BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

03/03/2013

Powrót do normalności…?

Tragiczne wrażenie na osobach mających dziś ogromne problemy życiowe z powodu wypaczenia albo zminimalizowania funkcji państwa przez obecną władzę, robią wszelkie próby uzasadniania tego (w sensie usprawiedliwienia lub uprawomocnienia) jak i inne głosy skrajne – negujące potrzebę istnienia państwa w ogóle..
Trudno się dziwić: to tak jakby ktoś czekający na przyjazd lekarza do obłożnie chorego miał zamiast o potrzebie przyspieszenia interwencji lekarskich – słuchać o ich całkowitej nieopłacalności a nawet o potrzebie (zamiarach) zaprzestania wizyt lekarskich w takich przypadkach.

Trudno w takim przypadku o równowagę i optymizm a pesymizm i brak pozytywnych perspektyw zazwyczaj wzbudzają lęk i agresję. W normalnych warunkach państwo ma dużo do zrobienia i nie jest w tym możliwe do zastąpienia. Szczególnie chodzi tu o niezbędne interwencje mające na względzie interes społeczny w sytuacjach jakie mogą wyniknąć z wolnego rynku i swobody działalności gospodarczej – a są nie do zaakceptowania z punktu widzenia społecznego.
Przykładem z życia mogłoby tu być bezrobocie w grupie osób w wieku produkcyjnym mających ponad 45 czy 50 lat, ale mniej niż wiek uprawniający do zakończenia aktywności zawodowej dzięki nabyciu prawa i otrzymywaniu emerytury. Osoby takie muszą i najczęściej przecież wówczas – chcą - być zatrudnione po to, by wypracowywać sobie środki na zaspokojenie codziennych potrzeb, oraz opłacenie składek obowiązkowych od których będzie zależała w przyszłości ich emerytura.
By żyć w tym kraju trzeba zarabiać na swoje a czasem nawet nie tylko swoje utrzymanie; praca i zarabianie jako jej następstwo – jest niezbędne.
Praca jest niezbędna także i z wielu innych powodów, ale o tym napiszę oddzielnie.

Działalność gospodarcza jest prowadzona w oparciu o obowiązujące regulacje prawne jej dotyczące. Cóż jednak, gdy na skutek zasady swobody organizowania i prowadzenia działalności gospodarczej pracodawcy stwierdzą gremialnie, że wspomnianych osób nie będą zatrudniać „z zasady”. Taką sytuację właśnie obserwujemy i uczestniczymy w niej; jest ona skrajnie niekorzystna społecznie i to na bardzo wielu płaszczyznach i po to jest państwo, by w tej sytuacji skutecznie interweniować w gospodarkę i rynek pracy, modyfikując obowiązujące zasady tak, by przynajmniej minimalizować owe niekorzystne skutki. Taką interwencją jest inicjowanie organizowania zatrudnienia dotowanego, w formie np. tak zwanych „prac interwencyjnych”, licząc na to, że dotacja obejmująca około połowę podstawowych kosztów zatrudniania (płacy i składek obowiązkowych) zmieni nastawienie pracodawców i zapobiegnie w ten sposób – przynajmniej doraźnie – katastrofalnym skutkom społecznym. Interwencja państwa może też na przykład dotyczyć produkcji lub usług, które w danym, chwilowym stanie gospodarki są uważane za nieopłacalne, ale też są społecznie niezbędne i muszą być dostępne ze względu na interes społeczny.

Mamy właśnie teraz wspomnianą wyżej sytuację; ogromne bezrobocie z nieokreślonych powodów w grupie osób w wieku produkcyjnym określanych jako „50+” oraz interwencję państwa ratująca wielu z tych ludzi przed ostatecznym upadkiem, licząc na zmianę sytuacji po kilku miesiącach pracy tymczasowo dotowanej.
Tymczasem różni ludzie bez wstydu i godności oraz adepci „nauk” tego dość znanego, śmiesznego fircyka we fraczku i cylinderku, tego znanego polskiego walczącego „rojalisty” – któremu się we łbie roją różne ciekawe pomysły tyleż słuszne, co całkowicie abstrakcyjne, jeżdżącego po Polsce z „wykładami” i robiącego sobie z tego niezły pomysł na łatwe i wygodne życie – zaczynają nerwowo reagować i chwytają się manipulacji znaczeniami słów, byle wywiązać się ze swojego podłego zadania.
A ich zadanie, to właśnie ukrycie przed większością społeczeństwa ideologicznego charakteru władzy sprawowanej i tworzonej dziś przez PO, tak jak i oczywiście – w przypadku każdej innej władzy. Chcieliby także jakoś zneutralizować rosnącą powoli, odbudowującą się świadomość ludzką dotyczącą tego, że wszystko co się w Polsce dzieje, wynika z założeń politycznych, dziś – z ideologii Platformy Obywatelskiej a nie z jakichś obiektywnych i apolitycznych „zasad nauki” i wiedzy eksperckiej.

Jeszcze do niedawna ludzie tracili miejsca pracy, biedowali, marnowali lata życia swoje i swoich dzieci, czasem staczali się w bezdomność, albo popadali w alkoholizm by nie myśleć, by się nie wstydzić, albo z kolei myśleli i wstydzili się bardziej popaść w alkoholizm niż zdechnąć na śmietniku… a wszystko to z przekonaniem, że to jest WOLNOŚĆ !, oczekiwany POWRÓT DO NORMALNOŚCI !. Że to wszystko wynika z nauki, ze sprawdzonych i zweryfikowanych w kapitalizmie zasad ekonomii, zarządzania, że tak ma być i jest to jedyna słuszna droga. No i oczywiście, że politycy powinni się od gospodarki trzymać z daleka – bo przecież „niewidzialna ręka” sama wszystko wyreguluje…
Nawet prosta do uzyskania informacja, że dziwnie – ani Niemcy, ani Francja a już szczególnie Wielka Brytania tą drogą jakoś nie idzie a ma się całkiem dobrze – nie wzbudzała niczyich zastrzeżeń.
To jednak nie jest jak się okazuje żaden sygnał ostrzegawczy dla ćwoka czy prostaczka z czarnym podniebieniem, poklepanego protekcjonalnie przez sąsiadkę po plecach i dumnie idącego tam, gdzie mu „mądrzejsi” powiedzieli, że należy iść, by być przez nich uznanym za „Prawdziwego Europejczyka”.
Niestety, zmiany minionych dwudziestu lat to nie był powrót do normalności a odejście od niej, tylko odejście w nieco innym kierunku niż za czasów wdrażania ideologii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod tym względem PO niczym się nie różni od PZPR, tak jak zresztą i od innych; jak każda partia ma program, który deklarowała zrealizować, zabiegając o głosy poparcia. Program ten nie jest tym, czego Polscy oczekiwali po zmianach wynikłych z Sierpnia.

W działaniach socjotechnicznych jako czynnik oddziaływania wykorzystuje się i to, że media a zwłaszcza prasa opanowana jest teraz przez „nowy narybek” tak zwanych „dziennikarzy”, którzy starają się coś pisać pomimo rozlicznych „dys…”, zasadniczych braków wiedzy i niechęci do jej uzupełniania, ale najczęściej pozostają przy plotach, maglu, wodolejstwie pseudonaukowym „zrzynanym” z Internetu oraz niedokładnym cytowaniu rzeczników prasowych.
Drugi czynnik – to korzystanie z faktu odmienności języka kolokwialnego oraz języka oficjalnego, dotychczas uznawanego za dziennikarski. Jeszcze całkiem niedawno było tak, że język dziennikarski był najbardziej precyzyjną formą wypowiedzi, oczywiście jeśli taki był zamiar autorów. Język prasy, radia i telewizji był normą poprawności. Coś co zostało napisane – musiało być jednoznaczne i precyzyjne przynajmniej o tyle, że nie zawierało kolokwialnych, potocznych twierdzeń, uproszczeń, skrótów myślowych – czytelnych dla „ulicy” ale niedopuszczalnych w wypowiedziach oficjalnych, rejestrowanych i archiwizowanych. Niestety czasy te w ramach „ulepszania” Polski już dawno odeszły do historii i język prasowy, dziennikarski staje się jeszcze mniej zrozumiały, rzetelny i precyzyjny, niż potoczny język „ulicy”. Oliwy do tego ognia dolewa jeszcze powszechne pozbywanie się korektorów w wydawnictwach prasowych – jako „zbędnego kosztu”.
Na przykład słyszy się na ulicy, że „chleb podnieśli” albo że „od dziś benzyna poszła w górę” i wszyscy rozumieją iż chodzi o podwyższenie CENY chleba lub benzyny; nikt normalny nie będzie raczej zadzierał głowy do góry by ujrzeć tę „idącą do góry” benzynę, czy fruwający gdzieś tam na większej niż normalnie wysokości – chleb…
Właśnie takie różnice wykorzystują różne szuje do mieszania ludziom w głowach.
Dlaczego?
Coraz większym problemem dla władzy jest narastająca fala bezrobocia i jej skutki, przy tym narastająca fala świadomości, niezadowolenia, zniecierpliwienia. Obawiam się, że ludzie jeszcze do końca nie zrozumieli, że jest tak na skutek realizacji konkretnej ideologii, na którą oni w akcie wyborczym podobno, mniej lub bardziej świadomie dali zgodę. Problem dla władzy wynika stąd, że jedyna droga zwalczenia tak na prawdę a nie „medialnie” bezrobocia i innych poważnych problemów – wiedzie przez zakwestionowanie założeń politycznych, partyjnych tego wszystkiego. By się uporać z problemami – PO musiałaby przestać być PO, a wtedy straciłaby głosy (47 – 50% poparcia) tych, co poważnie kiedyś wzięli zaproszenie do bogacenia się za wszelką cenę i obietnicę „parasola ochronnego władzy” za wszelką cenę – nad biznesem.

Wracając do przykładu bezrobocia: oczywiście, że stwierdzenie „brak pracy” jest kolokwialne i należy do „języka ulicy”; jest po prostu wielkim skrótem i uproszczeniem myślowym – tak jak wspomniane podwyższenie benzyny czy podnoszenie chleba.

Jeśli przyjąć terminologię stosowną dla pojęcia rynku w odniesieniu do pracy (co generalnie uważam za bezprzedmiotowe bo w tym kraju rynek pracy sensu stricte nie funkcjonuje), to należy mówić tu o popycie na pracę jako „towarze rynkowym” oraz o „podaży pracy”. Popyt na pracę ludzką to zapotrzebowanie przedsiębiorstw jako pracodawców na pracę najemną, związaną np. z prowadzoną produkcją, albo z jej rozszerzeniem ilościowym lub asortymentowym. Popyt na pracę wyraża się ilością wolnych miejsc pracy oraz ilością ofert zatrudnienia pracownika. Stwierdzam tak, bo sama ilość wolnych miejsc pracy, bez woli zatrudnienia na nich nowych pracowników – nie jest „popytem na pracę”, jak też i ilość ofert zatrudnienia ale bez istniejących stosownie do nich, nowych i wolnych miejsc pracy – także nie jest popytem na pracę ludzką. Popyt na pracę istnieje tylko wówczas, gdy istnieją wolne miejsca pracy oraz jednocześnie pracodawcy zgłaszają chęć zatrudnienia na tych miejscach pracy nowych pracowników (oprócz tych dotychczas zatrudnionych). Nie jest popytem na pracę zwolnienie tysiąca zatrudnionych i przyjęcie na ich miejsce tysiąca innych, nowych pracowników, pomimo że związane by to było z tysiącem ofert i tysiącem praktycznie „wolnych” wówczas miejsc pracy.
Podaż pracy – to ludzie zdolni i gotowi do podjęcia się wykonywania zadań potrzebnych pracodawcy, określonych przez niego w ofercie zatrudnienia a potem w umowie o pracę.
W konwencji rynkowej, praca rozumiana jako wykonywanie dla kogoś potrzebnych mu czynności – jest towarem, tak jak węgiel, woda lub kruche ciasteczka posypane cukrem. Pracownik zapewnia podaż pracy i sprzedaje ją a pracodawca zapewnia popyt na pracę i kupuje ją – w formie zatrudniania pracowników.
Niektórzy ludzie udają jednak, że tego nie rozumieją i celowo zastępują pojęcie tak rozumianej pracy – pojęciem „pracy” w sensie fizycznym, bez uwzględnienia jej rynkowego charakteru.
Ktoś taki nagle gotów dojść publicznie do wniosku, że żadnego bezrobocia nie ma. Jest praca, czeka na każdym kroku. Jest wszędzie tyle do zrobienia. Powie na przykład: … A jak to jest w ogóle możliwe że ktoś nie ma pracy? Przecież to właściwie jest niewyobrażalne! Co to właściwie znaczy że ktoś nie ma pracy? Dookoła tyle rzeczy do zrobienia a ludzie nie mają pracy? Przecież to jakiś absurd! Paranoja!
Przecież wszędzie jest praca; O!: na przykład chodnik na mojej ulicy jest cały do wymiany bo płytki popękały… Tylko się nierobom nie chce pracować, bo czekają aż im „państwo” da zasiłek.
Faktycznie: paranoja.
Wszędzie jest do wykonania jakaś „praca” w znaczeniu fizycznym tego określenia, jest to „praca nie do przerobienia”, ale żeby to była praca w znaczeniu rynkowym, rynku pracy – to musi być ktoś kto ją „zapotrzebuje” za konkretną zapłatę, czyli ktoś kto zechcę wykonanie jej kupić. Zakładam przy tym, że ktoś kto ją zechce wykonać, czyli sprzedać własną pracę – zawsze się znajdzie, bo tym się charakteryzuje rynek pracy; zawsze popyt na pracę jest mniejszy niż jej podaż, czyli inaczej mówiąc – zawsze jest mniej ofert zatrudnienia (i zapłacenia) niż chętnych do podjęcia pracy. W normalnej sytuacji dobrze zarządzanej i dobrze funkcjonującej gospodarki – liczba niezatrudnionych stanowi 1 – 2% osób w wieku produkcyjnym (tzw. naturalna stopa bezrobocia) a obecnie mamy w tym kraju takich osób zarejestrowanych ponad dwa miliony sto tysięcy, co stanowi ponad 14% liczby osób w wieku produkcyjnym (tzw. klęska bezrobocia). W ten sposób propaguje się mylny wniosek: wszystko jest dobrze, praca jest, tylko się ludziom robić nie chce… Wszelkie próby zorganizowania społeczeństwa są przedstawiane jako szkodliwe, bo przecież w sposób naturalny dąży ono do powrotu do jaskiń. Zaczyna się tu zrzucanie winy za wszystko co złe – na państwo, nie na konkretną władzę realizującą swoje konkretne programy polityczne. Winne wszystkiemu jest to, że państwo w ogóle istnieje. Przy tym fakt, że istnieją setki innych państw i niektóre – doskonale a inne – całkiem dobrze się mają – nic nie znaczy…
Tu zresztą także mamy niejednoznaczność: państwo jako takie nie jest złe co wcale nie znaczy, że ono zawsze dobrze funkcjonuje, że jest dobrze zarządzane. Tak jak np. biskup–pedofil nie świadczy źle o Bogu, tak i błędna ideologia władzy psująca funkcjonowanie państwa – nie świadczy przeciwko państwu a wyłącznie przeciwko tej władzy.

Czasem wydaje się, że ludzie owładnięci jakąś ideą, ideą cudzą – bo przecież najczęściej nie oni są jej odkrywcami, przyczyniają się do postępu, bo wspierają badania teoretyczne pozwalające poznać lepiej prawa rządzące społeczeństwami i gospodarką. Tak jak naukowe dociekania są dobre, to próba wdrożenia ich, jakiejś teorii – w życie zazwyczaj kończy się tak jak próba wdrożenia prac naukowych Karola Marksa. Tego typu podjudzanie, propagowanie może i pozornie efektownych, ale praktycznie niemożliwych do przyjęcia eksperymentów robi wiele szkody , bo zagłusza tematy ważne, dramatycznie pilne i decydujące o losie wielu ludzi.
Tak zwane „życie” czyli realna, otaczająca nas rzeczywistość wymyka się wszelkim teoriom, które są co prawda niezbędne i świadczą o dążeniu człowieka do pełnej świadomości i niezależności, ale nie są w stanie odtworzyć warunków realnego świata. Państwo działające i imieniu interesu społecznego jest zwolnione z ograniczeń narzucanych przez wszelkie teorie czy modele naukowe dotyczące ekonomii, nie jest ograniczone ani opłacalnością ekonomiczną, ani zasadami samoregulacji. Opiera się raczej na pojęciach nieekonomicznych, takich jak godność, szacunek, solidarność, sprawiedliwość. Dzięki temu – dziś nie musimy przyznać po prostu, że ludzie w wieku 50+ wypchnięci poza „rynek pracy” – są przez państwo skazani na śmierć, co należałoby przyznać – kierując się jedynie prawami ekonomii realnie funkcjonującej.
Niezłym przykładem interwencji państwa jest ustawa o PFRON, stawiająca interes społeczny dotyczący zatrudniania osób niepełnosprawnych (aby zdobywali sami środki do życia oraz korzystali z innych funkcji pracy) – ponad zasadami prostej czy chciałoby się powiedzieć – prostackiej – opłacalności, stwarzająca platformę zrównania szans ponad pojęciami dobroczynności czy po prostu jałmużny, bez tego osoby poszkodowane przez los byłyby jeszcze bardziej poszkodowane. Są jednak ludzie, którym jest zbyt łatwo powiedzieć komuś: jesteś „nieopłacalny”, dlatego musisz umrzeć; to rodzaj zboczenia psychicznego, psychopatii – gdy dotyczy realnego życia.
Państwo to forma organizacji stojąca ponad takimi ograniczającymi własnościami jak opłacalność i jest dlatego społecznie niezbędne, stwarza ono środowisko, w którym funkcjonują przedsiębiorcy i wszyscy inni, zapobiegając skrajnym „ekscesom” i konfliktom, godząc konflikty w obszarze wolności – wolność prowadzenia działalności gospodarczej z wolnością np. człowieka w wieku 50+ albo niepełnosprawnego objawiającą się jego prawem do życia POMIMO że przedsiębiorcy skazali go na śmierć – wykluczając z rynku pracy. Zdobywając środki operacyjne np. poprzez prawo fiskalne, państwo może spowodować, że respektowane będzie także jego prawo do wolności – wyrażające się prawem do zdobycia poprzez pracę środków potrzebnych do utrzymania. Dzięki interwencji państwa dostępne są np. leki, których by nie było w dyspozycji – gdyby kierowano się przy tym wyłącznie zasadami ekonomii jako nauki, że przeprowadzane są operacje i inne działania lecznicze pomimo ich ogromnego kosztu i materialnej „nieopłacalności” z punktu widzenia medycyny jako biznesu, gdy stanowią „jedynie” wydatek. Wydatek jednak niewielki w porównaniu z wartością życia ludzkiego i jego prawa do wolności.

Skandalicznym wypaczeniem jest państwo zarządzane czy wręcz organizowane przez przedsiębiorców, przez „biznesmenów” niejako pod ich potrzeby, czyniące z biznesu rodzaj współczesnego bałwana, któremu się wszystko podporządkowuje, także życie i śmierć zwykłych, prostych ludzi uzależnionych od pracy najemnej. To ogromne barbarzyństwo pochłaniające wiele ofiar. Niestety elementy tego właśnie obserwujemy poprzez „sztuczną mgłę” propagandowego zaciemnienia.

30/03/2012

49.
Powrót do modelu państwa totalitarnego.

Dziś każdy pisać może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.
Może swobodnie wyrażać swoje przekonania. Choćby założyć blog za darmo i na dodatek z możliwością ukrycia się za ksywą i dowolnym obrazeczkiem użytym zamiast własnego zdjęcia. Przeważnie są to zwierzątka… a jeśli nawet nie, to i tak nie ma znaczenia...

To, że jest możliwe swobodne a nawet często i zbyt swobodne (uchodzi płazem) wypowiadanie się, zawdzięczamy demokracji która przezwyciężyła totalitaryzm władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspieranej przez otaczających nas „przyjaciół”. Władza tamta zawsze wiedziała co jest najlepsze dla ludzi; od Bolesława Bieruta – do Mieczysława Rakowskiego i „generała spawacza” władza zawsze robiła - co chciała a jak dziś wiemy, prawdopodobnie - co jej nakazano z Kremla, czasem na skutek protestów lekko „luzując śrubę” by nie zniszczyć propagandowego wrażenia „władzy ludu”. W końcu – gdy w propagandę już nikt nie wierzył – działała wręcz dosłownie „po trupach” stawiając na swoim, dopóki się tylko dało…
Demokracja zwyciężyła. Nawet jeśli była tylko "częściowa". W wyborach społeczeństwo wyłoniło nową władzę, która rozpoczęła proces wychodzenia z totalitarnych nawyków. Minęło 30 lat, różnie się potoczyły losy władzy, różnie przebiegały procesy transformacji gospodarki. Nikt jednak nie przypuszczał nawet, że powrót do totalitarnych nawyków jest jeszcze możliwy.
Owszem; ostatnio odzywały się ciche głosy oskarżające rząd Donalda Tuska o tendencje do „wiedzenia najlepiej” bez potrzeby konsultowania tego z organami przedstawicielskimi społeczeństwa, środowiskami, autorytetami społecznymi.
Zapowiedzią kryzysu demokracji była sprawa ACTA a zwłaszcza potajemnego przygotowania w Ministerstwie Kultury (sic!) regulacji jeszcze bardziej drakońskich i niebezpiecznych dla wolności niż te narzucane Europie przez amerykańskich lobbystów.
Niedawno Premier ogłosił, że „za wszelką cenę” podwyższy wiek emerytalny, że to nie podlega żadnej dyskusji, nikt go od tego nie odwiedzie bo jest zdeterminowany...."
Coś nam to przypomina… ?

Trudno się dziwić młodym ludziom, że dziś z trudnością potrafią sobie wyobrazić prawdziwy totalitaryzm. W opowieści z czasów PRL-u najczęściej już po prostu nie wierzą, traktują to jak "bajeczki wapniaków", jak my niegdyś - opowieści dziadka z I wojny Światowej.
Rozumiem to.

Jednak jest coś alarmistycznego w tym, gdy dziś nagle czytam w czyimś blogu:

„… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie, konieczne jest ograniczanie wydatków państwa. Czy zrobi to Platforma czy też inna partia – nie ma znaczenia. Każdy obywatel naszego kraju wie, że musimy uporządkować finanse publiczne bo inaczej zapłacimy wszyscy, trochę później rachunek za swoją nierozwagę. A raczej nierozwagę rządu…”

Ewidentny powrót do totalitaryzmu? Znów władza wie najlepiej…?

Pisze to co zacytowałem jakaś osoba anonimowa, posługująca się awatarem przedstawiającym bardzo młodą i niemożliwą do identyfikacji dziewczynę...
Każda władza miała zawsze swoich „lizusów” zwanych też „potakiwaczami” a i czasem dużo bardziej złośliwie. Także zawsze były „szare eminencje” jak i naiwni aktywiści oszołomieni ideą do tego stopnia, że nie byli już w stanie rozejrzeć się bacznie wokół siebie, zweryfikować hasła z rzeczywistością, z tym co niezaprzeczalne i nie podlegające interpretacji, co można dostrzec i odczuć osobiście. Podobno od jakiegoś czasu różne siły polityczne oraz lobbystyczne grupy nacisku mają zwyczaj nawet opłacać wynajętych „anonimów” bardzo aktywnie działających w Internecie w ściśle określony sposób, imitując „opinię publiczną” i propagując metodą "szeptaną" hasełka władzy jako oczywiste i bezdyskusyjne.

Jednak ja wierzę, że społeczeństwo już nie dopuści do powrotu totalitaryzmu. Władza musi mieć poparcie społeczne do określania działań o tak wielkich konsekwencjach jak reforma emerytalna. Skandaliczne jest dla mnie nie tylko totalitarne podejście Prezesa RM do tej reformy, także i to że społeczeństwo nadal nie wie, o co chodzi, o czym się tak naprawdę dyskutuje wśród polityków, jaki jest konkretnie projekt PO oraz poszczególnych innych sił.
O co tu chodzi, na czym polega różnica poszczególnych stanowisk. Wiemy to tylko fragmentarycznie i wyłącznie z doniesień medialnych czyli niewiarygodnych. Ale Premier nie ma zamiaru z nikim dyskutować, a najmniej - ze społeczeństwem.
To niedopuszczalne. Wysiłki niedopuszczenia do referendum także dowodzą zamiaru wprowadzenia swojego planu z pełną świadomością, że nie zostałby on zaakceptowany społecznie. Ale władza wie lepiej co dobre...zdusi wszelkie demokratyczne prawa by zrobić to - co sama chce (lub - co jej nakazano).
Niespodziewanie i w sposób niezauważalny Platforma Obywatelska stworzyła (a może raczej odtworzyła z przeszłości) model państwa totalitarnego, w którym człowiek, Polak, obywatel – ma po prostu słuchać i powinien poprzeć to co mu każą, nawet wbrew swojemu oczywistemu interesowi, a jeśli nie – to władza i tak zrobi swoje. No bo… „… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie…………..

Odwiedziny: