zarejestrowanymi agencjami pracy, które... nikomu pracy nie załatwiały, może kilka osób rocznie, byle tylko spełnić minimum wymogów rejestracyjnych... mieć co napisać w obowiązkowym sprawozdaniu.
W powiatowych Urzędach Pracy panuje całkowity marazm. W okresie kwiecień – czerwiec skończyły się pieniądze na działalność inną niż wypłacanie zasiłków nielicznym „szczęściarzom”, fundusze na działania na rynku pracy - radykalnie obcięte (o 70% w stosunku do roku ubiegłego) przez rząd Donalda Tuska. Ludzie pozbawieni pracy zostali praktycznie bez pomocy...
Sytuacja staje się dramatyczna. Pocieszające jest, że dzięki owemu „zamrożeniu” – przynajmniej pieniądze te jeszcze są, jeszcze nie zostały zmarnowane na fikcyjne, nic nie dające osobom pozbawionym pracy – działania.
Wydaje się, że ich ponowne udostępnienie jest sprawą kilku decyzji; kiedy je uruchomić i czym je zastąpić - w działaniach ukrywających faktyczny stan długu publicznego państwa. Wiadomo przecież, że zablokowanie pieniędzy pracodawców (ze składek) stanowiących Fundusz Pracy przeznaczony na walkę z bezrobociem, miało służyć biurokratycznemu poprawieniu statystyk finansowych Polski w ocenie unijnych instytucji kontrolnych. Ratuje się finanse państwa kosztem tych najsłabszych, najbiedniejszych, tym których to państwo doprowadziło do takiej sytuacji i którym można pomóc - gdyby ktoś rzeczywiście chciał.
Aby to miało sens, musi nastąpić bardzo szybka nowelizacja ustawy „O promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Nowelizacja aktualizująca „instrumenty rynku pracy” oraz sposoby oceny ich skuteczności. Dotychczasowe instrumenty "nie zagrały", zostały wypaczone, użyte do niewłaściwych celów.
Obecna sytuacja zaskoczyła wiele „instytucji szkoleniowych”, które dotychczas pozorowały pomoc dla bezrobotnych – nieźle sobie przy tym żyjąc. Obecnie nie ma żadnych programów przekwalifikowań ani szkoleń dla osób niezatrudnionych. Tego typu instytucje, prowadzące szkolenia w roku bieżącym – mają ogromne kłopoty ze spełnieniem wymogu ich skuteczności; wymogu, jaki pojawił się już po zaplanowaniu tych działań i nie był w planach uwzględniony. Bo jeszcze do niedawna nikogo w ogóle nie interesowała skuteczność wydawania pieniędzy na pomoc w zmniejszaniu bezrobocia. To wina rządu PO. Przez minione 4 lata zmarnowano straszliwe kwoty, pozorując pomoc w zwalczaniu bezrobocia. A bezrobocie rosło.
Nadzieja dla urzędników jest więc jeszcze w manipulacjach danymi statystycznymi.
Etykiety:
anarchia,
bezrobocie,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
EFS,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
kursy,
minister pracy,
następca Tuska,
pieniądze,
Platforma Obywatelska,
PO,
praca,
PUP,
staże,
szkolenia,
zasiłki
03/10/2011
16.
Co by trzeba było zrobić, gdyby się chciało coś zrobić. (Część II)
Rozdział pierwszy niniejszych rozważań, (z którymi można się zapoznać pod linkiem); Co by trzeba było zrobić, gdyby się chciało coś zrobić - Część I zakończony został listą wniosków, wyszczególnionych tematów, jakie wymagają odrębnego rozpatrzenia.
Podstawowym problemem tam wymienionym jest wniosek poniekąd oczywisty, że istnieje hierarchia w zadaniach władzy, a w jej ramach są zadania priorytetowe z punktu widzenia społecznego czy wręcz humanitarnego.
Takich tematów może być kilka w tak określonym pakiecie priorytetowym, ja jednak zajmuję się jednym z nich, mianowicie sytuacją grupy obywateli całkowicie porzuconych przez władzę i społeczeństwo. To grupa pełnosprawnych i najczęściej jeszcze aktywnych osób w wieku produkcyjnym, od ok. pięćdziesiątego roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego. Ludzie ci w różny sposób i z różnych przyczyn utracili status osoby zatrudnionej w rzeczywistości ze względu na wiek jako jedyną faktyczną przyczynę i teraz od dłuższego czasu, nieraz od kilku lat nie mogą uzyskać odpowiedniego (*), a nawet jakiegokolwiek zatrudnienia. Nie spełniają także wymogów formalnych (ustawowych) niezbędnych do uzyskania zasiłku dla bezrobotnych, są w wieku przedemerytalnym i nie spełniają wymogów do uzyskania innych świadczeń ZUS, są pełnosprawni w takim stopniu, iż nie podlegają przepisom ustawy o rentach, i świadczeniach dla osób z orzeczonym stopniem niepełnosprawności, często nie podlegają także wymogom ustawy o pomocy społecznej.
Na dodatek w tej kwestii panuje całkowity galimatias i rozgardiasz pojęciowy, skwapliwie powiększany przez pracowników pomocy społecznej, roszczeniowo nastawione grupy i organizacje pozarządowe, niekompetencję dziennikarzy, urzędników, ministrów itp.
W dodatku jak łatwo zauważyć, sprawa ta leży na styku wielu poważnych zadań Państwa, regulowanych różnymi ustawami i uwikłanych w swoje własne "resortowe" problemy.
Myślę jednak, że szczególnie właśnie teraz, gdy opracowywane są plany nowego funkcjonowania rządu, gdy dopuszcza się i omawia konieczną korektę ustawy budżetowej, gdy waży się obsada poszczególnych resortów – trzeba koniecznie poruszać tę kwestię by leżała ona w zasięgu wiedzy kandydatów do teki Ministra Pracy i Spraw Socjalnych.
Bo jedno przyjmuję za pewnik; sprawa ta jest zaniedbana przez Panią Minister Fedak i przez Pana Ministra Michała Boniego wyłącznie przez niewiedzę i niezrozumienie.
Nie wyobrażam sobie, by stan taki mógł być efektem celowego działania Rządu Pana Premiera Donalda Tuska czy też tym bardziej samego Premiera.
To spory problem, więc gdy chodzi o moje zdanie – uważam, że Pani Fedak powinny zostać powierzone inne zadania, o innym charakterze, i tu pogłoski prasowe o szykowaniu dla niej stanowiska wojewody lub wysokiego stanowiska dyrektorskiego w administracji – są poniekąd uspokajające. Uspokajające także i dla niej, – bo jak wiadomo, Pani Fedak wybory przegrała. Niestety Pan dr Boni – kulturoznawca, człowiek nauki z ogromną wiedzą i elokwencją jest także anty-kandydatem na to stanowisko ministerialne; jest zbyt odległy od problematyki, zbyt abstrakcyjnie spogląda na prozaiczne bądź co bądź, i zupełnie obce jego doświadczeniu osobistemu problemy, pokrywając swoje niezrozumienie – "bełkotem" intelektualnym. Ponadto wydaje się jednak niewolny od winy, choćby w sprawie "Programu solidarności Pokoleń" - który omówię w kolejnym felietonie, a którego dr Boni był jednym z czołowych współautorów. Mówienie - jak to miało miejsce w kampanii wyborczej w związku z "zauważeniem" (w trosce o głosy wyborcze) przez Premiera sytuacji osób młodych na rynku pracy - że "... ja zwracałem uwagę innych ministrów na tę sprawę ale nie chcieli mnie słuchać" - brzmi w ustach Pana "superministra" dr Boniego niepoważnie. Mamy do czynienia z problemem interdyscyplinarnym, więc jest tu niezbędna doskonała i ścisła współpraca Ministra Pracy z Przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów – pełniącym funkcję koordynatora.
Pan Arłukowicz jest mało znany i mało doświadczony, nic nie wskazuje na jego wystarczającą a wymaganą samodzielność w sprawach organizacji i zarządzania działaniami resortu i sprawami legislacji, jest wszak politykiem, wykładowcą w Zachodniopomorskim Uniwersytecie Medycznym, lekarzem (jeśli się nie mylę - pediatrą), niegdyś - Przewodniczącym Parlamentarnej Komisji Śledczej, w Platformie Obywatelskiej raczej gościem, choć jako minister - w porównaniu z poprzednim - byłby z pewnością w dużym stopniu bardziej otwarty na konstruktywne pomysły, na myślenie zadaniowe a nie na "urzędolenie" w ścisłej zgodności z przepisani i jedynie dla tejże zgodności. Byłby zapewne bliżej praktyki i realiów, nie statystyki i teorii - jak oceniam dr Michała Boniego.
Minister pracy powinien być człowiekiem energicznym, zdecydowanym, mającym duże zaufanie Premiera i Rady Ministrów jako gremium, człowiekiem czynu, któremu nie są aż tak bardzo obce praktycznie sprawy bezrobocia, bezdomności, problemów społecznych, człowiekiem zdolnym do pozyskiwania i dopingowania innych ministrów do współpracy, kimś, komu się chce, to czuje dramatycznie upływający czas ludzi czekających na skutki jego działania, humanistą lubiącym ludzi "z zasady" i mającym postawę pomagania, służenia, misji, kimś kto chce załatwić konkretne sprawy i na ich bazie przygotowywać rozwiązanie następnych problemów, pozostawić po swojej kadencji "coś zrobionego dobrze i do końca". Skoro Premier powołał Pana Arłukowicza na stanowisko bardzo ważnego pełnomocnika - jako kogoś utożsamiającego się raczej z poglądami lewicowymi, to i teraz nie widzę powodu, by ograniczał się jedynie do tak zwanej „rotacji” – powołując na stanowisko Ministra Pracy kogoś, kto się do tego nie nadaje, nie spełnia określonych, aktualnie niezbędnych wymogów, ale jest ”swój” i był członkiem rządu poprzedniej kadencji. Osobiście nie widziałbym nic dziwnego gdyby znaleziono i powołano takiego rzeczywiście właściwego kandydata np. spośród członków PJN, SLD lub nawet i PiS …(oczywiście po zawieszeniu członkostwa). Chodzi o właściwego człowieka do bardzo trudnego zadania a nie o partyjniacki szowinizm.
Jakkolwiek by nie było, teraz trzeba podnosić ten problem, by stał się on dostrzegalny dla decydentów i uznany został za tak priorytetowy, jak faktycznie jest.
Wróćmy jednak do tematu. Rozpatrując rzecz bardziej szczegółowo, trzeba nakreślić następujące zadania i problemy:
Państwo musi odłożyć między bajki koncepcje regulującej wszystko „niewidzialnej ręki” czy to w odniesiemy do „rynku pracy” czy jakiegokolwiek innego. Samoregulacja w skali makro jest tylko pięknym snem teoretyka, podobnie jak pięknym snem teoretyka było państwo sprawiedliwości społecznej, w którym rządzi klasa robotnicza poprzez system Rad sprawiedliwie dzieląca produkty pracy zgodnie z zasadą „Każdemu według jego pracy” oraz „Od każdego według jego potrzeb”. Obie teorie są tak samo piękne, co nierealne a oparta na nich ideologia - szkodliwa.
Państwo musi być organizatorem wielu działań wynikających konstytucyjnie z zakresu zadań właściwych jedynie dla państwa, musi regulować i nadzorować przebieg tych procesów oraz w razie konieczności – interweniować po to by zapobiegać wypaczeniom systemu, nieprzewidzianym problemom. Taką interwencją Państwa jest na przykład organizacja interwencji na rynku pracy dla zmniejszenia skutków bezrobocia, w postaci organizacji tzw. prac interwencyjnych i robót publicznych. Interwencja ta polega na stwarzaniu warunków do organizowania dodatkowych stanowisk pracy oraz interwencji w rynek pracy poprzez dotowanie zatrudnienia na takich stanowiskach w wysokości ok. 50% płacy i składek na ubezpieczenie społeczne. Rozpatrując rzecz ilościowo, sprawa jest oczywista i nikt poważny tego nie kwestionuje, interwencja jest konieczna i odnosi swój skutek. Rozpatrując jednak rzecz jakościowo – już niestety ocena tego może być inna… Do tego powrócę w dalszej części omówienia. Teraz chodziło mi wyłącznie o wskazanie, że interwencje Państwa są czymś normalnym, koniecznym, możliwym i dopuszczalnym i zupełnie nie ma to nic wspólnego z tzw. „ręcznym sterowaniem”, co jest jedynie przeciwną do „samoregulacji” skrajnością.
Skoro tak, to chcę postawić kolejną tezę, że stosowanie interwencji Państwa powinno być związane, połączone czy koordynowane z hierarchią priorytetów społecznych oraz humanitarnych. W takim założeniu absolutnie nie mieści się porzucenie całego pokolenia osób starszych w wieku przedemerytalnym na pastwę losu. Po prostu: skoro istnieje hierarchia potrzeb, od absolutnie niezbędnych dla życia do coraz bardziej abstrakcyjnych tak zwanych potrzeb "wyższych", to i interwencja Państwa powinna następować w tej samej kolejności i intensywności, najpierw wtedy, gdy ktoś (podmiot grupowy) traci podstawy bytu z przyczyn dotyczących państwa a dopiero w dalszej kolejności (o ile potrzeba) co do ulepszania czegoś już funkcjonującego, potrzeb wyższych, np. kulturalnych itp. Wydawałoby się to aż nazbyt oczywiste, ale z pewnością dla władzy oczywiste nie jest. Pamiętamy przecież, jak Pan Arłukowicz jeszcze kilka tygodni temu, w sytuacji, gdy duża grupa obywateli pozbawionych jakiejkolwiek pomocy i pozbawionych też możliwości pracy zarobkowej walczy dramatycznie o „biologiczne” przetrwanie każdego kolejnego tygodnia, robił sobie reklamę wyborczą rozdając darmowe bilety do kin czy teatrów „seniorom”… Zakwestionował swoją wiarygodność, choć zapewnił sobie mandat posła i związane z tym dochody, udział w polityce.
Tak więc środki Państwa powinny w pierwszej kolejności – już określając to kolokwialnie – "dać żyć" każdemu obywatelowi, który żyć chce, a państwo mu to utrudnia - a dopiero po uzyskaniu tego, mogą być wykorzystywane na sprawy ekskluzywne, dodatkowe, rozwojowe itp. A więc i w konsekwencji – interwencja Państwa także powinna następować w takiej właśnie kolejności.
Jeśli na przykład istniał problem braku zatrudnienia dla osób niepełnosprawnych, Państwo dokonało interwencji poprzez zaprojektowanie i przeprowadzenie przez procedurę legislacyjną ustawy o Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Ustawa stworzyła warunki, w których opłaca się zatrudniać osoby niepełnosprawne, opłaca się w rozumieniu finansowym – nie społecznym. Przedsiębiorcy nie myślą społecznie, oni posługują się wyłącznie kryteriami finansowymi, opłacalności materialnej. Najogólniej – ustawa wprowadziła obowiązek pewnych opłat, od których zwolnienie zależy od zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Interwencja była skuteczna; pracodawcy natychmiast obliczyli oszczędności wynikające z zatrudniania osób niepełnosprawnych w stosunku do innych, co wywołało lawinę ofert pracy skierowanych do tej grupy osób, co najdziwniejsze - często ofert pracy fizycznej, takiej jak sprzątanie, ochrona osób i mienia... Dziś będąc niepełnosprawnym, a dokładniej - posiadając orzeczenie o stopniu niepełnosprawności (bo nie mam już pewności, czy to jest jednoznaczne) dużo łatwiej jest znaleźć zatrudnienie niż będąc sprawnym a to przez generowanie w pierwszym przypadku mniejszych kosztów pracy - jedynego bodźca działającego na pracodawców. Oczywiście jest to sytuacja społecznie bardzo pożądana, nie należy zazdrościć niepełnosprawnym ich sytuacji na rynku pracy, ten społeczny aspekt nie ma jednak raczej dla pracodawców znaczenia. Więc PFRON: ktoś powie, że to klasyczne wymuszenie, „janosikowe”…, i niby słusznie, ale ważne że na tyle skuteczne, iż poprawiło sytuację osób niepełnosprawnych przynajmniej statystycznie rzecz ujmując. Tak więc są metody i sposoby na wpłynięcie na politykę kadrową pracodawców. Jest też konieczność takiego wpływu w interesie społecznym, bo powody odmowy zatrudniania osób z grupy "50 plus" wydają się absurdalne, nie mające żadnego uzasadnienia obiektywnego.
Bez zachwytu nad tą ewentualnością, ale jednak w takich doraźnych działaniach widziałbym interwencję Państwa w sprawie zatrudnienia osób pełnosprawnych i aktywnych zawodowo w wieku 45 – 65 lat, czyli osób obecnie z zasady odrzucanych przez pracodawców, jako kandydaci do zatrudnienia. Zapewne skrajni "liberałowie gospodarczy" z kręgów skrajnie prawicowych i sztandarów Janusza Korwina Mikke się z taką perspektywą interwencji nie zgodzą, a jeśli tak - to należałoby bez interwencji na rynku pracy podjąć wobec tej grupy działania osłonowe typu socjalnego, na koszt budżetu Państwa. Z tym się zapewne także nie zgodzą... Na szczęście prezentowany od bardzo wielu lat brak poparcia społeczeństwa dla tak skrajnych postaw, wyrażający się w kolejnych niepowodzeniach wyborczych i w rozłamie w tym środowisku, daje nadzieję na znalezienie rozwiązania godnego cywilizacji ludzkiej. Tak jak jest teraz, jednak z pewnością być nie może, gdyż to nie spełnia wspomnianego wymogu cywilizacyjnego.
Muszę tu podkreślić z wielkim naciskiem, aby przeciwstawić się bałaganiarzom umysłowym, prowokatorom i malkontentom: nie piszę tu o „seniorach” – cokolwiek by to określenie oznaczało. Nie piszę tu o emerytach, obojętne czy pracujących czy też nie. Nie piszę tu o osobach niepełnosprawnych w wieku 45 – 65 lat.
Dlaczego? Bo pojęcie „senior” nie dotyczy problematyki pracy, nie jest używane przez prawo regulujące stosunki pracy. To określenie rodzinne, towarzyskie, określające osobę w nieokreślonym podeszłym wieku, – ale używane w aspekcie raczej socjologicznym, nas tu nie interesującym. Emeryci - mają ustalone prawo do emerytury, jaką sobie wypracowali i jaka wynika z przepisów, więc należy roboczo przyjąć, że posiadają środki (lub prawo do ich pobierania) – niezbędne do podstawowego utrzymania się. Problem czy te środki są wystarczające, to oddzielny problem którym się tu nie zajmuję, jakieś jednak są. Osoby niepełnosprawne w wieku 45 – 65 lat są, jako niepełnosprawne - objęte ustawą o PFRON a więc jakaś interwencja Państwa w ich sytuację na rynku pracy już nastąpiła i w sposób istotny poprawiła ich sytuację (przynajmniej statystycznie).
Piszę tu wyłącznie o osobach pełnosprawnych, aktywnych, ale pozbawionych możliwości zatrudnienia głównie ze względu na wiek 45 – 65 lat, czyli o osobach, które nie mają żadnej istotnej pomocy Państwa, osobach porzuconych i zapomnianych przez Państwo, instrumentalnie wykorzystanych, okradzionych z części pomocy przeznaczonej dla nich ze środków pomocy unijnej. Osobach bez swojej winy wykluczonych ze społeczeństwa, wobec których przewidywano przecież jeszcze przed wejściem Polski do UE ogromne trudności związane z pracą związane z przekształceniami politycznymi i gospodarczymi, obiecano im pomoc Państwa w dostosowaniu się do nowych dla nich warunków, ale tej obietnicy nie zrealizowano. Państwo pod rządami Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska okazało się niewdzięcznym, podłym oszustem na skalę społeczną. "Liberalizm" w wydaniu PO odebrał wielkiej grupie społecznej jej wszystkie prawa, w tym podstawowe prawo do zdobycia środków niezbędnych do życia poprzez pracę najemną. Stworzył klasę "ludzi zbędnych" których "się nie zatrudnia" i którzy zostali skazani na łaskę rodzin lub jeszcze większą łaskę ośrodków pomocy społecznej - która w rzeczywistości odbiera godność osobistą a nie pomaga. Premier przyznawał w swoich wystąpieniach publicznych, na przykład w dużym wystąpieniu z marca br. dla Gazety Wyborczej, że pewne działania się nie udały a niektórych nie podjęto wcale, lecz o wskazywanym tu problemie nie wspomniał. Jego artykuł jest w 99,9 % autoreklamą wyborczą a w ramach pozostałych 0,1% - wspomina na końcu jedynie o fatalnym stanie kolei oraz o wielkim wzroście zatrudnienia w administracji państwowej i samorządowej - wbrew wcześniejszym zapowiedziom wyborczym jej ograniczenia. Jest to nierzetelność, poniekąd zrozumiała z uwagi na kampanię wyborczą, ale mimo to trudna do zaakceptowania.
(*) - "odpowiedniego" - w rozumieniu definicji zawartej w Ustawie o promocji zatrudnienia i instrumentach rynku pracy.
Podstawowym problemem tam wymienionym jest wniosek poniekąd oczywisty, że istnieje hierarchia w zadaniach władzy, a w jej ramach są zadania priorytetowe z punktu widzenia społecznego czy wręcz humanitarnego.
Takich tematów może być kilka w tak określonym pakiecie priorytetowym, ja jednak zajmuję się jednym z nich, mianowicie sytuacją grupy obywateli całkowicie porzuconych przez władzę i społeczeństwo. To grupa pełnosprawnych i najczęściej jeszcze aktywnych osób w wieku produkcyjnym, od ok. pięćdziesiątego roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego. Ludzie ci w różny sposób i z różnych przyczyn utracili status osoby zatrudnionej w rzeczywistości ze względu na wiek jako jedyną faktyczną przyczynę i teraz od dłuższego czasu, nieraz od kilku lat nie mogą uzyskać odpowiedniego (*), a nawet jakiegokolwiek zatrudnienia. Nie spełniają także wymogów formalnych (ustawowych) niezbędnych do uzyskania zasiłku dla bezrobotnych, są w wieku przedemerytalnym i nie spełniają wymogów do uzyskania innych świadczeń ZUS, są pełnosprawni w takim stopniu, iż nie podlegają przepisom ustawy o rentach, i świadczeniach dla osób z orzeczonym stopniem niepełnosprawności, często nie podlegają także wymogom ustawy o pomocy społecznej.
Na dodatek w tej kwestii panuje całkowity galimatias i rozgardiasz pojęciowy, skwapliwie powiększany przez pracowników pomocy społecznej, roszczeniowo nastawione grupy i organizacje pozarządowe, niekompetencję dziennikarzy, urzędników, ministrów itp.
W dodatku jak łatwo zauważyć, sprawa ta leży na styku wielu poważnych zadań Państwa, regulowanych różnymi ustawami i uwikłanych w swoje własne "resortowe" problemy.
Myślę jednak, że szczególnie właśnie teraz, gdy opracowywane są plany nowego funkcjonowania rządu, gdy dopuszcza się i omawia konieczną korektę ustawy budżetowej, gdy waży się obsada poszczególnych resortów – trzeba koniecznie poruszać tę kwestię by leżała ona w zasięgu wiedzy kandydatów do teki Ministra Pracy i Spraw Socjalnych.
