BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

22/09/2012

Opozycja ni w pięć, ni w dziewięć…

Prezes PiS dowodzi systematycznie choć pośrednio swojego społecznego wyobcowania. A w takim stanie nie tylko nie może być liderem opozycji, ale i wręcz wizerunkowi opozycji szkodzi.
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym, w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste, że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem – zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy wręcz zawadza jej.

Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba, pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać, choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury – tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców, elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli” którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…

Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy „elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie do doskonałej mistyfikacji.

Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy – natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy „przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości” jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód” poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.

Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej. Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.

Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi to w odniesieniu właśnie do opozycji.

Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik – Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi, odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców, spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi – czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę, faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć „drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem, kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów. Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna, kompetentna i wiarygodna…

Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym” prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego „gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę. Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem, nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków, gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami. Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy, niezrozumienia.

Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła. Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się, kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście „biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO – bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach, dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.

Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i „elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją, czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań, uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są na to fundusze celowe.

Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych, objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki bezrobocia.

Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS, ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku – wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…

W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza różnica…

21/09/2011

6.
Nieodpowiedzialność Państwa.

Zanim zajmę się pewnym problemem dotyczącym osób, które chcą lecz nie mogą aktualnie uzyskać zatrudnienia, chcę dać wyraz swojej niechęci do… aktualnej nomenklatury tego dotyczącej. Nie jest ona przypadkowa a pochodzi z tradycji także niezbyt szczytnych. Tradycji… cóż; wielokrotnie wydawało się, że jest tak źle, że już gorzej być nie może, że to już by było po porostu niemożliwe… a jednak życie ciągle pobija własny negatywny rekord i tak odkrywamy trzecie, czwarte dno, piąte…
Nomenklatura bazuje na dawnym okresie (po śmierci Stalina), gdy czyste ręce (w dosłownym sensie fizycznym; umyte, z obciętymi krótko, czystymi paznokciami) – dyskredytowały człowieka w życiu społecznym, publicznym, towarzyskim, do tego stopnia infiltrowanym przez propagandę bolszewicką. Stąd wzięło się określenie „biełaruczek”, jako synonim odrzucenia przez „rządzącą klasę robotniczą” – podejrzanego ideologicznie, wroga „ludu”, kapitalisty, badylarza, karła reakcji itp. albo – co nie daj Boże – niedobitka jakiegoś „jaśniepaństwa”. To określenie już zanikło jak i tamta ideologia w kraju wschodnich sąsiadów, ale zasada tym kierująca, trend – funkcjonuje w najlepsze, służąc już innej ideologii i opcji politycznej.
Określenie „bezrobotny” jako wyraźny rusycyzm „biezrabotnyj” – wręcz „odrzuca” nas co najmniej estetycznie. Człon „ –robotny” nieodparcie kojarzy się ze staropolskim przymiotnikiem „robotny” – co znaczy pracowity, chętny do pracy i skłonny do aktywności fizycznej. Czyli „bez-robotny” to logicznie myśląc – ktoś pozbawiony tych cech; nierób, leń). Na takie logiczne skojarzenie tzw. ”opinii publicznej” liczy obecna ideologia PO.
Obawiam się – i taka jest moja teza – że określenie to funkcjonuje dziś, nadal zupełnie bez alternatywy nie tylko przez inercję słowotwórczą a głównie dlatego, że doskonale służy obecnej ideologii władzy.
Dalej jest „pracodawca” i odpowiadający mu po drugiej stronie „pracobiorca”.
Tu już nie tylko chodzi o to, że pracy się nie „daje” tylko „kupuje się” ją, co by wynikało z ideologicznego pojęcia „rynek pracy”; pojęcia u nas pustego znaczeniowo – o czym za chwilę. I oczywiście odwrotnie; pracy się nie „bierze”, nie otrzymuje się w podarunku – tylko się ją „sprzedaje” na – jak się okazuje fikcyjnym – „rynku”. Może inaczej to określę, na wypadek gdyby ktoś miał mieć jakieś wątpliwości: właściciel firmy „daje… zarobić”, czyli „kupuje od ludzi ich pracę” a pracownik „bierze… (przyjmuje) możliwość zarobienia”, czyli „sprzedaje swoją pracę”. W rzeczywistości jednocześnie możemy powiedzieć, że pracownik oferuje swoją pracę do kupienia (oferta sprzedaży) a właściciel firmy ewentualnie korzysta z tej oferty, kupując pracę. To – jednocześnie słuszne – aspekty tej samej sprawy.
Oczywiście wszystkie te określenia powinny być uważane za robocze, ujęte w cudzysłów itp., bo nie ma tu jeszcze właściwej terminologii. Jednak – wiadomo o co chodzi.
I tutaj także; te niejednoznaczne, wprowadzające w błąd określenia funkcjonują nadal jakby nigdy – nic, nie przez trudności leksykalne a celowo, bo służą obecnej ideologii, mimo że ona już nie jest bolszewicka… Irytujące określenia „dam pracę” czy „pracę przyjmę” funkcjonują nadal powszechnie w lokalnych, najbardziej popularnych a więc najczęściej odwiedzanych miejscach publikacji ogłoszeń.
Dalej mamy „szukanie pracy”… zawsze wówczas widzę przed oczyma tego miłego pieska z windowsowej aplikacji systemowej „znajdź pliki lub foldery”. Słowem – szukaj Reksiu – szukaj… Jak długo poszukasz, to zadowolisz się nawet starą, już obgryzioną kością i będziesz szczęśliwy…
I tu kolejne określenie: „stracić pracę”. O Boże! – straciłam pracę, co ja teraz zrobię, jak tu teraz żyć… Panie Premierze! Jest to przedstawiane faktycznie jak największa tragedia osobista, prawie jak śmierć matki czy ojca, kogoś najbliższego… Ba! często to jest tragedia w rzeczywistym, ludzkim wymiarze, gdy kilkuosobowa rodzina utrzymuje się z zarobków jednej tylko osoby, która miała szczęście w tych „poszukiwaniach pracy” aż nagle rzeczywiście z tej pracy została zwolniona, czyli „straciła ja”.

Można by wymieniać jeszcze inne elementy będące wytworem propagandy ideologicznej dziś rządzących, sterujące nastrojami, zachowaniami ludzi; tych biednych ludzi uzależnionych od pracy najemnej a więc niemałej części społeczeństwa.
Nie chodzi mi tu jednak o tworzenie dla zabawy katalogu pojęć, które powinny zniknąć natychmiast i raz na zawsze. Chodzi o poszukiwanie ukrytej motywacji w ich utrzymywaniu, celu działań propagandowych władzy, a ponieważ władza polityczna jednej partii robi ze sporymi sukcesami wszystko, by totalitarnie zagarnąć całą przestrzeń życia publicznego i gospodarczego, zapanować nad nią niepodzielnie – o poszukiwanie celu działań propagandowych rządu i jego bazy politycznej.

Brak miejsc pracy powstawał mam wrażenie w sposób początkowo przypadkowy. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, we wszystkim dopatrujących się przemyślanego i konsekwentnie realizowanego ciągu zaplanowanych gdzieś z góry zdarzeń. Oczywiście – bardzo interesująca jest koncepcja, na jaką natknąłem się gdzieś w publikacjach internetowych, dotycząca badań nad przyszłością strategii militarnych, sprowadzająca się do tego, że czasy czołgów, armat, piechoty – już przemijają, a przemijają – bo okazały się mało skuteczne i zbyt kosztowne. Nie przemijają jedynie agresywne zamiary a ich realizacja może być dziś dużo bardziej subtelna. Wystarczy wszak nieco wewnętrznej agentury i pieniędzy, sprzyjający „klimat” dający dyskretny wpływ na sprawy zdestabilizowanego obcego państwa – obiektu docelowego, aby uzyskać efekt dużo lepszy od efektu napaści militarnej w dotychczasowym stylu.

Więc nie: jestem pewien, że to co się działo z naszą gospodarką od początku lat dziewięćdziesiątych, było po prostu chaosem, przepychanką głodnych świń do napełnionego koryta, że nikt tego całościowo nie zaplanował ani nie kontrolował. To niszczenie dobrych zakładów pracy wyłącznie po to, aby zarobić na upadłości, sprywatyzować najlepsze pozostałości, po czym znów upozorować „upadłość”… Te różne „prywatyzacje przez podpalenie”… sprawa Stoczni Szczecińskiej… tu interesuje mnie jedynie ten aspekt, iż wzrastający lawinowo brak miejsc pracy, jako pochodna tych procesów „tworzenia klasy wyższej” – miały chyba jednak charakter spontaniczny i chaotyczny. Ideologia włączyła się w to dopiero później.

Chodziło o stworzenie (stworzenie jako efekt celowych, świadomych i planowanych działań) sytuacji kryzysowej dotyczącej zatrudnienia. Skutki – to przede wszystkim rozbicie dotychczasowego modelu związków zawodowych, tego jaki ukształtował się z tradycji Sierpnia. Związków zawodowych – postulatów, flag, demonstracji protestacyjnych, żądań kierowanych do władz publicznych lub do partii tworzącej Rząd, strajków. To jak widać doskonale udało się dzięki współpracy wielu działaczy sierpniowego przywództwa.
Chodziło o gruntowną zmianę prawa pracy w jego posierpniowej wersji, likwidację rozdętego systemu przywilejów pracowniczych z minionej epoki, racjonalizację tej sfery prawa bezpośrednio wpływającego na gospodarkę.
Chodziło o likwidację postaw skrajnie roszczeniowych, będących wytworem dawnej propagandy „państwa socjalnego” w jego wynaturzonej, dziwacznej i niekonsekwentnej formie wyłonionej w PRL.
O celowe stworzenie sytuacji "pogoni za pracą", za jakąkolwiek pracą i za jakąkolwiek zapłatę ,by wyrugować dawne kilkudziesięcioletnie przyzwyczajenia dominacji pracownika jako ideologicznie dominującego "ludu pracującego miast i wsi". Wreszcie chodziło o stworzenie bodźca skłaniającego do poszukiwania możliwości „pracy na swoim”, czyli odejścia od uzależnienia od pracy najemnej. Rzeczywisty brak ofert pracy najemnej lepiej niż jakiekolwiek przepisy skłania do szukania w sobie zdolności do uniezależnienia się od niej, poprzez własną działalność gospodarczą.
Tyle, że autorzy, twórcy tych działań nie przewidzieli jednego: globalizacji, władzy „rynków finansowych”, rzeczywistego, nieprzewidzianego i niepozorowanego kryzysu na świecie, który ich całkowicie zaskoczył i wytworzył sytuację wymykającą się spod kontroli. I stało się to w trakcie trwającego eksperymentu, zanim dobiegł on końca w poszczególnych segmentach.

Pojęcie „rynek pracy” stało się całkowicie fikcyjne, gdyż rynek – już ze swojej istoty wymaga równowagi podmiotów tam występujących. Przez analogię do banalnego rynku warzywnego, ktoś jest wytwórcą towaru i chce go sprzedać, ale i musi go sprzedać. Chce osiągnąć możliwie najwyższą cenę, ale jeśli ją zawyży to nie znajdzie odbiorcy i poniesie stratę zamiast zysku bo poniósł przecież już jakiś koszt wytworzenia tego towaru i „eksponowania go” na rynku. Chce dostać jak najwyższą cenę, ale wie, że są w pobliżu inne rynki z podobnymi jak on sprzedawcami, oferującymi podobny towar i jeśli zniechęci klienta do swojej oferty, pójdzie on gdzie indziej. Wie też, że klientom nie chce się chodzić w poszukiwaniu niższej ceny i że jest jakiś punkt przecięcia tych sprzecznych interesów, jakieś miejsce możliwego do zaakceptowania kompromisu z obu stron. Można by podobnie prześledzić sposób myślenia klienta, poszukującego jakiegoś towaru. W tym sensie – sprzedawca jest jednocześnie w tym samym, momencie klientem i odwrotnie. Sprzedawca zbywa swój towar, ale jednocześnie chce kupić zainteresowanie klienta, jego akceptację, zaufanie itp. płacąc za to obniżką swojej ceny, rezygnacją z części hipotetycznego zarobku.

Na tak zwanym „rynku pracy” nie tylko brak równowagi; jest tam całkowity monopol kupujących, czyli w tym przypadku – zatrudniających. Jak wspomniałem, jest to moim zdaniem efektem tego, że konkretne reformy gospodarcze i społeczne w trakcie ich trwania, zanim przyniosły pozytywny efekt, wymknęły się spod kontroli a jeszcze na dodatek zderzyły się nagle z rzeczywistym, niepozorowanym kryzysem finansowym wpływającym na gospodarkę.
A przecież „rynek pracy” czy nawet pojęcie pracy w ogóle – jest dużo bardziej złożone niż banalny handel pietruszką i to zarówno z punktu widzenia socjologicznego jak i gospodarczego…
Jakkolwiek by nie było, Państwo musi wytworzyć natychmiast jakieś działania racjonalizujące nieplanowany efekt, interweniujące w coraz bardziej komplikującą się sytuację. Ten eksperyment musi się „cofnąć” o tyle, by możliwe było ponowne zapanowanie nad sytuacją w interesie Państwa. Muszą powstać natychmiastowe racjonalne działania łagodzące destrukcyjny wpływ szoku kryzysowego na reformowane państwo. I to zupełnie nie poprzez jakieś idiotyczne „becikowe” czy inną formę rozdawania pieniędzy służącą doraźnym celom propagandowym jakiejś siły politycznej.

Państwo Polskie ma obowiązek reformowania i przekształcania tego, co wymaga zmian, ale jednocześnie nie może sobie pozwolić na działania totalitarne, nieludzkie, antyspołeczne, z jakimi mamy dziś do czynienia. Działania takie jak systemowe „wyłączenie” całego pokolenia osób w wieku po pięćdziesiątym roku życia z możliwości odpowiedniej pracy zarobkowej, skreślaniu całych pokoleń „w straty” dla jakichkolwiek powodów. I jednoczesne zapowiadanie wydłużenia wieku nabycia uprawnień emerytalnych do 67 lat.
Coraz częściej mówi się o ewentualności świadomego „ustąpienia władzy” przez Platformę Obywatelską, oczywiście poprzez reżyserowane przegranie wyborów niewielką ilością brakujących głosów. Już teraz następujące zapowiedzi Premiera, że partia, która nie wygrała wyborów nie powinna tworzyć rządu – pasują do logiki takiej tezy. Oznaczałoby to zrzucenie tego całego „pasztetu” upieczonego przez Platformę Obywatelską – na inną partię (koalicję) i spokojne oczekiwanie aż się ona tymże pasztetem udławi, po to – by już bez liczącej się opozycji – powrócić do władzy i dawnych eksperymentów na społeczeństwie, bez poczucia winy za dotychczasowe ofiary…
Ale ja nie jestem politykiem, nie mam podwójnego obywatelstwa – jak Minister Finansów czy Minister Spraw Zagranicznych, nie mam „oszczędności” w dobrych bankach ani nawet zielonej karty wizowej dla dzieci…
Dlatego pytam: gdzie w tym wszystkim, w tych totalitarnych zabawach są ludzie, zwykli obywatele ze swoimi rodzinami i dziećmi, ci którzy nie są w stanie rozpatrywać takich zagadnień a chcą po prostu spokojnie i uczciwie żyć, pracować w swoim kraju…

Ludzie, którzy powołali tę władzę i zrobili to przecież dla dobra...

Odwiedziny: