Pisałem kiedyś, że człowiek prawdopodobnie jest w stanie tak naprawdę zrozumieć jedynie to, co leży w zakresie jego osobistego doświadczenia. Może dlatego tak niewiele jest zrozumienia dla tragedii jaką jest brak zatrudnienia - dla osób praktycznie uzależnionych od pracy najemnej. Bo to jest kolejna propozycja wspomnianego w poprzednim tekście przykładowego drania czy durnia: skoro nie ma zatrudnienia – bezrobotny może rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek.
Ale to jest kolejny idiotyczny mit ideologii PO.
Człowiek zdolny do rozpoczęcia nawet w mikroskali działalności gospodarczej – nie jest przeważnie, i to nieraz latami - bezrobotny. Te kilka czy kilkanaście tysięcy złotych możliwe do uzyskania w konkursie PUP na dotacje do rozpoczynanej działalności gospodarczej to zbyt mało by mogło wystarczyć; ta pomoc jest z natury jedynie dofinansowaniem dla kogoś kto już ma możliwości lokalowe i część kapitału, a zwłaszcza ma pomysł i wiedzę.
Podstawą działalności gospodarczej jest zatrudnianie pracowników, tylko w ten sposób można osiągnąć wystarczające obroty czy przychody i osiągnąć z nich wystarczający zysk. Społeczeństwo tak czy inaczej nie może się składać z samych przedsiębiorców. Oczywiście; należy dążyć do rozwoju drobnej przedsiębiorczości. Kto ma być przedsiębiorcą, bo posiada wszystkie potrzebne cechy – z pewnością będzie nim, nawet państwo mu w tym nie przeszkodzi, ale środowisko osób bezrobotnych nie jest miejscem gdzie można by szukać masowo osób o takich cechach, bo gdyby je posiadali - nie byliby bezrobotni.
Żeby żyć, trzeba mieć pieniądze, choćby w minimalnej, ale niezbędnej ilości. Żeby być bezrobotnym sensu stricte i starać się o zatrudnienie także trzeba mieć niezbędne środki, bo utrzymanie standardu osoby gotowej i zdolnej do natychmiastowego rozpoczęcia pracy – wymaga ponoszenia ciągłych kosztów. Dlatego w rejestrze bezrobotnych powinni być tylko i wyłącznie bezrobotni, aktywnie poszukujący zatrudnienia, ściśle spełniający wymogi i wszyscy oni powinni mieć przyznany zasiłek w wystarczającej do zaspokojenia podstawowych potrzeb wysokości na czas poszukiwania zatrudnienia i z przebiegu tego poszukiwania – rozliczani.
Bezrobocie jest pochodną stanu gospodarki a ten – nie zależy od postawy tego pojedynczego potencjalnego pracownika a raczej – od założeń politycznych oraz stanu gospodarki lokalnej i światowej, który także tym bardziej od tego nieszczęsnego człowieka nie zależy. Państwo jest tworem tworzonym przez ludzi i dla ludzi, dla dobra, dla pomocy a nie niszczenia i eksterminacji, dlatego – skoro narzuca sytuację i zasady postępowania, musi wziąć na siebie obowiązek realnej pomocy w egzystencji dla osób, dla których z jakiegoś od nich niezależnego powodu brakuje miejsc pracy, czyli miejsc zdobycia środków do życia w zamian za wykonaną pracę. Przedsiębiorcy muszą pracować w konkretnym otoczeniu obowiązujących i respektowanych przepisów prawa regulujących działania gospodarcze. Przedsiębiorcy muszą mieć swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w ramach prawa, pełny wpływ na koszty i zysk. Mają prawo dbać głównie o swój zysk. Natomiast państwo ma działać tak, by ta swoboda nie obracała się przeciwko jakimś grupom społecznym innym niż przedsiębiorcy, przeciwko społeczeństwu jako całości. Na przykład – by jakieś durne mity funkcjonujące wśród przedsiębiorców nie wyłączały swoim „widzi mi się” z aktywności zawodowej całych grup wiekowych, jak teraz ludzi w wieku produkcyjnym po 45 czy 50 roku życia ale przed wiekiem emerytalnym. A jeśli już – to by owo wyłączenie z aktywności odbywało się na bezpośredni koszt pracodawców.
Państwo tworzone i zarządzane (bezpośrednio lub pośrednio) przez przedsiębiorców – to jest w rzeczywistości zamach na państwo! Jest ono skandalicznym wypaczeniem i w ostatecznym rozrachunku musi ponieść klęskę. Mamy z tym bezpośrednio do czynienia w tym kraju. Prawdopodobnie to właśnie jest przedmiotem szantażu, tzw. afery podsłuchowej czy „taśmowej”. Musi to w przyszłości stać się przedmiotem zainteresowania Trybunału Stanu.
Jednak nim to się stanie przedsiębiorcy zgromadzą tak czy inaczej swój podły zysk, zdobędą swoje majątki i w ostateczności wytransferują je za granicę, a wszelkie koszty poniesie społeczeństwo, w szczególności pewne grupy „spisane na straty” – jak dziś osoby w wieku określanym jako „50 plus”.
Obecny okres bezwzględności i bezhołowia, związane z nim nazwiska – będą kiedyś w historii tego państwa okryte hańbą i wstydem. Ofiarom to nie przywróci zmarnowanych lat, straconego życia, cierpienia fizycznego i psychicznego.
Podstawowym źródłem finansowania działań urzędów pracy, tych wymienionych w ustawie o promocji zatrudnienia - jest Fundusz Pracy. To fundusz celowy powstający z obowiązkowych składek pracodawców. Nie wiem jak wygląda obecnie sprawa dostępności i wykorzystania dofinansowania unijnego - po zmianie tzw. perspektywy finansowej i przejściu na tzw. programy regionalne. Szkolenia dla bezrobotnych były, są i w najbliższym przynajmniej czasie będą straszliwym marnotrawstwem pieniędzy i to wcale nie dlatego jakoby miały być niepotrzebne. Po prostu od początku osoby bezrobotne są w tym jedynie pretekstem do pozyskania i wydania pieniędzy przy czym zarabia organizator szkoleń, firma szkoleniowa wyłoniona w przetargu oraz zajmujący się tym urzędnicy PUP i WUP. To po prostu nowe "pole biznesowe" w którym bezrobocie i osoby bezrobotne absolutnie nie są ważne poza ich funkcją "pretekstu" czy "alibi". Cała ta machina pozyskania środków i pasożytowania na nich przez urzędników wymaga istnienia bezrobotnych i bezrobocia na poziomie powyżej "naturalnego", dlatego wszelkie działania podejmowane są przez nich w taki sposób, aby wywołać obrót pieniądza na którym żerują ale nie zmniejszyć w sposób istotny wielkości bezrobocia które to legitymizuje; nie gotuje się rosołu z kury znoszącej złote jaja. Z bezrobociem trzeba "walczyć", ale nie wolno go przecież "zwalczyć" bo z czego dalej będziemy żyli - my urzędnicy, pracownicy pomocy społecznej? Bezrobotnym trzeba pomagać, ale przecież nie wolno im pomóc, tak by przestali być bezrobotni.
A poza tym; przede wszystkim władza bezmyślnie i nieodpowiedzialnie zredukowała przemysł, najpierw dopuszczając do jego rozkradzenia a potem świadomie na podstawie unijnej "ideologii dla naiwnych" - świadomie rezygnując z całych gałęzi przemysłu "na rzecz" Chin i Azji. Dlatego mamy autentyczny niedobór co najmniej dwóch milionów miejsc pracy. Druga sprawa to rozbieżność pomiędzy wiedzą, kompetencjami, doświadczeniem pracowników dawnych zakładów a współczesnymi potrzebami; przecież mieliśmy dość gwałtowny skok technologiczny i naukowy wynikający ze stopniowego znoszenia blokady "obozu radzieckiego" po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu faktycznej niepodległości (uważam że ten proces jeszcze się nie zakończył).
Jeszcze na dodatek zlikwidowano praktycznie szkolnictwo zawodowe i wiele technicznych szkół średnich. Istnieje więc stale pewna pula "aktualnie nieobsadzonych" miejsc pracy na które trwa nabór, szacuję to na średnio kilkadziesiąt tysięcy, bo zawsze jest jakiś ruch na "rynku pracy" ale są to w większości stanowiska związane z oczekiwaniami których bezrobotni nie są w stanie spełnić nawet po kursie zawodowym; chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie w dziedzinach które do niedawna nie istniały, połączone ze znajomością co najmniej jednego języka obcego, prawem jazdy i posiadaniem własnego samochodu wykorzystywanego do pracy, doskonałym opanowaniem zaawansowanych a specjalistycznych programów komputerowych itp. Poszukuje się fachowców a nikt nie ma zamiaru umożliwić nowemu pracownikowi zdobywania wiedzy i doświadczenia już w trakcie pracy.
Tu właśnie byłoby miejsce na działania pomocowe, jako że działania pracodawców często w prostej linii zależą od ponoszonych kosztów. Rozpatrzmy konkretny przypadek jako abstrakcyjny przykład: mamy np. człowieka który był magazynierem ale w dawnych warunkach PRL-owskich, bez komputera i nowoczesnych rozwiązań technicznych. Ma sporą wiedzę ale też i braki, dlatego jest bezrobotny. (pomijam tu przyczyny gospodarcze - dla uproszczenia wywodu). Rolą pomocową urzędu pracy byłoby tak "na logikę" pomóc mu uzupełnić te braki tak by mógł być zaakceptowany przez współczesnego przedsiębiorcę jako pracownik dający szansę na pełną produktywność i bezpieczeństwo w wykonywanej dla niego pracy. Trzeba nauczyć go posługiwania się komputerem i programami magazynowymi. Powiedzmy, że trzeba nauczyć go też obsługi urządzeń magazynowych i wózków widłowych bo to teraz jest powszechnie oczekiwane. Słowem - trzeba mu pomóc spełnić podstawowe oczekiwania pracodawcy bo potem sam już będzie się doskonalił i nabierał doświadczenia - pracując, przynajmniej ma taką szansę. Człowiek bezrobotny nie ma pieniędzy na komercyjne kursy, kosztujące w tym przypadku co najmniej kilka tysięcy zł. Kursów organizowanych przez PUP na koszt FP jest bardzo mało w stosunku do ilości chętnych, widzących w tym swoją szansę. Powiedzmy jednak, że dostaje się na taki kurs i kończy go z wynikiem pozytywnym. Powraca do rejestru bezrobotnych - ponieważ pracodawcy oczekują nie tylko świadectwa nabycia wiedzy, ale i posiadania co najmniej rocznego doświadczenia praktycznego w jej stosowaniu, poświadczonego "referencjami" od poprzedniego pracodawcy.
Powracając do rejestru bezrobotnych lub podejmując przypadkową zupełnie inną prostą pracę (stróż, ochroniarz) człowiek ten szybko zapomni to czego się na owym kursie nauczył. Jest szansa, że gdyby początkowa faza zatrudnienia tego człowieka obyła się bez kosztów ponoszonych przez pracodawcę - zgodziłby się on dopuścić tego człowieka do pracy np. na pół roku, by dać mu szansę nabrania doświadczenia w posługiwaniu się wiedzą nabytą podczas kursu. Potrzebna jest tu organizacja stażu dotowanego w 100% z FP lub pieniędzy unijnych na "walkę z bezrobociem". Jeśli to jeszcze mało, to po zakończeniu tego stażu człowiek ten powinien mieć szansę dalszej pracy np. na zasadach prac interwencyjnych - dotowanych już tylko w 40 czy 50%, Po roku takiej pracy będzie miał i wiedzę i doświadczenie, najprawdopodobniej powróci do normalnej pracy zawodowej u tego lub innego pracodawcy, czyli na trwałe przestanie być bezrobotny.
Moim zdaniem ten ciąg "kurs, staż, ewentualnie dodatkowa praca dofinansowana (interwencyjna)" powinien następować automatycznie w działaniach urzędu pracy mających "walczyć z bezrobociem". Chodzi o skuteczne wyeliminowanie powodu bezrobocia tego człowieka. Dla posłanego na kurs automatycznie powinien być organizowany dalszy staż, bo inaczej brak doświadczenia zawodowego spowoduje zmarnowanie niejako wiadome już z góry pieniędzy wydanych na ten kurs. Przy braku dwóch milionów miejsc pracy innej alternatywy nie ma a inne działania będą zawsze prowadziły do marnotrawstwa środków i pozorowania pomocy w celu żerowania na jej kosztach. Gdyby bezrobocie było zbliżone do tzw. poziomu naturalnego, szacowanego na 2,5 - 3,5% to większość ludzi mogłaby samodzielnie poradzić sobie z tym problemem, gdyby oczywiście otrzymywał zasiłek pozwalający pokryć elementarne potrzeby na czas nauki i poszukiwania czy zmiany pracy. W Polsce ok.16% zarejestrowanych bezrobotnych ma prawo do zasiłku, najczęściej sześćset kilkadziesiąt zł miesięcznie maksymalnie na sześć miesięcy. Reszta bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zasiłku nie otrzymuje. Osoby w wieku powyżej czterdziestu kilku lat są bezrobotne ze względu na wiek, niezależnie nawet od wiedzy i doświadczenia; po prostu "w tym wieku (szczególnie 50+) już się nie zatrudnia" co jest ewidentnym złamaniem prawa ale na to żadne szkolenia ani dotacje nie pomogą, zresztą nie chodzi nam o budowanie chorej gospodarki opartej na dotacjach do zatrudnienia. Potrzebna jest tu całkowita zmiana a może ona nastąpić moim zdaniem tylko poprzez całkowitą zmianę władzy.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty
15/03/2015
Jeśli jest szansa - to w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Etykiety:
bezrobocie,
demokracja,
Duda,
Kaczyński,
kapitalizm,
Komorowski.,
Kopacz,
liberalizm,
PIS,
PO,
Prezydent RP,
Tusk,
wybory 2015
14/03/2015
Pozostaje tylko wściekłość, bezradność i żal...
Życie przynosi mi coraz to nowe dowody na to, że sytuacja osób
pozbawionych pracy (jako formy zdobywania środków do życia) nie jest rozumiana przez innych, nawet bliskich czy
znajomych - stale od wielu lat zatrudnionych i przyzwyczajonych do
swojego stałego rozkładu dnia oraz przede wszystkim – stałego dopływu
pieniędzy, statusu ekonomicznego, poziomu dochodów. Przyzwyczajonych do pewnego poczucia podstawowego
bezpieczeństwa materialnego, wyrażającego się choćby w tej pewności, że
na koniec miesiąca, w łatwym do określenia bo wyznaczonym przez prawo dniu wpłynie na ich konto
bankowe wypłata wynagrodzenia za pracę; może nie imponująca, ale
przewyższająca znacznie podstawę zasadniczej egzystencji.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.
Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.
Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.
Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.
W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.
Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.
To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".
Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.
To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.
Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.
Nie promuję tu oczywiście takiej postawy, gdyby sprowadzić to do samoograniczenia życiowego, mentalnego i kulturowego; – niezrozumienie takie jest rodzajem niepełnosprawności, kalectwa.
Właśnie dlatego zajmuję się tu po prostu tą grupą ludzi, która ma swoje miejsce w społeczeństwie, jest jego wytworem, produktem ubocznym a – o której nikt nie chce pamiętać. Ludzi pozbawionych przez społeczeństwo zatrudnienia jako źródła podstawowych środków „na życie”.
Człowiekowi który tego stanu nie przeżył wydaje się absolutnie umykać taka możliwość nawet jako wyobrażenie, by nie otrzymywał swojego dotychczasowego „godnego” uposażenia, jest to dla niego tak abstrakcyjna ewentualność, że aż przekracza możliwości wyobrażenia. Człowiek błyskawicznie przyzwyczaja się do dobrobytu i do sukcesu, stąd właśnie wywodzą się niezwykle aktywni twórcy, wynalazcy oraz tzw. miliarderzy.
Każdy pracujący uważa się po prostu za normalnego, zwykłego, przeciętnego i tak samo normalne jest dla nich to, że gdzieś pracują, dostają za to regularnie jakieś pieniądze… wiadomości, że „brak miejsc pracy dla dwóch milionów bezrobotnych” – są dla nich czymś abstrakcyjnym. PRL wytworzył tak silny i tak durny, klasowy stereotyp "bezrobotnego-nieroba", że do dziś wielu poniekąd mądrych, inteligentnych ludzi - powtarza go publicznie, robiąc z siebie przy tym skrajnych idiotów i barbarzyńców.
Natomiast co do ewentualnych wątpliwości moralnych, pojawiających się jeszcze czasem u niektórych osób w związku z obserwowanym upadkiem innych do poziomu kloszarda, upadkiem lub (i) śmiercią tych którym się „nie udało”, którzy sobie "nie poradzili", umysł – zawsze dążący do równowagi, wymagającej w tym przypadku samousprawiedliwienia, znieczulenia – wytwarza takie argumenty, takie linie samoobrony psychicznej by nie dopuścić do siebie nawet cienia współwiny za to. Współwiny w sensie społecznym.
Być może właśnie dlatego występuje tu tak silne zjawisko niezrozumienia; niemożności zrozumienia, lub bronienia się przed nim. Ludzie nie chcą rozumieć co czuje i przeżywa osoba, której się „z zasady” odmawia zatrudnienia, mająca więcej niż 45 czy 50 lat, lub z jakiegoś innego równie absurdalnego powodu. Nie chcą zrozumieć najprostszego, choć to oczywiste, że bez jakichś dochodów nie da się żyć, a jakaś liczba obywateli żadnych dochodów nie ma, bo się im ich odmawia.
Jakich dochodów?
Dochody określające tak zwane „minimum egzystencji” określono w tym kraju na nieco ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast minimum socjalne to ok. 1100 zł. Przepraszam czytelnika: nie chce mi się tego dokładnie sprawdzać, bo uważam te kwoty za absurdalnie odbiegające od realiów potrzeb życiowych, więc za raczej mało warte uwagi.
Zbyt mało pieniędzy – to jest po prostu zbyt mało. Mimo że obowiązują jako podstawa do wielu innych danych normatywnych i wyliczeń. Dane takie możne znaleźć w Internecie dość łatwo, jeśli to kogoś bawi. Mnie – jakoś nie bawi… zbyt mnie to osobiście dotyczy, bym to uważał za zabawne.
W mediach w związku z wyżej opisaną sytuacją jest spory ruch propagandowy deprecjonujący problem skutków bezrobocia oraz samych osób pozbawionych zatrudnienia. Jak można się domyślać jest to wyrazem pewnego zamówienia politycznego, realizowanego przez zawodowych „zaciemniaczy”, jak i różnych domorosłych, amatorskich zwyrodnialców społecznych, lansujących jak ten fircyk we fraczku i cylinderku różne śmieszne, dziwaczne lub absurdalne tezy ideologiczne; lansujących monarchię, endecję, węszących wszędzie za „komuną”, nie odróżniających wolności od anarchii…
Łączy ich jedno: cynizm, bezczelność, pogarda dla człowieka, pajacowanie dla zarabiania pieniędzy.
Gdy się wspomni o bezrobociu i jego skutkach, natychmiast odzywają się różni dranie, czy durnie (poniekąd jedno nie przeczy drugiemu i cechy te mogą się połączyć w jednym, aspołecznym, barbarzyńskim, cynicznym umyśle). Po pierwsze – bezrobotni mają się ich zdaniem „wziąć do roboty” – no bo to przecież lenie którym się nie chce pracować. Jeśli wśród bezrobotnych rzeczywiście znajdzie się ktoś taki – to wina urzędów pracy a więc samorządu lokalnego prowadzącego działalność PUP, czyli wina władzy, także w postaci Sejmu tworzącego prawo oraz ministerstw zarówno postulujących docelowy stan prawny jak i realizujących je.
To wina ideologii. Praca jest źródłem dochodu niezbędnego do przeżycia, do zaspokojenia potrzeb w stopniu zależnym od możliwości zarobkowych, więc każdy normalny człowiek nie tylko musi zarabiać by żyć, ale i po prostu chce zarabiać – tak jak i chce żyć. Jeśli więc „wrzucono do jednego worka” w ewidencji biurokratycznej Urzędów Pracy właśnie takich ludzi poszukujących zatrudnienia którym się go odmawia, z ludźmi w rzeczywistości już niezdolnymi do żadnej pracy, chorymi, całkowicie pozbawionymi umiejętności funkcjonowania społecznego na skutek wieloletniej bezdomności, alkoholizmu i nędzy – to jest wina władzy. Owszem; czasem w pewnych indywidualnych przypadkach może to być wina tych ludzi, w tym sensie że ewidentnie „sami są sobie winni”, bo popełnili jakiś osobisty poważny błąd albo nie popełnili żadnego – bo niczego nie robili (byli bierni), ale generalnie to władza stwarza środowisko prawne funkcjonowania biznesu, stwarza zasady jakim owo funkcjonowanie podlega. I stworzyła takie, w których to biznes rządzi państwem, rządzi oczywiście wyłącznie w swoim cynicznym interesie. Decyduje o losach całych grup zawodowych, bo powie że on „50+ nie zatrudnia”. A dlaczego nie? Bo nie. Politycy mają zdaniem „liberałów” wierzących w „niewidzialną rękę” pozostawić całą gospodarkę państwa – przedsiębiorcom, stać grzecznie z boku i przyglądać się, jak „przedsiębiorcy budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy”… A co jeśli niszczą a nie budują?, nie tworzą a likwidują? To trudno… widocznie inaczej nie można, jest kryzys…
Oczywiście, że jest.
Nazywa się Platforma Obywatelska i Tusk. Nazywa się też "Kopacz, Piechociński, Bielecki, Lewandowski, Rostowski…"
Inny dureń powie, że bezrobotni to przeważnie alkoholicy i dlatego są pozbawieni pracy. Tak zwany bezrobotny to ustawowo osoba zdolna do pracy i poszukująca zatrudnienia, której zatrudnić nikt nie chce. Na przykład z powodu wieku (po 45 czy 50 roku życia). Co prawda – prawo w tym kraju jednoznacznie zabrania nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia ze względu na wiek, ale tego się absolutnie nie przestrzega. Wręcz przeciwnie: ostatnio na sztandarach Unii - praca dla młodych, mieszkania dla młodych itp.Platforma Obywatelska stworzyła w tym kraju państwo bezprawia, w którym można sobie bimbać z przepisów prawa zupełnie bezkarnie, także i prawa wyrażonego w Konstytucji. Konstytucja RP nie jest konstytucją państwa liberalnego, dlatego jest ignorowana przez władzę "liberałów", nie posiadającą jednak uprawnienia wynikającego z upoważnienia społecznego do jej zmiany. Dlatego tez i poparcie dla tej partii wśród bimbających sobie z prawa przedsiębiorców jest największe i sięga 50%.
To partia bezprawia i niesprawiedliwości a nie żadna Platforma Obywatelska i tak też się powinna nazywać.
BiN.
"Bezprawie i Niesprawiedliwość".
Brak pracy to brak zarobków, czyli narastający problem finansowy dotyczący kosztów elementarnego utrzymania. Bardzo często już w początkowej fazie dochodzi do rozpadu rodziny; separacji lub rozwodu z powodu bezrobocia. To najczęściej powoduje konieczność opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania. Dopóki jest możliwość płacenia choćby za wynajęte oddzielne mieszkanie, nie jest to początkowo problem; potem już tylko pokój z używalnością łazienki, najtańszy pokój „na stancji” co studenci określają mianem „u babci”, ale tu konieczna jest comiesięczna i terminowa zapłata. Jeśli zapłaty brak, człowiek taki – wyrzucony w ciągu tygodnia czy dwóch – jeśli ma trochę szczęścia znajduje się w jakimś miejscu przypadkowym, kątem u znajomego, w altance na czyjejś działce a w końcu – na ulicy.
By utrzymać pewien standard wyglądu, wiarygodności wobec ewentualnego potencjalnego pracodawcy – trzeba mieć normalny, schludny wygląd, możliwość dokonywania podstawowych zabiegów higieniczno-sanitarnych, a więc także prania, prasowania, golenia się, kąpieli – a to kosztuje. Zasiłek dla zarejestrowanych osób bezrobotnych otrzymuje średnio 16% bezrobotnych, czyli zaledwie 16 na 100 osób.
W dłuższym okresie czasu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia czyli w konsekwencji zarobku, nie da się spełniać tych wymogów; możliwości i wygląd bezrobotnego pogarsza się a co za tym idzie – zamykają się przed nim na zawsze kolejne drzwi pracodawców. Dopiero człowiek będący w takiej sytuacji dostrzega w pełni – jak szybko się zużywa to co jest mu niezbędne, jak błyskawicznie się niszczy, ile rzeczy jest niezbędne człowiekowi by normalnie funkcjonować, w szczególności gdy ma się nieustannie poddawać ocenie ewentualnego pracodawcy, stawać przed komisją rekrutacyjną, uczestniczyć w rozmowach kwalifikacyjnych. Jak trudno jest nie mając systematycznych dochodów zachować standard niewyróżniającej się negatywnie normalności wyglądu, powierzchowności, na jak krótko wystarcza możliwości i motywacji…
Wiele z tych osób w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że wolniej lub szybciej ale nieuchronnie się staczają, stopniowo degenerują się do poziomu kloszardów, zmierzają do tragedii. Nic na to nie mogą poradzić bez zewnętrznej interwencji, a interwencji nie ma – bo byłaby sprzeczna z ideologią tej władzy, tego państwa. Są pozory pomocy: skierowanie na kurs – po którym nadal nikt tej osoby nie chce zatrudnić, dotowanie zatrudnienia przez kilka miesięcy za możliwie najniższe wynagrodzenie – po których i tak nieuchronnie powraca on do stanu pozbawienia dochodów z pracy, gdy dotacje się skończą jest nieuchronnie zwalniany.
To ciekawostka swoją drogą, że pracownik po pięćdziesiątce gdy jest dotowany – nadaje się zdaniem pracodawcy do pracy, pracuje dobrze i jest oceniany pozytywnie dopóki wpływa dotacja a gdy dotacja się kończy – natychmiast znów do jakiejkolwiek pracy przestaje się nadawać… Dowodzi to jedynie, że chodzi tu o cyniczną grę „polowania na dotację” – nawet kosztem życia ludzi będących pionkami w tej grze.
Oczywiście zjawisko alkoholizmu dotyka wiele osób; nie tylko tych normalnie pracujących ale i tych niezależnych, bogatych; to ogromny problem społeczny i osobisty, napędzany niejako przez władze dla utrzymania wpływów do skarbu państwa. Niewątpliwie zdarza się, że ludzie tracą wszystko i stają się kloszardami – z powodu wcześniejszego wpadnięcia w nałóg alkoholowy. Jednak alkoholicy w żadnym przecież przypadku nie powinni być uznani za bezrobotnych, gdyż nie spełniają do tego podstawowych wymogów przyjętej w ustawie definicji. "Niepracujący" - nie znaczy "bezrobotny"; to nie jest to samo.
Nie o nich tu piszę.
Wśród bezrobotnych znacznie częściej natomiast dochodzi do alkoholizmu na skutek bezrobocia a nie bezrobocia – na skutek alkoholizmu. Człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, ze swojego stopniowego upadku z powodu braku dochodów wystarczających do utrzymania się, im bardziej inteligentny – tym bardziej rozumie to co się z nim dzieje i dłużej walczy o przetrwanie ale udaje się wyrwać z tej pułapki niewielu, wyłącznie dzięki pomocy "z zewnątrz". Dlatego co bardziej wartościowe jednostki uciekają przed tym w alkoholizm, czyli po prostu – w znieczulenie. „Zalanie się” do nieprzytomności i zamarznięcie z Bożą pomocą zimą w jakimś parku, korzystając ze sprzyjających okoliczności bardzo niskiej temperatury poniżej zera – to chyba niezłe wyjście. Pozwala zaoszczędzić sobie tak wielu upokorzeń, ostatecznego upodlenia, odczłowieczenia…
Mniej wartościowe jednostki – uciekają przed tym w przestępczość; skoro nie mogą normalnie zapracować na swoje potrzeby wykonując swój zawód albo już wręcz jakikolwiek możliwy dla nich do wykonywania, to zdobywają potrzebne pieniądze w sposób nielegalny lub wręcz kryminalny, przestępczy, realizując swoje prawo do życia i do wolności.
Zadziwiające jest, że to się temu społeczeństwu opłaca, że chce ponosić te koszty, uznając za ważniejsze „zasady liberalizmu” PO – powodujące iż przedsiębiorca ma prawo powiedzieć iż „osób 50+ nie zatrudnia” – bo „coś tam, coś tam”. Że najważniejsza jest wolność dla przedsiębiorców, nawet gdy odbierają oni w ten sposób wolność całym kilkusettysięcznym grupom potencjalnych pracowników. Bo brak środków do podstawowego utrzymania, brak możliwości zarobienia ich – to jest odebranie im ich podstawowej wolności. Taki „liberalizm” – to w rzeczywistości zaprzeczenie liberalizmu.
Etykiety:
bezrobocie,
demokracja,
Duda,
Kaczyński,
kapitalizm,
Kopacz,
liberalizm,
PIS,
PO,
Prezydent RP,
Tusk,
wybory 2015
01/06/2014
Walka z dyskryminacją oraz nierównym traktowaniem.
Rozdział II. „Praca dla młodych”.
W
części pierwszej wspominałem o wieku pracownika lub kandydata do
zatrudnienia jako kryterium czy podłożu dyskryminacji lub nierównego
traktowania. Pisałem też o tym, że źródłem przepisów mających w
założeniu ochraniać przed dyskryminacją są dyrektywy unijne, konkretnie –
Rady Unii Europejskiej, które mówiąc najogólniej – zakazują stosowania
dyskryminacji lub nierównego traktowania w zatrudnieniu, wobec
kogokolwiek i pod jakimkolwiek właściwie względem, a możliwe pewne
szczególne sytuacje prawnie przewidziane, muszą być wyposażone w
szczegółowe i konkretne uzasadnienie.
I tu pierwsza wątpliwość; czy jest możliwe, że to właśnie Unia, w tym
przypadku Komisja Europejska sama drastycznie łamie te ustalone przez
Unię zasady prawne.Mam na myśli unijną zasadę „adresowania” różnych działań, w tym pomocy – do ściśle określonych odbiorców, wyszczególnionych spośród innych w tym wypadku przez wiek i jej ewentualną sprzeczność z prawem unijnym .
Otóż „wyskoczył” niedawno jak przysłowiowy „Filip z konopi” jeden z komisarzy, w tym wypadku jeśli dobrze pamiętam – Holender (czyli wyskoczył pewnie – z konopi indyjskich), z hasłem propagandowym „Praca dla młodych”. Oto w myśl tego nagłego oświecenia Komisarza, Unia Europejska miała natychmiast podjąć kategoryczną walkę z bezrobociem wśród osób do 30 roku życia, gdy nie dało się już ukryć iż bezrobocie wśród osób w tej grupie wiekowej jest znacznie wyższe niż średnia, wynosi lokalnie nawet blisko 70%. Było to także niewątpliwie przygotowanie do kampanii wyborczej, wzmacniające zainteresowanie instytucjami unijnymi wśród młodych wyborców.
Z jednej strony uważam za zrozumiałe, że można przedstawić wiele argumentów i to bardzo poważnych i istotnych społecznie oraz gospodarczo w skali także globalnej, że zjawisko to wymaga szczególnej interwencji która wpłynęłaby na pracodawców, aby chętniej zatrudniali ludzi młodych. Z drugiej strony – samo wręcz nasuwa się tu zasadnicze pytanie: co w takiej sytuacji z prawem; jak taki pomysł ma się do przyjętej wcześniej zasady podstawowej prawa unijnego, przetransferowanej już do prawa krajów członkowskich – że pracownicy jak i kandydaci do zatrudnienia muszą być równo traktowani ze względu na wiek ! (jak i pod każdym innym względem).
Konkretnie, można pytać, czy szczególne traktowanie młodych na rynku pracy – nie przeczy właśnie tej unijnej zasadzie prawnej, w ten sposób iż dyskryminuje osoby w średnim i starszym wieku na rynku pracy. Oczywiście to samo powiedzielibyśmy o wszelkich programach skierowanych do grupy wiekowej określanej jako „50+” czyli osób bezrobotnych w wieku przedemerytalnym (w wieku 50 – 67 lat zgodnie z obecnie tymczasowo jeszcze obowiązującymi przepisami emerytalnymi). Jakiekolwiek działania nakierowane wyłącznie na tę grupę wiekową, dyskryminują bezrobotne osoby młodsze, a więc stanowią ewidentny przykład nierównego traktowania w zatrudnieniu, w tym wypadku dotyczący już samego dostępu do zatrudnienia. Z kolei praktycznie realizowana przez pracodawców zasada pozbywania się pod jakimkolwiek pozorem pracownika tuż przed jego wejściem w okres ochrony prawnej przez rozwiązaniem stosunku pracy (cztery ostatnie lata przed emeryturą) – ewidentnie dyskryminuje osoby w tym wieku w stosunku do pozostałych pracowników, które nie są narażone na zwolnienie z pracy ze względu na wiek. Jest to dyskryminacja pracownika ze względu na wiek, z powodu jego ochrony prawnej przed dyskryminacją: czy to nie jest groteskowe?
Czy szczególne zasady dotowania przez Unię zatrudnienia osób niepełnosprawnych, powodujące powstawanie całych wielkich firm usługowych opierających się na zatrudnianiu wyłącznie osób niepełnosprawnych i pod warunkiem udokumentowania tejże niepełnosprawności – takich jak „IMPEL”, „ROKA” i wiele innych – nie stanowią przypadkiem ewidentnego przykładu nierównego traktowania na rynku pracy ze względu na „stan sprawności fizycznej”, to znaczy – mówiąc wprost – dyskryminacji osób bezrobotnych w pełni sprawnych – za to, że są sprawne? Firmy te zatrudniają wyłącznie niepełnosprawnych z powodu czysto finansowego; dotacji i mniejszych kosztów pracy i osoba bezrobotna pełnosprawna nigdy tam zatrudnienia nie uzyska właśnie w związku z tym, że jej „pełnosprawność” nie przyniesie pracodawcy oszczędności na kosztach pracy…
Szczególnie zła sytuacja dotyczyłaby pod względem dyskryminacji ze względu na wiek – osób bezrobotnych w wieku 31 – 49 lat a więc osób przecież najwartościowszych ze względu na właściwą dla nich równowagę wiedzy, doświadczenia i możliwości fizycznych; byłaby to grupa stale od wielu lat dyskryminowana na rynku pracy, gdyż tak jak zdarzają się specjalne programy (choćby tylko teoretyczne – jak „szufladowy” projekt Michała Boniego „Solidarność Pokoleń z 50 plus”), skierowane do młodych, albo właśnie tylko do starszych – to nie pamiętam od lat żadnego projektu wsparcia dla tej „średniej” wiekowo grupy bezrobotnych. Także szczególne programy unijne w ramach EFS POKL w latach 2007 – 2013 nie dotyczyły tej grupy wiekowej.
Spójrzmy pod tym względem na wspomnianą nowelizację Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Niewątpliwie realizuje ona Unijne wytyczne dotyczące „szczególnej pomocy dla młodych bezrobotnych w Unii”.
Wprowadziła ona do katalogu działań PUP następujące „nowości”:
Przede wszystkim nowelizacja wprowadza zasadę obligatoryjnego „profilowania” bezrobotnych to znaczy ich bezwzględnego przydzielania do jednej z trzech grup: bezrobotnych samodzielnych i gotowych do podjęcia pracy a oczekujących jedynie oferty; bezrobotnych potrzebujących różnych działań przed podjęciem pracy, typu szkolenie, doradztwo, wstępna aktywizacja w postaci stażu, zatrudnienia dotowanego itp; bezrobotnych „oddalonych” od rynku pracy, którym nie mogą pomóc działania dostępne PUP i wymagają oni działań wstępnych takich jak podstawowa resocjalizacja, staż w Centrach Integracji Społecznej, leczenie odwykowe, przeciwdziałanie bezdomności itp. Dla tej grupy wprowadzono działania w formie programu „Aktywacja i Integracja”. Urzędy pracy zajmować się będą grupą pierwszą i drugą a grupa trzecia jest docelowo przewidziana głównie do „wydelegowania” do prywatnych agencji zatrudnienia, realizujących różne szczególne programy pomocowe za odpowiednią odpłatnością.
Pakiet bonów dla osób bezrobotnych w wieku do 30 roku życia. Jest to przeznaczone dla grupy drugiej i wymaga współpracy (i decyzji) indywidualnego doradcy zawodowego. W pakiecie tym występuje:
Bon szkoleniowy – w wysokości do 100% przeciętnego wynagrodzenia, na pokrycie kosztów potrzebnych szkoleń, egzaminów, kursów kwalifikacyjnych, przejazdów na nie i zakwaterowania.
Bon stażowy – na dojazdy do miejsca odbywania stażu dla osób skierowanych przez PUP w ramach indywidualnego planu działania, badania i testy (prócz stypendium stażowego za każdy miesiąc stażu).
Bon zatrudnieniowy – gwarantuje zwiększenie szansy na zatrudnienie dzięki refundacji pracodawcy części wynagrodzenia i składek na ubezpieczenie społeczne przez 12 miesięcy.
Bon na zasiedlenie – przeznaczony na pokrycie kosztów związanych z pracą lub podjęciem działalności gospodarczej w miejscowości innej niż miejsce dotychczasowego zamieszkania (w odległości co najmniej 80 km). Ułatwiać on ma tzw. migrację zarobkową, związaną z dojazdami do pracy w innej miejscowości lub zmianę miejsca zamieszkania w związku z podjęciem pracy. Może on mieć wartość do 8.000 zł na okres min. 6 miesięcy zatrudnienia.
Inne nowe elementy pomocy bezrobotnym opiszę w oddzielnym artykule.
W efekcie związane są z tym i szczególne świadczenia dla pracodawców zatrudniających osoby bezrobotne w wieku do 30 roku życia: refundacja części składek na ubezpieczenie społeczne, dotacje do wynagrodzenia, premia za przyjęcie stażysty, oczywiście nadal obowiązują dotychczasowe zasady dofinansowywania pracodawcom zatrudnienia w ramach prac interwencyjnych i robót publicznych itp.
Muszą się tu po prostu automatycznie nasuwać zasadnicze wątpliwości co do przyczyn dedykowania tych działań wyłącznie osobom młodym. Trudno nawet domyślić się powodu dla którego na przykład wspomniany bon zasiedleniowy ma służyć wyłącznie osobom do ukończenia 30 roku życia. Może być wiele takich przypadków ze względu na strukturalny charakter bezrobocia, że osoba w każdym wieku – w jednej miejscowości od lat bezrobotna np. w związku z likwidacją tam dużego zakładu przemysłowego z branży gospodarki polskiej którą likwidowano po 1989 roku, w innej miejscowości może być oczekiwana z otwartymi ramionami, bo wykonuje zawód tu właśnie deficytowy.
Co za różnica w jakim wieku byłaby ta osoba.
Czy nie chodzi tu przede wszystkim o zmniejszanie bezrobocia a więc o działania dzięki którym każdy bezrobotny który ponownie uzyskał trwałe zatrudnienie jest sukcesem i poprawia sytuację państwa – wytwarzając jakiś dochód oraz stając się nabywcą dóbr?
Nie do pojęcia na gruncie logiki czy zdrowego rozsądku są powody, dla których osobie bezrobotnej do ukończenia 30 roku życia można i należy pomóc w relokacji dla uzyskania trwałego zatrudnienia a osobie 31 letniej czy 40 letniej – już nie można i nie należy takiej pomocy udzielić – nawet gdy straciłaby ona w ten sposób szansę trwałego zatrudnienia w innej miejscowości w której jej praca jest potrzebna, lub nawet w odległej części kraju.
Nie do pojęcia w normalnych warunkach jest – po co w tym przepisie w ogóle określono przedział wiekowy; dlaczego osobie 40 lub 50 letniej nie można pomóc w relokacji, gdyby miało ją to wydobyć z bezrobocia. Dlaczego to może być tylko i jedynie „dla młodych”?
Wydaje się, że to raczej zmniejszanie bezrobocia wszelkimi metodami jest najważniejsze z gospodarczego i społecznego punktu widzenia, jakim powinno posługiwać się państwo. Ale jak z tego wynika – tak nie jest: ważniejsza jest IDEOLOGIA.
Jest unijne hasło ideologiczne „Praca dla młodych” wymyślone przez Komisję Europejską, więc ta ideologia jest najważniejsza a „młody” to ktoś do ukończenia 30 roku życia – bo tak zostało przyjęte w przepisach stworzonych przez biurokrację unijną. Chodzi o to, by realizować tę ideę a nie zmniejszać bezrobocie w każdy możliwy sposób a zresztą; takie bony relokacyjne czy zasiedleniowe dla młodych także nie wpłyną w sposób zasadniczy na stopę bezrobocia w tej grupie wiekowej, ani ujmowaną całościowo. Całościowo – skutek będzie marginalny, choć – co jest dla mnie najbardziej istotne – w indywidualnych przypadkach może to być pomoc na wagę życia. Bo przecież tu chodzi o ludzi i o ich życie! Abstrakcyjne naukowo może to być jedynie dla wypaczonych, zdegenerowanych moralnie biurokratów, odpornych na refleksje wykształciuchów wyobcowanych z realiów życia – jak pan wiceminister.
Zasada prawna powstrzymania się od jakiejkolwiek dyskryminacji, szykanowania czy nierównego traktowania obywateli w sprawach związanych z zatrudnieniem nie da się pogodzić z tworzeniem podobnych przepisów i ofert, dzielących w sposób jaskrawy a niczym najczęściej nieuzasadniony na różne grupy konkurujące nawzajem o środki i zainteresowanie decydentów w Unii lub w swojej ojczyźnie.
Oczywiście, że działania takie nie mają i nie mogą mieć zasadniczego wpływu na likwidację nadmiernego bezrobocia a więc nie dotykają one rzeczywistych powodów tego zjawiska, dlatego też takie jak ta „reformy urzędów pracy” i nowelizacje ustaw – niczego nie zmienią. Nie ma się więc także czym entuzjazmować. Pozostaje problem bezrobocia widziany z jedynego istotnego punktu widzenia: zasadniczej roli pracy dla indywidualnego człowieka, skutków pozbawienia go możliwości świadczenia pracy w zamian za wynagrodzenie z wszystkimi tego kolosalnymi konsekwencjami na wielu płaszczyznach. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest i zawsze będzie haniebne dla tego pokolenia i tej władzy, w naszym kraju – głównie środowiska postsolidarnościowego, oraz dziwnych ludzi którzy nagle, zaskakująco i samowolnie zastąpili wówczas dawnych polityków, aktywistów i działaczy, zmuszanych do emigracji politycznej, lub – ledwie żyjących po „pobycie” w obozach internowania wewnętrznego (obozach generała Jaruzelskiego), środowiska tak zwanego „KLD” z którego wyłoniła się obecna ekipa o histerycznie – totalitarnej mentalności, wcale nie ustępującej mentalności towarzyszy – z poprzedniej „jedynie słusznej” partii, mającej patent na „gwarantowane wygrywanie wyborów” nie 7 a 77 razy.
Obecna władza stworzyła bezrobocie w takiej wysokości i specyfice jak to odczuwamy – przy okazji tworzenia niewolnictwa pracowniczego w stylu kapitalizmu dziewiętnastowiecznego i dlatego likwidacja bezrobocia wymaga jako warunku bezwzględnego – zmiany tej władzy.
Etykiety:
kapitalizm,
minister pracy,
MPiPS,
niewolnictwo pracownicze,
praca,
pracodawca,
promocja zatrudnienia,
Rada Unii Europejskiej,
równe traktowanie,
równość,
rynek pracy,
UE,
wyzysk,
zatrudnienie
30/05/2014
Walka z dyskryminacją i nierównym traktowaniem; „równość” – kontra „wolność”.
Rozdział I.
Tak zwana
„nowelizacja” tak zwanej „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach
rynku pracy” – wprowadziła właśnie do praktyki kilka nowych pomysłów
dotyczących działania Urzędów Pracy; efektownych ale o zupełnie jak się
wydaje marginalnej możliwości wpłynięcia na sytuację osób bezrobotnych,
poszukujących i potrzebujących zatrudnienia w celu uzyskiwania stałych
dochodów za własną pracę najemną; zatrudnienia najchętniej angażującego
ich posiadane już umiejętności, doświadczenie, kompetencje i wiedzę. W
przypadku trudności oczywiście ta ostatnia przesłanka dotycząca
wykorzystania posiadanych kompetencji spada na najniższe miejsce
ważności, ale warto pamiętać, że generalnie ona istnieje i jest ważna
zarówno dla pracowników jak i tym bardziej dla pracodawców.
Przypomnijmy, że bezrobocie polega na rzeczywistym niedoborze miejsc pracy, który można rozpatrywać zarówno w sensie ilościowym jak i w sensie niedopasowania specyfiki podaży pracy w stosunku do aktualnego zapotrzebowania na konkretne rodzaje pracy w konkretnych zawodach i specjalnościach (popytu). W tym sensie bezrobocie wynika głównie ze stanu lokalnej gospodarki, jest efektem polityki gospodarczej władzy lub efektem braku tej polityki, wynika ze stanu edukacji (szkolnictwa) i jego powiązania z planowaniem gospodarczym, do jakiegoś stopnia może mieć też powody globalne, niezależne od działań na szczeblu lokalnym, np. państwowym. Oczywiście problemy z zatrudnieniem miewają i powody indywidualne, osobiste – w sensie odpowiedzialności za przyczynę.
Bezrobotnymi nazywamy wyłącznie osoby zdolne do pracy w pełnym jej wymiarze i gotowe (chętne) do jej podjęcia, nieposiadające innego źródła dochodów – dla których ofert zatrudnienia brak lub też ich oferty podjęcia pracy są przez pracodawców odrzucane na przykład ze względu na wiek.
Sprawa wspomnianej nowelizacji ma oczywiście wiele aspektów, bo z pewnością można zastanawiać się, na ile zmiany te zadowalają ambicje osobiste czy „naukowe” samych twórców, w szczególności „naczelnego teoretyka bezrobocia” – sekretarza stanu w MPiPS, wiceministra dr hab. Jacka Męcinę a na ile – osoby potrzebujące zatrudnienia a obecnie – także wsparcia w swoich wysiłkach na rzecz jego uzyskania. Podkreślam to głównie z powodu przekonania, że te dwa podejścia diametralnie się różnią, rozchodzą się w dokładnie przeciwnych, skrajnych kierunkach.
Teoretycy coraz bardziej teoretyzują a biedacy pozbawieni pracy, czyli w efekcie – podstawowych dochodów, coraz bardziej popadają w desperację z powodu owego teoretyzowania ludzi, którzy powinni robić coś właśnie jak najbardziej praktycznego i docelowo oraz doraźnie skutecznego, rzeczywiście zmieniającego sytuację. I zgodnie z definicją – działania takie powinny dotyczyć przyczyn gospodarczych bezrobocia, czyli stanu gospodarki i jej prawno-organizacyjnych warunków, zapobieganiu poprzez planowanie gospodarki i dostosowanie do tego odpowiedniego planowania i promocji edukacji a także wpływania na właściwe zachowania pracodawców. Czyli generalnie – roli państwa, definiowanej przez władzę ustawodawczą a realizowanej przez władzę wykonawczą. Dlatego właśnie można zastanawiać się, czy wspomniane zmiany w ustawie są rzeczywistą nowelizacją, czy „nowelizacją udawaną” mającą stworzyć pozory działalności, ale jednocześnie gwarantującą zachowanie obecnej sytuacji.
Trzeba tu jasno powiedzieć, że obecna sytuacja jest bardzo trudna a często wprost dramatyczna dla wielu osób uzależnionych od pracy najemnej (od sprzedawania swojej pracy i czerpania z tego podstawowych dochodów), ale jednocześnie – że sytuacja ta została celowo i świadomie stworzona przez rządzących właśnie po to, by wywołać skrajną nierównowagę na tak zwanym „rynku pracy” działającą na rzecz interesu przedsiębiorców oraz stwarzającą warunki tak zwanego „niewolnictwa pracowniczego”. Oczywiście taki „rynek pracy” – pozbawiony równowagi – rynkiem po prostu nie jest i dlatego używam tego określenia w cudzysłowie, cytując je z propagandy rządowej.
Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden z aspektów; problem „równego traktowania”.
Prawo unijne wynika tu z Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2000/78/WE z dnia 27 listopada 2000 r. ustanawiającej ogólne warunki ramowe równego traktowania w zakresie zatrudnienia i pracy (Dziennik Urzędowy L 303 , 02/12/2000 P. 0016 – 0022).
Celem Rady UE jest walka z dyskryminacją ze względu na wiek, płeć, religię, przekonania, niepełnosprawność lub pełnosprawność lub orientację seksualną w odniesieniu do zatrudnienia i pracy. Równe traktowanie ma oznaczać brak jakichkolwiek form bezpośredniej lub pośredniej dyskryminacji ze względu na wymienione przyczyny. Dyskryminacja oznacza niekorzystny sposób traktowania w sprawach związanych z pracą lub zatrudnieniem; bezpośrednia dyskryminacja ma miejsce, gdy jakąś osobę traktuje się mniej przychylnie w związku z wymienionymi cechami, niż traktuje się, traktowano lub traktowano by inną osobę w porównywanej sytuacji, natomiast dyskryminacja pośrednia ma miejsce, gdy jakiś przepis, kryteria lub praktyka – nawet pozornie neutralna – może w efekcie doprowadzić do niekorzystnej sytuacji dla osób o danym wieku, płci, wyznaniu, poglądach, stopniu niepełnosprawności czy orientacji seksualnej. Prawo polskie Kodeks Pracy dodaje tu jeszcze inne kryteria; rasę, narodowość, przynależność związkową, przekonania polityczne, wyznanie, pochodzenie etniczne, rodzaj umowy o pracę i czas jej obowiązywania.
Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia z wszystkich tych wymienionych powyżej przyczyn – jest absolutnie niedopuszczalna, choć w przypadku dyskryminacji pośredniej sformułowano pewne istotne zastrzeżenia umożliwiające wprowadzanie pewnych różnic w ściśle określonych i uzasadnionych przypadkach.
Przedmiotowa dyrektywa szczegółowo omawia w dalszych kolejnych swoich artykułach poszczególne pola ewentualnego nierównego traktowania, coraz bardziej „rozwadniając” rozróżnienia i zalecenia i to chyba stanowi o jej słabości, wynikającej ze specyfiki składu i funkcjonowania Rady Unii Europejskiej – złożonej wyłącznie z przedstawicieli rządów państw członkowskich.
Na tym etapie, można jednak mieć wiele wątpliwości. Dla przykładu – w sprawie wieku, jako „pola” do ewentualnej dyskryminacji.
Zakaz dyskryminacji ze względu na wiek powinien oznaczać, że pracodawca nie kieruje się przy zatrudnianiu wiekiem kandydata do pracy, także już po zatrudnieniu nic związanego z pracą od wieku pracownika nie zależy. Wynikałoby z tego, że w trakcie poszukiwania pracownika wiek zgłaszających się kandydatów nie jest podawany ani nie występuje w żadnych dokumentach aplikacyjnych, podobnie i numer PESEL – który zawiera w sobie datę urodzenia czyli wiek”, ale z drugiej strony – numer ten jest jedyną przesłanką precyzyjnego rozróżnienia osób, np. o jednakowym lub podobnym nazwisku. Chodzi przecież o numer identyfikacyjny. Nie da się wieku „ukryć” przed pracodawcą lub jednostką dokonującą rekrutacji także i podczas bezpośredniej rozmowy mającej określić siłę motywacji kandydata, jego cechy charakterologiczne oraz wyobrażenia o „godziwej” płacy. W związku z tym – pracodawca pomimo wiedzy o wieku kandydata, nie powinien się tą wiedzą posługiwać w jego ocenie; tyle, że to jest zasada bardziej moralna czy etyczna a nie praktyczna, ponadto każdy prywatny przedsiębiorca będzie przecież upierał się przy swoim wyobrażeniu absolutnego braku jakichkolwiek ograniczeń w sposobie konstruowania przez siebie swojej działalności gospodarczej, a swoje własne wyobrażenie o „zasadach zatrudniania” – usprawiedliwiał będzie swoim osobistym ryzykiem majątkowym w przypadku niepowodzenia gospodarczego. Uważam, że możliwe jest stosowanie zasady, iż pracodawca ma po prostu „pracę do wykonania” i powinna ona zostać wykonana zgodnie z obowiązującymi standardami nieuwzględniającymi w ocenie tych czynników, jakie mogą być przedmiotem nierównego traktowania czy dyskryminowania osób tę pracę wykonujących lub mających ją wykonywać (po ich zatrudnieniu). Czynnikami ingerującymi w tę kwestię są przepisy np. zakazujące wykonywania pewnych prac kobietom i określające inne poziomy maksymalnego ich obciążenia wysiłkiem fizycznym, oraz działania lekarzy medycyny pracy – wydające lub odmawiające wydania konkretnej osobie orzeczenia o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania konkretnej, określonej pracy. Krótko; jeśli przychodzi człowiek o wymaganych kompetencjach i wiedzy, spełnia wcześniej określone kryteria merytoryczne, posiada orzeczenie o braku przeciwwskazań medycznych do wykonywania danej pracy oraz jego zatrudnienie nie koliduje z przepisami bhp – nic pracodawcy do tego, czy to jest kobieta czy mężczyzna, „homo” czy normalny, młody czy „50+”, katolik czy prawosławny, Afrykanin czy Europejczyk, związkowiec czy niezrzeszony, „lewak” czy „prawak” itp. Po prostu: nic do tego pracodawcy!
Niestety: osiągnięcie takiego stanu w Polsce wymagałoby pewnie, co najmniej dziesięciolecia intensywnej pracy instytucji państwa nad zmianą postaw i szacunku dla prawa a nie tworzenia kolejnych, nowych pozornych działań i martwych przepisów; intensywnej pracy nad poziomem etycznym pracodawców i ich postawami a nie – wyłącznie działań skierowanych do poszukujących pracy. Chodzi tu po prostu o działania i postawy dość jednak subtelne, których nie da się wymusić przepisami prawa, jeśli nie zostaną przez większość zaakceptowane i uznane za słuszne.
Zmiany realne idą tu w dokładnie odwrotnym kierunku: coraz większego skomplikowania procesu „rekrutacji na stanowisko”, coraz głębszego sięgania do szczegółowych danych osobowych czy wręcz „prześwietlania” przeszłości kandydata do pracy, a więc rozszerzania i upowszechniania dyskryminacji czy nierównego traktowania – zamiast walki z nim. Jest to wynikiem narastającej anarchizacji życia, anarchizacji jako ideologii, przyzwolenia władzy na tę anarchizację w zamian za poparcie i utrzymanie władzy oraz odpowiedniego korzystania z niej także z motywacji osobistych. Nie da się tu nic zmienić – bez radykalnej zmiany władzy, w rozumieniu oczywiście nie personalnym a raczej – zmiany ideologii. Chodzi o zmianę – w sensie zbliżenia się do normalności, dogonienia normalnego rozwoju cywilizacji, nie o jakiekolwiek ideały czy abstrakcję.
To temat obszerny, dlatego w następnym felietonie powrócę do sprawy nowelizacji ustawy ocenianej pod kątem europejskich idei powstrzymania szykanowania i nierównego traktowania obywateli pod jakimkolwiek względem, w sprawach zatrudnienia.
Etykiety:
Jacek Męcina,
kapitalizm,
minister pracy,
MPiPS,
niewolnictwo pracownicze,
praca,
pracodawca,
prawo pracy,
promocja,
Rada Unii Europejskiej,
równe traktowanie,
równość,
rynek pracy,
UE,
wyzysk,
zatrudnienie
06/10/2013
Pomoc w przekwalifikowaniu osób bezrobotnych jest potrzebna.
Jednym z wielkich problemów związanych z bezrobociem jest
niedostosowanie kwalifikacji osób w wieku produkcyjnym do aktualnych
potrzeb przedsiębiorców.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.
W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.
Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.
Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…
Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.
Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.
Nie chodzi już o to, że potrzeby te są często absurdalnie wygórowane w wyniku nastawienia pracodawców na maksymalny zysk (wyzysk) pracownika, na dodatek niezrównoważany odpowiednią zapłatą. Szacuje się, że stale jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia na które pracodawcy nie mogą znaleźć odpowiednich pracowników właśnie z powodu wymogów wiedzy, kompetencji czy doświadczenia, albo – jeśli już znajdują takich kandydatów, ci – świadomi swojej wartości – nie zgadzają się pracować za proponowaną im zapłatę, która zbyt często jest porównywalna z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem albo nie jest związana z normalną umową o pracę. „Rynek pracy” jest dziś nadal przez przedsiębiorców rozumiany prostacko, jako celowo stworzone uwarunkowanie działające jednak tylko w jedną stronę; pracownicy muszą zdobyć środki niezbędne do życia dlatego muszą poddać się dyktatowi pracodawców co do warunków pracy i płacy a pracodawcy świadomi swojej przewagi – za tę minimalną płacę oczekują „cudów” kompetencji, wydajności, zaangażowania itp.
To jest ewidentny objaw działania na rzecz wprowadzenia, czyli może raczej powrotu do tzw. „niewolnictwa pracowniczego” charakterystycznego dla początków kapitalizmu światowego – jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Być może są tu i jakieś echa gospodarki pańszczyźnianej – które rząd Tuska wywołuje gdzieś z lamusa historii gospodarki, kierując się swoją „ideologią chciwości”.
W wielu wypadkach jednak niezależnie od tego rzeczywiście brak „fachowców”; ludzi posiadających odpowiednie kwalifikacje a nikt nie chce dziś wyszkolić specjalistów na swój użytek, oczekując raczej kandydatów tanich, nie wymagających szkolenia, ludzi którzy zaczną natychmiast po zatrudnieniu pracować z odpowiednią wydajnością i samodzielnością. Prowadzi to do absurdu; nikt nie chce umożliwić pracownikowi zdobycia doświadczenia a wszyscy poszukują wyłącznie doświadczonych.
Brak fachowców wywodzi się także z błędów władzy. Chodzi o to, że po 1989 roku nastąpił pewien skok technologiczny związany też i zupełnie innymi niż wcześniej modelami organizacyjnymi biznesu. Mam tu na myśli dostęp do współczesnych rozwiązań organizacyjnych oraz technologicznych a więc na przykład stopniowe zastępowanie przestarzałego parku maszynowego urządzeniami nowoczesnymi dla których nie było kwalifikowanej obsługi. Nastąpił skok w dziedzinie zastosowań informatyki, mechatroniki, automatyki, robotyki itp. Problem w tym, że w ślad za tym nie poszły dość szybkie i skuteczne działania w dziedzinie oświatowej i edukacyjnej, zresztą wykształcenie absolwenta na poziomie technika trwa przecież najczęściej pięć lat a absolwent posiada dość niewielkie doświadczenie w pracy przy wdrożeniach lub „na produkcji” w realnych warunkach dużego zakładu produkcyjnego. Nabycie takiego doświadczenia – to kolejne pięć lat. Tradycyjne, czysto mechaniczne i obsługiwane „ręcznie” maszyny do obróbki skrawaniem zaczęły być zastępowane maszynami sterowanymi cyfrowo (programowanymi) a dla obsługi takich urządzeń od początku brak było i nadal jest brak dostatecznej liczby fachowców. W każdej niemalże dziedzinie przełom techniczny czy technologiczny wyprzedził działania zmierzające do zapewnienia odpowiednio wykształconych kadr.
Stąd brak miejsc pracy zaczął mieć po części charakter także i strukturalny, co oznacza właśnie skrajne niedostosowanie kompetencji osób poszukujących zatrudnienia do kompetencji oczekiwanych przez pracodawców.
Problem ten mógłby przynajmniej częściowo zostać złagodzony odpowiednim systemem szkoleń, kursów – uzupełniających kwalifikacje pracowników albo całkowicie je zmieniających z dziś już w gospodarce zbędnych na te poszukiwane albo przynajmniej akceptowalne. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby władza prowadziła jakąś czytelną i przewidywalną politykę gospodarczą. Tymczasem zmiany gospodarcze jak się wydaje miały w latach dziewięćdziesiątych i początkowych latach XXI wieku charakter chaotyczny, przypadkowy, patologiczny, często wręcz kryminalny, czasem także uwarunkowany politycznie, jak choćby likwidacja przemysłu stoczniowego mająca na celu między innymi rozbicie zwartych i zorganizowanych struktur związkowych bazujących na wielkich zakładach pracy a tradycyjnie, historycznie – na stoczni gdańskiej oraz szczecińskiej. Gospodarką „kierowała” pogoń za maksymalnym „nachapaniem się” tego, co już „niczyje” – co było pozostałością po gospodarce „uspołecznionej” z czasów PRL.
Wraz z pojawieniem się funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego – powstała szansa na poważne działania zmierzające właśnie do potrzebnego dostosowania kompetencji pracowniczych do współczesnych potrzeb, co mogło zapobiec przynajmniej częściowo nadmiernemu wzrostowi bezrobocia. Niestety gospodarowanie ogromnymi pieniędzmi przyznanymi Polsce na ten cel z EFS stało się także przedmiotem zawłaszczenia przez cwanych „biznesmenów” myślących jedynie o tym, jak „sprywatyzować” te środki a nie jak je skutecznie wykorzystać.
W jednym z wcześniejszych tekstów zastanawiałem się nawet, czy należy uznać to za błąd naiwności Donalda Tuska jako przywódcy partii rządzącej i szefa rządu, czy może raczej doskonale wiedział on jak ideologia Platformy wpłynie na działania lokalnych biznesmenów co do tych właśnie pieniędzy; zakładał z góry to co się stało. A stało się tak, że większość wspomnianych środków została wydana na źle zaplanowane, nieskuteczne, często wręcz fikcyjne, bardzo drogie „szkolenia bezrobotnych” po których bezrobocie nie tylko nie zmalało ale nawet wzrosło.
Pisałem o tym wielokrotnie.
Miliardy euro wydano z bardzo mizernym skutkiem, zmarnowano ogromną szansę społeczną choć nie zmarnowali jej lokalni cwani biznesmeni – powiększając dzięki temu swoje majątki. Szczególnie w grupie osób określanej jako „50+” szkolenia te okazały się bezskuteczne, gdyż powodem odmowy zatrudnienia ich nie był jak się okazało „brak kwalifikacji” ; ludzie ci z kilkoma nieraz dyplomami ukończonych kursów „unijnych” nadal pozostawali i pozostają do dziś bezrobotni, często nawet zdążyli już zapomnieć większość wiedzy zdobytej na wspomnianych kursach. Przyszedł czas ewaluacji i pomimo różnych „kombinacji” mających ukryć fakty – cała nieskuteczność owych szkoleń wyszła na jaw. Przede wszystkim – ujawnił ją wzrost bezrobocia zamiast spodziewanego spadku.
Reakcja władz była tak samo absurdalna – jak wcześniejsze działania lub zaniechania; skoro szkolenia bezrobotnych nie odniosły skutku, to całkowicie zaniechano szkoleń, poza tymi organizowanymi w ramach statutowej działalności przez urzędy pracy. Jednakże szkolenia takie dotyczą najwyżej 300 – 400 osób rocznie (w Szczecinie), z powodu limitu środków na ten cel; jeden kurs zawodowy – to grupa maksymalnie 15 – 16 osób. Wpływ tego na stan bezrobocia jest minimalny, poza tym – nikt i nic nie zmusi pracodawcy do zatrudnienia osoby której on z sobie znanych (w najlepszym razie) powodów zatrudnić nie chce; obojętnie czy bez kursu – czy po nim. Władza odżegnuje się od jakichkolwiek działań organizatorskich a gospodarką „rządzi” biznes kierując się swoimi i tylko swoimi zasadami oraz swoimi i tylko swoimi zyskami. Wobec osób kończących kursy zawodowe organizowane przez PUP nie są stosowane żadne działania pośrednictwa czy promocji; osoby te są pozostawiane same sobie i najczęściej nie znajdują zatrudnienia, tak jak i przed kursem…
Trzeba jednak wyraźnie stwierdzić: faktycznie istnieje bariera kompetencyjna ograniczająca wykorzystanie istniejących miejsc pracy. Na dodatek zjawisko to będzie prawdopodobnie narastać. Słusznym wreszcie pociągnięciem władzy jest próba dostosowania struktury szkolnictwa i programów nauczanie do faktycznych potrzeb gospodarki, co będzie wkrótce miało pozytywny skutek. Pozostają jednak ci ludzie dziś odsunięci od pracy którym wystarczyłoby rzeczywiste szkolenie, kilkumiesięczny kurs rzeczywiście nastawiony na uzupełnienie ich wiedzy, skojarzony jednak z faktycznym jednoczesnym pośrednictwem pracy dla nich, by natychmiast po tym kursie mogli rozpocząć pracę zawodową, na choćby i najprostszych stanowiskach i za najniższą płacę.
Całkowite wyłączenie finansowania szkoleń i dobrze zaplanowanych kursów z wykorzystaniem środków EFS dla osób bezrobotnych jest dziś tak samo idiotyczne, jak wcześniejsze bezładne organizowanie tych kursów na masową skalę choć bez zapewnienia ich skuteczności w postaci rzeczywistego i trwałego zatrudnienia tych osób. Ewidentnie „wylano dziecko z kąpielą” – co przecież obciąża, powinno obciążać władzę jakąś odpowiedzialnością. Ma to swoją przyczynę w braku kompetencji osób zatrudnianych do kierowania urzędami pracy oraz „teoretycznością” wiedzy ministra pracy i jego urzędników.
Gdzieś pomiędzy swobodnym „rozkradaniem” funduszy przeznaczonych na szkolenia a całkowitym wstrzymaniem finansowania takich szkoleń – jest ta potrzebna NORMALNOŚĆ, to znaczy działania przemyślane, kompleksowo zaplanowane od początkowej diagnozy sytuacji konkretnego człowieka – do uzyskania przez niego trwałego zatrudnienia. Domagałem i nadal domagam się od rządu Tuska takiej normalności.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
dotacje,
EFS,
fundusze unijne,
ideologia,
kapitalizm,
Kosiniak-Kamysz,
kursy,
minister pracy,
niewolnictwo,
Pańszczyzna,
PO,
praca,
rząd,
szkolenia,
Tusk,
unia europejska,
zatrudnienie
29/08/2013
Tajna pełnosprawność?
Żeby sprawa była jasna, od razu napiszę, że nie zazdroszczę niczego
osobom rzeczywiście niepełnosprawnym.
Osoby niepełnosprawne powinny w miarę posiadanych możliwości móc pracować, nawet nie tylko zarabiać, posiadać pewną niezależność finansową wobec choćby własnej rodziny, ale właśnie pracować, robić coś, najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego o czym myślały „przed”.
Najczęściej jakaś forma pracy (zarobku i „spełniania się” była technicznie czy fizycznie możliwa, ale sprawa trafiała na opór, niechęć, wygodnictwo tych od których zatrudnienie zależało a także i barierę finansową w sprawie „stworzenia warunków”. Skutkowało to wszystko bardzo niewielkim procentem pracujących osób niepełnosprawnych.
Państwo jakie było – to było, ale potrafiło stworzyć przepisy prawne znacznie zbliżające niepełnosprawnych do uzyskania pracy, głównie poprzez system pomocy finansowej pracodawcom w stworzeniu i zorganizowaniu stanowisk pracy dla osób niepełnosprawnych oraz znoszenia barier fizycznych, np. komunikacyjnych. Metoda była radykalna i dość charakterystyczna dla minionego systemu, ale za to – skuteczna. Powstały przepisy w formie Ustawy o PFRON, wprowadzające do facto mechanizm skutecznego nakłaniania pracodawców do zatrudnienie niepełnosprawnych; większe firmy otrzymały obowiązek płacenia składki „haraczu” na rzecz PFRON a wysokość tego obowiązkowego świadczenia mogło pomniejszyć (aż do zera) zatrudnianie osób niepełnosprawnych w liczbie wyznaczonej przepisami, proporcjonalnej do liczby wszystkich zatrudnionych. Np. firma zatrudniająca 50 osób powinna w myśl tejże ustawy zatrudnić 6 osób niepełnosprawnych, zatrudnienie każdej z nich zmniejszało haracz należny PFRON o jedną szóstą. Przy takim „janosikowym” zatrudnianie osób niepełnosprawnych zaczęło się liczyć w finansach przedsiębiorstwa tym bardziej, że oprócz zmniejszania składki w grę wchodziło wiele innych form dofinansowania pracodawcy w postaci dopłat ”celowych” na przystosowanie i wyposażenie niestandardowego stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej, na zniesienie barier komunikacyjnych a nawet na zaangażowanie asystenta stałego dla takiej osoby, na czas jej pracy zawodowej.
Powstały dzięki temu firmy specjalizujące się w zatrudnianiu głównie właśnie osób niepełnosprawnych i tu… zaczęło się ujawniać pewne zagrożenie. Polski przaśny kapitalista – nuworysz przemyślną bestią jest, więc szybko zaczął „kombinować”: z jednej strony jest oszczędność w kosztach firmy przy wykorzystaniu wszystkich propozycji przewidzianych w ustawie, ale bardzo z drugiej strony ogranicza to możliwości wykonawcze firmy. Cóż więc zrobić, by wykorzystać wszelkie możliwości obniżenia kosztów poprzez zwolnienie ze składki na PFRON i przeróżne dofinansowania, ale jednocześnie mieć krzepkich ludzi do pracy…?
Już kiedyś zwracałem uwagę w którymś ze swoich felietonów, że aktywność takich firm koncentruje się dziwnym trafem wokół rodzajów prac które wymagają właśnie ponadprzeciętnej pełnosprawności. Na przykład – sprzątanie: osobami sprzątającymi są przeważnie panie, praca jest tu bardzo obciążająca zarówno przez samą swoją specyfikę fizyczną (różne pozycje ciała, schylanie się, na kolanach, noszenie wiader z wodą, praca na wysokości w niewygodnej pozycji (mycie okien), itp. Do pracy posługują się najczęściej różnej wysokości drabinami rozkładanymi – więc istnieje tu wymóg szczególnego poczucia równowagi. Poza tym – odkurzacz, mop, szczota do szorowania…
Polski kapitalista by szybciej zarobić na tego swojego nowego mercedesa ogranicza koszty jak może maksymalnie, więc zmniejsza też liczebność pracowników co powoduje coraz większe obciążanie każdego z nich pracą fizyczną (coraz większe „rejony” do sprzątnięcia). Bardzo często jest to praca w nocy, kończąca się o 5 czy 6 rano. Taka brygada sprzątająca np. zaplecze hotelowe (kuchnie, magazyny, baseny, sauny, stołówki, restauracje, sale klubowe itp. – musi robić to niejako „w biegu” by zdążyć przez wyznaczony (wyśrubowany) czas (w którym goście hotelowi smacznie śpią) wykonać swoje zadania, i tak codziennie… codziennie… od takiej pracy nawet osoby silne i w pełni sprawne bolą mięśnie, kręgosłup, „wariuje” zegar biologiczny…
Czy to jest praca dla osób niepełnosprawnych?
Okazuje się, że tak… przynajmniej w mniemaniu niektórych pracodawców.
Znalazłem dziś akurat następujące ogłoszenie:
„(…)Wymiar zatrudnienia: Pełny etat
Forma zatrudnienia: Umowa o pracę
Pilnie zatrudnimy Panie / Panów do prac porządkowych na terenie kompleksu sportowego w centrum Szczecina.
Praca polegała będzie na utrzymaniu w czystości obiektu.
Oferujemy:
- Zatrudnienie w ramach umowy o pracę na pełen etat,
- pracę 5 dni w tygodniu (wg harmonogramu od poniedziałku do niedzieli)
- niezbędne narzędzia pracy
Wymagane:
- sprawność fizyczna umożliwiająca wykonywanie obowiązków,
- systematyczność, dokładność,
- orzeczenie o niepełnosprawności,
- predyspozycje do pracy w nocy.
Zainteresowanych proszę o przesłanie danych kontaktowych z informacją o stopniu niepełnosprawności lub dołączenie Cv…”
I właśnie: wymaganiem jest „sprawność fizyczna umożliwiająca spełnianie obowiązków” a jak to opisałem powyżej – owa sprawność przy takiej pracy najczęściej musi być PONADPRZECIĘTNA, czyli wyższa niż normalnie. Żeby wysprzątać taki obiekt sportowy (olimpijski kompleks pływacki, hala widowiskowo-sportowa?) – to trzeba okropnie „zapierniczać” niemalże „w biegu” i to przez całą noc, czyli w godzinach gdy obiekt jest wyłączony z użytkowania; do tego potrzeba OSIŁKÓW A NIE NIEPEŁNOSPRAWNYCH! A przede wszystkim – ludzi który już zostali poddani „doświadczeniu” Tuskowego liberalizmu, odczuli brak pracy, poznali głód i nędzę i są zdesperowani, by brać każdą, nawet dla nich zbyt ciężką pracę – byle jakoś przetrwać, zarobić uczciwie na swój chleb z margaryną…
Ale jednocześnie niepełnosprawni – dużo taniej się naszemu przaśnemu kapitaliście kalkulują…
Więc jak to połączyć?
Nie chcę nic sugerować w tym konkretnym przypadku, ale ogólnie – pomysł się nasuwa jeden: by „niepełnosprawni” byli jak najbardziej pełnosprawni a tylko posiadali zaświadczenia o jakimś stopniu niepełnosprawności, najlepiej tego typu przy którym nie jest to zewnętrznie widoczne. Jest tajemnicą poliszynela, że mieliśmy już w naszym kraju „afery” z różnymi „dożywotnimi rencistami” zdrowymi jak przysłowiowe byki, żyjącymi sobie spokojnie na koszt społeczeństwa na podstawie „nie do końca rzetelnych” orzeczeń lekarskich, więc sprawa być może powinna być interesująca dla CBŚ, a może dla CBA, a może i tej i tamtej służby jednocześnie.
Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości:
W proponowaniu prac szczególnie ciężkich osobom „posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności” jest jednak coś dziwnego i na to jedynie chciałem zwrócić uwagę.
Osoby niepełnosprawne powinny w miarę posiadanych możliwości móc pracować, nawet nie tylko zarabiać, posiadać pewną niezależność finansową wobec choćby własnej rodziny, ale właśnie pracować, robić coś, najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego o czym myślały „przed”.
Najczęściej jakaś forma pracy (zarobku i „spełniania się” była technicznie czy fizycznie możliwa, ale sprawa trafiała na opór, niechęć, wygodnictwo tych od których zatrudnienie zależało a także i barierę finansową w sprawie „stworzenia warunków”. Skutkowało to wszystko bardzo niewielkim procentem pracujących osób niepełnosprawnych.
Państwo jakie było – to było, ale potrafiło stworzyć przepisy prawne znacznie zbliżające niepełnosprawnych do uzyskania pracy, głównie poprzez system pomocy finansowej pracodawcom w stworzeniu i zorganizowaniu stanowisk pracy dla osób niepełnosprawnych oraz znoszenia barier fizycznych, np. komunikacyjnych. Metoda była radykalna i dość charakterystyczna dla minionego systemu, ale za to – skuteczna. Powstały przepisy w formie Ustawy o PFRON, wprowadzające do facto mechanizm skutecznego nakłaniania pracodawców do zatrudnienie niepełnosprawnych; większe firmy otrzymały obowiązek płacenia składki „haraczu” na rzecz PFRON a wysokość tego obowiązkowego świadczenia mogło pomniejszyć (aż do zera) zatrudnianie osób niepełnosprawnych w liczbie wyznaczonej przepisami, proporcjonalnej do liczby wszystkich zatrudnionych. Np. firma zatrudniająca 50 osób powinna w myśl tejże ustawy zatrudnić 6 osób niepełnosprawnych, zatrudnienie każdej z nich zmniejszało haracz należny PFRON o jedną szóstą. Przy takim „janosikowym” zatrudnianie osób niepełnosprawnych zaczęło się liczyć w finansach przedsiębiorstwa tym bardziej, że oprócz zmniejszania składki w grę wchodziło wiele innych form dofinansowania pracodawcy w postaci dopłat ”celowych” na przystosowanie i wyposażenie niestandardowego stanowiska pracy dla osoby niepełnosprawnej, na zniesienie barier komunikacyjnych a nawet na zaangażowanie asystenta stałego dla takiej osoby, na czas jej pracy zawodowej.
Powstały dzięki temu firmy specjalizujące się w zatrudnianiu głównie właśnie osób niepełnosprawnych i tu… zaczęło się ujawniać pewne zagrożenie. Polski przaśny kapitalista – nuworysz przemyślną bestią jest, więc szybko zaczął „kombinować”: z jednej strony jest oszczędność w kosztach firmy przy wykorzystaniu wszystkich propozycji przewidzianych w ustawie, ale bardzo z drugiej strony ogranicza to możliwości wykonawcze firmy. Cóż więc zrobić, by wykorzystać wszelkie możliwości obniżenia kosztów poprzez zwolnienie ze składki na PFRON i przeróżne dofinansowania, ale jednocześnie mieć krzepkich ludzi do pracy…?
Już kiedyś zwracałem uwagę w którymś ze swoich felietonów, że aktywność takich firm koncentruje się dziwnym trafem wokół rodzajów prac które wymagają właśnie ponadprzeciętnej pełnosprawności. Na przykład – sprzątanie: osobami sprzątającymi są przeważnie panie, praca jest tu bardzo obciążająca zarówno przez samą swoją specyfikę fizyczną (różne pozycje ciała, schylanie się, na kolanach, noszenie wiader z wodą, praca na wysokości w niewygodnej pozycji (mycie okien), itp. Do pracy posługują się najczęściej różnej wysokości drabinami rozkładanymi – więc istnieje tu wymóg szczególnego poczucia równowagi. Poza tym – odkurzacz, mop, szczota do szorowania…
Polski kapitalista by szybciej zarobić na tego swojego nowego mercedesa ogranicza koszty jak może maksymalnie, więc zmniejsza też liczebność pracowników co powoduje coraz większe obciążanie każdego z nich pracą fizyczną (coraz większe „rejony” do sprzątnięcia). Bardzo często jest to praca w nocy, kończąca się o 5 czy 6 rano. Taka brygada sprzątająca np. zaplecze hotelowe (kuchnie, magazyny, baseny, sauny, stołówki, restauracje, sale klubowe itp. – musi robić to niejako „w biegu” by zdążyć przez wyznaczony (wyśrubowany) czas (w którym goście hotelowi smacznie śpią) wykonać swoje zadania, i tak codziennie… codziennie… od takiej pracy nawet osoby silne i w pełni sprawne bolą mięśnie, kręgosłup, „wariuje” zegar biologiczny…
Czy to jest praca dla osób niepełnosprawnych?
Okazuje się, że tak… przynajmniej w mniemaniu niektórych pracodawców.
Znalazłem dziś akurat następujące ogłoszenie:
„(…)Wymiar zatrudnienia: Pełny etat
Forma zatrudnienia: Umowa o pracę
Pilnie zatrudnimy Panie / Panów do prac porządkowych na terenie kompleksu sportowego w centrum Szczecina.
Praca polegała będzie na utrzymaniu w czystości obiektu.
Oferujemy:
- Zatrudnienie w ramach umowy o pracę na pełen etat,
- pracę 5 dni w tygodniu (wg harmonogramu od poniedziałku do niedzieli)
- niezbędne narzędzia pracy
Wymagane:
- sprawność fizyczna umożliwiająca wykonywanie obowiązków,
- systematyczność, dokładność,
- orzeczenie o niepełnosprawności,
- predyspozycje do pracy w nocy.
Zainteresowanych proszę o przesłanie danych kontaktowych z informacją o stopniu niepełnosprawności lub dołączenie Cv…”
I właśnie: wymaganiem jest „sprawność fizyczna umożliwiająca spełnianie obowiązków” a jak to opisałem powyżej – owa sprawność przy takiej pracy najczęściej musi być PONADPRZECIĘTNA, czyli wyższa niż normalnie. Żeby wysprzątać taki obiekt sportowy (olimpijski kompleks pływacki, hala widowiskowo-sportowa?) – to trzeba okropnie „zapierniczać” niemalże „w biegu” i to przez całą noc, czyli w godzinach gdy obiekt jest wyłączony z użytkowania; do tego potrzeba OSIŁKÓW A NIE NIEPEŁNOSPRAWNYCH! A przede wszystkim – ludzi który już zostali poddani „doświadczeniu” Tuskowego liberalizmu, odczuli brak pracy, poznali głód i nędzę i są zdesperowani, by brać każdą, nawet dla nich zbyt ciężką pracę – byle jakoś przetrwać, zarobić uczciwie na swój chleb z margaryną…
Ale jednocześnie niepełnosprawni – dużo taniej się naszemu przaśnemu kapitaliście kalkulują…
Więc jak to połączyć?
Nie chcę nic sugerować w tym konkretnym przypadku, ale ogólnie – pomysł się nasuwa jeden: by „niepełnosprawni” byli jak najbardziej pełnosprawni a tylko posiadali zaświadczenia o jakimś stopniu niepełnosprawności, najlepiej tego typu przy którym nie jest to zewnętrznie widoczne. Jest tajemnicą poliszynela, że mieliśmy już w naszym kraju „afery” z różnymi „dożywotnimi rencistami” zdrowymi jak przysłowiowe byki, żyjącymi sobie spokojnie na koszt społeczeństwa na podstawie „nie do końca rzetelnych” orzeczeń lekarskich, więc sprawa być może powinna być interesująca dla CBŚ, a może dla CBA, a może i tej i tamtej służby jednocześnie.
Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości:
W proponowaniu prac szczególnie ciężkich osobom „posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności” jest jednak coś dziwnego i na to jedynie chciałem zwrócić uwagę.
Etykiety:
bezrobocie,
CBA,
CBS,
Donald Tusk,
kapitalizm,
liberalizm,
niepełnosprawność,
orzeczenie,
oszustwa,
PFRON,
polski kapitalista,
praca,
renta,
Tusk
16/02/2013
Nie prawa autorskie a gospodarka polska jest dziś ważna!
Może ktoś mi zarzuci, że się powtarzam w moich tekstach, obracających
się wokół dość wąskiej tematyki, ale dlaczego właściwie nie powtarzać
się, skoro mijają miesiące i lata a w tych sprawach nic się nie zmienia.
A dlaczego nic się nie zmienia?
Nasuwają się trzy możliwości;
pierwsza – że „ci co trzeba” doskonale znają realia, ale nigdy się do tego nie przyznają, gdyż to mogłoby być odebrane przez „tych co nie trzeba” jako negowanie linii ideologicznej Platformy Obywatelskiej, założeń politycznych prowadzących społeczeństwo do wielkiego krachu a w każdym razie do ogromnych choć niewymiernych ofiar, tak niewymiernych jak zmarnowane bez winy lata najlepszych potencjalnych możliwości, zmarnotrawione na bezowocnym poszukiwaniu zatrudnienia mimo że „w wieku 50+ już się nie zatrudnia”;
druga – że w wytworzonym na fali rzekomej „wolności” rozgardiaszu, na fali bełkotu młodej kadry niedouczonych „dziennikarzy” z różnego rodzaju „dys….”, po prostu już nikt a zwłaszcza władza nie wie już co się dzieje, co jest rzeczywistością a co wytworem propagandy jakiejś „opcji” i dlatego np. minister pracy błąka się na oślep jak dziecko we mgle, chcąc się wykazać „robieniem czegoś” – robi cokolwiek, widząc spoza „końskich klapek” swojego stanowiska i swojego resortu kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości;
trzecia – że polska władza w Polsce jest już obecnie władzą marionetkową, a zarządza tym wszystkim ktoś inny i to zarządza w sposób wrogi;
W zasadzie można by zaryzykować i możliwość czwartą a mianowicie, że wszystkie te trzy wcześniej wymienione możliwości – są rzeczywiste i aktualne jednocześnie i funkcjonują w tym kraju.
Jedno jest pewne: władza w sposób skuteczny manipuluje opinią publiczną i tematyką publicznie funkcjonującą i ostatecznie nic w tym dziwnego; mieli za nauczycieli doskonałych fachowców od tych spraw a niektórych (po weryfikacji) zapewne „odziedziczyli w spadku” po PRL.
Zastanawiałem się właśnie: co też ta nasza nieszczęsna władzuchna wymyśli by skanalizować zainteresowanie społeczne w bezpiecznym dla siebie kierunku.
Słupki poparcia w rankingach spadają, stopień poparcia PiS dorównuje lub nawet czasem nieznacznie przekracza poparcie PO – w zależności od tego, kto robi sondaż i jaki został zamówiony (opłacony) jego wynik, wzrasta niezadowolenie i krytyka ze strony wszystkich, prócz buraczanych biznesmenów robiących mająteczki na szalejącym bezhołowiu (nadal poparcie dla PO w tej grupie – około 50%), niezadowolenie rolników z wyników unijnych negocjacji budżetowych, jeszcze na dodatek zapowiadane od dawna i już właśnie oficjalnie złożone propozycje zmiany rządu na apolityczny rząd fachowców nastawionych na walkę z kryzysem gospodarczym, złożone przez PiS itp.
No i mamy; wiadomo, że w takiej sytuacji sięga się do tematów zastępczych wzbudzających duże emocje społeczne. Takim tematem była sprawa praw autorskich i słynnego projektu ACTA. Więc nagle wyskoczył jak Filip z konopi minister Michał Boni ze swoimi propozycjami uwolnienia zasobów powstałych dzięki finansowaniu ze środków publicznych, zakotłowało się w środowisku intelektualistów i artystów, twórców, producentów… no i o to przecież chodziło…
Ale to może dziś nie wystarczyć.
Już nie.
Ludzie w coraz większym stopniu rozumieją co jest ważne.
Ważna jest gospodarka polska. Ważna jest możliwość sterowania nią i realna samodzielność w sprawach kluczowych, sprawach bezpośrednio skutkujących negatywnym wpływem na sytuację społeczną. Ważne jest selektywne stosowanie zaleceń administracji unijnej tak by nie dać sobie psuć tego, co jeszcze jako tako funkcjonuje. Tak robi Francja, Wielka Brytania i Niemcy i tak też musi do sprawy podchodzić Polska. Kraje tak zwanej „Unii” stosują protekcjonizm gospodarczy, interweniują jeśli trzeba w rzekomo „wolny” rynek, narzucają reszcie Unii własne warunki i indywidualne zasady ich tylko dotyczące, chronią własne społeczeństwa przed bezrobociem – szukając rynków zbytu własnych towarów i zwalczając konkurencję wytwórczą i handlową tak, by to ich towary miały zbyt na innych rynkach. Trwa bezwzględna walka o zbyt własnej produkcji w czasie nadprodukcji, bo od tego zależą miejsca pracy i stopa bezrobocia.
Polska musi działać podobnie i dlatego musi się pozbyć nastawienia służebnego. Nastawienie to jednak jest, jak się wydaje, preferowane przez reprezentantów Polski, dla których ich interes osobisty, prywatny – stał się ważniejszy. Polska jak rączy chłop pańszczyźniany znów „służy panom”… ?
Nie chodzi o jakąś obstrukcję czy brak solidaryzmu a raczej o zachowywanie do końca tej nienaruszalnej odrobiny zdrowego rozsądku czy odpowiedzialności przede wszystkim przed własnym społeczeństwem. Niestety jak się wydaje – kryteria wyboru kandydatów na europarlamentarzystów były całkowicie chybione, znalazło się tam wielu ludzi przypadkowych, bezmyślnych, dbających wyłącznie o własne interesiki i kariery, zabiegających teraz o unijne gaże jako pieniądze których w Polsce – jako artyści, naukowcy czy „ludzie pióra” – nigdy by nie zarobili.
Ważne jest zadbanie o gospodarkę, o własny rozwój, ale w takich dziedzinach które generują nowe (odtworzenie niedawno zlikwidowanych) miejsca pracy szczególnie w produkcji i przetwórstwie, bo tylko to pozwoli zmniejszyć bezrobocie do granicy tzw. naturalnego czyli przynajmniej zapobiec wielkiemu, nadciągającemu dziś protestowi społecznemu.
A dlaczego nic się nie zmienia?
Nasuwają się trzy możliwości;
pierwsza – że „ci co trzeba” doskonale znają realia, ale nigdy się do tego nie przyznają, gdyż to mogłoby być odebrane przez „tych co nie trzeba” jako negowanie linii ideologicznej Platformy Obywatelskiej, założeń politycznych prowadzących społeczeństwo do wielkiego krachu a w każdym razie do ogromnych choć niewymiernych ofiar, tak niewymiernych jak zmarnowane bez winy lata najlepszych potencjalnych możliwości, zmarnotrawione na bezowocnym poszukiwaniu zatrudnienia mimo że „w wieku 50+ już się nie zatrudnia”;
druga – że w wytworzonym na fali rzekomej „wolności” rozgardiaszu, na fali bełkotu młodej kadry niedouczonych „dziennikarzy” z różnego rodzaju „dys….”, po prostu już nikt a zwłaszcza władza nie wie już co się dzieje, co jest rzeczywistością a co wytworem propagandy jakiejś „opcji” i dlatego np. minister pracy błąka się na oślep jak dziecko we mgle, chcąc się wykazać „robieniem czegoś” – robi cokolwiek, widząc spoza „końskich klapek” swojego stanowiska i swojego resortu kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości;
trzecia – że polska władza w Polsce jest już obecnie władzą marionetkową, a zarządza tym wszystkim ktoś inny i to zarządza w sposób wrogi;
W zasadzie można by zaryzykować i możliwość czwartą a mianowicie, że wszystkie te trzy wcześniej wymienione możliwości – są rzeczywiste i aktualne jednocześnie i funkcjonują w tym kraju.
Jedno jest pewne: władza w sposób skuteczny manipuluje opinią publiczną i tematyką publicznie funkcjonującą i ostatecznie nic w tym dziwnego; mieli za nauczycieli doskonałych fachowców od tych spraw a niektórych (po weryfikacji) zapewne „odziedziczyli w spadku” po PRL.
Zastanawiałem się właśnie: co też ta nasza nieszczęsna władzuchna wymyśli by skanalizować zainteresowanie społeczne w bezpiecznym dla siebie kierunku.
Słupki poparcia w rankingach spadają, stopień poparcia PiS dorównuje lub nawet czasem nieznacznie przekracza poparcie PO – w zależności od tego, kto robi sondaż i jaki został zamówiony (opłacony) jego wynik, wzrasta niezadowolenie i krytyka ze strony wszystkich, prócz buraczanych biznesmenów robiących mająteczki na szalejącym bezhołowiu (nadal poparcie dla PO w tej grupie – około 50%), niezadowolenie rolników z wyników unijnych negocjacji budżetowych, jeszcze na dodatek zapowiadane od dawna i już właśnie oficjalnie złożone propozycje zmiany rządu na apolityczny rząd fachowców nastawionych na walkę z kryzysem gospodarczym, złożone przez PiS itp.
No i mamy; wiadomo, że w takiej sytuacji sięga się do tematów zastępczych wzbudzających duże emocje społeczne. Takim tematem była sprawa praw autorskich i słynnego projektu ACTA. Więc nagle wyskoczył jak Filip z konopi minister Michał Boni ze swoimi propozycjami uwolnienia zasobów powstałych dzięki finansowaniu ze środków publicznych, zakotłowało się w środowisku intelektualistów i artystów, twórców, producentów… no i o to przecież chodziło…
Ale to może dziś nie wystarczyć.
Już nie.
Ludzie w coraz większym stopniu rozumieją co jest ważne.
Ważna jest gospodarka polska. Ważna jest możliwość sterowania nią i realna samodzielność w sprawach kluczowych, sprawach bezpośrednio skutkujących negatywnym wpływem na sytuację społeczną. Ważne jest selektywne stosowanie zaleceń administracji unijnej tak by nie dać sobie psuć tego, co jeszcze jako tako funkcjonuje. Tak robi Francja, Wielka Brytania i Niemcy i tak też musi do sprawy podchodzić Polska. Kraje tak zwanej „Unii” stosują protekcjonizm gospodarczy, interweniują jeśli trzeba w rzekomo „wolny” rynek, narzucają reszcie Unii własne warunki i indywidualne zasady ich tylko dotyczące, chronią własne społeczeństwa przed bezrobociem – szukając rynków zbytu własnych towarów i zwalczając konkurencję wytwórczą i handlową tak, by to ich towary miały zbyt na innych rynkach. Trwa bezwzględna walka o zbyt własnej produkcji w czasie nadprodukcji, bo od tego zależą miejsca pracy i stopa bezrobocia.
Polska musi działać podobnie i dlatego musi się pozbyć nastawienia służebnego. Nastawienie to jednak jest, jak się wydaje, preferowane przez reprezentantów Polski, dla których ich interes osobisty, prywatny – stał się ważniejszy. Polska jak rączy chłop pańszczyźniany znów „służy panom”… ?
Nie chodzi o jakąś obstrukcję czy brak solidaryzmu a raczej o zachowywanie do końca tej nienaruszalnej odrobiny zdrowego rozsądku czy odpowiedzialności przede wszystkim przed własnym społeczeństwem. Niestety jak się wydaje – kryteria wyboru kandydatów na europarlamentarzystów były całkowicie chybione, znalazło się tam wielu ludzi przypadkowych, bezmyślnych, dbających wyłącznie o własne interesiki i kariery, zabiegających teraz o unijne gaże jako pieniądze których w Polsce – jako artyści, naukowcy czy „ludzie pióra” – nigdy by nie zarobili.
Ważne jest zadbanie o gospodarkę, o własny rozwój, ale w takich dziedzinach które generują nowe (odtworzenie niedawno zlikwidowanych) miejsca pracy szczególnie w produkcji i przetwórstwie, bo tylko to pozwoli zmniejszyć bezrobocie do granicy tzw. naturalnego czyli przynajmniej zapobiec wielkiemu, nadciągającemu dziś protestowi społecznemu.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
Duda,
dyktat unijny,
Ewa Kopacz,
kapitalizm,
Komorowski,
kosiniak kamysz,
liberalizm,
minister pracy,
nędza,
niewolnictwo,
Paweł Baranowski,
PIS,
umowy śmieciowe,
zasiłki,
zatrudnienie
30/01/2013
Szykuje się nowe „dotacjobranie”, ale stopa bezrobocia z pewnością będzie nadal rosła. Tak chce władza.
Systematyczne przeglądanie ofert zatrudnienia coraz jaskrawiej dowodzi, że jedynym – a co najmniej najważniejszym mechanizmem działającym w sprawie zatrudniania – jest tzw. koszt zatrudnienia.
Jest to dla rządzących konkretną wskazówką. Zatrudniony pracownik jest zatrudniony po to, by generował jakiś określony przychód, bezpośrednio lub jako członek grupy, zespołu, wykonujący sprawnie swoje funkcje i przyczyniający się w ten sposób bezpośrednio do powstania przychodu firmy. Ostatecznie; – przecież po to został on wraz z innymi zatrudniony, by wytworzył przychód. Nie można jednak zapominać, że jego, pracownika, motywacją nie jest sama działalność dla jakiejś firmy a bezpośrednio – jego własny zarobek, jako ekwiwalent pieniężny za świadczoną pracę. Z owego wypracowanego z zasady sporego przychodu pracodawca pokrywa wszelkie obowiązkowe płatności związane z tym zatrudnieniem (jak ZUS, Fundusz Pracy, Fundusz wypadkowy, PFRON itp.) oraz płacę pracownika ustaloną w umowie. Pozostała nadwyżka jest dochodem firmy, z którego pokrywa się inne koszty, realizuje rozliczenia, amortyzację itp. aż wreszcie na końcu pozostaje kwota stanowiąca zysk własny przedsiębiorcy.
To – w jaki sposób to wszystko jest zorganizowane, jak funkcjonuje organizacyjnie i finansowo – zależy od przedsiębiorcy. Efekt – w dużej mierze zależy też od pracowników. Jak się wydaje – „interes” jest tu wspólny. Od pracownika zależy wyłącznie realizacja założonego planu wydajności bądź skuteczności i jeśli planu takiego nie wykonuje, najczęściej jest, a w każdym razie – może być – wymieniony na bardziej wydajnego lub skutecznego, – co także leży w gestii przedsiębiorcy. Podobnie jak cała konstrukcja biznesu, jego założenia, zaplecze, sensowność ekonomiczna pomysłu, itp.
Chcę z naciskiem podkreślić, że to przedsiębiorca planuje i realizuje swój biznesplan, realizuje go posługując się pracownikami najemnymi. Natomiast klimat, realia w jakich to wszystko jest osadzone i jakim podlega – tworzy władza państwowa.
W medialnym rozpatrywaniu tej sprawy wiele jest demagogii (po stronie przedsiębiorców oraz pracowników) i niekompetencji (po stronie dziennikarzy), ponadto mamy do czynienia z różnymi „zagrywkami psychologicznymi”.
Jedną z nich jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na „wysokie koszty pracy”, biadolenie – ile to przedsiębiorca musi odprowadzać do skarbu państwa. Jednak nie można dać się zwieść pozorom: przedsiębiorcy (może prócz jakiegoś „marginesu”) doskonale wiedzą i rozumieją, na czym polega społeczna rola ich działalności, społeczna rola pracy najemnej, ubezpieczeń społecznych, funduszu pracy itp. W tym widać wyraźne znamiona cwanego szantażu, nacisku na wymuszenie ulg, obniżek, dotacji, upustów, odliczeń – mających zmaksymalizować ten końcowy, ostateczny zysk właściciela.
Tak buduje się chorą, felerną, śmieciową gospodarkę „na glinianych nogach” funkcjonującą w dużej części dzięki dotacjom zewnętrznym oraz maksymalnemu wyzyskowi pracowników. W ten sposób – chciwość i pazerność przedsiębiorców tworzy fałszywy klimat „kryzysu”; bez przerwy rozlegają się narzekania, ostrzeżenia, groźby zaprzestania działalności i masowych zwolnień a wszystko to by wyłudzić dotacje i tym samym zwiększyć ostateczny zysk przedsiębiorcy.
Nie twierdzę tu oczywiście, że kryzysu nie ma, ale przedsiębiorcy jakby „z natury” gotowi są na wszystko, byle zwiększyć swój zysk; to jest jak choroba, zaburzenie umysłu o charakterze nerwicowo – psychotycznym. W pewnym sensie przenośnym i nieco złośliwie – można nawet śmiało powiedzieć, że największym kosztem pracy jest zysk pracodawcy.
Zależność tę widać właśnie w dostępnych ofertach pracy. Znaczną część rzeczywiście funkcjonujących ofert zatrudnienia (nie fikcyjnych) stanowią oferty dla osób młodych, do 26 roku życia. Dlaczego? Bo przy zastosowaniu umowy „śmieciowej”, czyli umowy-zlecenia w okolicznościach, gdy praca faktycznie spełnia kryteria zatrudnienia – przedsiębiorca w takim przypadku nie musi odprowadzać za tego zatrudnionego żadnych składek do ZUS. Proponowane wynagrodzenie poza kilkoma największymi miastami i tak nie przekracza 1600 zł brutto, więc efektem jest wzrost zysku z działalności. Pracodawcy skwapliwie korzystali w przypadku ludzi młodych zaczynających dopiero pracę, z możliwości pomniejszenia wynagrodzenia w pierwszym i drugim roku pracy – znacznie poniżej ustawowo określonego wynagrodzenia minimalnego (w przypadku umów o pracę), bo w przypadku umów cywilnych nic tego wynagrodzenia – prócz zgody samego kandydata – nie limituje.
Drugi najczęściej spotykany dziś rodzaj ofert zatrudnienia, to oferty pracy adresowane do osób niepełnosprawnych. Tu – efekt związany jest z ustawą o PFRON, która nakłada na przedsiębiorców obowiązek opłacania dość wysokiej składki na fundusz. Składka obowiązkowa danego pracodawcy maleje wraz z liczbą osób niepełnosprawnych zatrudnionych przez niego, w proporcji do liczebności załogi przedsiębiorstwa i ustawowego limitu. Ponadto zatrudnienie niepełnosprawnego nie tylko zmniejsza obciążenie składką, ale i daje wiele innych możliwości zdobycia dofinansowania, dopłat, refundacji wydatków itp. Efektem jest znaczna liczba ofert zatrudnienia wyłącznie dla osób posiadających orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, (jako warunek kandydowania).
Obecnie daje to więc wyraźnie widoczne preferencje w zatrudnieniu dla studentów i ludzi do 26 roku życia oraz dla osób niepełnosprawnych a dokładniej – dla osób posiadających orzeczenie o niepełnosprawności. Podkreślam to celowo, bo niejednokrotnie wierzyć się nie chce, że przykładowa starsza pani z dużym czy średnim orzeczonym na piśmie stopniem niepełnosprawności, daje sobie radę ze sprzątaniem biur, myciem nieraz bardzo dużych i wysokich okien sięgając do nich po składanej drabince… nasuwa to niestety podejrzenie, że w części przypadków orzeczenia takie mogą być „na wyrost”; nie podejrzewam tu komisji właściwych do orzekania a raczej – samych zainteresowanych.
To zresztą oczywiste i banalne: w tym kraju zawsze tak było, że potrzeba sterowała zachowaniem ludzi: trzeba było (opłacało się) być partyjnym – to miliony szły do partii, nagle się zmieniło – to miliony członków i członkiń „znikły”, niemalże z dnia na dzień… Skoro więc „bycie niepełnosprawnym” znacznie dziś przybliża do uzyskania jakiegoś zatrudnienia, a nikt przecież nie będzie sobie robił krzywdy celowo tylko z tego powodu, to… „krzywda” może pojawiać się na papierze…
Sytuacja nosi w zasadzie znamiona powszechnej dyskryminacji w zatrudnieniu – ludzi sprawnych , oraz dyskryminacji osób po okresie nauki czy studiów, a to jest przecież jednoznacznie zabronione. Podobnie jak dyskryminacja ze względu na wiek, jaka dotyka osoby starsze w wieku produkcyjnym.
Władza (partia rządząca i obsadzone przez nią "większościowo" organa państwa) jest z ramienia społecznego organizatorem życia gospodarczego i społecznego choćby pod względem tworzenia pewnego „środowiska” prawnego, organizacyjnego, klimatu społecznego itp.
Władza ma być przecież gwarantem ale i jakby przeciwwagą dla wolnego rynku, wolności gospodarczej. Nie może jednak – zniewolona własną ideologią – ulegać dyktatowi gospodarki wbrew interesowi społecznemu. W takiej sytuacji – mamy klimat skłaniający do budowy chorej gospodarki opartej w dużym stopniu o dotowanie zatrudnienia, zatrudnianie ludzi bez doświadczenia nie dające im ani doświadczenia, ani zabezpieczenia społecznego, uprawnień emerytalnych oraz zatrudnianie ludzi głównie niepełnosprawnych. To prowadzi do absurdu.
To jest właśnie „rozdawnictwo” publicznych pieniędzy, tyle że tym razem na rzecz przedsiębiorców a nie pracowników.
Szczególnie duża ilość ofert pracy dla niepełnosprawnych jest dostępna w dziedzinie prac niefachowych, ale bardzo obciążających fizyczne; im bardziej praca wymaga sprawności, wręcz sprawności podwyższonej, ponadprzeciętnej, dobrego poczucia równowagi do prac na wysokości ponad 2 m (drabina) i to ze względu na bezpieczeństwo samego zatrudnionego – tym więcej jest ofert proponujących tę pracę wyłącznie osobom niepełnosprawnym. To absurd – ilustrujący jak bardzo nieopanowana chęć maksymalizacji zysku przedsiębiorcy wpływa na życie społeczne. Bo niestety w ten sposób z grupy pozostałych osób, tych w wieku produkcyjnym, pracę mogą znaleźć tylko prawdziwi fachowcy, korpus urzędniczy administracji państwowej, samorządowej i organizacji pozarządowych oraz instytucji edukacji i kultury – zwany ogólnie „wielką rodziną”; pozostała część społeczeństwa to znaczy osoby o niskich kwalifikacjach formalnych (udokumentowanych) oraz osoby w wieku powyżej 45 czy 50 lat – na zatrudnienie szanse mają bardzo niewielkie.
Skoro więc warunki prawne stwarzane przez władzę sterują w opisany wyżej sposób zachowaniem przedsiębiorców w sprawach zatrudnienia, to należy to wykorzystać do upowszechnienia zatrudnienia.
[Na marginesie: Może i przyświecało to kiedyś projektodawcom "ustawy o promocji zatrudnienia", lecz mogło w procesie legislacyjnym zostać doprowadzone niezliczonymi poprawkami do absurdu. No bo komu ustawodawca miał zamiar "promować zatrudnienie" ? - ludziom bezrobotnym przymierającym głodem i szukającym jakiejkolwiek płatnej pracy, po to żeby przeżyć? Jeśli tak - to zadanie takie jest z zasady absurdalne. Jeśli natomiast promocja zatrudnienia miała dotyczyć pracodawców, przedsiębiorców - to minęła się z celem bowiem ustawa nie zawiera żadnych istotnych działań ani nie daje wystarczających środków służących takiej promocji. Ustawę trzeba po prostu o te zadania i środki uzupełnić.]
Zatrudnianie powinno się opłacać przedsiębiorcy w sposób bezpośredni. Równocześnie opłacalność ta nie może się wywodzić z dotowania; dotowania należy w zasadzie zaprzestać.
Przede wszystkim, upowszechnić by trzeba obowiązek płacenia składek społecznych i innych obowiązkowych składek, (być może z jedynym wyjątkiem; odpowiednich programów zatrudniania dla osób niepełnosprawnych, których bez tego nikt nigdy by nie zatrudnił, lecz nie w dzisiejszy „janosikowy” sposób a’la PFRON).
Rejestrowane w urzędach pracy powinny być wyłącznie osoby bezrobotne faktycznie szukające zatrudnienia i wszystkie te osoby powinny mieć zasiłek dla bezrobotnych, w wysokości pozwalającej żyć, mieszkać i tego zatrudnienia skutecznie szukać.
Zasiłek powinien być przyznawany na odpowiednio długi okres czasu, podzielony na krótsze okresy kontrolne, np. jak w Danii – do skutku ale nie dłużej jak do 2 lat.
Osoba bezrobotna powinna mieć osobisty kontakt na co dzień ze swoim pośrednikiem pracy, zawsze tym samym, znającym ją co najmniej z widzenia (w osiedlowych czy dzielnicowych punktach kontaktowych), poszukiwanie pracy powinno być tam rejestrowane i dokumentowane.
Każdy bezrobotny powinien być traktowany indywidualnie przez swojego pośrednika pracy.
Środki na zasiłki dla tych rzeczywiście bezrobotnych powinny pochodzić bezpośrednio z obowiązkowych składek przedsiębiorców; to pracodawcy muszą utrzymywać szukających pracy tak, by bardziej im się zaczęło opłacać zatrudnić ich, niż utrzymywać jako bezrobotnych.
Wysokość składki powinna pozwalać na pokrycie zasiłków w realnej wysokości, pozwalającej na utrzymanie się w gotowości i zdolności do podjęcia pracy.
Powinna być stanowczo zlikwidowana wszelka „praca na czarno”, nielegalne zatrudnienie, łamanie prawa pracy i uchylanie się od obowiązku podatkowego powinno być bezwzględnie ścigane, podobnie jak uchylanie się od płacenia składek do ZUS, który trzeba natychmiast uszczelnić i wydzielić w finansach państwa. Tymczasem jest odwrotnie; – władza umorzyła właśnie zadłużenie bardzo wielu firm w ZUS z powodu niewpłacania składek, co należy rozumieć jako pokrycie tychże składek z budżetu państwa.
Oczywiście – to wszystko nie jest możliwe, bo to by zaprzeczyło podstawom ideologicznym Platformy Obywatelskiej.
Bezrobocie na koniec 2012 roku przerosło nawet te niekorzystne prognozy rządowe i wyniosło 13,3%, przy czym prognozuje się jego dalszy wzrost, w pesymistycznych wersjach nawet do 16% na koniec bieżącego roku. Ma to konkretne dramatyczne skutki społeczne rzutujące na stan państwa. Rząd jednak głównie prognozuje i przygląda się, czy prognozy się spełniają… Głównie tym się zajmuje, jeśli nie liczyć rozniecanych afer medialnych mających ukryć przed opinią publiczną fakt, że nie zajmuje się tym co potrzeba.
Generalnie – znakomita większość osób wypowiadających się na ten temat roztacza katastroficzne wizje, epatuje czarnowidztwem, ostrzega przed nadchodzącym kryzysem i zapaścią, ale nikt się nie zająknie w sprawie zapobieżenia temu, środków przeciwdziałania, zrozumienia powodu nieskuteczności działań dotychczasowych..
Rozumiem, że ludziom niezależnym tak bardzo od spełnienia się lub niespełnienia ich wizji, przepowiedni – zależy wyłącznie na satysfakcji osobistej, jaką spodziewają się odczuć, gdy ich przewidywania okażą się trafne. Na zasadzie: wiedziałem, że tak będzie i ostrzegałem, jestem wielkim ekonomistą, politykiem, dziennikarzem, analitykiem i wiedziałem wcześniej, że tak się stanie. A że to jest równoznaczne z tysiącami czy setkami tysięcy ofiar wśród osób zależnych od codziennej pracy najemnej – cóż, to nie ich, ekonomistów – czarnowidzów wina przecież…
Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz nadal rozwija działania wychodzące naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców; to oczywiście zupełnie nie dziwi biorąc pod uwagę ideologię tej władzy, dającą bezwzględną „wolną rękę” biznesowi nawet wbrew konstytucji, prawu czy interesowi społecznemu. Nie Polska jest najważniejsza: najważniejsze jest „róbta co chceta”… adresowane do elity. I zabobonna wiara w „niewidzialną rękę” samoregulacji.
Minister Pracy przedstawił właśnie kilka dni temu (24.01) nowy projekt ingerencji w zatrudnienie – za pomocą dotacji: projekt Ustawy „O szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców”.
Zakłada on wdrożenie działań finansowanych ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co oznacza, że przeznaczony faktycznie na walkę z bezrobociem Fundusz Pracy, na którym ciężką rękę nie do końca legalnie położył Minister Finansów – jest tymczasem nie do odzyskania.
Ochrona miejsc pracy miałaby być realizowana poprzez częściowe dotowanie pensji pracowniczych w okresie skrócenia przez pracodawcę wymiaru pracy w firmie, na czas zastoju w jej działalności, częściowe dotowanie wynagrodzeń za czas całkowitego przestoju firmy pracodawcy zamiast likwidacji miejsc pracy, dotowanie przedsiębiorstw poprzez rekompensowanie im obciążeń z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne od wypłacanych wynagrodzeń. Pomoc miałaby mieć charakter czasowy (6 a w wyjątkowych sytuacjach 12 lub 18 miesięcy) a jej wysokość odpowiadałaby zasiłkowi dla osoby bezrobotnej określonej w ustawie.
Tak więc obywatel zatrudniony na umowę o pracę otrzymywałby zasiłek taki jak gdyby był bezrobotny oraz częściową wypłatę wynagrodzenia od pracodawcy. Pracodawca byłby też zobowiązany do nierozwiązywania stosunku pracy i nielikwidowania dotowanych stanowisk pracy w okresie do 3 miesięcy po zakończeniu okresu pobierania pomocy. Pomoc ta stanowiłaby dla pracodawcy pomoc publiczną „de minimis”.
Nie da się wykluczyć, że z punktu widzenia przeciętnego bezrobotnego bezskutecznie poszukującego dziś zatrudnienia, pomoc taka mogłaby zapobiec upadkowi wielu osób do poziomu kloszarda, dając jakieś minimalne środki pozwalające egzystować (i tylko tyle), pod warunkiem uzyskania jeszcze jakiejś pomocy np. rzeczowej także i z funduszu Pomocy Społecznej. Ogólnie jednak pomysł ten idzie w tym, co zawsze kierunku: nie dotyka sedna problemu, jego przyczyny a – tak jak to opisałem powyżej – zostanie doskonale wykorzystany przez przedsiębiorców dla maksymalizacji swojego własnego zysku, kosztem czerpania z funduszy publicznych. Nie wiadomo, jakie zainteresowanie wzbudzi on wśród pracodawców; minister powoli, bardzo powoli, ale jednak uczy się, zadziała też biurokratyczny przymus samo-ochrony urzędników przed ewentualną odpowiedzialnością, co w procesie realizacji wszelkich zapisów ustawowych skutkuje takim zagmatwaniem szczegółowych rozwiązań, zasad, wyjątków od zasad i wyjątków od tychże wyjątków – że sprowadzają one wszystko do kompletnego absurdu.
Im bardziej szczegółowo projekt będzie zabezpieczał realizację swoich założonych z góry celów, tym mniej przedsiębiorców się nim zainteresuje: nie da się „zakombinować” dla zwiększenia własnego zysku – to znaczy, że to jest nieprzydatne.
Obawiam się, że realizacja tego projektu da nowy impuls żerowaniu na pomocy publicznej a po wyczerpaniu pieniędzy wszystko powróci w najlepszym wypadku do stanu obecnego. Skończą się dotacje – skończy się zatrudnianie a zacznie znów straszenie masowymi zwolnieniami, redukcją zatrudnienia, likwidacją działalności lub przeniesieniem jej za granice, – czyli ta sama szopka, co obecnie… wyłącznie w celu maksymalizacji zysku własnego.
Uważam, że jedyne rzeczywiste rozwiązanie problemu bezrobocia i kłopotów, z jakimi spotyka się gospodarka – musi się zacząć od całkowitej zmiany „opcji politycznej” w tym kraju, albo co najmniej od zasadniczych przekształceń w koalicji rządzącej, polegających na całkowitym odrzuceniu obecnej ideologii, która jest praprzyczyną wszystkich problemów.
Jest to dla rządzących konkretną wskazówką. Zatrudniony pracownik jest zatrudniony po to, by generował jakiś określony przychód, bezpośrednio lub jako członek grupy, zespołu, wykonujący sprawnie swoje funkcje i przyczyniający się w ten sposób bezpośrednio do powstania przychodu firmy. Ostatecznie; – przecież po to został on wraz z innymi zatrudniony, by wytworzył przychód. Nie można jednak zapominać, że jego, pracownika, motywacją nie jest sama działalność dla jakiejś firmy a bezpośrednio – jego własny zarobek, jako ekwiwalent pieniężny za świadczoną pracę. Z owego wypracowanego z zasady sporego przychodu pracodawca pokrywa wszelkie obowiązkowe płatności związane z tym zatrudnieniem (jak ZUS, Fundusz Pracy, Fundusz wypadkowy, PFRON itp.) oraz płacę pracownika ustaloną w umowie. Pozostała nadwyżka jest dochodem firmy, z którego pokrywa się inne koszty, realizuje rozliczenia, amortyzację itp. aż wreszcie na końcu pozostaje kwota stanowiąca zysk własny przedsiębiorcy.
To – w jaki sposób to wszystko jest zorganizowane, jak funkcjonuje organizacyjnie i finansowo – zależy od przedsiębiorcy. Efekt – w dużej mierze zależy też od pracowników. Jak się wydaje – „interes” jest tu wspólny. Od pracownika zależy wyłącznie realizacja założonego planu wydajności bądź skuteczności i jeśli planu takiego nie wykonuje, najczęściej jest, a w każdym razie – może być – wymieniony na bardziej wydajnego lub skutecznego, – co także leży w gestii przedsiębiorcy. Podobnie jak cała konstrukcja biznesu, jego założenia, zaplecze, sensowność ekonomiczna pomysłu, itp.
Chcę z naciskiem podkreślić, że to przedsiębiorca planuje i realizuje swój biznesplan, realizuje go posługując się pracownikami najemnymi. Natomiast klimat, realia w jakich to wszystko jest osadzone i jakim podlega – tworzy władza państwowa.
W medialnym rozpatrywaniu tej sprawy wiele jest demagogii (po stronie przedsiębiorców oraz pracowników) i niekompetencji (po stronie dziennikarzy), ponadto mamy do czynienia z różnymi „zagrywkami psychologicznymi”.
Jedną z nich jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na „wysokie koszty pracy”, biadolenie – ile to przedsiębiorca musi odprowadzać do skarbu państwa. Jednak nie można dać się zwieść pozorom: przedsiębiorcy (może prócz jakiegoś „marginesu”) doskonale wiedzą i rozumieją, na czym polega społeczna rola ich działalności, społeczna rola pracy najemnej, ubezpieczeń społecznych, funduszu pracy itp. W tym widać wyraźne znamiona cwanego szantażu, nacisku na wymuszenie ulg, obniżek, dotacji, upustów, odliczeń – mających zmaksymalizować ten końcowy, ostateczny zysk właściciela.
Tak buduje się chorą, felerną, śmieciową gospodarkę „na glinianych nogach” funkcjonującą w dużej części dzięki dotacjom zewnętrznym oraz maksymalnemu wyzyskowi pracowników. W ten sposób – chciwość i pazerność przedsiębiorców tworzy fałszywy klimat „kryzysu”; bez przerwy rozlegają się narzekania, ostrzeżenia, groźby zaprzestania działalności i masowych zwolnień a wszystko to by wyłudzić dotacje i tym samym zwiększyć ostateczny zysk przedsiębiorcy.
Nie twierdzę tu oczywiście, że kryzysu nie ma, ale przedsiębiorcy jakby „z natury” gotowi są na wszystko, byle zwiększyć swój zysk; to jest jak choroba, zaburzenie umysłu o charakterze nerwicowo – psychotycznym. W pewnym sensie przenośnym i nieco złośliwie – można nawet śmiało powiedzieć, że największym kosztem pracy jest zysk pracodawcy.
Zależność tę widać właśnie w dostępnych ofertach pracy. Znaczną część rzeczywiście funkcjonujących ofert zatrudnienia (nie fikcyjnych) stanowią oferty dla osób młodych, do 26 roku życia. Dlaczego? Bo przy zastosowaniu umowy „śmieciowej”, czyli umowy-zlecenia w okolicznościach, gdy praca faktycznie spełnia kryteria zatrudnienia – przedsiębiorca w takim przypadku nie musi odprowadzać za tego zatrudnionego żadnych składek do ZUS. Proponowane wynagrodzenie poza kilkoma największymi miastami i tak nie przekracza 1600 zł brutto, więc efektem jest wzrost zysku z działalności. Pracodawcy skwapliwie korzystali w przypadku ludzi młodych zaczynających dopiero pracę, z możliwości pomniejszenia wynagrodzenia w pierwszym i drugim roku pracy – znacznie poniżej ustawowo określonego wynagrodzenia minimalnego (w przypadku umów o pracę), bo w przypadku umów cywilnych nic tego wynagrodzenia – prócz zgody samego kandydata – nie limituje.
Drugi najczęściej spotykany dziś rodzaj ofert zatrudnienia, to oferty pracy adresowane do osób niepełnosprawnych. Tu – efekt związany jest z ustawą o PFRON, która nakłada na przedsiębiorców obowiązek opłacania dość wysokiej składki na fundusz. Składka obowiązkowa danego pracodawcy maleje wraz z liczbą osób niepełnosprawnych zatrudnionych przez niego, w proporcji do liczebności załogi przedsiębiorstwa i ustawowego limitu. Ponadto zatrudnienie niepełnosprawnego nie tylko zmniejsza obciążenie składką, ale i daje wiele innych możliwości zdobycia dofinansowania, dopłat, refundacji wydatków itp. Efektem jest znaczna liczba ofert zatrudnienia wyłącznie dla osób posiadających orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, (jako warunek kandydowania).
Obecnie daje to więc wyraźnie widoczne preferencje w zatrudnieniu dla studentów i ludzi do 26 roku życia oraz dla osób niepełnosprawnych a dokładniej – dla osób posiadających orzeczenie o niepełnosprawności. Podkreślam to celowo, bo niejednokrotnie wierzyć się nie chce, że przykładowa starsza pani z dużym czy średnim orzeczonym na piśmie stopniem niepełnosprawności, daje sobie radę ze sprzątaniem biur, myciem nieraz bardzo dużych i wysokich okien sięgając do nich po składanej drabince… nasuwa to niestety podejrzenie, że w części przypadków orzeczenia takie mogą być „na wyrost”; nie podejrzewam tu komisji właściwych do orzekania a raczej – samych zainteresowanych.
To zresztą oczywiste i banalne: w tym kraju zawsze tak było, że potrzeba sterowała zachowaniem ludzi: trzeba było (opłacało się) być partyjnym – to miliony szły do partii, nagle się zmieniło – to miliony członków i członkiń „znikły”, niemalże z dnia na dzień… Skoro więc „bycie niepełnosprawnym” znacznie dziś przybliża do uzyskania jakiegoś zatrudnienia, a nikt przecież nie będzie sobie robił krzywdy celowo tylko z tego powodu, to… „krzywda” może pojawiać się na papierze…
Sytuacja nosi w zasadzie znamiona powszechnej dyskryminacji w zatrudnieniu – ludzi sprawnych , oraz dyskryminacji osób po okresie nauki czy studiów, a to jest przecież jednoznacznie zabronione. Podobnie jak dyskryminacja ze względu na wiek, jaka dotyka osoby starsze w wieku produkcyjnym.
Władza (partia rządząca i obsadzone przez nią "większościowo" organa państwa) jest z ramienia społecznego organizatorem życia gospodarczego i społecznego choćby pod względem tworzenia pewnego „środowiska” prawnego, organizacyjnego, klimatu społecznego itp.
Władza ma być przecież gwarantem ale i jakby przeciwwagą dla wolnego rynku, wolności gospodarczej. Nie może jednak – zniewolona własną ideologią – ulegać dyktatowi gospodarki wbrew interesowi społecznemu. W takiej sytuacji – mamy klimat skłaniający do budowy chorej gospodarki opartej w dużym stopniu o dotowanie zatrudnienia, zatrudnianie ludzi bez doświadczenia nie dające im ani doświadczenia, ani zabezpieczenia społecznego, uprawnień emerytalnych oraz zatrudnianie ludzi głównie niepełnosprawnych. To prowadzi do absurdu.
To jest właśnie „rozdawnictwo” publicznych pieniędzy, tyle że tym razem na rzecz przedsiębiorców a nie pracowników.
Szczególnie duża ilość ofert pracy dla niepełnosprawnych jest dostępna w dziedzinie prac niefachowych, ale bardzo obciążających fizyczne; im bardziej praca wymaga sprawności, wręcz sprawności podwyższonej, ponadprzeciętnej, dobrego poczucia równowagi do prac na wysokości ponad 2 m (drabina) i to ze względu na bezpieczeństwo samego zatrudnionego – tym więcej jest ofert proponujących tę pracę wyłącznie osobom niepełnosprawnym. To absurd – ilustrujący jak bardzo nieopanowana chęć maksymalizacji zysku przedsiębiorcy wpływa na życie społeczne. Bo niestety w ten sposób z grupy pozostałych osób, tych w wieku produkcyjnym, pracę mogą znaleźć tylko prawdziwi fachowcy, korpus urzędniczy administracji państwowej, samorządowej i organizacji pozarządowych oraz instytucji edukacji i kultury – zwany ogólnie „wielką rodziną”; pozostała część społeczeństwa to znaczy osoby o niskich kwalifikacjach formalnych (udokumentowanych) oraz osoby w wieku powyżej 45 czy 50 lat – na zatrudnienie szanse mają bardzo niewielkie.
Skoro więc warunki prawne stwarzane przez władzę sterują w opisany wyżej sposób zachowaniem przedsiębiorców w sprawach zatrudnienia, to należy to wykorzystać do upowszechnienia zatrudnienia.
[Na marginesie: Może i przyświecało to kiedyś projektodawcom "ustawy o promocji zatrudnienia", lecz mogło w procesie legislacyjnym zostać doprowadzone niezliczonymi poprawkami do absurdu. No bo komu ustawodawca miał zamiar "promować zatrudnienie" ? - ludziom bezrobotnym przymierającym głodem i szukającym jakiejkolwiek płatnej pracy, po to żeby przeżyć? Jeśli tak - to zadanie takie jest z zasady absurdalne. Jeśli natomiast promocja zatrudnienia miała dotyczyć pracodawców, przedsiębiorców - to minęła się z celem bowiem ustawa nie zawiera żadnych istotnych działań ani nie daje wystarczających środków służących takiej promocji. Ustawę trzeba po prostu o te zadania i środki uzupełnić.]
Zatrudnianie powinno się opłacać przedsiębiorcy w sposób bezpośredni. Równocześnie opłacalność ta nie może się wywodzić z dotowania; dotowania należy w zasadzie zaprzestać.
Przede wszystkim, upowszechnić by trzeba obowiązek płacenia składek społecznych i innych obowiązkowych składek, (być może z jedynym wyjątkiem; odpowiednich programów zatrudniania dla osób niepełnosprawnych, których bez tego nikt nigdy by nie zatrudnił, lecz nie w dzisiejszy „janosikowy” sposób a’la PFRON).
Rejestrowane w urzędach pracy powinny być wyłącznie osoby bezrobotne faktycznie szukające zatrudnienia i wszystkie te osoby powinny mieć zasiłek dla bezrobotnych, w wysokości pozwalającej żyć, mieszkać i tego zatrudnienia skutecznie szukać.
Zasiłek powinien być przyznawany na odpowiednio długi okres czasu, podzielony na krótsze okresy kontrolne, np. jak w Danii – do skutku ale nie dłużej jak do 2 lat.
Osoba bezrobotna powinna mieć osobisty kontakt na co dzień ze swoim pośrednikiem pracy, zawsze tym samym, znającym ją co najmniej z widzenia (w osiedlowych czy dzielnicowych punktach kontaktowych), poszukiwanie pracy powinno być tam rejestrowane i dokumentowane.
Każdy bezrobotny powinien być traktowany indywidualnie przez swojego pośrednika pracy.
Środki na zasiłki dla tych rzeczywiście bezrobotnych powinny pochodzić bezpośrednio z obowiązkowych składek przedsiębiorców; to pracodawcy muszą utrzymywać szukających pracy tak, by bardziej im się zaczęło opłacać zatrudnić ich, niż utrzymywać jako bezrobotnych.
Wysokość składki powinna pozwalać na pokrycie zasiłków w realnej wysokości, pozwalającej na utrzymanie się w gotowości i zdolności do podjęcia pracy.
Powinna być stanowczo zlikwidowana wszelka „praca na czarno”, nielegalne zatrudnienie, łamanie prawa pracy i uchylanie się od obowiązku podatkowego powinno być bezwzględnie ścigane, podobnie jak uchylanie się od płacenia składek do ZUS, który trzeba natychmiast uszczelnić i wydzielić w finansach państwa. Tymczasem jest odwrotnie; – władza umorzyła właśnie zadłużenie bardzo wielu firm w ZUS z powodu niewpłacania składek, co należy rozumieć jako pokrycie tychże składek z budżetu państwa.
Oczywiście – to wszystko nie jest możliwe, bo to by zaprzeczyło podstawom ideologicznym Platformy Obywatelskiej.
Bezrobocie na koniec 2012 roku przerosło nawet te niekorzystne prognozy rządowe i wyniosło 13,3%, przy czym prognozuje się jego dalszy wzrost, w pesymistycznych wersjach nawet do 16% na koniec bieżącego roku. Ma to konkretne dramatyczne skutki społeczne rzutujące na stan państwa. Rząd jednak głównie prognozuje i przygląda się, czy prognozy się spełniają… Głównie tym się zajmuje, jeśli nie liczyć rozniecanych afer medialnych mających ukryć przed opinią publiczną fakt, że nie zajmuje się tym co potrzeba.
Generalnie – znakomita większość osób wypowiadających się na ten temat roztacza katastroficzne wizje, epatuje czarnowidztwem, ostrzega przed nadchodzącym kryzysem i zapaścią, ale nikt się nie zająknie w sprawie zapobieżenia temu, środków przeciwdziałania, zrozumienia powodu nieskuteczności działań dotychczasowych..
Rozumiem, że ludziom niezależnym tak bardzo od spełnienia się lub niespełnienia ich wizji, przepowiedni – zależy wyłącznie na satysfakcji osobistej, jaką spodziewają się odczuć, gdy ich przewidywania okażą się trafne. Na zasadzie: wiedziałem, że tak będzie i ostrzegałem, jestem wielkim ekonomistą, politykiem, dziennikarzem, analitykiem i wiedziałem wcześniej, że tak się stanie. A że to jest równoznaczne z tysiącami czy setkami tysięcy ofiar wśród osób zależnych od codziennej pracy najemnej – cóż, to nie ich, ekonomistów – czarnowidzów wina przecież…
Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz nadal rozwija działania wychodzące naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców; to oczywiście zupełnie nie dziwi biorąc pod uwagę ideologię tej władzy, dającą bezwzględną „wolną rękę” biznesowi nawet wbrew konstytucji, prawu czy interesowi społecznemu. Nie Polska jest najważniejsza: najważniejsze jest „róbta co chceta”… adresowane do elity. I zabobonna wiara w „niewidzialną rękę” samoregulacji.
Minister Pracy przedstawił właśnie kilka dni temu (24.01) nowy projekt ingerencji w zatrudnienie – za pomocą dotacji: projekt Ustawy „O szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców”.
Zakłada on wdrożenie działań finansowanych ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co oznacza, że przeznaczony faktycznie na walkę z bezrobociem Fundusz Pracy, na którym ciężką rękę nie do końca legalnie położył Minister Finansów – jest tymczasem nie do odzyskania.
Ochrona miejsc pracy miałaby być realizowana poprzez częściowe dotowanie pensji pracowniczych w okresie skrócenia przez pracodawcę wymiaru pracy w firmie, na czas zastoju w jej działalności, częściowe dotowanie wynagrodzeń za czas całkowitego przestoju firmy pracodawcy zamiast likwidacji miejsc pracy, dotowanie przedsiębiorstw poprzez rekompensowanie im obciążeń z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne od wypłacanych wynagrodzeń. Pomoc miałaby mieć charakter czasowy (6 a w wyjątkowych sytuacjach 12 lub 18 miesięcy) a jej wysokość odpowiadałaby zasiłkowi dla osoby bezrobotnej określonej w ustawie.
Tak więc obywatel zatrudniony na umowę o pracę otrzymywałby zasiłek taki jak gdyby był bezrobotny oraz częściową wypłatę wynagrodzenia od pracodawcy. Pracodawca byłby też zobowiązany do nierozwiązywania stosunku pracy i nielikwidowania dotowanych stanowisk pracy w okresie do 3 miesięcy po zakończeniu okresu pobierania pomocy. Pomoc ta stanowiłaby dla pracodawcy pomoc publiczną „de minimis”.
Nie da się wykluczyć, że z punktu widzenia przeciętnego bezrobotnego bezskutecznie poszukującego dziś zatrudnienia, pomoc taka mogłaby zapobiec upadkowi wielu osób do poziomu kloszarda, dając jakieś minimalne środki pozwalające egzystować (i tylko tyle), pod warunkiem uzyskania jeszcze jakiejś pomocy np. rzeczowej także i z funduszu Pomocy Społecznej. Ogólnie jednak pomysł ten idzie w tym, co zawsze kierunku: nie dotyka sedna problemu, jego przyczyny a – tak jak to opisałem powyżej – zostanie doskonale wykorzystany przez przedsiębiorców dla maksymalizacji swojego własnego zysku, kosztem czerpania z funduszy publicznych. Nie wiadomo, jakie zainteresowanie wzbudzi on wśród pracodawców; minister powoli, bardzo powoli, ale jednak uczy się, zadziała też biurokratyczny przymus samo-ochrony urzędników przed ewentualną odpowiedzialnością, co w procesie realizacji wszelkich zapisów ustawowych skutkuje takim zagmatwaniem szczegółowych rozwiązań, zasad, wyjątków od zasad i wyjątków od tychże wyjątków – że sprowadzają one wszystko do kompletnego absurdu.
Im bardziej szczegółowo projekt będzie zabezpieczał realizację swoich założonych z góry celów, tym mniej przedsiębiorców się nim zainteresuje: nie da się „zakombinować” dla zwiększenia własnego zysku – to znaczy, że to jest nieprzydatne.
Obawiam się, że realizacja tego projektu da nowy impuls żerowaniu na pomocy publicznej a po wyczerpaniu pieniędzy wszystko powróci w najlepszym wypadku do stanu obecnego. Skończą się dotacje – skończy się zatrudnianie a zacznie znów straszenie masowymi zwolnieniami, redukcją zatrudnienia, likwidacją działalności lub przeniesieniem jej za granice, – czyli ta sama szopka, co obecnie… wyłącznie w celu maksymalizacji zysku własnego.
Uważam, że jedyne rzeczywiste rozwiązanie problemu bezrobocia i kłopotów, z jakimi spotyka się gospodarka – musi się zacząć od całkowitej zmiany „opcji politycznej” w tym kraju, albo co najmniej od zasadniczych przekształceń w koalicji rządzącej, polegających na całkowitym odrzuceniu obecnej ideologii, która jest praprzyczyną wszystkich problemów.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
kapitalizm,
Kopacz,
niewolnictwo,
premier,
Propaganda PO,
rynek pracy,
Tusk,
umowy śmieciowe,
urząd pracy,
wyzysk,
zarobki,
zasiłki,
zatrudnienie
01/05/2012
Ustawa Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej o promocji cudów i instytucjach „niewidzialnych rąk”.
Prawdziwym problemem bezrobocia są zadziwiające nawyki myślowe,
idiotyczne schematy wypracowane latami w zupełnie innym, dawnym systemie
gospodarczym i innym systemie ideologicznym przekładającym się na
zupełnie odmienne uwarunkowania społeczne.
Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi ukształtowanych w tamtym systemie nie do końca jeszcze zauważyło, że zmienił się on (przynajmniej nominalnie). Sytuacja ta powoduje swoisty rozłam, jakiś zadziwiający konglomerat „ulepszonego starego” z „nowym – ale nie do końca” a źródłem tego jest właśnie mentalność ludzi. Bo wszystko zależy bezpośrednio od ludzi.
Tu zapewne ktoś dogmatycznie myślący „zaczepi mnie” o rolę i pozycję Boga, czy tak zwanej „Opatrzności”…
Bóg nie tworzy wypadków lotniczych, kolejowych i holocaustu, ani nie zapobiega im. Nie tworzy zjawiska bezrobocia „za karę”, ani nikogo „ w nagrodę” z tego problemu nie „wybawia”. Nie jest sługą ludzi, pilnującym ich bezpieczeństwa; to ludzie powinni być sługami – wiernymi pouczeniom, przykładom i prośbom przysłanego do nich Pana i Nauczyciela. Wszelkie dylematy i zapytania „jak Bóg mógł dopuścić” do tego czy innego nieszczęścia – są świadectwem skrajnego niedowiarstwa i niezrozumienia a nie wiary. Najwyraźniej – Bóg z zasady nie ma zamiaru przeciwstawiać się wszechobecnemu złu na tym „padole ciemności” inaczej, niż poprzez przysłanie tu Pana i Nauczyciela, Chrystusa, który wszystko wyjaśnił, zawarł z ludźmi w jego imieniu Nowe Przymierze – wypełniające (zastępujące) Stary Testament, uwolnił tak wielu od kalectwa i chorób, uwolnił od odpowiedzialności ludzi za ich błędy poprzez ofiarę z siebie samego na odkupienie wszystkich win, oraz wyjaśnił tak wiele i nauczał słowem i czynem, osobistym przykładem – jak żyć, jak być szczęśliwym i jak wartościować to wszystko, co nas otacza i spotyka w naszym życiu a także i samo życie.
Od tej pory znów wszystko zależy od ludzi, od wszystkich razem i od każdego z nich z osobna.
Dlatego ważna jest osobista postawa każdego człowieka. Jan Paweł II mówił, że człowiek powinien zawsze być „wierny prawdzie i powinności”, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł, być niezależny od chwilowej, lokalnej koniunktury.
Niestety dalsze losy chrześcijaństwa, szczególnie w wydaniu rzymskim – ogromnie wypaczyły pierwotny wzór dany przez samego Jezusa. Wypaczyły w praktyce, w realizacji, w starciu z wiekową tradycją, nawykami myślowymi i negatywnymi cechami psychiki ludzkiej. Ale wzór przecież nadal istnieje, jest dostępny, poznawalny – zarówno częściowo empirycznie jak i racjonalnie. Cóż jednak z tego, gdy nawet sam Papież, Biskup Rzymu i głowa kościoła katolickiego, mówi dziś: „…W obecnych czasach potrzebny jest „Kościół wojujący”, który angażuje się w walkę ze złem próbującym opanować świat…” – nie bacząc, że w ten sposób walcząc przeciwstawia się bezpośrednio nauce Jezusa, stawia się ponad nią.
W takiej sytuacji pozostaje więc oddzielać rozpatrywanie tego i nie tylko tego problemu z punktu widzenia społecznego – od szukania jego odniesień religijnych. Bezrobocie nie jest więc „karą Bożą” i nikt sobie na nie zasłużył.
Wspominam o tym dlatego, że ma to bezpośredni związek z pojęciem solidaryzmu społecznego a to z kolei jest podstawową płaszczyzną poszukiwania pomocy dla osób pozbawionych zatrudnienia. Mam na myśli osoby bezrobotne a więc wyłącznie te, które poszukują zatrudnienia dla zdobycia podstawowych środków do życia, są zdolne i gotowe natychmiast rozpocząć pracę zarobkową, ale w danej chwili i w danym stanie gospodarki nie ma na ich pracę zapotrzebowania. Niesie to dwie bezpośrednie konsekwencje: społeczeństwo funkcjonujące w systemie wymiany (praca – pieniądz – praca) powinno być zainteresowane włączeniem każdego z członków lokalnej społeczności do tego systemu, bo to się wszystkim opłaca, po drugie – musi mieć świadomość, że pozostawanie w gotowości do podjęcia pracy wymaga posiadania pewnych niezbędnych środków a nie generuje ich bezpośrednio.
W tym znaczeniu sytuacja w naszym kraju pod rządami Platformy Obywatelskiej jest skandaliczna przede wszystkim poprzez swoją nielogiczność i niespójność. To oczywiście cechy obowiązującego rozwiązania ustawowego, z ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ustawa wymaga po prostu natychmiastowej nowelizacji.
Osoba, której nadano status bezrobotnego – z definicji zawartej w ustawie jest osobą niezatrudnioną i nie wykonującą żadnej innej pracy zarobkowej, zdolną i gotową do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, w wieku mieszczącym się w granicach 18 – 60 (kobieta) lub 18 – 65 (mężczyzna), nie prowadzi działalności gospodarczej (nawet w czasowym zawieszeniu), nie uzyskuje miesięcznie przychodu o wysokości przekraczającej 750 zł, ale nie pobiera zasiłku stałego z pomocy społecznej, świadczenia pielęgnacyjnego ani zasiłku rodzinnego itd. To oczywiście w dużym uproszczeniu, bo przepisy definiujące osobę bezrobotną są dużo bardziej rozbudowane, co do wymogów oraz ograniczeń wobec „kandydata”.
Pomijając już wszelkie nasuwające się tu wątpliwości, nie da się nie zapytać; – to za co taki bezrobotny ma żyć! Średni okres poszukiwania zatrudnienia z pozostawaniem w rejestrach bezrobotnych dawno już znacznie przekroczył jeden rok, w bardzo wielu przypadkach, szczególnie grup osób będących w niekorzystnej sytuacji na rynku pracy – wynosi dwa lub nawet i trzy lata. Nie mam pojęcia, jakie źródło przychodu ustawodawca miał na myśli – dostarczające przychodu nie większego niż 750 zł miesięcznie (przychodu, – czyli „brutto”), skoro bezrobotny nie ma prawa uzyskiwać żadnego dochodu z żadnej pracy zarobkowej, działalności gospodarczej, zasiłku stałego z pomocy społecznej itp. – jak wymaga ustawa i jak to w uproszczeniu opisałem powyżej. Proste i logiczne pytanie: za co bezrobotny ma się utrzymywać.
Ktoś tu odpowie – z zasiłku dla bezrobotnych…
Prawo do zasiłku jest obwarowane także wieloma ograniczeniami. Po pierwsze – ma charakter czasowy. Jeśli ktoś już ma przyznany zasiłek – to na okres standardowy 6 miesięcy, podczas gdy czas poszukiwania zatrudnienia z pomocą Urzędu Pracy jest średnio dwa razy dłuższy. Pewna grupa osób otrzymuje uprawnienia do zasiłku na okres do 12 miesięcy, co także często jest okresem krótszym niż przeciętny czas poszukiwania zatrudnienia. Na dodatek otrzymanie prawa do zasiłku także jest obwarowane już na wstępie pewnymi zasadniczymi a zupełnie niezrozumiałymi warunkami zupełnie „nie z tej epoki”. Bezrobotny starający się o zasiłek musi wykazać, że w okresie 18 miesięcy przed dniem zarejestrowania w PUP (liczonym wstecz) przepracował łącznie 12 miesięcy a jego pracodawca odprowadzał w tym czasie składkę na Fundusz Pracy w związku z zatrudnianiem go. Nie ma żadnego znaczenia, że człowiek ten ma za sobą 25 czy 30 lat pracy – czyli automatycznie odprowadzania z związku z tym przez jego pracodawcę odpowiednich składek, także na Fundusz Pracy.
Poza tym, – co tu ma do rzeczy Fundusz Pracy w ogóle. Wiele wskazuje na to, że wymóg ten jest po prostu „filtrem”, sztuczną zaporą mającą ograniczyć ilość przypadków przyznania prawa do zasiłku. Ale zasiłek nie jest jakimś prezentem, tylko pomocą publiczną motywowaną interesem społecznym. Interesem społecznym jest, by jak najwięcej osób, które znalazły się w roli bezrobotnego – powracało do pełnego zatrudnienia i to możliwie jak najszybciej. Bezrobotny – jak mówią, to praca na cały etat. Tyle, że – chciałoby się dodać – nieodpłatna. Bezrobotny ma wykazać dużą aktywność; przede wszystkim poszukiwać możliwości zatrudnienia samodzielnie, chodzić do wybranych pracodawców i pytać o pracę, rozpowszechniać swoją aplikację kandydata pozostawiając ją w wielu komórkach kadrowych, natychmiast reagować na pojawiające się publiczne oferty pracy których wymogi spełnia itp. Zaleca się, by poszukujący pracy był „schludnie ubrany”, robił swoim wyglądem, zachowaniem i sposobem komunikowania się korzystne wrażenie.
Pytanie: czy osoba np. przez rok całkowicie pozbawiona dochodów może spełniać takie zalecenia? Przecież by je spełnić, trzeba mieć jakiś „dach nad głową”, miejsce zamieszkania choćby w wynajętym pokoiku z używalnością łazienki, po to by mieć możność zachowywać wymogi podstawowej higieny, mieć gdzie uprać koszulę i skarpety. Musi mieć dostęp do żelazka by uprasować ubranie. Musi mieć choćby raz na dwa miesiące na fryzjera, musi mieć możność stałego posiadania i używania akcesoriów do golenia, pasty do zębów… I tak dalej; nie będę dalej wymieniał, gdyż wiadomo już, co mam na myśli: to są pozycje kosztowe, to wszystko kosztuje, trzeba mieć na to pieniądze. Skromne – ale jednak pieniądze. Jeśli ich nie ma – mamy do czynienia z brudnym, śmierdzącym, zarośniętym, nieogolonym człowiekiem z liściem na głowie, w którego „gotowość i zdolność do natychmiastowego podjęcia pracy” nikt nie uwierzy a już z pewnością nie pracodawca. To nie jest tak, że taki biedak obudzi się rano w zsypie na śmieci, otrzepie się, napije się wody z kranu i pójdzie szukać pracy… Czy taki jest pomysł posłów i senatorów RP pachnących „Old Spice’m” i jeżdżących „Mercedesami” na rozwiązanie problemu bezrobocia?
Żeby spełnić wymogi statusu osoby bezrobotnej – trzeba mieć pieniądze, ale jednocześnie ustawa zabrania bezrobotnym osiągać przychody z wynagrodzenia i z wielu innych źródeł a zasiłek ustawowy przyznaje – za pomocą sztucznych barier – jedynie statystycznie co piątemu bezrobotnemu i to w zasadzie nie dłużej niż na pół roku, a w szczególnych przypadkach – maksymalnie na rok.
(Trzeba tu wyjaśnić, że zasiłek przyznawany jest tak naprawdę – do następnej wyznaczonej obowiązkowej wizyty w Urzędzie Pracy, a jedynie w przypadku dalszego braku ofert pracy przedłużany jest do kolejnego terminu kolejnej wizyty).
Wniosek jest absurdalny: ustawa została tak opracowana przez osoby nie mające pojęcia o realiach bezrobocia, ludzi którym zjawisko to było, jest i będzie już do końca ich życia całkiem obce i dlatego kompletnie go nie rozumieją, czyli tak zwanych „posłów na sejm” oraz tak zwanych „senatorów”, – że by być bezrobotnym nie wolno osiągać dochodów, 75% bezrobotnych nie należy się także zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast obserwacja życia, czy osobiste doświadczenia wielu ludzi wskazują, że by być bezrobotnym spełniając obowiązki formułowane w ustawie, niezbędne jest dysponowanie jakimś dochodem (w miastach takich jak Szczecin – rzędu 900 pln netto miesięcznie), co powyżej udowodniłem. Tego rzędu kwotą jest dziś kwota zasiłku dla bezrobotnych, co dowodzi dość rzetelnego wbrew pozorom jej oszacowania.
Wniosek nasuwa się sam: sprawa musi natychmiast zostać przeanalizowana. Warunki dotyczące bezrobocia i zasiłku muszą się natychmiast zmienić. Zmienić się mogą tylko poprzez nowelizację odnośnej ustawy lub jej uchylenie i wprowadzenie całkiem nowych rozwiązań. Władza udowodniła, że gdy ma odpowiednią motywację, potrafi takie zmiany wprowadzić w okresie liczonym na tygodnie a nie na lata – ja to bywa w sytuacji, gdy władza opiera się konieczności zmian.
Bardzo ciekawe, choć zasadniczo odmienne „ideologicznie” rozwiązanie oferują nasi sąsiedzi z północy, czyli Duńczycy. Wydaje się, że przekazanie całości spraw związanych z obsługą bezrobocia, zasiłkami, poszukiwaniem pracy i aktywizacją bezrobotnych związkom zawodowym mogłoby być idealnym rozwiązaniem w warunkach polskich, gdyby oczywiście nie ultraprawicowy wrzask oszołomów, jaki by się rozległ natychmiast, widząc w tym powrót do rozwiązań „socjalistycznych”.
A ja powiem jak niejaki Kargul: dla mnie ludzie nie dzielą się na prawicowych i lewicowych, tylko prosto: na mądrych i głupich. Albo raczej – na humanistów i anty-humanistów. Co na jedno wychodzi.
Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi ukształtowanych w tamtym systemie nie do końca jeszcze zauważyło, że zmienił się on (przynajmniej nominalnie). Sytuacja ta powoduje swoisty rozłam, jakiś zadziwiający konglomerat „ulepszonego starego” z „nowym – ale nie do końca” a źródłem tego jest właśnie mentalność ludzi. Bo wszystko zależy bezpośrednio od ludzi.
Tu zapewne ktoś dogmatycznie myślący „zaczepi mnie” o rolę i pozycję Boga, czy tak zwanej „Opatrzności”…
Bóg nie tworzy wypadków lotniczych, kolejowych i holocaustu, ani nie zapobiega im. Nie tworzy zjawiska bezrobocia „za karę”, ani nikogo „ w nagrodę” z tego problemu nie „wybawia”. Nie jest sługą ludzi, pilnującym ich bezpieczeństwa; to ludzie powinni być sługami – wiernymi pouczeniom, przykładom i prośbom przysłanego do nich Pana i Nauczyciela. Wszelkie dylematy i zapytania „jak Bóg mógł dopuścić” do tego czy innego nieszczęścia – są świadectwem skrajnego niedowiarstwa i niezrozumienia a nie wiary. Najwyraźniej – Bóg z zasady nie ma zamiaru przeciwstawiać się wszechobecnemu złu na tym „padole ciemności” inaczej, niż poprzez przysłanie tu Pana i Nauczyciela, Chrystusa, który wszystko wyjaśnił, zawarł z ludźmi w jego imieniu Nowe Przymierze – wypełniające (zastępujące) Stary Testament, uwolnił tak wielu od kalectwa i chorób, uwolnił od odpowiedzialności ludzi za ich błędy poprzez ofiarę z siebie samego na odkupienie wszystkich win, oraz wyjaśnił tak wiele i nauczał słowem i czynem, osobistym przykładem – jak żyć, jak być szczęśliwym i jak wartościować to wszystko, co nas otacza i spotyka w naszym życiu a także i samo życie.
Od tej pory znów wszystko zależy od ludzi, od wszystkich razem i od każdego z nich z osobna.
Dlatego ważna jest osobista postawa każdego człowieka. Jan Paweł II mówił, że człowiek powinien zawsze być „wierny prawdzie i powinności”, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł, być niezależny od chwilowej, lokalnej koniunktury.
Niestety dalsze losy chrześcijaństwa, szczególnie w wydaniu rzymskim – ogromnie wypaczyły pierwotny wzór dany przez samego Jezusa. Wypaczyły w praktyce, w realizacji, w starciu z wiekową tradycją, nawykami myślowymi i negatywnymi cechami psychiki ludzkiej. Ale wzór przecież nadal istnieje, jest dostępny, poznawalny – zarówno częściowo empirycznie jak i racjonalnie. Cóż jednak z tego, gdy nawet sam Papież, Biskup Rzymu i głowa kościoła katolickiego, mówi dziś: „…W obecnych czasach potrzebny jest „Kościół wojujący”, który angażuje się w walkę ze złem próbującym opanować świat…” – nie bacząc, że w ten sposób walcząc przeciwstawia się bezpośrednio nauce Jezusa, stawia się ponad nią.
W takiej sytuacji pozostaje więc oddzielać rozpatrywanie tego i nie tylko tego problemu z punktu widzenia społecznego – od szukania jego odniesień religijnych. Bezrobocie nie jest więc „karą Bożą” i nikt sobie na nie zasłużył.
Wspominam o tym dlatego, że ma to bezpośredni związek z pojęciem solidaryzmu społecznego a to z kolei jest podstawową płaszczyzną poszukiwania pomocy dla osób pozbawionych zatrudnienia. Mam na myśli osoby bezrobotne a więc wyłącznie te, które poszukują zatrudnienia dla zdobycia podstawowych środków do życia, są zdolne i gotowe natychmiast rozpocząć pracę zarobkową, ale w danej chwili i w danym stanie gospodarki nie ma na ich pracę zapotrzebowania. Niesie to dwie bezpośrednie konsekwencje: społeczeństwo funkcjonujące w systemie wymiany (praca – pieniądz – praca) powinno być zainteresowane włączeniem każdego z członków lokalnej społeczności do tego systemu, bo to się wszystkim opłaca, po drugie – musi mieć świadomość, że pozostawanie w gotowości do podjęcia pracy wymaga posiadania pewnych niezbędnych środków a nie generuje ich bezpośrednio.
W tym znaczeniu sytuacja w naszym kraju pod rządami Platformy Obywatelskiej jest skandaliczna przede wszystkim poprzez swoją nielogiczność i niespójność. To oczywiście cechy obowiązującego rozwiązania ustawowego, z ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ustawa wymaga po prostu natychmiastowej nowelizacji.
Osoba, której nadano status bezrobotnego – z definicji zawartej w ustawie jest osobą niezatrudnioną i nie wykonującą żadnej innej pracy zarobkowej, zdolną i gotową do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, w wieku mieszczącym się w granicach 18 – 60 (kobieta) lub 18 – 65 (mężczyzna), nie prowadzi działalności gospodarczej (nawet w czasowym zawieszeniu), nie uzyskuje miesięcznie przychodu o wysokości przekraczającej 750 zł, ale nie pobiera zasiłku stałego z pomocy społecznej, świadczenia pielęgnacyjnego ani zasiłku rodzinnego itd. To oczywiście w dużym uproszczeniu, bo przepisy definiujące osobę bezrobotną są dużo bardziej rozbudowane, co do wymogów oraz ograniczeń wobec „kandydata”.
Pomijając już wszelkie nasuwające się tu wątpliwości, nie da się nie zapytać; – to za co taki bezrobotny ma żyć! Średni okres poszukiwania zatrudnienia z pozostawaniem w rejestrach bezrobotnych dawno już znacznie przekroczył jeden rok, w bardzo wielu przypadkach, szczególnie grup osób będących w niekorzystnej sytuacji na rynku pracy – wynosi dwa lub nawet i trzy lata. Nie mam pojęcia, jakie źródło przychodu ustawodawca miał na myśli – dostarczające przychodu nie większego niż 750 zł miesięcznie (przychodu, – czyli „brutto”), skoro bezrobotny nie ma prawa uzyskiwać żadnego dochodu z żadnej pracy zarobkowej, działalności gospodarczej, zasiłku stałego z pomocy społecznej itp. – jak wymaga ustawa i jak to w uproszczeniu opisałem powyżej. Proste i logiczne pytanie: za co bezrobotny ma się utrzymywać.
Ktoś tu odpowie – z zasiłku dla bezrobotnych…
Prawo do zasiłku jest obwarowane także wieloma ograniczeniami. Po pierwsze – ma charakter czasowy. Jeśli ktoś już ma przyznany zasiłek – to na okres standardowy 6 miesięcy, podczas gdy czas poszukiwania zatrudnienia z pomocą Urzędu Pracy jest średnio dwa razy dłuższy. Pewna grupa osób otrzymuje uprawnienia do zasiłku na okres do 12 miesięcy, co także często jest okresem krótszym niż przeciętny czas poszukiwania zatrudnienia. Na dodatek otrzymanie prawa do zasiłku także jest obwarowane już na wstępie pewnymi zasadniczymi a zupełnie niezrozumiałymi warunkami zupełnie „nie z tej epoki”. Bezrobotny starający się o zasiłek musi wykazać, że w okresie 18 miesięcy przed dniem zarejestrowania w PUP (liczonym wstecz) przepracował łącznie 12 miesięcy a jego pracodawca odprowadzał w tym czasie składkę na Fundusz Pracy w związku z zatrudnianiem go. Nie ma żadnego znaczenia, że człowiek ten ma za sobą 25 czy 30 lat pracy – czyli automatycznie odprowadzania z związku z tym przez jego pracodawcę odpowiednich składek, także na Fundusz Pracy.
Poza tym, – co tu ma do rzeczy Fundusz Pracy w ogóle. Wiele wskazuje na to, że wymóg ten jest po prostu „filtrem”, sztuczną zaporą mającą ograniczyć ilość przypadków przyznania prawa do zasiłku. Ale zasiłek nie jest jakimś prezentem, tylko pomocą publiczną motywowaną interesem społecznym. Interesem społecznym jest, by jak najwięcej osób, które znalazły się w roli bezrobotnego – powracało do pełnego zatrudnienia i to możliwie jak najszybciej. Bezrobotny – jak mówią, to praca na cały etat. Tyle, że – chciałoby się dodać – nieodpłatna. Bezrobotny ma wykazać dużą aktywność; przede wszystkim poszukiwać możliwości zatrudnienia samodzielnie, chodzić do wybranych pracodawców i pytać o pracę, rozpowszechniać swoją aplikację kandydata pozostawiając ją w wielu komórkach kadrowych, natychmiast reagować na pojawiające się publiczne oferty pracy których wymogi spełnia itp. Zaleca się, by poszukujący pracy był „schludnie ubrany”, robił swoim wyglądem, zachowaniem i sposobem komunikowania się korzystne wrażenie.
Pytanie: czy osoba np. przez rok całkowicie pozbawiona dochodów może spełniać takie zalecenia? Przecież by je spełnić, trzeba mieć jakiś „dach nad głową”, miejsce zamieszkania choćby w wynajętym pokoiku z używalnością łazienki, po to by mieć możność zachowywać wymogi podstawowej higieny, mieć gdzie uprać koszulę i skarpety. Musi mieć dostęp do żelazka by uprasować ubranie. Musi mieć choćby raz na dwa miesiące na fryzjera, musi mieć możność stałego posiadania i używania akcesoriów do golenia, pasty do zębów… I tak dalej; nie będę dalej wymieniał, gdyż wiadomo już, co mam na myśli: to są pozycje kosztowe, to wszystko kosztuje, trzeba mieć na to pieniądze. Skromne – ale jednak pieniądze. Jeśli ich nie ma – mamy do czynienia z brudnym, śmierdzącym, zarośniętym, nieogolonym człowiekiem z liściem na głowie, w którego „gotowość i zdolność do natychmiastowego podjęcia pracy” nikt nie uwierzy a już z pewnością nie pracodawca. To nie jest tak, że taki biedak obudzi się rano w zsypie na śmieci, otrzepie się, napije się wody z kranu i pójdzie szukać pracy… Czy taki jest pomysł posłów i senatorów RP pachnących „Old Spice’m” i jeżdżących „Mercedesami” na rozwiązanie problemu bezrobocia?
Żeby spełnić wymogi statusu osoby bezrobotnej – trzeba mieć pieniądze, ale jednocześnie ustawa zabrania bezrobotnym osiągać przychody z wynagrodzenia i z wielu innych źródeł a zasiłek ustawowy przyznaje – za pomocą sztucznych barier – jedynie statystycznie co piątemu bezrobotnemu i to w zasadzie nie dłużej niż na pół roku, a w szczególnych przypadkach – maksymalnie na rok.
(Trzeba tu wyjaśnić, że zasiłek przyznawany jest tak naprawdę – do następnej wyznaczonej obowiązkowej wizyty w Urzędzie Pracy, a jedynie w przypadku dalszego braku ofert pracy przedłużany jest do kolejnego terminu kolejnej wizyty).
Wniosek jest absurdalny: ustawa została tak opracowana przez osoby nie mające pojęcia o realiach bezrobocia, ludzi którym zjawisko to było, jest i będzie już do końca ich życia całkiem obce i dlatego kompletnie go nie rozumieją, czyli tak zwanych „posłów na sejm” oraz tak zwanych „senatorów”, – że by być bezrobotnym nie wolno osiągać dochodów, 75% bezrobotnych nie należy się także zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast obserwacja życia, czy osobiste doświadczenia wielu ludzi wskazują, że by być bezrobotnym spełniając obowiązki formułowane w ustawie, niezbędne jest dysponowanie jakimś dochodem (w miastach takich jak Szczecin – rzędu 900 pln netto miesięcznie), co powyżej udowodniłem. Tego rzędu kwotą jest dziś kwota zasiłku dla bezrobotnych, co dowodzi dość rzetelnego wbrew pozorom jej oszacowania.
Wniosek nasuwa się sam: sprawa musi natychmiast zostać przeanalizowana. Warunki dotyczące bezrobocia i zasiłku muszą się natychmiast zmienić. Zmienić się mogą tylko poprzez nowelizację odnośnej ustawy lub jej uchylenie i wprowadzenie całkiem nowych rozwiązań. Władza udowodniła, że gdy ma odpowiednią motywację, potrafi takie zmiany wprowadzić w okresie liczonym na tygodnie a nie na lata – ja to bywa w sytuacji, gdy władza opiera się konieczności zmian.
Bardzo ciekawe, choć zasadniczo odmienne „ideologicznie” rozwiązanie oferują nasi sąsiedzi z północy, czyli Duńczycy. Wydaje się, że przekazanie całości spraw związanych z obsługą bezrobocia, zasiłkami, poszukiwaniem pracy i aktywizacją bezrobotnych związkom zawodowym mogłoby być idealnym rozwiązaniem w warunkach polskich, gdyby oczywiście nie ultraprawicowy wrzask oszołomów, jaki by się rozległ natychmiast, widząc w tym powrót do rozwiązań „socjalistycznych”.
A ja powiem jak niejaki Kargul: dla mnie ludzie nie dzielą się na prawicowych i lewicowych, tylko prosto: na mądrych i głupich. Albo raczej – na humanistów i anty-humanistów. Co na jedno wychodzi.
Etykiety:
bezrobocie,
cynizm,
demokracja,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
kapitalizm,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
liberalizm,
minister pracy,
państwo nieludzkie,
paweł baranowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)