Bo jedno przyjmuję za pewnik; sprawa ta jest zaniedbana przez Panią Minister Fedak i przez Pana Ministra Michała Boniego wyłącznie przez niewiedzę i niezrozumienie.
Nie wyobrażam sobie, by stan taki mógł być efektem celowego działania Rządu Pana Premiera Donalda Tuska czy też tym bardziej samego Premiera.
To spory problem, więc gdy chodzi o moje zdanie – uważam, że Pani Fedak powinny zostać powierzone inne zadania, o innym charakterze, i tu pogłoski prasowe o szykowaniu dla niej stanowiska wojewody lub wysokiego stanowiska dyrektorskiego w administracji – są poniekąd uspokajające. Uspokajające także i dla niej, – bo jak wiadomo, Pani Fedak wybory przegrała. Niestety Pan dr Boni – kulturoznawca, człowiek nauki z ogromną wiedzą i elokwencją jest także anty-kandydatem na to stanowisko ministerialne; jest zbyt odległy od problematyki, zbyt abstrakcyjnie spogląda na prozaiczne bądź co bądź, i zupełnie obce jego doświadczeniu osobistemu problemy, pokrywając swoje niezrozumienie – "bełkotem" intelektualnym. Ponadto wydaje się jednak niewolny od winy, choćby w sprawie "Programu solidarności Pokoleń" - który omówię w kolejnym felietonie, a którego dr Boni był jednym z czołowych współautorów. Mówienie - jak to miało miejsce w kampanii wyborczej w związku z "zauważeniem" (w trosce o głosy wyborcze) przez Premiera sytuacji osób młodych na rynku pracy - że "... ja zwracałem uwagę innych ministrów na tę sprawę ale nie chcieli mnie słuchać" - brzmi w ustach Pana "superministra" dr Boniego niepoważnie. Mamy do czynienia z problemem interdyscyplinarnym, więc jest tu niezbędna doskonała i ścisła współpraca Ministra Pracy z Przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów – pełniącym funkcję koordynatora.
Pan Arłukowicz jest mało znany i mało doświadczony, nic nie wskazuje na jego wystarczającą a wymaganą samodzielność w sprawach organizacji i zarządzania działaniami resortu i sprawami legislacji, jest wszak politykiem, wykładowcą w Zachodniopomorskim Uniwersytecie Medycznym, lekarzem (jeśli się nie mylę - pediatrą), niegdyś - Przewodniczącym Parlamentarnej Komisji Śledczej, w Platformie Obywatelskiej raczej gościem, choć jako minister - w porównaniu z poprzednim - byłby z pewnością w dużym stopniu bardziej otwarty na konstruktywne pomysły, na myślenie zadaniowe a nie na "urzędolenie" w ścisłej zgodności z przepisani i jedynie dla tejże zgodności. Byłby zapewne bliżej praktyki i realiów, nie statystyki i teorii - jak oceniam dr Michała Boniego.
Minister pracy powinien być człowiekiem energicznym, zdecydowanym, mającym duże zaufanie Premiera i Rady Ministrów jako gremium, człowiekiem czynu, któremu nie są aż tak bardzo obce praktycznie sprawy bezrobocia, bezdomności, problemów społecznych, człowiekiem zdolnym do pozyskiwania i dopingowania innych ministrów do współpracy, kimś, komu się chce, to czuje dramatycznie upływający czas ludzi czekających na skutki jego działania, humanistą lubiącym ludzi "z zasady" i mającym postawę pomagania, służenia, misji, kimś kto chce załatwić konkretne sprawy i na ich bazie przygotowywać rozwiązanie następnych problemów, pozostawić po swojej kadencji "coś zrobionego dobrze i do końca". Skoro Premier powołał Pana Arłukowicza na stanowisko bardzo ważnego pełnomocnika - jako kogoś utożsamiającego się raczej z poglądami lewicowymi, to i teraz nie widzę powodu, by ograniczał się jedynie do tak zwanej „rotacji” – powołując na stanowisko Ministra Pracy kogoś, kto się do tego nie nadaje, nie spełnia określonych, aktualnie niezbędnych wymogów, ale jest ”swój” i był członkiem rządu poprzedniej kadencji. Osobiście nie widziałbym nic dziwnego gdyby znaleziono i powołano takiego rzeczywiście właściwego kandydata np. spośród członków PJN, SLD lub nawet i PiS …(oczywiście po zawieszeniu członkostwa). Chodzi o właściwego człowieka do bardzo trudnego zadania a nie o partyjniacki szowinizm.
Jakkolwiek by nie było, teraz trzeba podnosić ten problem, by stał się on dostrzegalny dla decydentów i uznany został za tak priorytetowy, jak faktycznie jest.
Wróćmy jednak do tematu. Rozpatrując rzecz bardziej szczegółowo, trzeba nakreślić następujące zadania i problemy:
Państwo musi odłożyć między bajki koncepcje regulującej wszystko „niewidzialnej ręki” czy to w odniesiemy do „rynku pracy” czy jakiegokolwiek innego. Samoregulacja w skali makro jest tylko pięknym snem teoretyka, podobnie jak pięknym snem teoretyka było państwo sprawiedliwości społecznej, w którym rządzi klasa robotnicza poprzez system Rad sprawiedliwie dzieląca produkty pracy zgodnie z zasadą „Każdemu według jego pracy” oraz „Od każdego według jego potrzeb”. Obie teorie są tak samo piękne, co nierealne a oparta na nich ideologia - szkodliwa.
Państwo musi być organizatorem wielu działań wynikających konstytucyjnie z zakresu zadań właściwych jedynie dla państwa, musi regulować i nadzorować przebieg tych procesów oraz w razie konieczności – interweniować po to by zapobiegać wypaczeniom systemu, nieprzewidzianym problemom. Taką interwencją Państwa jest na przykład organizacja interwencji na rynku pracy dla zmniejszenia skutków bezrobocia, w postaci organizacji tzw. prac interwencyjnych i robót publicznych. Interwencja ta polega na stwarzaniu warunków do organizowania dodatkowych stanowisk pracy oraz interwencji w rynek pracy poprzez dotowanie zatrudnienia na takich stanowiskach w wysokości ok. 50% płacy i składek na ubezpieczenie społeczne. Rozpatrując rzecz ilościowo, sprawa jest oczywista i nikt poważny tego nie kwestionuje, interwencja jest konieczna i odnosi swój skutek. Rozpatrując jednak rzecz jakościowo – już niestety ocena tego może być inna… Do tego powrócę w dalszej części omówienia. Teraz chodziło mi wyłącznie o wskazanie, że interwencje Państwa są czymś normalnym, koniecznym, możliwym i dopuszczalnym i zupełnie nie ma to nic wspólnego z tzw. „ręcznym sterowaniem”, co jest jedynie przeciwną do „samoregulacji” skrajnością.
Skoro tak, to chcę postawić kolejną tezę, że stosowanie interwencji Państwa powinno być związane, połączone czy koordynowane z hierarchią priorytetów społecznych oraz humanitarnych. W takim założeniu absolutnie nie mieści się porzucenie całego pokolenia osób starszych w wieku przedemerytalnym na pastwę losu. Po prostu: skoro istnieje hierarchia potrzeb, od absolutnie niezbędnych dla życia do coraz bardziej abstrakcyjnych tak zwanych potrzeb "wyższych", to i interwencja Państwa powinna następować w tej samej kolejności i intensywności, najpierw wtedy, gdy ktoś (podmiot grupowy) traci podstawy bytu z przyczyn dotyczących państwa a dopiero w dalszej kolejności (o ile potrzeba) co do ulepszania czegoś już funkcjonującego, potrzeb wyższych, np. kulturalnych itp. Wydawałoby się to aż nazbyt oczywiste, ale z pewnością dla władzy oczywiste nie jest. Pamiętamy przecież, jak Pan Arłukowicz jeszcze kilka tygodni temu, w sytuacji, gdy duża grupa obywateli pozbawionych jakiejkolwiek pomocy i pozbawionych też możliwości pracy zarobkowej walczy dramatycznie o „biologiczne” przetrwanie każdego kolejnego tygodnia, robił sobie reklamę wyborczą rozdając darmowe bilety do kin czy teatrów „seniorom”… Zakwestionował swoją wiarygodność, choć zapewnił sobie mandat posła i związane z tym dochody, udział w polityce.
Tak więc środki Państwa powinny w pierwszej kolejności – już określając to kolokwialnie – "dać żyć" każdemu obywatelowi, który żyć chce, a państwo mu to utrudnia - a dopiero po uzyskaniu tego, mogą być wykorzystywane na sprawy ekskluzywne, dodatkowe, rozwojowe itp. A więc i w konsekwencji – interwencja Państwa także powinna następować w takiej właśnie kolejności.
Jeśli na przykład istniał problem braku zatrudnienia dla osób niepełnosprawnych, Państwo dokonało interwencji poprzez zaprojektowanie i przeprowadzenie przez procedurę legislacyjną ustawy o Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Ustawa stworzyła warunki, w których opłaca się zatrudniać osoby niepełnosprawne, opłaca się w rozumieniu finansowym – nie społecznym. Przedsiębiorcy nie myślą społecznie, oni posługują się wyłącznie kryteriami finansowymi, opłacalności materialnej. Najogólniej – ustawa wprowadziła obowiązek pewnych opłat, od których zwolnienie zależy od zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Interwencja była skuteczna; pracodawcy natychmiast obliczyli oszczędności wynikające z zatrudniania osób niepełnosprawnych w stosunku do innych, co wywołało lawinę ofert pracy skierowanych do tej grupy osób, co najdziwniejsze - często ofert pracy fizycznej, takiej jak sprzątanie, ochrona osób i mienia... Dziś będąc niepełnosprawnym, a dokładniej - posiadając orzeczenie o stopniu niepełnosprawności (bo nie mam już pewności, czy to jest jednoznaczne) dużo łatwiej jest znaleźć zatrudnienie niż będąc sprawnym a to przez generowanie w pierwszym przypadku mniejszych kosztów pracy - jedynego bodźca działającego na pracodawców. Oczywiście jest to sytuacja społecznie bardzo pożądana, nie należy zazdrościć niepełnosprawnym ich sytuacji na rynku pracy, ten społeczny aspekt nie ma jednak raczej dla pracodawców znaczenia. Więc PFRON: ktoś powie, że to klasyczne wymuszenie, „janosikowe”…, i niby słusznie, ale ważne że na tyle skuteczne, iż poprawiło sytuację osób niepełnosprawnych przynajmniej statystycznie rzecz ujmując. Tak więc są metody i sposoby na wpłynięcie na politykę kadrową pracodawców. Jest też konieczność takiego wpływu w interesie społecznym, bo powody odmowy zatrudniania osób z grupy "50 plus" wydają się absurdalne, nie mające żadnego uzasadnienia obiektywnego.
Bez zachwytu nad tą ewentualnością, ale jednak w takich doraźnych działaniach widziałbym interwencję Państwa w sprawie zatrudnienia osób pełnosprawnych i aktywnych zawodowo w wieku 45 – 65 lat, czyli osób obecnie z zasady odrzucanych przez pracodawców, jako kandydaci do zatrudnienia. Zapewne skrajni "liberałowie gospodarczy" z kręgów skrajnie prawicowych i sztandarów Janusza Korwina Mikke się z taką perspektywą interwencji nie zgodzą, a jeśli tak - to należałoby bez interwencji na rynku pracy podjąć wobec tej grupy działania osłonowe typu socjalnego, na koszt budżetu Państwa. Z tym się zapewne także nie zgodzą... Na szczęście prezentowany od bardzo wielu lat brak poparcia społeczeństwa dla tak skrajnych postaw, wyrażający się w kolejnych niepowodzeniach wyborczych i w rozłamie w tym środowisku, daje nadzieję na znalezienie rozwiązania godnego cywilizacji ludzkiej. Tak jak jest teraz, jednak z pewnością być nie może, gdyż to nie spełnia wspomnianego wymogu cywilizacyjnego.
Muszę tu podkreślić z wielkim naciskiem, aby przeciwstawić się bałaganiarzom umysłowym, prowokatorom i malkontentom: nie piszę tu o „seniorach” – cokolwiek by to określenie oznaczało. Nie piszę tu o emerytach, obojętne czy pracujących czy też nie. Nie piszę tu o osobach niepełnosprawnych w wieku 45 – 65 lat.
Dlaczego? Bo pojęcie „senior” nie dotyczy problematyki pracy, nie jest używane przez prawo regulujące stosunki pracy. To określenie rodzinne, towarzyskie, określające osobę w nieokreślonym podeszłym wieku, – ale używane w aspekcie raczej socjologicznym, nas tu nie interesującym. Emeryci - mają ustalone prawo do emerytury, jaką sobie wypracowali i jaka wynika z przepisów, więc należy roboczo przyjąć, że posiadają środki (lub prawo do ich pobierania) – niezbędne do podstawowego utrzymania się. Problem czy te środki są wystarczające, to oddzielny problem którym się tu nie zajmuję, jakieś jednak są. Osoby niepełnosprawne w wieku 45 – 65 lat są, jako niepełnosprawne - objęte ustawą o PFRON a więc jakaś interwencja Państwa w ich sytuację na rynku pracy już nastąpiła i w sposób istotny poprawiła ich sytuację (przynajmniej statystycznie).
Piszę tu wyłącznie o osobach pełnosprawnych, aktywnych, ale pozbawionych możliwości zatrudnienia głównie ze względu na wiek 45 – 65 lat, czyli o osobach, które nie mają żadnej istotnej pomocy Państwa, osobach porzuconych i zapomnianych przez Państwo, instrumentalnie wykorzystanych, okradzionych z części pomocy przeznaczonej dla nich ze środków pomocy unijnej. Osobach bez swojej winy wykluczonych ze społeczeństwa, wobec których przewidywano przecież jeszcze przed wejściem Polski do UE ogromne trudności związane z pracą związane z przekształceniami politycznymi i gospodarczymi, obiecano im pomoc Państwa w dostosowaniu się do nowych dla nich warunków, ale tej obietnicy nie zrealizowano. Państwo pod rządami Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska okazało się niewdzięcznym, podłym oszustem na skalę społeczną. "Liberalizm" w wydaniu PO odebrał wielkiej grupie społecznej jej wszystkie prawa, w tym podstawowe prawo do zdobycia środków niezbędnych do życia poprzez pracę najemną. Stworzył klasę "ludzi zbędnych" których "się nie zatrudnia" i którzy zostali skazani na łaskę rodzin lub jeszcze większą łaskę ośrodków pomocy społecznej - która w rzeczywistości odbiera godność osobistą a nie pomaga. Premier przyznawał w swoich wystąpieniach publicznych, na przykład w dużym wystąpieniu z marca br. dla Gazety Wyborczej, że pewne działania się nie udały a niektórych nie podjęto wcale, lecz o wskazywanym tu problemie nie wspomniał. Jego artykuł jest w 99,9 % autoreklamą wyborczą a w ramach pozostałych 0,1% - wspomina na końcu jedynie o fatalnym stanie kolei oraz o wielkim wzroście zatrudnienia w administracji państwowej i samorządowej - wbrew wcześniejszym zapowiedziom wyborczym jej ograniczenia. Jest to nierzetelność, poniekąd zrozumiała z uwagi na kampanię wyborczą, ale mimo to trudna do zaakceptowania.
(*) - "odpowiedniego" - w rozumieniu definicji zawartej w Ustawie o promocji zatrudnienia i instrumentach rynku pracy.
Etykiety:
50+,
bezrobocie,
biznes,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
gospodarka,
ideologia,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
minister pracy,
niewidzialna ręka,
PO,
rynek pracy,
solidarność,
szkolenia
23/09/2011
8.
Kto najszybciej wyda pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego.
Państwo ma swoją strukturę organizacyjną, w tym Rząd, w którym sprawy państwa rozłożone są w kompetencjach poszczególnych resortów, funkcjonujących pod kierownictwem Ministrów tego Rządu. Za wyjątkiem gospodarki morskiej, która „leży”, gdyż oddzielne niegdyś ministerstwo zostało zlikwidowane (zapewne w ramach wykonania jakiejś „dyrektywy” o stopniowej likwidacji wszystkiego, co w Polsce dotyczyło gospodarki morskiej). W konsekwencji więc to, co się dzieje np. w dziedzinie pracy, zatrudnienia i gospodarki – jest efektem pracy (lub zaniechania) Rządu a więc i efektem działania siły politycznej, która ten rząd stworzyła, czyli Platformy Obywatelskiej.
Ukazała się niedawno w mediach ciekawa informacja dotycząca dodatkowych funduszy unijnych przyznanych między innymi województwu Zachodniopomorskiemu na walkę ze zjawiskiem braku miejsc pracy. Potraktujmy to, jako przykładową sytuację dotyczącą przecież całego kraju. Chodzi tu o podział tzw. Krajowej Rezerwy Wykonania za 2010 rok, wynoszącej ponad 230 milionów euro. Jednak sam już sposób przedstawienia tego faktu – nasuwa najgorsze obawy o sensowność, o zasadność tego dofinansowania. Dofinansowanie jest zasadne, bo województwo zachodniopomorskie należy do kilku objętych największym wskaźnikiem bezrobocia, to przecież nie tylko Szczecin, Koszalin i kilka mniejszych miast; to ogromne obszary Pojezierza Drawskiego, Ziemia Lubuska – pozbawione przemysłu obszary zalesione, objęte także terenami parków narodowych, krajobrazowych i rezerwatów. To nie jest przecież jakiś wybryk miejscowej ludności, to wynik, działania Państwa i jego polityki wewnętrznej. Nie ma nic dziwnego w większym braku miejsc zatrudnienia tutaj – niż w Centrum.
Wydawałoby się, że to dobrze, że są dodatkowe środki finansowe i doskonale, że tutaj trafiły, choć akurat wspomniane okoliczności nie miały żadnego wpływu na ich przydział. Niepokoi podejście władz do wydatkowania tych środków, dziwaczna „filozofia” z tym związana. Przyjrzyjmy się dokładniej:
„…Dodatkowe 54 miliony euro to nagroda za to, że na walkę z bezrobociem wydaliśmy już ponad 30 procent przeznaczonych dla województwa pieniędzy. Stawia to zachodniopomorskie na drugiej pozycji w kraju po warmińsko-mazurskim i przed opolskim…”
- cytuję za informacją prasową – wywiadem z Dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie.
Walka z bezrobociem polega moim zdaniem nie tyle na sprawnym wydawaniu pieniędzy, tylko na faktycznym zmniejszaniu ilości osób zdolnych do pracy, dla których nie ma stałego i odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób pokroju Dyrektora WUP – dla których bezrobocie w jego aspekcie ludzkim jest czymś obcym, abstrakcyjnym i zrozumiałym jedynie poprzez „krzywe lustro” stanowiska i zawodowego aparatu wiedzy akademickiej (w najlepszym przypadku) – jest oczywiste, że skoro sprawnie i szybko zdołał wydać 30% pieniędzy – to należy mu dołożyć jeszcze więcej. Sukces walki z bezrobociem mierzy się dla niego ilością pieniędzy, jakie wydano i tempem tego procesu a nie skutkiem.
„… – To rodzaj premii za efektywność dotychczasowych działań – podkreśla Andrzej Przewoda. (Dyr. WUP Szczecin ) – Zainteresowanie jest tak olbrzymie, ten poziom aplikowania w różnych konkursach i przedsięwzięciach jest wysoki i nie będzie najmniejszego problemu, żeby te środki zagospodarować…”
W to wierzymy, że „nie będzie problemu”; wszak nie ma takiej kwoty, której by się nie dało zmarnować (wydać bez przewidzianego efektu dla ostatecznego odbiorcy).
Cytat ten jasno precyzuje, co Pan Dyrektor uważa za „efektywność”. Mówi o ogromnym zainteresowaniu beneficjentów… czyli autorów projektów, organizatorów różnych działań i inicjatyw – z deklarowanego przez nich założenia mających wpłynąć na zmniejszenie bezrobocia; o zainteresowaniu osób projektujących i realizujących programy finansowane lub dofinansowane ze środków publicznych i przeznaczone dla bezrobotnych, jako tzw. beneficjentów ostatecznych. Osoby te (organizatorzy) nie robią tego jako wolontariusze ani „w czynie społecznym”; zarabiają na tym. Dlaczego mieliby nie być zainteresowani, – jeśli jest bardzo dużo pieniędzy do wydania, a tym samym – dzięki temu i do zarobienia. Organizowanie pomocy dla bezrobotnych np. w formie szkoleń – to nie jest efekt oczekiwany po zaangażowaniu tak wielkich środków – nie to jest celem. Celem jest dopiero i jedynie ten ostateczny efekt w postaci radykalnej poprawy statystyk bezrobocia.
Jednak jest charakterystyczne i znamienne, że nikt ani nie pyta, ani też nie oczekuje informacji o tym ostatecznym efekcie, o skutkach. Ważne jest by był jak największy przepływ pieniądza, bo jeśli jest przepływ – to zawsze coś z tego „skapnie” w postaci wynagrodzeń a bezrobocie… nikogo nie obchodzi prócz samych bezrobotnych, zresztą ono i tak musi przecież być, bo jest narzędziem obowiązującej doktryny ekonomicznej.
„…W ciągu 4 lat ze szkoleń i dofinansowań, za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy, skorzystało ponad sto tysięcy mieszkańców i przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego…”
Dobrze. Ale z jakim skutkiem!? Jaki jest skutek – będę z uporem pytał!
Wystarczy wejść na którekolwiek z forów czy portali dotyczących pracy, by znaleźć odpowiedź: setki opinii i skarg podobnych do tej:
„…Jestem kobietą w wieku 53 lata o wyglądzie 40-latki, wyższe + 10 kursów różne branże, mogłabym pracować w szkole, w projektach jako koordynator, trener szkoleniowy itd. Jestem byłą beneficjentką programów unijnych podnoszących i wzmacniających i nadal nie ma chętnego pracodawcy (do zatrudnienia mnie)!!! Po co te raporty, dla kogo; czy zmienią naszą rzeczywistość ? – Zrezygnowana BKJ-„
Więc znowu nie tylko Dyrektor WUP, ale i jego partnerzy na wyższych szczeblach – skuteczność walki z bezrobociem widzą w ilości osób, które skorzystały z dofinansowań. Nie chodzi o korzystanie z dofinansowań a o skutek, jaki miał zostać osiągnięty a którego nie ma, w każdym razie nie w tym stopniu, jaki wynikałby z wymienianych tu kwot. Oni po prostu odpowiadają i rozliczają się z tego by wydać przewidziane do wydania pieniądze, by nie narazić się na zarzut, że „pieniądze były do dyspozycji a nie zostały wykorzystane”.
Skutek jest następujący: obecnie w naszym województwie jest ponad 110 tysięcy osób bez pracy a stopa bezrobocia wynosi ponad 16%. Niestety nie wiemy i nie dowiemy się tak łatwo, czy liczby te dotyczą tylko ilości osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy, czy różnicy liczby osób w wieku produkcyjnym – a liczby osób zatrudnionych na umowy o pracę, wg danych statystycznych. A jest to różnica zasadnicza, bo wiele osób niemających pracy – nie ma także uprawnień do uzyskania statusu osoby bezrobotnej, co uniemożliwia zarejestrowanie. Być może nowe dane statystyczne z opracowywanego właśnie spisu powszechnego dadzą jednoznaczną i aktualną informację.
Dalej Pan Dyrektor WUP stwierdza:
„… – Dodatkowe pieniądze to szansa na wielu następnych osób bezrobotnych – mówi dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy Andrzej Przewoda…”
Nie „… na wielu następnych” a chyba „… dla wielu…”? Chyba, że to nie jest przejęzyczenie i „wielu następnych bezrobotnych” zostało już zaplanowanych, wkalkulowanych w ten „biznes” i muszą oni się znaleźć by swoim istnieniem usprawiedliwić przepływ pieniądza, w tym i ten „strumyczek”, który płynie do autorów i realizatorów projektów z dofinansowaniem z EFS.
„… – To są działania samorządu w zakresie programów rozwojowych w szkołach, to jest wsparcie dla przedsiębiorców. Z całą pewnością nie będzie tak, że te pieniądze zostaną skierowane tylko na szkolenia…”
Niestety obawiam się, że dalej poruszamy się w sferze abstrakcji i absurdu.
Programy w szkołach? Uczniowie nie są bezrobotni… jeszcze. Czyżby planowanie bezrobocia dotykało już uczniów?
W ramach prewencji bezrobocia – dla absolwentów podstawówek można zrobić opracowania i informację o przewidywaniach dotyczących przyszłego zapotrzebowania na fachowców w różnych specjalnościach, nakłaniać młodzież do zainteresowania się zawodami deficytowymi a nie nadwyżkowymi. Zgoda. Powinno to być elementem przygotowania każdego człowieka do życia w „gospodarce rynkowej”. Walka z bezrobociem powinna polegać nie tylko na działaniach wobec obecnie istniejących bezrobotnych, ale i jednocześnie na zapobieganiu by nie pojawiali się nowi. Młodzi ludzie powinni już teraz, przed wyborem przyszłego zawodu mieć informacje „jak to działa”, jakie są przewidywania co do rozwoju poszczególnych branż gospodarki itp. To jest po prostu w interesie Państwa, by jak najmniej było problemów, nietrafionych decyzji życiowych. Tylko dlaczego na ten cel miałyby być przeznaczane środki potrzebne na przekwalifikowania ludzi będących dziś w wieku produkcyjnym a niemających zatrudnienia.
Szkoła, proces dydaktyczny – ma inne źródła finansowania.
Dziecko i tak nie uwierzy w "bajeczki" teoretyczne opowiadane mu w szkole przez kogoś kto sam nigdy nie był bezrobotny, gdy po powrocie do domu spotka się ze swoim bezrobotnym ojcem… Bo jego ojciec nie miał w szkole takich porad, jakiś zawód jednak musiał wybrać i wybrał, został zwolniony z pracy, gdy nagle zmieniły się standardy wymagań i oczekiwań na jego stanowisku pracy, gdy nagle władza zmieniła swoje zachowanie i zaprzestała kierować gospodarką a on nie mógł nowych wymogów spełnić natychmiast. Może jednak pieniądze te powinny być mądrze i skutecznie użyte najpierw w celu pomocy w powrocie ojca czy matki ucznia do tej lub przygotowaniu do innej pracy ?
Powyższy wywiad pochodzi sprzed kilku miesięcy a decyzja o podziale dodatkowych funduszy na województwa – z połowy stycznia br. Jest już połowa września, a nie ma żadnych informacji ani objawów, by pieniądze to zostały rozdysponowane i zaangażowane do działania a powiatach czy gminach. A tymczasem Rząd pod koniec ubiegłego roku obciął budżety Urzędów Pracy o 70% w stosunku do 2010 roku. Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie praktycznie od połowy roku nie posiada funduszy na nic prócz zasiłków. Prowadzony jest nabór na dwa kursy zawodowe dla… łącznie 30 osób spośród ogromnej liczby zarejestrowanych.
Traktuję to, co powyżej jedynie, jako pewien sygnał, zwracający uwagę na szerszy problem; jak wygląda w szerszym kontekście stosunek Władzy do pieniędzy z Unii, może raczej nawet do pieniędzy w ogóle. To kontynuacja rozważań, jakie już przedstawiłem w sprawie ideologii władzy – wywodzącej się z Platformy Obywatelskiej.
Moim zdaniem jest to sprawa ideologii więc wymaga oddzielnego omówienia.
Ukazała się niedawno w mediach ciekawa informacja dotycząca dodatkowych funduszy unijnych przyznanych między innymi województwu Zachodniopomorskiemu na walkę ze zjawiskiem braku miejsc pracy. Potraktujmy to, jako przykładową sytuację dotyczącą przecież całego kraju. Chodzi tu o podział tzw. Krajowej Rezerwy Wykonania za 2010 rok, wynoszącej ponad 230 milionów euro. Jednak sam już sposób przedstawienia tego faktu – nasuwa najgorsze obawy o sensowność, o zasadność tego dofinansowania. Dofinansowanie jest zasadne, bo województwo zachodniopomorskie należy do kilku objętych największym wskaźnikiem bezrobocia, to przecież nie tylko Szczecin, Koszalin i kilka mniejszych miast; to ogromne obszary Pojezierza Drawskiego, Ziemia Lubuska – pozbawione przemysłu obszary zalesione, objęte także terenami parków narodowych, krajobrazowych i rezerwatów. To nie jest przecież jakiś wybryk miejscowej ludności, to wynik, działania Państwa i jego polityki wewnętrznej. Nie ma nic dziwnego w większym braku miejsc zatrudnienia tutaj – niż w Centrum.
Wydawałoby się, że to dobrze, że są dodatkowe środki finansowe i doskonale, że tutaj trafiły, choć akurat wspomniane okoliczności nie miały żadnego wpływu na ich przydział. Niepokoi podejście władz do wydatkowania tych środków, dziwaczna „filozofia” z tym związana. Przyjrzyjmy się dokładniej:
„…Dodatkowe 54 miliony euro to nagroda za to, że na walkę z bezrobociem wydaliśmy już ponad 30 procent przeznaczonych dla województwa pieniędzy. Stawia to zachodniopomorskie na drugiej pozycji w kraju po warmińsko-mazurskim i przed opolskim…”
- cytuję za informacją prasową – wywiadem z Dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Szczecinie.
Walka z bezrobociem polega moim zdaniem nie tyle na sprawnym wydawaniu pieniędzy, tylko na faktycznym zmniejszaniu ilości osób zdolnych do pracy, dla których nie ma stałego i odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób pokroju Dyrektora WUP – dla których bezrobocie w jego aspekcie ludzkim jest czymś obcym, abstrakcyjnym i zrozumiałym jedynie poprzez „krzywe lustro” stanowiska i zawodowego aparatu wiedzy akademickiej (w najlepszym przypadku) – jest oczywiste, że skoro sprawnie i szybko zdołał wydać 30% pieniędzy – to należy mu dołożyć jeszcze więcej. Sukces walki z bezrobociem mierzy się dla niego ilością pieniędzy, jakie wydano i tempem tego procesu a nie skutkiem.
„… – To rodzaj premii za efektywność dotychczasowych działań – podkreśla Andrzej Przewoda. (Dyr. WUP Szczecin ) – Zainteresowanie jest tak olbrzymie, ten poziom aplikowania w różnych konkursach i przedsięwzięciach jest wysoki i nie będzie najmniejszego problemu, żeby te środki zagospodarować…”
W to wierzymy, że „nie będzie problemu”; wszak nie ma takiej kwoty, której by się nie dało zmarnować (wydać bez przewidzianego efektu dla ostatecznego odbiorcy).
Cytat ten jasno precyzuje, co Pan Dyrektor uważa za „efektywność”. Mówi o ogromnym zainteresowaniu beneficjentów… czyli autorów projektów, organizatorów różnych działań i inicjatyw – z deklarowanego przez nich założenia mających wpłynąć na zmniejszenie bezrobocia; o zainteresowaniu osób projektujących i realizujących programy finansowane lub dofinansowane ze środków publicznych i przeznaczone dla bezrobotnych, jako tzw. beneficjentów ostatecznych. Osoby te (organizatorzy) nie robią tego jako wolontariusze ani „w czynie społecznym”; zarabiają na tym. Dlaczego mieliby nie być zainteresowani, – jeśli jest bardzo dużo pieniędzy do wydania, a tym samym – dzięki temu i do zarobienia. Organizowanie pomocy dla bezrobotnych np. w formie szkoleń – to nie jest efekt oczekiwany po zaangażowaniu tak wielkich środków – nie to jest celem. Celem jest dopiero i jedynie ten ostateczny efekt w postaci radykalnej poprawy statystyk bezrobocia.
Jednak jest charakterystyczne i znamienne, że nikt ani nie pyta, ani też nie oczekuje informacji o tym ostatecznym efekcie, o skutkach. Ważne jest by był jak największy przepływ pieniądza, bo jeśli jest przepływ – to zawsze coś z tego „skapnie” w postaci wynagrodzeń a bezrobocie… nikogo nie obchodzi prócz samych bezrobotnych, zresztą ono i tak musi przecież być, bo jest narzędziem obowiązującej doktryny ekonomicznej.
„…W ciągu 4 lat ze szkoleń i dofinansowań, za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy, skorzystało ponad sto tysięcy mieszkańców i przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego…”
Dobrze. Ale z jakim skutkiem!? Jaki jest skutek – będę z uporem pytał!
Wystarczy wejść na którekolwiek z forów czy portali dotyczących pracy, by znaleźć odpowiedź: setki opinii i skarg podobnych do tej:
„…Jestem kobietą w wieku 53 lata o wyglądzie 40-latki, wyższe + 10 kursów różne branże, mogłabym pracować w szkole, w projektach jako koordynator, trener szkoleniowy itd. Jestem byłą beneficjentką programów unijnych podnoszących i wzmacniających i nadal nie ma chętnego pracodawcy (do zatrudnienia mnie)!!! Po co te raporty, dla kogo; czy zmienią naszą rzeczywistość ? – Zrezygnowana BKJ-„
Więc znowu nie tylko Dyrektor WUP, ale i jego partnerzy na wyższych szczeblach – skuteczność walki z bezrobociem widzą w ilości osób, które skorzystały z dofinansowań. Nie chodzi o korzystanie z dofinansowań a o skutek, jaki miał zostać osiągnięty a którego nie ma, w każdym razie nie w tym stopniu, jaki wynikałby z wymienianych tu kwot. Oni po prostu odpowiadają i rozliczają się z tego by wydać przewidziane do wydania pieniądze, by nie narazić się na zarzut, że „pieniądze były do dyspozycji a nie zostały wykorzystane”.
Skutek jest następujący: obecnie w naszym województwie jest ponad 110 tysięcy osób bez pracy a stopa bezrobocia wynosi ponad 16%. Niestety nie wiemy i nie dowiemy się tak łatwo, czy liczby te dotyczą tylko ilości osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy, czy różnicy liczby osób w wieku produkcyjnym – a liczby osób zatrudnionych na umowy o pracę, wg danych statystycznych. A jest to różnica zasadnicza, bo wiele osób niemających pracy – nie ma także uprawnień do uzyskania statusu osoby bezrobotnej, co uniemożliwia zarejestrowanie. Być może nowe dane statystyczne z opracowywanego właśnie spisu powszechnego dadzą jednoznaczną i aktualną informację.
Dalej Pan Dyrektor WUP stwierdza:
„… – Dodatkowe pieniądze to szansa na wielu następnych osób bezrobotnych – mówi dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy Andrzej Przewoda…”
Nie „… na wielu następnych” a chyba „… dla wielu…”? Chyba, że to nie jest przejęzyczenie i „wielu następnych bezrobotnych” zostało już zaplanowanych, wkalkulowanych w ten „biznes” i muszą oni się znaleźć by swoim istnieniem usprawiedliwić przepływ pieniądza, w tym i ten „strumyczek”, który płynie do autorów i realizatorów projektów z dofinansowaniem z EFS.
„… – To są działania samorządu w zakresie programów rozwojowych w szkołach, to jest wsparcie dla przedsiębiorców. Z całą pewnością nie będzie tak, że te pieniądze zostaną skierowane tylko na szkolenia…”
Niestety obawiam się, że dalej poruszamy się w sferze abstrakcji i absurdu.
Programy w szkołach? Uczniowie nie są bezrobotni… jeszcze. Czyżby planowanie bezrobocia dotykało już uczniów?
W ramach prewencji bezrobocia – dla absolwentów podstawówek można zrobić opracowania i informację o przewidywaniach dotyczących przyszłego zapotrzebowania na fachowców w różnych specjalnościach, nakłaniać młodzież do zainteresowania się zawodami deficytowymi a nie nadwyżkowymi. Zgoda. Powinno to być elementem przygotowania każdego człowieka do życia w „gospodarce rynkowej”. Walka z bezrobociem powinna polegać nie tylko na działaniach wobec obecnie istniejących bezrobotnych, ale i jednocześnie na zapobieganiu by nie pojawiali się nowi. Młodzi ludzie powinni już teraz, przed wyborem przyszłego zawodu mieć informacje „jak to działa”, jakie są przewidywania co do rozwoju poszczególnych branż gospodarki itp. To jest po prostu w interesie Państwa, by jak najmniej było problemów, nietrafionych decyzji życiowych. Tylko dlaczego na ten cel miałyby być przeznaczane środki potrzebne na przekwalifikowania ludzi będących dziś w wieku produkcyjnym a niemających zatrudnienia.
Szkoła, proces dydaktyczny – ma inne źródła finansowania.
Dziecko i tak nie uwierzy w "bajeczki" teoretyczne opowiadane mu w szkole przez kogoś kto sam nigdy nie był bezrobotny, gdy po powrocie do domu spotka się ze swoim bezrobotnym ojcem… Bo jego ojciec nie miał w szkole takich porad, jakiś zawód jednak musiał wybrać i wybrał, został zwolniony z pracy, gdy nagle zmieniły się standardy wymagań i oczekiwań na jego stanowisku pracy, gdy nagle władza zmieniła swoje zachowanie i zaprzestała kierować gospodarką a on nie mógł nowych wymogów spełnić natychmiast. Może jednak pieniądze te powinny być mądrze i skutecznie użyte najpierw w celu pomocy w powrocie ojca czy matki ucznia do tej lub przygotowaniu do innej pracy ?
Powyższy wywiad pochodzi sprzed kilku miesięcy a decyzja o podziale dodatkowych funduszy na województwa – z połowy stycznia br. Jest już połowa września, a nie ma żadnych informacji ani objawów, by pieniądze to zostały rozdysponowane i zaangażowane do działania a powiatach czy gminach. A tymczasem Rząd pod koniec ubiegłego roku obciął budżety Urzędów Pracy o 70% w stosunku do 2010 roku. Powiatowy Urząd Pracy w Szczecinie praktycznie od połowy roku nie posiada funduszy na nic prócz zasiłków. Prowadzony jest nabór na dwa kursy zawodowe dla… łącznie 30 osób spośród ogromnej liczby zarejestrowanych.
Traktuję to, co powyżej jedynie, jako pewien sygnał, zwracający uwagę na szerszy problem; jak wygląda w szerszym kontekście stosunek Władzy do pieniędzy z Unii, może raczej nawet do pieniędzy w ogóle. To kontynuacja rozważań, jakie już przedstawiłem w sprawie ideologii władzy – wywodzącej się z Platformy Obywatelskiej.
Moim zdaniem jest to sprawa ideologii więc wymaga oddzielnego omówienia.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
biznes,
Donald Tusk,
dotacje,
EFS,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
lemingi,
nędza,
nieuczciwość,
pasożytnictwo,
PE,
PO,
praca,
szkolenia,
unia europejska,
WUP,
żerowanie
Subskrybuj:
Posty (Atom)