BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo nieludzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo nieludzkie. Pokaż wszystkie posty

23/07/2012

Dehumanizacja systemu: polska ruletka – „tylko 17 na 100”.

Zasadniczy problem niedoboru miejsc pracy – jest znany, ale jest to problem stricte ideologiczny a nie gospodarczy. Dokładniej – problem ma „oblicze” gospodarcze, ale w swojej istocie wywodzi się z ideologii. Ideologii politycznej realizowanej przez PO bez poddania jej „egzaminowi wyborczemu” przed tymi ani też przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi.

To odrębny temat. Trzeba go poruszać, by ludzie zdali sobie wreszcie sprawę, że sami dali przyzwolenie na wszystko – co ich spotyka i że to są skutki konkretnej ideologii, ideologii spychającej człowieka poza margines podmiotowości.
Skupmy się teraz na jego najbardziej bezpośrednim, praktycznym skutku.

Nurtuje mnie problem odmowy zasiłku dla bezrobotnych zgłaszających się do Powiatowych Urzędów Pracy po pomoc w uzyskaniu zatrudnienia. Jak już wspominałem, zasiłek dla bezrobotnych uważam za część czy też jedną z form takiej pomocy, gdyż bezrobotny „z definicji” nie może mieć dochodów z wynagrodzeń, ewentualne inne dopuszczalne dochody (sporadyczne) nie mogą przekroczyć miesięcznie kwoty równej połowie minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia za pracę. Nie może, ale przecież MUSI je mieć! Przypuszczam, że przypadki takie (prawa do takiego dochodu) są raczej sporadyczne, jednostkowe – ustawodawca miał tu na myśli np. przychody z oprocentowania lokat lub wkładów pieniężnych w bankach. Takie przychody nie są „wynagrodzeniem” i dlatego nie mają wpływu na nadanie statusu bezrobotnego, choć dla mnie to kompletna abstrakcja; jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, jako człowiek który z powodu bezrobocia już wyprzedał z domu wszystko co miało istotną wartość, że ktoś posiadający w bankach takie lokaty, które dawałyby mu np. 1500 zł miesięcznie wpływu z odsetek – będzie się rejestrował w Urzędzie Pracy jako bezrobotny. Tu jak zwykle poniosła posłów ich słynna fantazja. Dlatego na podstawie definicji ustawowej można śmiało przyjąć, że to właśnie zasiłek dla bezrobotnych ma być dochodem pozwalającym na utrzymanie się w stanie gotowości do podjęcia pracy.

O tym już pisałem i jest to chyba oczywiste, że człowiek upadły, kloszard, bezrobotny który z powodu braku dochodów stał się bezdomny, bezrobotny nie posiadający podstawowych środków na zaspokojenie takich potrzeb jaka „dach nad głową” zapewniający możliwość utrzymania higieny i właściwego czasu snu, całe i schludne ubranie odpowiednie do pory roku (mróz, upał), niezbędne usługi (fryzjer choćby raz na dwa miesiące), środki na opłaty komunikacyjne – ktoś znajdujący się poniżej tego „standardu” po prostu do żadnej pracy się nie nadaje a więc nie spełnia wymogów definicji osoby bezrobotnej. Wskazywałoby to na konieczność przyjęcia zasady, że zasiłek dla „rzeczywistego” bezrobotnego powinien być przyznawany niejako automatycznie „z urzędu” każdej osobie zgłaszającej się do Urzędu Pracy po pomoc w zdobyciu zatrudnienia. Jednocześnie oczywiście Urząd powinien robić wszystko, by osoba ta możliwie jak najszybciej zdobyła źródło dochodu co najmniej równe zasiłkowi i w ten sposób utraciła do tego zasiłku uprawnienie (potrzebę). Dawałoby to bodziec zarówno bezrobotnemu jak i Urzędowi do rzeczywistego i aktywnego działania we wspomnianym kierunku a działania te oraz działania urzędu powinny być rejestrowane w odpowiednim dokumencie przez bezrobotnego posiadanym i uaktualnianym, stanowiącym dla niego dowód rzeczywistego poszukiwania zatrudnienia (spełniania ustawowego obowiązku). Takie rozwiązanie jest logiczne i oczywiste, bardzo często spotykane, choćby w krajach skandynawskich. Tymczasem w Polsce wyraźnie obserwujemy prostą i bezpośrednią zależność aktywności Urzędu Pracy wobec osoby zarejestrowanej – zależną od tego czy pobiera ona zasiłek czy też nie. Oczywiście wobec osób którym wypłacany jest zasiłek – ta aktywność jest dużo wyższa, bo zmierza do tego, by jak najszybciej zaprzestać wypłacania zasiłku – co da się najszybciej osiągnąć „znajdując” temu człowiekowi pracę i wykreślając go z rejestru. W tym znaczeniu można by nieco przekornie stwierdzić, że upowszechnienie zasiłków powinno natychmiast wydatnie zmniejszyć stopę bezrobocia, dając Urzędom motywację do rzeczywistego a nie jak dziś – pozorowanego działania.

Na potrzeby tego felietonu przyjmuję to za pewnik, że każdy rzeczywisty bezrobotny musi otrzymać pomoc materialną w postaci zasiłku po to, by mógł utrzymywać się w możliwości i gotowości do podjęcia pracy oraz tego zatrudnienia także samodzielnie poszukiwać. Pomoc organizacyjna pozamaterialna, powinna się nasilać wraz z czasem czy ilością bezowocnych prób znalezienia pracy. Oczywiście jestem świadom sporego w naszym kraju niebezpieczeństwa nieuczciwości ze strony osób chcących wyłudzać taką pomoc, ale sposoby ograniczenia tego do minimum także już zostały dawno wypracowane i wdrożone – na przykład w Danii. Bieżąca kontrola niemalże codzienna przez organ związkowy na poziomie gminy oraz rzeczywiście egzekwowana odpowiedzialność za wyłudzenie z koniecznością zwrotu lub odpracowania poprzez prace społecznie użyteczne.
Przyjmuję więc że taki POWINIEN I MOŻE BYĆ standard: każdy bezrobotny otrzymuje zasiłek w niezbędnej wysokości pozwalającej np. wynająć pokój z używalnością łazienki zamiast dotychczas używanego mieszkania, kupić ubranie w „markowej” zachodniej ciuch-budzie i buty z wyprzedaży w CCC, zjeść gorący posiłek w barze samoobsługowym, mieć na kartę telefoniczną i kilka biletów komunikacji, i poza tym – „pracować na pełen etat” przy poszukiwaniu zatrudnienia dla siebie, lub innej formy zdobycia źródła stałych dochodów. Przedstawiam tu tak obrazowo tę sytuację, gdyż mam świadomość niezwykle silnych stereotypów czy „obiegowych poglądów” i „prawd zasłyszanych” tworzonych i rozpowszechnianych przez ludzi których to nie dotyczy.

W rzeczywistości mamy powołany ustawą Fundusz Pracy, który miał być społecznym funduszem celowych zarządzanym przez Ministra Pracy we współpracy z Komisją Trójstronną przeznaczonym do gromadzenia środków na walkę z bezrobociem poprzez tworzenie czy stymulowanie tworzenia nowych miejsc pracy oraz ograniczanie społecznych skutków niedoboru ilości tych miejsc pracy.

Tymczasem Fundusz Pracy uważany przez Ministra Finansów – Rostowskiego wbrew prawu za część budżetu państwa, zostaje przez niego „zamrożony” uniemożliwiając jego użycie w dramatycznej sytuacji narastającego bezrobocia. Chodzi tu o niebagatelną kwotę obecnie 5.5 miliarda złotych, a do końca roku (przy założeniu dalszego zamrożenia i dotychczasowych wpływów) o około 7 miliardów. Oczywiście nie ma takiej kwoty której nasza szczególnie „uzdolniona” biurokracja nie potrafiłaby szybko zmarnotrawić, roztrwonić, zmarnować lub rozkraść – ale teoretycznie kwota taka mądrze użyta, mogłaby zasadniczo zmniejszyć bezrobocie oraz zmniejszyć straty w postaci nieodwracalnego staczania się ludzi do poziomu kloszardów.
Ciekawe, czy to „przejęcie” Funduszu Pracy odbyło się za wiedzą i aprobatą Premiera Tuska czy może raczej całej Rady Ministrów, ale nie widać na to żadnego upoważnienia prawnego. Sytuacja jednak tak się pogorszyła, że mamy teraz do czynienia ze spektakularną „akcją” – próbą „odbicia” niejako zasobów Funduszu z rąk ministra Rostowskiego, akcją do tego stopnia ważna i poważną, że zjednoczyła ona w specyficzną „koalicję wojenną” reprezentację pracodawców i związkowców pod cichym patronatem Ministerstwa Pracy – wspólnie przeciwko „zaborcy” – co już jest niesamowitym ewenementem. Mam nadzieję, że to może zaowocować na przyszłość poprawą relacji Związki – Minister Pracy.
Wracając jednak do zasadniczego tematu: Fundusz Pracy jest tworzony przez obowiązkowe składki płacone przez pracodawców według jednolitej stawki procentowej od wynagrodzeń za pracę na „umowę o pracę”, oraz za stawki umów zlecenia. Wymiar składki jest określony na 2,45% wynagrodzeń podlegających temu obowiązkowi, płacony jest jednak oczywiście przez pracodawcę z jego własnych środków a nie potrącany z wynagrodzeń ustalonych umownie i naliczonych.

W tym miejscu można powiązać logicznie istotę i sposób tworzenia Funduszu z warunkami jakie musi spełnić w myśl (no tu pisząc „myśl” chyba przesadziłem) ustawy o promocji zatrudnienia – człowiek pozbawiony pracy i zgłaszający się do Powiatowego Urzędu Pracy po pomoc. Oczywiście jak to w Polsce – ustawa zawiera całą „litanię” warunków, wymogów i zastrzeżeń mających ograniczyć to uprawnienie, ale ja mam na myśli szczególnie jeden z warunków, określony w słynnym już Art. 71 Ust.1, Pkt 2 Ustawy. Artykuł ten jest bardzo rozbudowany i złożony a wymienia warunki po spełnieniu których bezrobotnemu należy się zasiłek dla bezrobotnych. By nie utonąć w szczegółach, na potrzeby tego wywodu można uznać za najistotniejsze, że prawo do zasiłku przysługuje osobie bezrobotnej pod warunkiem, że nie ma dla niej propozycji pracy lub innej pomocy związanej z wypłatą odpowiedniego świadczenia oraz gdy w okresie 18 miesięcy poprzedzających dzień zarejestrowania, łącznie przez 365 dni był zatrudniony i osiągał wynagrodzenie co najmniej w wysokości najniższego ustawowo określonego wynagrodzenia za pracę od którego istniał obowiązek opłacania składki na Fundusz Pracy z zastrzeżeniem Art. 104a – 105.
To właśnie ten warunek powoduje, że zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje statystycznie zaledwie 17% osób rejestrujących się w Powiatowych Urzędach Pracy.

Zasadniczą myślą, niejako clou tego zapisu jest to, by ten kto miałby korzystać przez czas do 6 lub do 12 miesięcy z zasobów FP – najpierw przez rok swoją pracą generował wpływy środków do Funduszu – jako równowartość 2,45% swoich pensji, obliczane i wpłacane przez jego pracodawcę ze środków własnych tegoż pracodawcy. Inaczej – bezrobotny dostanie przez rok zasiłek jeśli przez rok w ciągu minionego półtorej roku wpłacana była do Funduszu składka generowana jego ówczesnym zatrudnieniem. Osoba zgłaszająca się do PUP nie otrzyma prawa do zasiłku choćby nawet legitymowała się 25 czy 30 latami stażu pracy (generowania składki), jeśli w ciągu półtorej roku liczonego wstecz od daty zgłoszenia się do PUP miała przerwę w zatrudnienia dłuższą niż łącznie 6 miesięcy, albo pracowała przez owe 6 miesięcy na zasadach nie generujących obowiązku pracodawcy wpłacania składki na FP. Niestety pracownik najczęściej przed staniem się bezrobotnym nie myśli o tym, nie kontroluje tych okresów ani nawet często nie wie czy nie przykłada znaczenia do obowiązków swojego pracodawcy odnoszących się do płacenia składek, które przecież nie obciążają tego pracownika. To dość dziwne jak na Europę XXI wieku uzależnienie uprawnienia jednego podmiotu od wykonywania obowiązków przez zupełnie inny niezależny podmiot.

Nie możemy jednak zapominać, że to wszystko, wszystko o czym tu piszę jak i w ogóle „wszystko” – jest dla człowieka i ma służyć człowiekowi. Oczywiście – każdy rozsądnie myślący, uczciwy człowiek powie natychmiast, bo rozumie to tak jak i ja, że „służba człowiekowi” może wymagać czasem zabronienia mu czegoś, postawienia warunków, czasem nawet warunków ograniczających, których ostatecznym skutkiem będzie jego „dobro”. Z kolei „liberałowie” często nieźle „szajbnięci” na punkcie nieograniczonej niczym wolności nawet gdy za nią idą tragedie, cierpienie i zgliszcza – także z pewnością się nie zgodzą na to, by ktoś z zewnątrz miał lepiej wiedzieć niż sam zainteresowany, co w ostatecznym rozrachunku jest dla niego „dobrem”. Niestety przeważnie doprowadza to do walki na skrajności, podczas gdy najczęściej „prawda leży pośrodku”. Ja jestem przekonany, że wszystko musi być i może być bez niczyjej straty nastawione na dobro człowieka, dlatego rozwiązania prawne muszą uwzględniać efekt ostateczny w skali społeczeństwa jak i dobro każdej z jednostek. Takie rozwiązania odniesione do biznesu, gospodarki, ekonomii – są możliwe czego dowodzą przykłady z początków kapitalizmu i o tym napiszę w oddzielnym artykule.
Rozumiem więc, że omawiana zasada miała w założeniu służyć stabilności Funduszu, jego zrównoważeniu finansowemu – co w aspekcie powyższego byłoby dobrym przykładem ograniczenia służącego dobru; lepiej wszak by Fundusz istniał i pomagał walczyć ze skutkami bezrobocia nawet z pewnymi ograniczeniami ale długotrwale, pomagając wielu osobom i wielu pracodawcom, niżby miał upaść bardzo szybko tracąc równowagę z powodu braku jakichkolwiek ograniczeń choćby i uzasadnianego „dobrem człowieka”.
Jednak równowaga Funduszu była planowana na warunki „normalne”, nie na tak zasadniczy i rozległy kryzys. W kryzysie i Fundusz Pracy ma prawo stracić stabilność finansową, gdyż działając zgodnie z przyjętymi w ustawie zasadami staje się czymś absurdalnym, marginalnym, o niewielkim znaczeniu dla problemu bezrobocia. Gdy dotyczy 17% rejestrujących się bezrobotnych – staje się absurdem. Dlatego w warunkach takiego kryzysu nie wolno oczekiwać stabilności finansowej tego funduszu; musi on być zasilany prócz składkami – innymi ekstra wpływami z zewnątrz, pozwalającymi spełniać założoną rolę społeczną ale i nie upaść z tego powodu.
Przytaczany Art. 71 ustawy ma odniesienie do Art. 104 i 105, które przewidują zwolnienie z obowiązku odprowadzania składek na FP z tytułu zatrudnienia osób w wieku po 50 roku życia. Jeżeli pracownik 51-letni stracił pracę, przez 35 dni był zarejestrowany w PUP a następnie został zatrudniony na 12 miesięcy, to przez te 12 miesięcy jego pracodawca jest zwolniony z obowiązku opłacania składek na FP wynikających z tego zatrudnienia. Jeśli jednak pracownik ten po tychże 12 miesiącach pracy zostanie zwolniony i jako pozostający bez pracy zgłosi się ponownie do rejestracji w PUP, to w myśl wymogów zawartych w Art. 71 nie otrzyma prawa do zasiłku, gdyż nie spełnia zawartych tam warunków. Jeśli jednak pomimo braku fizycznego wpłacania składek związanych z jego zatrudnieniem miałby dostać prawo do zasiłku – co ewidentnie narusza równowagę finansową tego Funduszu w znaczeniu jakie opisywałem powyżej – to dlaczego inni bezrobotni mający np. 25 lat opłacania składki ale i nieco dłuższą niż 6 miesięcy przerwę w pracy przed zarejestrowaniem się w PUP (bo poszukiwali zatrudnienia samodzielnie przez 6 miesięcy i dwa tygodnie, albo pracowali u szwagra „bez umowy”) w odniesieniu do warunków zawartych w Art. 71 – nie mogą otrzymać prawa do zasiłku?

Istnieją i inne okoliczności prowadzące do pewnego konfliktu: na przykład zwolnienie osób prowadzących działalność gospodarczą przez pewien początkowy okres tejże działalności z obowiązku opłacania składek na FP. Taki przedsiębiorca może po prostu upaść albo być zmuszony jakimiś okolicznościami do zaniechania działalności a następnie – zmuszony do poszukiwania pracy najemnej za pośrednictwem PUP i tu także nie może liczyć na zasiłek z winy nieszczęsnych wymogów Art. 71. A zasiłek – jak pisałem wcześniej – nie jest jakimś luksusem a niezbędnym warunkiem, by poszukiwanie zatrudnienia przez bezrobotnego i spełnianie przez niego wymagań PUP nie było fikcją – jak to jest nagminnie teraz, gdy się oczekuje cudu, że człowiek upadły i bezdomny całkowicie pozbawiony jakichkolwiek dochodów będzie szukał pracy i będzie „akceptowalny” dla jakiegokolwiek pracodawcy.
Pracodawcy są zwolnieni z opłacania składki na FP przy zatrudnieniu osób w wieku 55 lat (kobiety) i 60 lat (mężczyźni) , ale dziś są to ludzie jeszcze młodzi i w pełni wieku produkcyjnego; mogą stać się bezrobotni i wówczas nie będą mieli prawa do zasiłku z powodu zwolnienia kogoś zupełnie innego od „jakiejś” składki. Słowem – nie mogą istnieć rozwiązania – które jednemu podmiotowi dają uprawnienie a jednocześnie obarczają ciężarem skutku tego uprawnienia zupełnie inny podmiot.

Uważam, że wszystko musi być nastawione na dobro człowieka, Fundusz Pracy także – dlatego w czasie tak dotkliwego kryzysu nie może być on ograniczony zasadami przyjętymi na czas „normalności”.
Warto zauważyć, jak w aspekcie tego co tu piszę działania Ministra Finansów wobec Funduszu Pracy wydają się być coraz bardziej aroganckie i rozbójnicze… chyba, że… no chyba że my, obywatele, opinia publiczna – nie wszystko wiemy o prawdziwym stanie gospodarki polskiej, nie wiemy tego co wie minister Rostowski ale nikomu nie powie…

Czytałem gdzieś, że mityczna Atlantyda, którą najnowsze badania umiejscawiały nawet dość blisko – pomiędzy dzisiejszymi Wyspami Brytyjskimi a Kontynentem – zanim pogrążyła się w wodzie wraz z mieszkańcami – też była podobno bardzo piękną, zieloną wyspą…
Generalnie jednak w czasie, gdy „człowiek” jakby całkowicie znikł z pola uwagi władzy, polityki, ekonomii, nauki, medycyny itp. – trzeba domagać się przebudzenia i powrotu – póki jeszcze czas – do postawy humanistycznej jaka nie była całkiem obca nawet władzy PRL a wydaje się zupełnie obca obecnej władzy – zapewne z powodów ideologicznych. Fundusz Pracy ma służyć człowiekowi. Jest taka możliwość, by dobrze służył zarówno bezrobotnym jak i pracodawcom i na osiągnięcie takiego stanu mają być nastawione zasady jego funkcjonowania i wykorzystania. Dziś ideologia Platformy Obywatelskiej wprowadza przepaść pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, ale to nie jest ani naturalne ani potrzebne. Piszę to tak dobitnie i uparcie już po raz kolejny, dlatego że reakcją – i to reakcją której trudno odmówić logiki – ze strony pracodawców reprezentowanych przez Konfederację Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, w sytuacji takiego zawłaszczenia Funduszu przez Władzę – jest żądanie nie uwolnienia funduszu, przywrócenia mu jego funkcji a zmniejszenia wymiaru składki z 2,45 na 1,45%, gdyby miała ona mieć charakter podatkowy a nie – funduszu celowego działającego po części także i w dobrze pojętym interesie pracodawców.
A takie działanie – mimo że zrozumiałe i logicznie usprawiedliwione – jest skierowane PRZECIWKO CZŁOWIEKOWI, z czym trudno się pogodzić. Przeciwko człowiekowi który został ideologicznie „odczłowieczony”, zredukowany do roli podrzędnej nadanej mu przez klasę polityków, biznesmenów i finansistów.

01/05/2012

Ustawa Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej o promocji cudów i instytucjach „niewidzialnych rąk”.

Prawdziwym problemem bezrobocia są zadziwiające nawyki myślowe, idiotyczne schematy wypracowane latami w zupełnie innym, dawnym systemie gospodarczym i innym systemie ideologicznym przekładającym się na zupełnie odmienne uwarunkowania społeczne.

Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi ukształtowanych w tamtym systemie nie do końca jeszcze zauważyło, że zmienił się on (przynajmniej nominalnie). Sytuacja ta powoduje swoisty rozłam, jakiś zadziwiający konglomerat „ulepszonego starego” z „nowym – ale nie do końca” a źródłem tego jest właśnie mentalność ludzi. Bo wszystko zależy bezpośrednio od ludzi.
Tu zapewne ktoś dogmatycznie myślący „zaczepi mnie” o rolę i pozycję Boga, czy tak zwanej „Opatrzności”…
Bóg nie tworzy wypadków lotniczych, kolejowych i holocaustu, ani nie zapobiega im. Nie tworzy zjawiska bezrobocia „za karę”, ani nikogo „ w nagrodę” z tego problemu nie „wybawia”. Nie jest sługą ludzi, pilnującym ich bezpieczeństwa; to ludzie powinni być sługami – wiernymi pouczeniom, przykładom i prośbom przysłanego do nich Pana i Nauczyciela. Wszelkie dylematy i zapytania „jak Bóg mógł dopuścić” do tego czy innego nieszczęścia – są świadectwem skrajnego niedowiarstwa i niezrozumienia a nie wiary. Najwyraźniej – Bóg z zasady nie ma zamiaru przeciwstawiać się wszechobecnemu złu na tym „padole ciemności” inaczej, niż poprzez przysłanie tu Pana i Nauczyciela, Chrystusa, który wszystko wyjaśnił, zawarł z ludźmi w jego imieniu Nowe Przymierze – wypełniające (zastępujące) Stary Testament, uwolnił tak wielu od kalectwa i chorób, uwolnił od odpowiedzialności ludzi za ich błędy poprzez ofiarę z siebie samego na odkupienie wszystkich win, oraz wyjaśnił tak wiele i nauczał słowem i czynem, osobistym przykładem – jak żyć, jak być szczęśliwym i jak wartościować to wszystko, co nas otacza i spotyka w naszym życiu a także i samo życie.

Od tej pory znów wszystko zależy od ludzi, od wszystkich razem i od każdego z nich z osobna.
Dlatego ważna jest osobista postawa każdego człowieka. Jan Paweł II mówił, że człowiek powinien zawsze być „wierny prawdzie i powinności”, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł, być niezależny od chwilowej, lokalnej koniunktury.
Niestety dalsze losy chrześcijaństwa, szczególnie w wydaniu rzymskim – ogromnie wypaczyły pierwotny wzór dany przez samego Jezusa. Wypaczyły w praktyce, w realizacji, w starciu z wiekową tradycją, nawykami myślowymi i negatywnymi cechami psychiki ludzkiej. Ale wzór przecież nadal istnieje, jest dostępny, poznawalny – zarówno częściowo empirycznie jak i racjonalnie. Cóż jednak z tego, gdy nawet sam Papież, Biskup Rzymu i głowa kościoła katolickiego, mówi dziś: „…W obecnych czasach potrzebny jest „Kościół wojujący”, który angażuje się w walkę ze złem próbującym opanować świat…” – nie bacząc, że w ten sposób walcząc przeciwstawia się bezpośrednio nauce Jezusa, stawia się ponad nią.
W takiej sytuacji pozostaje więc oddzielać rozpatrywanie tego i nie tylko tego problemu z punktu widzenia społecznego – od szukania jego odniesień religijnych. Bezrobocie nie jest więc „karą Bożą” i nikt sobie na nie zasłużył.

Wspominam o tym dlatego, że ma to bezpośredni związek z pojęciem solidaryzmu społecznego a to z kolei jest podstawową płaszczyzną poszukiwania pomocy dla osób pozbawionych zatrudnienia. Mam na myśli osoby bezrobotne a więc wyłącznie te, które poszukują zatrudnienia dla zdobycia podstawowych środków do życia, są zdolne i gotowe natychmiast rozpocząć pracę zarobkową, ale w danej chwili i w danym stanie gospodarki nie ma na ich pracę zapotrzebowania. Niesie to dwie bezpośrednie konsekwencje: społeczeństwo funkcjonujące w systemie wymiany (praca – pieniądz – praca) powinno być zainteresowane włączeniem każdego z członków lokalnej społeczności do tego systemu, bo to się wszystkim opłaca, po drugie – musi mieć świadomość, że pozostawanie w gotowości do podjęcia pracy wymaga posiadania pewnych niezbędnych środków a nie generuje ich bezpośrednio.
W tym znaczeniu sytuacja w naszym kraju pod rządami Platformy Obywatelskiej jest skandaliczna przede wszystkim poprzez swoją nielogiczność i niespójność. To oczywiście cechy obowiązującego rozwiązania ustawowego, z ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ustawa wymaga po prostu natychmiastowej nowelizacji.

Osoba, której nadano status bezrobotnego – z definicji zawartej w ustawie jest osobą niezatrudnioną i nie wykonującą żadnej innej pracy zarobkowej, zdolną i gotową do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, w wieku mieszczącym się w granicach 18 – 60 (kobieta) lub 18 – 65 (mężczyzna), nie prowadzi działalności gospodarczej (nawet w czasowym zawieszeniu), nie uzyskuje miesięcznie przychodu o wysokości przekraczającej 750 zł, ale nie pobiera zasiłku stałego z pomocy społecznej, świadczenia pielęgnacyjnego ani zasiłku rodzinnego itd. To oczywiście w dużym uproszczeniu, bo przepisy definiujące osobę bezrobotną są dużo bardziej rozbudowane, co do wymogów oraz ograniczeń wobec „kandydata”.

Pomijając już wszelkie nasuwające się tu wątpliwości, nie da się nie zapytać; – to za co taki bezrobotny ma żyć! Średni okres poszukiwania zatrudnienia z pozostawaniem w rejestrach bezrobotnych dawno już znacznie przekroczył jeden rok, w bardzo wielu przypadkach, szczególnie grup osób będących w niekorzystnej sytuacji na rynku pracy – wynosi dwa lub nawet i trzy lata. Nie mam pojęcia, jakie źródło przychodu ustawodawca miał na myśli – dostarczające przychodu nie większego niż 750 zł miesięcznie (przychodu, – czyli „brutto”), skoro bezrobotny nie ma prawa uzyskiwać żadnego dochodu z żadnej pracy zarobkowej, działalności gospodarczej, zasiłku stałego z pomocy społecznej itp. – jak wymaga ustawa i jak to w uproszczeniu opisałem powyżej. Proste i logiczne pytanie: za co bezrobotny ma się utrzymywać.
Ktoś tu odpowie – z zasiłku dla bezrobotnych…

Prawo do zasiłku jest obwarowane także wieloma ograniczeniami. Po pierwsze – ma charakter czasowy. Jeśli ktoś już ma przyznany zasiłek – to na okres standardowy 6 miesięcy, podczas gdy czas poszukiwania zatrudnienia z pomocą Urzędu Pracy jest średnio dwa razy dłuższy. Pewna grupa osób otrzymuje uprawnienia do zasiłku na okres do 12 miesięcy, co także często jest okresem krótszym niż przeciętny czas poszukiwania zatrudnienia. Na dodatek otrzymanie prawa do zasiłku także jest obwarowane już na wstępie pewnymi zasadniczymi a zupełnie niezrozumiałymi warunkami zupełnie „nie z tej epoki”. Bezrobotny starający się o zasiłek musi wykazać, że w okresie 18 miesięcy przed dniem zarejestrowania w PUP (liczonym wstecz) przepracował łącznie 12 miesięcy a jego pracodawca odprowadzał w tym czasie składkę na Fundusz Pracy w związku z zatrudnianiem go. Nie ma żadnego znaczenia, że człowiek ten ma za sobą 25 czy 30 lat pracy – czyli automatycznie odprowadzania z związku z tym przez jego pracodawcę odpowiednich składek, także na Fundusz Pracy.
Poza tym, – co tu ma do rzeczy Fundusz Pracy w ogóle. Wiele wskazuje na to, że wymóg ten jest po prostu „filtrem”, sztuczną zaporą mającą ograniczyć ilość przypadków przyznania prawa do zasiłku. Ale zasiłek nie jest jakimś prezentem, tylko pomocą publiczną motywowaną interesem społecznym. Interesem społecznym jest, by jak najwięcej osób, które znalazły się w roli bezrobotnego – powracało do pełnego zatrudnienia i to możliwie jak najszybciej. Bezrobotny – jak mówią, to praca na cały etat. Tyle, że – chciałoby się dodać – nieodpłatna. Bezrobotny ma wykazać dużą aktywność; przede wszystkim poszukiwać możliwości zatrudnienia samodzielnie, chodzić do wybranych pracodawców i pytać o pracę, rozpowszechniać swoją aplikację kandydata pozostawiając ją w wielu komórkach kadrowych, natychmiast reagować na pojawiające się publiczne oferty pracy których wymogi spełnia itp. Zaleca się, by poszukujący pracy był „schludnie ubrany”, robił swoim wyglądem, zachowaniem i sposobem komunikowania się korzystne wrażenie.
Pytanie: czy osoba np. przez rok całkowicie pozbawiona dochodów może spełniać takie zalecenia? Przecież by je spełnić, trzeba mieć jakiś „dach nad głową”, miejsce zamieszkania choćby w wynajętym pokoiku z używalnością łazienki, po to by mieć możność zachowywać wymogi podstawowej higieny, mieć gdzie uprać koszulę i skarpety. Musi mieć dostęp do żelazka by uprasować ubranie. Musi mieć choćby raz na dwa miesiące na fryzjera, musi mieć możność stałego posiadania i używania akcesoriów do golenia, pasty do zębów… I tak dalej; nie będę dalej wymieniał, gdyż wiadomo już, co mam na myśli: to są pozycje kosztowe, to wszystko kosztuje, trzeba mieć na to pieniądze. Skromne – ale jednak pieniądze. Jeśli ich nie ma – mamy do czynienia z brudnym, śmierdzącym, zarośniętym, nieogolonym człowiekiem z liściem na głowie, w którego „gotowość i zdolność do natychmiastowego podjęcia pracy” nikt nie uwierzy a już z pewnością nie pracodawca. To nie jest tak, że taki biedak obudzi się rano w zsypie na śmieci, otrzepie się, napije się wody z kranu i pójdzie szukać pracy… Czy taki jest pomysł posłów i senatorów RP pachnących „Old Spice’m” i jeżdżących „Mercedesami” na rozwiązanie problemu bezrobocia?

