Prezes PiS dowodzi systematycznie choć pośrednio swojego społecznego
wyobcowania. A w takim stanie nie tylko nie może być liderem opozycji,
ale i wręcz wizerunkowi opozycji szkodzi.
Wartość opozycji wyraża się dziś przecież jej zaangażowaniem społecznym,
w opozycji właśnie do skrajnie ideowego libertyńsko-kapitalistycznego, w
praktyce ocierającego się o anarchię – wizerunku władzy. To oczywiste,
że opozycję widzimy w środowiskach prezentujących to, czego naszym
zdaniem brak władzy, albo prezentujących odmienne stanowisko choćby w
jakiejś jednej ale zasadniczej dla nas sprawie.
Lecz cóż zrobić, gdy zaangażowanie społeczne, mimo że stanowi sens
istnienia państwa, werdyktem warszawskiej durnej „awangardy” z KLD rodem
– zostało uznane za co najmniej obce obecnej ideologii, za
niewspółczesne w aspekcie praktyki realizacji idei unii a to głównie
dlatego, że jest ono właśnie „bezpaństwowej” elicie władzy zbędne, czy
wręcz zawadza jej.
Poparcia czy pozycji nie buduje się dziś na zaangażowaniu społecznym a
raczej na jego negowaniu. Państwo dziś jest salonem zabawy dość wąskiej
elity, po którym pałętają się jacyś „obywatele” – szukając chleba,
pracy, sensu życia… Tych pałętających się próbuje się nie dostrzegać,
choć gospodarze salonu – jak brylujący tam minister finansów ze swoim
obywatelstwem brytyjskim i uśmiechem Mony Lajzy czy minister spraw
zagranicznych z rodziną i właściwym domem gdzieś poza tym krajem – nie
muszą tu być i zapewne wyjazd mają już zaplanowany, gdy ta zabawa
przestanie być dla nich zabawna…
Tymczasem w rozpowszechnionej opinii społecznej nic się przecież nie
zmieniło; państwo jest z natury, to znaczy – powinno być z natury –
tworem budowanym po prostu „dla dobra publicznego”, gdzie to „dobro” ma
dotyczyć wszystkich, co najmniej znakomitej większości, mniejszość też
ma prawo do życia, a wolność jest jak najbardziej powszechnym
wypośrodkowaniem sprzecznych indywidualnych interesów. Inaczej – państwo
nie może być gangiem działającym na rzecz i w interesie swoich twórców,
elity dopuszczonej do „interesu” w zamian za lojalność i świadczone
usługi, z jednoczesnym odrzuceniem całej „reszty”, czyli kłopotliwego
społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze przed stanem wojennym Jacek
Fedorowicz śmiał się w swoich politycznych spotkaniach satyrycznych, że
żyjemy w dziwnym kraju w którym jest dwadzieścia kilka milionów
marginesu społecznego i dwustu szczerych patriotów. No po prostu – jak
okiem sięgnąć – sam margines…
Dobrze; ale to było w PRL-u, ponad trzydzieści lat temu. Dziś jak się
wydaje zmieniło się tylko to, że mamy szczerych patriotów około
pięciuset, a prócz marginesu społecznego doszła nam grupka „obywateli”
którzy zdołali ten pierwszy, ukradziony milion jakoś rozmnożyć…
Dość ciekawie skrajna postać takiego wypaczonego tworu przedstawił
kiedyś Janusz Zajdel w opowiadaniu (wówczas fantastycznym) pt. „Cała
prawda o planecie Ksi” z 1983 roku. Niestety – taki „mafijny” czy
„elitarny” model państwa w postaci społeczeństwa „zapuszkowanego” w
wielkiej mistyfikacji obecnie właśnie można zaobserwować, oczywiście
realizowany w pewnym uproszczeniu, bez aż takiego silenia się na dążenie
do doskonałej mistyfikacji.
Z jednej strony trudno się dziwić postawie Prezesa PiS; gdyby wypowiadał
się tak jak powinien, jakby od niego oczekiwali ludzie zrażeni do
władzy, czy od początku rozumiejący aspołeczność ideologii władzy –
natychmiast zostałby okrzyknięty „komuchem”, wdowcem po PRL-u, a przede
wszystkim – cynikiem żonglującym populistycznymi hasłami.
Oczywiście dla kogoś myślącego to właśnie takie zarzuty są
post-PRL’owskie, ale tzw. „zwyczajnych” ludzi dość skutecznie
odzwyczajano od myślenia a przyuczano do postaw ideologicznych i
gangsterskiego stylu ich prezentowania publicznego. Większość ludzi dziś
prezentujących publicznie swoją manię prześladowczą „przeciw PiS” czy
„przeciw PO” (tak jakby to był jakiś przedmiot) – nie zdaje sobie
sprawy, że to nie są tak naprawdę ich poglądy czy przekonania, tylko tak
zostali ukształtowani i zaprogramowani przez fachowców.
Sensem istnienia państwa jest od początku eliminacja potrzeby
samowystarczalności jednostek. Specjalizacja oraz wzajemna wymiana
usług, świadczeń czy towarów za pomocą umownych „ekwiwalentów wartości”
jakimi stały się pieniądze – z założenia wszystkim się opłacała, była po
prostu korzystna i praktyczna, czyli – była właśnie ogólnie „dla
dobra”. Pomysł czy idea polegała na tym, że państwo stanowiło samo w
sobie także coś w rodzaju podmiotu, posiadającego do dyspozycji „dochód”
poprzez gromadzenie „składek” – i załatwiającego dzięki temu pewne
przedsięwzięcia wspólne dla wszystkich, leżące w powszechnym interesie i
wymagające unifikacji, powszechnie obowiązującej regulacji prawnej, jak
choćby organizacja wspólnej dla wszystkich obronności.
Jakkolwiek dziś by się to nie skomplikowało w procesie przemian, rozwoju
myśli ekonomicznej, przemiany realiów globalnych – zasada musi być ta
sama. Ludzkość wypróbowała bardzo różne koncepcje organizacji
społeczeństwa, co często miało dramatyczne skutki; oczywiście
dramatyczne najczęściej nie dla „elit” a dla tych – co nie mieli nic do
powiedzenia. Nie zmieniło to zasady; państwo musi być dla dobra
publicznego, inaczej jest wypaczeniem, chorobą społeczną. Dziś mamy do
czynienia także z pewnym, nowym dla nas eksperymentem, który najlepiej
daje się porównać z modelem junty – tyle że cywilnej, nie wojskowej.
Można się tu też doszukać elementów faszystowskich, o czym pisałem w
felietonie pt. „Cuchnie faszyzmem…”.
Państwo, które nie jest „dla dobra” – jest absurdem, tyle że nie wiadomo
dlaczego nikt dziś z tego władzy nie czyni zarzutu. Szczególnie dziwi
to w odniesieniu właśnie do opozycji.
Wracając do prezesa PiS; przy całym rozczarowaniu do pani Kluzik –
Rostkowskiej po jej odejściu (zdradzie?, ucieczce?) z PiS do PJN a
następnie z PJN do PO – muszę przyznać jej wiele racji w jej ocenie
osoby Prezesa Kaczyńskiego. Mam na myśli jej niedawną wypowiedź dla
Torańskiej w Newsweeku, gdzie określiła prezesa PiS, jako osobę
wyizolowaną społecznie, otoczoną wybranymi przez niego ludźmi,
odizolowaną od życia, od społeczeństwa, od lat wożoną przez kierowców,
spotykającą się tylko z wybranymi przez siebie ludźmi i na określonych
przez siebie zasadach. Nade wszystko – stosującą w kontaktach jedynie
podział czy klucz; lubi mnie – czy mnie nie lubi, albo – zagraża mi –
czy mi nie zagraża…
Niestety wydaje się to obraz bardzo prawdopodobny, gdy go porównujemy z
własnymi obserwacjami. Podobny sygnał wysłał pan prezes PiS – przy
okazji pamiętnej swojej akcji „wizyta w Biedronce”. Miał jak się wydaje
zamiar wykazać swoją wrażliwość społeczną, dostrzec publicznie drożyznę,
faktyczny zakres biedy – dokonując osobiście zakupów w sklepie – ale w
rzeczywistości udowodnił tylko, że na co dzień zakupów nie robi, nie
rozumie codziennych problemów życiowych „zwykłych” ludzi do których się
nie zalicza; prezes wybrał się do sklepu bez pieniędzy i musiał pożyczyć
„drobne” 200 czy 300 zł od kogoś z towarzyszącej mu ekipy… Zaatakował
wymyślony problem „drożyzny” czym wykazał, że nie zna i nie rozumie
rzeczywistych trapiących dziś ludzi problemów. Do dziś zadaję sobie
pytanie, czy cała akcja była dobrym, społecznie ważnym pomysłem,
kompletnie „skopanym” przez prezesa z powodu jego społecznego
wyobcowania i braku zdolności aktorskich, czy misterną próbą faktycznego
zaszkodzenia mu, publicznego skompromitowania go przez odsłonięcie jego
rzeczywistej osobowości, podjętą przez któregoś z jego konkurentów.
Było to dla mnie osobistym ogromnym rozczarowaniem, dowodzącym jedynie
bezradności opozycji w chwili, gdy jest ona tak potrzebna jako silna,
kompetentna i wiarygodna…
Dziś podobne wrażenie powstało po niedawnym wystąpieniu „programowym”
prezesa PiS, mającym zapewne związek z wcześniejszą deklaracją jego
„gotowości do przejęcia władzy”. Znów – jak dawne obietnice „wybudowania
milionów mieszkań” – mamy dziś deklarację „stworzenia 1, 2 mln miejsc
pracy”… Dowodzi to jedynie, że pan prezes mógł już zrozumieć, iż
człowiek musi zarobić na mieszkanie, uzyskując wynagrodzenie za pracę.
Czyli że możliwość uzyskania dochodu z pracy jest najważniejsza. Że to
praca (najemna) jest źródłem dochodu niezbędnego do zaspokojenia potrzeb
takich jak potrzeba „dachu nad głową”.
To już duży postęp w edukacji społecznej prezesa.
Jednocześnie wypowiedział się on zdecydowanie za całkowita likwidacją
dotowanych szkoleń osób bezrobotnych, jako formy walki z bezrobociem,
nazywając to „marnotrawstwem pieniędzy”.
To kolejny dowód na społeczne wyobcowanie prezesa PiS, jego brak
zrozumienia podstawowych problemów. Od ponad roku systematycznie piszę o
sprawach bezrobocia, w tym także bardzo krytykowałem sposób podejścia
władzy do szkoleń, jako formy ograniczania bezrobocia. Piszę właśnie o
tym, że dotychczasowe szkolenia były marnotrawstwem pieniędzy, ale owo
marnotrawstwo nie jest cechą szkoleń a ich zawieszenia w próżni. Taki
instrument jest niezbędny, jednak odnosi się on jedynie do przypadków,
gdy istnieją rzeczywiste miejsca pracy, istnieją oferty zatrudnienia na
wolnych stanowiskach pracy a są one nieobsadzone z powodu braku
odpowiednio kompetentnych kandydatów. Ta pula trudnych do obsadzenia
stanowisk istnieje zawsze gdyż faktyczna „podaż” lokalna kompetencji
pracowników zawsze zderza się z aktualnymi lokalnymi potrzebami.
Bezrobocie ma charakter strukturalny właśnie w odniesieniu do typu i
poziomu kompetencji; jeśli w mieście portowym i stoczniowym likwiduje
się stocznie – to bezrobocie charakteryzuje się nadmiarem osób
bezrobotnych o specjalnościach stoczniowych (spawacz, monter kadłubów
okrętowych itp.) a jeśli w miejsce stoczni uruchamia się „przemysł” i
usługi informatyczne (jak w Szczecinie) – to występuje niedobór
specjalistów informatyków (programiści, wdrożeniowcy IT). Jeśli
zlikwiduje się ogromny zakład odzieżowy, w którym pracowała większość
mieszkańców sporego miasteczka i jego okolic (Luxpol), to gwałtownie i
dramatycznie rośnie tam bezrobocie, przy czym charakteryzuje się ono
nadmiarem potencjalnych pracowników o konkretnych, dość wąskich
specjalnościach związanych z dotychczasową produkcją odzieżową. Są dwie
metody rozwiązywania takich problemów; działanie zwiększające mobilność
osób poszukujących pracy, gdy szwaczka z pomocą publiczną przenosi się
tam, gdzie akurat brakuje szwaczek, oraz działanie polegające na
PRZEKWALIFIKOWANIU. Czyli właśnie – na szkoleniach. Mówienie, że
szkolenia są „marnotrawstwem pieniędzy” jest dowodem niewiedzy,
niezrozumienia.
Problemu pomocy w migracjach ludności w poszukiwaniu zapotrzebowania na
posiadane przez nich kompetencje – władza nawet dotychczas nie ruszyła.
Dopiero teraz wspomina się nieformalnie o planowanych „bonach
migracyjnych” pomagających w przenoszeniu się ludzi (rodzin) zgodnie z
zapotrzebowaniem na ich pracę. Natomiast szkolenia odbywały się,
kosztowały mnóstwo unijnych pieniędzy, ale dały niewielki efekt nie z
tego powodu, że jakoby były zbędne, lecz z powodu kompletnie złej ich
organizacji w całym systemie działania Powszechnych Służb Zatrudnienia, a
zwłaszcza – postawy zdominowanej przez ideologiczne podejście
„biznesowe” organizatorów, wspierane właśnie przecież przez PO. Pisałem
o tym przez ponad rok aż do znudzenia, kierując się własnymi
doświadczeniami i obserwacjami zarówno osoby bezrobotnej jak i
uczestnika takich szkoleń. Szkolenia były bardzo dobrze realizowane ale
po to by organizator na tym zarobił a nie – by to zmieniło sytuację
bezrobotnego. W myśl zasad biznesowych zaszczepionych przez ideologię PO
– bezrobotni są potrzebni – dokąd można zarobić na ich szkoleniach,
dlatego szkoli się ich tak by nie przestali być bezrobotni; po prostu
nikt nie zabija kury znoszącej złote jaja.
Pan prezes – twierdząc dziś, że szkolenia były i są zbędne, są
marnotrawstwem środków – wykazuje po raz kolejny brak rzeczywistej
wiedzy, która znów może mieć podłoże w specyficznym wyizolowaniu
społecznym, poniekąd zresztą nie dotyczącym jedynie prezesa a całej
obecnej „elity polityków”, tak samo dotyczącej środowiska PiS jak i
„elity władzy”.
W PiS także są najbliżej prezesa ludzie, którzy nigdy nie byli
bezrobotni, nie są ani nigdy nie będą – tak są już zakotwiczeni w
środowisku „swojaków”, więc problemu bezrobocia nigdy nie zrozumieją,
czyli nigdy go także właściwie nie rozwiążą…
Dlatego powtórzę po raz kolejny: szkolenia – w sensie przekwalifikowań,
uzupełnienia lub uaktualnienia posiadanych wcześniej kwalifikacji w
specjalnościach, na które jest zapotrzebowanie pracodawców – są
niezbędne. Są na to pieniądze z funduszy unijnych i pieniądze te trzeba
wykorzystywać. Zawsze są np. kobiety które przerwały pracę zawodową na
kilka lat z powodu np. macierzyństwa i teraz potrzebują uaktualnienia
swojej wiedzy, dotowanego zatrudnienia by przekonać pracodawcę o
posiadaniu kompetencji, by ponownie stały się wiarygodnymi pracownikami w
swoim zawodzie. Tu są potrzebne szkolenia uaktualniające kompetencje
oraz (choćby nawet dotowana) praktyka zawodowa, udokumentowany staż. Są
na to fundusze celowe.
Władzy można jedynie zarzucić wypaczenie szkoleń bezrobotnych,
objawiające się nakierowaniem głównie na zysk ich organizatora a nie na
efekt oczekiwany dla osoby szkolonej. Uważam wręcz, że to powinno być
przedmiotem analizy i kontroli (dochodzenia) ze strony instytucji
unijnych strzegących dyscypliny gospodarowania funduszami Unii. PO
powinno ponieść konsekwencje swojego ideologicznego podejścia np. do
zarabiania na Europejskim Funduszu Społecznym przez drobnych
przedsiębiorców, ze szkodą dla samego EFS i wielkiej liczby oszukanych w
ten sposób, aktywnych osób starających się wydostać z pułapki
bezrobocia.
Prezes PiS chce wykazać, że jego partia ma pomysły na rozwiązanie wielu
problemów, ale z drugiej strony nadal bardzo pilnuje, by tych pomysłów w
szczegółach nie zdradzać, by nie podpowiedzieć nic konstruktywnego
widzianej jako wróg partii rządzącej, nie darować jej gotowych recept na
sukces w jakiejkolwiek sprawie; sukces możliwy do przypisania PO a nie
PiS jako rzeczywistemu projektodawcy. Znowu mamy do czynienia z
propagandowymi hasłami, populistycznymi ogólnikowymi obietnicami
dawanymi na zasadzie: zaufajcie nam, dajcie nam władzę na kredyt, to my
zrealizujemy nasze cudowne plany i wtedy będzie dobrze”. To dokładne
powtórzenie filozofii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: to, co
jest dobre, co jest sukcesem – musi być „dzięki Partii” a jeśli partia
nie będzie mogła przypisać sobie tej zasługi, to nie dopuści do
realizacji najlepszego nawet pomysłu.
We wspomnianym wywiadzie dla Torańskiej – Elżbieta Kluzik-Rostkowska
stwierdziła, że prezes PiS powinien jej zdaniem zakończyć swoją
działalność polityczną. Można się z tym zgodzić, gdyż wydaje się to
warunkiem jakichkolwiek przemian strategii i wizerunku nie tylko PiS,
ale i opozycji w ogóle. Tyle, że w związku z tragedią w Smoleńsku –
wydaje się to dziś absolutnie niemożliwe w takiej formie…
Inna sprawa, że premier podżega ten pożar, np. swoim ekstra-ordynarnym
komentarzem, że „… woli gdy prezes PiS bawi się kalkulatorem, niżby miał
się bawić zapałkami…”. Po co taka złośliwość, poniżająca raczej
mówiącego a nie adresata…?
Ale zapałkami już się bawią ludzie … na ulicy…
W istocie kretyńskie były też komentarze ministra finansów, wyliczające
ile to by kosztowała realizacja propozycji PiS… choć nadużycie polegało
tu na tym, że prezes PiS wcale nie twierdził iż chciałby wspomniane w
swoim wystąpieniu programowym działania przeprowadzić oprócz działań PO i
finansować je oprócz dotychczasowego marnotrawstwa publicznych
pieniędzy przez obecną władzę; NIE OPRÓCZ – A ZAMIAST… to zasadnicza
różnica…