Żeby spełnić wymogi statusu osoby bezrobotnej – trzeba mieć pieniądze, ale jednocześnie ustawa zabrania bezrobotnym osiągać przychody z wynagrodzenia i z wielu innych źródeł a zasiłek ustawowy przyznaje – za pomocą sztucznych barier – jedynie statystycznie co piątemu bezrobotnemu i to w zasadzie nie dłużej niż na pół roku, a w szczególnych przypadkach – maksymalnie na rok.
(Trzeba tu wyjaśnić, że zasiłek przyznawany jest tak naprawdę – do następnej wyznaczonej obowiązkowej wizyty w Urzędzie Pracy, a jedynie w przypadku dalszego braku ofert pracy przedłużany jest do kolejnego terminu kolejnej wizyty).
Wniosek jest absurdalny: ustawa została tak opracowana przez osoby nie mające pojęcia o realiach bezrobocia, ludzi którym zjawisko to było, jest i będzie już do końca ich życia całkiem obce i dlatego kompletnie go nie rozumieją, czyli tak zwanych „posłów na sejm” oraz tak zwanych „senatorów”, – że by być bezrobotnym nie wolno osiągać dochodów, 75% bezrobotnych nie należy się także zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast obserwacja życia, czy osobiste doświadczenia wielu ludzi wskazują, że by być bezrobotnym spełniając obowiązki formułowane w ustawie, niezbędne jest dysponowanie jakimś dochodem (w miastach takich jak Szczecin – rzędu 900 pln netto miesięcznie), co powyżej udowodniłem. Tego rzędu kwotą jest dziś kwota zasiłku dla bezrobotnych, co dowodzi dość rzetelnego wbrew pozorom jej oszacowania.

Wniosek nasuwa się sam: sprawa musi natychmiast zostać przeanalizowana. Warunki dotyczące bezrobocia i zasiłku muszą się natychmiast zmienić. Zmienić się mogą tylko poprzez nowelizację odnośnej ustawy lub jej uchylenie i wprowadzenie całkiem nowych rozwiązań. Władza udowodniła, że gdy ma odpowiednią motywację, potrafi takie zmiany wprowadzić w okresie liczonym na tygodnie a nie na lata – ja to bywa w sytuacji, gdy władza opiera się konieczności zmian.
Bardzo ciekawe, choć zasadniczo odmienne „ideologicznie” rozwiązanie oferują nasi sąsiedzi z północy, czyli Duńczycy. Wydaje się, że przekazanie całości spraw związanych z obsługą bezrobocia, zasiłkami, poszukiwaniem pracy i aktywizacją bezrobotnych związkom zawodowym mogłoby być idealnym rozwiązaniem w warunkach polskich, gdyby oczywiście nie ultraprawicowy wrzask oszołomów, jaki by się rozległ natychmiast, widząc w tym powrót do rozwiązań „socjalistycznych”.
A ja powiem jak niejaki Kargul: dla mnie ludzie nie dzielą się na prawicowych i lewicowych, tylko prosto: na mądrych i głupich. Albo raczej – na humanistów i anty-humanistów. Co na jedno wychodzi.

08/04/2012

51.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część II

Jeśli się mówi o bezrobotnych, to automatycznie oznacza, że się nie ma na myśli emerytów; to oczywiste!.

Różnie można dywagować o przyczynach, ale nie o samym fakcie! Fakt jest niezaprzeczalny. Tak by się wydawało…

A jednak nie. Głos w tej sprawie zabrała 5 marca br. dr Agnieszka Chłoń-Domińczak wykładowca ze Szkoły Głównej Handlowej i jakby mimochodem zanegowała te dane. Stwierdziła ona w rozmowie dla DGP, że „zatrudnienie jest dostępne i to głównie właśnie dla seniorów”. Twierdzenie takie opiera się na wyliczeniu Ministerstwa Finansów, świadczącym że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55. roku życia.”
Twierdzenie to stało się jednym z głównych argumentów zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego.
Według dr Agnieszki Chłoń-Domińczak, byłej wiceminister pracy, powyższe dane Ministerstwa Finansów ... świadczą również o dużym zapotrzebowaniu przedsiębiorców na ludzi w starszym wieku. Uważa one, że „ich doświadczenie i wiedza są cenione”.

Fakty, najprostsza obserwacja życia - oczywiście temu zaprzecza, ale to w niczym nie przeszkadza pani „ekspertce” w podobnych wypowiedziach.
Stwierdziła ona także, że osoby w wieku 50 plus wcale nie są konkurencją dla młodych na rynku pracy. Oczywiście, że nie są, ale nie z sugerowanych przez „ekspertkę” powodów a dlatego, że bezrobocie w grupie ludzi młodych (do 26 lat) powoli maleje a w grupie „50 plus” – rośnie; ludzi młodych (do 26 lat) jednak częściej się zatrudnia na zasadzie „inwestycji” w przyszłość, co raczej nie dotyczy osób starszych. Dalej pani „ekspert” stwierdziła jeszcze, ze „co prawda mamy bezrobocie wśród młodych, ale z danych statystycznych wynika, że większość absolwentów, którzy ukończyli studia 2 – 3 lata temu, dzisiaj ma już zatrudnienie”. Jeśli nawet tak, to gdzie jest to praca; „na kasie” w hipermarketach?; w pizzeriach na umowach „śmieciowych”?; w smażalniach placków w Pucku czy Jastarni?; czy może „na zmywakach” w Londynie? A przecież to jest w tej sprawie najważniejsze; czy ta praca po 2 – 3 latach poszukiwania jej po zakończeniu studiów ma z nimi cokolwiek wspólnego.

Takie ekstrawaganckie stwierdzenie zadziwiło innych fachowców a niektórych po prostu oburzyło – tak bardzo jest sprzeczne z realnym doświadczeniem, obserwacją realnego życia. Dla takich osób jak p. Chłoń-Domińczak nie istnieje jednak taka sprzeczność. Skoro jakieś dane statystyczne sugerują jakiś wniosek, to są dla niej bardziej wiarygodne niż przysłowiowe „wyjrzenie przez okno”; to coś na zasadzie: „Nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe – jest białe” – jeśli z danych statystycznych wynika coś przeciwnego. To swego rodzaju „zboczenie” wynikające jednak moim zdaniem z jakiegoś zasadniczego ograniczenia intelektualnego, a może raczej emocjonalnego. Już samo pochodzenie takich twierdzeń z Ministerstwa Finansów skłania do ostrożnej nieufności; przecież to także jest środowisko ludzi wyobcowanych ze społecznej rzeczywistości, zapatrzonych w liczby, owładniętych ideologią fiskalną i magią liczb średnich, danych traktowanych syntetycznie.

Kim jest dr Chłoń-Domińczak; jest ekonomistką, urzędnikiem państwowym, wykładowcą akademickim, pracuje jako adiunkt w Instytucie Statystyki i Demografii SGH w Warszawie. Od 2002 roku była Dyrektorem Departamentu w MPiPS, pełniła też inne funkcje, pracując przy poprzedniej reformie systemu emerytalnego, w resorcie polityki społecznej MPiPS oraz w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Była jednym z współtwórców słynnego już „programu solidarności pokoleniowej dla 50 plus”.
Od 8 stycznie 2008 była podsekretarzem stanu w MPiPS. Po doprowadzeniu programu „50 plus” do rozpatrywania w komisjach sejmowych została przez ówczesną Ministrę Pracy Jolantę Fedak odsunięta od prac nad reformą emerytalną i jak gdyby w proteście przeciw temu – 8 lipca 2009 r. na swój własny wniosek została odwołana ze stanowiska podsekretarza stanu, kończąc też pracę w administracji rządowej i powracając do pracy dydaktyczno-naukowej na uczelni.
Oczywiście nie wiadomo nic pewnego o przyczynach takiego kroku, jednak jakoś mnie to nie dziwi… Powracając do cytowanego wcześniej skrajnie kontrowersyjnego twierdzenia tej osoby – mam pewien pomysł na wyjaśnienie tego zjawiska.

Mamy stwierdzenie z analiz statystycznych Ministerstwa Finansów, że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 000 objęły osoby po 55. roku życia.”, i wysnuty z tego przez p. Agnieszkę Chłoń-Domińczak wniosek, że zatrudnienie jest i to głównie dla osób po 55 roku życia a także, że istnieje duże zapotrzebowanie w gospodarce na pracowników w wieku „50 plus”. Takie twierdzenia mają być także dowodem na słuszność koncepcji wydłużenia wieku przedemerytalnego do 67 roku życia.

Jest to absurdalna bzdura a wynika ona moim zdaniem właśnie ze skrajnie dogmatycznego podejścia do danych liczbowych z jednoczesnym kompletnym wyalienowaniem z życia codziennego. Dlatego też właśnie tak wiele powyżej pisałem na temat kontekstu społecznego tej sprawy.

Otóż wiadomo przecież, że jedyną dziś podstawową zasadą zatrudniania stosowaną przez większość przedsiębiorców, jest ograniczenie kosztów pracy dla zmaksymalizowania własnego osobistego zysku z działalności gospodarczej. Pracownik ma być tani i głównie to się liczy. Na tak zwanym nie wiedzieć czemu „rynku pracy” występuje szereg preferencji mających zwiększyć szanse pewnych potencjalnych pracobiorców kosztem innych; to preferencje dla osób niepełnosprawnych, ludzi w wieku do 26 lat posiadających status studenta oraz dla emerytów. Tak na prawdę jest to zawoalowana forma interwencjonizmu w gospodarkę na rzecz przedsiębiorców, będących pracodawcami. Wiadomo przecież, że prócz płacy, którą ostatecznie trudno na szczęście zmniejszyć poniżej poziomu minimalnego określonego ustawowo – najpoważniejszą pozycją kosztów pracy są składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne płacone na rzecz pracownika lub obciążające pracodawcę w związku z zatrudnianiem. Dlatego właśnie jest bardzo wiele ofert pracy dla osób niepełnosprawnych i to nawet na stanowiskach pozornie wymagających ponadprzeciętnej sprawności (ochroniarz, sprzątaczka), gdyż ich zatrudnienie nie tylko pozwala na uwolnienie się od obowiązkowego „haraczu” na rzecz PFRON, ale i uzyskać dofinansowania celowe na wiele działań, dające wymierne oszczędności przy mądrym ich wykorzystaniu, jak choćby dostosowanie, umeblowanie i wyposażenie stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej itp.
Dlatego bardzo poszukiwani są pracownicy młodzi studiujący wieczorowo lub zaocznie, gdyż „zatrudniając” ich na umowy cywilnoprawne nie ma obowiązku odprowadzania za nich żadnych składek. Dzięki temu są tani. Dokładnie to sami dotyczy pracujących emerytów, na dodatek są oni skłonni zaakceptować znacząco niższe wynagrodzenie gdyż jest ono dodatkiem jedynie do podstawowego dla nich źródła dochodu na życie, jaką jest pobierana emerytura. Po prostu i banalnie: są tańsi niż osoby „50 plus” dlatego to oni są zatrudniani. Pod względem zmniejszenia kosztów zatrudniania nic nie świadczy na rzecz osób "50 plus" i dlatego są oni objęci ogromnym bezrobociem. W tym też kontekście należy rozumieć wspomnianą obserwację Ministerstwa Finansów; zakładając, że co do treści merytorycznej jest ona zgodna z rzeczywistością, to jest ona po prostu źle rozumiana przez "jajogłowych" wyobcowanych z życia i nieświadomych realnych aspektów codziennego życia. Nie bez znaczenia jest tu też szczególne bałaganiarstwo pojęciowe, któremu ci „naukowcy” najwyraźniej nie mogą sprostać, choć sami są jego autorami; co innego bezrobotny w wieku 50 plus, co innego ludzie nieaktywni zawodowo a jeszcze co innego – seniorzy.

Stwierdzenie, że „…z 880 tys. nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55 roku życia” – może być zgodne z prawdą. Tyle, że – jeśli liczbowo jest ono prawdziwe – to cały kruczek w tym, że „osoby w wieku po 55 roku życia” to są „wszystkie osoby starsze niż 55 lat” a w związku z wyżej przedstawioną zasadą bezwzględnego ograniczania kosztów pracy – to są chętnie zatrudniani emeryci, inwalidzi z orzeczonym stopniem niepełnosprawności a w pozostałej części 250 000 osób - studenci na umowach śmieciowych, pracownicy leasingowani i wszyscy, którzy pozwalają na zaoszczędzenie na kosztach pracy. To nie dotyczy "bezrobotnych 50 plus" - bo oni są "drodzy" i przez to - szykanowani.
Chodzi mi o to, że takie stwierdzenie pozostając słuszne, nie zaprzecza dramatycznemu bezrobociu w grupie osób sensu stricto bezrobotnych w wieku po 50 - ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, bo ta grupa nie korzysta z żadnego przywileju pozwalającego obniżyć zobowiązania pracodawcy wobec ZUS i PFRON. O tyle właśnie takie stwierdzenie Ministerstwa Finansów może być mylące dla Ministerstwa Pracy, wprowadzać też tragiczne skutki dla tej grupy wiekowej jako argument za przesunięciem wieku emerytalnego, gdyż to dla tej grupy oznacza jedynie o dwa lub siedem lat dłuższe oczekiwanie na osiągnięcie statusu emeryta, dającego dopiero szanse na jakieś zatrudnienie, poprzez wspomniany efekt „redukcji kosztu”. Minister Pracy na skutek takich danych serwowanych przez takie „ekspertki” może nawet wbrew swoim intencjom podejmować skrajnie błędne decyzje.

Może w tym właśnie należałoby dopatrywać się przyczyny wspomnianego odsunięcia niegdyś tej osoby od spraw nowej reformy emerytalnej; może ówczesna Minister Pracy z PSL Jolanta Fedak dostrzegła coś niepokojącego w dogmatycznej i „wypaczonej naukowo” osobowości swojej podwładnej… ?
Nawiasem mówiąc – przecież sam „Program solidarności pokoleń na rzecz 50 plus” jako dzieło m. in. pani Chłoń-Domińczak także okazał się kompletnym „gniotem”, pomysłem może teoretycznie dobrym, ale życiowo nierealnym, odległym od realiów i dlatego właśnie poniósł totalną klęskę?

Czas jednak płynie, ludzie cierpią, staczają się, stają się nie tylko bezrobotni, ale w rezultacie tego bezdomni, tracą zdolność życia w społeczeństwie i jakiejkolwiek pracy zawodowej, stają się „wrakami” przynoszącymi już tylko koszty społeczne a przecież to nie z ich winy zaczął się ten proces staczania się po równi pochyłej… Może więc słuszne było odejście tej „ekspertki” z pracy w administracji rządowej, w Ministerstwie Pracy.

Reasumując trzeba tu po raz kolejny podkreślić:
Osoby bezrobotne w wieku przedemerytalnym, których pracodawcy nie chcą zatrudniać ze względu na wiek – są szczególną grupą bezrobotnych, którą trzeba jaskrawo wyróżnić, domagającą się pilnej i rzeczywistej reakcji. Są to ludzie w dramatycznym położeniu. Granica początkowa jest umownie określana jako „50 plus”, ale dokładnie określa ją odmowa zatrudnienia (z powodu wieku – czego się oficjalnie nie przyznaje, gdyż byłoby to złamaniem obowiązującego prawa). Granica końcowa – to wiek uzyskania prawa do emerytury. To ludzie będący w tych granicach wiekowych są w tragicznym położeniu, nie emeryci. Mówienie tu czy pisanie o „seniorach” jest głupotą lub skrajną nieuczciwością, nastawioną na sianie zamieszania pojęciowego dla ukrycia tej prawdy. Podobnie mówienie czy pisanie o osobach w wieku powyżej 55 lat” – fałszuje prawdę poprzez „wrzucenie do jednego worka” tych nieszczęsnych bezrobotnych wraz z emerytami i dorabiającymi sobie rencistami, osobami nieaktywnymi którym praca nie jest niezbędnie potrzebna do dalszego życia - jak tym pierwszym. Publikowane w niezliczonej ilości miejsc dane, jak zacytowanie przeze mnie powyżej opracowanie na wykresach - zadają kłam wnioskom, jakie wyciąga pani „ekspertka” dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.

Trzeba już dziś stanowczo i kategorycznie domagać się od Pana Ministra Kosiniak-Kamysza, by coś doraźnie przedsięwziął w dramatycznej sytuacji tych osób. Zapewne prawda o tym powinna być wzięta pod uwagę w całej reformie emerytalnej i potrzebnej reformie rynku pracy opartej na niezbędnej nowelizacji ustawy dotyczącej bezrobocia i jej aktów wykonawczych. Trzeba coś uczynić, by zatrudnianie tych osób opłacało się pracodawcom w takim samym stopniu jak innych; albo dać im jakieś przywileje, albo zlikwidować przywileje wszystkim innym, ustalając jednolity obowiązek wobec ZUS i jeden powszechny rodzaj zatrudniania pracowników najemnych, beż żadnych zwolnień wpływających - poprzez sprawę kosztów pracy - na postawy pracodawców.

07/04/2012

50.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część I

Sądzę, że powszechnie dziś jako społeczeństwo nie doceniamy wpływu, jaki mogą mieć pojedyncze nawet, zupełnie nam nieznane osoby – na nasze życie, na nasz los. Oczywiście tylko wtedy, gdy zajmują one na tyle wysokie stanowiska by wpływać na stan prawny, na regulacje dotyczące wielu. Słowem, gdy wejdą do tak zwanego kręgu władzy. I co najdziwniejsze, rzadko kiedy ten wpływ może być pozytywny; to nie wiedzieć czemu prawie się nie zdarza. Nie ma wielu mężów opatrznościowych, pojawiających się wtedy, kiedy trzeba i kierujących sprawy na właściwy tor zanim przybiorą niekorzystny obrót. Przeważnie jednak odwrotnie; jeden taki osobnik może zniszczyć wysiłek wielu, zasiać zamęt, wprowadzić wszystkich w błąd, skierować sprawy na manowce... Szczególnie gdy działa w sprawach od których sam nie zależy.

Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…

Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.

Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.

To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.

Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.

Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.

Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.

Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.

Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:

Odwiedziny: